Zona 2 - Michał Gołkowski

Kup ebooka

59.93 zł
49.74 zł (46,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Karta redakcyjna

COPYRIGHT ? BY Michał GołkowskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2015-2026Copyright ? by Transavision ltd.Copyright ? by Mir Igr OOO

WYDANIE II

ISBN 978-83-8375-378-2

Kod produktu: 4000743

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

REDAKCJADorota PacyńskaEwa Białołęcka

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

ILUSTRACJA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]

 

Prolog

...eskalacji napięcia na granicy. Doniesienia medialne mówią o koncentracji wojsk w rejonach przygranicznych, jakkolwiek odnośne ministerstwa stanowczo zaprzeczają, jakoby...

...obrony uciskanej mniejszości rosyjskojęzycznej. Nasilające się akty otwartej wrogości ze strony reżimu w Kijowie wywołują coraz większe zaniepokojenie...

...to przecież niedorzeczne. Nawet oni nie są na tyle nierozsądni, żeby coś takiego zrobić. To zwykły blef, a poza tym...

...Rosja nigdzie się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna.

 

Słyszę, jak Ona mnie wzywa.

Kursor na ekranie pojawia się i znika, pulsując niczym żyła widoczna pod skórą wielkiego organizmu, ucieleśniającego całą naszą ludzką noosferę.

Radio, telewizja, gazety, roczniki statystyczne, negocjacje prezydentów i premierów, wizyty królów, rozmowy zwykłych ludzi, plotki, fakty, wyliczenia statystyczne - wszystko to jest teraz jednością, scalone we wspólnym obiegu informacji.

Siedzę i patrzę tępo w mżący przygaszoną bielą ekran laptopa, na którym urwana w połowie myśl zapisana w niedokończonym dokumencie jest niczym milcząca wymówka. Jawne świadectwo narastającego rozziewu pomiędzy tym, co robić powinienem, o czym wiem, że jest cholernie ważne i istotne - a tym, co robić bym chciał.

Do czego rwie się serce, do czego płacze dusza, do czego ciągnie całe moje jestestwo.

Przez dłuższą chwilę zastanawiam się, czy sięgnąć do szuflady po proszki. Mam ich jeszcze kilka, zjadliwie błękitnych w śliskiej otoczce i koszmarnie gorzkich jako nierówno kruszący się pył pomiędzy zębami; termin przydatności minął dwa lata temu, ale nadal tam są, ot tak, na wszelki wypadek.

Moja prywatna polisa ubezpieczeniowa przeciwko remisjom trudnej przeszłości.

Sięgam nawet ku szufladzie, ale ręka zatrzymuje się w połowie drogi.

Nie.

Nie potrzebuję tego, nie jest tak źle.

Poradzę sobie.

"To już raczej element pańskiej osobowości, nie jej zaburzenia" - powiedział mi kiedyś terapeuta.

Dlatego tylko przymykam oczy i robię kilka głębokich oddechów, usiłując uspokoić rozszalałe, dudniące echem w skroniach serce.

Tyle razy sam to sobie powtarzałem. Tyle razy mówili mi to znajomi, przyjaciele. Współpracownicy. Najbliżsi. "Nie siedź późno w noc, bo potem w dzień do niczego się nie nadajesz". "Włącz sobie jakąś milszą muzykę, a nie te smętne rzępolenia z gitarą". "Poranek od wieczora mądrzejszy". "Kiedy rozum śpi, budzą się demony". "Samotność ci nie służy".

A mimo to z uporem maniaka siedzę po nocach sam.

Pracuję.

Czytam książki.

Oglądam stare filmy, na które nie miałbym czasu w dzień.

Sklejam modele pokracznych maszyn wojennych z epok, które nikogo dziś nie obchodzą, i ustawiam je wśród makiet domków, żeby potem patrzeć, jak profesjonalnie pokrywają się równomierną warstewką kurzu na podświetlonych półkach.

Wiem, że nie powinienem, że nie robi mi to dobrze w głowę, że jest jakimś tam elementem zachowań aspołecznych i docelowo destrukcyjnych. A mimo wszystko robię to, bo... bo inaczej nie potrafię.

I przeważnie jest mi z tym dobrze, spokojnie, cicho i przyjemnie.

Ale dziś jest jeden z tych gorszych dni.

Z ciężkim westchnieniem przymykam klapkę laptopa, zostawiając niedopisany raport z działalności fundacji za ubiegły rok. Niby czasu jeszcze mnóstwo, żeby to złożyć, bo dopiero luty się kończy, ale mam tak, że jak coś nie jest zrobione od razu, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wisi nade mną niczym mityczny miecz Damoklesa.

Gaszę stojącą na biurku lampkę, wyłączam boczne oświetlenie, starając się nie skrzypieć panelami w korytarzu, przekradam się do łazienki.

Elektryczna szczoteczka, mydło o zapachu lawendy, miękki ręcznik pachnący kwiatowym płynem do płukania i jestem czyściutki, gotowy na oddanie się w objęcia królującej już na dworze nocy.

Zaglądam jeszcze do pokoju małej, wsłuchuję się w równy, spokojny oddech śpiącej trzylatki. Mimowolnie uśmiecham się, patrząc na zawinięty w kołdrę tłumoczek, leżący w łóżeczku, nad którym gonią się po ścianie wymalowane misie, żyrafy i inne motylki: ech, piękna rzecz, taka niewinność...

Delikatnie popycham drzwi do naszej sypialni, pachnącej słodko-ciężkawym zapachem snu. Po omacku, doskonale znając odległości, podchodzę do łóżka i wczołguję się pod nagrzaną kołdrę.

Wtulam się w pachnący bezpieczeństwem bok mojej drugiej, zdecydowanie lepszej połówki, przymykam oczy.

A tam, za zasłoną snów, czeka już na mnie Ona.

...wizyta przywódców w stolicy. Prezydent przyjął delegacje krajów partnerskich, zaś podczas rozmów dwustronnych padły deklaracje...

...na tak zwanej, za państwa przeproszeniem, arenie międzynarodowej! Trudno przecież oczekiwać, żeby takiego rodzaju działania miały być przez nas pozostawione bez adekwatnej odpowiedzi! Dwie, może trzy atomówki i od razu zrozumieją, że z nami nie należy...

...kolektywnego, że tak powiem, Zachodu! Zgnilizna moralna! Upadek wartości! Operacje zmiany płci na życzenie, homoseksualiści, naziści, sataniści! Obrona tradycyjnego modelu rodziny jest dziś koniecznością dziejową, w przeciwnym razie...

...asymetryczną odpowiedź zbrojną.

- Myślisz, że zaatakują?

Podnoszę wzrok znad umowy współpracy z think-tankiem analitycznym z Berlina, patrzę na siedzącego naprzeciwko Maksyma. Potrząsam głową.

- Że co?

- No, czy nas zaatakują. To wszystko, co mówią w mediach o eskalacji... Pidary, że Ruscy, w sensie.

- Ach. Nie, nie sądzę. Są głupi, ale nie aż tak.

- Brat mojego kolegi dostał wczoraj wezwanie do mobilizacji. Podobno kazali mu zostawić telefon w domu, żeby nie można było namierzyć sygnału. A znajomy z Kijowa mówił, że Amerykanie zaczęli ewakuację swojej ambasady...

Ściągam okulary, które noszę do czytania od ubiegłego roku, ściskam palcami nasadę nosa. Maksym zamyka się od razu: zbyt dobrze zna ten gest, kiedy ja próbuję zebrać myśli i wyartykułować je w sposób, który nikogo nie obrazi.

Głęboki oddech, drugi, trzeci.

Z tyłu głowy nadal przelatują mi wyliczenia kosztów współpracy, ceny biletów lotniczych i utrzymania naszej skromnej delegacji na Zachodzie.

Kurwa, nie stać nas na to. Nie stać nas, ale i tak musimy to zrobić.

Jak to w życiu.

Spoglądam na Maksyma, próbując przywołać na twarz wyraz statecznego spokoju i jednocześnie wznieść się na wyżyny lingwistyczne z moim wciąż kulejącym ukraińskim.

- Nie będzie żadnej wojny, Maks. Ruscy postraszą, pogadają swoje, a potem odpuszczą. Za dużo mają do stracenia, jeszcze się gospodarczo po covidzie nie podnieśli...

- Myślisz?

Widzę w jego oczach błysk nadziei. On chce, żebym tak myślał, żebym go przekonał.

- Jestem pewien. Jeszcze tydzień, może dwa, a potem zaczną deeskalować napięcie. Putin dogada się z Bidenem, zgłoszą go do pokojowego Nobla i jeszcze będzie udawał, że zażegnał kryzys.

- Putin-fiutin... - warczy Maksym, którego brat od trzech lat walczy w Donbasie.

- Nie musisz człowieka lubić ani szanować, ale nie warto go od razu zamykać w wariatkowie. Nie będzie żadnej wojny, Maks. A tymczasem... - Patrzę na wyświetlacz telefonu. - Dobra, klepnij to i podpisz, niech to Tatiana proceduje dalej.

- A ty?

Wstaję, ściągam z oparcia obrotowego krzesła marynarkę.

- A ja, mój drogi, muszę odebrać dzieciaka z przedszkola.

...rejonach dyslokacji wojsk. Ministerstwo Spraw Zagranicznych stanowczo zaprzecza tym doniesieniom, oskarżając media o sianie propagandy i podgrzewanie temperatury. Społeczność międzynarodowa...

...dzisiejszej dyskusji w Werchownej Radzie. Doszło do ożywionej wymiany argumentów, podczas której szczególnie mocno wybrzmiało stanowisko deputowanego z Iwano-Frankiwska, który...

...obrony uzasadnionych interesów naszej Ojczyzny! Dość tej antyrosyjskiej, nazistowsko-reakcyjnej propagandy z ust tak zwanego narodu, który rości sobie prawo do terytoriów od wieków należących do Wielkiej Rusi! Wystarczy palcem im pogrozić, a od razu...

- ...jak sądzisz?

- Tak - odpowiadam zupełnie machinalnie.

Ogrom pomyłki dociera do mnie dosłownie ułamek sekundy później, kiedy mózg rejestruje to, co przekazują mu oczy: Nastię z mocno sceptyczną teraz miną, podnoszącą w rękach dwa pudełka rzeczy. Dwa różne pudełka zupełnie różnych rzeczy, jak za wszelką cenę starają się przekonać mnie krzykliwe kolory i rzekomo sugestywne obrazki.

- Misza... - Potrząsa głową.

Pokazuję na pudełko po mojej lewej:

- Ten.

- Droższy? Na pewno nas na to stać? Wiesz, tu jest prawie dziesięć procent różnicy w cenie...

Po cholerę w takim razie mnie pytasz? - przelatuje mi przez głowę myśl w rodzimej mowie Mickiewicza i Norwida, ale zamiast tego zginam kark do drugiego - w zasadzie już trzeciego! - języka.

- Stać nas, nie będziemy na codziennych produktach oszczędzać. Fundacja się niedługo rozkręci, mamy już kilku potencjalnych darczyńców. Bierz ten lepszy.

- Miszka, ale na pewno?

- Na pewno. Nie chcę, żeby coś tak mało istotnego, jak...

Siedząca do tej pory spokojnie w wózku na zakupy mała zaczyna kwękać, wyciąga rączki do czegoś, co zobaczyła na półce: "Daj, mama, daaaaj to, daj!".

Nastia wrzuca opakowanie do koszyka, przykuca przy niej i zaczyna tłumaczyć coś pozornie spokojnym tonem; ja nawet nie zawracam sobie gitary próbą dokończenia zdania, bo i tak wiem, że mnie nie usłyszy: kobietom coś się robi ze słuchem, jak pojawia się dziecko.

Mam tylko nadzieję, że mija to w miarę dorastania latorośli, bo jak nie...

Wzdycham ciężko, od serca.

Bo jak nie, to nie.

Sam też mam swoje dziwactwa, zdarza mi się wyłączać, błądzić myślami.

Wracać do tej, do której obiecałem, że nigdy nie wrócę.

...zaawansowane systemy naprowadzania i kierowania ogniem. Współpraca ma zaowocować otwarciem w Charkowie linii produkcyjnej, która...

...pomóc, nie zaszkodzić! Popatrzcie na Krym przecież, jak tam się ludziom lepiej żyje! A tak to co? Nie pamiętała o nich stolica, jak i o nas nie pamięta! I to się odbije czkawką, bo...

...niekonstytucyjnego reżimu w Kijowie. Po krwawym przejęciu władzy w dwa tysiące czternastym roku, ukraińska junta konsekwentnie realizuje swoją nieludzką politykę ciemiężenia własnego ludu i uciskania mniejszości rosyjskojęzycznej. Dlatego nie ustaniemy w wysiłkach tak długo, jak...

...dzieło Boże, walcząc przeciwko armiom Antychrysta! Tęczowa zaraza z Zachodu podpełza pod mury wielkiej, świętej Rusi, ale my damy odpór tym pomiotom piekła i wspólnie, pod przewodem naszego Prezydenta, po raz kolejny złamiemy kark faszyzmu, tym razem...

...zamienić w radioaktywny popiół. Odpowiedź jest jednoznaczna: zastosuje. Konflikt z Zachodem na Ukrainie narasta tak bardzo, że dla Rosji jest to już kwestia życia i śmierci. I teraz nie pozostanie nam nic innego, jak tylko użyć siły.

- To co, Nastka? Spać?

Patrzy na mnie wyraźnie zdziwiona. Podnosi tyłek z kanapy, nachyla się ku mnie i przykłada dłoń do czoła. Zagląda uważnie w twarz.

- Ty co, chory? Źle się czujesz, chcesz coś na noc? - pyta zupełnie bez podtekstów.

Prycham, trochę rozbawiony, potrząsam głową. Wyłączam pilotem odbiornik sygnału cyfrowego, drugim gaszę telewizor, trzecim wieżę wzmacniacza. Wzruszam ramionami.

- Nie, jakoś tak... Po prostu pomyślałem, że może dziś się razem położymy. Wiem, że siedzę ostatnio po nocach, i jakoś tak...

Uśmiecha się ciepło, potem widzę w jej oczach ten błysk.

TEN błysk.

- No cóż... - Przeciąga się niczym rozleniwiona kotka. - Ja w sumie to wolę cię w dzień, w porze obiadowej, ale może być i wieczór. Mała już śpi, więc...

Pozwalam sobie na uśmiech.

- Więc?

Podnosi się, odchodzi ku łazience, kręcąc biodrami.

- ...więc będę czekać na ciebie w sypialni - rzuca przez ramię, już ściągając sweter.

Wzdycham sobie, tym razem tak od serca, z zadowoleniem.

Życie jednak jest dobre.

Czuję, jak Ona mnie wzywa.

Wiem, że śpię - ale sen jest rzeczywisty, niczym jawa.

Unoszę się ponad bezkresem jałowego stepu na skrzydłach radioaktywnego wichru, wirując w tumanach śmiercionośnego, czarnego pyłu.

Przepływam pomiędzy wyziębionymi monolitami martwych od dziesięcioleci bloków, gdzie w mieszkaniach dziś rezydują tylko cienie dawnych właścicieli, a nocami wycie upiorów niesie się po obłażących z farby klatkach schodowych.

Sunę centymetry ponad spękanym, ledwie widocznym spod warstw butwiejących liści asfaltem opustoszałych ulic, po których nigdy nie przejedzie już szkolny autobus.

Pode mną przesuwają się tabuny stworów bez oczu, pokracznych kreatur ulepionych z cielesnej plasteliny przez upośledzonego Stwórcę, gnanych w ślepym pędzie dzikiego gonu naprzód, byle dalej od pałającej ponad widnokręgiem krwawej zorzy pożaru.

Wszystko zalewa pełgająca, falująca i tętniąca łuna, pulsująca ponad widocznym w oddali ciemnym masywem Sarkofagu bodącego w niebo rurą komina.

Sarkofagu, z którego bije w niebo słup oślepiająco białego światła.

Chcę oderwać od tego wzrok, ale nie mogę.

I wiem, że Ona mnie widzi.

Budzę się z gwałtownym wzdrygnięciem całego ciała.

Dyszę ciężko, czując, jak wali mi serce.

Oczy wbite w sufit nie mogą złapać ostrości.

To sen, to tylko sen, powtarzam sobie.

Jeden z wielu podobnych koszmarów, które od czasu do czasu nawiedzają mnie falami, gdy mózg z takiego czy innego powodu nie radzi sobie z procesowaniem traumy, pozostałej jeszcze z dawnego życia.

Ale teraz nie jestem TAM, tylko tutaj.

W domu.

W bezpiecznym miejscu, obok osoby, która jest moją kotwicą w normalnym świecie.

