Dni, w których wszystko idzie zgodnie z planem, mają jeden wspólny mianownik: zawsze kończą się źle. Zauważyłem to przez lata pracy w świecie, w którym każde skinienie głowy oznacza miliony, a każda decyzja niesie ze sobą potencjalny kryzys.
Mój dzień był zaplanowany co do minuty. Siedem spotkań. Trzy wideokonferencje. Jeden biznesowy lunch. I na sam koniec jedno spotkanie, którego nie dało się przesunąć - z ojcem.
Alec Vael nigdy nie prosił o spotkanie. On je narzucał. Musiał czuć władzę i dominację. Zwłaszcza nade mną.
Niemal całe dorosłe życie zarządzał firmą przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Vael Shipping było rodzinną spuścizną. Dziadek wycofał się z czynnego udziału w biznesie na tyle szybko, że ojcu wydawało się, jakoby to on go zbudował, a nie dwa pokolenia przed nim. Nie chciał schodzić z tronu, ale w końcu nadszedł jego dzień. I gdyby nie frustracja rady nadzorczej, którą nieco podkręciłem, umarłby na nim.
Nazwa "Vael Shipping" - prestiżowa i budząca respekt - niestety nie była już aktualna. Po fuzji z firmą przyjaciela mojego ojca zmieniono ją na "Vesprom". Niby bardziej globalnie, bardziej korporacyjnie, ale dla mnie to wciąż Vael.
Szedłem pewnie firmowymi korytarzami w stronę gabinetu ojca. Jego twierdza znajdowała się dwa piętra pode mną. Zarząd uznał, że najbardziej reprezentatywny pokój na siedemdziesiątym piętrze należy się mnie, nie jemu. W końcu to ja od pięciu lat występowałem w imieniu firmy, a udział mojego ojca w interesach był ograniczany. Nigdy nie zapomnę, z jaką wściekłością zamienialiśmy się miejscami. To stanowiło pierwszy krok do jego upadku.
Vesprom to międzynarodowe konsorcjum zajmujące się logistyką, frachtem morskim i transportem luksusowymi statkami, które kosztują więcej niż całe porty. Obsługiwaliśmy największe nazwiska, najdroższe towary, najtrudniejsze trasy. Każdy ruch wart był miliony. Każde opóźnienie - jeszcze więcej. I ja trzymałem to wszystko w ryzach.
Rzuciłem okiem na jego asystentkę. Kiwnęła głową na znak, że jej szef na mnie czeka. Wszedłem do swojego starego, szklanego gabinetu. Ojciec siedział z posępną miną za biurkiem, gapiąc się na zmieniające się na monitorze wykresy.
Patrząc codziennie rano w lustro, nie widzę w sobie ojca. Może gdzieś jest między nami nuta podobieństwa, ale zatraciła się ona lata temu.
- Xavier! Cieszę się, że znalazłeś czas.
- Sam ustaliłeś dzień i godzinę spotkania - mruknąłem, siadając przed jego biurkiem.
- Pewnie się domyślasz, dlaczego mi na tym zależało.
Niemal się uśmiechnąłem.
- Zarząd cię wykopał - przypomniałem. - Twój czas dobiegł końca. Chcą świeżej krwi. Mnie. Kogoś, kto rozumie obecny świat. Zmieniającą się gospodarkę.
Miałem dość ojca, dlatego od niemal roku prowadziłem działania sabotażowe. Podburzałem radę za jego plecami, przeciągając każdego na moją stronę. Trochę mnie to kosztowało, ale w końcu osiągnąłem zamierzony efekt. W trakcie głosowania nad usunięciem ojca z firmy wstrzymałem się od głosu. I tak mój głos nic nie zmieniał, a ja zachowałem twarz lojalnego syna. Tak naprawdę byłem wyrafinowanym sukinsynem.
- Tak, ustępuję - powiedział na wydechu. - Jest jednak pewien problem.
Aż mnie zmroziło. Wydawało mi się, że zadbałem o wszystko.
- Jaki problem? - spytałem beznamiętnie.
