Rozdział PIERWSZY
Rozdział
PIERWSZY
Nie usłyszała za sobą żadnego szmeru, nie wyczuła ruchu, który
ostrzegłby ją przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ożyło coś, co
wyglądało jak worek brudnych szmat. W chwili gdy się odwracała, zawodnik
wagi ciężkiej jednym skokiem pokonał odległość z ciemnego kąta.
Przekrwione oczy, które zobaczyła na wysokości swoich, oznaczały jedno:
"Zabiję!".
Odskoczyła. Ale nie na tyle, by nie wyczuć odoru z paszczy, która
rozwarła się tuż przed nią. Pienista ślina skapywała po kłach, które
szczęknęły tuż obok jej gardła. Gdyby dosięgły aorty, może ujrzałaby
jeszcze sceny wyświetlające się ponoć w ostatnich chwilach życia. Co
właściwie? Na przykład siebie jako sześciolatkę, która odkupiła na targu
kurę, żeby nie skończyła życia w rosole? Albo uczennicę, która nie dała
przyjaciółce ściągnąć matmy na klasówce, bo chciała mieć lepszy od niej
stopień? Ambicja została, ale przyjaźń się skończyła. A może zobaczyłaby
ślub z Andrzejem? Nie dowiedziała się, bo od rychłej śmierci oddzieliła
ją nie tyle grubość włosa, ile trzy milimetry metalu w plastikowym
oplocie. Taką siatkę zamówiła na dwa ostatnie boksy dla psów, które
przygarniała od roku, żeby nie zwariować po rozwodzie. I właśnie na tych
trzech milimetrach zacisnęła się szczęka zwierzęcia. A chwilę później
kosmate cielsko opadło na betonową podłogę.
Baszir. Pies, czyli niby najlepszy przyjaciel człowieka. Ale w tych
ślepiach była żądza mordu. Mieszaniec kaukaza z Bóg wie czym trafił do
niej dwa miesiące temu, z ranami wyżartymi na całym ciele. Podobno ktoś
wlókł go za samochodem na zaciśniętym wokół szyi drucie kolczastym.
- Nic się nie stało - próbowała sobie wytłumaczyć. Ale jakoś nie mogła
opanować drżenia. Trzęsły jej się nie tylko ręce, trzęsła się cała. Jak
w czterdziestostopniowej gorączce, którą musiała przed kilkoma dniami
pokonać. Nie było nikogo, kto położyłby jej chłodne kompresy na czoło,
więc radziła sobie trzymając przy łóżku lodówkę turystyczną z mrożonkami. W sumie może i dobrze, że nikt nie zobaczył jej z "Zupą
jesienną" na głowie. Co tam. Każdy sposób był dobry, musiała jak
najszybciej dojść do siebie. Trzeba było przecież karmić psy. Nie żeby
nie wytrzymały bez jedzenia dzień czy dwa. Taka na przykład Aza latami
tkwiła na metrowym łańcuchu przy budzie i nauczyła się żywić nawet
trawą. Ale Baśka chciała, żeby zwierzaki wreszcie zaznały lepszego losu.
Zawiesiła na moment spojrzenie na rozmywającym się w marcowej mgle
Świętym Krzyżu. Podobno emanował dobrą energią na wiele kilometrów. Ale
może za daleko od niego zamieszkała, bo dotąd nie udało jej się odczuć
dobroczynnego wpływu góry. Wręcz przeciwnie, odkąd się tu przeprowadzili
z Warszawy, jej życie rozsypało się jak mrowisko, które ktoś rozdeptał
bez litości. Była pewna, że zestarzeją się razem z Andrzejem w otoczeniu
tych gór, dzieci, a potem będą tu podejmować wnuki. Że w tej krainie
szklanych domów i siłaczek będą szczęśliwi i spełnieni. Była przekonana,
że dla tej wizji warto zrezygnować z miasta, które lubiła, z pracy,
przyjaciół i bliskości mamy. Przecież nieraz czytała o tym, że ktoś
rzuca wszystko, by wszystko od początku zbudować. Jej się nie udało. Po
dwóch latach od przeprowadzki była samotna, zrozpaczona, ze złamanym
sercem i pustym kontem. Jedyną jej pociechą były te psy. Przybłędy,
którymi się zaopiekowała. Ona nimi, a one nią.