Przez chwilę nasłuchuję: może znów się małej coś przyśniło i zapłakała przez sen? Ale nie, tym razem to nie to. Poza tym teraz już nie trzeba do niej chodzić: jak czegoś chce, to sama potrafi przydreptać, bezceremonialnie obudzić i powiedzieć, że ma ochotę na... cokolwiek.

No dobra, to jednak nie dziecko, a więc problem jest we mnie.

Ostrożnie, po cichu wstaję z łóżka, żeby nie zbudzić śpiącej na boku Nastii, i ruszam przez ciemny, cichy dom.

Drzwi na korytarz, dwa schodki w dół, salon, ominięcie ścianki działowej - ręka zupełnie odruchowo, na czystej pamięci mięśniowej zgarnia szklankę z blatu, podstawia pod dyspenser filtrowanej wody, wbudowany w lodówkę.

Nie dzieje się nic.

Nie zapala się światełko, nie ma charakterystycznego kliknięcia i delikatnego poszumu silniczka, tłoczącego wodę przez dyszę wylewki.

Odsuwam się o krok: nie palą się też diody, wyświetlacz nie pokazuje temperatury.

No tak, kolejna przerwa w dostawie prądu, jak to na prowincji nocą. Zdarza się. Pewnie znów złamana gałąź spadła na druty albo na którejś podstacji, pamiętającej jeszcze słusznie minione sowieckie czasy, wywaliło bezpiecznik. Do rana naprawią.

Przechodzę tę parę kroków do zlewu, nalewam sobie kranówki. Przeżyję. Jak ktoś tyle lat pił filtrowaną gruntówkę, to przecież...

I wtedy coś rozbłyskuje za oknem.

Tam, daleko poza drzewami, na południu i na wschodzie, w kierunku, gdzie jest Kijów.

Kijów, który z tej odległości parudziesięciu kilometrów zawsze widać jako lekko jaśniejszy wycinek nieba na widnokręgu - szczególnie teraz, późną zimą, kiedy nie ma liści na drzewach.

Ale tej nocy nie ma łuny świateł miasta. Jest tylko ciemność. Absolutna, czarna, nieprzenikniona ciemność.

I kolejny daleki rozbłysk.

I jeszcze jeden.

A potem dotacza się do mnie odbite echo dalekiego odgłosu: "puk". Jakby gdzieś, het, daleko, ktoś odpalił fajerwerk.

Kran pluje, charczy nierównym strumieniem, woda się kończy. Zostaje tylko gulgoczący syk pustki w rurach.

Ja jednak nawet tego nie zauważam, bo docierają do mnie kolejne odgłosy: "puk, puk-puk". Słyszę, jak niosą się dalekie, rwące trzaski, przylatujące ku mnie przez dzielące nas kilometry z opóźnieniem... I kolejne rozbłyski spadających z czarnego nieba gwiazd tam, gdzie powinien świecić się Kijów.

Nagle robi mi się gorąco, potem zimno.

Obracam się na pięcie, żeby od razu, teraz, już, w tej chwili rzucić się do sypialni, zgarnąć małą, potem obudzić Nastkę, robię pierwszy krok - i zamieram niczym słup soli.

Ponieważ widzę TO.

Przede mną unosi się w powietrzu pulsująca, opalizująca sfera, zawieszona nad podłogą pośrodku mojego salonu.

Niczym kropla krystalicznie czystej wody w stanie nieważkości - przelewająca się, pozbawiona jednej ustalonej formy, mrowiąca zmarszczkami, ale wciąż powracająca do stanu równowagi idealnej.

To musi być sen. Nie ma możliwości, żeby to nie był sen.

Stoję na bosaka, w samej piżamie, trzymam w ręku do połowy napełnioną szklankę i patrzę na rosnącą w salonie kroplę wody.

Kropla skrzy się i pobłyskuje, po jej powierzchni przebiegają pajączki wyładowań elektrycznych, mieni się krawędziach kolorami tęczy... Jest piękna i straszna zarazem, a ja czuję, jak coś mnie ku niej ciągnie.

Wbrew własnej woli podnoszę nogę i robię krok, potem drugi w kierunku kuli.

Ręce same wyciągają się ku niej, podobnie zresztą jak poła rozchełstanej góry od piżamy. Kryształki żyrandola nad kanapą pobrzękują ledwie dosłyszalnie, delikatnie skrzypi i trzeszczy łańcuch. Po blacie stołu w salonie zaczynają sunąć podkładki pod talerze...

...a ja nagle uświadamiam sobie, że to nie sen.

Robię jedyne, co przychodzi mi do głowy - rzucam się w tył.

Robię to dosłownie w tej samej chwili, gdy powierzchnia sfery styka się z trzepoczącą serwetką, która wyrwała się z uchwytu na stole.

Huk i trzask są potworne, dosłownie ogłuszające. Uszy wypełnia mi wysoki, świdrujący pisk, lecę na plecy, teraz dla odmiany pchnięty niczym gigantyczną, niewidzialną dłonią - uderzam o szafkę, wpadam na stacjonarny blender, jakieś talerze i miski lecą na ziemię.

Osuwam się na podłogę, zakrywając tylko głowę rękami.

Gdy otwieram oczy, wokół mnie szaleje istne pandemonium.

Wszystko - dosłownie wszystko, co nie było przytwierdzone do ścian, sufitu i posadzki, wiruje właśnie w jakimś obłąkanym powietrznym tańcu! Talerze, książki, papiery, sztućce, kawałki drewna, fragmenty tynku, potłuczone szkło... Jedno z krzeseł dryfuje obok mnie majestatycznie, zahacza po drodze o stojący na kuchence garnek i pociąga go za sobą do oberka, widzę, jak kielich blendera dygocze w uchwycie, a szuflady dosłownie trzęsą się w prowadnicach.

Odczołguję się byle dalej, pełznąc na brzuchu po zasłanej odłamkami szkła podłodze, czując, jak wiatr szarpie mi nogawki piżamy i targa włosami.

Pomieszczenie napełniają błyski wyładowań, wicher wzmaga się, kaskadą odłamków sypie się któreś okno - fragmenty potłuczonej szyby od razu zostają wessane przez rozkręcający się huragan, który wciąga w siebie coraz więcej i więcej materiału, nabierając obrotów i wirując coraz szybciej, aż...

Uderzenie wciska mnie w szafki, dosłownie wgniata do środka przez drzwiczki z płyty wiórowej - i chyba tylko to ratuje mi życie, kiedy gruz, żelastwo i szkło uderzają w bok mebla. Metalowa gałka od karnisza niczym kula karabinowa przebija ściankę mebla i przelatuje obok mojej głowy, nóż wbija się w drewno, a ostrze wychodzi kawałek od mego oka.

Leżę tak jeszcze chwilę w moim meblowym ukryciu, kuląc się i czekając, co będzie dalej, co jeszcze się wydarzy - ale grawitacyjny huragan już się uspokoił.

Powoli, ostrożnie, niczym przerażone zwierzę wyczołguję się z powrotem do tego, co jeszcze przed momentem było moją kuchnią.

Kuchnia, najkrócej mówiąc, zniknęła.

Była, a teraz jej nie ma - przepadła razem ze sporą częścią ściany nośnej domu, fragmentem poddasza i samego dachu.

Zadzieram głowę, widzę pokój na górze, w którym planowaliśmy zrobić kiedyś miejsce dla młodej, jak ta już podrośnie. Teraz wygląda to, jakby ktoś wziął do ręki jeden z moich domków z makiety, odgryzł kawałek i wypluł, rozrzucając po okolicy.

Stoję w rozchełstanej piżamie na skraju tego, co było moim domem, a teraz jest półrumowiskiem, na którego brzegu przelewa się i kręci wciąż lekko pobłyskująca, ale teraz spokojniejsza, zdecydowanie wolniej wirująca kula falującego powietrza.

Ale wcale nie to wszystko przeraża mnie w tej sytuacji najbardziej. Bo naprawdę, ale to naprawdę straszne jest to, że dopiero teraz jestem w stanie nazwać uczucie, które wyrwało mnie ze snu w środku nocy.

Jak wtedy, kiedy lecąc samolotem, człowiek budzi się nie wiedzieć czemu i czuje, że coś jest nie w porządku. Że coś się stało. Niby to samo wnętrze, ci sami ludzie, spokojne oświetlenie boczne - ale coś istotnego się zmieniło w otoczeniu. Coś, co powoduje, że masz ochotę przełknąć ślinę, żeby przestały boleć uszy... Bo zmieniło się ciśnienie.

I świat jest niby taki sam, a jednak gdzieś niezauważenie dla nas samych przekroczyliśmy granicę pomiędzy "tutaj" i "tam".

A ja doskonale wiem, co oznacza słowo "tam".

TAM.

Po plecach aż przebiega mi dreszcz - i to nie tylko dlatego, że temperatura oscyluje w granicach zera, mój dom właśnie utracił spójność powłok izolacyjnych, a ja na dobrą sprawę stoję na dworze w piżamie.

Nagle uświadamiam sobie, że człowiek nade wszystko powinien uważać, czego sobie życzy - szczególnie wykonując pewien określony, dość wąsko wyspecjalizowany zawód.

Zaś ponowne spotkania po latach, kiedy twoja niegdysiejsza wielka miłość bez zapowiedzi odwiedza cię w domu, gdzie zdążyłeś zadomowić się z niedawno założoną rodziną, są zdecydowanie przereklamowane.

Przełykam ślinę, czując, jak w piersi trzepocze mi absolutnie spanikowane serce, tłoczące w żyły adrenalinę, która właśnie napełnia skronie poszumem na pograniczu ekscytacji i przerażenia.

Sfera nagle pęcznieje i strzela gwałtownym, krótkim wyładowaniem, rozrzucając wokoło najbliżej leżące śmieci. Odskakuję instynktownie, znów przypadam do ziemi, kiedy deszcz poszatkowanych na konfetti książek opada powoli w zimnym powietrzu... Śmieci. Te "śmieci" to przecież kawałki mojego domu, mojego życia.

A mimo to teraz, gdy kulę się na podłodze jak zaszczute zwierzę, są dla mnie bezwartościowe. Nie mają żadnego znaczenia. W niczym mi nie pomogą.

Chyba że...

Potrząsam głową, próbując odegnać natrętne, nibyinteligentne myśli i pozornie cięte komentarze do otaczającej rzeczywistości, którymi przerażony umysł usiłuje zająć moją uwagę akurat teraz, kiedy potrzebuję jej w całości i na zawołanie.

Powoli, nie robiąc gwałtownych ruchów, schylam się i podnoszę z ziemi pierwszy lepszy kawałek gruzu.

Skoro huraganowa sfera jest tam, w salonie za mną - to raczej nie ona oderwała z mojego domu ścianę frontową wraz ze sporą częścią dachu.

Więc jest tu coś jeszcze.

Coś, czego raczej wolałbym przypadkiem nie aktywować.

Dlatego rzucam gruz w miejsce, w którym jeszcze kilka minut temu stał stół, teraz wciągnięty i przemielony na szczapy. Kawałek cegły z doklejoną plamką tynku odbija się od pękniętej płytki posadzki, toczy jeszcze kawałek i zamiera.

- Czysto... - szepczę sam do siebie drżącym głosem.

Nie wierzę, że dałem radę przejść tędy wcześniej, jeszcze kiedy na poły śpiący szedłem po wodę.

W głowie huczy i wiruje huragan myśli, przez które ledwie słyszę świst wichru, huk i łomot niosące się z zewnątrz, krzyki ludzi... Gdzieś za mną, pośród domów osiedla, coś eksploduje kulą ognia, lecą z brzękiem szyby z okien, wyje alarm samochodowy.

"Czysto".

Tak proste słowo, a jednak niosące ze sobą taki ładunek emocjonalny.

Wywlekające na powierzchnię wszystkie te wspomnienia, które od kilku lat starałem się zepchnąć na dno podświadomości.

Podnoszę do twarzy rękę, która wygląda jak należąca do kogoś innego. Trzęsie się jak liść osiki, a mimo to jest moja, moja, nie czyjaś obca, tylko moja! Obracam ją, zginam i prostuję palce, żeby sprawdzić, czy ciało słucha rozkazów mózgu.

Rzygać mi się chce.

Gardło aż zaciska się skurczem, ślina sama napływa do ust, czuję to charakterystyczne uczucie w głębi brzucha.

Przełykam nerwowo ślinę raz, drugi, trzeci, kolejny.

Tak, zdecydowanie mi się chce.

Zdecydowanie.

Opieram się o blat szafki i rzucam profesjonalnego, taktycznego rzyga prosto w pustą misę zlewu, za którą kiedyś była ściana, a teraz jest tylko pustka, w której ktoś wymalował jaskrawymi farbami pejzaż lokalnej apokalipsy na osiedlu domków jednorodzinnych.

Osłupiały, oszołomiony i z pewnością kontuzjowany patrzę na najbliższą okolicę, która teraz zamieniła się w przedsionek piekła.

Stojące na podjazdach i na ulicy samochody wyją i migają światłami, ale nawet skowyt alarmów ginie w ryku gigantycznej fontanny ognia, która zamienia właśnie dom dwie działki od nas w płonącą pochodnię.

Kawałek wyasfaltowanej drogi wygląda, jakby ktoś docisnął plastelinę odwróconą szklaną miską - zupełnie przezroczystą, a mimo to zostawiającą idealnie obły ślad we wszystkich po kolei warstwach - od popękanych płyt chodnika, przez asfalt, podsypkę pod nim, aż do rur kanalizacji i wodociągu, których zawartość rozlewa się teraz po obrzeżu niewidocznej sfery nierównymi kałużami i strugami zacieków.

Garaż sąsiadów z naprzeciwka właśnie ulega stopniowemu demontażowi, kawałek po kawałku zasysany przez pulsujący na wysokości pierwszego piętra kłąb zwiniętego drutu, metalu i żelbetu, wyrywający po kolei cegły z obłożonego klinkierem komina.

Tam, po prawej, cały rząd drzew jakby ktoś obciął jednym chlaśnięciem ogromnego noża: korony kończą się idealnie wzdłuż ukośnej płaszczyzny, której przedłużenie rysuje się poprzeczną kreską na najbliższym domu.

Aż kulę się odruchowo, gdy na jednej z posesji przy równoległej uliczce z hukiem eksploduje przydomowy zbiornik gazu, podnosząc się ognistą kulą w czarne niebo.

Powoli wraca mi słuch, więc prócz pisku w uszach i modulowanego skowytu alarmów zaczynam słyszeć inne rzeczy: świst wciąganego przez sferę w salonie powietrza, ryk gejzeru ognia na dworze, trzask i huk niosący się gdzieś z zewnątrz... Przerażone głosy ludzi, dochodzące zewsząd krzyki, płacz i odbijające się echem żałosne nawoływanie.

- ...sąsiedzie! Sąsiedzieeee! - drze się ktoś na ulicy.

Nadal zmagając się z torsjami i trzymając się zlewu, ryzykuję szybkie zerknięcie w bok: to ten irytujący gość, co mieszka po skosie od nas. Stoi pod moją furtką, twarz ma zakrwawioną i chyba coś nie tak z ręką. Stoi i szarpie za klamkę, mimo że całe dwie sekcje płotu obok po prostu zniknęły, a bramę wygięło w obwarzanek.

Zauważa, że go widzę, macha do mnie gorączkowo, coś woła... Słyszę przez huk ognia i trzask anomalii co drugie słowo, coś o telefonie, o policji, wojsku...

- N-nie! - wołam przez ściśnięte, pełne palącej żółci gardło, macham ręką. - Nie działa nic! Do domu proszę wrócić. Do domu!

On krzyczy coś jeszcze, ale potem odrywa się od furtki, najwyraźniej zamierza iść do tych naprzeciwko. Musi być w szoku - dopiero teraz widzę, że puchową kurtkę narzucił wprost na podkoszulek, jest w kapciach...

- Do domu pan idzie! Do siebie wraca!

On odwraca się, coś krzyczy, macha ręką, jakby chciał pokazać, że nieważne.

- Nie tędy! Nie...! - usiłuję przekrzyczeć wszystko wokół.

Mężczyzna robi jeszcze dwa kroki, a potem staje jak wryty i prostuje się, jakby ktoś podłączył go do prądu.

Widzę, jak coś unosi go nad ziemię, a potem składa wpół, jak scyzoryk - najpierw w przód, tak że głowa dotyka do kolan, a potem w tył, przez plecy. I jeszcze raz w tę i we w tę... Jak na tych filmikach z Pakistanu i Chin, gdzie człowieka wkręca w maszynę do nawijania folii strecz albo zaczepia o wał korbowy - niby są tam w środku, w nas, ścięgna i kości, ale przy odpowiednio przyłożonej sile człowiek jest jak z gumy.

Patrzę wbrew własnej woli, z jakąś chorą fascynacją, jak człowiek zamienia się w figurkę origami.