- Sądziłem, że mam nieco więcej czasu, aby wtajemniczyć cię w pewne wewnętrzne zawiłości. Dziesięć lat temu, gdy za sprawą fuzji, staliśmy się właścicielami firmy Calluma, zawarłem z nim pewne porozumienie.
To właśnie wtedy Vael Shipping zamieniło się na Vesprom. Callum był szemranym typem i przyjacielem ojca od czasów studiów. Miał córkę, Isabelle, pozbawioną smykałki do interesów, płytką, bezwartościową i znającą się jedynie na wydawaniu zarobionych przez tatusia pieniędzy. Niestety była również moim błędem przeszłości. Dałbym wiele, aby zapomnieć o spędzonym z nią czasie.
- Na czym polegało? - zapytałem z rosnącym napięciem.
Po ojcu można było spodziewać się wszystkiego.
- Warunkiem podpisania fuzji, która zadziałała na naszą korzyść, umacniając naszą pozycję, było to, że gdy odejdę, zadbam, aby jego interesy nie ucierpiały. Isabelle potrzebuje pracy. Zatrudnisz ją na jakieś lewe stanowisko, aby nawet nie musiała pojawiać się w firmie.
- Nie - rzuciłem pospiesznie.
Ojciec jednak nie słuchał mojego sprzeciwu.
- Dodatkowo, aby Vesprom oraz interesy moje i Calluma nadal miały się dobrze, obiecałem, że gdy nadejdzie odpowiednia pora, poślubisz Isabelle. Skoro zostałem zmuszony odejść, musisz jak najszybciej sfinalizować ten związek. A mnie... dać możliwość działania w tle Vesprom.
Niemal roześmiałem się ojcu w twarz. Gdyby miał poczucie humoru, wziąłbym to jako kolejny żart, ale ten skurwiel był śmiertelnie poważny. Nie wiedziałem, o jakie interesy chodzi, ale mogłem się domyślić, że przez lata on i Callum kręcili wałki na boku. Callum był pracownikiem Vesprom, ale nie miał dostępu do pionu zarządzającego. Tata był jego łącznikiem. Wiedział, że gdy odejdzie, nie da rady mnie szantażować, dlatego zamierzali wprowadzić Isabelle, która jako moja tępa żona mogłaby mieszać i działać na ich korzyść.
Po. Moim. Kurwa. Trupie.
- To żart?
- Interesy.
- Takie, w które nie chcę się mieszać. Dobrze się, kurwa, bawiłeś, zawierając układ za moimi plecami?! Nie zamierzam żenić się z kobietą, której nie znoszę, abyście wy po twoim odejściu nadal mogli kręcić na boku interesy.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Wszystko się we mnie gotowało. Miałem ochotę rzucić się przez biurko na ojca i zetrzeć mu z twarzy ten ironiczny uśmieszek. Nie miałem pojęcia, co robili ojciec i Callum, ale wciągnęli w to firmę, którą przejąłem i którą chciałem zmienić. To, co do tej pory było priorytetem, przestało nim być. Musiałem na wczoraj dowiedzieć się, co nawywijali.
- Właśnie przez szemrane interesy zostałeś w trybie natychmiastowym zwolniony z zarządzania firmą! Od lat o nich szepczą na korytarzach, a teraz prawda wychodzi na jaw.
- Myślisz, że zbudowaliśmy naszą potęgę jedynie na legalnym interesie?
- Myślę, że bez ciebie i Calluma ta firma w końcu będzie pionierem, jakiego świat nie widział. Do jutra ma was tutaj nie być.
- Możemy zniknąć, ale nie znikną nasze problemy i zobowiązania. Musisz...
- Niczego nie muszę.
- Callum ma na mnie haki - zabrzmiał niemal desperacko. - Jeżeli wystawisz do wiatru Isabelle, będę skończony. Ty też, bo pracując tutaj przez lata, pozwalałeś na takie precedensy.
- Mam w dupie, co stanie się z twoją reputacją. Callum ma haki na ciebie, a nie na mnie. Obronię siebie i firmę.
- Firma na tym ucierpi.
- Nie, odetnę się od Calluma. Myślisz, że tylko on ma zdolność szukania haków na ludzi? Jestem w tym równie dobry jak on. Skończyłeś z zarządzaniem moim życiem!
