1
Moja matka kompletnie oszalała. Zachowuje się tak, jakby odłączyło ją od mózgu. Nagle nie tylko delikatnie podkręca rzeczywistość na własną modłę, ale zupełnie odcina się od faktów i poddaje analizie dane, które nigdy nie powinny stać się przedmiotem rozważań. Po tym, jak mój mąż, niby ideał, porzucił mnie dla kochanki, która oczywiście po zdrenowaniu bankowego konta go zostawiła, w mojej matce obudziła się tkliwa dusza samarytanki i przygarnęła zięcia do własnego przepastnego domu na Sołaczu, na domiar złego umieszczając go w moim dawnym pokoju.
Jestem wściekła. Nie dość, że nie liczy się z moimi uczuciami, całym bólem i szambem, w jakim się znalazłam po odkryciu, że Paweł prowadzi życie na dwa domy, to w dodatku jest przekonana o mojej winie. Bo gdybym lepiej gotowała, zajmowała się domem, nie przytyła i nie pomarszczyła się przedwcześnie, z pewnością mój małżonek nie spoglądałby na inne. Tymczasem jego wybranką została pryszczata gówniara, która wcale nie grzeszy wdziękiem i urodą, za to ma dwa razy więcej kilogramów na sobie niż ja i małą katastrofę - w postaci dziecka - w sobie. Dopiero co rześko przeskoczyłam granicę trzydziestki i dotychczas nie czułam się nieatrakcyjna, a tu takie podsumowanie. Moja samoocena legła w gruzach po poznaniu Sary, a gderanie matki przygniata mnie do ziemi jeszcze bardziej.
Zawsze naiwnie myślałam o domu rodzinnym jako o bezpiecznym miejscu, do którego mogę wrócić w razie jakiegoś życiowego niepowodzenia, gdyby na przykład zostawił mnie mąż, nasze mieszkanie spłonęło, w razie ciężkiej choroby, bankructwa czy innego dopustu bożego. Tymczasem gdy jedna z tych klątw zawisła nad moją głową i stała się jedna z najgorszych na świecie rzeczy, ów domniemany azyl stał się przystanią dla mojego obecnie największego wroga - prawie byłego męża, a nie dla mnie. Myśl o tym, że Paweł sypia w moim panieńskim białym, metalowym łóżku z finezyjnie wyłożonym poduszkami wezgłowiem, doprowadza mnie do rozpaczy. Pewnie zagospodarował też szafę, w której zostawiłam pudła z notatkami ze studiów. Swoją drogą ciekawe, co z nimi zrobił. Łaskawie wyniósł do piwnicy czy zwyczajnie wyrzucił? I choć wiem, że w życiu nie znajdę pretekstu, by zajrzeć do tych starych zapisków, i w końcu i tak wylądują na śmietniku, ogarnia mnie złość i przygnębienie. To też miała być moja decyzja, a nie jest. Już widzę bałagan na stylowym biurku po babci, o które tak bardzo się troszczyłam. Teraz żałuję, że nie zabrałam go ze sobą do nowego domu, przynajmniej Paweł nie zbezcześciłby mebla, z którym wiąże się tyle wspomnień.
W domu robi się chłodno, a jakoś nie mam siły ani nastroju, żeby rozpalić w kominku. Nie włączyłam jeszcze ogrzewania, łudząc się, że dzięki tym kilku dniom, kiedy jeszcze da się nie palić, rachunek za gaz zredukuje się do dwóch cyfr, co pewnie nigdy nie nastąpi, ale mieszkanie w Poznaniu zobowiązuje do oszczędności, a nawet niewielkiego skąpstwa. Wsuwam stopy w brązowe EMU, które noszę przez cały rok, wychodząc z założenia, że jeśli jest mi ciepło w nogi, to mogę znieść każdą niedogodność. Pola jest u dziadków, mam czas na zaparzenie zielonej herbaty i przemyślenie kilku spraw. Przede wszystkim powinnam formalnie uporządkować relację z Pawłem i wreszcie wystąpić o rozwód, co jest tym trudniejsze, że nadal podskórnie go kocham. Oczywiście to, co zrobił, jest niewybaczalne, ale im więcej upływa czasu, a samotność coraz ściślej mnie okleja niczym lateksowe zbyt małe wdzianko, tym częściej moje myśli biegną ku chwilom, które sprawiały, że przy Pawle czułam się szczęśliwa. Brakuje mi tamtego Pawła, a z tym już nie potrafię być.
Kociaki jak dzikie gnają przez salon, mimo że co rusz wpadają na meble i pod moje nogi, zafiksowane na swoim apetycie na rozrywkę między jedną a drugą drzemką. Gdy wołam na nie, przystają w pół kroku i jak gdyby nigdy nic zaczynają lizać łapki, nieudolnie sugerując, że zamieszanie w chacie to nie ich sprawka. Sięgam po czajnik, żeby napełnić go wodą, gdy zaczyna dzwonić komórka. Jak zwykle nie wiem, gdzie ją odłożyłam, więc pospiesznie, po naprężonym do granic możliwości sznurku utkanym z melodyjki wracam do salonu. Choć dzwonek jest wyraźny, to jednak dziwnie przytłumiony. Rzucam się do kanapy i w nadziei, że nic mnie nie ugryzie, wsuwam dłoń między poduchy siedziska i wydłubuję telefon z pełnej okruchów szpary.
Gdy już mam przeciągnąć palcem po ekranie, komórka niespodziewanie milknie i pojawia się informacja o nieodebranym połączeniu od matki. Cholera. Wiem, że jeśli nie oddzwonię, będzie bombardować mnie aż do skutku. Zniechęcona przysiadam na brzegu kanapy, zsuwam buty i wybieram jej numer, jednocześnie przyglądając się lakierowi na paznokciach stóp, który jakiś czas temu dopominał się odświeżenia, a teraz wręcz wrzeszczy, żebym wreszcie poświęciła mu choć chwilę. Nim wybrzmi sygnał, matka już wydziera się do słuchawki:
- Halo, Zosia, wszystko dobrze?
- Tak - odpowiadam zrezygnowana, przewidując kolejną tyradę na temat tego, jak to jestem krótkowzroczna, nie dostrzegając skruchy Pawła i możliwości, które wiążą się z jego ponowną obecnością w moim, naszym, życiu. Właściwie się nie mylę, choć tym razem moja rodzicielka sięga po nową broń.
- Dzwonię i dzwonię...
- Nie słyszałam.
- No to jestem bardzo ciekawa, czym się zajmujesz, skoro nawet nie słyszysz i nie odbierasz telefonu od swojej starej matki.
Moja mama, zależnie od okoliczności, jest albo "starą matką", albo wyluzowaną wyznawczynią filozofii "jeszcze wszystko przede mną" i pozostaje w tych ruchach zupełnie nieprzewidywalna.
- Mamo, daj spokój, komórka wpadła między poduszki kanapy i jej nie słyszałam. A co u ciebie?
- U mnie? A jak ma być? Oczywiście, że fatalnie, i to w dużej mierze przez ciebie, moja panno.
Matka ma niezmienną manierę sprowadzania mnie do poziomu dzieciaka, który jeszcze nie otarł się o prawdziwe życie, więc można go łatwo wpędzić w poczucie winy, a w dodatku jest na tyle bezrozumny, by nie korzystać z jej złotych rad.
- Aha, czyli po staremu - mówię bez przekonania, jednocześnie zastanawiając się, co tym razem ma mi do zarzucenia. Długo nie muszę czekać, żeby się dowiedzieć, bo mama jest równie niecierpliwa, jak zmienna.
- Dzwonię, bo zupełnie nie mogę zaakceptować twojego zachowania, a im dłużej o tym myślę, tym bardziej jest mi wstyd. Przecież nie tak cię z ojcem wychowaliśmy! Żyły sobie wypruwałam, żeby niczego ci nie brakowało, od ust odejmowałam...