Odetchnęła głęboko. Jeszcze nie czuło się wiosny. Zerknęła na dom, na
ukrytą wśród jodeł drewnianą chałupę. Nic wielkiego. Ganek, dwie
sypialnie, z czego jedna to były gabinet byłego męża. Duża kuchnia,
ostatnio rzadko używana, bo nie chciało jej się gotować tylko dla
siebie. No i sionka, w której na wieszak rzucała swój coraz bardziej
pozbawiony kolorów strój roboczy. Mimo wszystko dom był dla niej ostoją
w tym trudnym czasie, w którym zmagała się z depresją.
Odważyła się spojrzeć na psa, który zwinął się w kłębek w swoim boksie.
Odwrócony do niej tyłem, jakby zamierzał w spokoju zanalizować, dlaczego
tym razem się nie udało. Jakby planował kolejną rundę.
- Jeszcze mnie pokochasz - rzuciła, próbując przekonać bardziej siebie
niż psa.
Znalazła siłę, by wykonać pierwszy krok w stronę kraty, potem drugi, a potem kucnęła i wsunęła miskę przez szczelinę nad podmurówką. Pies nawet
nie podniósł głowy. Odchodząc, starała się już nie odwracać tyłem w jego
stronę. Jedno traumatyczne przeżycie na dzień zupełnie wystarczy. Nie
miała jeszcze w sobie zbyt dużego zapasu pozytywnej energii, żeby ją
sobie trwonić ot tak.
- Pora na nagrodę - nie musiała się długo przekonywać.
Dostała ją po chwili. Gdy szła wzdłuż boksów, witała ją seria radosnych
odgłosów. Pomyślała, że przynajmniej ta uczuciowa inwestycja nie poszła
na marne. Po raz pierwszy od bardzo dawna dostawała więcej, niż dawała.
Białe, brązowe i popielate ogony wybijały oszalałe staccato. Psy
podskakiwały, szczekały i starały się na wyścigi deklarować jej swoje
płomienne uczucie. Jej i pełnym miskom, które rozdawała.
- Dzień dobry państwu! Serwujemy dziś kurczaki z ryżem. Dla alergików
tradycyjnie mieszanka z jagnięciną. Smacznego!
Odpowiedział jej zachwycony chór. Przechodziła od boksu do boksu,
sprawiedliwie odmierzając porcje karmy. Psy jadły pojedynczo. Początkowo
sądziła, że zwierzęta, które codziennie o stałej porze najadają się do
syta, w końcu przestaną toczyć wojny o jedzenie. Ale one świetnie znały
życiową prawdę, że pełna micha może zniknąć z dnia na dzień. Jadły więc
na zapas i dalej wygryzały konkurentów. A Baśka, patrząc na tę walkę o przetrwanie, nie mogła odpędzić myśli, że jej konto niepokojąco zbliża
się do granicy debetu. Co dalej?
Nagle poczuła pazury na łydce. Zaskoczona spojrzała w dół. Mały piesek o urodzie hieny uśmiechał się do niej krzywą szczęką. Poldek, znowu to
zrobił. Wspiął się jak kot na ogrodzenie z siatki i wyskoczył przez
szparę przy zadaszeniu. Niektóre psy wzajemnie się nie tolerowały,
musiała zachować kontrolę nad kolejnością spacerów i zabaw na wybiegu.
Poldek mógłby źle skończyć, gdyby wcześniej wypuściła na przykład
Goryla, który wszystkim musiał udowadniać, że jest tu najważniejszym
samcem. A ten daszek trzeba poprawić od razu, postanowiła.
Przystawiła drabinę, w której brakowało górnego szczebla. W jednej ręce
miała fragment siatki, którą chciała zasłonić szparę, a w zębach
trzymała rolkę z drutem ogrodniczym. Świetnie się sprawdzał przy łataniu
dziur. Z drabiny zerknęła na konstrukcję. Jej dzieło. Co prawda, jako
zdolna pani architekt wcześniej projektowała budynki z większym
rozmachem. Ale na potrzeby własnego gospodarstwa przycięła koszty niemal
do zera. Wykorzystała deski z europalet, sama rozłożyła na nich papę i przypięła ją zszywaczem tapicerskim. Kiedyś tylko rozrysowałaby projekt
i oddała do rąk wykonawcy. Ale teraz musiała sobie sama radzić ze
wszystkim. Zeszła z drabiny i stanęła na brzegu kojca zespawanego przez
wynajętego robotnika. Wychyliła się w stronę dziury, starając się nie
upuścić rolki. Wysunęła obie dłonie przed siebie, chcąc dopasować
siatkę. Trochę odstawała. Sięgnęła po drut i wtedy znowu je zobaczyła.
Straszne, żółte oczy Baszira. Oddzielały ją od niego siatka i przegroda,
ale i tak poczuła lęk. I pewnie dlatego zbyt szybko się wyprostowała i stanęła na łączeniu palet. Trzask zarwanej konstrukcji o ułamek sekundy
poprzedził jej upadek na beton.