Ojciec był pewien, że przyjdę, poklepię go po ramieniu i powiem, że nic się nie stało. Nie po to przez rok próbowałem pozbyć się go z przedsiębiorstwa, żeby teraz musieć jeszcze znosić tę dwójkę i burdel, który po sobie zostawiają.
- Niczego nie musisz robić. Wszystkim zajmie się Isabelle.
- Po pierwsze: ona nie ma drygu do interesów. Cokolwiek jej powierzysz, spieprzy to. Po drugie: niczym się nie zajmie, bo jej tutaj nie wpuszczę. Nie zatrudnię jej. Po trzecie i najważniejsze: nie ożenię się z nią!
- Naprawdę sądzisz, że odejdę stąd i świat o mnie zapomni?! Masz to wszystko dzięki mnie! Opływasz w dostatek dzięki moim decyzjom.
Kącik moich ust lekko drgnął. Niech tak myśli. Niech, kurwa, myśli, że zostałem miliarderem dzięki niemu. Nie wiedział o inwestycjach i działaniach, których podjąłem się na boku.
- Przez ostatnie pięć lat pracowałem na tę firmę więcej od ciebie. To ja podpisywałem kontrakty, ryzykowałem, utrzymywałem płynność, gdy ty... bawiłeś się w układy za moimi plecami. Miałeś dekadę, aby mi o tym powiedzieć. Nie szepnąłeś nawet słowa! A teraz co? Myślisz, że rozkażesz, że mam poślubić tę płytkę idiotkę, i to zrobię? Nie! Nigdy do tego nie dojdzie. Isabelle jest przeszłością, do której nie ma powrotu!
- Pieniądze, Xavier, nie są nic warte bez lojalności. A Callum był lojalny, kiedy nikt inny nie był. Firma przechodziła przez kilka kryzysów, on jednak mnie wspierał, a gdy nadeszła spłata tej pożyczki, doszło do fuzji. Co prawda uratowałem jego firmę, ale on też pamiętał, co dla mnie zrobił, dlatego zażądał czegoś więcej. I to dostanie. Od ciebie. Żyjemy w świecie, w którym małżeństwa nic nie znaczą. W rodzinach takich jak nasza najważniejsze są interesy, pieniądze, a nie miłość.
- Czuję się jak panna na wydaniu - rzuciłem z przekąsem. - Kurs akcji, za jaki mnie sprzedałeś, był chociaż korzystny?!
- Xavier, poślubisz Isabelle. Callum odbywa z nią w tym momencie taką samą rozmowę.
I byłem pewien, że moja eks pali się z ekscytacji.
Kiedyś, z powodu chwilowego zaćmienia umysłu alkoholem, wpadłem na pomysł, aby się jej oświadczyć. Tylko miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Sześć lat później niczego bardziej nie żałuję niż tej jednej decyzji. Szybko zerwałem zaręczyny, a Isabelle w zemście zrobiła ze mnie mizogina i damskiego boksera, choć tak naprawdę nigdy jej nie tknąłem, nie byłem brutalny. Wiele można było mi zarzucić, ale nie podniósłbym ręki na kobietę.
Od czasu zerwania zaręczyn nie związałem się z żadną kobietą. Isabelle zabiła moją chęć do ustatkowania się. Mimo pomówień nieustannie próbowała do mnie wrócić. Ciągle "przypadkiem" na mnie wpadała, prowokowała dwuznaczne sytuacje, ale za każdym razem posyłałem ją na drzewo. Teraz miałem już pewność, że ta wariatka wiedziała o układzie i uważała, że tylko gram niedostępnego, a i tak pewnego dnia zostanę jej mężem.
Gwałtownie wstałem z fotela. Nie wiedziałem, co robił ojciec, ale postanowiłem znaleźć jego drugi interes, do którego wykorzystał moją firmę, i szybko pozbyć się ich "dochodu".
Musiałem jednak zacząć od odsunięcia Isabelle. Ta wariatka pewnie już zamawiała suknię ślubną i umawiała się na degustację tortów weselnych.