- Mamo...
- Nie przerywaj mi!
- Halo, mamo, po prostu powiedz, o co chodzi.
- A żebyś wiedziała, że powiem. Jak możesz to robić? Paweł właśnie wrócił od lekarza, jest kłębkiem nerwów, ma problemy z żołądkiem, wątrobą i...
- Po co mi to mówisz? Co ja mam z tym wspólnego?
- Jeszcze pytasz?! Wszystkich nas stresujesz. Myślisz, że dlaczego wysiadło mi serce? Przez stres!
Nie rozumiem, co zrobiłam tej kobiecie, że tak mnie traktuje. Jak można kogoś, zwłaszcza kogoś, kogo teoretycznie się kocha, obarczać taką odpowiedzialnością? Wygadywać takie rzeczy i wpędzać w tak ogromne poczucie winy, że jest niemal nie do udźwignięcia. Czy to na pewno moja wina, że Pawła znudziło nasze małżeństwo, że moja nigdy niedbająca o zdrowie matka nagle się rozchorowała, że Paweł cierpi na niestrawność?
- Jesteś niesprawiedliwa - odpowiadam bezradnie, ze świadomością, że nie potrafię zmienić jej poglądów i nastawienia do mnie.
- Przemyślałam to sobie i wszystko zaczyna mi się układać w logiczną całość.
- Tak?
- Doszłam do wniosku, że Polę też stresuje twoje zachowanie. Wywierasz na nią zbyt dużą presję i dziecko tego nie wytrzymuje. A ty się dziwisz, że boli ją brzuch, że się pokłada, że mo...
Rozłączam się w pół jej słowa i oniemiała wpatruję w telefon. Gdyby nie to, że na ekranie wyświetla się informacja o długości połączenia, mogłabym uznać, że tej rozmowy nie było, że tylko mi się zdawało. Niestety to niemożliwe.
Odechciewa mi się wszystkiego. Podkulam nogi i zapadam się głębiej w poduszki kanapy, a łzy same zaczynają płynąć po policzkach. Po takich słowach miałabym ochotę odebrać sobie życie, bo nieznośna i irracjonalna myśl, że jednak matka może mieć rację, rozsiada się we mnie i coraz mocniej rozpycha.
Może rzeczywiście, gdyby mnie nie było, oni poukładaliby sobie życie lepiej, szczęśliwiej i zdrowiej? Może nikomu nie jestem potrzebna? Może Pola byłaby szczęśliwsza? Tylko jak? Kto by się nią zajął, przytulił, powiedział, że jest cudowna, i pomógł w lekcjach, no kto? Bo przecież nie zapracowany i zabiegany Paweł, który w domu pojawiał się między jednym a drugim gabinetem tylko po to, żeby zmienić gacie i skarpety. No i nie moja toksyczna matka, której po tygodniu wszystko się nudzi.
Szlocham, czując, jak kolejne spazmatyczne wdechy rozdzierają mi płuca, a jednocześnie uświadamiam sobie, że nie mogę wykonać w życiu żadnej wolty. Że ze względu na córkę nie mogę przestać żyć, a z drugiej strony w czymś takim żyć nie potrafię. Nie mogę dopuścić, by moje dziecko przeżyło dramat osierocenia i, nie daj Boże, przyglądało się, jak odchodzę. Pogrążam się w smutku, nie potrafiąc znaleźć cholernego światełka w tunelu, które choć na chwilę dałoby mi nadzieję... Czuję się zraniona, ale wbrew sobie zaczynam powoli i sukcesywnie robić rachunek sumienia. Jak się zachowałam, jak mogłam się zachować, gdzie i kiedy podniosłam głos i dlaczego nie potrafiłam opanować emocji. W miarę jak upływają minuty, czuję się coraz bardziej winna i lepiej zaczynam rozumieć Pawła, który nie mógł znieść takiej osoby jak ja i w zasadzie został przeze mnie zmuszony do poszukiwania szczęścia gdzie indziej i w ramionach kogoś innego.
Jestem zdruzgotana. Dochodzę do radykalnych wniosków, ale nie mam przy tym odwagi, aby zrobić to, co przyzwoity człowiek w takiej sytuacji zrobić powinien. Nie mam odwagi sięgnąć po garść tabletek ani tym bardziej rzucić się z dachu któregoś z okolicznych bloków. Jestem tak beznadziejna, że najwyraźniej nie mam nawet siły wziąć odpowiedzialności za to wszystko. Jednocześnie, między zasmarkiwaniem kolejnych chusteczek, uświadamiam sobie, że chyba to, co mówią o sprawcach przemocy domowej, ich przebiegłości, skrywaniu się za fasadą miłości i obowiązku, jest prawdą. Bo czy sama tak się nie zachowywałam? Czy pod pozorem kochania nie wymagałam zbyt wiele? Dlaczego przeszkadzał mi bałagan? Dlaczego domagałam się przestrzegania reguł, dlaczego naciskałam Polę, żeby ciągle się uczyła? Przecież mogłam odpuścić. Dlaczego denerwowało mnie, że Paweł tyle pracuje, że nigdy go nie ma? Po co komentowałam i wygłaszałam mętne kazania, że skoro założył rodzinę, to powinien z nią być i uczestniczyć w jej życiu. I dlaczego obsesyjnie sprzątałam i ganiłam ich za nieporządek: rzuconą na kanapę bluzę, niewłożone do zmywarki kubki, które zbierały się w całe stada na blacie? Wreszcie dochodzę do jedynego słusznego wniosku: jestem złym człowiekiem, że rzeczywiście beze mnie żyłoby się im lepiej, że tylko krzywdzę innych.
Sparaliżowana tą myślą siedzę w ciemnym salonie, zupełnie nie rejestrując, kiedy wczesny wieczór zmienił się w ciężką, ciemną noc.
Poranek zastaje mnie na kanapie. Wygięta w precel, ścierpnięta i nieprzytomna, nie mogę oddychać. Świadomość, że ranię innych i jestem dla nich czymś najgorszym, co mogło ich spotkać, jest jak pętla zaciskająca się na mojej szyi. Wpatruję się w budzący się świt i jakoś nie chce mi się bardziej żyć niż wczoraj. Ale nadal nie potrafię znaleźć w sobie odwagi, żeby zakończyć to wszystko.
Czas jednak nie staje w miejscu. Matka ponownie się dobija, wydzwaniając na mój wyciszony telefon, a za kilka godzin z weekendu u teściów wróci Pola. I znowu będę musiała założyć maskę silnej kobiety, która jest w stanie udźwignąć świat, jest solidną podporą i pogodną osobą. A ja po tym wszystkim, co usłyszałam, nie znajduję w sobie siły na nic. Nie wiem, czy powinnam Polę przepraszać już w drzwiach, czy lepiej nic takiego nie mówić i zachowywać się jak zwykle. Tylko jak się zachowywać? Co powinnam zmienić, żeby być lepsza i mniej toksyczna?
Załamana człapię pod prysznic, choć wiem, że lodowaty strumień, który przepłynie przez moje plecy, niczego nie zmieni. Nie spowoduje, że czas się cofnie o kilka lat i da mi drugą szansę, aby zacząć wszystko od nowa i na innych warunkach. Nie mam pojęcia, jakie by miały one być, żebym znowu nie doszła do tego samego punktu i nie czuła się tak jak teraz, ale mam poczucie, że to niesprawiedliwe, iż nie mogę liczyć na nowe rozdanie. Może Paweł byłby szczęśliwszy, może by nie odszedł, może, może, może...
Jednego jestem pewna: jak tak dalej pójdzie, za chwilę zacznę wszystkich przepraszać, a nie wiem, czy mnie na to stać.