Coś dosłownie wypłaszcza go, rozciąga na boki i składa wedle idealnie wytyczonych linii. Facet krzyczy, przynajmniej z początku, potem jest jeszcze chrzęst kości i ciała, ale w końcu zamienia się w coś, co wygląda bardziej jak zabugowana grafika z gry komputerowej, traci pozory realności i nie wywołuje już nawet przerażenia.

Mój umysł może wypierać i racjonalizować to, co się dzieje, ale organizm aż nadto dobrze wie, co się właśnie stało - więc kolejna fala torsji zgina mnie wpół, gdy żołądek usiłuje wyrzucić z siebie resztki treści.

Kaszlę, chrypię, rzężę i zanoszę się głuchymi beknięciami tak długo, aż w końcu nie zostaje we mnie nic.

Potem osuwam się bez sił na podłogę, spocony jak mysz, targany niekontrolowanymi dreszczami.

Jest mi zimno.

Po prostu zimno, bo skoro mój dom przestał w rozumieniu grzewczo-izolacyjnym być układem zamkniętym, to temperatura musi oscylować w okolicach zera, jak to w nocy pod koniec lutego.

Najbardziej mam ochotę skulić się, zamknąć oczy i udawać, że mnie zwyczajnie nie ma. Trzymać się desperackiej nadziei, że to wszystko się jakoś ułoży, wyjaśni, naprostuje samo...

Ale wiem, że tak się po prostu nie stanie.

Kolejny wysoki, przenikliwy krzyk.

Ktoś idzie, albo może biegnie, krzycząc rozdzierająco, ile tylko sił w płucach, jakby stało mu się coś potwornego - a potem ostry, suchy trzask i błękitny rozbłysk wyładowania elektrycznego.

Krzyk urywa się i już nie rozbrzmiewa ponownie.

Odkasłuję, odcharkuję, spluwam resztkami żółci na płytki podłogi.

Nie stanie się, nie ułoży się, nie wyjaśni się, nie naprostuje się.

Mogę tu leżeć, czekając pasywnie na śmierć - albo spróbować przeżyć.

I może uratować kogoś jeszcze.

Dlatego gramolę się z ziemi, podnoszę to, co akurat mi wpadnie pod rękę: zgięty widelec, kawałek talerzyka, fragment cegły z zaprawą murarską. Staję na chwiejnych nogach i niezgrabnie rzucam przed siebie pierwszy nibyznacznik.

- Czysto... - szepczę drżącymi wargami.

Krok, krok, jeszcze jeden.

Rzucam kolejny znacznik: czysto.

Robię te następne kilka kroków, które teoretycznie przynajmniej nie powinny mnie zabić.

Ciskam przed siebie kawałki gruzu, metalu i drewna, które dopiero co były tworzywem dla przestrzeni mojego życia.

Wytyczam bezpieczną trasę przez to, co powinno być - ale już nie jest - normalnym pomieszczeniem normalnego domu.

Jeden z kamyków odbija się od szafki, odskakuje w bok i toczy się dalej: pac-pac-pac... Zamieram w pół kroku, patrząc, jak on nie przestaje podskakiwać, przyspiesza coraz bardziej, aż w końcu wiruje jak fryga i wystrzeliwuje gdzieś w górę, porwany przez ten sam bąbel, który musiał pożreć front mojego domu.

Następny rzucam bardziej w lewo - ten z kolei zaczyna ściągać do siebie minihuragan zniszczenia w salonie, który zdążył już złapać w siebie trochę śmiecia i teraz jest raczej w wersji "midi", zmierzając powoli ku "maxi".

Tędy nie przejdę, nawet nie będę próbować. No dobrze, to cofamy się do kuchni i dookoła, wokół ścianki z wyciągiem...

- Misza! Misza, ty gdzie?! Miszaaa!

- Taaatuuuuś! - drze się drugi, o wiele wyższy i bardziej dojmujący głosik. - Ja chcę tatuuusiaaaa...!

Zaciskam oczy, potrząsam głową: nie. Nie teraz.

Słyszałem te wołania już wcześniej, ale nie dopuszczałem ich do siebie.

Nie stać mnie na myślenie teraz o kimkolwiek innym, bo zaraz i sam zginę, i nikomu nie pomogę.

Tutaj muszę w pierwszej kolejności myśleć przede wszystkim o sobie.

TUTAJ.

Jest zimno, tak zimno, że aż grabieją mi dłonie i zaczynają szczękać zęby, a mimo to czuję, jak po plecach leci mi strużkami pot.

Kawałek po kawałku, jak saper na polu minowym omijam przekrzywioną kuchenkę, przesuwam się wzdłuż ściany salonu... Przechodzę w trzech długich, pokracznych krokach ponad przewróconym regałem z książkami.

Anomalia wiruje dosłownie na wyciągnięcie ręki ode mnie, kręci zawieszonym w powietrzu śmieciem i kurzem. Nie rzucam niczym, żeby jej przypadkiem nie aktywować, idę tylko z wyciągniętą przed sobą rozczapierzoną dłonią, próbując wyczuć prądy powietrza.

Coś z hukiem i trzaskiem wybucha na poddaszu, tynk sypie się z sufitu, gniazdka elektryczne strzelają iskrami, ale to bez znaczenia.

Schodki do części sypialnej są już na wyciągnięcie ręki.

- Nastia... Dura! - wołam. - Durka, jesteście tam?! Durkaaa...!

Chwila ciszy, w której aż nadto wyraźnie słyszę stłumiony, zawodzący szloch dziecka.

- Misza, tutaj! Ja z małą, w jej sypialni...

- Tatuś! Tatuś, ja chcę do tatusia...!

- Nie ruszaj się, Dura! Ani kroku, nie idźcie nigdzie... Ja już do was...! - krzyczę, czując, jak zaczyna brakować mi głosu.

- Taaataaa...!

- Już do was idę, kwiatuszku! Tatuś zaraz przyjdzie!

Jestem już przy schodkach, ale coś mi się nie podoba pod sufitem. Nie wiem co, ale coś tam błyszczy, i tynk jakoś dziwnie zaczyna się wzdymać, jakby purchlem... nie było tego, na pewno nie było jeszcze chwilę temu.

Przesuwam się bokiem, nie spuszczając dziwnego tworu z oka, a potem przechodzę obok łazienki. Nie otwieram nawet drzwi, bo słyszę, jak coś tam bąbluje i przelewa się niczym gotująca smoła... Zjadliwy, zielonkawy blask sączy się przez szczelinę wentylacyjną.

Mój dom, nasz dom jest teraz przedsionkiem piekła, a ja muszę przez niego przejść cały i zdrowy - jak rzadko kiedy, nie dla siebie, a dla innych.

Słyszę, jak mała zawodzi, a Nastia coś jej śpiewa łamiącym się głosem.

Spycham to na dno świadomości, szorując plecami po ścianie, docieram do drzwi.

- Dura! - wołam.

- Misz!

- Tata! Do taty, do tatyyyyy...! Taataaaaa...! - drze się mała.

- Dura, czekajcie na mnie! Ja po ubrania najpierw do garderoby pójdę, bo zimno... Drzwi wam zamknę, ścianę całą wyrwało w kuchni!

- Co?!

- Taaaatuuuuuś! Ta...ta...a...a...! - Mała ewidentnie wpada w kolejny atak histerii.

- Ścianę wyrwało! - powtarzam przez zaciśnięte nagle gardło. - Czekajcie na mnie, zaraz u was będę...

- Ale co się stało?!

Zerkam w korytarzyk do salonu, gdzie "karuzela" zaczyna nabierać właśnie obrotów, wciągając w siebie resztę mojego księgozbioru i pościąganych z półek modeli oraz makiet.

Zamykam oczy, biorę głęboki wdech.

Wiem, co powiedzieć.

- Zona się stała.

Nastia patrzy na mnie wielkimi oczami, nadal nie rozumiejąc, co usiłuję jej powiedzieć.

Siedzimy na łóżku, przykryci wszystkimi kołdrami, kocami i narzutami, jakie tylko udało mi się wyciągnąć z szafy, ubrani w ciepłe, narciarskie spodnie i zimowe kurtki, w czapkach i rękawiczkach, żeby zminimalizować utratę ciepła.

Mała uspokoiła się już trochę, przysnęła w końcu niespokojnym snem, wtulona pomiędzy nas dwoje. Czuję, jak rzuca się przez sen... Na szczęście ma raptem trzy latka, więc raczej nie będzie tego pamiętać. Zatrze się jej to w umyśle, ugładzi: ot, tatusia nie było, tatuś przyszedł, wszystko w porządku.

Taką mam przynajmniej nadzieję.

Coś buczy miarowo i dudni basem na piętrze, sufit skrzypi i osypuje się drobnym pyłem, gdy nieznana anomalia ciśnie na żelbet.

Ściany nośne domu jęczą i trzeszczą, poddawane oddziaływaniu sił, o których nie śniło się naukowcom.

Na dworze, od którego dzieli nas raptem kilkanaście centymetrów cegieł i styropianu, rozgrywają się jakieś dantejskie sceny.

Ciemność nocy co chwila przecinają rozbłyski wyładowań "elektr" i rzygające strumieniami ognia "żarniki"; światło łamie się i rozszczepia w polach grawitacyjnych "karuzel" i "koncentratów", wpada przez okna tańczącymi na ścianach refleksami we wszystkich kolorach tęczy.

Szyba jednego z okien jest pęknięta, więc czuję, jak po karku liże mnie powiew chłodniejszego powietrza. Sypialnia jest relatywnie niewielka, a ja upchałem pod drzwi tyle koców i swetrów, ile tylko dałem radę, więc nie tracimy ciepła tak szybko - ale wraz z zimnem do środka przez okno docierają dźwięki.

Dźwięki, które nawet u mnie wywołują dreszcze.

Ktoś krzyczy przerażająco, robiąc przerwy tylko po to, żeby zaczerpnąć tchu. Wrzask niesie się po ulicy, odbija echem od domków... A tamten krzyczy dalej, po prostu wyrzucając z płuc powietrze.

Jakiś kwadrans temu ktoś szedł ulicą, nawołując i wzywając sąsiadów. Nie wiem - żeby w czymś pomogli? Żeby sprawdzić, czy da radę się u kogoś schronić? A może tak po prostu, usiłując się upewnić, że nie jest jedyną osobą, jaka pozostała przy życiu?

Kawałek od nas, pewnie ze trzy ulice dalej, ktoś strzelał. Pojedynczymi, bezładnie, raptem kilka razy, więc chyba pistolet... Potem gruchnął charakterystyczny wystrzał ze śrutówki, ale tylko jeden.

Słyszałem, jak gdzieś jechał samochód, zawodząc piłowanym na zbyt wysokich obrotach silnikiem. Zbliżał się, wyjąc coraz donośniej, potem przemknął obok i ucichł w oddali, przepadł bez śladu.

Od czasu do czasu coś wybucha, a wtedy ściany drżą, szyby brzęczą w oknach. Nasłuchuję tylko spadających na resztki dachu odłamków, próbując zrozumieć: blisko? Daleko?

Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Nie tutaj, nie w Zonie.

- Ale... ale jak to, Zona?

Już otwieram usta, żeby po raz kolejny spróbować wytłumaczyć jej to samo, wyjaśnić oczywiste, zakomunikować to, co jest widoczne jak na dłoni.

Zauważam jednak, że tynk na ścianie, którą Nastia ma kawałek za sobą, powoli pokrywa się stopniowo rosnącym wykwitem, jak gdyby sączyła się w niego ropa albo przepalony, rozwarstwiający się olej silnikowy. Ona jeszcze tego nie widzi, a ja nie zamierzam teraz zwracać na to uwagi. I tak jest dziewczyna wystarczająco przerażona.

Natomiast dociera do mnie z przeraźliwą, lodowatą jasnością: na pewno nie będziemy mogli tutaj zostać na dłużej.

- Nie mam pojęcia, Durka. Mówiłem ci: nie wiem. Ale wiem, co to jest... I ty też przecież wiesz.

Nastia potrząsa głową, odruchowo przytula małą. Nadal nie może się pogodzić z oczywistym. Niedobrze.

- Miszka, ale to przecież bez sensu! Ona jest tam, za Kordonem...

- Już nie. Teraz jest tutaj, a my jesteśmy na Jej terenie.

- Myślisz, że była Emisja?

Co ja mam jej powiedzieć?

"Nie, na pewno nie"? To będzie przecież jawne kłamstwo.

"Tak, to była Emisja"? Co z kolei nie będzie prawdą, bo Emisje nie sięgają tak daleko i nie zostawiają aż tak trwałych efektów, nie tworzą anomalii.

Ech, głupi, głupi. Tyle lat powtarzałem w kółko, że Zona nie trzyma się reguł, że nie ma swoich zasad, że nie da się Jej zmierzyć, zważyć ani ograniczyć... A teraz sam próbuję do Niej przykładać zwykłe, ludzkie, quasirozumowe instrumenty poznawcze.

Wzdycham ciężko, ukradkiem zerkając na rozrastającą się plamę na ścianie.

- Nie wiem - mówię zgodnie z prawdą. - Ale wiem, że Ona najwyraźniej tutaj przyszła. Może...

Nie kończę zdania, bo myśl pobiegła w zdecydowanie złym kierunku. "Może upomniała się o to, co do Niej należy" - byłem już gotów powiedzieć.

Drugą opcją było "może przyszła po to, czego nie dostała kiedyś" - w sensie, że po nią.

- Może...? - Nastia spogląda na mnie.

Potrząsam tylko głową.

- Nie ma "może", Durka.

- Nie mów tak na mnie! - zaperza się nagle.

Mała porusza się niespokojnie, kwęka przez sen, więc Nastia szepcze coś uspokajająco, gładzi córkę po główce... Zauważam, że z ust leci jej para, więc jednak temperatura spada szybciej, niż się spodziewałem. Niedobrze.

- Nie mów tak na mnie - powtarza już ciszej, półszeptem, ale nie mniej dobitnie. - Mówiłam ci tyle razy, że nie lubię tej głupiej ksywy. Ona poza tym została tam, po tamtej stronie, a tutaj...

Urywa, bo chyba widzi, jak mimo woli smutno się uśmiecham.

- Tutaj teraz jest Zona - szepczę, delikatnie gładząc ją po policzku dłonią w rękawiczce. - Więc teraz ty jesteś Durka, ja Miszka, a mała...

- Mała jest Mała.

- Niech będzie, że Mała - zgadzam się. - I skoro już to ustaliliśmy, to nie możemy tutaj dłużej zostać.

Znów widzę w jej oczach przerażenie. Zupełnie jak wtedy, kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, gdzieś pod Komaryniem, całe lata temu... Wtedy też nie chciała uwierzyć, trzeba było jej tłumaczyć, przekonywać. Musiała się na własnej skórze przekonać.

A tutaj nie ma już tylko własnej skóry, bo pomiędzy nami leży ciepłym, równo dyszącym tobołkiem trzyletni dzieciak.

- Misza... - zaczyna.

- Durka, nie. Nie możemy zostać. Tutaj jest niebezpiecznie, rodzą się kolejne anomalie. Popatrz sama. - Pokazuję na ścianę za nią. - Musimy się wydostać, wyprowadzić stąd Małą.

- Ale... ale to przecież jest nasz dom!

W jej głosie pobrzmiewają płaczliwe nutki. Zamiast zrobić coś, nie wiem, normalnego - pocieszyć ją? przytulić? okazać śladową empatię? - ja po prostu rozglądam się po ścianach, suficie. Wolną ręką pokazuję na to wszystko, wydymam usta pogardliwie.

- To? Nie. To w najlepszym razie po prostu "dom", Durka. Ale tu jest Zona, tu nic nie jest ani moje, ani twoje, ani już na pewno nie nasze.

Przez chwilę mam wrażenie, że albo się rozpłacze, albo strzeli mnie w twarz, ale ona zaskakuje mnie po raz kolejny: po prostu krótko, zdawkowo kiwa głową.

Widzę, że nagle się zmieniła, coś przeskoczyło jej w głowie. Poprawia się na łóżku, odgarnia z czoła włosy. Patrzy wprost na mnie.

- To co dalej?

Wzdycham ciężko, odsuwam się kawałek, żeby wyjrzeć za okno.

- Już jasno się powoli robi, świt blisko. Poczekamy, żeby nie iść po ciemku... Akurat się zbierzemy, wszystko się poprzesuwa.

- Co?

Zaciskam pięści, ale zachowuję spokój, przynajmniej ten zewnętrzny. Nie bez kozery nadałem jej w Zonie właśnie taką, a nie inną ksywę.

- Anomalie się przesuwają o świcie. Pamiętasz? Czy mam ci od początku robić podstawowe szkolenie?

- Aaa... No faktycznie. Było takie coś.

- No właśnie. Ubierz małą ciepło, weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

- ...a ty?

O kurde, bałem się tego momentu.

- A ja wykopię to, co pogrzebałem - odpowiadam po prostu.