Na samą myśl o małżeństwie z tą kobietą zrobiło mi się gorąco, a gdy jeszcze wyobraziłem sobie, jak panoszy się po biurze, myśląc, że wszystko jej wolno, i lepi się do mnie na korytarzach, obawiałem się, że zemdleję.
Nagle jednak mnie olśniło.
Fałszywa narzeczona. Silna i niebojąca się zmierzyć z problemami kobieta, dzięki której zyskam czas na wytropienie lewych interesów ojca. A do tego umiejąca bezbłędnie udawać miłość i zaangażowanie w nasz fikcyjny związek.
- Miałeś dekadę, aby wtajemniczyć mnie w swój teatrzyk. Nigdy mi nie ufałeś. Zawsze widziałeś we mnie wroga, a teraz oczekujesz, że rzucę dla ciebie wszystko, aby ci pomóc? Mam gdzieś, czy ty i Callum zaczniecie mi grozić. Od trzech miesięcy jestem w poważnym związku, którego nie zamierzam spieprzyć tylko dlatego, że ty zrobiłeś ze mnie pannę na wydaniu.
I stało się.
Perfekcyjne kłamstwo, w trakcie którego nawet nie drgnęła mi brew. Stałem nad biurkiem ojca z dłońmi wsuniętymi do kieszeni spodni. Obserwowałem jego reakcję. Nie spodziewał się tego. Sądził, że - tak jak on - nie jestem skory do uczuć. Sądził, że dla mnie miłość nie istnieje, a każdy związek to jedynie cielesność i kontrakt z korzyściami. Poniekąd tak było i to przez niego, ale nie musiał o tym wiedzieć.
- Kto to?
- To moja sprawa. I nie jest zainteresowana poznaniem przyszłego teścia.
To był obraz stworzony z potrzeby chwili, ale im dłużej go sobie wyobrażałem, tym bardziej wierzyłem, że kiedyś spotkam kobietę, która nie będzie jedynie słodką ozdobą bez ambicji, lecz partnerką z krwi i kości, gotową iść ze mną przez życie ramię w ramię.
- Nie zamierzam zostawić tej kobiety dla układu sprzed dekady - dodałem twardo. - Mój aktualny związek to jedyna i najprawdziwsza rzecz w moim życiu, na której nigdy nie położyłeś swoich łap.
- Naprawdę wierzysz, że uda ci się zachować swoje prywatne sprawy dla siebie? Stajesz na czele naszej firmy, więc licz się z konsekwencjami. Zakończysz związek z tą kobietą. Zapłać jej, jeżeli to konieczne, ale ma zniknąć z twojego życia, abyś ty mógł sfinalizować umowę z Isabelle.
- Nie zamierzam się uginać po to, żebyś ty mógł dalej manipulować udziałami i sojuszami.
Ojciec uniósł brew, chyba wciąż sądząc, że ma jeszcze nade mną władzę.
- Dopóki nosisz moje nazwisko i kierujesz tą firmą, obowiązują cię zasady, które stworzyłem. Jeśli się temu sprzeciwisz, poniesiesz konsekwencje.
A więc próbujemy grać tą kartą. Okej, skoro tego chce.
- Nie wiesz, z kim masz do czynienia, ojcze. Nie zamierzam grać w twoją grę.
- Prędzej czy później będziesz musiał.
- Nie, bo zanim to nastąpi... sam zmienię zasady i to ty się podporządkujesz.
Trzasnąłem drzwiami od gabinetu ojca, nie zamierzając spędzać w nim ani minuty dłużej. Cała firma już huczała od plotek na temat naszego spotkania, ale miałem to gdzieś.
Martwił mnie poważniejszy problem. I nosił to samo nazwisko co ja.
***
Nie ufałem wielu osobom w kwestii alkoholu i dobrego jedzenia, ale wyjątkiem był mój brat. Kiedyś patrzyłem na niego jak na gówniarza kręcącego mi się pod nogami. Gdy ja miałem naście lat, on bawił się samochodzikami i przychodził do mnie z nadzieją, że mu potowarzyszę. Dzisiaj jednak mieliśmy prawdziwie braterską relację. Chodziliśmy do knajp na dobre jedzenie, upijaliśmy się dobrym alkoholem, jedynie nie wyrywaliśmy tych samych panienek, ponieważ mój brat wolał mężczyzn, co było mi na rękę, bo nigdy nie pokłóciliśmy się o dziewczynę.