Otrząsnęła się, jakby to zrobił każdy z jej psów. Zerknęła na dziurę nad
sobą. Do betonowej podłogi od stropu nie było daleko. Tym razem chyba
obyło się bez większych strat, pomyślała. Najwyżej parę siniaków.
Bardziej bolała urażona duma.
Chciała szybko się podnieść, ale noga wydawała się nienaturalnie zgięta.
Baśka, z trudem podnosząc głowę z betonowej podłogi, próbowała zobaczyć,
co się właściwie z nią stało. Weterynarz Krzysiek, z którym widywała się
przy okazji opatrywania psów, niewątpliwie nazwałby to fachowo, ale i ona już wiedziała, że to otwarte złamanie. Usłyszała szmer. I wtedy
uświadomiła sobie coś jeszcze: że dach załamał się pod nią dokładnie nad
boksem Baszira. I że ta wilgoć, którą nagle poczuła na szyi, to ślina
skapująca z szeroko otwartej nad nią paszczy psa mordercy.
Rozdział DRUGI
Rozdział
DRUGI
Baśka zamknęła oczy, starając się zapomnieć o wszystkim, czego nie
zdążyła zrobić w życiu. Sapanie zrobiło się jakby głośniejsze. Poczuła
na czole coś mokrego. Obwąchiwał ją wielki nos. Domyślała się, że
pachnie mu jak padlina. Zacisnęła powieki i skuliła się na tyle, na ile
pozwalała złamana noga. Chciała być mała, okazać uległość, absolutnie
poddać się silniejszemu. Tylko to zostało jej w głowie z rad
behawiorysty, z którym kiedyś rozmawiała.
I stał się cud. Dyszenie oddalało się. Pomału otworzyła oczy. Baszir
odszedł w najbardziej odległy koniec kojca i zwalił się z łoskotem na
podłogę. Odwrócił się od niej pogardliwie. Może postanowił zostawić ją
sobie na później. Poczekać, aż skruszeje.
Bardzo powoli czołgała się w stronę wyjścia. Przecisnęła rękę przez
kratę, mając nadzieję, że od tej strony dosięgnie do zamka. Cholera
jasna! Nie przewidziała takich atrakcji, projektując kojce. Zamek był za
daleko. Zawinęła rękaw grubej koszuli. Wyżej pręty trochę się odgięły,
tam będzie większy prześwit. Uniosła się, wspierając na zdrowej nodze. W drugiej bólu jeszcze nie czuła. Za dużo adrenaliny. Gmerała palcami,
wyciągając się jak najdalej. Skobel z wolna się przesuwał. Wreszcie
okratowane drzwi się uchyliły. Kątem oka spojrzała na psa, który dalej
leżał w kącie. Ogromny pysk zakrył ogonem i udawał, że śpi. A może
naprawdę spał? Baśka z trudem wyczołgiwała się na zewnątrz. Zdołała
jeszcze domknąć drzwi kojca. A potem zemdlała.
Obudził ją ból, który w końcu musiał przyjść. Ale nie tylko to. Ktoś nią
szarpał, ktoś coś mówił. Jakaś kobieta. Krępa, miała opaloną twarz i bardzo niebieskie oczy. Ubrana była w sprane legginsy i bluzkę w geometryczne wzory. Sądząc po długich siwiejących odrostach, krwistorudy
odcień nałożyła na włosy dobrych kilka miesięcy temu. Trochę zniszczona,
wychudzona. Mogła być zarówno trochę po trzydziestce, jak i tuż przed
pięćdziesiątką. Baśka nie przypominała sobie, żeby ją kiedykolwiek
widziała, ale chwilowo było jej wszystko jedno.
- Spróbuj się podnieść. Muszę ci jakoś obwiązać tę ranę. Przyjedzie
pogotowie, ale to może potrwać, bo mają kurs z sercowcem. No, dźwignij
się trochę, założę ci opatrunek. Cztery litery w górę, raz!
Baśka z jękiem opadła na ziemię. Kobieta westchnęła. Schyliła się,
zarzuciła ramię Baśki na swój kark i uniosła ją, uwalniając nogę.
- Zupełnie jak z moim starym - sapnęła.
Ostrożnie opuściła ranną na ziemię, potem pochyliła się nad nią, szybko
coś zacisnęła i zasupłała. Baśka nie sądziła, że ból może być aż tak
wielki.
- Straciłaś trochę krwi, teraz już nie poleci.