 

Rozdział 1

Jak to: wyrzuciłaś?!

Łapię się za głowę gestem, który w innych warunkach mógłby być uznany za niepotrzebnie melodramatyczny.

Tutaj, po tym, jak przeszedłem kilkadziesiąt kroków pomiędzy anomaliami, które powyrastały na terenie mojego własnego domu, jest jednak zupełnie uzasadniony.

W normalnych warunkach zejście do piwnicy to pestka.

Jak nie ma prądu, a ktoś boi się, że w ciemności mieszkają potwory, to jest to przygoda.

Natomiast kiedy dodać do tego, że całość odbywa się jeszcze w Zonie - to przygoda zamienia się w istną wyprawę, i to taką, z której można nie wrócić.

Ja wróciłem. Przeszedłem przez korytarz, dotarłem do schodów. Ryzykując życie, zszedłem na dół, przedarłem się do kotłowni. Pod strumieniem "żarnika" przeczołgałem się do skrytki w rogu... I wróciłem z pustymi rękami.

I teraz usiłuję dowiedzieć się, co się w ogóle odjebało.

- Nastia, czyś ty zwariowała?! Wyrzuciłaś moje rzeczy? Ale jak to?!

- Taaa-tuuuś, nie krzycz na maaa-mę! Rodzice, rodziiceee, nie kłóćcie się-ę-ę...! - zawodzi Mała, wyłącznie potęgując całościowy rozpierdol emocjonalny.

Nastia nie okazuje skruchy. Bierze się pod boki, rzuca mi iście piorunujące spojrzenie.

- Normalnie! Co ty, myślałeś, że ja nie wiem, gdzie ty swoje brudy pierzesz i chowasz?

- Ale tam była broń, szpej...!

- Rooo-dziiii-ceee...!

- Bój się Boga w Trójcy jedynego, dziecko małe w domu, a w piwnicy broń schowana?! I co, ty myślałeś, że ja to będę jak pierwsza lepsza utrzymanka mafijnego bossa tolerowała?! Że pod moim bokiem, w moim domu, coś takiego ma być schowane?! I to jeszcze tak po gałganiarsku, na łapu-capu, jakbym za jakiegoś obsranego amatora wyszła!

- Kurwa, kurwa, kurwa mać! Kobieto, przecież to było... Jezu, chuju, kurwa mać! Strzelba, amunicja, wykrywacz, pojemnik... Hola, że co? Coś ty powiedziała? - Nagle bystrzeję, kiedy ta ostatnia uwaga dociera z opóźnieniem. - Że za kogo wyszłaś?

- Za amatora jakiegoś, badylarza z rynku, byle przemytniczynę z bożej łaski! I nie klnij przy dziecku!

- Maaaamaaa...! Taaaataaaa...!

- Nie klnę przecież! Ale ty mnie nie wkurwiaj, bo...!

- Ja?! Ja ciebie?! Ty mnie raczej nie wkurwiaj, badziewiarzu, bandyto za dwie kopiejki, amatorze! Nie wstyd ci? Pod jedną warstwą płytek, w dodatku położonych na kartongips, taki schowek robić! A jakby to policja znalazła, a jakby specnaz wszedł?! Tfu!

- Ja ci dam tfu! Ja ci dam, ja ci...! - Podnoszę pięść w geście bezsilnej wściekłości.

Nie na nią, tak po prostu, przed siebie.

Błąd.

Zapomniałem.

Nie powinienem był.

Jej twarz błyskawicznie ciemnieje, nozdrza rozdymają się.

Poniewczasie przypominam sobie nasze trudne, bolesne rozmowy o specyfice dzieciństwa i dorastania w Ukrainie po rozpadzie ZSRR.

- No co? No co "ty mi"?! Co, uderzysz mnie może jeszcze? I dziecko też?! Patrz, coś narobił, jak się mała drze... No już, córeczko kochana, spokojnie, nie krzycz, nie płacz, mama cię obroni. Obroni cię, nawet jak ojciec cię zostawi...

Robię krok w tył, obracam się na pięcie wokół własnej osi, biorę kilka głębokich wdechów.

Jebana, głupia cipa. Że akurat teraz, w tej chwili musiało to z niej wyleźć. Cały pierdolony, zaściankowy, patologiczno-przemocowy Wschód, na którym się każdy pieprzony konflikt w rodzinie załatwia krzykiem, siłą fizyczną i rozgrywaniem dziecka.

Dobra, Misza, uspokój się. Jak nie ty, to ona też nie.

Uspokój się.

Uspokój się, człowieku, bo to się zaraz wymknie spod kontroli.

Jest wiele złych miejsc na kłótnie małżeńskie, ale Zona jest chyba najgorszym z możliwych.

Mała drze się jak obdzierana ze skóry.

Kurwa.

Kłócimy się przy dziecku, kłócimy się w najgłupszy możliwy sposób, w najgłupszym z możliwych momentów.

Przyklękam przy łóżku, ujmuję jej dłoń, całuję. Ona w pierwszej chwili wyrywa mi rękę, ale ja twardo ujmuję ją znowu... Mała, na całe szczęście, zupełnie odruchowo wiesza mi się na szyi, więc zyskuję chociaż minimalne przełożenie emocjonalne.

Tak, jestem wyrachowanym chujem, że w takiej chwili o tym myślę w ten sposób. Może kiedyś spłonę za to w piekle, nie wiem - ale najpierw wyprowadzę moją rodzinę z tego piekła na ziemi.

- Kocham was obie. Przepraszam. Nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki, Durka...

- Nie mów tak na mnie! - warczy, znów mi się wyrywając.

- A jak mam, kurwa, mówić?! - znów eksploduję wściekłością, zrywam się z kolan. Mała wydziera się po raz kolejny, szarpie mnie za włosy, kopie nóżkami. - Tu jest Zona, nie będę do ciebie, debilko, po imieniu mówić, bo Ona usłyszy! Durą byłaś, Durą zostałaś, żeby ze schowków broń i szpej wyrzucać...!

- A ty nie lepszy wcale! Kartongips i pojedyncza płytka... I co, i co? - Wykrzywia się pogardliwie-szyderczą miną. - Jeszcze zanim małą urodziłam, to wyciągnęłam to gówno i do kontenera remontowego wyrzuciłam! A ty myślałeś, że ja nie wiem, co ty w piwnicy wieczorami robisz. Ha, ha-ha-ha! No nie mogę... Aaa-ha-ha...!

- I czego rżysz, głupia babo?! - Rozłożyłbym ręce, ale przecież trzymam Małą; czuję, jak wściekłość ustępuje zwykłej, rozżalonej desperacji.

- Aaha-ha-ha, aa-ha-haa...! Ha, he-he, hi-hi-hi, oj... - Nastia teatralnym gestem ociera jakąś miniłzę z kącika oka, znów krzywi się złym grymasem. - Śmieję się, bo taki z ciebie wielki stalker, taki sprytny i przebiegły, a przez trzy lata żeś nawet nie zauważył, że ja to wyciągnęłam! Nic, rozumiesz? Nic a nic! Nawet się nie zorientowałeś, a ja tam fugę między płytkami na ślinę wygładzałam, potem brudną gąbką od naczyń tarłam, żebyś nie zauważył... I nie zauważyłeś! Tyle warta twoja robota, tyle warte twoje stalkerstwo wielkie!

Ostatnie jej słowa aż brzmią echem w pękniętej szybie okna, nikną gdzieś w ciszy powoli pożeranego przez anomalie domu.

Nie wiem, co powiedzieć.

Nie wiem, jak miałbym zareagować.

Skończyły mi się riposty.

Nagle, w tej jednej chwili, cała złość ulatuje ze mnie, ulatnia się jak spirytus rozlany na rozgrzany beton.

Po prostu stoję tak, patrząc na Nastię tępo. Mała też ścichła, chyba wyczerpana płaczem, tylko nadal kwili i pociąga noskiem, ale słychać przede wszystkim trzask i jęk ścian, zgrzyt wyginanego żelbetu... Plama na ścianie wzdęła się czarnym purchlem tynku, spod którego zaczyna sączyć się kroplami lekko fosforyzujący płyn.

Mrugam raz i drugi, potem po prostu kiwam głową.

- Masz rację.

- Co "mam rację"?! Nie będziesz mi tutaj mówił, co ja mam, a co nie, bo ja sama... Zaraz, że co? - reflektuje się Nastia, przechodząc na teatralny szept.

Ostrożnie odkładam Małą do łóżka, wspólnie przykrywamy ją kocami i kołdrami. Odsuwamy się na bok, żeby przynajmniej jej nie obudzić.

- Masz rację, Durka: gówno ze mnie, nie stalker. Chujową skrytkę zrobiłem, a ty miałaś rację, że z naszego domu to wywaliłaś. A wiesz dlaczego?

Mruży oczy, patrzy na mnie, jakby przeczuwając zasadzkę.

- Dlaczego? - pyta ostrożnie.

- Bo teraz wiem, że to nie moja wina, że Zona tu przyszła. A miałem taką myśl od razu: a może to przeze mnie albo przez ciebie? Może Ona upomniała się o to, co powinno było tam zostać, przy Kordonie? A teraz widzę, że jednak nie. Więc słusznie zrobiłaś, ty rację miałaś, a ja się myliłem. Jak skrytkę znalazłaś?

- Mam swoje sposoby! - parska.

- Nie pierdziel, Durka. Jak znalazłaś?

Prycha z niezadowoleniem, wydyma usta. Przez chwilę sapie coś pod nosem, odwraca wzrok... W końcu rzuca, nawet nie patrząc na mnie:

- Wiadro z wodą mi się wywróciło, jak zmywałam na dole. I patrzę, a w tamtym rogu pod płytki podcieka... To jedną obruszałam i zdjęłam, a potem już poszło.

Kiwam głową z pewnym niechętnym uznaniem.

- Zuch dziewczyna. No dobrze, to nie będzie broni, nie będzie detektora ani całej masy innych rzeczy, które...

- A kto ci powiedział, że ja detektor wyrzuciłam? - Uśmiecha się przekornie.

Głupieję zupełnie. Ona znów prycha, macha na mnie pogardliwie wolną ręką, odwraca się, żeby zupełnie niepotrzebnie poprawić kołdrę Małej, która pojękuje coś przez sen. Klasyczne pokazanie, kto tu ma rzekomo dominować: ja bezpodstawnie się irytuję o pierdoły, a ona jest tą rozsądną, co dba o dobrostan dziecka.

- Durka, nie rób sobie ze mnie...

- Ja sobie twój detektor wzięłam, głupolu. Wzięłam, schowałam. Leży w walizce na stryszku.

- Kurwa, po co?! - syczę, znów łapię się za głowę.

Nastia ucieka wzrokiem w bok, tym razem zawstydzona.

- Bo chciałam się Wierce i Natalii pochwalić. Bo one mi nie wierzyły, że my się w Zonie spotkaliśmy.

Z wrażenia aż potrząsam głową, przeciągam dłonią po twarzy.

- Ja jebię. Wypaplałaś tym dwóm durnym piczom, że byliśmy w Zonie?

- Oj tam, nie to, że od razu wypaplałam. Za kogo mnie masz? Tak się w rozmowie poukładało jakoś, a one zaczęły ze mnie drwić, że się tylko przechwalam... No więc im go pokazałam.

- Czekaj, zaraz, chwilę: poszłaś wtedy na dół, umyłaś podłogę, przypadkiem przewróciłaś wiadro, w wyniku tego znalazłaś skrytkę, wyjęłaś z niej rzeczy, część od razu wyrzuciłaś, a detektor im zaniosłaś do salonu?

- No nie, nie do końca. Detektor już wcześniej sobie zostawiłam, a z nimi rozmawiałam... no, w zeszłym roku. Miszka, ale czy to ważne? Naprawdę? - Teraz to ona rozkłada ręce, potrząsa głową.

Ja jednak już poczułem krew i teraz nie odpuszczę.

- Durka, po cholerę zostawiłaś detektor?! To znaczy cieszę się, ale kurwa, dlaczego?

Spogląda wprost na mnie, a ja wiem, że dostanę prawdą między oczy.

- Bo ładny był! - wypala.

Przez chwilę na nią patrzę, autentycznie nie wiedząc, co powiedzieć. Potem nachylam się, przytulam ją.

- Potencjał konfliktu wyczerpany? - szepczę jej we włosy.

Ona kiwa tylko, pewnie przełykając łzy. Ot, taki nasz urok, że o byle co się potrafimy zapalić... Ale szybko to się przerabia, a potem już jest dobrze.

Tylko żeby nie przy dziecku, poprzysięgam sobie solennie.

- Miszka, ja nie wiedziałam, że... że to się kiedyś jeszcze...

- Ćśśś. Nie wiedziałaś, bo nie mogłaś. Dobrze zrobiłaś w sumie. Która walizka?

- Ta fioletowa, ta, co na snowboard braliśmy...

- Wiem która. Ubierz Małą do końca, sama też załóż coś wygodnego. Wracam i ruszamy.

- Ale... dokąd?

O kurde, tego pytania się naprawdę, ale to naprawdę bałem. Co ja mam jej powiedzieć?

- W kierunku Kijowa, byle dalej od CzAES - mówię tyle, ile sam wiem, że jest prawdą. - Poczekaj na mnie jeszcze chwilę, zaraz wrócę.

Już wychodzę z sypialni na to, co zostało z korytarza, kiedy dogania mnie jej głos:

- ...Miszka?

- Hm?

- Wróć.

- Wrócę - rzucam tylko przez ramię, przymykając drzwi.

Przynajmniej mam taką, kurwa, nadzieję.

Piękne są poranki w Zonie.

Wstające słońce świeci prawie równolegle do ziemi, rzucając długie cienie, które krzywią się i zaginają tam, gdzie wiszą w powietrzu "grawikoncentraty", "wyżymaczki" i "trampoliny".

Wilgotna ziemia oddaje parą, unoszącą się długimi pasmami mgły, dryfującej powoli w prądach powietrza, nagrzewanego nieustannie przez anomalie termiczne.

Wszystko skrzy się, lśni i błyszczy pełnym spektrum kolorów widzialnych dla ludzkiego oka.

To są te krótkie chwile, kiedy jest cicho, naprawdę cicho, bo drapieżniki i mutanty zawsze chowają się w bezpieczne leża, przeczuwając nadejście zmiany położenia anomalii w okolicach świtu. Wyjdą znów na żer przed południem, więc to najlepszy moment, żeby wyruszyć na rajd.

Tak, Zona o poranku jest naprawdę przepiękna... no chyba że człowiek wychodzi właśnie z resztek tego, co pozostało po budynku, który do niedawna określał jeszcze mianem domu.

Idę jako pierwszy, gęsto rzucając przed siebie zabranymi z warsztatu w piwnicy mutrami z dowiązanymi kawałkami bandaży z domowej apteczki.

Na ubraniu zapiąłem sobie na szybko zmontowaną kamizelkę nibytaktyczną, skleconą z tego, co się dało znaleźć: trochę podstawowych przyborów medycznych, porządny scyzoryk z multitoolem, nowoczesny dozymetr, wygrzebany w składziku licznik Geigera ze słuchawką, latarka z wymiennymi nakładkami kolorowych filtrów, zapas bateryjek... I cała, cała masa innego szmelcu.

Na ramionach niosę plecak, w nim żelazne racje żywności, woda mineralna w butelkach, zestaw witamin i mikroelementów w tabletkach, papier toaletowy, mokre chusteczki...

...zupki i słoiczki z przecierami dla małej, kocyk do usypiania, ulubiona przytulanka, książeczka, ubranko jedno, drugie, trzecie, buciki zapasowe, to, tamto, sramto, pierdamto. Mówiłem, że za dużo tego, ale się Durka uparła, że ona woli ograniczyć swój bagaż, a dla małej rzeczy zabrać.

No więc w efekcie targamy i dla małej, i nasze. Klasyka. Ale i tak nie to jest najlepsze.

Najlepsze jest to, że w ręku trzymam... Nie no, aż mnie samego śmiech ogarnia, ale w ręku trzymam taktyczną włócznię do polowania na dziki.

Serio. Dostałem coś takiego od znajomych na czterdzieste urodziny, bo niby tak się bronią interesuję i się znam, to pewnie mi się spodoba. Gówno z tego prawdopodobnie straszne, jak to ze wszystkiego, co "taktyczne" zresztą, więc wisiało do tej pory na ścianie nad kominkiem, żeby nie było, że prezent mi się nie podobał.

No i tak na wyjściu teraz na nią spojrzałem i myślę: biorę! Niech się amerykański szajs ze sklepu wysyłkowego do czegoś chociaż przyda.

No więc idę jak ten paleolityczny łowca, co to dopiero wyszedł ze swojej pieczary i boi się, że za każdym rogiem może czaić się tygrys szablozębny albo inny włochaty mamut czy podobny diplodok. Za mną idzie moja paleolityczna kobieta, niosąca w tobołku na plecach zawinięte w ciepłe futra i skóry dziecko, gwarantujące podtrzymanie ciągłości gatunku, gdy...