Julian czekał na mnie w eleganckim barze na dachu jednego z nowojorskich hoteli. Często tutaj przychodziliśmy. Mieliśmy swój ulubiony stolik przy barierce z idealnym widokiem na nocną panoramę miasta.
Whisky z lodem. Nie potrzebowałem niczego więcej. Dobra, może przydałby mi się jeszcze cwany umysł brata.
- Co słychać w świecie wielkich pieniędzy, bezkresnych oceanów i despotycznych krewnych chadzających tym samym korytarzem co ty?
Julian skończył dobre studia z zakresu marketingu i public relations. Mógłby zostać w naszej firmie dyrektorem działu, ale kazał się ojcu pierdolić i jeszcze na studiach dał się wciągnąć do firmy, którą założyła jego koleżanka z roku. Relacja ojca i Juliana nigdy nie była dobra.
Wziąłem głęboki wdech, opowiadając bratu o spotkaniu z ojcem, układzie, Isabelle i fuzji, która była gwoździem do trumny. Brat słuchał mnie uważnie, wypijając całego swojego drinka.
- Żartujesz, prawda? - skomentował z nadzieją, że to wymyśliłem.
- Chciałbym.
Wziąłem łyk whisky, czując przyjemne pieczenie rozlewające się po moim przełyku.
- Czyli Alec znowu robi z ciebie pionka na planszy, której nawet nie znasz?
- Tym razem posunął się dalej. Chce, żebym ją poślubił. Żeby to wszystko wyglądało jak stabilizacja, nie szantaż.
- Myślałem, że nic, co wymyśli, już mnie nie zaskoczy, ale jak widać, myliłem się. Powiedz, że nie zgodziłeś się na ślub z tą wariatką?!
- Oczywiście, że nie, ale zrobiłem coś gorszego.
Na twarzy Juliana wymalowało się przerażenie.
- Co zrobiłeś?!
Nie było sensu dłużej ukrywać tego, co palnąłem pod wpływem zbyt silnych emocji. Brat był mi potrzebny, aby jakoś wybrnąć z tej popapranej sytuacji.
- Skłamałem, że jestem w poważnym związku. Od trzech miesięcy układam sobie życie z kimś... kto nie istnieje!
Brzmiało to jeszcze bardziej żałośnie niż w moich myślach.
Ojciec miał rację, nie nadawałem się do stabilnego związku. Nie potrafiłem kochać. Miłość wydawała się czymś poza moim zasięgiem. Wszystko kręciło się wokół inwestycji, transakcji, interesów. Każda znajomość miała przynosić korzyść dla obu stron. Prawdziwe uczucia nie istniały. I się dziwić, że ja, mając trzydzieści trzy lata, zadowalałem się szybkim seksem bez zobowiązań. Julian był gejem, który też nie potrafił zbudować trwałego związku, a Nadine zdradzała męża, a on ją. Rodzinka jak z obrazka. Wszyscy nadawaliśmy się na terapię.
- Nikogo nie masz, prawda?
- A wyglądam na faceta, na którego czeka jakaś kobieta?
Byłem przystojny, zamożny, inteligentny. Kobiety oglądały się za mną na ulicy, ale co z tego, gdy ja nie interesowałem się oddaniem siebie drugiemu człowiekowi? Większość swojego dnia spędzałem w pracy. Dobrze, że mój najlepszy kumpel pracował razem ze mną, bo w innym wypadku widywalibyśmy się rzadziej niż raz na kwartał. Nie miałem siły ani ochoty na związki. I to wszystko wina ojca, bo nie widziałem w takich relacjach żadnej korzyści. Nie było transakcji mogącej poprawić moją rentowność.
Pieprzony Alec Vael.
- Potrzebuję kogoś, kto przez kilka miesięcy jest w stanie udawać moją narzeczoną. Kogoś silnego, kto udźwignie naszą pojebaną rodzinkę, nie da się wciągnąć w żadne intrygi, a po wszystkim nie skończy w wariatkowie.
Julian przyglądał mi się intensywnie. Miał delikatniejsze rysy twarzy po naszej mamie i oczy ojca, ale nie było w nich tego gniewu. Włosy mieliśmy w tym samym kolorze, ale on układał swoje w artystyczny chaos. Ja chodziłem w garniturach w odcieniu granatu, a on ubierał się jak kolorowy ptak. Byliśmy jak ogień i woda. On spontaniczny, zabawny, wyluzowany. Ja zdyscyplinowany, arogancki, egocentryczny.
- Ciężko ci to przychodzi, co? - rzucił cicho. - To, że musisz prosić o pomoc.
- Nienawidzę tego - przyznałem bez ogródek. - Zawsze mam plan i kontrolę. A tym razem muszę grać na cudzym boisku. I nie cierpię tego uczucia.
- Duma - mruknął. - W tej rodzinie zawsze chodzi o dumę.
- Isabelle działa na mnie jak toksyna. Jedno spojrzenie i przypominam sobie, jak bardzo nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
- Wiem, że nie potrafisz o to prosić, ale nie zapominaj, że jestem obok i zawsze ci pomogę.
Miał rację, proszenie o pomoc przychodziło mi z trudem. Robiłem wszystko, aby radzić sobie samemu.
- Czego mi jeszcze nie mówisz? - spytał podejrzliwie.
Julian nie był częścią Vesprom i nie chciałem go obarczać moimi problemami, ale musiałem z siebie zrzucić toksyny dzisiejszego dnia.
Zacisnąłem palce na prawie pustej szklaneczce po whisky.
- Muszę się dowiedzieć, co Callum i Alec robią na boku. Wiem, że to coś nielegalnego, bo inaczej tak nachalnie nie wpychaliby Isabelle do zarządu. Nie wiem tylko, z kim rozmawiać, aby fama, że szukam kreta, nie doszła do głównych zainteresowanych.
- Słuchaj, to może być nic... ale gdy miałem szesnaście, może siedemnaście lat, usłyszałem, jak ojciec rozmawiał przez telefon. Nie wiedział, że stoję za nim. Mówił coś o przelaniu pieniędzy po cichu, o unikaniu zgłoszeń do audytu. Wtedy myślałem, że to nic.
- A teraz?
- Teraz brzmi to jak coś, co chciał ukryć, żeby zarząd się nie dowiedział. Spróbuję coś ustalić. Mam swoje dojścia. Kilka osób z Vesprom korzysta z usług Hunt Public Relations. Zobaczę, czy czegoś się dowiem.
Julian działał bezinteresownie, instynktownie. Nie oczekiwał korzyści dla siebie, czego ja nie miałem w zwyczaju.
Uciekł spojrzeniem w dal. Myślał o czymś intensywnie, o czym świadczyła zmarszczka między jego brwiami.
- Zwoje ci się przegrzeją - rzuciłem dla rozluźnienia.
- Jak współpracuje ci się z Elle?
Elle była moją nową specjalistką od PR-u. Rok temu zwolniłem poprzednią agentkę po tym, jak włamała mi się do apartamentu z zamiarem uwiedzenia mnie. Miała na moim punkcie jebaną obsesję. Na początku obracaliśmy to z Julianem w żart, ale gdy zastałem ją nagą w moim łóżku, przestało być zabawnie. Potrzebowałem kogoś nowego i wtedy Julian zaproponował, abym skorzystał z usług HPR. Nie do końca chciałem łączyć interesy z życiem prywatnym, w końcu w agencji pracował mój brat, ale zostałem przekonany tym, że ani on, ani jego dwie przyjaciółki nie zostaną moimi agentkami. Tak trafiłem pod skrzydła Elle i całkiem nieźle nam się współpracowało. Chociaż brat widniał w dokumentach firmy jako wspólnik, ostatnie zdanie miała Sloane, jego przyjaciółka.
- Elle? Jest świetna w tym, co robi. Profesjonalna, zdystansowana i nie ma ochoty wskakiwać mi do łóżka. Dlaczego pytasz?
- Głośno myślę - oznajmił, wypuszczając powietrze z płuc. - Dobra, Sloane pewnie urwie mi jaja, ale jesteś moim bratem i potrzebujesz pomocy.