Baśka usiłowała przekrzywić głowę, by spojrzeć na efekt działań swojej
wybawicielki. Nad złamaniem czerwona ścierka przyciskała krótką gałąź,
tamując w ten sposób krew. Gorzej nie będzie - pomyślała. Pomyliła się.
Zagrzmiało i z nieba zaczął lać marznący deszcz.
- Niech to szlag! Mogłoby dłużej wytrzymać - nieznajoma spojrzała w górę. Baśka zadrżała. Zapalenie płuc przy złamanej nodze, to będzie mój
finał - pomyślała.
- Muszę cię stąd zabrać - kobieta odeszła na kilka kroków, a Baśka nie
mogła się odwrócić, żeby za nią spojrzeć. Po chwili usłyszała znajomy
dźwięk.
- Tym cię przewiozę, tylko musisz trochę pomóc - Baśka zorientowała się,
że kobieta mówi o skrzypiącej taczce do wożenia worków z karmą. Ten
absurdalny pomysł i tak był w sumie lepszy niż żaden. Spróbowała
przesunąć się na przechylony wózek, jak najbardziej oszczędzając nogę.
Zachrzęściły pod nią resztki suchych kulek.
Ciekawe, co powiedziałby Andrzej, gdyby ją w tej chwili zobaczył. Pewnie
użyłby gorszego określenia niż "kompletny upadek" - przemknęło jej przez
myśl. Miał talent do znajdowania słów, które bolały.
Wybawicielka dźwignęła ładunek z Baśką w roli głównej i koło ruszyło z cichym jękiem. Deszcz lał coraz rzęsiściej.
- Zaszłam zapytać, czy nie masz roboty dla mojego kuzyna - wyjaśniła
ruda, pchając wózek. - Dom pootwierany, nikogo w środku. Miałam iść, ale
jakiś pies zaczął wyć i doszłam do klatek.
Baśka zastanowiła się. Ciekawe, któremu ze swoich podopiecznych
zawdzięcza ratunek.
- Bardzo pani dziękuję - wydusiła, podskakując z jękiem, kiedy taczka
przejechała przez kamień. - Nie wiem, jak mogę się odwdzięczyć... Może
będę mogła...
- Nic nie mów, za bardzo się męczysz. Zresztą normalna sprawa. W końcu
jesteśmy sąsiadkami - kobieta, dysząc, zaparkowała pod drzwiami.
Sąsiadkami? Baśka pomyślała o zamkniętej na głucho chałupie z walącym
się płotem. Nie, pewnie chodzi o ten dom bliżej szczytu. Była tam raz.
Przed drewnianą chatą stał rdzewiejący wrak traktora, walały się śmieci,
ramy starych rowerów, a na sznurze suszyły się flanelowe koszule i dziecięce ubranka. Zapukała wtedy do drzwi, ale otworzył mocno
wczorajszy facet, który na jej widok nie próbował nawet udawać uśmiechu.
Na pytanie o jajka rzucił, że kury się teraz pierzą, a nie niosą. Wydał
jej się tak niemiły, że więcej tam nie wróciła. Być może to właśnie jego
żona wciągała ją teraz po schodach.
- Przećwiczyłam to na swoim starym - ruda otworzyła drzwi tak
energicznym kopniakiem, że prawie spadła jej z nogi gumowa podróbka
crocsa. - Mogłybyśmy poczekać na zewnątrz, ale tutaj potrafią długo
jechać do pacjenta.
Dociągnęła Baśkę do sofki. Odsunęła kraciasty koc, by nie zapaskudził
się krwią. Gospodarska oszczędność. Rozejrzała się po wnętrzu.
- Łazienka tam?
Baśka skinęła głową. Kobieta po chwili wróciła z ręcznikami. Sama
skorzystała z jednego, drugi podała Baśce.
- Musisz się przebrać w coś suchego - zawyrokowała, rozglądając się za
ubraniami. - Chcesz do kogoś zadzwonić?
Baśka zrobiła w myślach szybkie podsumowanie. Komu miałaby powiedzieć,
że potrzebuje pomocy? Żaden facet nie wchodził w rachubę. Od wyprowadzki
Andrzeja nie utrzymywała żadnych kontaktów z mężczyznami. Aneta,
warszawska przyjaciółka, w zasadzie jedyna, która przetrwała jej związek
z narcystycznym architektem, też nie rzuci wszystkiego, żeby pojawić się
z odsieczą. Nie przy trójce dzieci. Od innych przyjaciół Andrzej
stopniowo ją odsunął.
- Tak cię kocham, że muszę cię mieć tylko dla siebie - przypomniała
sobie słowa byłego męża.
