Zostaw mnie - Willow Rose

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 6

- Mam wy­rzu­cić też to stare krze­sło? - Matka Matta chwy­ciła me­bel za opar­cie i wy­cią­gnęła go na świa­tło. - Nic mu nie do­lega.

Matt kiw­nął głową.

- Jest stare, a Eva Rae nie ma tyle miej­sca.

- Ale to ta­kie do­bre krze­sło - pro­te­sto­wała, py­ta­jąc wzro­kiem: "Czy ona ci po­zwoli za­brać co­kol­wiek z two­ich rze­czy?".

- Mo­żesz je so­bie za­brać - od­parł i od­wró­cił się do niej ple­cami. Wziął do ręki lampkę, spoj­rzał na nią, za­sta­na­wia­jąc się, czy mu się na coś przyda, ale osta­tecz­nie uznał, że nie. Miała brzydką plamę, w końcu prze­le­żała całe lata w ga­rażu matki. Więk­szość jego rze­czy była bez­war­to­ściowa, se­rio, i trzeba było je wy­rzu­cić. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że Eva Rae nie chce, żeby spro­wa­dził za dużo kla­mo­tów, kiedy wraz z Eli­ja­hem za­mieszka z nią oraz trójką jej dzieci, ani sam nie chciał się wpro­wa­dzać z ja­ki­miś ba­ra­chłem. Eva Rae miała ładne rze­czy i umiała gu­stow­nie urzą­dzić wnę­trze. Na pewno nie chciała u sie­bie znisz­czo­nych krze­seł ani po­pla­mio­nych lam­pek.

- No to co ze sobą weź­miesz, skoro to wszystko się nie na­daje? - spy­tała matka.

- Rze­czy oso­bi­ste, ubra­nia i tak da­lej.

- A twoje na­grody? - Spoj­rzała na półkę, gdzie stały i zbie­rały kurz wszyst­kie jego na­grody za bie­ga­nie.

Za­śmiał się.

- Nie mogę ich wziąć. Mamo, to było w li­ceum. A te­raz mam czter­dzie­ści dwa lata.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- No to co chcesz z nimi zro­bić?

- Mogę je tu zo­sta­wić? Ty i tak nie ko­rzy­stasz z tego miej­sca.

Zmu­siła się do uśmie­chu. Matt wie­dział, że mama nie cie­szy się z ich wy­pro­wadzki. To na­tu­ralne. Od­kąd zgi­nęła mama Eli­jaha, miesz­kali już z nią tro­chę i to ona się zaj­mo­wała wnu­kiem. Ale te­raz Matt mu­siał wziąć sprawy w swoje ręce. Do tej pory nie udało mu się na­wią­zać do­brej re­la­cji z chłop­cem, bo ten wi­nił go za śmierć mamy, a Matt z ręką na sercu mu­siał przy­znać, że nie za bar­dzo się sta­rał. Przed tam­tym tra­gicz­nym dniem pra­wie nie znał syna i nie miał po­ję­cia, jak to nad­ro­bić. Te­raz chciał go po­znać. Chciał być tatą i wie­dział, że może nim być i że nad­szedł czas, by za­jął się spra­wami, tymi co­dzien­nymi, które do tej pory ogar­niała za niego mama. To on chciał pa­ko­wać Eli­ja­howi lunch i od­bie­rać go ze szkoły. Skoro inni oj­co­wie to ro­bili, on też mógł. Był śled­czym w po­li­cji, a ko­men­dantka An­nie nie miała nic prze­ciwko, by zja­wiał się w pracy w do­god­nym dla sie­bie cza­sie, o ile sta­wiał się na ważne spo­tka­nia i szybko roz­wią­zy­wał sprawy. Poza tym nie chciał już być cię­ża­rem dla swo­jej mamy. Nie po­winna ca­łego swo­jego czasu po­świę­cać na zaj­mo­wa­nie się wnu­kiem. To była jego ro­bota. Chciał ru­szyć da­lej ze swoim ży­ciem i pra­co­wać nad związ­kiem z Evą Rae.

Nad­szedł czas, by do­ro­snąć.

Eli­jah wy­szedł z nim, nio­sąc swój tor­ni­ster. Był wście­kły, że się prze­pro­wa­dza, i od­kąd się o tym do­wie­dział, sło­wem się do ojca nie ode­zwał. To aku­rat nie była żadna re­wo­lu­cyjna zmiana, bo wcze­śniej też w za­sa­dzie się nie od­zy­wał.

- Go­towy, chło­paku? - spy­tał oj­ciec z uśmie­chem.

Mały nic nie po­wie­dział. Pa­trzył tylko na ojca, mocno trzy­ma­jąc ple­cak. Matt po­dej­rze­wał, że w środku były pew­nie tylko iPad i Xbox... może ko­szulka i szczo­teczka do zę­bów, ale ra­czej nic wię­cej. Resztę jego rze­czy Matt spa­ko­wał wcze­śniej, cze­kały już w cię­ża­rówce.

Matt chwy­cił pu­dło i wy­niósł je na pod­jazd, a po­tem wsa­dził je na pakę, gdzie było jesz­cze tro­chę miej­sca. Do prze­pro­wadzki po­ży­czył od mamy cię­ża­rówkę, zmie­ściły się w niej pra­wie wszyst­kie ich rze­czy oprócz dwóch pu­deł. Eli­jah wsiadł do szo­ferki i za­trza­snął drzwi. Matt po­ca­ło­wał matkę w po­li­czek.

- Ju­tro wrócę po resztę.

Matka w od­po­wie­dzi siąk­nęła i za­ci­snęła usta.

- Pil­nuj na­szego chłopca, do­brze?

Matt wes­tchnął i kiw­nął głową.

- Nie roz­sta­jesz się z nim na za­wsze, prze­cież bę­dziesz go wi­dy­wać.

- Po pro­stu nie po­doba mi się, że bę­dzie prze­sia­dy­wał w świe­tlicy, kiedy mógłby być ze swoją bab­cią.

- Wiem, mamo, ale te­raz chcę sam się nim za­jąć. Je­śli cały czas jest z tobą, nie musi się przy­wią­zy­wać do mnie. My­ślę, że to bę­dzie dla nas do­bre, mamo, na­prawdę.

Kiw­nęła głową i też go po­ca­ło­wała.

- Do­bra, mały. Pa­mię­taj tylko, że gdy­byś po­trze­bo­wał, to wiesz, gdzie mnie szu­kać.

Matt z tru­dem po­wstrzy­mał się od pła­czu. Miał wra­że­nie, że pierw­szy raz w ży­ciu wy­pro­wa­dza się z domu. Po­ma­chał matce, a po­tem wsiadł do cię­ża­rówki i od­je­chał. W słu­chaw­kach Eli­jaha mu­zyka grała tak gło­śno, że Matt sły­szał nie­mal każdy dźwięk.

Roz­dział 7

Nie mo­głam usie­dzieć w spo­koju. Krą­ży­łam po po­koju ho­te­lo­wym w Fi­la­del­fii, prze­ska­ku­jąc po ka­na­łach w po­szu­ki­wa­niu wia­do­mo­ści, za­trzy­my­wa­łam się tylko, by ob­gryźć pa­znok­cie. Cią­gle nie po­ja­wił się ża­den news z in­for­ma­cją o za­mor­do­wa­niu syna słyn­nego szefa kuchni, ale wie­dzia­łam, że to tylko kwe­stia czasu.

I że to bę­dzie dla mnie dru­zgo­cące.

Pró­bo­wa­łam się skon­tak­to­wać z jego agen­tem, żeby mnie wy­słu­chał. Za­dzwo­ni­łam na­wet na po­li­cję i po­wie­dzia­łam, żeby byli czujni, ale nie po­trak­to­wali mnie po­waż­nie. Nie mo­głam też po­je­chać do Liama Ber­ke­leya i pil­no­wać jego syna, po­nie­waż nie wie­dzia­łam, gdzie mieszka. Po­dob­nie jak więk­szość gwiazd, trzy­mał swój ad­res w ta­jem­nicy.

O siód­mej za­dzwo­nił do mnie Matt. Ode­bra­łam z ser­cem w gar­dle.

- My­śla­łem, że wra­casz na noc do domu - po­wie­dział.

- Chcia­łam. Na­prawdę chcia­łam, ale... spo­tka­nie się prze­cią­gnęło i...

Gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze.

- Ja je­stem w domu. W twoim domu, czy ra­czej na­szym domu. Dziś prze­wio­złem więk­szość na­szych rze­czy, a cie­bie tu na­wet nie było. Twoja mama i Oli­via mu­siały nam po­ma­gać w no­sze­niu. My­śla­łem, że tu bę­dziesz i uczcimy to ofi­cjalne za­miesz­ka­nie ra­zem. Ku­pi­łem szam­pana.

Za­mknę­łam oczy. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam. Chcia­łam dziś po po­łu­dniu do­trzeć do domu i być tam, kiedy przy­jadą Matt i Eli­jah.

- Matt... prze­pra­szam...

- Za­po­mnia­łaś? - W jego py­ta­niu usły­sza­łam jesz­cze więk­sze roz­cza­ro­wa­nie.

- No...

Co mia­łam po­wie­dzieć? Nie mia­łam żad­nej wy­mówki. Tak, na śmierć za­po­mnia­łam. Tak mnie po­chło­nęło ostrze­ga­nie Liama Ber­ke­leya. I na co to było? Ni­czego nie zmie­niło. Na­wet nie chciał mnie wy­słu­chać. A te­raz Matt był na mnie zły...

Czu­łam się za­kło­po­tana.

- Ju­tro wra­cam do domu - po­wie­dzia­łam. - Obie­cuję.

- Do­brze. Ale le­piej, że­byś do­trzy­mała tej obiet­nicy. Bez cie­bie czuję się tu strasz­nie sa­motny.

- A czy cho­ciaż moja ro­dzina do­brze was trak­tuje? Dzieci się za­cho­wują?

Matt wes­tchnął.

- Ow­szem. Twoja mama zro­biła ko­tlety ka­la­fio­rowe z so­sem chi­mi­churri. Były cał­kiem do­bre.

- A jak się ma Eli­jah?

- No cóż... dziś nic nie zjadł, nor­mal­nie lubi bur­gery albo hot dogi, ale na pewno się ogar­nie.

Nie­po­prawny opty­mi­sta. Nie re­zy­gno­wał, nie skre­ślał syna, choć ten od śmierci mamy wy­po­wie­dział do ojca parę słów na krzyż. Przy tym rzadko na niego pa­trzył. A Matt i tak wie­rzył, że mały weź­mie się w garść. No i pew­nie kie­dyś to wresz­cie na­stąpi.

Mo­głam tylko po­dzi­wiać ten jego nie­stru­dzony opty­mizm.

- A jak so­bie ra­dzi z mo­imi dziećmi? - spy­ta­łam.

- Hm, no... na ra­zie nie mieli chyba żad­nej in­te­rak­cji. Całe po­po­łu­dnie i wie­czór Eli­jah sie­dział w swoim po­koju. I na przy­kład z Ale­xem chyba jesz­cze w ogóle nie roz­ma­wiał.

Mój syn nie mógł się do­cze­kać chwili, gdy do jego po­koju wpro­wa­dzi się drugi chło­piec, bo spo­dzie­wał się cze­goś faj­nego. Ja nie by­łam pewna, czy Eli­jah po­dziela ten en­tu­zjazm, skoro miał dzie­lić po­kój z sied­mio­lat­kiem, pod­czas gdy sam miał dzie­więć lat. Ale na ra­zie tak mu­siało być, przy­naj­mniej do chwili, gdy miesz­kała z nami mama. Ostroż­nie ją o to pod­py­ty­wa­łam, su­ge­ro­wa­łam, by cho­ciaż sprze­dała stary dom, ale ona nie chciała o tym sły­szeć. Gdy tylko o tym wspo­mi­na­łam, od­wra­cała się po pro­stu ple­cami i ucie­kała. Praw­do­po­dob­nie po­win­nam jej dać czas, na pewno go po­trze­bo­wała. Nie chcia­łam, by po­czuła, że chcę się jej po­zbyć, więc prze­sta­łam ten te­mat po­ru­szać.

- No do­brze - rzu­cił Matt. - To kiedy mi po­wiesz, co kom­bi­nu­jesz?

Wes­tchnę­łam i wbi­łam wzrok w te­le­wi­zor, ści­snęło mnie w żo­łądku na samą myśl o Lia­mie Ber­ke­leyu i jego synu.

- Nie uwie­rzył­byś.

- Daj mi szansę.

- Pra­cuję nad tym już od kilku mie­sięcy. Wszystko ci opo­wiem, jak przy­jadę.

Roz­dział 8

- Jak ci mi­nął dzień?

Liam sta­nął w progu po­koju Tima. Chło­piec jak zwy­kle sie­dział przed mo­ni­to­rem, grał w Fort­nite albo w Call of Duty. Liam zu­peł­nie tych gier nie roz­róż­niał i zresztą wcale mu na tym nie za­le­żało.

Od­da­lili się od sie­bie, gdy sześć lat temu Anna za­cho­ro­wała, a po roku umarła. Tim cią­gle był zły na Liama, że go przy tym nie było. Że po­dró­żo­wał i trosz­czył się tylko o swoją ka­rierę.

Miał ra­cję. Miał ab­so­lutną ra­cję. Liam nie mógł so­bie wy­ba­czyć, że wtedy nie po­sta­wił Anny na pierw­szym miej­scu. Ale jego ka­riera do­piero się za­czy­nała, a gdyby miał być bru­tal­nie szczery, to jej cho­roba była nie do znie­sie­nia. Nie był w sta­nie pa­trzeć, jak ona słab­nie i umiera. Serce mu pę­kało. Rzu­cił się więc w wir pracy i przyj­mo­wał ab­so­lut­nie wszyst­kie pro­po­zy­cje w na­dziei, że dzięki temu ode­rwie my­śli od nad­mier­nych zmar­twień i za­le­wa­ją­cego go smutku.

Ta strata mało go nie znisz­czyła. Le­d­wie zdo­łał wy­do­stać się z czar­nej dziury, która go po­chło­nęła. Ale po­ma­gała praca. Kiedy wy­stę­po­wał w te­le­wi­zji, nie był tym sa­mym Lia­mem - smut­nym oj­cem i wdow­cem. Nie był sa­motny. To była rola, którą od­gry­wał jak ak­tor w przed­sta­wie­niu, ma­ska, którą za­kła­dał. Na­gry­wa­jąc pro­gram, mógł się wście­kać, ile chciał. W ra­zie po­trzeby wy­dzie­rać na uczest­ni­ków i za­cho­wy­wać jak sza­le­niec. Tu znaj­do­wał uj­ście dla tylu swo­ich fru­stra­cji... dla bez­sil­no­ści ogar­nia­ją­cej go, gdy pa­trzył, jak uko­chana ko­bieta umiera.

Tim nie mógł wy­ba­czyć ojcu nie­obec­no­ści w chwi­lach, gdy naj­bar­dziej go po­trze­bo­wał. Ale Liam też był w roz­sypce. Nie czuł się na si­łach wspie­rać ni­kogo.

- Co cię to ob­cho­dzi? - od­po­wie­dział te­raz, nie oglą­da­jąc się.

- Tylko py­tam. Z cie­ka­wo­ści i szcze­rego za­in­te­re­so­wa­nia twoim ży­ciem.

Chło­pak nic nie po­wie­dział, tylko da­lej grał. Miał pięt­na­ście lat. Od tam­tego dra­matu mi­nęło lat pięć, a ich re­la­cja ani tro­chę się nie po­pra­wiła.

Liam stał kilka mi­nut, pa­trząc na syna, na jego plecy. Miał na so­bie starą szarą bluzę, którą ku­piła mu mama, gdy miał dzie­więć lat, ale wtedy oka­zała się o kilka roz­mia­rów za duża. Te­raz była cia­sna w ra­mio­nach i miała za krót­kie rę­kawy, on jed­nak nie chciał no­sić nic in­nego. Zdej­mo­wał ją tylko wtedy, gdy ich go­spo­sia Ju­anita ła­jała go i mó­wiła, że to brudna szmata i trzeba ją wy­prać.

Bie­dak.

Liam za­my­ślił się nad spo­tka­niem z tamtą sza­loną ko­bietą. I od razu znowu po­czuł złość. Skąd ona się urwała, żeby mó­wić mu ta­kie rze­czy? Czy chciała z niego za­kpić? Czy chciała spra­wić mu ból? O to cho­dziło?

"Mam po­wody przy­pusz­czać, że ktoś chce go za­bić".

Po co ga­dała ta­kie rze­czy? Czy wszy­scy na tym świe­cie kom­plet­nie po­wa­rio­wali?

Liam się za­śmiał, a po­tem po­szedł do holu i spraw­dził alarm. Jego dom na­le­żał do naj­le­piej strze­żo­nych w oko­licy. Na­wet je­śli ona miała ra­cję i ktoś mógłby pod­jąć taką próbę, nie było mowy, żeby się do­stał do środka.

Roz­dział 9

Pa­trzy­łam na swój ze­ga­rek, a serce co­raz moc­niej wa­liło mi w piersi. Cią­gle mia­łam włą­czony te­le­wi­zor, gdy zro­biła się dwu­dzie­sta trzy­dzie­ści. Po pro­stu pa­trzy­łam w ekran, wia­do­mo­ści le­ciały na okrą­gło. W su­mie na­wet nie słu­cha­łam słów pły­ną­cych z ekranu. Z tego, co się zdo­ła­łam zo­rien­to­wać, ja­kiś na­sto­la­tek zo­stał ska­zany za wo­że­nie sio­stry na da­chu auta. Po­tem le­ciała hi­sto­ria wy­kła­dowcy miej­sco­wego uni­wer­sy­tetu, który po­dobno miał nie­sto­sowne re­la­cje ze stu­dent­kami, i te­raz pro­wa­dzono po­stę­po­wa­nie prze­ciwko niemu.

Zwy­czajne hi­sto­rie w zwy­czajny śro­dowy wie­czór.

Ode­tchnę­łam głę­boko i uci­snę­łam nos u na­sady, za­my­ka­jąc oczy i pró­bu­jąc się uspo­koić.

"Pa­nie, ten je­den je­dyny raz spraw, że­bym się my­liła. Niech się okaże, że nie­wła­ści­wie zro­zu­mia­łam wia­do­mo­ści; że przez swoje sza­leń­stwo do­pa­truję się w rze­czach tego, czego w nich nie ma. Ten je­den raz!"

Znowu spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Dwu­dzie­sta czter­dzie­ści je­den. Już bli­sko. Sta­ra­łam się my­śleć o czymś in­nym i po­de­szłam do okna spoj­rzeć na mia­sto. Z mi­ni­baru wzię­łam bu­te­leczkę bia­łego wina i na­la­łam go so­bie do szklanki. Nie sma­ko­wało naj­le­piej. Było cierp­kie, krzy­wi­łam się po każ­dym łyku, ale do­pi­łam do końca.

Mia­sto ze swoim mo­rzem świa­teł wy­da­wało się ta­kie spo­kojne. Nie sły­sza­łam ani sy­ren, ani krzy­ków.

Ci­sza przed bu­rzą.

Wy­bra­łam je­den z ta­nich ho­teli, w któ­rym po­kój jed­no­oso­bowy kosz­to­wał rap­tem osiem­dzie­siąt pięć do­la­rów. Na­zy­wał się Red Roof Inn i jak na tę cenę był cał­kiem, cał­kiem. Nie mia­łam na co na­rze­kać. Da­leko mi było do za­moż­no­ści mo­jej sio­stry, hol­ly­wo­odz­kiej ak­torki, więc na ra­zie na tyle było mnie stać.

Za­gry­złam wargę i pró­bo­wa­łam my­śleć o czymś przy­jem­nym. Wy­obra­zi­łam so­bie swoje dzieci, w domu, sie­dzące przy ko­la­cji z Mat­tem i moją matką. Boże, na­gle za nimi za­tę­sk­ni­łam. Od­kąd dwa mie­siące temu zgi­nął ich tata, było im ciężko. Obie moje córki z tru­dem wra­cały do co­dzien­no­ści od dnia po­grzebu. Kiedy były małe, Chad był dla nich wszyst­kim, a po­nie­waż - ro­biąc ka­rierę w FBI - rzadko by­wa­łam w domu, to on się nimi zaj­mo­wał. A te­raz go za­bra­kło. By­łam sa­motną matką trójki dzieci. Na szczę­ście mia­łam Matta. Zna­li­śmy się od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Spo­ty­ka­li­śmy się, za­nim Chad zgi­nął. Ale tuż przed tą tra­ge­dią Chad po­pro­sił, że­by­śmy się ze­szli, a ja nie­mal się zgo­dzi­łam. Matt o tym nie wie­dział i nie za­mie­rza­łam mu o tym mó­wić. Jed­nak na­prawdę my­śla­łam o tym, że znowu bę­dziemy ro­dziną. Może tylko przez uła­mek se­kundy, ale wie­rzy­łam, że tak się sta­nie.

I na­gle, jak na pstryk­nię­cie pal­cami - ot tak - na­dzieja ta pry­sła. Moje dzieci ni­gdy już nie będą miały praw­dzi­wej ro­dziny.

Prze­kli­na­łam się w du­chu, że nie było mnie w domu, gdy dziś do­tarli tam Matt i Eli­jah. Mo­głoby być ina­czej, gdyby nie po­chło­nęła mnie sprawa Liama Ber­ke­leya i jego syna. Oczy­wi­ście moje dzieci uwiel­biały Matta, no ale jed­nak. Po­win­nam być na miej­scu. A te­raz jest za późno. Stało się, a ja i tak nie zdo­ła­łam ura­to­wać Tima Ber­ke­leya.

Spoj­rza­łam na ekran w chwili, gdy cy­fry na ze­ga­rze po­ni­żej po­ka­zały dwu­dzie­stą pięć­dzie­siąt sześć.

Roz­dział 10

Za­padł w głę­boki sen, śniły mu się Anna i ży­cie, które kie­dyś ra­zem wie­dli, gdy obu­dził go ja­kiś roz­gar­diasz. Prze­stra­szony otwo­rzył oczy, serce biło mu w piersi jak sza­lone. Po­de­rwał się i spoj­rzał na ze­gar.

Nie­dawno mi­nęła dwu­dzie­sta pierw­sza.

Po­ło­żył się do­piero przed kil­koma mi­nu­tami, zwykł za­sy­piać o dwu­dzie­stej pierw­szej, skoro wsta­wał o czwar­tej trzy­dzie­ści. Śniło mu się coś? Czy to przez nią się obu­dził? Czy przez coś in­nego?

Czy to ten ha­łas?

Pod­szedł szybko do okna i od­su­nął za­słonę. Wyj­rzał na ze­wnątrz i nie da­wał wiary w to, co wi­dzi. Na pod­jeź­dzie stało kilka ra­dio­wo­zów, mi­gały czer­wono-nie­bie­skie świa­tła, rzu­ca­jąc łunę na drzewa.

- Co się tu dzieje, do cho­lery - burk­nął pod no­sem.

Sko­ło­wany, z ło­mo­czą­cym ser­cem, pa­trzył, co ro­bią po­li­cjanci, i do­strzegł funk­cjo­na­riu­szy w ka­mi­zel­kach ku­lo­od­por­nych, heł­mach, ciężko uzbro­jo­nych - bie­gli w stronę domu. Nad do­mem krą­żył śmi­gło­wiec, oświe­tla­jąc te­ren.

- Tim!

Liam wy­sko­czył z po­koju w chwili, gdy wy­wa­żono drzwi wej­ściowe. Po­gnał do sy­pialni syna, sły­sząc szyb­kie kroki na scho­dach, i już po chwili ota­czali go lu­dzie w mun­du­rach i mie­rzono do niego z broni. Funk­cjo­na­riu­sze wy­krzy­ki­wali po­le­ce­nia, przy­ci­ska­jąc go do ziemi i od­ci­na­jąc mu drogę do syna.

- Ręce na wi­doku. Ręce, pod­nieś ręce!

Liam padł na ko­lana, ręce trzy­ma­jąc nad głową. Cały dy­go­tał, gdy do niego mie­rzono.

- Bła­gam - dy­szał. - To mój dom, ja tu miesz­kam.

- Ręce w gó­rze, tak że­by­śmy je wi­dzieli! - krzyk­nął któ­ryś. - Nie ru­szaj się, bo otwo­rzymy ogień!

Liam sły­szał w gło­sie tego czło­wieka ner­wo­wość i strach. Nie ośmie­lił się zro­bić nic oprócz tego, co mu ka­zali. Tym­cza­sem cięż­kie buty bie­gały po pod­ło­dze, usły­szał, jak ktoś krzy­czy "Czy­sto" i znowu od­głos bie­ga­nia, który wresz­cie ustał. Drzwi stały otwo­rem, a Liam zro­zu­miał, że to drzwi do po­koju Tima.

- Bła­gam, tam jest mój syn! - krzyk­nął, ale nikt go nie słu­chał. Nie miał szans się prze­bić przez ten ha­łas. Trzę­sąc się ze stra­chu, za­czął pła­kać i wo­łać syna, a wtedy usły­szał jego głos - mó­wił coś, czego nie dało się zro­zu­mieć, ale na pewno był prze­ra­żony i zroz­pa­czony.

- Pro­szę - nie usta­wał. - Bła­gam.

I wtedy pa­dło słowo, któ­rego nikt nie chce sły­szeć, a już na pewno nie z ust po­li­cjanta:

- Broń! On ma broń!

Strzał, który padł, rów­nie do­brze mógłby tra­fić Liama w serce. Bo­lało tak samo, jakby to on zo­stał tra­fiony. Za­marł w okrzyku, gdy ru­nął na zie­mię twa­rzą do przodu, a jego ręce były skute za ple­cami.

Roz­dział 11

Matt zaj­rzał do jed­nego ze swo­ich kar­to­nów i wy­cią­gnął kulę śnieżną, którą do­stał kie­dyś od ojca. Od­wró­cił się do Evy Rae sie­dzą­cej przy kom­pu­te­rze w sa­lo­nie.

- Gdzie mogę to po­sta­wić? - spy­tał.

Nie pod­nio­sła wzroku. Wes­tchnął i po­sta­wił kulę nad ko­min­kiem. Się­gnął po drew­nianą rzeźbę ku­pioną na Bali w cza­sie jed­nej ze swo­ich mło­dzień­czych wy­praw sur­fer­skich.

- A to?

Była so­bota, oboje wresz­cie mieli tro­chę wol­nego. W ty­go­dniu Matt był za­jęty obo­wiąz­kami służ­bo­wymi, a Eva Rae pi­sała na­stępną książkę o pro­fi­lo­wa­niu, na którą miała umowę. W su­mie jed­nak nie był pewny, czy pra­cuje nad książką, czy sie­dzi nad jedną ze swo­ich no­wych ob­se­sji. Cią­gle mu nie po­wie­działa, co robi ani dla­czego dwa ty­go­dnie temu była w Fi­la­del­fii. Nie wy­ja­wiła też, gdzie może roz­ło­żyć swoje rze­czy, więc te­raz za­czął je po pro­stu roz­miesz­czać tam, gdzie do­strzegł frag­ment wol­nej prze­strzeni.

- Evo Rae?

Wresz­cie pod­nio­sła na niego wzrok.

- Słu­cham?

Uśmiech­nął się.

- Gdzie mogę to po­sta­wić? Nie zmie­ści się na tej półce. Jest za duża i po­winna stać na pod­ło­dze. Tam by do­brze wy­glą­dała, nie są­dzisz?

Po­sta­wił ją w rogu obok fo­tela. Eva Rae nie spra­wiała wra­że­nia za­do­wo­lo­nej. Uśmie­chała się tylko, jakby nie miała po­ję­cia, o czym on mówi.

- Nie są­dzisz, że tu do­brze wy­gląda? - spy­tał. - Może le­piej by było na ko­minku?

- Chyba jest do­brze.

- Nie chcę, żeby było "chyba do­brze". Ocze­kuję, że­by­śmy się w tych spra­wach zga­dzali. Je­śli tam ci się nie po­doba, to znajdę jej inne miej­sce.

- Nie, jest OK.

Opa­dły mu ra­miona, gdy z po­wro­tem skie­ro­wała wzrok na ekran. Nie mo­gła po­świę­cić mu kilku mi­nut?

- Nie - po­wie­dział. - Coś jest nie tak. Co ta­kiego?

Pod­nio­sła na niego wzrok.

- No... no... po pro­stu... nie mamy tu za bar­dzo miej­sca na ja­kieś do­dat­kowe rze­czy. Na­prawdę mu­simy mieć ja­kieś stare drew­niane... coś... na środku sa­lonu?

Matt spoj­rzał na rzeźbę, po czym kiw­nął głową.

- Ro­zu­miem, co jest grane. Nie chcesz w swoim domu żad­nych mo­ich rze­czy.

- Nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łam - za­pro­te­sto­wała. - Prze­krę­casz moje słowa. Py­tam tylko, na ile ten przed­miot jest dla cie­bie ważny. Miesz­kamy w ma­łym domu, a jest nas dużo, więc... no... szcze­rze mó­wiąc, robi się tro­chę cia­sno.

- Nie by­łoby cia­sno, gdyby twoje dzieci sprzą­tały swoje za­bawki - od­parł, wsa­dza­jąc rzeźbę z po­wro­tem do kar­tonu.

- Słu­cham? To Alex nie może już się ba­wić swo­imi za­baw­kami?

- Eli­jah ja­koś nie zo­sta­wia wszę­dzie swo­ich.

- Bo twoje dziecko sie­dzi w po­koju i gra na iPa­dzie. Moje dziecko lubi się ba­wić praw­dzi­wymi za­baw­kami.

Spoj­rzał na nią wście­kłym wzro­kiem.

- I to twój dom, co? Więc twój syn ma więk­sze prawo ro­bić ba­ła­gan niż Eli­jah i ja. Ku­mam.

Chwy­cił kar­ton i wy­niósł go do ga­rażu, gdzie zna­lazł mu miej­sce na półce. Za­kleił go ta­śmą, za­sta­na­wia­jąc się, ile mi­nie czasu, za­nim znowu do niego się­gnie. Miesz­ka­nie z Evą Rae nie oka­zało się taką cu­dow­no­ścią, ja­kiej ocze­ki­wał. Le­d­wie po­świę­cała mu czas, cią­gle za­jęta przy kom­pu­te­rze, ani tro­chę nie po­pra­wiła się też jego re­la­cja z sy­nem. Eli­jah w za­sa­dzie nie wy­cho­dził z po­koju, gdzie grał na iPa­dzie albo Xbo­xie, do ni­kogo się nie od­zy­wa­jąc.

"Dwa ty­go­dnie" - po­my­ślał Matt. "Mi­nęły do­piero dwa ty­go­dnie. Daj im czas, żeby się oswo­ili z nową sy­tu­acją. Po­prawi się. W końcu się po­prawi".

Czuł, jak ro­śnie w nim na­pię­cie, i po­sta­no­wił się przejść. Ani Eva Rae, ani Eli­jah i tak za nim nie za­tę­sk­nią.

Roz­dział 13

Wście­kła pa­trzy­łam na drzwi ga­rażu, za któ­rymi znik­nął Matt. Za­sta­na­wia­łam się, czy mam tam pójść i z nim po­ga­dać. Nie mia­łam od­wagi spoj­rzeć mu w oczy. Nie chcia­łam go zra­nić, na­prawdę nie chcia­łam, tak ja­koś wy­szło.

A cho­dziło o to, że po pro­stu by­łam sfru­stro­wana. Nie Mat­tem, tylko tą sprawą. Obej­rza­łam każdy ma­te­riał, jaki się dało zna­leźć, z ak­cji po­li­cyj­nej w domu Liama Ber­ke­leya i po­strze­le­nia jego syna. Za każ­dym ra­zem ści­nało mnie z nóg. Wie­dzia­łam, że można było tego unik­nąć, gdyby ten czło­wiek dał mi szansę wy­ja­śnić, o co cho­dzi.

Albo gdy­bym się tak ła­two nie pod­dała... gdy­bym za nim po­bie­gła po tym, jak wy­szedł z tej re­stau­ra­cji.

Scho­wa­łam twarz w dło­niach, a po­tem po­trzą­snę­łam głową. Mu­sia­łam prze­stać, nie mo­głam się tak ob­wi­niać. Tylko że tak strasz­nie trudno było tego nie ro­bić.

Wsta­łam i po­de­szłam do drzwi.

- Matt... Po­słu...

Nie zdą­ży­łam ich otwo­rzyć, bo ką­tem oka zo­ba­czy­łam, że na moją ulicę wjeż­dża sa­mo­chód. Nie był to ja­kiś tam zwy­czajny sa­mo­chód, na taki na­wet bym nie zwró­ciła uwagi. To była wielka czarna li­mu­zyna, rzadki wi­dok w Co­coa Be­ach w so­bot­nie po­po­łu­dnie. Pod­je­chała pod mój dom i sta­nęła.

Przez chwilę my­śla­łam, że to może Syd­ney. Krę­ciła te­raz film w Ka­na­dzie, więc nie wi­dzie­li­śmy jej od czte­rech ty­go­dni. Ale, na ile ją zna­łam, naj­pierw by za­dzwo­niła. W nie­spo­dzian­kach nie­szcze­gól­nie się spraw­dzała.

Z li­mu­zyny ktoś wy­siadł - i tak, mia­łam ra­cję, to nie była Syd­ney. To był ktoś rów­nie sławny, może na­wet bar­dziej.

- Och, nie - jęk­nę­łam.

- Kto to? - spy­tała Oli­via, sta­jąc za mo­imi ple­cami, gdy wpa­try­wa­łam się w Gwiazdę Świata Kuchni zmie­rza­jącą do mo­ich drzwi w czar­nych oku­la­rach i bia­łym T-shir­cie, eks­po­nu­ją­cym mię­śnie brzu­cha. - Czy to nie...

Kiw­nę­łam głową.

- Ow­szem.

- O mój Boże! Co on tu robi?! - Oli­via z eks­cy­ta­cji aż pisz­czała.

- Zga­duję, że przy­szedł ze mną po­roz­ma­wiać - od­par­łam z cięż­kim wes­tchnie­niem.

- Z tobą? - spy­tała, ścią­ga­jąc brwi. - Dla­czego miałby przy­jeż­dżać do cie­bie? Może jed­nak do Syd­ney?

Po­pa­trzy­łam na nią zna­cząco.

- Ja też znam parę osób, moja droga.

- No do­bra, prze­pra­szam. Po pro­stu nie mia­łam po­ję­cia, że znasz aku­rat jego.

- Bo jest za fajny dla ko­goś ta­kiego jak twoja mama?

- Prawdę mó­wiąc... moim zda­niem w tym swoim pro­gra­mie za­cho­wuje się jak de­bil. Mnó­stwo lu­dzi w szkole uwiel­bia go oglą­dać i się do niego mo­dli, ale to nie moja bajka.

Ode­tchnę­łam z ulgą, my­śląc so­bie, że coś jed­nak mi się z tymi dziećmi udało. De­li­kat­nie po­gła­ska­łam ją po po­liczku, za­sta­na­wia­jąc się, skąd mam tyle szczę­ścia, gdy roz­le­gło się na­tar­czywe pu­ka­nie do drzwi.

Oli­via spoj­rzała na mnie szy­der­czo.

- Le­piej mu otwórz.

Skrzy­wi­łam się, wes­tchnę­łam i zmo­bi­li­zo­wa­łam do kon­fron­ta­cji z osobą cze­ka­jącą na progu. Liam Ber­ke­ley przy­cho­dzący do mnie po tym, co się stało - to nie mo­gło być nic do­brego.

Roz­dział 14

- Liam Ber­ke­ley?

Za­gry­złam wargę, gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały. Dra­stycz­nie się zmie­nił. Schudł i dziś był cie­niem tam­tego czło­wieka, z któ­rym przed dwoma ty­go­dniami spo­tka­łam się w Fi­la­del­fii. Pa­trzył na mnie za­czer­wie­nio­nymi oczami. Kiedy się wy­po­wia­dał, le­d­wie po­ru­szał ustami. Serce mnie za­bo­lało na jego wi­dok. Mó­wił przez za­ci­śnięte zęby, z tru­dem ce­dząc słowa.

- Pani... pani wie­działa. Skąd?

- Może wej­dziemy do środka - za­pro­po­no­wa­łam szybko. - Zro­bię kawę. Albo może po­dać coś moc­niej­szego? Wino? Whi­skey?

Od­su­nę­łam się i wpu­ści­łam go do sa­lonu, gdzie usiadł na ka­na­pie. Kiedy z re­zy­gna­cją zło­żył ręce na ko­la­nach i zwie­sił ra­miona, wy­glą­dał jak sta­rzec.

Po­pę­dzi­łam do kuchni, na­sta­wi­łam kawę i wy­cią­gnę­łam bu­telkę whi­skey, którą do­sta­łam na uro­dziny od ko­legi - swoją drogą chyba miał na­dzieję, że ją otwo­rzę i sam się jej na­pije na im­pre­zie.

Na­la­łam kawy i wró­ci­łam do Liama ze szklan­kami oraz kub­kami i po­sta­wi­łam je przed nim.

- Mam cia­sto, gdyby pan chciał - za­pro­po­no­wa­łam.

Pod­niósł rękę, by mnie za­trzy­mać.

- Nie trzeba. Chcę tylko, żeby pani usia­dła i mi to wy­ja­śniła. Bo od tam­tego wie­czoru nie zdo­ła­łem zro­zu­mieć ab­so­lut­nie nic z tego, co się dzieje. Musi mi pani to wy­tłu­ma­czyć. Musi mi pani po­ka­zać w tym sens, bo ja go nie do­strze­gam.

Kiw­nę­łam głową.

- Przede wszyst­kim... bar­dzo mi przy­kro z po­wodu tego, co się stało z pań­skim sy­nem.

Przy­mknął na chwilę oczy.

- Z Ti­mem.

- Tak, z Ti­mem. Bar­dzo, bar­dzo mi przy­kro. Na­wet nie je­stem w sta­nie so­bie wy­obra­zić...

Znowu pod­niósł rękę, by mnie po­wstrzy­mać.

- Nie chcę tego słu­chać. Wszy­scy po­wta­rzają to samo, a mnie się chce od tego rzy­gać, szcze­rze mó­wiąc. Nie, nie jest pani w sta­nie so­bie wy­obra­zić, jak to jest stra­cić syna. A dla­czego mia­łaby pani to so­bie wy­obra­żać? To coś naj­gor­szego na świe­cie. Dla­czego mia­łaby pani chcieć po­znać to uczu­cie?

- My­ślę, że lu­dzie sta­rają się być dla pana mili... - od­par­łam, się­ga­jąc po kawę. Ręce mi drżały, gdy do­le­wa­łam so­bie do niej whi­skey. Uzna­łam, że tego po­trze­buję. Sie­dząc przed Lia­mem w tych oko­licz­no­ściach, po­trze­bo­wa­łam cze­goś dla ku­rażu.

- Nie chcę, żeby lu­dzie byli dla mnie mili - od­parł. - Ocze­kuję, żeby ze mną roz­ma­wiali jak z nor­mal­nym czło­wie­kiem, nie jak z ja­kąś babą, która się może w każ­dej se­kun­dzie roz­paść na ka­wałki.

- Nie prze­pada pan za ko­bie­tami, co? - rzu­ci­łam, bio­rąc duży łyk kawy.

- Nie to mia­łem na my­śli - od­parł z wes­tchnie­niem. - Cho­dziło mi o to, że chcę, by mnie pani trak­to­wała tak jak po­przed­nio, przed tym wszyst­kim. Przy­szła pani do mnie. Po­wie­działa, że mój syn zgi­nie. Zna pani od­po­wie­dzi, a ja chcę je usły­szeć, bo nie mogę znieść tych wszyst­kich py­tań ro­dzą­cych się w gło­wie, tego wszyst­kiego, czego nie je­stem w sta­nie wy­ja­śnić. Niech pani skróci moje cier­pie­nia i po­wie mi, dla­czego mój syn nie żyje. Bła­gam.

Na­pi­łam się znowu i zbie­ra­jąc siły, od­sta­wi­łam ku­bek.

- No do­brze. Po­wiem panu, co wiem. Ale naj­pierw pan musi mi po­wie­dzieć, co się do­kład­nie stało tam­tej nocy, gdy za­bito Tima.

- Te­ren za­bez­pie­czony, wszy­scy go­towy do ak­cji. Cze­kają tylko na pań­ski znak.

Reed ski­nął głową. W uszach sły­szał tęt­nie­nie krwi, gdy ad­re­na­lina krą­żyła w jego ciele. Ręce wy­da­wały mu się śli­skie, wy­cie­rał je co chwilę w ko­szulę, żeby były wy­star­cza­jąco su­che. Nie mo­gło mu te­raz prze­szka­dzać coś ta­kiego jak spo­cone dło­nie.

"Wła­śnie strze­li­łem ojcu w głowę".

Taką wia­do­mość ode­brał ope­ra­tor pod nu­me­rem alar­mo­wym. Po­li­cji prze­ka­zano, że sprawca prze­trzy­muje za­kład­ni­ków. Chło­pak, przed­sta­wił się jako Pe­ter, prze­by­wał w pię­tro­wym domu, w który Reed się te­raz wpa­try­wał. Były z nim mama i młod­sza sio­stra.

Chło­pak po­strze­lił ojca w cza­sie awan­tury. I wtedy za­dzwo­nił pod 911. Po­wie­dział, że ma broń, a mama z sio­strą scho­wały się w ła­zience, że roz­lał w ca­łym domu ben­zynę i za­bije sie­bie i po­zo­stałe osoby.

- Nie rób tego, pro­szę - po­wie­działa dys­po­zy­torka. - Nie mu­sisz tego ro­bić. Nie roz­łą­czaj się, mów do mnie.

Ale po prze­ka­za­niu kilku ko­lej­nych in­for­ma­cji chło­pak się roz­łą­czył. Re­eda i jego lu­dzi wy­słano, żeby za­po­bie­gli tra­ge­dii. Reed ani my­ślał do­pu­ścić do roz­lewu krwi.

Nie ma mowy.

Chło­pak po­wie­dział dys­po­zy­torce, że to się stało przy­pad­kiem, bo wcale nie chciał taty za­bi­jać, ale Reed miał świa­do­mość, że skoro to się wy­da­rzyło, to tam­ten jest zdolny do wszyst­kiego.

Nie za­mie­rzał ry­zy­ko­wać. Od pięt­na­stu lat był do­wódcą od­działu SWAT i na­oglą­dał się de­spe­ra­tów, zwłasz­cza mło­dych męż­czyzn. Jedno było pewne: by­wali zde­spe­ro­wani i nie­prze­wi­dy­walni. Skoro chło­pak roz­lał po domu ben­zynę, to mu­sieli bar­dzo uwa­żać.

- Wi­dzę ruch za oknem - za­mel­do­wał Har­ris.

Har­ris słu­żył z Re­edem już pra­wie dzie­sięć lat. Wiele razy mu­sieli od­bi­jać za­kład­ni­ków.

Nie wszyst­kie ak­cje do­brze się skoń­czyły.

- Można na­wią­zać kon­takt z chło­pa­kiem? - spy­tał Reed, pa­trząc przez lor­netkę.

- Nie - od­rzekł Har­ris. - Nie ma te­le­fonu sta­cjo­nar­nego, a my nie znamy nu­me­rów ich ko­mó­rek. I tro­chę po­trwa, za­nim je zdo­bę­dziemy. Moim zda­niem nie mamy tyle czasu. Mu­simy wkro­czyć już, za­nim on od­pali za­pałkę albo za­strzeli jesz­cze ko­goś z ro­dziny.

Reed wes­tchnął głę­boko, ale przy­znał mu ra­cję.

- No do­bra. - Wziął do ręki ra­dio i wy­dał roz­kaz: - Ru­szamy!

Wi­dział syl­wetkę po­ru­sza­jącą się w górę i w dół i za­sta­na­wiał się, czy chło­pak re­ani­muje ojca. Dys­po­zy­torce po­wie­dział, że oj­ciec nie daje oznak ży­cia ani nie od­dy­cha. Czy te­raz pró­bo­wał go ra­to­wać?

Cień znik­nął.

Grupa funk­cjo­na­riu­szy pod­kra­dała się pod drzwi od frontu. Trzech in­nych szło od wschodu. Reed się­gnął po me­ga­fon, żeby ewen­tu­al­nie za­ape­lo­wać do chło­paka, by wy­szedł i się pod­dał, dać mu ostat­nią szansę na po­ko­jowe za­koń­cze­nie ak­cji.

Ale za­nim pod­niósł me­ga­fon do ust, drzwi wej­ściowe z trza­skiem się otwo­rzyły. Za siatką po­ja­wiła się po­stać, która za­raz wy­szła na ze­wnątrz.

Roz­dział 15

- Po­dobno do­stali we­zwa­nie od ko­goś, kto się przed­sta­wił jako Tim i zgło­sił, że dzwoni z na­szego domu i że wła­śnie za­bił mamę i tatę, a za­raz sam się za­bije. Mó­wił, że jest uzbro­jony i za­strzeli każ­dego, kto wej­dzie do domu, by go po­wstrzy­mać.

Liam opadł na opar­cie mo­jej sta­rej ka­napy, którą ku­pi­łam z ogło­sze­nia, i chwilę się zbie­rał.

- Wiem, że nie kła­mią, bo sły­sza­łem na­gra­nia, ale to nie jest głos Tima.

- Ale po­li­cja nie mo­gła o tym wie­dzieć - za­uwa­ży­łam. - Pew­nie to wy­glą­dało jak we­zwa­nie z wa­szego domu, prawda? Gdy je na­mie­rzyli.

Po­ki­wał głową.

- Tak, to wszystko prawda. Nie mam po­ję­cia, ja­kim cu­dem to moż­liwe.

- Dziś to żadna fi­lo­zo­fia, wy­star­czy użyć spo­ofingu. To może być apka albo pro­gram na kom­pu­te­rze.

- Wi­dzia­łem ich przez okno tuż przed tym, jak wpa­dli do na­szego domu. Pew­nie pani wi­działa to w wia­do­mo­ściach albo o tym czy­tała, bo wszy­scy o tym trą­bili. Hasz­tag z moim na­zwi­skiem na Twit­te­rze był wszę­dzie, gdy to się stało, przy­naj­mniej tak sły­sza­łem.

- Są­dzili, że jest uzbro­jony, tak? - spy­ta­łam. - Kiedy wpa­dli do wa­szego domu? Bo ta osoba, która dzwo­niła, tak po­wie­działa. I pań­ski syn wy­ko­nał je­den nie­wła­ściwy ruch i... my­śleli, że sięga po broń?

Po­tarł się po nie­ogo­lo­nej bro­dzie i kiw­nął głową.

- Tak. Do­kład­nie tak się to stało. Nie było mnie w po­koju, więc nie wiem, po co się­gnął, ale zro­bił ruch ręką, a po­li­cja była pewna, że bie­rze broń. Mógł chcieć wziąć te­le­fon albo co­kol­wiek. Cią­gle pro­wa­dzą do­cho­dze­nie. Mam na­dzieję, że ten czło­wiek, który go za­strze­lił, zgnije w wię­zie­niu.

- Na ich obronę po­wiem, że ty­dzień wcze­śniej sze­ściu po­li­cjan­tów zo­stało po­strze­lo­nych w ak­cji, gdy we­szli do domu, w któ­rym znaj­do­wał się uzbro­jony męż­czy­zna. Wszyst­kimi to wstrzą­snęło, stali się ner­wowi.

- Też mi to mó­wili - od­parł Liam, od­dy­cha­jąc ciężko. - Że wy­ko­ny­wali tylko swoją pracę.

- Ale pań­ski syn oczy­wi­ście nie był uzbro­jony, tak?

- Nie! Ni­gdy w ży­ciu nie miał broni.

- A pan?

- Ja­sne - kiw­nął głową - trzy­mamy w domu w broń. Mam po­zwo­le­nie.

- Skoro ktoś pod tym ad­re­sem miał za­re­je­stro­waną broń, mo­gli się jesz­cze bar­dziej de­ner­wo­wać, mo­gli po­my­śleć, że chło­piec rze­czy­wi­ście trzyma w ręku pi­sto­let i za­strze­lił ro­dzi­ców. To naj­więk­szy kosz­mar po­li­cjan­tów. Są spięci, prze­ra­żeni, jesz­cze za­nim do­trą na miej­sce, i oczy­wi­ście otwo­rzą ogień przy naj­mniej­szym znaku, że ktoś trzyma broń. A z tego, co wie­dzą, trzyma i w końcu wy­strzeli, bo tak im po­wie­dział przez te­le­fon.

- Więc co? To moja wina?

- Och, nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łam.

- Do­bra, ja się stąd nie ru­szam - oznaj­mił Liam Ber­ke­ley, krę­cąc ener­gicz­nie głową. - Wiem, że jest pani po­li­cjantką, czy ra­czej była pani, nie­ważne, więc bę­dzie ich pani bro­nić. W su­mie się tego spo­dzie­wa­łem. Ale przy­sze­dłem, żeby mi pani po­wie­działa, skąd pani wie­działa. Że Ti­mowi coś się sta­nie? Stwier­dziła pani, że ktoś chce go za­bić. Kto? Skąd pani wie­działa?

Wzię­łam ku­bek, na­pi­łam się jesz­cze kawy z prą­dem i spoj­rza­łam z po­wagą na Liama.

- No do­brze. Ale bę­dzie pan mu­siał za­cho­wać otwarty umysł.

- Je­stem naj­bar­dziej otwarty na świe­cie. Otwarty na oścież.

- I na pewno chce pan wie­dzieć? To nie bę­dzie miłe.

- Tak. - Kiw­nął głową. - Na pewno.

Roz­dział 16

Amal Bu­khari we­szła na po­kład sa­mo­lotu le­cą­cego z Atlanty do No­wego Jorku i spoj­rzała na ekran te­le­fonu. Spraw­dzała pocztę po raz piąty w ciągu dzie­się­ciu mi­nut - cią­gle nic.

Cze­kała na mejla od agenta. NBC chciała ją za­trud­nić do no­wego wiel­kiego talk-show na żywo, Amal cze­kała na osta­teczne po­twier­dze­nie. Na placu boju zo­stali ona i sławny youtu­ber, który miał sie­dem­na­ście mi­lio­nów fol­lo­wer­sów, pod­czas gdy ona, IWon­der­girl, miała ich osiem­na­ście. Agent mó­wił, że ona ma więk­sze szanse i że naj­le­piej się na­daje do tej ro­boty. Ale cóż in­nego miałby mó­wić? Na tym po­le­gała jego praca - miał dbać, by czuła się pew­nie, i za­grze­wać ją do walki.

"No już, zgódź­cie się".

Amal usia­dła na swoim miej­scu, pod fo­te­lem przed sobą umie­ściła torbę z lap­to­pem. W trak­cie lotu za­mie­rzała pra­co­wać, bo ju­tro miała stand-up.

Znowu spraw­dziła pocztę. I da­lej nic.

Prze­szła długą drogę, żeby osią­gnąć suk­ces, ale się udało. Pa­ki­stań­skie po­cho­dze­nie nie po­ma­gało, zwłasz­cza że jej ro­dzina nie ak­cep­to­wała tego, co ona robi. Ze­rwali z nią wszel­kie kon­takty, tylko brat Sa­mir dzwo­nił od czasu do czasu, gdy w po­bliżu nie było ni­kogo z ro­dziny.

"Da­lej, da­lej, przy­ślij­cie tego mejla, za­nim będę mu­siała wy­łą­czyć te­le­fon".

Przy­szedł fa­cet, który miał usiąść obok niej, więc wstała, by go prze­pu­ścić na miej­sce przy oknie. Amal sama chciała za­jąć to miej­sce, bo nie zno­siła sie­dzieć przy przej­ściu, ale nie było już wol­nych miejsc.

Gdy pa­sa­że­ro­wie zaj­mo­wali sie­dze­nia, znowu spraw­dziła pocztę. Ści­skało ją w żo­łądku, miała złe prze­czu­cie. Chyba po­winni już pod­jąć de­cy­zję... Dla­czego to tyle trwało?

"Nie do­stanę tego, prawda? To przez ko­lor skóry. Wiem to, po pro­stu wiem".

Za­mknięto drzwi i ste­war­desy spraw­dzały, czy wszy­scy mają za­pięte pasy. Amal wpa­try­wała się w te­le­fon, de­li­kat­nie do­ty­ka­jąc ekranu pal­cem. Ste­war­desa po­de­szła do niej i wy­szcze­rzyw­szy zęby w uśmie­chu, po­wie­działa:

- Pro­szę już wy­łą­czyć ko­mórkę.

Amal już miała rzu­cić ja­kimś chwy­tli­wym żar­ci­kiem o te­le­fo­nach i sa­mo­lo­tach i o tym, dla­czego lu­dzie mu­szą je wy­łą­czać, ale się po­wstrzy­mała. Nie miała ochoty. Kiw­nęła głową, uśmiech­nęła się i udała, że wy­łą­cza te­le­fon, gdy tym­cza­sem sa­mo­lot po­woli za­czął ko­ło­wać.

Gdy ste­war­desa się prze­su­nęła, Amal jesz­cze raz spraw­dziła pocztę, jak sza­lona stu­ka­jąc w ekran.

Nowa wia­do­mość!

Otwo­rzyła ją z ser­cem w gar­dle i czym prę­dzej prze­czy­tała.

"Do­sta­łam to! Nie do wiary! Mam to!"

Z sze­ro­kim uśmie­chem wy­łą­czyła te­le­fon i od­chy­liła głowę na opar­cie, a sa­mo­lot przy­spie­szał i po chwili z ry­kiem po­de­rwał się w po­wie­trze. Amal mi­mo­wol­nie po­my­ślała, że wła­śnie tak wzbija się jej ka­riera, i gło­śno się za­śmiała.

Roz­dział 17

- To się na­zywa swat­ting.

Spoj­rza­łam na twarz Liama. Wła­śnie so­bie do­la­łam kawy, a on swój ku­bek cały czas trzy­mał w dło­niach.

- Swat­ting?

Kiw­nę­łam głową.

- To czyn prze­stęp­czy, który po­lega na tym, że ja­kaś osoba do­ko­nuje fał­szy­wego zgło­sze­nia, dzwo­niąc pod nu­mer alar­mowy, na przy­kład że ktoś wziął za­kład­ni­ków albo że pod­ło­żono bombę. Po­li­cja wy­syła pod wska­zany ad­res duże siły, naj­czę­ściej SWAT, bry­gadę an­ty­ter­ro­ry­styczną, stąd na­zwa.

Liam za­mru­gał oczami. Przez kilka se­kund wpa­try­wał się we mnie, a po­tem na­pił się kawy.

- Chce pani po­wie­dzieć, że tak było wła­śnie w na­szym przy­padku? W przy­padku Tima? Ktoś za­dzwo­nił i oznaj­mił, że mają do nas przy­je­chać? Spe­cjal­nie?

- Tak. Tego się oba­wiam. Tak się dzieje mniej wię­cej od roku. Pró­bo­wa­łam po­wie­dzieć o tym miej­sco­wej po­li­cji. W wa­szym przy­padku dzwo­ni­łam na­wet do wszyst­kich wy­dzia­łów w Fi­la­del­fii, ostrze­ga­łam, że się to zda­rzy, że ktoś zrobi fał­szywe zgło­sze­nie. Ale... - Urwa­łam, krę­cąc głową.

Po­tarł czoło. Wi­dzia­łam, że le­d­wie po­wstrzy­muje się od pła­czu. Za­czął ener­gicz­nie ob­gry­zać pa­znok­cie.

- Więc... więc mówi pani, że mój... że mój Tim... zgi­nął z po­wodu ja­kie­goś... ka­wału? - Oczy za­pło­nęły mu gnie­wem.

Od­chrząk­nę­łam.

- Chyba tak bym tego nie na­zwała. My­ślę, że ten czło­wiek jest bar­dzo po­ważny i za­bój­czo bły­sko­tliwy.

- Nie ro­zu­miem...

- Uwa­żam, że mamy do czy­nie­nia z se­ryj­nym swat­te­rem... z czło­wie­kiem od­po­wie­dzial­nym za całą se­rię ta­kich zgło­szeń, z któ­rych wiele za­koń­czyło się śmier­tel­nie. Moim zda­niem ma na su­mie­niu śmierć je­de­na­stu osób w ca­łym kraju. Na­tknę­łam się też na przy­padki swat­tingu, w któ­rych nikt nie zgi­nął. Ale na ra­zie to je­de­na­ście ofiar śmier­tel­nych. I to są tylko te, które wy­tro­pi­łam. A mo­gło ich być wię­cej.

Liam pa­trzył na mnie zszo­ko­wany.

- Skąd pani wie, że za tymi we­zwa­niami stoi jedna osoba?

- Za­uwa­ży­łam pe­wien wzo­rzec. Po pierw­sze, wiele tych zgło­szeń na­stę­puje o tej sa­mej po­rze. Do­kład­nie o dwu­dzie­stej pięć­dzie­siąt sześć. Tak się stało w więk­szo­ści zba­da­nych przeze mnie przy­pad­ków. Po dru­gie, od­kry­łam, że ten czło­wiek zo­sta­wia wska­zówkę, kto bę­dzie jego na­stęp­nym ce­lem. Wy­biera bo­gate i sławne osoby, youtu­be­rów, ga­me­rów, czy, jak w pań­skim przy­pad­ków, dzieci ce­le­bry­tów. Moim zda­niem robi to dla sławy. Chce mieć pew­ność, że taka ak­cja trafi do me­diów. Dla­czego? Nie mam po­ję­cia. Może wtedy czuje dumę, jak za­bójca za­bie­ra­jący tro­feum przy każ­dej ofie­rze, a może czuje się sil­niej­szy, gdy świat wie o jego po­czy­na­niach i się go boi? To jedna z cech cha­rak­te­ry­stycz­nych jego mo­dus ope­randi, którą mu­szę jesz­cze roz­gryźć.

- I my­śli pani, że ten sam czło­wiek we­zwał an­ty­ter­ro­ry­stów, któ­rzy za­bili Tima?

- Tak. Moim zda­niem to se­ryjny za­bójca jak każdy inny. To mor­derca, na tyle sprytny, że zna­lazł spo­sób, by tech­nicz­nie sa­memu nie do­ko­nać za­bój­stwa ani nie brać za nie od­po­wie­dzial­no­ści.

- To mor­der­stwo do­sko­nałe.

- Do­kład­nie. Bo nie wy­gląda na mor­der­stwo. Może sie­dzieć w do­wol­nym miej­scu w kraju i to ro­bić. Po­li­cja zwy­kle my­śli, że to prank­ster, i pró­buje go na­mie­rzyć, ale gdy im się nie udaje, od­pusz­czają. W więk­szo­ści przy­pad­ków na­wet nie za­dają so­bie trudu, aby usta­lić, kto dzwo­nił, bo po pro­stu nie mają za­so­bów na ta­kie do­cho­dze­nie. Na­zy­wają to wy­pad­kiem, nie­for­tun­nym zbie­giem oko­licz­no­ści, a śledz­two pro­wa­dzi się wy­łącz­nie w spra­wie zaj­ścia. W ze­szłym mie­siącu do po­dob­nej sy­tu­acji do­szło w Utah. Po­li­cjant po­strze­lił ko­bietę, są­dząc, że ona ma broń, pod­czas gdy była to błysz­cząca ko­mórka. Opi­nia pu­bliczna do­ma­gała się po­sta­wie­nia go przed są­dem. Tak się stało i zo­stał ska­zany na dzie­sięć lat wię­zie­nia. Więc nie cho­dzi o to, że tej sprawy nie trak­tuje się po­waż­nie, służby po pro­stu nie wi­dzą jej sedna. Pro­blem po­lega na tym wła­śnie, że śled­czy sku­piają się zwy­kle na sa­mym zaj­ściu. Nie­mal ni­gdy nie ana­li­zują, jak do tej ak­cji do­szło, kim był zgła­sza­jący, bo nie mogą go zna­leźć ani nie wie­dzą, że ta osoba nie jest żad­nym dow­cip­ni­siem. No i nie oma­wiają tego ze sobą w wy­mia­rze mię­dzy­sta­no­wym. Dla­tego nie zdają so­bie sprawy, że mają do czy­nie­nia z se­ryj­nym za­bójcą. A tak wła­śnie jest. To mor­derca, który za­bił co naj­mniej je­de­na­ście razy.

- Ale pani na to wpa­dła. Pani szu­kała głę­biej i zna­la­zła po­wią­za­nie po­mię­dzy tymi zgło­sze­niami. Dla­czego?

Wes­tchnę­łam i na­pi­łam się kawy.

- Po­wiedzmy, że róż­nię się od więk­szo­ści śled­czych.

Roz­dział 18

Liam znowu ob­gry­zał pa­znok­cie. Chcia­łam mu po­wie­dzieć, żeby prze­stał, że już nie ma czego ob­gry­zać, ale przy­po­mnia­łam so­bie, że sama to ro­bię, gdy je­stem zde­ner­wo­wana albo się boję. Za­gry­zam wargę albo ob­gry­zam pa­znok­cie.

Wsta­łam, po­de­szłam do biurka i wzię­łam do ręki wła­ściwą teczkę. Otwo­rzy­łam ją i ze środka wy­ję­łam kartkę.

- To naj­wcze­śniej­szy przy­pa­dek, jaki do tej pory zna­la­złam. Na­zwa­łam go ofiarą zero. Pe­ter Ja­mes. Był znany pod nic­kiem Evil­Pe­ter­Pan, na YouTu­bie miał po­nad sześć mi­lio­nów fol­lo­wer­sów. Czwar­tego li­sto­pada dwa ty­siące osiem­na­stego roku do­kład­nie o dwu­dzie­stej pięć­dzie­siąt sześć ope­ra­tor nu­meru alar­mo­wego w No­wym Or­le­anie ode­brał zgło­sze­nie od osoby po­da­ją­cej się za Pe­tera Ja­mesa. Osoba ta po­wie­działa, że za­strze­liła swo­jego ojca i uwię­ziła sio­strę oraz matkę, że jest uzbro­jona i za­mie­rza je za­bić, że roz­lała w ca­łym domu ben­zynę i ją pod­pali. Po­li­cja za­strze­liła go na ganku. Nie po­mo­gło, że był Afro­ame­ry­ka­ni­nem. Po­li­cja twier­dziła, że był uzbro­jony, ale w do­cho­dze­niu usta­lono, że to nie była prawda. To naj­wcze­śniej­sza ofiara, jaką wy­śle­dzi­łam. Ale mogą być inne. Po pro­stu bra­kuje mi czasu, żeby ich szu­kać.

- A dla­czego są­dzi pani, że to jedna osoba? - spy­tał Liam, na­chy­la­jąc się do przodu. - I w ogóle dla­czego za­częła pani to ana­li­zo­wać? No bo prze­cież z po­zoru to była zwy­czajna ak­cja po­li­cyjna, prawda?

Po chwili mil­cze­nia wes­tchnę­łam głę­boko.

- Znam jedną z ofiar.

- Na­prawdę? Kogo?

Wy­ję­łam z teczki inną kartkę.

- Tę osobę. Ofiara nu­mer sześć.

- Niech zgadnę. To też ga­mer?

- Do tam­tego mo­mentu to była re­guła, tak. Wszy­scy stre­amo­wali na Twit­chu, to plat­forma, która za­czy­nała od stre­amingu gier.

- Do­kład­nie jak Tim - po­wie­dział Liam. - W za­sa­dzie nie ro­bił nic in­nego.

- I wszystko to są albo gwiazdy na przy­kład YouTube'a, albo dzieci ce­le­bry­tów. Któ­ryś z tych ele­men­tów musi gwa­ran­to­wać newsa.

- Skąd go pani zna? Ofiarę nu­mer sześć?

Prze­łknę­łam ślinę.

- Ją. Miała nick Kit­ty­Wol­fGa­mer. W praw­dzi­wym ży­ciu no­siła imię Stacy. Była też córką mo­jej daw­nej są­siadki i przy­ja­ciółki Pri­scilli. W chwili śmierci miała dwa­dzie­ścia dwa lata.

- Są­siadka stąd?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie, z cza­sów, gdy miesz­ka­łam w Wa­szyng­to­nie. Kiedy Stacy zgi­nęła dwa mie­siące temu, jej mama za­dzwo­niła do mnie z pła­czem i wszystko mi opo­wie­działa. Zna­łam Stacy, od­kąd miała osiem lat. Ko­cha­łam ją. Obie­ca­łam Pri­scilli, że się przyj­rzę, co się do­kład­nie wy­da­rzyło i dla­czego po­li­cja na­je­chała miesz­ka­nie dziew­czyny. Ale wtedy Stacy le­żała na OIOM-ie, była szansa, że prze­żyje. Umarła trzy dni póź­niej. Skon­tak­to­wa­łam się ze wszyst­kimi tam­tej­szymi zna­jo­mymi w służ­bach po­rząd­ko­wych, do­sta­łam od nich całą do­ku­men­ta­cję sprawy. Przej­rza­łam wszystko i po pro­stu nie mo­głam uwie­rzyć w to, co się stało. Wtedy za­czę­łam szu­kać w in­ter­ne­cie i zna­la­złam w ca­łym kraju po­dobne hi­sto­rie. A nie­które miały mnó­stwo wspól­nego, mię­dzy in­nymi go­dzinę zgło­sze­nia.

- Co jesz­cze? - spy­tał Liam. - Co jesz­cze mają wspól­nego?

- No więc skoro to gra­cze, wnio­skuję, że za­bójca też jest jed­nym z nich. I jak po­wie­dzia­łam, to znani lu­dzie, więc sprawy tra­fiają do me­diów.

- Co jesz­cze? Coś mi mówi, że to nie wszystko.

- No więc on jakby mówi, kto bę­dzie jego na­stępną ofiarą. Tego do­wie­dzia­łam się póź­niej.

- Ro­zu­miem. W taki spo­sób się pani zo­rien­to­wała, że ko­lejny bę­dzie Tim?

Kiw­nę­łam głową.

- Do­wie­dzia­łam się do­piero przy ostat­niej ofie­rze i wtedy czym prę­dzej się z pa­nem skon­tak­to­wa­łam. Po raz pierw­szy wie­dzia­łam o kimś z wy­prze­dze­niem.

Wes­tchnął i zwie­sił ra­miona.

- A więc to wszystko moja wina. Bo nie po­słu­cha­łem.

Od­wró­ci­łam wzrok. Mia­łam świa­do­mość, że bę­dzie go to za­drę­czać, a na pewno nie chcia­łam mu do­kła­dać zgry­zoty. To mu­siało być dla niego straszne. No ale nie mo­głam mu od­mó­wić ra­cji, choć trudno się dzi­wić, że mi nie uwie­rzył. W końcu by­łam obcą osobą, a jako gwiazda czę­sto spo­ty­kał na swej dro­dze sza­leń­ców.

- A co to było? Jak to pani po­wie­dział?

Roz­dział 19

Amal na­wet nie zda­wała so­bie sprawy, że za­snęła. Obu­dziła się, za­mru­gała oczami, kiedy zro­zu­miała, że w ka­bi­nie włą­czono świa­tła, a ste­war­desy cho­dzą mię­dzy fo­te­lami i każą sta­wiać opar­cia i za­pi­nać pasy.

"Już bę­dziemy lą­do­wać?"

Spoj­rzała na ze­ga­rek. Le­cieli do­piero go­dzinę, a lot miał trwać po­nad dwie. Co się działo? Czy wla­ty­wali w strefę cięż­kich tur­bu­len­cji?

Amal spoj­rzała na ste­war­desy. Ich twa­rze były na­pięte. Uśmie­chały się i roz­ma­wiały uspo­ka­ja­ją­cym to­nem, ale kryła się w tym ja­kaś ner­wo­wość. Ko­bieta, która ją wła­śnie mi­jała, mam­ro­tała coś pod no­sem. I brzmiało to jak mo­dli­twa.

"Co się, do cho­lery, dzieje?"

Amal ni­gdy nie prze­pa­dała za la­ta­niem, a tur­bu­len­cji nie zno­siła naj­bar­dziej na świe­cie. Oparła się o za­głó­wek i za­mknęła oczy, żeby się uspo­koić, po­wta­rza­jąc pod no­sem zda­nia, które na pewno były praw­dziwe.

- Ni­gdy ża­den sa­mo­lot nie spadł z po­wodu tur­bu­len­cji. To tylko wiatr i fa­talna po­goda na ziemi. To nie jest nie­bez­pieczne. Nie umrzesz z tego po­wodu.

Wes­tchnęła i otwo­rzyła oczy, a po­tem spoj­rzała na męż­czy­znę obok. On też spra­wiał wra­że­nie sko­ło­wa­nego. Pró­bo­wał się uśmiech­nąć, gdy Amal do­strze­gła coś ką­tem oka, i serce jej sta­nęło.

- Czy to... czy to...

Na­chy­liła się nad męż­czy­zną, a on od­wró­cił się w stronę okna i zo­ba­czył za nim F-16.

Wtedy za­lała ją fala pa­niki. Od­wró­ciła się w drugą stronę, gdzie po­ja­wił się drugi my­śli­wiec. Wy­glą­dał, jakby ich eskor­to­wał.

Wszy­scy pa­sa­że­ro­wie sie­dzieli sztywno wy­pro­sto­wani i za­częli ko­men­to­wać tę sy­tu­ację. Roz­glą­dali się, rzu­ca­jąc ner­wowe spoj­rze­nia po ka­bi­nie. At­mos­fera stała się na­pięta, lu­dzie ścią­gali brwi. Nie­któ­rzy wy­cią­gnęli te­le­fony i za­częli fil­mo­wać. Amal po­sta­no­wiła zro­bić to samo. W naj­gor­szym wy­padku cho­ciaż za­chowa się świa­dec­two jej ostat­nich chwil, o ile te­le­fon prze­trwa.

Wresz­cie ode­zwał się ka­pi­tan:

- Pa­nie i pa­no­wie. Przy­go­to­wu­jemy się do lą­do­wa­nia awa­ryj­nego. Pro­szę się upew­nić, że wszy­scy są na swo­ich miej­scach. Opar­cia fo­teli do pionu, pasy za­pięte. Pro­szę, by wszy­scy za­cho­wali spo­kój.

- Trudno to zro­bić, jak sam nie je­steś spo­kojny - po­wie­działa Amal do ka­mery. Prze­ra­żona po­pa­trzyła na eskor­tu­jące my­śliwce, a po­tem do­dała ci­cho: - Pew­nie jak więk­szość lu­dzi tu­taj za­daję so­bie te­raz py­ta­nie, czy w ra­zie ko­niecz­no­ści nas ze­strzelą. Bo po to tu są, prawda? Żeby chro­nić lu­dzi na ziemi. W ja­kim in­nym celu wy­sy­łano by sa­mo­loty woj­skowe?

Męż­czy­zna obok za­czął ci­cho pła­kać. Amal wcale mu się nie dzi­wiła. Też była prze­ra­żona, za­sta­na­wiała się w du­chu, czy prze­żyje. Per­so­nel po­kła­dowy pró­bo­wał za­cho­wać spo­kój, ale Amal wi­działa, jacy są zde­ner­wo­wani. Sama czuła się klau­stro­fo­bicz­nie. Ka­bina na­gle wy­dała jej się taka mała. Lu­dzie roz­ma­wiali ner­wowo. Ja­kieś dziecko pła­kało i py­tało mamę, czy wrócą do domu.

- W sa­mo­lo­cie po­dobno jest bomba - po­wie­dział ko­biecy głos. - Ktoś na przo­dzie sły­szał roz­mowę ste­war­des, w któ­rej pa­dło to słowo.

To po­twier­dziło naj­więk­szy strach Amal. Stąd obec­ność F-16. Je­śli osoba, która wnio­sła bombę, grozi jej wy­sa­dze­niem, to wszyst­kich ich ze­strzelą.

Te my­śli ani tro­chę jej nie uspo­ko­iły.

- Dla­czego pi­lot nic nie mówi? - spy­tał są­siad Amal. - Nie po­wie­dział ani słowa poza tym, że bę­dziemy lą­do­wać awa­ryj­nie.

Amal kiw­nęła głową. Miał ra­cję. Zwy­kle w ra­zie złych wa­run­ków po­go­do­wych po­da­wano re­gu­larne in­for­ma­cje, żeby uspo­koić pa­sa­że­rów, ale te­raz, gdy rze­czy­wi­ście znaj­do­wali się w nie­bez­pie­czeń­stwie, pi­lot mil­czał.

Czy dla­tego, że sam się bał?

Od tej my­śli Amal nie po­czuła się ani tro­chę le­piej. Da­lej jed­nak na­gry­wała te­le­fo­nem. Nie dla­tego, by zdo­być no­wych fol­lo­wer­sów, ani też z tro­ski o tych, któ­rzy już ją ob­ser­wo­wali i może chcie­liby to zo­ba­czyć.

Nie, po pro­stu tylko to umiała ro­bić w sy­tu­acji, gdy czuła się cał­ko­wi­cie bez­silna.

Roz­dział 20

Chwy­ci­łam książkę z półki i po­ło­ży­łam przed nim na sto­liku. Wziął ją do ręki i obej­rzał okładkę, przed­nią i tylną.

- Pani to na­pi­sała?

Kiw­nę­łam głową.

- Nie po­ka­zuję jej panu, żeby się prze­chwa­lać, ale by po­ka­zać, że od lat zaj­muję się se­ryj­nymi mor­der­cami, je­stem uwa­żana nie­jako za eks­pertkę w tych spra­wach. W tej do­kład­nie książce na­pi­sa­łam, że po prze­ana­li­zo­wa­niu po­nad dwu­stu przy­pad­ków se­ryj­nych za­bój­ców do­szłam do wnio­sku, że oni w taki czy inny spo­sób prze­ka­zują in­for­ma­cję o swo­ich zbrod­niach. Albo przy oka­zji mor­der­stwa, albo póź­niej. Ja­koś o nich ko­mu­ni­kują. Ro­bią to jed­nak w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. Jedni drwią z po­li­cji, inni zo­sta­wiają wska­zówki. Nie­liczni sta­rają się wy­ja­śnić mo­tywy mor­der­stwa, inni uspra­wie­dli­wić. Czę­sto zo­sta­wiają wia­do­mość na miej­scu zbrodni, na ścia­nie albo w ciele ofiary, albo gdzieś w po­bliżu miej­sca prze­stęp­stwa. Z mo­jego do­świad­cze­nia w kwe­stii se­ryj­nych mor­dów wy­nika, że roz­szy­fro­wa­nie me­tody ko­mu­ni­ka­cji to droga do wy­tro­pie­nia sprawcy. Naj­le­piej za­cząć od tego. I tak wła­śnie zro­bi­łam. Ca­łymi go­dzi­nami prze­trzą­sa­łam daw­niej­sze sprawy i nie mo­głam roz­gryźć, jak za­bójca się ze mną ko­mu­ni­kuje. Jak stara się zo­sta­wić wska­zówki? Oczy­wi­ście zna­la­złam pewne po­do­bień­stwa, czas zgło­sze­nia, do­bór ofiar i to, że wszy­scy uży­wają Twit­cha, ale wie­dzia­łam, że to nie wszystko, że jest coś jesz­cze. I wtedy to do mnie do­tarło. Cały czas mia­łam to przed no­sem. Za­bójca rze­czy­wi­ście po­wia­da­miał mnie o swo­jej ko­lej­nej ofie­rze. Ostrze­gał na­wet same ofiary.

- Na­prawdę? Jak?

- Gry­wał z nimi w Call of Duty. WWII.

Liam ścią­gnął brwi.

- Spo­ty­kali się w grze?

Kiw­nę­łam głową.

- Zro­zu­mie pan, dla­czego za­jęło mi to tak dużo czasu, bo to gra on­line. Wpa­dłam na to do­piero, gdy so­bie uświa­do­mi­łam, że kilka ofiar w chwili wtar­gnię­cia po­li­cji grało w Call of Duty. Pierw­sza ofiara, Pe­ter Ja­mes...

- Evil­Pe­ter­Pan - przy­po­mniał Liam.

- Wła­śnie. Grał w Call of Duty, gdy do jego domu wpa­dła po­li­cja. Stre­amo­wał prze­bieg gry i oglą­dało to sześć mi­lio­nów jego fol­lo­wer­sów na YouTu­bie. Nie wi­dzieli, co się działo, ale sły­szeli za­mie­sza­nie, może na­wet strzał, który padł przed do­mem. Póź­niej oglą­da­łam to w róż­nych ma­te­ria­łach, z ka­mer oso­bi­stych po­li­cjan­tów, gdy na­gra­nia te upu­blicz­niono.

- Chce pani po­wie­dzieć, że ta osoba, ten se­ryjny za­bójca czy swat­ter, jak­kol­wiek go zwał, spo­tyka się ze swoją na­stępną ofiarą w Call of Duty? I co da­lej? Skąd pani wie­działa, że mój Tim bę­dzie na­stępny?

- Mu­sia­łam za­cząć grać sama, żeby to roz­gryźć - od­par­łam. - Nie wiem, ile pan wie o tej grze, ale ma ona tryb mul­ti­player. Gra­cze wcie­lają się w żoł­nie­rzy wal­czą­cych w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej. Gra się ze­spo­łowo, bio­rąc udział w róż­nych mi­sjach, ta­kich jak choćby lą­do­wa­nie w Nor­man­dii, przy czym prze­ciw­nicy, na­zi­ści, to zom­bie. Więc kiedy się bli­żej przyj­rza­łam spra­wie Pe­tera Ja­mesa, do­strze­głam, że tuż przed śmier­cią grał w Call of Duty, po­dob­nie jak po­zo­stałe ofiary. Choć nie wszyst­kie. Po­sta­no­wi­łam się do­wie­dzieć, z kim mo­gli grać. Za­dzwo­ni­łam do swo­jego ojca, bę­dą­cego ge­ekiem kom­pu­te­ro­wym, i spy­ta­łam, co ro­bić. On się wła­mał na konto Pe­tera Ja­mesa i zna­lazł lu­dzi, z któ­rym ten grał w ciągu doby przed śmier­cią. To samo zro­bił z kon­tami po­zo­sta­łych ofiar i oka­zało się, że po­ja­wia się tam ktoś o nicku Fa­ZeY­our­Fe­aRs.

- I to ten czło­wiek? - spy­tał Liam. - Można go na­mie­rzyć?

- Nie­stety, to nie ta­kie pro­ste. Nie w przy­padku tego go­ścia. On nie zo­sta­wia śla­dów, gdy dzwoni na alar­mowy, wy­gląda to tak, jakby te­le­fo­no­wał z domu, w któ­rym ma być ak­cja, albo z ko­mórki ofiary. I nie po­zwala się też na­mie­rzyć. Pró­bo­wa­li­śmy, ale ślady pro­wa­dziły do Sin­ga­puru, a na­stęp­nie RPA. Mój tata mówi, że to nor­malne w przy­padku ha­ke­rów w ten spo­sób ukry­wa­ją­cych miej­sce po­bytu. Nasz za­bójca jest w tym do­bry i na ra­zie nie udaje się go wy­tro­pić. Zna toż­sa­mość ofiary i ma in­for­ma­cje o niej, za­nim się z nim po­łą­czy w grze. Moim zda­niem to musi się tak od­by­wać. Wy­biera ich sta­ran­nie i za­nim wy­kona ruch, pie­czo­ło­wi­cie zbiera dane, tak uwa­żam. Oczy­wi­ście roz­ma­wia­łam o nim z FBI i prze­ka­za­łam im wszystko, co wiem, ale z ta­kimi po­szla­kami nie mogą wsz­cząć do­cho­dze­nia. Pró­bo­wa­łam go wy­śle­dzić w grze i po­znać jego za­miary, ale to nie ta­kie ła­twe. Zdo­ła­łam zo­ba­czyć, jak się łą­czy w dru­żynę z ofiarą nu­mer dzie­więć, a dwa­dzie­ścia cztery go­dziny póź­niej ona nie żyła. Kiedy zo­ba­czy­łam, że gra z pań­skim sy­nem, wie­dzia­łam, że mu­szę pana ostrzec.

- Skąd pani wie­działa, że to Tim?

- Mój tata go wy­śle­dził. Po­da­łam mu nick, a on zro­bił to, co trzeba, a czego ja nie ogar­niam. Ale chyba zna­lazł in­for­ma­cje karty kre­dy­to­wej osoby, która ku­piła grę dla tego użyt­kow­nika. Ucie­szy­łam się, że mam moż­li­wość ostrzec jedną z ofiar Swat­tera.

Liam po­tarł twarz i wes­tchnął ciężko.

- Ale ja to spie­przy­łem. Bo nie po­słu­cha­łem. A te­raz... - Urwał i chwilę się nad czymś za­sta­na­wiał.

Ja przez mo­ment też mil­cza­łam, cze­ka­jąc, aż on wszystko zro­zu­mie. Wtedy wła­śnie z ga­rażu wy­szedł Matt. Spoj­rzał na Liama, a po­tem na mnie.

- Kto to? - spy­tał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pe­ter Ja­mes był w sa­lo­nie, gdy usły­szał za oknami ja­kiś ha­łas. Z po­czątku uznał, że to dzie­ciaki są­sia­dów, więc po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać od­głosy.

Wpa­try­wał się w mo­ni­tor przed sobą, gdzie ro­bił nowy live ga­min­gowy dla swo­ich sied­miu­set ty­sięcy fol­lo­wer­sów za­sia­da­ją­cych co ty­dzień, by pa­trzeć, jak gra mistrz. Wła­śnie był w środku po­tęż­nej bi­twy, gdy znowu za­nie­po­koił go ja­kiś ha­łas.

- Za­cze­kaj­cie chwilę - po­wie­dział do wi­dzów. - Mu­szę spraw­dzić, co się dzieje. Za­raz wrócę. To pew­nie dzie­ciaki są­sia­dów się wy­głu­piają.

Za­trzy­mał grę, po­biegł do drzwi, by je otwo­rzyć. Z ze­wnątrz wdarło się nie­by­wale ja­sne świa­tło, mu­siał pod­nieść ręce, żeby za­sło­nić oczy. Ośle­piony prze­kro­czył próg i na­gle ze­wsząd usły­szał gło­śne roz­kazy.

- Nie ru­szać się! Ręce do góry! - brzmiały de­spe­rac­kie krzyki.

Za­marł. A krzyki trwały.

- Trzy­maj ręce na wi­doku!

Zgłu­piał. Wciąż nic nie wi­dział, miał wra­że­nie, że śni mu się coś nie­re­al­nego. Co tu się działo?

- Ręce do góry!

- Słu­cham? - Bar­dzo po­woli ob­ró­cił głowę w lewo i zo­ba­czył kilka ra­dio­wo­zów z bły­ska­ją­cymi świa­tłami i ko­lej­nych funk­cjo­na­riu­szy mie­rzą­cych do niego z broni, mię­dzy in­nymi ze strzelby i ka­ra­binku sa­mo­pow­ta­rzal­nego.

- Ręce do góry!

Wy­ko­nał roz­kaz. Ręce po­wę­dro­wały w górę, serce wa­liło mu jak sza­lone.

- Od­wróć się przo­dem do domu, zejdź ty­łem po schod­kach i co­faj się do nas.

Przez chwilę trwał w bez­ru­chu, żeby przy­swoić po­le­ce­nie i się nie po­my­lić. Kiedy się od­wra­cał, świa­tło tak go ośle­piło, że od­ru­chowo chciał za­sło­nić ręką twarz.

Oka­zało się to fa­talne w skut­kach.

Strzał padł zza bia­łego świa­tła, kula ude­rzyła chło­paka w klatkę pier­siową z taką siłą, że jego ciało zo­stało od­rzu­cone do tyłu i wpa­dło do środka ra­zem z siat­ko­wymi drzwiami. Kula roz­darła mu serce i za­biła go na miej­scu.

Na­wet nie usły­szał prze­ra­żo­nych krzy­ków matki do­bie­ga­ją­cych z domu.

Roz­dział 1

- Od­ma­wia.

- Daj mi z nim po­ga­dać.

Liam usły­szał tę wy­mianę zdań i uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo, gdy jego agent Ben ru­szył do niego. Wi­dział, jak zgrzyta zę­bami. Liam uda­wał, że słu­cha wy­stro­jo­nej ko­biety w wy­so­kich szpil­kach i że go nie mdli od jej moc­nych per­fum i gru­bej war­stwy ma­ki­jażu. Za­sta­na­wiał się, czy po­wie­dzieć coś na ten te­mat, lekko z niej za­drwić pod po­zo­rem żartu czy sar­ka­zmu i spraw­dzić, jak za­re­aguje.

Tak dla beki.

"A te­raz uśmiech. Da­lej, Ben, gdzie uśmiech?"

Jest! Ben jesz­cze raz za­ci­snął pię­ści, a po­tem pod­niósł wzrok, spoj­rzał Lia­mowi w oczy i się uśmiech­nął.

Tak fał­szy­wie, że na­le­żał mu się Oscar.

Liam za­śmiał się i po­krę­cił głową. Od­sta­wiona ko­bieta po­czuła się igno­ro­wana i ucie­kła.

- Wiesz, że w szcze­rym uśmie­chu nie wi­dać dol­nych zę­bów? - spy­tał Liam i na­pił się szam­pana. Księ­gar­nia za­pew­niła mu go zgod­nie z ży­cze­niem, jak zresztą każda, któ­rej sta­wiał taki wa­ru­nek, je­śli chciała, żeby do niej przy­je­chał i przy­cią­gnął tłumy.

- Su­kin­kot z cie­bie, wiesz? - szep­nął Ben.

- Wiem - od­rzekł, uno­sząc kie­li­szek w kie­runku prze­cho­dzą­cej ko­biety, która ro­biła do niego słod­kie oczy. - Na tym mię­dzy in­nymi po­lega mój urok, pa­mię­tasz? Dla­tego tak mnie ko­chają.

- Nie idź tu z ni­kim do łóżka. I bła­gam, na mi­łość bo­ską, rób, co trzeba. Wy­dawca chce, że­byś zro­bił tę trasę i na tym się skoń­czy skła­da­nie au­to­gra­fów. Przez te kilka ty­go­dni zje­cha­li­śmy cały kraj. Siedź po pro­stu na tym dur­nym krze­śle, uśmie­chaj się do ma­mu­siek, po­flir­tuj i pod­pisz im książki. Pro­ste jak drut.

- Nie zro­bię tego - od­rzekł Liam.

Ben wes­tchnął z re­zy­gna­cją.

- A to niby dla­czego?

Liam ru­chem głowy wska­zał miej­sce, w któ­rym usta­wiono mu krze­sło i sto­lik. Po obu stro­nach były jego książki. Za­raz obok stała jego kar­to­nowa po­stać na­tu­ral­nej wiel­ko­ści, a za nim wi­siał pla­kat, na któ­rym wid­niał w uni­for­mie szefa kuchni z no­żem w ręce. Wy­glą­dał ab­sur­dal­nie. Ale to żadna no­wość. Wszystko w tej far­sie było ab­sur­dalne. Tak jed­nak wy­glą­dało te­raz jego ży­cie i na tym zbu­do­wał wi­ze­ru­nek oraz ka­rierę. Ocze­ki­wano od niego, że bę­dzie ro­bił pro­blemy, że za­cznie gwiaz­do­rzyć. Dla­tego na­zy­wali go Bo­żysz­czem Kuchni.

- A co tym ra­zem się nie po­doba? - spy­tał Ben. - Krze­sło znowu za ni­skie? Bo mogę wy­mie­nić. Wiem, że przy in­nych nie lu­bisz wy­glą­dać na ni­skiego.

- Zer­k­nij koło sto­lika - od­rzekł Liam. - Zo­bacz, co tam leży. Na ścia­nie za mną. Nie będę sie­dział z jego książ­kami na ple­cach.

Ben spoj­rzał i kiw­nął głową.

- Do­bra, ku­mam.

- Wiesz, co my­ślę o tym oszu­ście.

- Wiem, ja­sne, ale nie są­dzisz, że tro­chę te­raz prze­sa­dzasz? Fa­cet prze­pro­sił za wszystko, co mó­wił o twoim je­dze­niu.

- Nie tra­wię go. I nie chcę znowu mó­wić o jego oli­wie tru­flo­wej. To nie­do­rzeczne.

Ben wes­tchnął gło­śno.

- Do­bra. Po­pro­szę, żeby prze­nie­śli książki z tej półki, ale po­tem... obie­caj mi, że pój­dziesz pod­pi­sy­wać, do­bra? Lu­dzie cze­kają na to go­dzi­nami. Wszy­scy chcemy mieć to już za sobą, po­je­chać do domu i od­po­cząć po dłu­giej tra­sie.

Liam ski­nął głową i opróż­nił za­war­tość kie­liszka. On sam naj­bar­dziej chciał już być z po­wro­tem w domu, na­wet je­śli to ozna­czało to­wa­rzy­stwo na­sto­let­niego syna, który go nie­na­wi­dził i od mie­sięcy z nim nie roz­ma­wiał.

Roz­dział 2

Od wielu go­dzin cze­ka­łam w ko­lejce na strasz­li­wym zim­nie i wresz­cie udało mi się wejść do cie­płego wnę­trza. Ota­czały mnie ko­biety w cięż­kim ma­ki­jażu i bluz­kach od­sła­nia­ją­cych pę­pek, wy­prę­żone w go­to­wo­ści, żeby go po­znać. Wszyst­kie cze­kały na swoje pięt­na­ście se­kund z fa­ce­tem, który na­pi­sał książkę wi­doczną w ręce każ­dej osoby w ko­lejce przede mną. Im bli­żej do niego, tym wię­cej ust się wy­dy­mało, tym wię­cej wło­sów po­pra­wiało.

Czu­łam się jak wy­rzu­tek w swo­ich bia­łych bu­tach spor­to­wych, dżin­sach i skó­rza­nej kurtce. Rude włosy zwią­za­łam w ku­cyk i nie mia­łam na­wet de­li­kat­nego ma­ki­jażu. Nie wi­dzia­łam ta­kiej po­trzeby. Nie przy­szłam tu, by z tym fa­ce­tem flir­to­wać, ani na­wet dla­tego, że prze­czy­ta­łam jego książkę. Szcze­rze mó­wiąc, do tej pory są­dzi­łam, że to po pro­stu książka ku­char­ska. Ale naj­wy­raź­niej była to książka o nim, o jego do­ra­sta­niu na uli­cach Fi­la­del­fii, za­nim zo­stał słyn­nym sze­fem kuchni z TV i znaną marką. Osią­gnął to jako pierw­szy Afro­ame­ry­ka­nin w światku zdo­mi­no­wa­nym przez Bry­tyj­czy­ków i Fran­cu­zów.

Wspię­łam się na palce i wy­cią­gnę­łam szyję, by w końcu go zo­ba­czyć. Wła­śnie uśmie­chał się do ko­biety w ob­ci­słej czer­wo­nej su­kience, a po­tem mie­rzył ją wzro­kiem, gdy się od­wró­ciła i ode­szła.

Bo­żysz­cze Kuchni, nie ma to tamto.

- Co ja tu w ogóle ro­bię? - burk­nę­łam pod no­sem, gdy ko­lejka się ru­szyła.

Do­sko­nale jed­nak wie­dzia­łam, po co tu je­stem, i nie cho­dziło o spo­tka­nie to­wa­rzy­skie. To było na tyle ważne, bym się po­fa­ty­go­wała oso­bi­ście.

Gdy na­de­szła moja ko­lej, pod­su­nę­łam mu książkę.

Liam Ber­ke­ley spoj­rzał na nią i pod­niósł wzrok na mnie.

- Ob­gryza pani pa­znok­cie - po­wie­dział.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- No i? To nie­zgodne z pra­wem?

Za­chi­cho­tał, ja uśmiech­nę­łam się sztucz­nie. Wtedy się ro­ze­śmiał.

- Wie pani, że w szcze­rym uśmie­chu nie od­sła­nia się dol­nych zę­bów?

- Nie­ważne. - Za­ci­snę­łam usta. - Zwy­kle mało się uśmie­cham.

- O, a to dla­czego?

Znowu wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Bo moim zda­niem nie ma po­wodu.

- To zna­czy?

Pod­nio­słam ręce w iry­ta­cji.

- Nie wi­dzi pan, w ja­kim świe­cie ży­jemy?

- Za­bawna pani jest - po­wie­dział i wska­zał mnie dłu­go­pi­sem. - No więc dla kogo mam wy­pi­sać?

Otwo­rzył książkę na stro­nie ty­tu­ło­wej, a ja za­gry­złam wargę. Te­raz. Na tę chwilę cze­ka­łam całe go­dziny w ko­lejce i mar­z­łam przed drzwiami. Wie­dzia­łam, że tylko w ten spo­sób zdo­łam prze­ka­zać wia­do­mość ko­muś ta­kiemu jak on.

Prze­czy­tał to, co na­pi­sa­łam, a po­tem pod­niósł na mnie wzrok, te­raz już po­ważny.

- Co to jest?

- Niech pan tak po pro­stu zrobi. Na miej­scu do­wie się pan wię­cej.

A po­tem ucie­kłam, prze­py­cha­jąc się przez stada da­mu­lek na wy­so­kich ob­ca­sach i w su­kien­kach kok­taj­lo­wych, od któ­rych księ­gar­nia Bo­oks-A-Mil­lion wy­da­wała się o wiele bar­dziej luk­su­sowa niż w zwy­kły wtor­kowy wie­czór.

Roz­dział 4

W li­bań­skiej re­stau­ra­cji Su­raya w fi­la­del­fij­skiej Fi­sh­town w ciągu dnia dzia­łało rów­nież sto­isko tar­gowe. Można tam było ku­pić kawę marki Stump­town, a także wy­borne bli­skow­schod­nie i fran­cu­skie ciastka, tak przy­naj­mniej pi­sano w re­cen­zjach, które prze­czy­ta­łam w in­ter­ne­cie, szu­ka­jąc do­brego miej­sca na spo­tka­nie.

Nie po­ja­wi­łam się tu z po­wodu je­dze­nia, choć za­nim wy­biła go­dzina spo­tka­nia, zdą­ży­łam wy­pić dwie kawy i po­chło­nąć dwa tłu­ste, ale pyszne ciastka. Wy­bra­łam lo­kal w Fi­la­del­fii, bo spę­dził tu całe swoje ży­cie. Je­śli chcia­łam, by przy­szedł, mu­sia­łam się umó­wić w miej­scu do­god­nym dla niego.

Wy­strój nie ko­ja­rzył się z luk­su­sem i to wła­śnie mi się w tym lo­kalu po­do­bało. Może tylko te drew­niane stoły i krze­sła roz­sta­wione w po­miesz­cze­niu, które mo­głoby być ho­lem ho­telu bu­ti­ko­wego.

Wpa­try­wa­łam się w swój wiel­gachny ku­bek, gdy ktoś pod­szedł do mo­jego sto­lika. Pod­nio­słam wzrok. On.

- Zwy­kle nie ro­bię ta­kich rze­czy - po­wie­dział. - Le­piej, żeby to się oka­zało tego warte.

Kilka osób roz­po­znało Liama Ber­ke­leya, ja­kaś ko­bieta uśmiech­nęła się pro­mien­nie, ale na tym po­prze­stała. Mia­łam na­dzieję, że nikt nam tu nie bę­dzie za­wra­cał głowy, bo to nie był ża­den modny lo­kal, do któ­rego chęt­nie przy­cho­dzą mło­dzi lu­dzie.

- Ja też - od­par­łam. - Niech pan usią­dzie. Na­pije się pan kawy? Do­bra jest, ciastka też.

Na­wet się nie uśmiech­nął. Usiadł jed­nak, a wów­czas ja się lekko od­prę­ży­łam.

- Wie pani, ile ta­kich wia­do­mo­ści do­staję, jak pod­pi­suję książki? Mnó­stwo. Z prośbą o spo­tka­nie albo wprost za­pro­sze­nie do seksu.

Za­śmia­łam się ci­cho.

- Na pewno. Ale mnie nie o to cho­dziło.

- Zo­rien­to­wa­łem się. Pani wia­do­mość była inna. Skąd pani wie­działa, że się zgo­dzę?

- Nie wie­dzia­łam. Ale mia­łam prze­czu­cie, że jest na to szansa.

Kel­nerka przy­nio­sła Lia­mowi kawę, mnie do­lała. Za­nim ode­szła, spoj­rzała na niego, a po­tem na mnie w taki spo­sób, że nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, czy go roz­po­znała.

Po­sło­dził so­bie, za­mie­szał. Przy­go­to­wa­łam się na to, co mia­łam mu po­wie­dzieć. Wie­dzia­łam, że może mi nie pójść za do­brze.

Na­pił się kawy. Spo­dzie­wa­łam się, że zrobi za­mie­sza­nie, jaka ta kawa pa­skudna, ale nie. To nie te­le­wi­zja. Nie by­li­śmy na pla­nie, a on nie pra­co­wał. Może nie był tak okropny, jak lu­dzie mó­wili. Kiedy sie­dział na­prze­ciwko mnie, spra­wiał wra­że­nie za­ska­ku­jąco nor­mal­nego fa­ceta po czter­dzie­stce, je­śli nie li­czyć tych wszyst­kich spoj­rzeń i chi­cho­tów ko­biet za jego ple­cami. Czy­ta­łam, że pięć lat temu na raka trzustki zmarła jego żona, sam wy­cho­wy­wał na­sto­let­niego syna. Od tego czasu zdo­był sławę jako fu­riacki szef kuchni, któ­rego nie dało się za­do­wo­lić. To nie był po­zy­tywny wi­ze­ru­nek i ja nie by­łam w sta­nie oglą­dać jego pro­gramu, ale miał on nie­sa­mo­witą oglą­dal­ność, zwłasz­cza wśród mło­dych wi­dzów.

- No więc skąd pani zna ga­min­gowy nick mo­jego syna? - spy­tał. - Po­dała go pani w wia­do­mo­ści, kiedy pro­siła o to spo­tka­nie. Na­pi­sała pani, że to ma coś wspól­nego z nim. Bo­oter­s4u.

Od­chrząk­nę­łam, to była trudna część.

- Ow­szem.

- Co się dzieje? Czy on ma ja­kieś pro­blemy?

Na­pi­łam się kawy, wzię­łam się w garść i kiw­nę­łam głową.

- Można tak to ująć.

Liam Ber­ke­ley jęk­nął zi­ry­to­wany. Za­pewne nie po raz pierw­szy jego syn był te­ma­tem ta­kiej roz­mowy.

- Co to za pro­blemy?

Na­chy­li­łam się i wzię­łam głę­boki od­dech.

- Mam po­wody przy­pusz­czać - za­wie­si­łam głos - że ktoś chce go za­bić.

Roz­dział 5

- Słu­cham?!

Liam uniósł brwi. Za­sta­na­wia­łam się, ja­kim cu­dem zo­stał taką gwiazdą. Miał krzywy nos, za duże uszy, wą­sko osa­dzone oczy. Do tego ema­no­wał wście­kłą ener­gią, moim zda­niem od­py­cha­jącą. Zde­cy­do­wa­nie nie był sym­pa­tyczny.

Od­chrząk­nę­łam.

- Przy­kro mi, że wła­śnie ja...

- Czy wła­śnie po­wie­działa pani, że ktoś chce za­bić mo­jego syna? Se­rio? - spy­tał, mru­żąc oczy tak bar­dzo, że nie­mal nie było ich wi­dać.

- Tak. Tak wła­śnie po­wie­dzia­łam.

- A kim pani niby jest? - spy­tał drwiąco.

- Eva Rae Tho­mas - od­par­łam. - Była pro­fi­lerka FBI.

Znowu unie­sie­nie brwi i spoj­rze­nie by­kiem.

- Była... czyli już pani tą pro­fi­lerką nie jest?

- Tak, już nie je­stem.

- Więc obec­nie nie pra­cuje pani w FBI? - W jego gło­sie co­raz sil­niej prze­bi­jał pro­tek­cjo­nalny ton. Oba­wia­łam się, że ta roz­mowa nie zmie­rza w do­brym kie­runku.

- Nie, nie pra­cuję. Ode­szłam z FBI ja­kiś rok temu, żeby być z ro­dziną.

Roz­siadł się wy­god­niej i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

- A w za­sa­dzie dla­czego jest pani te­raz tu­taj, a nie z ro­dziną?

To było bar­dzo do­bre py­ta­nie. Po­win­nam być te­raz z dziećmi, tym­cza­sem oto z dala od domu usi­ło­wa­łam ura­to­wać ży­cie oso­bie, któ­rej w ogóle nie zna­łam.

Za długo mil­cza­łam, bo Liam znów się ode­zwał:

- Skoro ży­cie mo­jego syna jest za­gro­żone, to dla­czego nie sie­dzę tu z kimś, kto te­raz pra­cuje w FBI, albo z kimś z po­li­cji?

Znowu: bar­dzo do­bre py­ta­nie.

- Bo oni nie wie­dzą tego, co ja wiem. - Sta­ra­łam się mó­wić pro­sto. Nie chcia­łam mu wy­ja­śniać, że po­li­cja i FBI nie uwie­rzyli w moje ostrze­że­nia. To by nie pod­nio­sło mo­jej wia­ry­god­no­ści w oczach tego czło­wieka.

Po spo­so­bie, w jaki na mnie pa­trzył, zro­zu­mia­łam, że mi nie wie­rzy. Wes­tchnę­łam głę­boko, czu­jąc, jak mi się wy­myka.

- Pro­szę mnie po­słu­chać. Musi pan to po­trak­to­wać bar­dzo po­waż­nie. Gdy­bym miała szansę wy­ja­śnić...

Wstał i wy­jął port­fel.

- Wielka szkoda. Na­prawdę są­dzi­łem, że nie jest pani wa­riatką. Spodo­bała mi się pani od pierw­szej chwili, z tymi ob­gry­zio­nymi, nie­po­ma­lo­wa­nymi pa­znok­ciami, bez ma­ki­jażu, z po­tar­ga­nymi ru­dymi wło­sami. W oczach ma pani iskrę, która mi się po­doba, i jest pani... inna. Na­prawdę uzna­łem, że nie jest pani jedną z tych wa­ria­tek. Może bar­dzo chcia­łem w to wie­rzyć. Po­wi­nie­nem wie­dzieć, że jak się od­po­wiada na ta­kie wia­do­mo­ści, to ni­gdy nie ma z tego nic do­brego. Przy­kro mi, że by­łem w błę­dzie. Na­prawdę mi przy­kro. - Wy­jął bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy i po­ło­żył na sto­liku.

Otwo­rzy­łam usta w pro­te­ście, chcia­łam mu po­wie­dzieć, że je­śli te­raz wyj­dzie, jego syn zgi­nie w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, ale za­nim zdą­ży­łam coś wy­ar­ty­ku­ło­wać, był już za drzwiami.

- Cho­lera - za­klę­łam tro­chę za gło­śnio i wal­nę­łam pię­ścią w blat, od czego wszy­scy w lo­kalu od­wró­cili głowy w moją stronę. Nie przej­mo­wa­łam się na­wet, że któ­raś z tych osób może wrzu­cić za­raz post do me­diów spo­łecz­no­ścio­wych i upo­ko­rzyć mnie pu­blicz­nie. Ob­cho­dził mnie tylko jego syn, a wła­ści­wie to, czy do­żyje ju­tra.

Wy­glą­dało na to, że nie.