- Mięczak. Boisz się swojej przyjaciółki?
- Przedstawić was sobie? Sam zaczniesz się jej wtedy bać. Dobra, wiesz, że pracuję w HPR.
- Nie zacząłem cierpieć na amnezję - mruknąłem, zamawiając u kelnera jeszcze jednego drinka.
- Tylko ta rozmowa musi zostać między nami. Nikomu nie możesz powiedzieć. Powinieneś podpisać klauzulę poufności, ale jesteś naszym klientem, a więc... - Ścisnął palcami nasadę nosa, biorąc wdech. - Dobra, biorę to na klatę.
Zamilkł w chwili, gdy pojawił się kelner i postawił przed nami kolejne drinki.
- Słyszałeś o Serenity? - spytał szeptem, pochylając się nad stolikiem.
- Gdzieś słyszałem tę nazwę. Po mieście krążą o niej legendy.
- Zależy nam na dyskrecji.
Zaraz... nam? O co tutaj, kurwa, chodzi?
- Sloane założyła Hunt Public Relations na ostatnim roku studiów. Tylko musiała mieć skądś na to pieniądze, prawda? Rodzinie wmawia, że wzięła kredyt, ale to kłamstwo. Ma trochę ukrytych talentów i jednym z nich jest przekonywanie innych do tego, że wie lepiej, co jest dla nich dobre, i że potrzebują pracować właśnie dla niej.
- Zaczynam myśleć, że wciągnęła cię do sekty.
Wypuścił powietrze.
- Sloane potrzebowała kasy. Rodzice byli przeciwni jej edukacji, woleli, by założyła rodzinę, więc by utrzeć im nosa, pracowała jako... dziewczyna do towarzystwa.
Zrobiłem wielkie oczy, bo Sloane Hunt uchodziła za najbardziej wyrafinowaną kobietę, jaką widziałem. Była lodowata, dostojna i nigdy nie sądziłem, że dorabiała sobie jako ekskluzywna prostytutka.
- Nie! - krzyknął, widząc to, jak się skrzywiłem. - Źle to zabrzmiało. Nie była prostytutką. Nie sypiała z facetami. Udawała ich dziewczyny. Miałem kumpla, który bał się przyznać rodzinie, że jest gejem. Skłamał, że ma dziewczynę, a Sloane udawała ją za odpowiednią opłatą. Wyszedł z tego spory biznes. Wycofała się po kilku miesiącach, ale zatrudniała inne studentki. Najpierw je sprawdzała, oceniała, czy nie przysporzą kłopotów. Tak powstało Serenity. Firma działała w całym Providence, a później przeniosła ją do Nowego Jorku. Poza podstawowymi usługami agencji PR oferujemy... relacje na żądanie. Fikcyjne partnerki. Tymczasowego narzeczonego. Mężczyźni do zadań specjalnych. Związek zbudowany od podstaw, a wszystko tak dokładnie opracowane, że nikt nigdy się nie dowie, że to tylko ustawka.
Szczęka opadła mi do podłogi.
- Chcesz mi powiedzieć, że Sloane...
- Sloane Hunt założyła Serenity, aby dorobić sobie do studenckiego budżetu, a rozkręciła to do takiego stopnia, że opłacała sobie czesne, wynajmowała mieszkanie, odłożyła kasę na HPR i miała na spory wkład do apartamentu, w którym mieszka. Dzisiaj jest tylko szefową. Ma swoje zasady. Nie chce, aby ktokolwiek się dowiedział o tym, że stoi za powstaniem tej firmy. Boi się opinii burdel mamy. Sam tak pomyślałeś w pierwszej chwili.
Fakt. Miał mnie.
Niewiele wiedziałem o Sloane. Myślałem, że tak jak my pochodzi z uprzywilejowanego domu, a tatuś dał jej kasę na rozwój firmy, ale jak widać, zbudowała wszystko wolą walki o lepsze jutro i udowodnienia czegoś sobie i innym.
- Próbujesz mi powiedzieć, że jesteś w stanie znaleźć mi kobietę, która będzie udawała moją narzeczoną?
- Dopiszemy ci to do comiesięcznego rachunku, ale ostrzegam, usługa Serenity sporo kosztuje.
Machnąłem ręką. Pieniądze nie grały roli.
- Mam kilka dziewczyn, które aktualnie są wolne. - Sięgnął do telefonu służbowego zabezpieczonego dwuetapowo. - Właściwie sześć, które są w twoim typie i mogą zacząć choćby dzisiaj. Skończyły swoje zlecenia i są wolne.
Kurwa, nie wierzę, mój brat pod dyktando swojej szefowej prowadzi luksusową agencję towarzyską.
- A co, jeżeli ktoś zobaczyłby mnie z taką kobietą, a sam wcześniej korzystał z jej usług? Nie mogę ryzykować, że informacja o mojej fikcyjnej narzeczonej dotrze do ojca.
- Nasi klienci podpisują klauzule i umowy opiewające na wielomilionowe kary, aby uniknąć takich sytuacji. Sloane zabezpiecza się na każdą ewentualność. Oficjalnie to ja reprezentuję Serenity, ale nietrudno jest powiązać mnie ze Sloane, prawda?
Los się do mnie uśmiechał i miał uśmiech mojego brata. Czego jeszcze o sobie nie wiedzieliśmy? Jak widać, nie tylko ja miałem dobrze zakopane sekrety. Powinienem poczuć ukłucie zazdrości, że przez te wszystkie lata był lojalny wobec przyjaciółki, ale nie mogłem się złościć.
- Chcesz zostać naszym klientem?
- Elle...
- Tak, ale aktualnie ma klienta - sprawdził w kalendarzu. - Najbardziej polecałbym ci Pearl...
Nasza babcia kiedyś przebąknęła, że z naszej trójki to ja urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą. I chyba miała rację.
Mój brat wymienił jeszcze dwa imiona potencjalnych kandydatek na moją narzeczoną. Ja natomiast wymyśliłem inny plan.
Sloane Hunt.
Nie znaliśmy się osobiście, ale usłyszałem o niej wystarczająco, aby wiedzieć, że potrafi być dyskretna i niebezpieczna. Jak dostawać kosza, to tylko od samej królowej.
- Chcę Sloane - oznajmiłem stanowczo.
Julian pobladł.
- Sloane nie...
- Słyszałem, ale nie mogę sobie pozwolić na ani jedno potknięcie. Skoro od lat tego nie robiła, nie ma szans, aby ktokolwiek ją skojarzył jako narzeczoną do wynajęcia. Jest dyrektorem agencji PR, a nie call girl z ekskluzywnej agencji.
- Nie radziłbym nazywać tak naszych pań i panów, bo Sloane dostaje wtedy wścieklizny.
- Boisz się jej. - Zaśmiałem się.
- Tobie też radzę zacząć. Słuchaj, mogę spróbować, ale uwierz mi, że przekonanie najtwardszej i najbardziej niedostępnej kobiety w Nowym Jorku, aby udawała twoją narzeczoną, graniczy z cudem.
- Przyjaźnicie się.
- Tak, ale to nie zmienia faktu, że mogę nie dać rady namówić jej, aby dla ciebie złamała swoje zasady!
- Potrzebuję kogoś, kto zdoła utrzymać emocje na wodzy, kto poradzi sobie z naszą rodziną, a skoro Sloane ma własną firmę i własne sekrety, będzie potrafiła grać moimi kartami lepiej niż najlepsza dziewczyna z waszej oferty. Może mną gardzić, może mnie nienawidzić, ale to właśnie jej potrzebuję.
Julian myślał. Wahał się. Przez chwilę obracał szklankę w dłoni, mieszając bursztynową ciecz.
- Zobaczę, co da się zrobić, ale niczego nie obiecuję. Skasuję cię za to podwójnie. U nas nie ma zniżki rodzinnej. Kurwa, Xavier, ona nie da sobą manipulować.
- Nie chcę nią manipulować. Zamierzam zaproponować korzystny układ. Ja zagram ojcu na nerwach, zniszczę jego lewe interesy i nie dopuszczę do siebie Isabelle, a Sloane zarobi dzięki mnie sporo kasy. Skasuj mnie potrójnie, ale to ma być ona.