I kiedy przestał ją kochać, została sama jak palec. A mama? Baśka w życiu by się jej nie przyznała, że poniosła tak sromotną klęskę. Przez
tyle miesięcy nie powiedziała jej słowa o rozwodzie. Stale odwlekała ten
moment i kłamała, kiedy rozmawiały przez telefon. Raz czy dwa, wpadając
do warszawskiego mieszkania matki w odwiedziny, oszukiwała, że wszystko
jest w porządku. Andrzej pracuje, ona go wspiera. Powinna pewnie
zadzwonić i wszystko jej wyjaśnić. Ale obawiała się, że gdyby teraz
wyznała jej całą prawdę o swoim życiu, o tym, że wylądowała w środku
Puszczy Jodłowej ze stadem zdziczałych psów, złamaną nogą, kompletnie
sama i porzucona, to matka, ze swoim słabym sercem, mogłaby tego nie
przeżyć. Zwłaszcza że była tak bardzo przeciwna wyprowadzce Baśki z Warszawy.
- Nie. Do nikogo nie dzwonię - stwierdziła, starając się, żeby odpowiedź
zabrzmiała naturalnie, bez tej nutki goryczy, którą jednak poczuła.
Oczy sąsiadki, dotąd lustrujące z ciekawością wystrój dużego pokoju,
zwróciły się ku niej z pewnym zdziwieniem.
- Sama sobie nie poradzisz. Mój krewniak bardzo by ci się tu przydał -
stwierdziła po prostu.
- Nie mam kasy, żeby wynająć pracownika - odpowiedziała.
Kobieta wzruszyła ramionami. Dekolt wypłowiałej sukienki w kwiaty
obsunął się niżej obnażając obwisłe piersi w smutnym cielistym staniku.
Baśka znała ten typ bielizny. Sama ostatnio najchętniej coś podobnego
zakładała. Praktyczny model, morderca każdej randki. Można było go prać
z pościelą.
- A jak sobie wyobrażasz teraz obsługę tej psiarni, co? Nie masz
wyjścia. Kostek nie potrzebuje wiele. Dogadacie się.
Baśka spojrzała na nogę, której poskładanie w jedną całość może potrwać,
i uświadomiła sobie, że jej wybawicielka ma rację.
- Co to za człowiek?
- Robotny - stwierdziła ruda, jakby to była wyczerpująca odpowiedź, i znowu wzruszyła ramionami. Baśka doszła do wniosku, że ten gest często
towarzyszy jej słowom, jakby kobieta niczego nie była zbyt pewna. Albo
jakby dziwiła się, że ktoś w ogóle zainteresowany jest tym, co ma do
powiedzenia.
- Lubi zwierzęta? - była warszawianka spróbowała drążyć temat.
Znowu ruch ramion, który miał wystarczyć za replikę.
Baśka poddała się. Jakie miała właściwie wyjście?
Gdzieś najpierw cicho, a potem coraz bardziej narastająco, odbijając się
echem od zwartej ściany drzew, dobiegł sygnał karetki.
- Dobrze, niech przyjdzie - Baśka podjęła decyzję. Kobieta pokiwała
głową i podała jej torebkę leżącą na stole.
- Weź dowód i zostaw klucze do komórki z paszą. I nie martw się. Nic ci
tu nie zginie - dodała szybko. Baśce nie przyszło nawet na myśl
troszczyć się o pozostawione tutaj rzeczy. Stary telewizor? Wieża? Jaki
złodziej połakomiłby się na te graty, które Andrzej jej pozostawił,
tłumacząc, że przecież i tak jest do przodu, zatrzymując dom.
Dźwięk syreny zbliżał się, choć chwilami nikł gdzieś między wzgórzami.
Karetka najwyraźniej kluczyła po leśnych duktach, próbując odnaleźć
adres: Doły 4. Nie było to łatwe zadanie. Trakt wił się, robiąc kilka
zmyłek. W końcu jednak syrena zawyła już z jej podwórka, a wraz z nią
stado psów.
- Gdzie trzymasz majtki? - ruda uchyliła drzwi jej sypialni.
Baśka zaskoczona obcesowością pytania zastanawiała się, czy nie powinna
odpowiedzieć tej kobiecie, że to nie jej sprawa. Ale kiedy, odwracając
się, zobaczyła, że trzyma skórzaną torbę wziętą z sieni, zrozumiała, że
tamta pakuje jej szpitalną wyprawkę. Wskazała komodę i odpowiadała na
kolejne pytania o krem, piżamę, szlafrok i dokumenty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki