Wtedy
1
Chowam się za zasłoną, żeby mnie nie zobaczyli. Jest mi źle, bo wiem, że
to ja popełniłem błąd. Ale nie zrobiłem tego naumyślnie. Kiedy idą przez
podjazd do swoich samochodów, pod ich butami chrzęści żwir. Gdyby w końcu sobie pojechali, przestałby mnie boleć brzuch.
Kiedy zrobię swoje, zwykle dostaję lody. Ale dziś mama wpadła w złość. Powiedziała, że wszystko psuję, kiedy robię nie to, co trzeba. Bo kiedy jej znajomi patrzą, zawsze mam robić to samo. Nie wiem dlaczego, przecież umiem robić kilka różnych rzeczy naraz. To o wiele fajniejsze. Ale mama uważa inaczej. No i nie dostałem lodów.
Nie pozwolono mi nawet zostać na parterze tak długo jak zwykle. Ale
akurat to nie było takie złe. Ci, którzy do nas przychodzą, śmieją się i patrzą na mamę tak, jak nie lubię. Nie chcę z nimi siedzieć, kiedy nie
muszę. Nie lubię ich. Siedzę więc
teraz w swoim pokoju i wyglądam przez okno.
Znajomi mamy podają sobie ręce na podjeździe.
Potem samochody wreszcie odjeżdżają.
W sumie mój pokój jest w porządku. Ale siedzę w nim prawie przez cały
czas. Chciałbym czasem pójść w jakieś inne miejsce. Nie tylko na
trawnik, żeby się pobawić. Działka i las wokół domu są ogromne i lubię
tam być, ale wiem, że za nimi też coś jest. Drzewa otaczające dom nie
sięgają do końca świata. Ani jezioro z tyłu. A żwirowa droga, którą
odjeżdżają samochody, musi dokądś prowadzić. Chciałbym wiedzieć, co to
za miejsce.
Odprowadzam wzrokiem czerwone światła ostatniego auta, aż znikają z pola
widzenia. Ból w żołądku wreszcie ustaje.
Przeglądam komiks. Rwę na strzępy kartkę. Potem gram chwilę na
niebieskiej gitarze, którą dostałem w prezencie, ale brzmi dziwnie, więc
ją odkładam.
Mama puka do pokoju. Czekałem, aż to zrobi.
-?Musimy porozmawiać -?rzuca przez zamknięte drzwi.
Ledwie słyszę jej głos, drzwi na piętrze są stare i grube.
Nie zależy jej nawet na tym, żeby wejść.
-?Muszę co chwila wymyślać coś nowego, żeby nie stracili zainteresowania
-?mówi dalej. -?Utrudniasz mi to, kiedy jesteś taki jak dziś. Następnym
razem postaraj się być bardziej... skupiony. Bo jeśli nie poradzisz sobie
nawet z tym, jaki będę miała z ciebie pożytek?
Jakaś część mnie chce jej odpowiedzieć. To moja mama, nie powinna tak do
mnie mówić. Ale wolę nie wiedzieć, co by się stało, gdybym przestał być
jej potrzebny.
-?Skupiony -?szepczę do siebie. Ważę to słowo na języku. -?Muszę być
bardziej skupiony.
10
Paulina ponownie odczytuje krótką odpowiedź Davida Lunda, jakby sądziła,
że ta czynność cokolwiek zmieni. Napisał, że zadzwoni do niej jutro o dziesiątej przed południem. Wolałaby pomówić z nim od razu, żeby mieć to
za sobą. I tak już za długo z tym zwlekała. W dodatku jest tak zmęczona,
że ledwie pamięta, jak się nazywa. Ale nie ma wyboru, musi czekać.
Przez cały dzień nie wychodziła z mieszkania, ale nie ma pewności, czy
to wystarczy. Podchodzi do okna w kuchni i ostrożnie wygląda na ulicę
przez szparę między framugą a zasłoną. Z trudem przełyka ślinę.
Mężczyzna, którego zauważyła jakiś czas temu, znowu tam jest. Cholera
jasna... Paulina oddycha coraz szybciej, czuje też, że pot wystąpił jej na
czoło.
Jak się dowiedzieli? Sięga po leżący na stole list od mamy i odczytuje
dobrze znane linijki.
Kiedy odkryją, że rozmawiałaś z Davidem Lundem, a wiedz, że ci mężczyźni
są dobrzy w ustalaniu takich rzeczy, zrozumieją, że o wszystkim wiesz. I będą próbowali cię dopaść.
Paulina znów dyskretnie wygląda na ulicę. Mężczyzna zapala papierosa,
potem spogląda na kamienicę i jego wzrok wędruje w górę po fasadzie.
Wygląda to tak, jakby nie wiedział, które okno jest jej. Przynajmniej na
razie. Paulina czuje się jak ptak uwięziony w klatce.
Przecież nie ma nic wspólnego z tą sprawą.
Dosłownie nic.
Do telefonu od Davida została prawie doba. Jeszcze dwadzieścia dwie
godziny i będzie mogła odetchnąć. Niech on się martwi tym, co będzie
potem. Zbiera się na odwagę i jeszcze raz zerka na ulicę. Z kamienicy
naprzeciwko wychodzi młoda kobieta. Mężczyzna rozgniata niedopałek
obcasem, daje kobiecie buziaka na powitanie, po czym oboje odchodzą,
trzymając się za ręce. Paulina oddycha z ulgą.
Fałszywy alarm.
Gdyby tylko chciała, mogłaby powęszyć w tej sprawie na własną rękę.
Choćby po to, by się dowiedzieć, o co w tym chodzi. Czy naprawdę grozi
jej niebezpieczeństwo, a jeśli tak, skąd może nadejść zagrożenie. I pewnie by to zrobiła, gdyby mama jej przed tym nie ostrzegła.
Musisz się liczyć z tym, że oni wiedzą, kim jesteś.
-?Co ty sobie myślałaś, mamo? -?mówi Paulina do okna.
Potem chyba po raz setny dochodzi do wniosku, że byłoby jej o wiele
łatwiej, gdyby mama jej wytłumaczyła, kim są ci
tajemniczy ludzie i dlaczego nie chcą, żeby się skontaktowała
z Davidem Lundem. A tak Paulina nie ma nawet pojęcia, ilu ich jest.
I będą próbowali cię dopaść.
Co to właściwie znaczy? Czy zamierzają się włamać do jej mieszkania?
Ociera rękawem czoło mokre od potu.
-?To popieprzony pomysł, żeby tak wysiadywać w domu, co nie, mamo? -
mówi znów na cały głos.
Przechodzi do salonu i tam też wygląda na ulicę przez szparę między
zasłonami. Jak na zamówienie, jej wzrok pada na rudowłosą kobietę w kwiecistej sukience. Nieznajoma stoi
a skrzyżowaniu i rozmawia przez telefon. Od kamienicy Pauliny dzieli ją
zaledwie dziesięć metrów. I Paulina jest pewna, że już tam była, kiedy
wyglądała przez to okno poprzednim razem.
I będą próbowali cię dopaść.
Musisz zdążyć przed nimi.
Rudowłosa powoli oddala się ulicą. Wciąż trzyma telefon przy uchu. Może
to tylko przywidzenie, ale Paulinie wydaje się, że kobieta odwraca się i zerka na jej kamienicę tuż przed tym, nim znika za rogiem.
Ponownie ociera czoło. Rękaw jest już całkiem mokry. Paulina idzie do
przedpokoju i sprawdza, czy drzwi są zamknięte na klucz i czy założyła
łańcuch. Napotyka swoje odbicie w lustrze i ledwie się rozpoznaje.
Przeraża ją wylękniony wzrok i zapadnięte oczy. Jeszcze tylko doba i wszystko wróci do normy. Dwadzieścia dwie godziny i będzie mogła
odetchnąć. Wie jednak, że to będzie najdłuższa doba w jej życiu.
11
-?Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin -?mówi Johan, wręczając
Davidowi starannie zawinięty pakunek.
David się uśmiecha. Papier jest niebieski w różowe i srebrne kropki, a paczuszkę przewiązano złotą jedwabną wstążeczką. Nie pierwszy raz zadaje
sobie pytanie, czy Johan widzi kolory inaczej niż pozostała część
ludzkości.
-?Dzięki. Bardzo mi miło -?odpowiada. I mówi szczerze.
Otwiera prezent. To niewielki notatnik. Johan mruży oczy i spogląda na
niego ponad niebieskimi oprawkami okularów. Odchyla się na oparcie
skórzanego fotela. Materiał trzeszczy pod jego ciężarem. Johan posiwiał
jeszcze przed pięćdziesiątką, a w ostatnich latach jego wypielęgnowana
broda nabrała tego samego odcienia. Jest rówieśnikiem matki Davida, ale
wygląda jak książkowa ilustracja dobrotliwego, posuniętego w latach
psychologa. David ma jednak świadomość, że ów wygląd jest efektem
świadomych zabiegów i że Johan nie żałuje srebrnego szamponu. Bo
dlaczegóż miałby tego nie robić? W jego zawodzie liczy się wygląd
budzący zaufanie.
Oprócz tego Johan zawsze ma na sobie najdziwniejsze, niemożliwe wręcz
zestawy kolorów. Dziś padło na fioletową koszulę, rozpiętą pod szyją, by
znalazło się trochę miejsca dla obszernego szalika w czerwoną kratkę, do
tego włożył spodnie w kolorze latte i chabrowe buty. Jeden z ostatnich
promieni zachodzącego słońca trąca brzeg niebieskich oprawek jego
okularów.
-?To kalendarz -?wyjaśnia psycholog, wskazując skinieniem głowy na
zeszyt w dłoni Davida. -?Jak wiesz, w dawnych czasach musieliśmy
zapisywać to, co mieliśmy do zrobienia danego dnia. Jestem przekonany,
że dzięki temu łatwiej nam było o tym pamiętać. Poza tym to o wiele
elegantsze niż aplikacja w telefonie.
David się uśmiecha i wkłada skórzany kalendarz z powrotem do papierowego
opakowania, by się nie zniszczył w drodze
do domu. Próbuje odgadnąć, czy Johan odczuwa ból. Podejrzewa, że na tym
etapie to nieuniknione. Jednak psycholog wydaje się tak samo czujny jak
zwykle. Jeśli cierpi, naprawdę świetnie to ukrywa. David nie zamierza go
o to pytać. Wie, że nie może mu pomóc, może mu podarować tylko jedno -
zachowywać się przy nim tak jak zwykle.
Kiedy David był dzieckiem, Johan był najlepszym przyjacielem jego matki.
Sam oczywiście tego nie pamięta, Johan musiał mu o tym opowiedzieć.
Znają się więc od czasów, gdy David jeszcze nie pojmował, co robi
psycholog. Są jak rodzina.
A ponieważ David nigdy nie poznał swojego ojca, Johan mu go praktycznie
zastępował. Zanim David wyprowadził się z rodzinnego domu, próbował
ustalić, kim jest jego biologiczny ojciec, ale matka odmówiła udzielenia
jakichkolwiek informacji. Johan zawsze był przy nim.
I jakiś czas po tym, jak David przeniósł się do Sztokholmu, psycholog
zrobił to samo. W miarę jak David coraz bardziej oddalał się od Ellen,
aż praktycznie stracił z nią kontakt, on i Johan nawiązywali coraz
bliższą więź. Ktoś mógłby rzec, że psycholog był od początku za blisko
rodziny, by być terapeutą Davida, że byłoby lepiej, gdyby David
rozmawiał z kimś nastawionym do niego neutralnie, ale on darzył Johana
bezgranicznym zaufaniem.
Dlatego obecnie tak trudno mu się z nim widywać.
Odkąd wie, jak bardzo Johan jest chory.
-?No dobrze. Czy jest coś, o czym chciałbyś mi dzisiaj opowiedzieć? -
pyta psycholog, zakładając nogę na nogę.
David mruga kilkakrotnie, by powstrzymać łzy, które cisną mu się do oczu
prawie za każdym razem, kiedy tu przychodzi. Zastanawia się nad tym
pytaniem. No właśnie, czy jest coś, o czym chciałby dziś Johanowi
opowiedzieć? Tak naprawdę chciałby pomówić o szoku, który nie opuścił go
od chwili, gdy usłyszał, że Johanowi zostało tylko kilka miesięcy życia.
Chętnie przeprosiłby go za to, że zareagował jak dziecko, krzyczał, że
ktoś musiał się pomylić, zawalił swoją robotę, omyłkowo zamienił jakieś
próbki. Mimo to o tym nie wspomina. Każdy przeżywa żal na własny sposób,
a David nigdy nie był dobry w opowiadaniu o swoich uczuciach.
Poza tym jest przekonany, że Johan doskonale wie, co on czuje.
-?Możemy porozmawiać o tym obrazie -?proponuje, wskazując skinieniem
głowy oprawione w złote ramy malowidło za biurkiem psychologa. -
Powiesiłeś go tu po to, żeby przerazić swoich pacjentów na śmierć?
Johan podąża wzrokiem za spojrzeniem Davida. Wspomniany obraz jest
reprodukcją dzieła przedstawiającego brodatego mężczyznę, który
przyciska do podłoża głowę chłopca o nagim torsie. Chłopiec ma otwarte
usta, jakby krzyczał, bo mężczyzna trzyma przy jego szyi duży nóż, jakby
zamierzał mu poderżnąć gardło. Inny młodzieniec, też z obnażonym torsem,
albo zachęca mężczyznę do użycia noża, albo chce go przed tym
powstrzymać. Pokazuje na coś, czego David nie widzi. Postaci są otoczone
drzewami, a ciemne kolory na płótnie sugerują, że zapada zmierzch.
Jednak brodaty mężczyzna i obaj młodzieńcy wydają się jaskrawo
oświetleni od góry. Z jakiejś przyczyny w kadrze załapał się również
baran. Scena ta wpędza Davida w ponury nastrój.
-?Zainteresował cię mój Caravaggio? -?rzuca Johan z uśmiechem. -
Oczywiście to tylko reprodukcja. Ale całkiem niezła. Przedstawia słynną
scenę z Biblii, w której Bóg żąda od Abrahama, by złożył w ofierze
swojego syna Izaaka i w ten sposób udowodnił mu swoją lojalność.
-?Okej... ale po co powiesiłeś go w gabinecie? Ma coś symbolizować?
Przestrzegać przed ślepą wiarą w autorytety?
Takie jak psycholodzy?
-?Aj! -?wykrzykuje Johan i robi urażoną minę. -?Odbieram to jako atak.
-?Naprawdę nie rozumiem. Ty jesteś tym brodatym facetem trzymającym nóż?
-?Ciekawa interpretacja -?odpowiada Johan, gładząc brodę. -?Wierz mi
albo nie, ale naprawdę nie próbuję pozbawić moich pacjentów życia. Ale
skoro już o tym rozmawiamy i skoro postrzegasz mnie jako Abrahama, w której roli na tym obrazie obsadziłbyś siebie?
-?Nie próbuj na mnie psychologicznych sztuczek -?ucina David z uśmiechem. -?Nie w moje urodziny.
-?Masz rację, zwracając uwagę na ten obraz. Odkąd go tutaj powiesiłem,
wielu moich pacjentów identyfikuje się z którąś z postaci. Niektórzy
widzą się w roli Abrahama zmuszonego do złożenia ofiary. To głównie ci,
którzy zgłosili się do mnie, bo
chcą zerwać z jakimś negatywnym zachowaniem. Czasem
to niezwykle trudne, bo owo zachowanie bywa jedynym, jakie sobie
przyswoili. Jeśli dobrze się przyjrzysz Abrahamowi na obrazie,
zauważysz, że jego twarz wyraża głębokie cierpienie.
David wytęża wzrok. Rzeczywiście, brwi i skóra wokół oczu mężczyzny są
zmarszczone.
-?Inni widzą się na miejscu Izaaka, syna Abrahama -?mówi dalej Johan. -
To ci, co czują się bezsilni wobec sytuacji, w której utknęli. Jakby
ktoś trzymał im nóż na gardle. Jeszcze inni uważają, że są jak trzecia
postać, czyli anioł wysłany przez Boga po to, by w ostatniej chwili
powstrzymał Abrahama.
Ci z kolei inwestują ogromne ilości energii, próbując zmienić kogoś w swoim otoczeniu. Na końcu mamy jeszcze tych, którzy próbują uciec przed
odpowiedzią i identyfikują się ze zwierzęciem, które widzisz w rogu
obrazu. Ale to ten baran, o ironio, zostaje ostatecznie złożony w ofierze zamiast Izaaka. Próbując uniknąć zaangażowania w tej scenie,
paradoksalnie biorą na siebie rolę zwierzęcia ofiarnego.
-?Ty i Freud na pewno byście się polubili -?stwierdza
David. -?Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Z którą postacią się
identyfikujesz? O ile w ogóle zadajesz sobie to pytanie.
Johan spogląda na obraz.
-?Jeszcze nie wiem -?odpowiada ze wzrokiem pełnym uznania.
David uważa, że to wyjątkowo brzydkie malowidło.
-?Podczas terapii zawsze trzeba coś poświęcić, żeby dotrzeć do prawdy -
mówi dalej psycholog, nie odrywając oczu od reprodukcji obrazu
Caravaggia. -?Może to być duma albo błędne wyobrażenie o samym sobie.
Przede wszystkim jednak poczucie komfortu. Terapia bywa brutalna. I Caravaggio mi o tym przypomina. Nie myśl sobie, że zapomniałem, że ty
też nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Davidowi prawie wyleciało ono z głowy.
-?Czy jest coś, o czym chciałbym ci dzisiaj opowiedzieć? -?powtarza. -
Chyba tylko o zwykłych sprawach.
Postanowił, że przemilczy kwestię maila od Pauliny Mentzer. Nie jest
jeszcze gotów poświęcić tę tajemnicę, Caravaggio może sobie mówić, co
chce. Johan wyjmuje chusteczkę z kieszeni na piersi i odkasłuje w nią,
nie spuszczając wzroku
z Davida.
-?Jak więc ci z nimi idzie? -?pyta po chwili. -?Z tymi zwykłymi
sprawami?
David wzrusza ramionami i wygląda przez okno. Gabinet Johana mieści się
na Södermalm, więc David ma do przejechania z Vallentuny spory kawałek,
ale ten widok jest tego wart. Za szybą rozpościera się zatoka
Riddarfjärden i przedzierające się przez warstwę chmur promienie słońca
migoczą na powierzchni wody.
-?Pytasz o to, jak sypiam? Stilnoct wciąż świetnie działa, muszę tylko
pamiętać, żeby go wziąć.
-?Zdarza ci się zapomnieć o wzięciu tabletki? -?dziwi się
Johan. -?To niedobrze. Musisz je brać regularnie, po dwie każdego
wieczoru. Nie chcemy, żeby wróciły bezsenności i lęki. No i te sny. -
Urywa i uśmiecha się łagodnie.
-?Dobrze, mamusiu -?rzuca w odpowiedzi David.
-?Mówię to z troski o ciebie. Wiem, jak źle się czujesz, kiedy ich nie
bierzesz.
-?Zgoda, ale... nie potrafię sobie przypomnieć czasów, kiedy nie brałem
tych czy innych leków -?mówi David. -?Kiedyś musi się to skończyć.
Ma świadomość, że wielu ludzi zażywa leki na stałe. Może nawet większość
tych, których zna. Mimo to za każdym razem, kiedy sięga po pigułkę,
jakiś głos szepcze mu do ucha, że
w jego życiu jest coś, nad czym nie ma żadnej kontroli. I to nie jest
miłe uczucie.
-?Musisz zdecydować, czy chcesz spać, czy nie -?odpowiada Johan i przygląda mu się badawczo. -?Ten sen wrócił, mam rację?
David ciężko wzdycha.
-?Chyba nigdy do końca nie zniknął -?stwierdza. -?Ale tak, przyśnił mi
się tej nocy.
-?Opowiedz mi o nim -?prosi psycholog. Unosi dłoń, widząc, że David
próbuje zaprotestować. -?Dawno o nim nie rozmawialiśmy i sądziłem, że na
tym etapie zdołałeś się go pozbyć. No mów, co ci się przyśniło.
David zapada się głębiej w fotelu. Jego mebel też trzeszczy przy każdym
ruchu. David oblizuje wargi. Potem zamyka oczy.
-?To samo co zawsze -?zaczyna. -?Jest noc i biegnę po dużej łące. Zwykle
robię to sam, ale tym razem ktoś biegł obok mnie. To się czasem zdarza.
Nigdy nie udaje mi się zobaczyć, kto to jest, wiem tylko, że biegnę...
biegniemy, żeby ratować życie. Musimy dotrzeć do końca tego pola. Tam
będziemy bezpieczni. Ale ty to przecież wiesz.
-?Ktoś was goni? -?pyta Johan.
-?Tak. Ale nie wiem, kto ani dlaczego uciekam. Mimo to strasznie się
boję. W dodatku jest ciemno i woła za nami jakiś głos. Nie rozumiem
słów. Wiem, że jeśli ten ktoś nas dogoni, stanie się coś strasznego.
-?I jak tym razem skończył się ten sen?
David otwiera oczy i spogląda na Johana. Psycholog pochyla się w jego
stronę. Zajączek rzucany na ścianę przez jego okulary podryguje trochę
bliżej.
-?Jak zwykle -?odpowiada. -?Nie dobiegam do celu. Można
by się spodziewać, że po tylu latach śnienia tego samego coś w tym śnie
mogłoby się czasem zmieniać, ale nic takiego się nie dzieje. Nieważne,
jak długo biegnę, ten, kto mnie goni, ostatecznie mnie dopada. Wtedy się
budzę zlany potem i ze smakiem krwi na języku.
-?Zanim zdążysz sprawdzić, kto cię gonił -?dodaje Johan, wolno kiwając
głową.
Unosi okulary i łapie się dwoma palcami za nasadę nosa. -?Naprawdę chciałbym ci jakoś pomóc w kwestii tego snu -?mówi dalej. -
Ale przez wszystkie lata praktyki psychologicznej nie spotkałem się z tak upartym zjawiskiem. Zalecam jednak, żebyś pamiętał o regularnym
przyjmowaniu leków i wizytach w moim gabinecie.
-?W porządku -?odpowiada David. -?Przyzwyczaiłem się już do tego snu. I wiesz, że zawsze przychodziłem, czy mi
się śnił, czy nie. Możemy pomówić o czymś innym? Jak... jak ty się masz?
Na króciutką chwilę gaśnie iskra w oczach Johana. David ma wrażenie,
jakby psycholog nagle się skurczył, jakby jakaś część jego postaci się
rozwiała i został tylko cień. Jednak po chwili Johan się otrząsa i prostuje plecy.
-?Wyśmienicie -?oznajmia. -?Ale nie spotykamy się po to, by rozmawiać o mnie. Jak w pracy? Wszystko w porządku? Jakaś część Davida oddycha z ulgą na wieść, że Johan nie chce o tym
mówić. Nie wiedziałby, jak zareagować. Bo jak wyjaśnić komuś
umierającemu, że się nie chce, by umierał? Albo że nie wie się, jak da
się sobie bez niego radę?
-?Czuję, że siedzę już trochę za długo w jednej firmie -?odpowiada. -
Chociaż dzięki temu stałem się naprawdę dobry w tym, co robię. Poza tym
chyba jestem już za stary na to, żeby wychodzić po pracy tak często, jak
życzą sobie tego Bjarne i Pär.
-?Co to za jedni? -?pyta Johan.
-?Koledzy z pracy.
-?Nie jestem pewien, czy przyczyna tkwi w twoim wieku -?mówi dalej
Johan, odkładając notatnik na stół. -?Mimo że właśnie postarzałeś się o kolejny rok. Może następnym razem wykonamy kilka ćwiczeń, które pomogą
ci zaufać innym? Dawno tego nie robiliśmy. Okej, Davidzie, myślę, że już
pora. -?Ostatnie zdanie psycholog wypowiada głębszym i bardziej
doniosłym głosem. -?Weź głęboki wdech i zamknij oczy. Poczuj, jak miękki
jest twój fotel, jak ciepło czy też chłodno jest w gabinecie i jak równo
porusza się twoja klatka piersiowa. Skup się na tym.
David odchyla się na oparcie i rozluźnia mięśnie. Przyszedł tu dla tej
chwili. Ostatni raz spogląda na obraz z Abrahamem, Izaakiem i nożem i opuszcza powieki.
-?Policzę do pięciu i kiedy skończę, będziesz tu tylko ty i mój głos -?mówi dalej Johan, a David już tam jest. -?Wyobraź sobie, że stoisz u szczytu schodów. Ruszasz w dół i z każdym kolejnym stopniem czujesz się coraz bardziej rozluźniony... Psycholog przemawia głuchym, monotonnym tonem. Akcentuje niektóre słowa
w taki sposób, że David nie może się skupić. Zupełnie jakby Johan
prowadził z nim dwie rozmowy naraz. Jedna dotyczy tego, co David słyszy,
a druga tego, co do niego dociera. Terapeuta prowadzi go do snu, pozwala
mu przeżyć go na nowo, ale tym razem mniej intensywnie. Sen jest jak
wspomnienie, którego nie potrafi dokładnie odtworzyć. I podczas gdy
Johan mówi, sen robi się przezroczysty i rozmazują się jego kontury. W końcu przechodzi w mgłę i się rozwiewa.
Po wszystkim David, jak zwykle, próbuje zapłacić za terapię. I jak zwykle Johan mu na to nie pozwala. Żaden z nich nie wspomina o nowotworze.
Wtedy
12
Dziś znów mamy się spotkać ze znajomymi mamy. Sprawdza już dziesiąty
raz, czy mój garnitur leży, jak trzeba.
-?Wyglądasz jak mały książę -?mówi, poprawiając mi krawat.
Potem ślini dłoń i przylizuje mi włosy. Nie wiem, dlaczego jest taka
zdenerwowana. To nie ona musi się starać. Czekamy na podjeździe przed
domem. Wypatrujemy samochodów. Minęło już trochę czasu od ostatnich
odwiedzin. Goście chyba woleliby już do nas nie przyjeżdżać. Po chwili
słyszymy warkot silnika pierwszego samochodu. Zbliża się powoli, ale
chrzęst gruzu pod oponami zdradza jego obecność, zanim wyłania się zza
drzew.
-?Są -?mówi mama, poprawiając bluzkę. -?Uciekaj do domu. I pamiętaj,
żeby nikt cię nie zobaczył, dopóki nie nadejdzie właściwa pora.
-?Musimy obudzić w nich ciekawość. -?Ja i mama wypowiadamy te słowa
równocześnie.
Mama wybucha piskliwym śmiechem, a ja wbiegam do naszego wielkiego domu.
Robiliśmy to już wiele razy. Ale dziś jest inaczej. Dziś będę w tym
uczestniczył tylko częściowo. Nauczyłem się tego całkiem niedawno;
potrafię być w kilku miejscach naraz. Mogę towarzyszyć mamie i jej
znajomym, nie będąc z nimi na sto procent. Rozmawiając z nimi, mogę
myśleć o czymś innym, a nawet robić coś innego. Na przykład zajmować się
rysunkiem, który mam w pokoju. Mogę się na nim skoncentrować, rozmyślać,
jakich użyję kolorów, zacząć robić wypełnienia i uważać, żeby nie wyjść
za linię.
Kiedy pierwszy raz powiedziałem o tym mamie, wcale nie chciała słuchać.
Przestraszyła się, co pomyślą jej goście, jeśli nie będę skupiony. Ale
potem zmieniła zdanie.
-?Nie było ich tu przez jakiś czas, więc potrzymajmy ich chwilę w niepewności -?powiedziała. -?Aż nadejdzie najlepszy moment.
Zamykam się w moim pokoju i dyskretnie wyglądam przez okno na żwirowy
plac przed domem. Zasłona jest czerwona w czarne kwiatki, ale na tyle
cienka, że wszystko przez nią widzę, dopóki nie zaświecę światła. Za to
barwi świat na czerwono-czarny kolor. Na dole stoją trzy samochody.
Będzie ich więcej. Włączam lampę sufitową, siadam przy biurku, wyjmuję
rysunek i jednocześnie książkę, którą chcę zacząć czytać. Ma tytuł
Wyspa skarbów. Mama dała mi ją w prezencie. Jest dziwnie napisana,
jakby była okropnie stara. Ale i tak ją czytam. Wiem, że mama zapuka do
drzwi dopiero za jakiś czas. Część mnie ciągle stoi przy oknie i liczy
samochody. Nieważne, ile innych zajęć bym sobie znalazł, ta część mnie
nigdy nie przestaje się denerwować.
Po jakiejś chwili słyszę pukanie w grube drzwi. To znak, że już pora.
Mierzwię sobie włosy -?ze śliną mamy -?i otwieram. Mama stoi przed
progiem i się uśmiecha. Wydaje mi się, że trochę za szeroko.
Schodzimy na parter i wchodzimy do salonu, ale część mnie wciąż siedzi
przy biurku i pochyla się nad rysunkiem albo pozostaje skupiona na Jimie
i piratach z Wyspy skarbów. Bardzo, ale to bardzo skupiona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Poniedziałek
2
David uspokaja oddech przez minutę. Potem mruga kilka razy w ciemności,
obraca głowę i spogląda w stronę zegara, lecz osoba leżąca obok niego w łóżku zasłania wyświetlacz. David unosi się na łokciu, by sprawdzić
godzinę. Czerwone cyfry pokazują 02:45. Wciąż jest noc.
David ponownie opada na poduszkę i stwierdza, że jest cała mokra od
potu. Ciekawi go, czy tym razem wydał jakiś dźwięk. Czy krzyczał przez
sen? Ale postać zajmująca drugą połowę łóżka tylko głęboko wzdycha i zrzuca z siebie kołdrę. Nie obudziła się. David wpatruje się w ciemność,
w sufit nad swoją głową. Wie, że może zapomnieć o ponownym zaśnięciu.
Nie połknął tabletek, nim położył się spać. On i postać obok byli zajęci
czymś innym. Teraz pożałował, że ich nie wziął. Adrenalina krąży w jego
żyłach, aktywując mięśnie, jakby za chwilę miał uciekać. Albo z kimś się
bić.
Bada wzrokiem kontury ciała Florence, wpadający do sypialni promień
księżycowego światła sprawia, że jej sylwetka zdaje się świecić własnym
blaskiem. Jakby była ze srebra. Jej rozrzucone na poduszce włosy
przywodzą na myśl wachlarz i obramowują jej pięknie wyrzeźbioną twarz.
Na ten widok David czuje kłucie w piersi. Dobrze, że Florence go nie
widzi, bo pewnie wygląda jak dureń.
Poznali się przez aplikację kilka tygodni temu. Żadne z nich nie szukało
stałego związku, Florence jest świeżo po rozwodzie, a on dawno dał sobie
spokój z próbami utrzymania trwałej relacji. Spotykają się więc na
równych, jasnych warunkach. Nie składają sobie obietnic wybiegających
poza tych kilka godzin, które spędzają we dwoje. Z inicjatywy Florence
zawsze widują się u Davida, w szeregówce w Vallentunie. Zapewne jego
lokum jest bardziej bezosobowe niż mieszkanie Florence. Florence może
też wyjść, kiedy tylko ma ochotę. David nie może więc się nadziwić, że
wciąż tutaj jest, mimo tak późnej godziny. Znów na
ią patrzy, a jego serce wykonuje w piersi dziwaczną woltę.
-?Masz trzydzieści pięć lat -?szepcze do siebie. -?Przestań się
zachowywać jak nastolatek. Dobrze wiesz, że to się nie uda.
Wymyka się z łóżka i rusza do kuchni. Po drodze mija salon.
Zerka na zaczęte puzzle na ławie przed kanapą i czuje chęć, by do nich
podejść. Powstrzymuje się jednak i idzie dalej. W kuchni nalewa sobie
szklankę wody i opróżnia ją kilkoma dużymi łykami. Okno kuchenne
wychodzi na park z placem zabaw, wokół którego stoją wszystkie okoliczne
budynki mieszkalne.
Zjeżdżalnia i ścianka wspinaczkowa odcinają się wyraźnie w blasku
księżyca. Sprawiają ponure wrażenie. Żyjąc w tym miejscu, powinno się
mieć dzieci. Powinno się siedzieć na malutkim tarasie na tyłach domu i patrzeć, jak pociechy bawią się w parku. Nie stać nago w kuchni w środku
nocy i strząsać z siebie koszmarne sny. Jednak David nie ma dzieci. Nie
dorobił się potomstwa, które mogłoby w piaskownicy rzucać zabawkami w rówieśników. Przeraża go już sama myśl, że miałby wziąć odpowiedzialność
za czyjeś życie. Ze swojego dzieciństwa nie pamięta właściwie nic. Jak
więc miałby zapewnić je komuś innemu?
Wie, że wielu ludzi dziwi fakt, iż nie zachował wspomnień z czasów,
kiedy był mały. Jednak David nie ma z tym problemu. Mało kto pamięta
cokolwiek z pierwszych pięciu lat życia. Co z tego, że u niego ów okres
wydłużył się o kolejne siedem czy dziesięć lat? To żadna różnica. Nie
musi przeżyć dzieciństwa, by być szczęśliwy jako dorosły człowiek.
Zresztą, chrzanić to. Teraz już całkiem się rozbudził. Z przyzwyczajenia
otwiera leżącego na blacie laptopa i przez chwilę, zza przymrużonych
powiek, wpatruje się w świecący jaskrawo ekran, nim udaje mu się go
przyciemnić. Sprawdza maile,
choć jest przekonany, że w nocy nie przyszło nic pilnego.
Większość wiadomości w skrzynce odbiorczej ma znaczek spamu. Przez to
prawie przeoczył jeden bez oznakowania. Nadawczynią jest niejaka Paulina
Mentzer. David nigdy wcześniej
ie słyszał tego imienia i nazwiska. W tytule wiadomości widnieje jedno
słowo: "Kontakt". Wysłano ją o 02.14, pół godziny temu. W środku nocy.
Zapewne to też zwykły spam, który prześlizgnął się przez filtr, może
reklama witryny randkowej pełnej Rosjanek. Mimo to David nie lubi trwać
w niepewności, więc otwiera wiadomość. Czyta pierwszą linijkę, biorąc
kolejny łyk wody.
Cześć, Davidzie,
ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Sm?landii.
David marszczy czoło i odstawia szklankę. Jego matka... To ostatnia osoba,
o jakiej ma ochotę myśleć. Wystarczy, że jutro będzie musiał porozmawiać
z nią przez telefon. Mruga energicznie, by odegnać sen, który wreszcie
postanowił nadejść, i po chwili czyta dalej.
Chcę się z Tobą skontaktować, żeby porozmawiać o tym, co spotkało Cię w dzieciństwie. Rozumiem, że to drażliwy temat, ale chodzi o naszych
rodziców...
David tłumi ziewnięcie. Drażliwy temat. Może dla niej. Na pewno nie dla
niego. Ta Paulina może sobie gadać o ich rodzicach, ile chce. Nic go to
nie obchodzi. I wie, że bynajmniej nie postępuje nierozsądnie, jego
matka też nie zamierza o tym mówić. David zamyka okno wiadomości,
zatrzaskuje laptopa i wraca do sypialni, do Florence. Staje w progu i jeszcze raz patrzy na jej nagie ciało w jego łóżku. Wyciągnęła się z taką beztroską i oczywistością, jakby przynależała do tego miejsca.
David kręci głową na tę myśl. Wie, że nie powinien sobie wbijać do głowy
takich rzeczy. Za kilka godzin Florence się obudzi, włoży ubranie,
pójdzie sobie i nie poświęci mu ani jednej myśli do następnego
spotkania. I to dla niego jest okej.
Siada na krawędzi łóżka i wysuwa szufladę szafki nocnej. Książka leży na
swoim miejscu, jak zawsze. Ma ją od małego. To jedna z nielicznych
rzeczy, jakie zabrał z domu rodzinnego.
Zawsze miał ją blisko siebie. Teraz gładzi dłonią okładkę i próbuje
sobie wyobrazić siedmioletniego Davida przerzucającego strony, marzącego
o jakiejś przygodzie. Ale, jak zwykle, pamięć go zawodzi. Książka nie
przywołuje żadnych wspomnień, nie przenosi go w daleką przeszłość. W głowie świta mu jedynie blada myśl, że kiedyś, dawno temu, ta książka
była dla niego bardzo ważna.
David zasuwa szufladę i kładzie się na łóżku. Ostrożnie, by nie obudzić
Florence. Najwyraźniej potrzebny jej sen. Florence
przysuwa się odruchowo bliżej niego, a on kładzie dłoń na jej
połyskującym srebrem biodrze. Czuje, jak dotyk ciepłej, gładkiej skóry
łagodzi w nim stres. Wtula się w nią na łyżeczkę
i obejmuje ją ramieniem. Wzdycha z zachwytem. Gdy nastanie dzień, oboje
będą udawali, że to się nie zdarzyło. Ale w nocy jest inaczej.
3
Florence przekracza próg drzwi mieszkania na Östermalm w tej samej
chwili, w której rozdzwania się telefon. To na pewno Léontine, jej
najstarsza siostra. Tylko ona dzwoni tak wczesnym rankiem.
Florence i Léontine. Wszystko przez rodziców. Od zawsze byli skrajnymi
frankofilami, nie tylko wzięli ślub w Paryżu, ale też uwielbiają
francuskie kino, a wakacje spędzają wyłącznie w Prowansji lub Nicei.
Florence jest przekonana, że kiedy tylko ona i jej rodzeństwo patrzą w inną stronę, palą nawet Gauloises'y bez filtra. Oczywiste więc, że ich
dzieci musiały dostać imiona tak francuskie, jak się tylko dało.
Florence uważa,
że w jej przypadku nie jest źle. Oprócz o dziesięć lat starszej
Léontine, na którą wszyscy, również najbliżsi przyjaciele, od zawsze
mówili Leo, Florence ma drugą siostrę, Philomene,
starszą o osiem lat, do której zwraca się Phil, niezależnie od
tego, czy Philomene sobie tego życzy, czy nie, oraz brata o imieniu
Bernard. Ten ostatni jest najbardziej zbliżony wiekiem do Florence -
tylko dwa lata od niej młodszy. Co ciekawe -?o ironio -?ich rodzice
noszą imiona Anders i Svea -?co Florence i jej rodzeństwo często im
wytykają.
Florence odbiera telefon, sprawdzając, czy Grayson nie zostawił ubrań w przedpokoju. Wyczuwa w powietrzu słodkawy i mdły zapach jego perfum, a to znak, że wyszedł nie dawniej niż kilka godzin temu, chociaż wiedział,
że Florence zamierzała wrócić tu wieczorem i wówczas miało go już nie
być.
-?Co, do cholery... -?mamrocze pod nosem.
-?Słucham? -?rzuca jej siostra na drugim końcu linii.
-?Sorry, to nie do ciebie.
-?Masz szczęście, bo mogłabyś zapomnieć o prezentach gwiazdkowych.
-?Prezentach gwiazdkowych? W październiku?
Florence próbuje słuchać, ale zapach perfum nie daje jej spokoju i budzi
w niej złość. A konkretnie ten rodzaj wściekłości, który od jakiegoś
czasu ma zarezerwowany tylko dla byłego męża. Zaciska zęby i próbuje nad
sobą zapanować.
-?Nie. Po prostu mama i tato chcą wiedzieć, czy przyjedziesz na święta -
odpowiada Léontine. -?Właściwie dlatego do ciebie dzwonię.
Przez krótką chwilę Florence czuje się kompletnie skołowana. Myśl o Graysonie rozpływa się na moment. Boże Narodzenie wydaje się
nieskończenie odległe, jesień ledwie zdążyła zapukać do drzwi. Ale ich
rodzice uwielbiają planować. W dodatku Anders i Svea, na przekór
statystykom, nie tylko pozostają małżeństwem od ponad czterdziestu lat,
ale są też w sobie wręcz nieprzyzwoicie zakochani.
-?Przyjadę -?potwierdza Florence. -?Ale jeśli tato znów
zamierza sprezentować mamie jedną z tych przezroczystych koszulek
nocnych, odwrócę się i wyjdę. Istnieją granice przyzwoitości, których
nie wolno przekraczać.
Léontine śmieje się jej do ucha.
-?Nie omieszkam przekazać im twojej prośby. Powiedz jeszcze... nie wiem,
czy w ogóle muszę o to pytać, ale... będziesz sama, prawda?
-?Rozwiodłam się niecałe sześć miesięcy temu -?mówi Florence. -?Naprawdę
myślisz, że jestem taka szybka?
-?Całe szczęście, że nie przyjęłaś jego nazwiska -?komentuje Léontine. -
I jeśli mam być szczera, nie mogłam zrozumieć, co widziałaś w tym
facecie.
Florence wie, że to nieprawda. Na samym początku Léontine była nim
urzeczona tak samo jak pozostali. Ale cieszy ją fakt, że siostra
opowiedziała się po jej stronie.
-?Wiem, powinnam była zaufać pierwszemu wrażeniu -?odpowiada, wchodząc
głębiej do mieszkania.
Wszędzie widać ślady obecności Greysona. Florence próbuje oddychać przez
nos. Poznali się na studiach prawniczych, na których Greyson cieszył się
popularnością gwiazdy rocka. Kilka lat wcześniej jego rodzina
sprowadziła się do Szwecji ze Stanów Zjednoczonych i od tamtej pory
szalały za nim wszystkie dziewczyny. Za to Florence nie była nim na
początku ani trochę zainteresowana.
-?Pamiętam, jak opowiadałaś o gościu z tego samego roku, który wydawał
ci się strasznie powierzchowny i skupiony na osiąganiu sukcesów -
ciągnie Léontine, parskając śmiechem. -?Chociaż znaczący był już sam
fakt, że w ogóle o nim wspominałaś, bo to samo można było powiedzieć o wszystkich
ludziach, którzy z tobą studiowali.
-?Dodam na swoją obronę, że później Grayson się zmienił -?odpowiada
Florence.