- ...Misza!

Absurdalna wizja pryska. Obracam się, od razu gotów do skoku.

- Co, co się dzieje?!

- Poczekaj na nas! Ja nie umiem tak szybko...

"Szybko". Przeszedłem może z pięćdziesiąt metrów, ale faktycznie, ona została z tyłu... No cóż, widać, że dobrze ją przeszkoliłem wtedy, te lata temu.

Ganię się od razu w myślach: do cholery, ona ma swoją podręczną torbę na ramieniu, zamiast plecaka niesie wycieczkowe nosidło, a w nim targa dzieciaka, którego przecież na własnych dwóch przez Zonę nie puścimy. Nie dziwota, że idzie jeszcze ostrożniej ode mnie. Czekam cierpliwie, pozwalając jej, żeby dogoniła mnie własnym tempem.

- ...tatuś! - Mała macha do mnie rączką.

- Nadieńka, trzymaj się mamy! - Składam ręce przy ustach, jak kto głupi wołając do dzieciaka po imieniu, czego zdecydowanie nie powinienem robić. - Mamy się trzymaj... To zabawa taka jest, trzymaj się mamy!

- Łiii!

- Nadijka, spokojnie, nie rzucaj mi się! - ofukuje ją Nastia.

Patrzę, jak kawałek po kawałku pokonuje dzielącą nas odległość. Rzuca mutry jedną po drugiej, ostrożnie robi kroki, co chwila zerka na ekranik detektora anomalii... Dobrze idzie, nie spiesząc się, rozsądnie.

- Zuch dziewczyna - chwalę ją, jak tylko podejdzie, po czym dodaję: - I będę szedł wolniej, przepraszam. Nie nawykłem...

Uśmiecha się ledwie dostrzegalnie.

- Pamiętam: samotny wilk, jednoosobowa wataha, te rzeczy. Jak trasa przed nami?

- Pfff...

Patrzę w uliczkę, która jeszcze wczoraj była dla mnie terenem znanym, lubianym i bezpiecznym, a dziś - no cóż, dziś jest istnym polem śmierci.

Dom po naszej lewej stronie, zawsze taki zadbany, czysty i porządny, jest już tylko wypaloną skorupą z zapadniętym dachem. Pogorzelisko wciąż się dopala, od czasu do czasu powyginana blacha i osypujący się gruz aktywują przyczajony gdzieś na wysokości piętra "żarnik", który strzela strumieniem ognia, wybijającym aż ponad zwieńczenia ścian.

Z kolei następny "osobniak", w którym do tej pory mieszkało sympatyczne starsze małżeństwo, wygląda jak mimochodem kopnięte przez krnąbrnego dzieciaka mrowisko - cały bok ma wyrwany, rozwłóczony i rozrzucony po okolicy, rosnące obok drzewa połamało jak zapałki.

Tymczasem u sąsiadów przez płot wszystko jest w pozornym porządku... Ale widzę, że firanka w sypialni, zawsze nieskazitelnie biała, ma na sobie rozbryzg - tak, jakby w pomieszczeniu pękł balon z czerwoną farbą. Taki duży balon, na oko sześciolitrowy... Albo nawet dwa.

Dima i Ania.

Tak mieli na imiona sąsiedzi. Dwa tygodnie temu u nich byliśmy na posiadówce. Sympatyczni, bez zadęcia tacy, przyzwoici bardzo... Zwyczajni ludzie, a mimo to przecież na swój sposób charakterystyczni. Dima był hydraulikiem, pomagał mi piec zakładać, zawsze jak coś robiłem, to przyszedł do płotu, zapytał, czy pomóc. Nigdy w zamian nic nie chciał.

A ja patrzę na to okno, za którym wisi zabryzgana firanka, i wiem, po prostu wiem, że ani Dimy, ani jego Anki już nie ma.

Kolejny dom, który mijamy, ma wytłuczone okna, drzwi wejściowe są otwarte na oścież, podobnie zresztą jak garaż, teraz pusty... Więc zdołali uruchomić samochód i przynajmniej kawałek ujechać.

Z kolei następny jest w połowie normalny, stoi jak gdyby nigdy nic, światło się pali przed wejściem - a za to druga połowa domu jest dosłownie rozłożona na części pierwsze. Każda cegła wisi osobno od reszty, pomiędzy nimi kable elektryki rozdzielone na izolację i miedziane druty, rury od wody, grzejniki... Wisi to sobie tak w powietrzu i lekko faluje. Jakby ktoś z kolorowego papieru wykleił dom na przezroczystym baloniku, a potem ten balonik za bardzo nadmuchał i kawałki się porozjeżdżały.

Omijam szerokim łukiem miejsce, gdzie nocą działało "origami", trudne do przeoczenia z racji tego, co leży na asfalcie. Anomalia zapewne albo się przesunęła, albo w ogóle zniknęła po świcie, ale... No właśnie, "ale".

Chyba głupi bym musiał być, żeby z własnej woli iść przez miejsce, gdzie ktoś zginął dosłownie na moich oczach.

Przypominam sobie TAMTĄ scenę i aż się wzdrygam.

Odwykłem od śmierci.

- Mama, a co to jest...? - dobiega mnie z tyłu.

- To nic, kochanie. To tylko śmieci jakieś.

- Nie, mama. Nie śmieci. To jest kotek.

Aż się obracam, wstrząśnięty.

- ...co?

- Kotek, co wpadł pod samochód. Widziałam takiego już. To jest kotek?

- Tak, kochanie, to kotek... - pospiesznie przytakuje Nastia, patrząc na mnie porozumiewawczo.

- Kotek - daję radę wykrztusić.

Kotek.

Nie wiem czemu, ale dopiero ta trywializacja śmierci mnie naprawdę przeraża.

Przecież w Zonie zawsze rzeczy nazywa się po imieniu, mówi się, jak jest. I teraz, kiedy dla dobra dziecka trzeba to wszystko ubierać w inne określenia, w pozornie niegroźne słowa - robi się to naprawdę przerażające.

Bo jak, no, kurwa, jak?! Jak wytłumaczyć trzylatce to, co się dzieje wokoło?! Co powiedzieć?!

Wszędzie poniewierają się ubrania, kawałki plastikowych torebek, opakowania, kartki i przeróżne okruchy zwykłego, ludzkiego życia, powyciągane i powyrywane przez anomalie z bezpieczeństwa do niedawna spokojnych domów.

Na kasztanie przed nami wisi trup w koszuli nocnej, więc zapewne kobieta. Ktoś, kogo znaliśmy? Może sąsiadka spod ósemki?

Teraz nie ma to znaczenia.

- Misza... - słyszę z tyłu głos Nastii.

- Widzę. Nie przejmuj się, ona już nie żyje.

- Kto nie żyje? - wcina się Mała.

- Nikt, kochanie. Tatuś się pomylił.

- Misza!

- Tak, wiem, mój błąd. Pójdziemy teraz lewą stroną, a potem...

- Misza, ale tam ktoś jest.

Zamieram od razu, obracam się ku niej, potem patrzę we wskazanym kierunku.

- ...gdzie?!

- Tam, pomiędzy domem a garażem.

Nie widzę.

Stoję kilka kroków dalej, więc ściana domu już mi zasłania widok. Po minie Nastii da się poznać, że jest przerażona, wpatruje się wielkimi oczami w to, cokolwiek tam jest... A ja czuję, jak jej strach udziela się mnie.

Jestem już niemalże gotów zrobić krok w tył, cofnąć się do niej, ale w ostatniej chwili myślę sobie: nie. Nie, nie ma bata, nie zrobię czegoś tak durnego. Nie chodzi się w Zonie z powrotem tą samą drogą, nie chodzi się i tyle.

- Rusza się? Idzie na nas? Człowiek? Mutant? - rzucam pytaniami w przestrzeń.

- N-nie... stoi tylko...

Mam już na końcu języka kolejne pytanie, ale w tym momencie Nadijka podnosi rączkę i macha w tę stronę, gdzie patrzy Nastia.

Aż mi po plecach zimny dreszcz przebiega. Gest jest tak zwykły, tak prosty i ludzki, a zarazem tak w tym kontekście i miejscu przerażający, że...

- O, nie ma pana! - kwituje mała, rozkładając małe rączki. - Widzisz, mama? Nie ma!

- Jak to nie ma? Zniknął? Poszedł sobie? - syczę.

Nastia robi wielkie oczy, potrząsa tylko głową bezradnie.

Kurwaaa... Kurwa, kurwa mać. To może być najgorszy, najtrudniejszy rajd mojego życia. Nie dość, że jestem tutaj z kimś, to jeszcze ten ktoś jest tutaj z kimś.

A ja nie potrafię, zwyczajnie nie potrafię przełączyć się na klasyczne myślenie stalkera: że każdy sobie rzepkę skrobie, że najwyżej zdechnie, że każdy jest tu sam.

Bo ja nie jestem tutaj sam.

- Dura... Durka, hej! Chodź tu do mnie, bliżej! - Macham na nie ręką.

Podchodzi bliżej, jak głupia patrząc nie pod nogi, tylko tam, pomiędzy budynki. No nie no, wykończy mnie to, na serce tu pierdolnę... Nie doszliśmy jeszcze nawet do skrzyżowania, a ja już jestem mokry pod kurtką.

W ogóle jest ciepło, zdecydowanie cieplej, niż było wieczorem. Powinna być późna zima, jeszcze nocą temperatura była w okolicach zera, a teraz jest pewnie z pięć-osiem stopni. Widać, że Zona przyniosła ze sobą też własną pogodę... Słońce dopiero wstało, a już zdążyło schować się za szarą powłoczką rozwłóczonych chmur.

Tam, po drugiej stronie ulicy, jest sklep, do którego chodziłem w sobotę rano po świeży, jeszcze ciepły chleb. "Dzień dobry, co podać?" - zawsze pytała obsługująca tam rumiana Kława Wiktorowna. Sklep jest cały, w zakratowanym oknie jeszcze wisi stroik ze świąt. Wygląda to, jakby wszystko było w porządku.

Ale ja wiem, czuję, że nie jest, bo być nie może.

- Mama, ja chcę słodką bułeczkę...

- Kochanie, sklep u pani Kławy jest zamknięty. Widzisz? Zamknięte jest, nie działa.

- Ale ja chcę... - kaprysi Mała.

Wymieniamy z Durą spojrzenia, ja wzruszam ramionami: nic nie zrobisz, z dupy jej bułeczki z dżemem teraz nie wyciągnę.

Boże, żebym ja miał takie problemy. Żeby świat był tak prosty, jak potrzeby trzylatki...! A tutaj stojący za sklepikiem nieduży domek, w którym mieszkała ekspedientka, jakby ktoś przydepnął wielkim butem. Dwie boczne ściany zostały, a środka nie ma, wszystko wprasowane w ziemię. I pies na podwórku siedzi i wyje.

Wyje, wyje, zadarłszy łeb wysoko ku niebu. Długo, żałośnie, przeciągle. Szkoda mi kundla, no ale co zrobię? Nic nie zrobię przecież.

Muszę swoją rodzinę przede wszystkim uratować.

Licznik Geigera odzywa się trzaskiem, więc od razu się cofam: co to, gorąca plama? Najwyraźniej. Sprawdzam jedną, drugą trasę, w końcu pokazuję Durce: idziemy bokiem, przez podwórko.

Zerkam po drodze na dozymetr, żeby sprawdzić, czy nie za dużo przyjąłem: o dziwo, najwyraźniej nie. Promieniowanie jest jeszcze w bezpiecznych widełkach, mimo że tło mamy lekko podwyższone.

No cóż, teraz będę musiał zwracać na to uwagę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jako pierwszy idę przez podwórko, rozglądając się uważnie dokoła. Tam wiruje sobie anomalia, tutaj jakieś dziwne, na pewno nie naturalne zagłębienie terenu... Dobra, przejdziemy tyłem za domem, a potem...

- Rodziceee, a ja mogę zostać u Nikoli na obiad?

Aż się potykam o własne nogi z wrażenia, prawie że upadam. Obracam się, patrzę wielkimi oczami na Nastię; ona zamyka otwarte ze zdumienia usta, jako pierwsza łączy kropki:

- Misza... Tutaj przecież mieszkają Mielnyczukowie.

- Kto?

- Mielnyczukowie. Aliona i ten, no, jak mu tam... Pawło!

Rozkładam tylko bezradnie ręce.

- Rodzice Nikoli? - podpowiada Dura, robiąc minę taką, jakbym miał wiedzieć, o kim mówi.

- Że kogo?

- Mama, mama! Ja chcę do Nikoli!

- Nikoli, z naszej grupy w przedszkolu! Tej, co u niej Mała była na urodzinach? Przecież ją odprowadzaliśmy!

- Aha.

- Mamaaa, do Nikoliiii...!

Nagle łapie mnie jakaś irracjonalna złość.

Mam ochotę wydrzeć się na nią, na nie obydwie, że nie będzie żadnej Nikoli, nie będzie żadnych pierdolonych Mielnyczuków, że to wszystko jest w tej chwili tak bardzo, kurwa, nieistotne, że ci ludzie najpewniej już nie żyją...!

Ale zamiast tego po prostu zaciskam zęby, obracam się do nich plecami i rzucam przed siebie kawałkiem metalowego złomu: czysto, można iść dalej.

Cały świat, jaki jeszcze wczoraj znaliśmy, szlag trafił i po prostu trzeba się z tym pogodzić. Tu może i był świat, ale teraz jest Zona, to nie miejsce na złe emocje i pochopne słowa.

Wychodzimy znów na ulicę, prowadzę je dalej i przez skrzyżowanie, na którym dopala się wrak samochodu. Nastia zagaduje Małą, próbując odciągnąć jej uwagę od widocznego za kierownicą zwęglonego ciała na resztkach fotela... Kto to był? Dokąd jechał, po co? Nigdy się nie dowiemy.

Mijamy to, co zostało po naszym lokalnym oddzialiku poczty, ruszamy dalej. Jeden, drugi dom... Obchodzimy łukiem rozwłóczone po chodniku krwawe strzępy ciał.

Anomalia po prawej podnosi z ziemi wysoki, spiralny słup kurzu, śmieci i pokruszonych liści tylko po to, żeby po chwili rozwiać się w nicość. Nic, ani śladu po niej i tylko opadający powoli ku ziemi pył pozwala się domyślać, że coś tu było.

Idziemy dalej.

Tam, po prawej, widzę fragment łąki. Po prostu łąki na czyimś podwórku: płot z blachy, który od pewnego momentu puszcza pędy i pąki, rozrasta się w bujne zarośla żywopłotu. Te dwa drzewa splecione koronami to musiała być brama wjazdowa, a skłębiona kępa perzu i powoju to zapewne stojący na podjeździe samochód.

- Misza... - słyszę szept Durki.

Zauważyła to sekundę wcześniej, ale teraz i ja widzę: obok zielonej kępy wznoszą się też trzy inne, nieco mniejsze, smuklejsze i wyższe... Splecione z pnączy i pozwijanych gałązek, niczym trzy chochoły o kształtach do złudzenia przypominających ludzkie.

Im dłużej patrzę, tym bardziej mózg wypełnia puste przestrzenie i dopisuje sobie brakujące elementy. Widzę ruch, dynamikę... Niemalże pośpiech, gdy trzy postacie zdążają od wciąż otwartych drzwi domu w kierunku tego, co mogłoby być pojazdem.

Trzy postacie.

Dwie większe. Pomiędzy nimi jedna mniejsza.

Odwracam wzrok, ale widok i tak pozostaje wypalony pod powiekami.

Mutra, kilka kroków, rozejrzeć się, podnieść, rzucić dalej.

Jesteśmy już spory kawałek od domu. Kilometr? Półtora? Chyba nie więcej, ale ja czuję się, jakbyśmy szli cały dzień. Jakże zupełnie inaczej odczuwa się odległość, kiedy każdy krok może być ostatnim!

A jednak idziemy.

Zaczynam chyba powoli widzieć, zauważać, wyczuwać pewną metodę w tym szaleństwie, dostrzegać określony wzorzec nienawiści, jak Zona potraktowała świeżo podbite terytoria, gdzie rozrzuciła anomalie... To jak ten moment, kiedy patrzy się odpowiednio długo na obraz i widzi pociągnięcia pędzla tworzącego go artysty.

Nie jest źle. Zaczynam nawet wierzyć, że może nam się udać, że jakoś damy radę.

Tyle tylko, że mam takie dziwne wrażenie, jakby od czasu do czasu ktoś się na mnie gapił. Może to kwestia odwyknięcia od Zony? Nie wiem, może mam już zwidy czy jak to nazwać.

Nagle podnoszę głowę, nastawiam uszu: zdawało mi się czy słyszałem głosy?

Nie, nie przesłyszałem się. Gdzieś tam są ludzie, słyszę co najmniej dwie osoby, rozmawiające podniesionymi głosami. Wcina się w to jakiś trzeci, zdecydowanie bardziej zdenerwowany, agresywny.

Wymieniamy z Nastią spojrzenia. Ona też to słyszy, pokazuje kierunek: tam!

Faktycznie, to dolatuje gdzieś od strony nowszej części osiedla, dobudowanej już do starszych domków, za którymi ciągnęła się nasza uliczka. Znów dwa głosy, wyraźnie przekrzykujące się, a potem...

A potem pada strzał. Pojedynczy, suchy wystrzał odbija się echem od ścian domków.

Zaraz za nim w niebo uderza dziki, na poły obłąkańczy śmiech, najbardziej przypominający poszczekiwanie hieny.

Chwilę później ponad dachy wybija się czyjś wysoki, niemniej agresywny wrzask, w którym pobrzmiewa czysto atawistyczna radość, jaką daje człowiekowi świadomość tego, że właśnie bezkarnie przyczynił się do krzywdy innej istoty żywej.

Brzęk tłuczonego szkła, trzask pękającego drewna.

Potem, może dwa oddechy po tym, wyraźny odgłos wybijanego okna i czegoś, co roztrzaskuje się o kostkę brukową przed domem.

Kolejny wybuch śmiechu, przenikliwy gwizd, okrzyk: "No już, jazda z kurwami!".

Nie muszę patrzeć na Nastię, żeby zobaczyć, jaką ma teraz minę.

Wraz z anomaliami i pogodą Zona najwyraźniej przyniosła tutaj jeden z typowych dla niej gatunków inwazyjnych: szabrowników.

Trudno w to uwierzyć, że zawsze, nieodmiennie, niezależnie od wszystkiego znajdą się osobnicy, dla których szansa szybkiego wzbogacenia się będzie pierwszym i najważniejszym celem. Nieważne, czy mamy protesty rolników w Paryżu, demonstracje po śmierci czarnoskórego w USA, czy zamach bombowy na Bliskim Wschodzie - zawsze prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto skorzysta z okazji i zacznie plądrować sklepy.

Czy dziwi mnie to tutaj, w Ukrainie? Nie. W najmniejszym stopniu.

Przecież w każdym serialu o apokalipsie zombi jest ten moment, kiedy pojawiają się uzbrojone bandy, które terroryzują okoliczną ludność, rabują, gwałcą i bezkarnie mordują.

Tyle tylko, że te apokalipsy z jakiegoś powodu przeważnie odbywają się w krajach raczej bardziej niż mniej cywilizowanych, więc lokalny watażka i jego bezlitośni siepacze rzadko kiedy mają swój grupowy debiut przed trzecim, może czwartym sezonem.

Tymczasem tutaj, na terenie byłego bloku sowieckiego? Od lat mam wrażenie, że we wszystkich byłych republikach związkowych ci właśnie ludzie, ci potencjalni szabrownicy, socjopatyczni gwałciciele i uzbrojeni mordercy są w stanie ciągłego pogotowia. Oni dosłownie są nieustannie w blokach startowych. Siedzą w domu z bronią na kolanach i tylko czekają, aż zgaśnie światło i padnie łączność.

Nagle pomysł zabrania ze ściany włóczni na dziki nie wydaje się aż tak idiotyczny jak jeszcze jakiś czas temu.

- Kurrr... - mielę w ustach przekleństwo.

Przecież nie będę wydawał otwartej bitwy komuś, kto ma broń palną. Rozglądam się w lewo, w prawo - Nastia pokazuje na podwórko przed nami: tam!

Głupi pomysł, ale w sumie lepszy taki niż żaden.

Przez uchyloną furtkę przekradamy się na podwóreczko, w dużej mierze schowane za wysokim płotem z blachy falistej. Tak, to taka lokalna specyfika, trudno to zrozumieć komuś z Europy bądź co bądź Zachodniej, jak chociażby mnie - na Wschodzie ludziom nie wystarcza siatka, tutaj trzeba sobie postawić wokół domu normalny mur, żeby Boże broń nikt nie zobaczył, że masz nowy samochód, stać cię na podjazd wyłożony kostką, a przez okno salonu widać duży telewizor.

No cóż, akurat teraz nie będę narzekać, bo faktycznie można się za takim płotem nieźle schować.

Szybko rzucam mutrami, rozglądam się: czysto.

Wpuszczam Durę z Małą za sobą, przymykam drzwiczki i przekręcam kluczyk: a co, zawsze to jakieś zabezpieczenie.

Dziwne, że furtka otwarta, bo na podjeździe stoi samochód, klapa bagażnika rozdziawiona, w środku walizka i dwie torby z wystającymi rzeczami... Aha, a na miejscu kierowcy siedzi trup z szeroko otwartymi ustami. Widzę od razu po kolorze twarzy, że martwy, nie będę nawet sprawdzał. Więc pewnie chcieli uciec, spakowali się, kierowca wsiadł i - i co? Zawał? Czy jakaś punktowa anomalia?

Dość, że pozostali pewnie ewakuowali się przez furtkę i na ulicę. Ale dlaczego zostawili ubrania? Co się stało, że...

- Hhhhyyy...! - Trup nagle obraca do mnie głowę i wyciąga rękę.

Odskakuję instynktownie w tył, opuszczam włócznię i dźgam go w bok - ostrze wchodzi miękko, z mlaśnięciem, ale on zdaje się tego nawet nie zauważać.

Nastia wydaje z siebie przerażony okrzyk, kątem oka widzę, że rzuca się w bok, usiłując schować za komórką... Ot, głupia, tam przecież cholera wie co może być!

Wyszarpuję włócznię, jestem już gotów uderzyć ponownie, tym razem celując w okolice oczu - ale tamten nie wyłazi z samochodu, tylko macha łapami i wychyla się w moją stronę, jak gdyby nie mogąc wydostać się z kabiny.

Aha.

Teraz dopiero zauważam, że nieumarłego skutecznie trzymają w miejscu pasy bezpieczeństwa, które musiał przezornie zapiąć jeszcze za życia.

Kopniakiem domykam drzwi samochodu, zatrzaskując truposza w środku. Oglądam się przez ramię na Nastię, kręcę głową z dezaprobatą.

- Wystraszył mnie - rzuca przepraszająco, głaszcząc Małą uspokajająco po główce.

- Mama, mama! Tam był pan... Straszny pan! - Nadijka rzuca się jej na rękach.

Kurwa mać, wystraszył ją. Wystraszył. No cóż, mnie też, taka prawda.

- Pilnuj się. W sensie bardziej się pilnuj, bo tutaj nie ma żartów. Dawaj, za mną krok w krok. - Kiwam głową, rzucając pierwszą mutrę pod ścianę domu.

Zły wybór: mutra nie dolatuje nawet do celu, tylko od razu dziwnie skręca w bok, przetacza się po betonie podjazdu, zawija niewielkie kółeczko i nagle zatrzymuje się w jednym miejscu, przeskoczywszy na kant.

Aż mnie zimny pot oblewa.

Patrzę na tę mutrę, która jak przyspawana stoi na betonie... Rzucam drugą, nieco bardziej w prawo - ta odbija się dwa razy, a potem skacze ku tej pierwszej, przykleja się do niej.

Pięknie. Po prostu cudownie. Ogonki z bandaży leżą sobie normalnie na ziemi, a mutry jakby magnesem ściągało. "Neodymka" tam musi być, jak nic, i to taka konkretna.

"Neodymka" w takim miejscu.

Do tej pory tylko dwie widziałem, obie w głębokiej Zonie.

A stąd do Kordonu przecież jest kawał drogi... Wiem co do stu metrów, jak daleko, bo z kupieniem jakiejkolwiek nieruchomości w wyznaczonym promieniu od strefy wojskowej są problemy, więc szukaliśmy czegoś zaraz za tak zwaną miedzą.

I tak na mnie było trudno, bo przecież dwa paszporty, pełne ukraińskie obywatelstwo dostałem niedawno, więc wszystko na Nastię kupowane było.

Ech, dom i działka... Ambicje, nadzieje, plany.

Wszystko burerowi w dupę.

- Miszka?

Potrząsam głową, spoglądam na Nastię już bardziej przytomnym wzrokiem.

- Hm?

- Zawiesiłeś się. Wszystko w porządku?

- Tak.

Nie. Nie wszystko w porządku.

Jestem w Zonie, a konkretnie to Zona jest wokół mnie.

A jednak nie jestem w stanie wygonić z głowy natłoku codziennych, laickich myśli. Za szybko się wszystko stało, zbyt nieoczekiwanie, bez przygotowania... I boję się tego.

Musimy się stąd jak najszybciej wydostać.

Ona chce jeszcze o coś zapytać, ale ja po prostu ruszam, chcąc obejść dom dookoła. Wyjdziemy do tylnego płotu, tam jakoś się przedostaniemy na drugą stronę i zetniemy jedną uliczkę.

Trudno nie będzie, bo ogrodzenie oddzielające dwie działki dosłownie nie istnieje, zmiecione z powierzchni ziemi przez jakąś gigantyczną szlifierkę kątową, która zdarła też korę z drzew w niedużym sadzie i zerwała pół metra ziemi z trawnika, odsłaniając płytko położone rury odprowadzające wodę do przydomowego szamba.

Rzucam mutry, sprawdzam tło, oglądam się na Nastię, ona zerka na detektor i kiwa głową: czysto, możemy iść.

Już stąd widzę, że po lewej stronie podwórka przyczaiła się jakaś anomalia, bo wszystko wokół pokryte jest poszatkowanymi, poszarpanymi kawałkami drewna, metalu i plastiku, które pewnie wciąga w siebie i potem wypluwa - najpewniej "malakser" albo "niszczarka", sprawdzać nie zamierzam.

Znów łapie mnie to dziwne wrażenie, że ktoś na mnie patrzy, że nie jesteśmy tu sami. Rozglądam się, ale nikogo nie widać... Jednak gęsia skórka na rękach mówi aż nadto dobitnie: coś jest nie tak.

Naprawdę, mam to przemożne odczucie, że ktoś za nami idzie. Nie bezpośrednio naszym tropem, ale tak, żeby móc mieć nas na widoku.

No cóż, trzeba znów się przyzwyczaić do dziwnych wrażeń.

Szybkie kilka kroków ku szopie na narzędzia, potem wzdłuż żywopłotu i pod ścianę domku. Okna na parterze zieją wypalonymi prostokątami, dach nadal dymi, a tutaj z parteru dosłownie wieje zimnem jak z uchylonej zamrażarki, aż szron się na ziemi osadził.

Przeciskam się pomiędzy ścianą a bokiem starej półciężarówki, zerkam ku Nastii, czy na pewno daje radę... Cholera, słyszę, że Mała znów coś marudzi. Niedobrze.

Wolałbym nie ściągać na nas uwagi, bo...

I dosłownie w tym momencie staję twarzą w twarz z człowiekiem, który właśnie wyszedł zza rogu budynku.

Zamieram.

On zamiera.

Po czym obaj reagujemy jednocześnie - ja podrywam włócznię, on sięga do paska, przy którym wisi nóż w pochewce.

- ...nie! - Zatrzymuję żeleźce dosłownie o centymetry od jego grdyki.

Powoli odsuwa dłoń od zapięcia pochewki, unosi ręce i przełyka nerwowo ślinę.

Kurwa, zdążyłem.

Zdążyłem nie zabić przypadkowego człowieka za sam fakt napotkania go na swojej drodze.

A on nie wygląda na szabrownika ani bandytę, raczej na kogoś, kto założył na siebie pierwsze lepsze ciuchy, jakie wyciągnął z szafy.

- ...Denys? - zza rogu donosi się kobiecy głos. - Denys, co tam? Stanąłeś tak nagle, wszystko w porządku?

Tamten przełyka ślinę jeszcze raz. Mruga raz i drugi. Kiwam przyzwalająco głową, mówię bezgłośnie: jest okej.

- Zaczekaj, mama - odzywa się nieswoim głosem. - Czekaj, bo tu jest...

- Sąsiad - poddaję mu myśl.

- ...tutaj na sąsiada trafiłem. Chyba. Tak mi się zdaje. To pan, eee, państwo skąd? - Zerka z nadzieją ponad moim ramieniem, gdzie pewnie dostrzegł już Nastię z dzieciakiem na rękach.

Nie wiem, co mu odpowiedzieć. Nie umiem tak, w te grzeczności i towarzyskie pustosłowie. Nie tutaj, nie w Zonie.

Na szczęście nie jestem tutaj sam.

- My z osiedla nowego, tego przy Drużby Narodów. Spod ósemki - odzywa się Nastia, przeciskając się obok mnie i wyciągając rękę. - Dzień dobry... Jeśli tak można powiedzieć.

- Ooo, to sąsiedzi, faktycznie! Denys Korowliuk, miło mi... Mama, mama! Chodź z sąsiadami się przywitać!

Nie mam siły nawet protestować, więc opuszczam włócznię i podaję tamtemu rękę.

Po prostu na jakiś czas odłączam myślenie i pozwalam, żeby sytuacja poniosła mnie wraz z prądem absurdu: kurwa, kurwa mać! Tutaj mamy lokalny koniec świata, a ci się zachowują, jakbyśmy w gości z ciastem przyszli!

Witam się z jego podstarzałą matką, skinieniem głowy pozdrawiam siostrę i szwagra. Objuczeni torbami i pakunkami, widać, że też chcą uciekać.

- To państwo z tych nowych domków, tak? - zagaja wymalowana, wyperfumowana matka, wyglądająca, jakby wybierała się do cerkwi na nabożeństwo.

- No tak, tak. Byliśmy w każdym razie - wyręcza mnie Nastia.

- My od nocy tak u siebie w domu siedzieliśmy. No, jak się zaczęło - tłumaczy Denys. - Liczyliśmy, że może straż się zjawi albo policja czy coś... Ale ile tak można, bez wody i prądu? A większość już przecież pouciekała.

- Ja od razu mówiłam: uciekać - wtrąca matka.

- Mama, dobrze, wiem! Ale to przecież niebezpieczne! Sąsiedzi, o tamci, próbowali uciec przez pole, ale... - Denys się zacina. - No i my tak siedzieliśmy, siedzieliśmy... Łączności komórkowej nie ma przecież, nic nie ma.

Jego siostra, ewidentnie przerażona całością sytuacji, kiwa nerwowo głową, łapie Nastię za rękę; widać, że desperacko potrzebuje kontaktu, pewności, którą daje większości ludzi bliskość innych.

- No i tak pomyśleliśmy, że coś trzeba zrobić! Rozumie pani...? Nie siedzieć z założonymi rękami! A zimno przecież, prąd wysiadł, wody ile godzin już nie ma... Do miasta trzeba iść, tam na pewno będą wiedzieć, co dalej robić!

- O, jaka śliczna dziewczynka! To państwa córeczka? O, jaka ładna... No nie bój się cioci, nie bój! - Wymalowana nietoperzyca wyciąga do dzieciaka długie, czerwone szpony.

Sam bym się bał.

- Tak, my z córką... Nadijka, no nie bój się! - Durka usiłuje przywołać małą do porządku.

- Dura! Co ja ci mówiłem?! Bez imion! - syczę na nią wściekle.

- Wiedziałem, że tak kiedyś w końcu będzie. To się w końcu musiało stać - ni w pięć, ni w dziewięć nagle odzywa się milczący do tej pory szwagier.

- Tolik...! - syknięciem ucisza go żona.

- Co, co? Przecież mówiłem, że kiedyś do tego dojdzie, od kilku dni powtarzałem, a wy mnie nie słuchaliście!

Widzę, że typ chce coś powiedzieć, że aż mu się to prawie ulewa.

- Do czego dojdzie konkretnie? - nie udaje mi się powstrzymać zgubnej ciekawości.

- No do tego! - Robi rękoma ruch, jakby obejmując wszystko, co nas otacza. - To przecież oczywiste było, że tak się to skończy... Że nas zaatakują!

- Kto? - pytam bardzo, bardzo grzecznie.

- Banderowcy, a kto jeszcze niby! Przecież od lat ten debil Zełenski prowokuje wszystkich dokoła, obnosi się ze swoim żydowskim faszyzmem... Co zaczęli w Odessie, teraz tutaj chcą zrobić, tylko na większą skalę!

Czuję, jak ręka sama zaciska się na drzewcu włóczni.

- Tolik, daj spokój! Państwo może wcale nie chcą o tym słuchać! - Żona szarpie go za rękaw z błagalnie-cierpiętniczym wyrazem twarzy.

Najwyraźniej nie pierwszy raz musi to słyszeć od rana... No tak, każdy próbuje sobie jakoś racjonalizować rzeczywistość, znajdować własne wytłumaczenia dla tego, co się wokół nas dzieje.