Nie tak miało być.
Zlewam ciało zimną wodą, przesuwam uchwyt baterii jeszcze bardziej w kierunku niebieskiej kropki i zaciskając zęby, maltretuję skórę lodowatymi strugami, tak że aż boli. Oczywiście gdy wycieram się szorstkim ręcznikiem i stawiam stopy na miękkim białym dywaniku, nie czuję się ani odrobinę lepiej. Nic nie może zmienić tego, że zwyczajnie jestem złym człowiekiem. Który potrafi innych doprowadzić na skraj wytrzymałości.
Brnę przez zamazany w załzawionych oczach dom do kuchni, ale gdy do niej docieram, nie mam pojęcia, po co tam przyszłam. Nie mam ochoty na nic. Nawyk sprawił, że znalazłam się przy ekspresie do kawy, ale na myśl o choćby aromacie czarnego naparu robi mi się niedobrze.
Siadam przy stole i bezmyślnie wpatruję się w czarny sęk pośrodku blatu. Tkwię w tej pozycji sztywno, nie zastanawiając się nad upływającym czasem, aż do chwili, gdy rozlega się dzwonek. Jego dźwięk sprawia, że krew automatycznie zaczyna szybciej krążyć w moim ciele, a na pobladłych ustach wykwita wymuszony uśmiech.
Teściowie z Polą stoją przed furtką i z ożywieniem rozmawiają. Ich ekscytacja jest tak odległa od mojego nastroju, że to aż boli. Miałabym ochotę jeszcze przez chwilę poprzyglądać się im z ukrycia, żeby oswoić rzeczywistość, ale ponowny dzwonek zmusza mnie do ruchu i kieruje palec na przycisk domofonu.
- Dzień dobry! Cześć, Pola! - wołam po otworzeniu drzwi.
- Cześć, mamo!
- Witaj, Zosiu.
- Mamo, wiesz, że będę miała pieska?
Jeszcze tylko tego mi brakowało.
- Pieska? - upewniam się, czy dobrze usłyszałam. Jakiego pieska, do cholery? Mamy dwa koty i wiecznie toczymy nierówną walkę o czystość dwóch kuwet, misek i legowiska, a tu jeszcze wyprowadzanie psa na spacer, zwłaszcza ten poranny, czy to deszcz, czy śnieg.
Muszę mieć wyjątkowo głupią i przestraszoną minę, bo teściowa pospiesznie wyjaśnia, że owszem, piesek się pojawi, ale w ich domu i choć będzie mieszkał z nimi, będzie należał do Poli.
Spoglądam na nią z wdzięcznością, bo kolejnej niespodzianki bym nie zniosła. Tymczasem córcia w skowronkach biegnie do swojego pokoju, a dwie szare kulki na złamanie karku gnają za nią.
- Napijecie się czegoś? Może kawa? Mam też dobrą zieloną herbatę - proponuję skromny poczęstunek, mając nikłą nadzieję, że rozmowa z nimi choć na chwilę odciągnie mnie od ponurych myśli.
- Nie chcemy robić kłopotu.
- Żaden kłopot, i tak miałam zaparzyć sobie miętę. - Wchodzimy do zawalonej brudnymi naczyniami kuchni, o których podczas rozdrapywania i posypywania solą emocjonalnych ran zupełnie zapomniałam. - Może usiądziemy w salonie. Miałam migrenę i zapomniałam o bożym świecie - kłamię na poczekaniu, wymyślając kiepską wymówkę.
- Nie przejmuj się, u nas ostatnio wygląda podobnie.
- W to akurat nie uwierzę.
- A jednak.
Teściowa bierze ode mnie cukiernicę i drobiąc małe kroczki, idzie w kierunku kanapy. Dopiero teraz dostrzegam, że wygląda jakoś inaczej. Albo schudła, albo ta sukienka, choć elegancka, źle na niej leży. Nie jestem pewna, czy zmianę powinnam złożyć na karb choroby, czy to raczej efekt kolejnej wyniszczającej organizm diety, a w zasadzie głodówki. O nic nie pytam, ale postanawiam dyskretnie ją obserwować, łudząc się, że z plątaniny zmarszczek na twarzy wyczytam odpowiedź.
- Zaraz wrócę, skoczę tylko po ciasteczka.
- Siadaj, nie będziemy nic jeść.
- Ale poskubać coś zawsze można.
- Nie, siadaj, proszę. Cieszymy się, że mamy okazję porozmawiać.
Nogi uginają się pode mną na myśl o tym, że za chwilę znowu wysłucham tyrady o Pawle. Przewrażliwiona na skutek podejścia mojej matki nie chcę do tego dopuścić, więc wygłaszam małe oświadczenie, że zdrowie Pawła interesuje mnie w nikłym zakresie. Właściwie tylko w takim, który pozwoli mu nadal pracować i łożyć na Polę, choć rzecz jasna źle mu nie życzę.
- Nie o Pawła chodzi.
- Nie? - Jestem przyjemnie zdziwiona, ale jeszcze bardziej zaniepokojona tym, co za chwilę usłyszę. - Coś się stało?
- Mamy kłopot.
- Tak? - Przez głowę przemykają mi chmurne wizje, spośród których ta ciężkiej, nieuleczalnej choroby plasuje się na pierwszym miejscu. Im dłużej pani Irena zbiera się, by wyrzucić z siebie jakąś okrutną prawdę, tym bardziej się boję. Może podczas weekendu u dziadków coś się stało Poli? Może teściowa jest chora? A może tym razem to teść? - O co chodzi? - Poganiam i mobilizuję do wyznania prawdy starszą panią, która jednak nadal nie wydaje się gotowa do zwierzeń.
Niespodziewanie bierze to na siebie teść i ponuro oświadcza:
- Elżbieta się zakochała.
Spoglądam to na panią Irenę, to na pana Stanisława, zupełnie nie rozumiejąc, w czym problem. Ogólnie to raczej pozytywne wydarzenie w życiu każdego człowieka. Te motyle w brzuchu, rozkoszna niepewność i niespodziewane przejawy sympatii. Bigos zaczyna się dopiero po latach małżeństwa, gdy, tak jak w naszym przypadku, ktoś zaczyna zdradzać, ktoś się nie dogaduje i coś się wypala.
- To chyba dobrze? - pytam niepewnie, unosząc wieczko dzbanka i sprawdzając, czy liście herbaty dostatecznie naciągnęły. Uznaję, że barwa płynu jest odpowiednia i powoli, uważnie nalewam go do niskich, szerokich filiżanek, skupiając się na tym, by krople nie spłynęły po dzióbku.
- Niekoniecznie.
Nie mam pojęcia, co może być nie tak w zakochaniu się. Nagły rozbłysk w głowie aż zapiera mi dech.
- Bez wzajemności?
- Nie, skąd, z wzajemnością.
- To w czym problem? - Nadal do mnie nie dociera, że jego źródło może bić w innym miejscu.
- Nie możemy zaakceptować jej wyboru.
Biorąc pod uwagę, że wyboru syna też nie potrafili zaakceptować i przez lata wieszali na mnie psy, podważając każdą moją decyzję, myśl, opinię, a także wygląd, nie jest to niczym nowym i zaskakującym. Przez chwilę zastanawiam się, czy odnieść się do naszej sytuacji, czy grzecznie przemilczeć fakt, że do niedawna też za sobą nie przepadaliśmy. Ostatecznie decyduję się na uczciwość, choć może mnie ona sporo kosztować - powrót do punktu wyjścia i kolejną erę zamrożonych kontaktów z dziadkami Poli.
- Mnie też specjalnie nie lubiliście.
Oczy starszych państwa niemal wypadają z oczodołów. Najwyraźniej nie spodziewali się nazwania głośno uczuć, którymi latami konserwowali nasz brak relacji. Ich konsternacja trwa nanosekundę, po czym pani Irena się prostuje i z oburzeniem mówi:
- To zupełnie coś innego.
- Tak? A jaka jest różnica?
- Może rzeczywiście na początku nie byliśmy dla ciebie całkiem sprawiedliwi i źle cię ocenialiśmy, ale...
- Ten początek niestety trwał dobre kilka lat. - Jednak żeby się nie kłócić i niefortunnie nie powrócić do dawnych animozji, pospiesznie dodaję: - Cieszę się, że mamy to już za sobą.
- My też jesteśmy zadowoleni i nie ma co chować urazy.
- Mam nadzieję, że nikt jej nie chowa. - Ujmuję filiżankę za nieproporcjonalnie małe i delikatne uszko i unoszę ją niespiesznie do ust. Parujący napar delikatnie łaskocze twarz i pozwala pozbierać myśli. Zastanawiam się, jak pomóc owemu nieszczęśnikowi przebrnąć przez okres niechęci i drobiazgowych testów, którym z pewnością zostanie poddany, pozostając w związku z Elżbietą równie wymagającą jak rodzice.
- Oczywiście, oczywiście. - Teść wygląda jak ortodoksyjny Żyd na tureckim kazaniu i sprawia wrażenie, jakby chciał być gdzieś bardzo, bardzo daleko stąd.
- A co się teściom nie podoba w narzeczonym Eli?
- Wypluj te słowa! Jaki tam narzeczony? Zwyczajny znajomy, który, mam nadzieję, nigdy nie wejdzie do naszej rodziny.
- Szczerze mówiąc, to raczej do Eli należy wybór, z kim spędzi resztę życia.
- Niby tak, ale sama zobaczysz, jak to jest, gdy Pola podrośnie. Matka nie może spokojnie stać obok i patrzeć, jak jej dziecko popełnia życiowy błąd. - Teściowa ciężko opada na oparcie kanapy, a jej ręka trzymająca moją cenną filiżankę z nadgryzionego zębem czasu serwisu po babci drży jak osika na wietrze, grożąc zaplamieniem dywanu.
- Irenko, nie denerwuj się tak, znowu ci ciśnienie podskoczy.
- Ja już nie mam siły! Jestem załamana! Co tam moje ciśnienie w obliczu tego, co planuje nasza córka! Przecież ona u boku tego człowieka przekreśli całe swoje życie.
- Czy teściowa trochę nie przesadza? - mówię niepewnie i spoglądam na teścia, licząc, że może od niego dowiem się, w czym problem. On jednak, zajęty komórką, uparcie milczy.
- Wcale a wcale! Jestem przerażona! On zabierze nam naszą córkę.
- Myślę, że to jednak lekka przesada. Co z tym chłopakiem jest nie tak? To jakiś były kryminalista?
- Gorzej!
- Gorzej?
Od byłego kryminalisty gorszy może być tylko aktualny kryminalista i gdy już zaczynam się zastanawiać, jak i gdzie Elżbieta poznała takiego człowieka, teściowa minorowym tonem oświadcza:
- On jest czarny!
- Czarny?
- Tak, czarny. - Filiżanka ze stukotem ląduje niebezpiecznie na skraju ławy i niemal spada na podłogę. Drżące ręce teściowej w żałobnym geście układają się na podołku, a puste oczy patrzą nieruchomo gdzieś w przestrzeń poza nami.
- A co w tym złego?
- Jak to? Wszystko!
- Przecież to tylko odcień skóry - mówię uspokajająco.
- Jaki tam odcień! On jest czarny jak asfalt i tylko te białe gały mu świecą.
- Kochanie, nie przesadzaj.
- A ty się, Stachu, nie odzywaj!
- Może jest trochę egzotyczny...
- Egzotyczny? Jest jak obcy! Jak z innej planety! W naszej rodzinie nigdy czegoś podobnego nie było.
- Może trzeba iść z duchem czasu i otworzyć się na nowych ludzi. - Nie mogę odmówić sobie drobnej złośliwości, która przybiera na języku tak słodki smak.
Teściowa jednak jakby jej nie dostrzega, zajęta perorowaniem na temat nieszczęścia, które zawisło nad rodziną.
- Daj spokój, jaki duch czasu? Elżbieta wymyśliła, że pojedzie za nim do Afryki.
Nie ukrywam, że poukładane, powściągliwe i pozbawione energii stworzenie, które bez mamusi nie potrafi ruszyć się na krok, zdumiało mnie tym pomysłem na przyszłość.
- Ela chce wyjechać?
- No właśnie! Ja już nie mam siły. Kompletnie nie wiem, co robić, a Stanisław powtarza tylko jak mantrę, że najważniejsze, żeby nasza córka była szczęśliwa.
- Coś w tym jest.
- Nie opowiadaj! Jak ona może być szczęśliwa w jakimś szałasie?!
- Myślę, że Afryka to nie tylko szałasy. Taki na przykład Johannesburg, Nairobi, Kapsztad... Zresztą może on pochodzi ze Stanów?
- Jakie Stany?! Ahmed nie jest nawet z RPA czy z Tunezji, tylko z Kenii!
- Mogło być gorzej.
- Faktycznie, mógłby być kacykiem plemienia kanibali Kombai z Papui-Nowej Gwinei!
- Jeśli facet jest na poziomie, to jej życie nie powinno się wiele różnić od tego w Europie.
- Ale wcale nie jest! Pochodzi z jakiejś biednej rodziny... - Teściowa nie potrafi ukryć zdenerwowania. Wygina dłonie w taki sposób, że boję się, iż zaraz wyskoczą ze stawów, i odwracam wzrok.
- Irenko, gdyby byli tacy biedni, nie wysłaliby dzieciaka do Polski. - Teść odkłada komórkę i z dezaprobatą spogląda na żonę.
- A ty jak zwykle siedzisz przy stole i nie słyszysz, o czym się rozmawia. Przecież opowiadał, jak to pół wioski zbierało się na bilet dla niego i te całe studia.
- Ale musisz przyznać, że jest wykształcony.
- Pożal się Boże, konował jeden.
- Teraz to już przesadziłaś! Skończył medycynę i chce pomagać innym. Właściwie rzadko kto może marzyć o zięciu lekarzu.
- A idź mi! To już bym wolała, żeby był... bo ja wiem, hydraulikiem, spawaczem, dobrych fachowców teraz brakuje.
- A pamiętasz, jak Elżbieta przyprowadziła do domu krawca?
- To co innego.
- Moim zdaniem to samo. Szalałaś z rozpaczy i skutecznie wytłumaczyłaś córce, żeby go zostawiła. A facet jest teraz znanym projektantem i śmieje ci się w nos.
- Ty mnie nie zagaduj, tylko rozwiąż problem Ahmeda! Chryste Panie, co ja takiego w życiu zrobiłam, że spotyka mnie taka kara?! Za jakie grzechy... Człowiek tylu osobom pomógł i jakoś dobra karma do niego nie wróciła.
Przyglądam się rodzicom Pawła, zupełnie nie rozumiejąc, jaki ma być mój udział w mezaliansie ich ukochanej córki. Chyba nie liczą na to, że odbiję dziewczynie faceta i uratuję ją przed wygnaniem do gorącej Afryki.
- Ja na miejscu teściów nastawiłabym się jednak pozytywnie. Przecież gdy jej będzie źle, zawsze może wrócić do domu. A jeśli nie spróbuje, do końca życia może żałować, że nie wykorzystała szansy. Być może jedynej.
- Nawet tak nie mów! Atrakcyjna jest, wykształcona, niejeden na taką kobietę czeka.
- Jakoś w kolejce się nie ustawiają - mruczę pod nosem.
- Co mówiłaś?
- Nic, nic.
- I właśnie, Zosiu, przyszliśmy z tą sprawą do ciebie. Mam nadzieję, że rozumiesz krwawiące serce matki i będziesz skłonna nam pomóc.
- Ja? Niby jak? - Patrzę na nich oniemiała. Nie dość, że z Elką za sobą nie przepadamy, to w dodatku jej młodszy o kilka lat światopogląd jest mi pokoleniowo obcy i naprawdę nie chciałabym zgłębiać jego tajników.
- Chyba nie proszę o zbyt wiele? - Teściowa ogniskuje wzrok na mojej twarzy i mam wrażenie, że jej idealnie ułożone w fale włosy również zamierają wpatrzone we mnie.
- Ale co miałabym jej powiedzieć?
- Nie wiem, z pewnością coś wymyślisz.
- Co? Poza tym nie jesteśmy z Elą w przyjacielskich relacjach, nigdy się sobie nie zwierzałyśmy, więc nie rozumiem, dlaczego teściowa oczekuje, że ona wysłucha moich rad? Że się otworzy?
- Jakoś to rozegrasz.
- Zresztą nie wiem, co w takiej sytuacji mogłabym jej doradzić. - Ogarnia mnie niepokój i czuję się manipulowana, dlatego za wszelką cenę usiłuję znaleźć wyjście, byle tylko nie odbywać tej niewygodnej pogadanki z dziewczyną, o której tak mało wiem i która w rzeczywistości niewiele mnie obchodzi. Mam dość własnych problemów, żeby brać na barki jeszcze cudze. - A nie mogą zamieszkać w Poznaniu?
- To nie wchodzi w rachubę.
- Dlaczego? Przecież teściowie mają bardzo duży dom, zresztą Elżbieta ma chyba nawet swoje mieszkanie.
- To nie ma znaczenia, bo ten Murz... ten człowiek twierdzi, że skoro ludzie z wioski obdarzyli go zaufaniem, finansowali jego naukę, to on teraz jest im winny lekarską misję.
- To akurat bardzo szlachetnie. - Jestem zdziwiona, że teściowie mają pretensje do kogoś tak honorowego, raczej powinni być dumni, że córka związała się z kimś o takim kręgosłupie moralnym.
- Nie interesują mnie jego pobudki powrotu do buszu, tylko dobro mojego dziecka, a zupełnie nie wyobrażam sobie Elżbiety w takich spartańskich warunkach.
Uczciwie muszę przyznać teściowej rację, bo ja również, mimo bujnej wyobraźni, nie potrafię imaginować sobie tej rozpieszczonej i roszczeniowej gówniary na sienniku z liści palmowych. Na czym oni mogą tam sypiać? Zamiast zajmować się rodzinnym dramatem, skupiam uwagę na tak błahej sprawie i rozważam przewagę derki, którą za dnia narzucają kozy, nad plecionką z jakichś tropikalnych lian.
Odbiegam myślami tak daleko, że umyka mi tyrada o dopuście bożym, o tym, czy lepiej Elżbietę wysłać do psychologa, czy od razu do psychiatry, i czy mają namiar na kogoś rozsądnego, kto przedłoży bezpieczeństwo i wygodę ich córki nad miłość.
- Taki kłopot mamy, taki kłopot.
- Rozumiem niepokój, ale obawiam się, że w sprawach miłosnych trzeba samemu się sparzyć, żeby zmienić zdanie. Sądzę, że tłumaczenia na nic się nie zdadzą.
- To nie ma znaczenia, musimy próbować. Jak ja żałuję, że nie możemy po prostu zabronić Elżbiecie się z nim spotykać. Niestety jest pełnoletnia i sama za siebie odpowiada.
- Może najlepiej jej na to pozwolić - podsuwam z naiwną nadzieją, że tym sposobem uniknę kłopotliwego spotkania ze szwagierką.
- Mowy nie ma! My lepiej znamy życie i jesteśmy zobowiązani tą wiedzą się dzielić, zwłaszcza z własnymi dziećmi.
Zastanawiam się, co bym zrobiła na ich miejscu, gdyby Pola któregoś dnia oświadczyła, że zakochała się na przykład w facecie o czterdzieści lat starszym albo, dla odmiany, ma zamiar zamieszkać z rówieśnikiem, tyle że w igloo w osadzie Eskimosów. Pewnie byłabym równie zrozpaczona jak matka Pawła, dlatego niechętnie przystaję na jej prośbę.
- No, mogłabym zaprosić Elkę na kawę...
- Nie, nie, lepiej, żebyście się spotkały na neutralnym gruncie, może w jakiejś kameralnej knajpce.
Teściowa wyraźnie się ożywia i klepie teścia po kolanie, co jest równie zaskakujące jak prośba o rozwiązanie miłosnego galimatiasu w ich rodzinie. W końcu zgadzam się nie tylko na kameralną knajpkę, ale również na punkty i podpunkty jarzące się od błyskotliwych sugestii, których listę przygotowała teściowa. Muszę przyznać, że jestem oniemiała, bo po chwili teściowa z przepastnej, markowej skórzanej torby wyjmuje białą kopertę z talią karteczek, na których starannie zanotowała, co w jej ocenie jest najważniejsze, a co może być tylko uzupełnieniem rozmowy. Nieśmiało podpełza do mnie myśl, że dałam się zmanipulować i że nikt nawet nie zakładał mojej odmowy.
Teść, ponownie przyklejony do telefonu, wydaje się nieobecny, co nie przeszkadza mu z celnością snajpera w odpowiednich momentach przytakiwać i pomrukiwać.
Po podkreśleniu, że sprawa jest bardzo pilna, że bardzo na mnie liczą i proszą o poważne podejście do tematu, wychodzą, a ja zostaję z gmatwaniną myśli. Z jednej strony uważam, że skoro znalazł się emocjonalny ślepiec, który zakochał się w pannie wiecznie niezadowolonej, to powinno się go nosić na rękach, z drugiej jednak rozumiem niepokój rodziców. Jak znam życie, Elżbieta zaledwie mgliście kojarzy Kenię, którą oglądała podczas wakacji głównie z pozycji wygodnego leżaka. Tym bardziej nie ma pojęcia o codziennym życiu w trudnych, pozahotelowych warunkach. Przypuszczam, że nie tylko może zapomnieć o wizytach u kosmetyczki, zmywarce i telewizji, ale również o bieżącej wodzie, podstawowej higienie i bezpieczeństwie. Tlenionej platynowej blondynce będzie niezmiernie trudno wtopić się w tłum, a nie sądzę, żeby ten tłum w ogóle miał ochotę wchłonąć ją choć na chwilę.
Zamiast zajmować się miłosnymi uniesieniami Elki, skupiam się na Poli, która zaszyta w pieleszach swojego pokoju czyta kolejną część Ani z Zielonego Wzgórza, co przyprawia mnie o rodzicielskie wzruszenie pod hasłem: dziecko czyta i to fajną książkę, przy której ja, stara baba, nieodmiennie się wzruszam. Co z kolei wektorowo może poprowadzić nas w kierunku wymarzonym przez większość rodziców i przez większość rodziców niemożliwym do utrzymania: że dziecko już zawsze będzie coś czytać.
- Co robisz?
- Czytam Anię.
- Fajnie. Nadal ci się podoba?
- Tak, tylko ta Maryla jest dla niej taka surowa.
- Może chce dla niej jak najlepiej.
- Pewnie tak, ale ty też chcesz dla mnie jak najlepiej, a na szczęście taka nie jesteś.
Młoda spogląda na mnie znad książki. Rozczochrane włosy zasłaniają jej oczy i jak zwykle mam ochotę zwrócić uwagę, że niedługo straci przez to wzrok i że natychmiast ma je spiąć w kitkę. Ale tego nie robię. Powstrzymuję się siłą woli i udaje mi się nie zepsuć tej chwili.
- Wiesz, kiedyś inaczej się myślało o wychowywaniu dzieci.
- Bez sensu.
- Na szczęście trochę się to zmieniło.
Mój wzrok pada na zawalone szpargałami biurko i ścielący się na podłodze dzisiejszy zestaw ubrań i jakoś nie potrafię się powstrzymać od przyznania racji Maryli Cuthbert i Małgorzacie Linde, że dzieci powinno się trzymać krótko. Z drugiej strony, czy ten bajzel jest wart rozdzierania szat?
- Musisz tu trochę ogarnąć, zanim pójdziesz spać.
- Wiem, mamuś, ale to jest takie ciekawe.
Odruchowo podnoszę z podłogi bieliznę, dżinsy, białą bluzeczkę z wielką, soczyście czerwoną truskawką na plecach i zanoszę do wiklinowego pojemnika, który ustawiłam tuż przy pralce i który, mimo codziennego prania, jest wiecznie pełen. Odkrywam przy tym, że zapomniałam powiesić wyprany wczoraj wełniany koc z kociego legowiska. Strzepuję go mocno, przy okazji produkując dwa fałszywie brzmiące bity, i rozwieszam na kaloryferze.
Dzień mija jak zwykle bez szczególnych ekscesów i wielkich planów. Zakupy w pobliskim sklepiku, trochę leniuchowania na kanapie z książką, pospieszna wizyta sąsiadki: wpadła po przepis na keksa i przy okazji oplotkowała swoją teściową, która właśnie wyjechała po nieznośnie długiej i męczącej trzydniowej wizycie. Niby nic się nie dzieje, a stale kręcę się po domu. I co najdziwniejsze, mimo braku męskiej ręki i niedawnego kryzysu jest mi dobrze i może nawet pomyślę, że zaczynam być szczęśliwa. Miło tak cieszyć się z drobiazgów.
Wieczorem zaglądam do pokoju Poli i przysiadam na fotelu przy biurku.
- Jesteś spakowana do szkoły?
- Tak.
- A lekcje odrobiłaś?
- Tak.
- Wszystkie? Może razem sprawdzimy?
- Mamo, odrobiłam wszystko!
- To może cię z czegoś przepytać?
Pola gwałtownie odkleja się od książki i wystraszonymi oczami wpatruje się we mnie, zupełnie jakbym zaproponowała jej transfuzję odwampirzej krwi, a nie otworzenie podręcznika do historii.
- Musimy?
- Nie, ale pomyślałam, że może szybko coś powtórzymy.
- A nie możemy jutro?
- No, w sumie możemy, tylko czy jesteś pewna, że wszystko umiesz?
- Tak, spoko. Poza tym jutro nie ma żadnych sprawdzianów ani kartkówek.
- Ale zawsze możesz zostać wyrwana do odpowiedzi.
- Wiem, ale się uczyłam.
- To dobrze.
Przez chwilę opowiadamy sobie, jak minął weekend, ze szczególnym uwzględnieniem tematu psa, któremu Pola poświęca większość czasu, rozpływając się w "achach" i "ochach", a ja jestem podwójnie szczęśliwa, że stworzenie nie będzie mieszkać z nami i że mała zajmuje myśli czymś radosnym i pozytywnym. Ma to dla mnie tym większe znaczenie, że Andżelika znowu zaczęła jej dokuczać na przerwach i namawia inne dziewczynki, by nie bawiły się z moją córką. Wreszcie zmęczone zasypiamy w jej łóżku, wtulone w siebie i bezwarunkową miłość, która otacza nas długimi, silnymi ramionami.
Budzę się sztywna w środku nocy. Pola rozpycha się całą sobą i z niezrozumiałym dziecięcym uporem układa się w poprzek łóżka. Spod niebieskiej piżamki wystają blade, wygięte w łuk plecy. Z matczyną troskliwością ciągnę za ściągacz bluzki i przykrywam małą szczelnie kołdrą. Nim wyjdę z pokoju, Pola się rozkopuje i zmieniając pozycję, układa się na brzuchu, szeroko rozrzucając nogi. Cofam się i kolejny raz ją opatulam.
Wreszcie docieram do sypialni i padam na łóżko. Podejrzewam, że zasnęłam jeszcze w locie na poduszki, i jestem zupełnie wytrącona z równowagi, gdy nagle słyszę nad sobą:
- Mamo.
Przez chwilę łudzę się, że to senna mara, ale jestem w błędzie, bo Pola, w miarę jak unoszę powieki, coraz wyraźniej materializuje się obok łóżka i oczekuje ode mnie reakcji.
- Jezu, Pola, ale mnie wystraszyłaś.
- Przepraszam, nie chciałam.
- OK, nic się nie stało. - Pocieram dłonią oko i łypię na małą z niepokojem. - Dlaczego już wstałaś? - Zerkam na leżącą obok łóżka komórkę. Piąta pięćdziesiąt siedem.
- Brzuch mnie boli.
W sekundę przytomnieję.
- Jak to boli cię brzuch? Gdzie?
- Tu.
Mała wskazuje na okolice pępka. Choć doskonale wiem, co jej dolega, nie mogę zadać kilku standardowych pytań. Zapewne to jeden z tych koszmarnych poranków, gdy Polę stresuje pójście do szkoły. Mimo rozmów z wychowawczynią, która sprawia wrażenie, jakby sama miała problemy ze sobą, i dwóch rozmów z dyrekcją w relacji dzieciaków nic się nie zmieniło. Nieudolna pogadanka psychologa z dziećmi doprowadziła tylko do tego, że odsunęły się od mojej córki jeszcze bardziej, po cichu nazywając ją skarżypytą. Jestem wykończona i nie wiem, co powinnam zrobić.
- Może coś wczoraj zjadłaś?
- Tylko bułkę z dżemem na kolację.
- A nie podjadałaś?
- Nie, słowo.
- Żadnych chipsów, czekolady?
- Nie. Ale w nocy miałam biegunkę.
Chryste Panie, co mam zrobić? Na dziesiątą muszę być w szkole, nie ma mowy, żebym mogła się spóźnić, tym bardziej że mamy jakąś wizytację. Na Pawła nie mam co liczyć, a mojej gderającej matki nie mam ochoty oglądać. Przez chwilę rozważam telefon do teściów, ale powstrzymuję się przed wybraniem numeru do pani Ireny. To, że ostatnio mamy zadziwiająco dobre relacje, nie oznacza, że bez skrępowania mogę prosić o przysługę.
- Może zaparzę ci mięty i zażyjesz No-spę, powinno pomóc.
- Dobrze, ale mocno mnie boli.
- Spokojnie, zaraz zadziałamy, najwyżej spóźnisz się na pierwszą lekcję.
Ale ani po godzinie, ani po dwóch mała nie jest w stanie się ogarnąć, i mam wrażenie, że z minuty na minutę czuje się coraz gorzej, a moja panika przybiera na sile.
O ósmej okazuje się, że nie ma mowy o pójściu do szkoły. Pola co rusz biega do toalety, a ja za nią z nadzieją, że to ostatni raz. Wściekła wybieram numer Pawła, bynajmniej nie oczekując z jego strony zrozumienia i wsparcia, raczej po to, żeby na kimś wyładować frustrację. Odbiera po trzecim sygnale i przytłumionym głosem pyta:
- Coś się stało?
- A jak myślisz?! - wrzeszczę w słuchawkę. - Pola jest chora.
- Co jej jest? - pyta z takim spokojem, jakby wszystko było w najlepszym porządku, a ja dzwoniłabym z informacją, jaką wstążkę wplotłam we włosy córki.
- Boli ją brzuch!
- Pewnie się czymś zatruła. Nie przejmuj się.
- Jak mam się nie przejmować, kiedy nie mogę zostawić jej samej.
- To zostań z nią w domu.
- Jak mam zostać w domu, skoro muszę iść do pracy! Może ty z nią posiedzisz?
- Jak to sobie wyobrażasz? Odwołam kilka operacji, pacjentów, rzucę wszystko?
- A dlaczego oczekujesz tego ode mnie?
- Zośka, nie histeryzuj! Zadzwoń do kogoś.
Jego słowa doprowadzają mnie do furii.
- Właśnie dzwonię, baranie, ale oczywiście ty masz inne problemy niż choroba dziecka. Jak zwykle wszystko jest na mojej głowie! Nieźle się ustawiłeś i ja...
- Przepraszam cię, ale nie mogę rozmawiać.
Klik. I już go nie ma.
Zlewają mnie zimne poty, bo wiem, że jeśli za pół godziny nie wyjdę z domu, spóźnię się do pracy. Cholera jasna. Właśnie tak wygląda skrucha mojego męża i żal, że nas zostawił. Nie rozumiem, jak matka może stać po jego stronie i nie dostrzegać tego głębokiego cienia egoizmu, który ciągnie się za jej ukochanym zięciem.
Kompletnie wytrącona z równowagi biegnę do łazienki i nakładając grubą warstwę makijażu, opracowuję plan awaryjny, który jednak nie przewiduje wielu opcji:
1. Mimo złego samopoczucia Poli zawieźć ją do szkoły, co może skutkować tym, że:
a. ona będzie czuć się jeszcze gorzej,
b. ja będę się stresować,
c. po godzinie zadzwoni pielęgniarka z informacją, że mam ją szybko odebrać.
2. Zabrać ją ze sobą do pracy, co oznacza, że:
a. ja będę się stresować,
b. ona nudzić,
c. i być może czuć jeszcze gorzej.
3. Zadzwonić do matki, co jest jednoznaczne z tym, że:
a. wysłucham kazania na temat braku odpowiedzialności i tego, że z pewnością źle gotuję, i gdybym słuchała jej rad, to...
b. Pola będzie szczęśliwa,
c. skoro ma osłabiony organizm, to przynajmniej nie złapie od nikogo dodatkowego choróbska.
4. Zostawić Polę samą w domu i:
a. stresować się tym, że mogło jej się pogorszyć,
b. stresować się tym, że coś mogło się jej stać,
c. Pola będzie się nudzić i wykombinuje coś głupiego albo nażre się jakichś świństw w postaci cukierków, ciastek czy chipsów,
d. zadławi się podczas wymiotowania, straci przytomność i umrze.
Ta wersja wydarzeń ma swoją kontynuację w formie mrocznej wizji pogrzebu i małej białej trumny tonącej wśród równie białych, wonnych lilii na katafalku oraz wyrzutów sumienia, które będą mnie dręczyły aż do własnej śmierci. Oczywiście ta możliwość zostaje odrzucona jako pierwsza.
Między nakładaniem niebieskich cieni na powieki a tuszowaniem rzęs dochodzę do jedynego słusznego wniosku, że choć bardzo nie chcę tego robić, to poproszenie mamy o pomoc jest jedynym słusznym wyjściem z sytuacji.
Nieudolnie manewruję lakierem do włosów, usiłując poskromić nieposłuszne kosmyki i jednocześnie nie wypuścić komórki, którą po pospiesznym wybraniu numeru matki wcisnęłam między ucho a ramię. Telefon dzwoni i dzwoni, a ona jakoś nie spieszy się z odebraniem. Może jeszcze śpi? Okazuje się, że się nie mylę. Gdy już mam się rozłączyć, w moim uchu rozkwita jej zaspane:
- Halo, kto mówi?
- Cześć, mamo, to ja. - Mobilizuję wszystkie siły i gaszę nerwy, żeby brzmieć swobodnie i przyjaźnie.
- Wiesz, która godzina?
- Tak, przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale...
- Coś się stało?
- Pola się rozchorowała.
- Co ty mówisz? A jeszcze wczoraj wieczorem, jak z nią rozmawiałam przez telefon, była taka ożywiona.
- Nie wiem, mamo, ale dziś już nie jest taka radosna.Źle się czuje.
- A co jej jest? Przeziębienie? Mówiłam ci tyle razy, że powinna wkładać czapkę. Pogoda w październiku jest bardzo złudna, rano jest zimno, potem świeci słońce, człowiek się rozbiera i nieszczęście...
- Boli ją brzuch.
- Widzisz, mówiłam, żebyś nie używała kostek rosołowych, ale ty wiesz lepiej.
- Przecież nie używam.
- Takie tam gadanie. Musisz używać, bo inaczej te twoje zupy...
- Mamo, daj spokój, proszę. Powiedz, czy dałabyś radę podjechać do młodej na chwilę. Ja muszę biec do pracy, a boję się zostawić ją samą.
Między nami rozsiada się niepokojąca cisza i już wiem, że nie mam co liczyć na pozytywne rozwiązanie problemu.
- Moja droga, bardzo bym chciała ci pomóc, ale o takich sprawach musisz mnie informować wcześniej. Jeśli myślisz, że ja nie mam swoich planów...
- Mamo, skąd mogłam wiedzieć, że Pola się rozchoruje? Jeśli nie możesz, to po prostu powiedz i nie ma sprawy.
- Ty nawet w takiej sytuacji...
- Mamo, błagam, nie mam siły. Rozumiem, że nie dasz rady?
- Tak jak powiedziałam, mam swoje plany. Tak bez uprzedzenia, dziecko, nie możesz się spodziewać, że rzucę wszystko. Nawet gdybym bardzo chciała, to nie mogę odwołać wizyty u Kajetana. Wiesz, ile trzeba potem czekać.
- Sorry, że pytałam. Poradzimy sobie.
- Mam nadzieję. Dziecko po to ma matkę, żeby ona w takich sytuacjach się nim zajęła. Ja na twoim miejscu zastanowiłabym się...
- Mamo, cześć, muszę biec, pogadamy później.
- Wątpię. Dzwonisz tylko wtedy, gdy czegoś potrzebujesz.
- Też możesz do mnie przekręcić.
- Jestem stara i schorowana, chyba mogę oczekiwać...
- Pa. - Rozłączam się.
Niezrozumiałe dla mnie uwielbienie rodzicielki dla jej fryzjera Kajetana, który przyjmuje w garażu przerobionym na salon fryzjerski, szumnie nazwany Manufakturą fryzur, konkuruje tylko z miłością do zięcia. Przy czym ani jeden, ani drugi nie jest wcale wyjątkowy. Kajetan permanentnie uzyskuje na siwych włosach mojej rodzicielki obrzydliwie żółty odcień, który okazjonalnie wpada w zieleń albo pomarańcz, i w stylu awangardowym nieregularnie i chaotycznie przycinając jej włosy, upodabnia ją do stracha na wróble. Przyjaciółki na widok nowych konstrukcji na jej głowie głośno przełykają ślinę wraz z okrzykami przerażenia, a ona na przekór logice żyje w przekonaniu, że jej zazdroszczą.
Moim zdaniem koleś ledwo odróżnia ostrza nożyczek od ich uchwytu, a farbami bawi się jak dziecko w przedszkolu malujące słoneczko i eksperymentujące, jaki kolor wyjdzie po zmieszaniu farby zielonej z czerwoną, żółtej z fioletową i tak dalej.
Dziwnym trafem mamuśka nie funduje Pawłowi kazań na temat żywienia, opieki czy odzienia jej wnuczki, zakładając, że to matka jest odpowiedzialna za wszystko. Zupełnie jakby ojciec po uwolnieniu zwycięskiego plemnika mógł zapomnieć o potomstwie do czasu, aż w wieku osiemdziesięciu lat, uwieszony na balkoniku, będzie oczekiwał od latorośli wsparcia.
Mam dość. W panice przechodzę do punktu drugiego, czyli opcji zabrania Poli z sobą do pracy i upchnięcia w gabinecie psychologa albo w bibliotece.
- Pola, szybko, ubieraj się!
- Ale po co?
- Jedziesz ze mną do pracy.
- Muszę?
- Nie możesz sama zostać w domu, skoro tak źle się czujesz.
- Nic mi nie będzie.
- Nie ma mowy! Mam tylko trzy lekcje, więc zaraz wrócimy.
- Ale ja się tam będę potwornie nudzić.
- Jezu, spakuj książkę, laptop, co tylko chcesz, tylko błagam cię, pospiesz się, bo nie mogę się spóźnić.
Gnam do kuchni przygotować śniadanie składające się z kanapki z masłem i garści biszkoptów, które upycham do torebki. Nie mam żadnych sucharków, ale to musi Poli wystarczyć. Sama popijam w biegu czarną kawę i po chwili mocowania się z laptopem, który jak na złość nie chce się zmieścić do torby, gnamy do mojej szkoły. Wpadam zdyszana tuż przed dzwonkiem na przerwę i zastanawiając się, gdzie małą zostawić, wbiegam do pokoju nauczycielskiego.
- O, a kogo my tu mamy? - Germanistka Anka, najbardziej wścibska z całego grona pedagogicznego, wietrząc sensację, materializuje się obok nas.
- Cześć, Pola się rozchorowała i musiałam ją zabrać ze sobą.
- Nie miałaś jej z kim zostawić? Moja biedaczka, jaka ty jesteś śliczna, chyba po tatusiu, a te oczy!
Gdybym jej dobrze nie znała, dałabym się zwieść jej słodkim słówkom, które najwyraźniej roztapiają moją córkę.
- Anna, przepraszam, ale muszę zaprowadzić Polę do biblioteki.
- Ale po co? Ja mam teraz okienko i z przyjemnością zajmę się tak pięknym stworzeniem. Co, mała? Posiedzisz z ciotką?
- Chętnie.
Jestem w stanie przedwylewowym, gdy wyobrażam sobie, jak przez najbliższe czterdzieści pięć minut z mojej córki będą wyciągane najgłębsze sekrety rodzinne, jak będzie indagowana i zachęcana, by o naszej rodzinie opowiedzieć coś więcej, najlepiej o pikantnym posmaku.
- Sorry, ale już się umówiłam z Kaśką z biblioteki - łżę jak pies.
- A to ciekawe, bo jest na zwolnieniu lekarskim. - Anka z satysfakcją wbija we mnie szpile spojrzenia, a ja robię wszystko, by utrzymać pion i nie zacząć się kulić.
- Żartujesz? Nic nie wiedziałam, pewnie zapomniała mi powiedzieć.
- Pewnie tak. - Anka tryumfuje. - To co, moja mała, jesteśmy zdane na siebie.
- Pola miała czytać lekturę i zabrała...
- Oj tam, oj tam. Lektura nie zając, nie ucieknie. A skoro można miło spędzić czas, to poczytasz sobie w domu, prawda?
Nie mam wyjścia i muszę zostawić je razem, udaje mi się tylko szepnąć Poli, że ta "ciocia" Ania wcale nie jest taka fajna, jak się wydaje, i że będzie ją o wszystko wypytywać i żeby nie mówiła za dużo.
- Pola, jak nie daj Boże, poczujesz się gorzej, poproś ciotkę o komórkę i zadzwoń do mnie, to wyjdę z lekcji.
- OK.
- Dasz sobie radę?
- Mamo, nie martw się.
- Spokojnie, poradzimy sobie. Chodź, kochana, kupiłam pyszne ptysie.
Anka popycha małą do swojego stolika w kącie pod oknem, co jest strategiczną pozycją, z której swobodnie można obserwować cały pokój nauczycielski, nie mając nikogo za plecami.
- Pola może jeść tylko biszkopty, ma problem z żołądkiem.
- Dobry ptyś jeszcze nikomu nie zaszkodził. Ja jem je codziennie i zobacz, jak wyglądam.
Pomijam jej szeleszczące słowa i licząc na rozsądek latorośli, apeluję:
- Pola, pamiętaj, że jesteś na diecie.
- Tak, mamo, przecież wiem.
Rzucam okiem na znienawidzoną germanistkę i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spoglądam na gigantycznego ptysia, któremu fałd tłuszczu wylewa się nad paskiem spodni, a cekiny gęsto naszyte na szarą bawełnianą bluzkę lśnią jak cukier puder. Otrząsam się z nieapetycznej wizji i ruszam do drzwi.
- Bądź grzeczna, pa.
- Cześć, mamo.
Nie mogę skupić się na lekcji, dręczona myślą o tym, z czego zwierza się właśnie moja córka. Czy opowiada o naszych kłótniach z Pawłem, czy ogranicza się do wyznania, jak płakałam, gdy odchodził. A może wywleka historię romansu babci Heleny, która ze wspólnych wakacji wróciła z narzeczonym Rafałem. Pocę się i co rusz zerkam na wiszący nad drzwiami zegar, którego wskazówki nie posuwają się do przodu. Mam nieodparte poczucie, że czas stanął w miejscu i czyha na moją zgubę, pokazując mi wielki czerwony język.
Wreszcie lekcja dobiega końca i mogę zbiec na dół, by sprawdzić, co porabia moje indagowane dziecko. Najwyraźniej przesłuchanie dobiegło końca, bo zadowolona Anka siedzi przy stoliku, popijając kawę, a Pola pałaszuje słodkie ciastko z kremem, brudząc buzię czekoladową polewą.
- Pola, przecież bolał cię brzuch!
- Ale już czuję się lepiej. Ciocia Ania powiedziała, że od jednego ptysia jeszcze nikt nie umarł.
- Może ci się znowu zrobić niedobrze.
- Ciocia Ania powiedziała, że czasami trzeba klin wybić klinem, i ten ptyś jest takim klinem, który wybije ze mnie złe samopoczucie.
- Przedziwna teoria. - Piorunuję Ankę wzrokiem, ona jednak właśnie zajęła się studiowaniem nagłówków gazety porzuconej przez kogoś na stoliku obok. - Skoro mnie nie słuchasz, to nie przychodź potem z płaczem, że jesteś chora.
- Mamuś, spokojnie, nic mi nie będzie.
Nie czuję się uspokojona. Dwie kolejne lekcje wloką się równie niemrawo jak ta pierwsza. Jedyna różnica polega na tym, że już się tak nie stresuję. Po pierwsze, Anka poszła na własne zajęcia, po drugie, już pewnie wyciągnęła z mojego dziecka wszystko, co chciała. Że też musiałam na nią wpaść.
Jak było do przewidzenia, Poli w drodze do domu robi się niedobrze. Nie pomaga zmiana miejsca w samochodzie i przesiadka z tylnej kanapy na przednie siedzenie. W połowie drogi na deskę rozdzielczą, dywanik, gałkę biegów i fotel wypływa pozostałość po niestrawionym ptysiu, a Pola z białej robi się zielona. W domu okazuje się, że na domiar złego ma gorączkę i cała dygocze. Nie mam siły i sumienia robić jej wyrzutów, raczej powinnam zganić idiotkę Ankę, ale ona i tak z pewnością by nie zrozumiała, w czym rzecz. W końcu dochodzę do wniosku, że najzdrowszym i najwłaściwszym byłoby wybranie punktu czwartego i zostawienie dziecka samego w domu.