Rozmawiały o tym już niejeden raz. Ojciec jej byłego męża zachorował na
parkinsona. Wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. W ostatnich
tygodniach życia taty Grayson stał się całkiem inną osobą. Nie chodziło
mu już tylko o to, żeby brylować w restauracji Sturehof, a Florence
zaczęła go widywać w bibliotece pochylonego nad którąś z książek Daniela
Dennetta lub jakiegoś innego filozofa. Ów nowy, stonowany Grayson, tak
różny od chłopaka polewającego wszystkim przy barze z butelek z logo
Pernod Ricard, być może nie był już tak zabawny dla szerszego grona
znajomych, lecz Florence zaczęła
go darzyć szacunkiem. Poza tym wciąż wyglądał jak amerykański
odpowiednik greckiego boga. Zaczęli się razem uczyć, a potem sprawy
potoczyły się same.
-?Pewnie ci nie przeszkadzało, że jest takim ciachem -?rzuca
iewinnym tonem Léontine. -?Świnia z niego, ale wyjątkowo seksowna.
-?Przymknij się, babsztylu jeden -?odcina się Florence, wchodząc do
kuchni. Na blacie stoją trzy butelki po szampanie marki Bollinger.
-?Niech cię jasna... -?wybucha Florence, lecz hamuje się w połowie zdania.
-?To nie do ciebie, Léontine.
Florence i Grayson wzięli ślub. Po jakimś czasie dawne zachowania Graysona zaczęły wracać. Kiedy Florence otworzyła kancelarię, powiedział -?całkiem serio -?że jej wybory zawodowe ukazują go w złym świetle. Że przez nie czuje się niemęski. Florence przesuwa flaszki i wyciera rozchlapany alkohol. -?Słyszę, że jesteś zajęta -?mówi Léontine. -?Przekażę mamie i tacie, że
przyjedziesz. I żeby sobie darowali prześwitujące koszulki.
Siostra Florence milknie na moment, lecz po chwili dodaje to, co
Florence i tak spodziewała się usłyszeć:
-?Całe szczęście, że nie dorobiliście się dzieci. -?Śmieje się krótko i odkłada słuchawkę, ale tym razem w jej śmiechu da się wyczuć napięcie.
No właśnie. Dzieci. Léontine ma dwoje nastolatków i na co dzień użera
się z wszystkimi uciążliwościami związanymi z ich wiekiem. Phil ma syna,
który niebawem skończy dziesięć lat. Bernard i jego żona nie mają tyle
szczęścia i właśnie podchodzą do czwartej próby in vitro. Żadne z rodzeństwa nie może pojąć, dlaczego Florence postanowiła odłożyć
macierzyństwo na później. Kiedy wyszła za mąż, na chwilę ożyła w nich
nadzieja, ale teraz, gdy się rozwiodła, zaczęli wręcz okazywać
zniecierpliwienie. Rzecz jasna, żadne z nich nie ma odwagi zapytać ją o to wprost, są na to zbyt dobrze wychowani, lecz ich uwagi bywają
dokuczliwe. Florence podejrzewa, że Hanna,
żona Bernarda, wręcz jej nie znosi, bo Florence świadomie nie decyduje
się na coś, o co ona i Bernard muszą toczyć ciężką
walkę. I Florence do pewnego stopnia ich rozumie. Jednak żadne z rodzeństwa nie wybrało takiego zawodu jak ona. Nie można mieć
wszystkiego. Ona też musiała określić swoje priorytety. I nie zamierza
niczego żałować. Trudno jest znaleźć czas i na dzieci, i na kancelarię.
W dodatku znów jest singielką.
Uprząta butelki po szampanie, biorąc każdą w dwa palce, by mieć z nimi
jak najmniejszą styczność, i wkłada je do worka na szkło. Ponieważ
sytuacja na rynku mieszkaniowym w mieście jest, jaka jest, ona i Grayson
muszą się dzielić mieszkaniem na czas poszukiwania drugiego lokum. Na
razie ustalili, że będą je zajmowali na zmianę. Mieli się wymienić
wczoraj, a Florence zjawiła się dopiero tego ranka tylko dlatego, że
zasnęła u Davida. Zwykle nigdy nie zostaje u niego na noc. Zwłaszcza z niedzieli na poniedziałek.
Zgodnie z umową mieszkanie powinno być przekazane w takim stanie, w jakim się je zastało -?czyli bez śladów po sobie. Ale były mąż Florence
jest mistrzem w zaznaczaniu swojej obecności, zostawianiu śladów, które
mają rzekomo świadczyć o tym, jak fantastycznie mu się wiedzie od ich
rozstania. Florence stawia podzwaniający butelkami worek przy drzwiach
wyjściowych.
-?Założę się, że robi to specjalnie -?mamrocze pod nosem. Trzy flaszki szampana. Pewnie przyprowadził tu jakąś studentkę prawa i porządnie ją spił.
Florence przechodzi do sypialni, żeby przed wyjściem przebrać się w coś,
co nie będzie świadczyło o jej nocnych wyczynach, i zastaje tam
przedmiot, który doprowadza buzującą
w niej złość do temperatury wrzenia. Na białym dywanie leży rozpakowana
prezerwatywa. Nieużywana, lecz mimo to spoczywa sobie na środku pokoju
jakby nigdy nic. To nie przypadek. Florence rozważa przez moment, czy
nie powinna oskarżyć Graysona o molestowanie, lecz dochodzi do wniosku,
że jego sposoby na zaznaczanie swojej władzy są po prostu żałosne. Idzie
więc do kuchni, po chwili wraca do sypialni ze szczypcami do grilla i podnosi nimi kondom. Nie zamierza dotykać niczego, co mogło mieć
styczność z jakąkolwiek częścią ciała Graysona. Wkłada znalezisko do
koperty, a potem dołącza liścik.
Cześć, Grayson,
zostawiłeś to na podłodze w moim mieszkaniu. Pomyślałam sobie, że
będziesz chciał go odzyskać, bo wygląda na nieużywany. Widziałam też
butelki. Sugeruję, żebyś w przyszłości wybierał coś tańszego, skoro
musisz wlać w dziewczynę aż tyle, żeby zgodziła się z tobą przespać.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Florence
Adresuje kopertę do firmy, w której pracuje jej były mąż, celowo
zapisując jej nazwę nad imieniem i nazwiskiem Graysona. Dzięki temu,
zanim list trafi na jego biurko, otworzy go Cecilia
w recepcji. A Cecilia trzyma z Florence. I lubi plotkować.
Florence patrzy na zegarek i stwierdza, że jednak nie zdąży się
przebrać. Jakoś opędzi ten dzień we wczorajszych ciuchach. Wrzuciła już
do torebki dezodorant i kosmetyki do makijażu. Wkłada do niej jeszcze
czyste majtki i odnotowuje w myślach, by nie zapomnieć nadać listu.
Grayson powinien był się nauczyć, że z Florence Tapper lepiej nie
zadzierać.
4
Paulina czyta wysłany nocą mail. Żałuje, że go napisała. Zrobiła to
dopiero za trzecim razem, wcześniej dwukrotnie kasowała tekst i usuwała
list ze skrzynki z wersjami roboczymi. Aż w końcu, tuż po drugiej w nocy, udało jej się sklecić coś, co jako tako ją zadowalało. Dobrała
słowa tak, by nie powiedzieć ani za dużo, ani za mało.
A przynajmniej tak uważała wtedy.
Lecz teraz, pięć godzin później, nie jest już taka pewna. Powinna padać
z nóg, bo nie zmrużyła oka przez całą noc, ale ten cholerny mail
zaprzątał jej myśli jak chmara bzyczących komarów i nie mogła się od
nich opędzić. Gdyby ktoś inny poprosił ją o nawiązanie kontaktu z całkiem obcą osobą w podobnych okolicznościach, z pewnością by odmówiła.
Ale mama zawsze przychodziła jej z pomocą. Nieważne, czy Paulinie
dokuczał jakiś dzieciak w szkole, czy uwziął się na nią trener
siatkówki, mama zawsze trzymała jej stronę, gotowa rozszarpać
nieprzyjaciela. Stawała do walki nawet po tym, jak jej się pogorszyło.
Nikt nie miał prawa krzywdzić jej córki.
Paulina miała więc świadomość, że musi to dla niej zrobić. Mama ciężko
chorowała przez rok, a dwa miesiące temu, tuż po jej śmierci, Paulina
znalazła list. Leżał w szufladzie i był zaadresowany do niej. Na
kopercie widniał napis: "Otwórz po mojej śmierci". Mama nie wspomniała o nim, kiedy jeszcze żyła. W pierwszej chwili Paulina pomyślała, że chodzi
o jakąś zmianę w testamencie, lecz nie mogła się bardziej pomylić.
Owszem, list zawierał pewien rodzaj spadku, ale bynajmniej nie to, czego
Paulina oczekiwała.
Mama prosiła w nim, by Paulina skontaktowała się z niejakim Davidem
Lundem z Vallentuny.
Nie podała jednak żadnych szczegółowych instrukcji.
Paulina wrzuciła więc hasło David Lund, Vallentuna do wyszukiwarek
adresów hitta.se i eniro.se, i uzyskała jedno trafienie.
Założyła więc, że to właściwa osoba. David Lund zdecydował się jednak
nie podawać numeru telefonu, poznała więc tylko adres pocztowy.
Googlowała więc dalej, aż namierzyła firmę, w której pracował, i na
szczęście na jej stronie widniały adresy mailowe pracowników. Paulina
uważała, że na początek lepiej wysłać list niż zadzwonić. Bo jak miałaby
mu na dzień dobry powiedzieć coś, co brzmiało jak kompletne brednie?
Lecz nawet sformułowanie maila zajęło jej aż trzy próby. Skoro jednak
zdecydowała się na taką formę kontaktu, teraz musiała zaczekać na
odpowiedź.
Znała już na pamięć list pozostawiony jej przez mamę. Mimo to podnosi go
ze stolika przed kanapą i czyta jeszcze raz. Ostatni akapit
kilkakrotnie.
Proszę Cię, żebyś uważała. Musisz się liczyć z tym, że oni wiedzą, kim
jesteś. Jeśli odkryją, że rozmawiałaś z Davidem Lundem, a wiedz, że ci
mężczyźni potrafią ustalać takie rzeczy, zrozumieją, że o wszystkim
wiesz. Musisz być od nich szybsza. Będą próbowali Cię dopaść.
Żadnych nazwisk. Żadnego konkretu, na kogo powinna uważać. W praktyce oznaczało to, że od tamtej chwili Paulina musiała się mieć na baczności przed każdą napotkaną osobą. Napisała Davidowi, że coś wie. Pytanie brzmi, kto jeszcze dysponuje tą samą wiedzą. I kto będzie miał na nią oko. Albo już ją obserwuje.
Zakleiła kamerkę laptopa maleńką karteczką, lecz nie jest pewna, czy to
wystarczy. Istnieją inne sposoby na śledzenie ludzi. Isobel, jej
najlepsza przyjaciółka, uważa, że Paulina ma skłonność do
dramatyzowania. I zapewne ma rację.
Ale to nie oznacza, że nikt Pauliny nie obserwuje.
Wygląda przez okno i patrzy na rzekę ludzi śpieszących do pracy czy
szkoły. Zaczął się już poranny ruch. Wszyscy dokądś zmierzają. Wzrok
Pauliny zatrzymuje się na mężczyźnie w szarym płaszczu, idącym o wiele
wolniej niż reszta przechodniów. Kiedy nieznajomy mija jej kamienicę,
zadziera głowę i spogląda w górę. Jakby czegoś szukał.
Paulina robi odruchowo krok w tył.
O cholera.
Nie powinna była wysyłać tego maila. Nie może oprzeć się wrażeniu, że
poruszyła lawinę. Wielką i bardzo, ale to bardzo niebezpieczną. I nie da
się jej już zatrzymać.
5
Kreskin posyła Davidowi spojrzenie tak pełne udawanego cierpienia, że
David parska śmiechem. Wielkie oczy należą do szarego buldoga
francuskiego z białą plamą na brzuchu -?stworzenia, którego życiowym
celem jest ściąganie na siebie niepodzielnej uwagi swojego pana. David
zwykle nie uchyla się przed tym obowiązkiem, ale w tej chwili siedzi
przy stole w kuchni, popija poranną kawę i mnie w palcach karteczkę
złożoną na pół. Czekała na niego na blacie, gdy
się obudził.
Jego imię zapisano na wierzchu brązowym atramentem. Dziwny kolor, choć
wyjątkowo elegancki. Karteczkę musiała zostawić Florence. Na co dzień
kontaktują się przez apkę w telefonie, Florence mogła jej użyć, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiła. Poświęciła czas na sporządzenie
odręcznej notatki. Podoba mu się to. Ale dlaczego akurat dziś? Nie
mogła
wiedzieć, że to szczególna okazja. A może niechcący wczoraj o tym
wspomniał?
Kreskin stoi na tylnych łapkach, opiera przednie na udzie Davida i ma
wyraźnie niezadowoloną minę. David ujmuje karteczkę obiema dłońmi, jakby
trzymał wielki skarb, po czym ją otwiera. Widnieją na niej tylko trzy
słowa:
Gdybyś mnie potrzebował.
Potem jest rząd cyfr. David odczytuje numer telefonu psu, lecz na
zwierzaku nie robi to większego wrażenia.
-?Nie możesz się gniewać o to, że nie wiedziała, jaki dziś dzień -?mówi
do siebie. -?Florence jest poważaną adwokatką. Jej czas kosztuje mnóstwo
pieniędzy i nie może go marnować na byle kogo. Takiej kobiecie jak ona
nie przyszłoby do głowy, żeby podawać numer telefonu zwykłemu
śmiertelnikowi. A mimo to...
A mimo to David właśnie na niego patrzy. Ma go w dłoni. Numer Florence,
tej samej, która go uspokajała, kiedy nocą dopadł go niepokój. I która
nie powiedziała "To na razie", wychodząc z jego mieszkania.
Gdybyś mnie potrzebował.
Kreskin wydaje krótki szczek i znów patrzy na Davida tak, jakby chciało
mu się sikać w takim samym stopniu, w jakim poczuł się zlekceważony.
-?Chcesz iść na spacer? -?pyta go David, odkładając kartkę.
Pies zaczyna skakać, obijając się o ściany jak gumowa piłka, która
nałykała się ecstasy, a jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą tak pełne
cierpienia, nabiera teraz wyrazu niepozostawiającego wątpliwości, że
jeśli David nie wyprowadzi go za
pół minuty, poduszki na kanapie w salonie zostaną tylko wspomnieniem.
-?Daj mi się ubrać -?rzuca do Kreskina. -?Nie chcemy napędzić stracha
jakimś dzieciom.
Jako programista David może pozwolić sobie na luksus pracy
z domu przez większość dni w tygodniu. Dzięki temu Kreskin może czasem
zażywać wyjątkowo długich spacerów. Oznacza to również, że David spędza
długie godziny w szlafroku. Kreskin nagle się zatrzymuje i znów wydaje
podenerwowane szczeknięcie. Potem pędzi do przedpokoju i po chwili wraca
ze smyczą w pysku, by przyśpieszyć procedurę wyjścia, ale
David dopiero wchodzi do sypialni, gdzie wkłada spodnie i podkoszulek.
Słyszał, jak Florence bierze prysznic o piątej rano, zanim sobie poszła,
ale sam wciąż czuje się lepki po nocnym koszmarze.
Kiedy wychodzi do przedpokoju, Kreskin czeka ze smyczą
w zębach. David otwiera drzwi, pozwalając, by jesienny wiatr owionął mu
twarz. Pies wypada na trawnik z impetem kuli armatniej. Telefon dzwoni
dokładnie w chwili, gdy David przekręca klucz w drzwiach. Wkłada do uszu
słuchawki i rusza w stronę Vallentuna Centrum.
-?Tak, słucham? -?mówi.
-?Cześć, Davidzie, mówi Ellen.
David milczy przez kilka sekund. Spodziewał się jej telefonu.
Mimo to jej głos lekko nim wstrząsa. Robi głęboki wdech.
-?Cześć, Ellen -?odpowiada, siląc się na pewny ton.
Jego matka nigdy sobie nie życzyła, by nazywał ją "mamą". Odkąd David
sięga pamięcią, zwracał się do niej po imieniu. "Jestem osobą, nie
funkcją", wyjaśniła mu przy jakiejś okazji. To jedno z jego
najwcześniejszych wspomnień. Tamtego dnia właśnie poszedł do siódmej
klasy.
-?Wszystkiego najlepszego -?rzuca Ellen do słuchawki. -?Minął kolejny
rok.
-?Dziękuję.
Znów zapada cisza. Kreskin ciągnie smycz, więc David zwiększa tempo.
Zerka na zegarek. Jest tuż po ósmej. Właśnie otwarto cukiernię.
-?Coś jeszcze? -?dodaje po chwili. -?Chcesz wiedzieć, co robiłem od ostatnich urodzin, co słychać w pracy i tak dalej? -?Po co miałabym o to pytać? -?rzuca w odpowiedzi jego matka.
W jej głosie słychać autentyczne zdziwienie. David nie wie, skąd mu
przyszło do głowy, że tym razem będzie inaczej.