A on jest już na ostatnich nogach. Ten charakterystyczny błysk w oczach... Tak, typ zaczyna się odklejać.

- Co, co mnie uciszasz?! Mam chyba prawo mówić, co myślę!

- Pan nie zwraca uwagi na zięcia, on taki nerwowy jest... - usiłuje bagatelizować matka.

- ...banderowcy, naziści, pedały! To ich prowokacja jest, a teraz Polacy będą chcieli nam nasze zachodnie ziemie odebrać, żeby Żydów tam osiedlić i zbudować... Ooomf!

Typ składa się jak spinacz do papieru, kiedy przerzucam włócznię w ręku i krótkim, fachowym ruchem uderzam go tępym tylcem w splot słoneczny.

Doskonale wiem, co będzie dalej, więc jestem już przygotowany.

Nawet nie zmieniając chwytu, tym samym tylcem uderzam żonę szura w twarz, po czym barkiem popycham wypacykowaną matkę w bok.

Zostaje tylko ten Denys, który już wcześniej łypał na mnie bacznie, a teraz znów sięga po nóż.

No cóż, linia najmniejszego oporu - po prostu sprzedaję mu kopa prosto w jajca.

Chwytam Nastię za rękę i pociągam za sobą, rzucając się do biegu w momencie, kiedy powietrze przecina wysoki, kobiecy krzyk. Ona próbuje mi się wyrwać, wykręcić, ale trzymam ją z całej siły, dosłownie zmuszając do biegu.

Tak, wiem - bieganie w Zonie, te rzeczy.

Pędzę obok płotu, prosto ku niewielkiej furtce w ogrodzeniu i na ulicę.

Przez głowę przelatuje mi tylko szybkie pytanie: dlaczego tamci nie wyszli tędy, tylko skradali się wokół domu...?!

Orientuję się zdecydowanie poniewczasie, ale na szczęście jeszcze trochę przed cezurą "za późno".

Cała uliczka jest dosłownie jednym wielkim torem przeszkód, miniaturowym polem anomalii.

Już na pierwszy rzut oka widzę co najmniej dwie "karuzele", sporą "elektrę" wokół słupa z transformatorem, jeden "grawikoncentrat"... I cholera jasna wie co jeszcze.

Nie jestem pierwszym, który próbował tędy przejść - o tym aż nadto dobitnie świadczą krwawe bryzgi na asfalcie i porozrzucane, rozwłóczone strzępy, które kiedyś musiały być ludźmi.

Widzę nawet wciąż dymiący wrak samochodu, na wpół wychylony z bramy i wprasowany w ziemię.

Oj, wesoło tutaj, wesoło.

Ciągnąc za sobą pomstującą Nastię z płaczącym dzieciakiem na rękach, przebiegam zdecydowanie zbyt blisko "karuzeli", skręcam ostro, żeby ominąć dość mocno rozbujaną "trampolinę", i rzucam się w bok, gdy detektor zanosi się wyciem... za późno, bo anomalia podbija mnie od dołu, ciska jak szmacianą lalkę.

Przelatuję kawałek w powietrzu, na szczęście zdążywszy puścić Nastię, chyba zahaczam "elektrę", bo trzask i błysk wyładowania ogłusza, oślepia mnie na chwilę... Uderzam w coś plecami, lecę na łeb na szyję.

Czuję zapach spalonych włosów. Boli mnie ramię. Wybiło mi dech z piersi.

- Witaj... khe, khe... witaj, Zono, tęskniłem - charczę.

Przez chwilę mam spokój, kiedy tylko sobie leżę w dziwnej pozycji i bolą mnie kawałki ciała.

- Tatuś...!

- Miszka! - Nastia dopada do mnie, przekręca na plecy.

Widzi, że żyję, że nic mi się nie stało, albo w każdym razie niewiele, więc widoczne na jej twarzy przerażenie i troska szybko ustępują miejsca wściekłości.

Bierze zamach, a ja tylko zamykam oczy.

Trzaśnięcie z plaskacza w twarz odzywa się rozbłyskiem pod powiekami i dzwonieniem w uszach.

Wiem, że będzie powtórka, więc nie otwieram oczu...

A nie, jednak nie będzie.

Otwieram oczy - a ona tylko na to czeka, poprawia z liścia.

Wypluwam krew z ust, uśmiecham się do niej.

- Też cię kocham.

- Bydlaku ty! Skurwysynu głupi, śmieciu bez sumienia! Czyś ty... Co ty sobie... Patrz, co narobiłeś, jak mała płacze! - wrzeszczy na mnie ze łzami w oczach.

- Taaatuuuś!

Faktycznie, dzieciak rozdarł się jak stare prześcieradło. Teraz ani jednej, ani drugiej nie uspokoję... Nie czas po temu.

Po prostu podnoszę się, pokazuję kierunek: tam.

Ruszam, nie czekając na nic.

Idę jak maszyna. Jak dobrze nastrojony mechanizm, jak nakręcony emocjami szwajcarski zegarek. Pięć kroków, rzut, poczekać, sprawdzić, kroki, podnieść, rozejrzeć się, rzut, pięć kroków...

Tak, tego mi było trzeba.

Właśnie tego.

Oderwania się od niej, od nich, od życia i otarcia się o śmierć.

Nie tylko fizycznego zmęczenia, ale i bólu, posmaku krwi w ustach.

Tego, żeby w końcu poczuć, że jeśli umrę, to umrę sam, na własną rękę.

I tak samo na własną rękę dam radę przez to przejść.

Wokół mnie jest Zona.

Nie domy, nie osiedle, nie ulica, nie normalny świat.

Zona.

Zatrzymuję się na chwilę, przymykam oczy i nabieram głęboki haust powietrza... Tak, to jest to. To jest właśnie to, czego mi brakowało.

Kurwa, jak ja strasznie do Niej tęskniłem.

Słyszę, że Nastia coś do mnie mówi. Albo po prostu mówi. Słowa, zdania, ciągi logiczne... Złość, desperacja, rozżalenie. Pełne spektrum, od próśb, przez argumenty, aż do gróźb karalnych.

Dobrze, że mówi, bo przynajmniej ją słyszę i wiem, że nadal za mną idzie.

Jesteśmy już poza linią domów, wyszliśmy na pola. Jeszcze pięćdziesiąt kroków... dwadzieścia... dziesięć...

Staję, obracam się na pięcie.

- Przepraszam.

- ...co?! - wyrzuca z siebie Nastia, opuchnięta od płaczu, z czerwonymi oczami, z drącym się wniebogłosy dzieciakiem na rękach. - Ty! Teraz...! Co mi to...!

Podchodzę do niej, ona chce się cofnąć, ale nie robi tego; zuch dziewczyna, dobrze wbite ma nawyki. Po prostu zamykam ją w uścisku... Ona chwilę się wyrywa, ale potem czuję, jak mięknie, również otula mnie rękami i zaczyna łkać niekontrolowanie.

Mała też obejmuje nas oboje, sczepia płaczącą, zasmarkaną skobą wielkiej miłości.

Stoimy tak - no cóż, długo.

Zdecydowanie zbyt długo.

Zdecydowanie dłużej, niż powinniśmy, ale są rzeczy ważne i ważniejsze.

W końcu Nastia odsuwa się ode mnie, ociera smarki rękawem. Zerka przez ramię na Nadijkę, ale mała, jak to mała, uspokoiła się i teraz patrzy na otaczający nas świat z nieudawanym zaciekawieniem. Tylko poznaczone jaśniejszymi śladami łez policzki pozwalają wierzyć, że płakała.

Jednak dzieci doskonale czują zmiany nastroju u rodziców.

- Chuju ty na korbkę... - warczy jeszcze Dura, ale już z uśmiechem.

- Tak. Przepraszam, Nastia, ale inaczej się nie dało.

- ...niż co? Niż w anomalię się wpierdolić? Przecież ja już myślałam, że ciebie tam...!

- Nie, nie to. To zwykła głupota, błąd. Wyszedłem z wprawy. Ale tam, z tymi ludźmi. Inaczej się nie dało.

Nastia załamuje ręce, w oczach znów stają jej łzy.

- Miszka, Misza! Ty tam przecież niewinnych ludzi... Jak tak można? Starszą kobietę uderzyłeś!

- Tatuś... Tatuś pana bum! - wtóruje jej Mała.

- Popchnąłem, technicznie rzecz biorąc. Durka, tamci... Nie można tak.

- Co nie można?! Nie można to ludzi atakować!

- Durka, my byśmy już nie żyli, gdybyśmy tam zostali.

Ona milknie, wstrząśnięta.

- Co...?

- Martwi byśmy byli, mówię. Zona nie lubi takiego gadania, Durka... Nie lubi gadających od rzeczy i szaleńców, bo przez ich oczy patrzy na świat. A tamten typ na pewno już w swoim rozumie nie był. Rozumiesz?

Nastia nic nie mówi, ale w jej oczach widzę zalążki zrozumienia.

Gdzieś niedaleko od nas strzela wyładowaniami "elektra", zaraz potem gwałtowny zimny powiew wiatru porusza wierzchołkami pobliskich drzew... W powietrzu czuć wilgoć, zbiera się na deszcz.

W końcu powoli, z namysłem kiwa głową.

- Rozumiem. Ale nie zostawiaj nas nigdy więcej.

- Przepraszam. Nie zostawię. Możemy...?

- Możemy. Tylko czekaj, mała się spociła, bo ciepło. Musimy jej ubranko zmienić.

Zamykam oczy. Wdech, wydech. Otwieram oczy.

- Dobrze. Możemy za chwilę, nie na środku pola?

- Możemy.

Prowadzę nas jeszcze paręset metrów, do ukrytej pomiędzy drzewami szopy.

Akurat zaczyna kropić, więc sprawdzam najpierw, czy w środku czysto, a potem chowamy się tam... Mała znów przysnęła, więc jest chwila spokoju, a na zewnątrz już leje.

Stoję w drzwiach, chłonąc zapach świeżej ziemi i wilgoci. "Petrichor" to się bodajże nazywa. Podobno są jakieś związki chemiczne, które się podczas deszczu jako pierwsze unoszą, a ludzie bardzo dobrze na to reagują... Nie wiem, czy wszyscy ludzie, ale ja na pewno.

- Miszka...? - dolatuje mnie pytanie.

- Hm?

- Co się stało? Dlaczego Zona się rozrosła?

Nawet nie próbuję zdobyć się na odpowiedź, bo nie mam pojęcia, co mógłbym jej powiedzieć.

Coś jest... coś jest nie tak, tego jestem pewien. Lata stalkerstwa nauczyły mnie wrażliwości na otoczenie, słuchania i... sam nie wiem czego, może czucia? Czucia, niech będzie. Świadomości tego, co się dzieje dokoła.

A tutaj się dzieje coś dziwnego.

Zona jest zazwyczaj bardzo cicha, można skoncentrować się w całości na tym, co jest w pobliżu - tymczasem ja cały czas słyszę niosące się na granicy słyszalności łomoty i huki, rozchodzące się dalekim echem puknięcia, jakby rwały się anomalie.

Wydawało mi się, że przed deszczem, gdy na chwilę zrobiło się spokojnie, słyszałem daleki ryk motorów i huk przelatujących samolotów.

I to, co wcześniej widziałem z okna, nad Kijowem. To nie były anomalie, tylko...

Potrząsam głową: nie pora na to, nie teraz. Teraz musimy iść jak najdalej od centrum Zony, mając nadzieję, że damy radę dotrzeć do Jej nowej granicy.

Deszcz ustaje tak samo, jak się zaczął, zupełnie bez ostrzeżenia. Pyk! - i ktoś wyłączył wodę, ciężkie chmury odpływają ku horyzontowi.

- Ruszamy - rzucam przez ramię, wychodząc na dwór.

Odchodzę parę kroków, oglądam się: nie ma jej za mną.

- ...Durka! - wołam półgłosem.

Cisza.

Dzwoniąca w uszach, martwa cisza.

Łamiąc wszystkie możliwe stalkerskie zasady i przesądy, po prostu obracam się na pięcie i wracam tą samą drogą ku szopie, idąc coraz szybszym krokiem, gnany najczarniejszymi przypuszczeniami.

Niemalże wpadam do środka, staję na progu: Durka siedzi tam, gdzie usiadła, głowa opadła jej na piersi, plastikowa butelka wysunęła się z ręki... Śpi. Odcięło ją. Zmęczona, wyczerpana, po prostu zasnęła.

Natomiast jeszcze parę minut temu obok, wtulona w nią, leżała też Mała.

A teraz jej nie ma, zniknęła.

Była - i nie ma jej.

Rozglądam się po wnętrzu szopy, ale tutaj nie mogła ani nigdzie pójść, ani się schować, bo po prostu nie ma gdzie. Chyba że... chyba że wyszła na zewnątrz przez tę dziurę pomiędzy deskami!

Za małą, żebym polazł tamtędy ja, ale dla niej idealną.

Wyskakuję na zewnątrz, biegnę wzdłuż ściany szopy, wypadam za róg i staję jak wryty.

Bo ona tam stoi, wśród lśniącej od wilgoci trawy. Stoi tam bokiem do mnie, patrząc na coś przed sobą z wyciągniętą rączką, prostując i zginając paluszki jak wtedy, kiedy chce, żeby ktoś podał jej dłoń.

Tylko że przed nią nic nie ma.

- ...Nadia! - odruchowo wyrywa mi się jej imię.

Obraca się do mnie, wyszczerza szczerbatym uśmiechem czystej radości.

- Tatuś! Tatuś, patrz, zobacz! Nadijka się bawi!

Doskakuję do niej, przypadam na kolano, chwytam dzieciaka w ramiona, podnoszę i zamykam w uścisku, całuję po główce.

- Nadia, Nadieńka! Nadijka, nie wolno tak chodzić samej!

- Tatuś, ale mama spała - odpowiada mi rezolutnie. - Nadijka tylko na chwilkę. Nadijka nie sama, bo tutaj pan! Nadijka bawi, wiesz? Bawi w chowanego.

- Nadijka, słoneczko moje! Nie chodź sama, bo... Nadia, co ty mówisz? Jaki pan? - Rozglądam się.

- Pan! Pan się bawi...

- Nadia, jaki pan?!

- Pan! - Aż piszczy z radości, pokazując na coś paluszkiem.

Obracam się, czując, jak włosy jeżą mi się na głowie - i widzę, jak fragment mokrego, lśniącego od wody pejzażu po niedawnym deszczu wybrzusza się, faluje i pokrywa zmarszczkami, niczym staw w gwałtownym powiewie wiatru.

Zaś to, co wyłania się z niego...

Mówią, że w takich chwilach człowiekowi życie przelatuje przed oczami.

Że widzi się jak na dłoni wszystkie najważniejsze chwile, najgorsze błędy, kluczowe wybory i tak dalej.

Że to jest jak film.

Nie wierzcie w to, nie ma żadnego filmu.

Klęczę na trawie, trzymając w ramionach trzyletnią córeczkę, zupełnie bezbronny na otwartej przestrzeni, a dosłownie dwa kroki ode mnie stoi pierdolony juchociąg.

Wielki, wyrośnięty, pokryty całą konstelacją blizn i szram, z lekko już trąconym siwizną burobrązowym futrem, zwisającym płatami wylinki z ciemnordzawego cielska.

Dwoje oczu płonie dziką żółcią w tej groteskowej parodii twarzy niczym z koszmaru, okolonej u dołu wiankiem wijących się macek.

Patrzy wprost na mnie, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku. I wiem, że nawet gdybym miał broń, to nie zdążyłbym nie to, że wystrzelić - ale jej poderwać do ramienia.

Dlatego też po prostu przytulam do siebie Nadię, chowając jej twarz w połach mojej kurtki.

- Błagam... - szepczę drżącymi wargami w płonnej nadziei, że bestia mnie zrozumie. - Błagam, nie. Nie dopuść do tego. Proszę, wzywam, zaklinam Cię... Nie dziś, nie tak, nie ona. Błagam, nie pozwól na to, a ja zrobię, co tylko zechcesz, czego tylko zażądasz...

Juchociąg robi krok naprzód i wyciąga łapy, a ja tylko zamykam oczy, jeszcze mocniej przytulając do siebie Nadię.

Trwamy tak, zawieszeni w nicości przez nieskończenie krótką chwilę.

Potem otwieram oczy: nie ma go.

Zrywam się, odskakuję w bok, zataczam i prawie upadam, potykając się o własne nogi. Rozglądam się dziko wokoło, obracam raz i drugi: tylko drzewa, tylko trawa i pole...!

Czując, jak wali mi serce, z mroczkami latającymi przed oczami, wracam do szopy, budzę Durkę.

- ...o Boże, Miszka! Zasnęło mi się chyba... Ojej, kochanie, a co ona taka mokra?! Gdzie wyście łazili?!

- Mama, mama! Tam był pan, bawiliśmy w chowanego! - radośnie ćwierka Nadijka.

- Misza, jaki pan? O czym ona...?

- Byliśmy na spacerze. Nieważne, coś tam sobie gada. Zbieraj się, idziemy - rzucam nieswoim głosem.

Staję w drzwiach, opieram się ciężko o futrynę, nie mogąc zebrać myśli. Był tam? Nie było go? Przywidziało mi się...?

Nie wiem. Nie zamierzam o tym myśleć.

A mimo to...

- Idziemy? - słyszę Durkę.

Kiwam tylko głową, bez słowa wysforowuję się naprzód.

Idziemy wzdłuż linii drzew, skrajem pola przylegającego do zabudowań gospodarczych i domków. Tam, na osiedlu, które było naszą "wsią spokojną, wsią wesołą", cały czas coś się kotłuje: trzeszczą i dudnią anomalie, snują się dymy pożarów... Znów słyszę strzały. Niedobrze, oj, niedobrze.

A jeszcze gorzej, że cały czas nie opuszcza mnie to durne wrażenie: ktoś się na mnie gapi, ktoś za mną idzie.

Oglądam się przez ramię, ale nie ma nikogo - tylko puste domy, tylko martwe pole.

Jednak uczucie niepokoju wisi w powietrzu.

- Pójdźmy bokiem - rzucam.

Odbijamy w las, chowamy się pomiędzy gęstymi drzewami. To raczej zagajnik, ale zarośnięty solidnie, nie ma się co bać, że będzie nas widać... Zdarzało nam się tu na spacery przyjeżdżać, więc jako tako znam ścieżki, orientuję się w kierunkach.

Znajduję linię energetyczną, zaczynamy iść wzdłuż niej azymutem.

Liczę słupy, żeby mniej więcej orientować się w odległościach. Teoretycznie uszliśmy już spory kawałek od domu, ale czy w Zonie można liczyć na to, że dystanse z Dużej Ziemi będą nadal takie, jakie były?

Nie wiem. Pojęcia nie mam, szczerze mówiąc.

Anomalii jest jak gdyby nieco mniej, a ja pozwalam sobie na nieostrożną myśl: czyżby? Czyżbyśmy zbliżali się powoli do nowego Pogranicza?

Przystaję, wsłuchując się we własne odczucia.

Jest... dziwnie.

- Durka, poczekajcie tu na mnie - odzywam się nieswoim głosem, ruszając przodem.

Przedzieram się przez krzaki, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. To może być dosłownie wszystko - albo i zupełnie nic.

Czuję, dosłownie czuję, jak zmienia się gęstość powietrza. Jak przy wynurzaniu się na powierzchnię podczas nurkowania na bezdechu - niby lżej, ale boisz się, że zaraz nie dasz rady, że coś ci się w środku popsuje.

Już gdy dochodzę do granicy lasku, słyszę krzyki, huk płomieni i trzask pękającego szkła. Wiatr zmienia kierunek, zawiewa w moją stronę, przynosząc pasma ciężkiego, czarnego dymu.

Ostrożnie wychylam się zza pnia drzewa, patrząc na gigantyczny karambol drogowy.

Korek ciągnie się paręset metrów.

Samochody ustawione dosłownie zderzak w zderzak, na obu pasach drogi, wszystkie w naszą stronę.

Część osobówek i parę busów utknęło na poboczu, gdy nadmiernie zaradni kierowcy próbowali objeżdżać stojących przed nimi bokiem, przeprawiając się przez rowy melioracyjne i lawirując pod lasem.

Tam, dalej, są jeszcze ludzie... I to ci ludzie nadal wołają coś, krzyczą, pokazują sobie, roją się bez sensu.

Tutaj, bliżej nas, jest prawie pusto - samochody jak porzucone, z pootwieranymi drzwiami, wszędzie wokół tylko walają się powywlekane z nich rzeczy.

Powywlekane przez tych, co się Boga ani łez ludzkich nie boją, czyli moich ulubionych szabrowników. Na pewno nie tych samych, co wcześniej... Ale o tej samej mentalności padlinożerców.

Bo jak inaczej nazwać ludzi, rabujących samochody tych, co utknęli w korku, gdy okazało się, że drogę zagradzają anomalie?

"Karuzela" i "grawikoncentrat" rozłożyły się idealnie na zakręcie szosy - tak, że ledwo je widać, kiedy jechać od strony Kijowa.

Pierwsze kilka samochodów musiało wpaść w nie na pełnej prędkości, jeden prawie dał radę przejechać... Szczątki są porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów, tu na drzewie wisi kawałek drzwi, tam leży koło z fragmentem wału korbowego. Aż strach myśleć, co się stało z ludźmi.

Kolejne samochody zwalniały, wpadały na siebie, hamując, zjeżdżały na pobocze.

Tam już wcześniej wybuchł pożar, kilka się spaliło, tylko wraki dymią - a reszta stawała za nimi.

Nieco dalej, w świeższej części gigantycznego korka, widzę ślady niedawnego karambolu. No tak, zza zakrętu jechali, wpadli prosto w hamujących przed nimi... Kilka wozów ogarnia rozszerzający się pożar, płonąca benzyna rozlewa się długimi językami. Ktoś usiłuje bezskutecznie gasić jedną z maszyn, obok dwie osoby desperacko wyciągają bagaże, zupełnie niepotrzebnie ryzykując życie.

Tędy próbowali jechać bokiem, póki się pierwszy w "trampolinę" nie wpakował.

Ale dokąd ci wszyscy ludzie jechali?

I dlaczego usiłowali jechać W KIERUNKU powiększającej się Zony, zamiast uciekać z Niej?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Ale nie będę dociekał, bo...

- Ręce do góry, cwelu!

Dobiegający zza pleców głos jest tak zaskakujący, że aż podskakuję z wrażenia. Obracam się - i spoglądam prosto w podwójny wylot lufy śrutówki.

Kurwa.

- Ręce, powiedziałem! I na kolana, ręce za głowę! Wadym, zabierz mu ten, kurwa, oszczep...

Pozwalam sobie wyrwać włócznię, posłusznie zakładam ręce za głowę i klękam, patrząc na dwóch opryszków. Dresiki, kurtki, jeden w czapce z daszkiem, drugi z nerką na pasie... Kurwa, kurwa mać.

To nawet nie szabrownicy, tylko zwykłe biezpriedielniki - bandyci-oportuniści, jakich nadal pełno tutaj, w Ukrainie. Tam przy samochodach buszuje większa szajka, tych pewnie przegnali... A ja im się nawinąłem pod rękę.

- Telefon oddawaj, wyciągaj portfel! - zionie mi twarz oddech, niosący w sobie zapach podłej wódy i niemytych zębów.

- Nie mam.

Na szybko obmacują mi kieszenie, wyciągają dozymetr, tabletki elektrolitowe, bateryjki... Rechoczą radośnie, pokazując sobie paczkę prezerwatyw.

- Patrz, cwel! - rży ten w czapce. - Co, cwelu, lubisz w dupala się popychać? Po to ci gumki?

- To na detektor, jakby padało bardzo - wyjaśniam spokojnie.

- Aaa, patrzcie go, jaki zaradny... Co w plecaku masz, cwelu?

- Nic cennego. Tylko moje rzeczy osobiste - mówię zgodnie z prawdą.

- Osobiste, co? Wadym, sprawdź mu plecak!

Czuję szarpnięcia, gdy tamten nieumiejętnie, na siłę rozpina i zaczyna wybebeszać mi plecak.

- Sam idziesz, cwelu? - Ten ze strzelbą wciska mi lufę pod nos.

- Sam.

- A pieluchy dla kogo? - Ten z tyłu podtyka mi pod nos paczkę pampersów.

Kurwa mać.

Po co Nastia pakowała te jebane pieluchy?! Przecież Mała ma trzy lata, sra i szcza na nocnik, który zresztą też taszczymy ze sobą przez tę pierdoloną strefę śmierci, jak jacyś pokurwieni fetyszyści.

- To na wypadek... - zaczynam, ale nie kończę, bo ten ze strzelbą uderza mnie kolbą w twarz.

- Chuju, cwelu kłamliwy! Nie idziesz sam! Gdzie twoja suka i gówniak, cwelu?! - Zaczynają mnie kopać, a ja tylko zasłaniam się rękami. - Gadaj!

- Mów, pedale jeden! Już my z nią zatańczymy, już my...!

Chcę się zerwać, ale uderzenie butem w twarz posyła mnie z powrotem na glebę.

Jeszcze jeden, fachowy kopniak w nerki i świat nagle rozbłyska powidokami... Oj, nie patyczkują się chłopcy.

- ...cwelu! - słyszę jak przez puchową kołdrę.

Lufy dwururki podjeżdżają mi przed twarz. Oczy bandyty są zimne, pozbawione chociażby krztyny współczucia.

- Odstrzel cwela, Jurko! - drze się ten w czapce.

Zabawne, ale nie myślę w tym momencie o niczym.

Nagle pomiędzy dwoma bandytami pojawia się trzecia postać. Po prostu wyłania się zza nich i staje im za plecami. Oni są kolorowi, niebiesko-czerwono-zieloni w swoich pstrokatych dresikach i kurtkach; tamten jest szarobury, wypłowiały.

Ten z dwururką już, już ma wypalić mi między oczy, kiedy przybysz podnosi wyprostowaną rękę zwieńczoną czarnym kształtem pistoletu i przystawia mu go do skroni.

Świat zatrzymuje się, dosłownie widzę to wszystko na stop klatce.

Trzask, bandyta z dwururką leci na bok, zostawiając za sobą w powietrzu karmazynowy bryzg rozpylonej krwi. Ten w czapce obraca się, spogląda z niedowierzaniem na leżącego na ziemi kolegę, na szaroburą postać o twarzy skrytej za goglami maski przeciwgazowej.

- O kur...

Tylko tyle zdąża wykrztusić, nim tamten z przyłożenia strzela mu w twarz.

Ciało upada na ziemię.

Ja leżę na plecach, opierając się na łokciu.

Tamten pstryka bezpiecznikiem, chowa dymiącą broń do kabury.

Ściąga z pleców prostokątny pakunek futerału z szelkami, zrzuca na trawę obok mnie. Wyciąga z ładownicy zafoliowaną karteczkę, schyla się i kładzie mi ją na piersi.

Przez chwilę patrzy na mnie bez słowa. Widzę tylko nieruchome oczy za szkłami maski.

Potem zdawkowo kiwa głową, obraca się na pięcie i odchodzi.

Zostaję sam, dysząc ciężko i czując w ustach smak krwi.

Po mojej lewej i prawej stronie leżą dwa świeże trupy.

Nie wiem, jak długo tak leżę, nie mogąc poruszyć ręką ani nogą. Dosłownie jakby mnie sparaliżowało, jakby mi odjęło władzę nad ciałem.

W końcu jakimś nadludzkim wysiłkiem daję radę podciągnąć pod siebie jedną nogę, przekręcić się na bok, stanąć na czworakach i uklęknąć, a potem podnieść się do pionu.

Patrzę na zafoliowaną karteczkę.

Chowam ją do tylnej kieszeni, starając się nie myśleć o tym, co to oznacza.

Zgarniam z ziemi pakunek, wieszam sobie na piersi, zarzucam szelki plecaka na ramiona, zabieram włócznię; lekko utykając, ruszam drogą powrotną przez las.

Już idąc, czuję charakterystycznie przesuwający się środek ciężkości tego, co jest w futerale, ale staram się o tym nawet nie myśleć.

Jeszcze nie teraz.

Nastia czeka tam, gdzie ją zostawiłem. Schowała się pomiędzy drzewami tak, żeby nie było jej za bardzo widać.

- ...Miszka! - Rzuca mi się na szyję. - Misza, martwiłam się już! Ojej, co ci się stało?! Słyszałam strzały chyba... Mamy kłopoty?

- Nie.

- Ale... coś się stało?

- Nie.

- ...aha. A co to? Co tam masz? - Wskazuje pakunek.

- Znalazłem po drodze. Idziemy.

Ona więcej nie pyta, ja nic więcej nie mówię.

Prowadzę tak, żeby trzymać się głębiej w lesie, a dalej od drogi. Owszem, słyszymy z daleka trąbienie klaksonów, niosący się gwar ludzi... Ale także trzaskanie anomalii, więc całość zlewa się w jednolite tło dźwiękowe.

Anomalii jest coraz mniej, a potem kończą się całkiem.

Ja odruchowo jeszcze, z nawyku rzucam od czasu do czasu mutrą, ale to bardziej przesąd niż konieczność.

Mimo to nadal idziemy jak najdalej od ludzi, omijając wsie i drogi. Dwa razy musimy przeprawić się przez asfalt, a ja za każdym razem czekam, żeby na pewno nikt nas nie widział.

Idę na autopilocie, na odruchach i nawykach.

Przed oczami cały czas mam postać tamtego.

Wypłowiały kombinezon z kapturem w szaro-brązowym kamuflażu, ciemniejsze wstawki wzmocnienia ramion, kolan i łokci.

Zgniłozielona kamizelka taktyczna.

Maska przeciwgazowa starszego typu z pochłaniaczem na boku.

Na ramieniu naszywka z emblematem. Widziałem ją dosłownie w przelocie, ale akurat ten konkretny wzór poznałbym wszędzie: fioletowe tło, wyszyte złotą nicią skrzydło z wypadającym piórem, wyłaniające się zza niego promienie słońca.

I gdyby ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, to pod tym wykonany bukwami cyrylicy podpis.

Monolit.

Gdzieś wokół nas jest świat. Coś się dzieje, niosą się odgłosy... Po drogach przewalają się wyładowane po dach samochody pełne przerażonych pasażerów. Grupy objuczonych tobołami, straumatyzowanych ludzi ciągną ulicami.

Monolit - tylko ta myśl przewala mi się w głowie, dudni pod czaszką.

Po raz kolejny daje o sobie znać moja przeszłość. Po raz kolejny życie ratują mi ci, po których najmniej bym się tego spodziewał.

Bezinteresownie?

Jakoś w to nie wierzę, ale na razie nie mam sił, żeby głębiej się nad tym zastanawiać.

Świat wokół nas jest jak za grubą kotarą, która tłumi i zniekształca dźwięki. Nawoływania ludzi, trąbienie klaksonów samochodów, warkot silników... Odległy trzask serii z broni ręcznej, trzeszczące dudnienie rwących się pocisków moździerzowych.

Raz i drugi rozpoznaję na słuch przewalającą się z hurgotem kolumnę transporterów opancerzonych.

W końcu, gdy nawet ja zaczynam czuć już w nogach zmęczenie, Nastia zrównuje się ze mną, łapie za rękę, przytrzymuje tak długo, aż muszę zwolnić i się zatrzymać.

Obracam się ku niej, patrzę wprost w oczy, nie czując dosłownie nic.

- Miszka... Misza, co się dzieje, co jasnej cholery?!

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie narastający już wcześniej huk i łopot wylewają się zza ściany lasu istną lawiną ogłuszającego dźwięku.

Nastia aż przypada do ziemi, zakrywa głowę rękami - a ja po prostu stoję. Po raz pierwszy w życiu stoję niewzruszony, kiedy dosłownie nad głową przenosi mi się ogromne, stalowe cielsko potężnego wojskowego śmigłowca, istnego latającego czołgu, jakim jest potężny, sowiecki Mi-24, zwany pieszczotliwie Krokodylem.

Stoję tak, bo wiem, że tym razem wojskowe śmigłowce nie są mną zainteresowane w najmniejszym stopniu.

Maszyny lekkim trawersem skręcają w prawo, wychodząc sponad masywu zbiornika Zalewu Kijowskiego i lecąc ku nieodległym przedmieściom Kijowa. Dwa, trzy... Pięć ich jest.

Najpierw wykwit dymu i smugi opuszczających wyrzutnię pocisków niekierowanych, dopiero potem, z opóźnieniem, dolatuje do nas syk i świst odpalanych rakiet.

Patrzę beznamiętnie, jak maszyny wystrzeliwują flary, odchodząc w lewo, i lecą gdzieś dalej, ku swojemu celowi.

Potem donoszą się nieregularne odgłosy dalekich detonacji.

Te same, które słyszałem już od jakiegoś czasu - zaś pomiędzy nimi słyszę długie, rwane serie z broni maszynowej i dudnienie działek przeciwlotniczych.

Nastia dopada do mnie, łapie mnie za ramię. Mała zanosi się płaczem, widzę, że jej matka też jest bliska histerii.

- ...Miszka, co się dzieje?!

Przenoszę na nią zbolały wzrok i w końcu mówię to, co stało się dla mnie oczywiste jeszcze tej nocy. To, czego spodziewałem się od dawna i co miałem nadzieję, że jednak nigdy nie nastąpi.

- Ruscy zaatakowali.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.