Odkąd pamięta, ich relacja ograniczała się do wymieniania nic
nieznaczących uprzejmości i już dawno się nauczył, jak nie dać się
zranić jej niezdolnością do wyrażania ciepłych uczuć czy choćby
zainteresowania nie tylko względem jego osoby, ale też wszystkich innych
ludzi. Mimo to nie potrafi zagłuszyć w sobie marzenia, że któregoś dnia
to się zmieni. Że matka zadzwoni i powie: "Cześć, Davidzie, tu mama,
kocham cię, synku". Równie dobrze mógłby marzyć o pokoju na Ziemi albo
jednorożcach. Nie ma wątpliwości, że matka powinna udać się do
specjalisty po diagnozę i poddać się terapii. Przez chwilę rozważa, czy
nie wspomnieć jej o mailu otrzymanym w środku nocy, bo najwyraźniej ktoś
ma ochotę omówić z nim sprawy osobiste. Dochodzi jednak do wniosku, że
jego matki nie obejdzie również to.
-?Tak po prostu, bez powodu -?odpowiada. -?Dzięki za telefon.
Kilka minut później on i Kreskin wchodzą do Vallentuna Konditori. W cukierni unosi się smakowity zapach świeżych wypieków pyszniących się za
szklaną ladą. Kilkoro emerytów -?ranne ptaszki -?rozsiadło się już przy
stolikach z kubkami kawy, ale oprócz nich w lokalu jest tylko on i jego
pies.
-?Poproszę jedną z tych babeczek z czekoladą i różową posypką -?mówi
David do kobiety za ladą, pokazując palcem na ciasto zawierające
przydział cukru, który powinien wystarczyć mu na rok. -?Dziś są moje
urodziny -?dodaje.
6
Florence przystaje na moment na klatce schodowej kamienicy na
Linnégatan, nim naciska klamkę drzwi kancelarii. Na mosiężnej tabliczce
widnieje nazwa "Tapper, Alho & Siöö". Przesuwa palcami po
nazwiskach, dotyka opuszkami wgłębień liter i napomina się w myślach, że
powinna być wdzięczna za to, co ma, i pamiętać, że nic nigdy nie jest
dane raz na zawsze. Dostała tę tabliczkę w prezencie od rodzeństwa. Być
może siostry i brat nie rozumieją jej życiowych wyborów, ale w decydujących sprawach zawsze wspierają ją w stu procentach. Nie
brakowało takich, którzy uśmiechali się z drwiną, kiedy otwierała własną
firmę. W dodatku nie wszyscy robili to za jej plecami. Zaskakująco wiele
osób, które do tamtej pory uznawała za dobrych kolegów z branży,
otwarcie wyraziło
swoje niezadowolenie. Niektórzy wręcz z niej szydzili.
Widocznie nie pasowało im, że Florence nie jest ani trochę
zainteresowana grą w golfa, nie ma humidoru na cygara i -?co najgorsze -
nie jest mężczyzną. Wielu oczekiwało, że zrekompensuje te oczywiste
niedociągnięcia, biorąc sobie dwóch kompetentnych wspólników -?ma się
rozumieć, mężczyzn. Szok, jaki wywołała, wybierając na partnerki
kobiety, a potem, jakby tego było mało, podbierając klientów kilku dużym
kancelariom, wciąż nie przeminął i odbijał się echem w całym prawniczym
światku. Florence była gotowa przyjąć to na klatę. Nie spodziewała się
jednak, że największym krytykiem jej poczynań okaże się własny mąż.
Początkowo próbowała sobie wmówić, że niezadowolenie Graysona brało się
z braku pewności siebie z jego strony, i była nawet zdania, że to
urocze. Dziś nie mieściło jej się w głowie, jak dalece człowiek jest
skłonny okłamywać samego siebie, by uratować
związek.
Poleruje tabliczkę rękawem żakietu. To jej własność, długo o nią
walczyła. Jeśli komuś się nie podoba, niech idzie do diabła. Otwiera
drzwi i wchodzi do środka.
W holu skinieniem głowy wita się z praktykantką o imieniu Jennifer.
Dziewczyna idzie korytarzem i spogląda na Florence wzrokiem nieco
zagonionym, ale i pełnym dumy. Tak powinno być. W następnej chwili
Florence zderza się z nadchodzącą z drugiej strony Anną Alho i prawie
upuszcza na podłogę pudełko z lunchem. Anna ma lekką zadyszkę, a z jej
perfekcyjnej na co dzień fryzury wymknęło się pasemko włosów.
-?Ależ ci śpieszno -?stwierdza Florence z uśmiechem.
-?Przeciągnęło się spotkanie na zoomie z Londynem, ranne ptaszki z tych
Brytyjczyków, jestem już spóźniona na inną naradę online i...
Anna milknie i mierzy Florence spojrzeniem od stóp do głów. Zatrzymuje
wzrok na lekko wymiętej bluzce pod żakietem prawniczki.
-?Ktoś tu zarwał noc -?komentuje z tym swoim, najpiękniejszym, zdaniem
Florence, fińskim akcentem. -?Mam w swoim gabinecie parownicę, jeśli
chcesz poprawić to i owo.
Jamela Siöö, trzecia wspólniczka, wychyla się przez drzwi jednego z pokoi z telefonem przy uchu. Unosi brwi i pokazuje Florence wystawiony w górę kciuk. Florence wybucha śmiechem. Wie, że gdyby kiedykolwiek
nabrała wątpliwości, czy jej firma powinna działać w taki sposób,
wystarczy jedno spotkanie z Anną i Jamelą, i wszystko natychmiast wróci
na właściwy tor. Faceci niech idą do diabła. Świetnie poradzi sobie bez
nich.
-?Dzięki -?rzuca do Anny. -?Nie mam dziś żadnego spotkania.
-?Może nie w realu -?odpowiada Anna. -?Ale to twoja kolej, żeby zrobić
relację na żywo na Instagramie.
Florence przewraca oczami. Zupełnie o tym zapomniała. Raz w tygodniu
urządzają sesję pytań i odpowiedzi, i praktyka ta cieszy się
popularnością, jakiej się nie spodziewały. Studenci, a nawet koledzy po
fachu zadają mnóstwo pytań. I akurat dziś relację ma poprowadzić
Florence.
-?Kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby nasza kancelaria działała
również w mediach społecznościowych? -?pyta z westchnieniem.
-?Ty -?odpowiada Anna z szerokim uśmiechem. -?Ustaw kamerkę nieco dalej.
Dobrze, że nie umówiłaś żadnych innych spotkań.
-?A propos spotkań, nie śpieszysz się na jakieś?
Anna wytrzeszcza oczy, mamrocze pod nosem jakieś przekleństwo, po czym
odchodzi i znika za drzwiami swojego gabinetu. Florence rusza do kuchni
po kawę, kiedy telefon sygnalizuje piknięciem, że odebrał wiadomość.
Philomene postanowiła jej przypomnieć, że w niedzielę jest przyjęcie z okazji
dziesiątych urodzin Adama. Jakby Florence mogła o tym zapomnieć. Nigdy w życiu. Uwielbia swojego siostrzeńca. Ale nie mieści jej się w głowie, że
chłopak ma już dziesięć lat. Gdzie się podział ten czas? Prezent jest
już zapakowany i czeka na przekazanie w ręce najbardziej czarującego
dzieciaka, jakiego Florence spotkała w całym życiu.
Po drodze do kuchni kładzie kopertę zaadresowaną do Graysona na kupce wychodzącej poczty.
7
Dokładnie w chwili, w której David płaci za babeczkę, przychodzi
wiadomość od Sakury.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Wpadnij do mnie. Praca nie
ucierpi, jeśli w urodziny wypijesz kawę z najlepszą przyjaciółką.
David uśmiecha się pod nosem. Pamiętała. Sakura była pierwszą osobą,
jaką poznał po przeprowadzce ze Sm?landii. Choć czasem nawet z najstarszymi stażem przyjaciółmi nie ma się kontaktów tak częstych, jak
by się chciało, niezależnie od tego, jak blisko mieszkają. Z Sakurą nie
widział się już chyba
od miesiąca. Niedawno została mamą i ma mnóstwo na głowie. Ale cieszy go
fakt, że o nim nie zapomniała.
-?Niech pani zapakuje jeszcze jedną -?mówi do młodej kobiety za ladą. -
Albo... w sumie trzy. Jak szaleć, to szaleć. Proszę je na wynos.
Roy ma dopiero pięć miesięcy, ale David uznał, że jemu też należy się
babeczka. Urodziny to urodziny. Odbiera pudełko z wypiekami i wychodzi
na zimne poranne powietrze.
-?Idziemy do Sakury -?mówi do Kreskina. -?To kawałek stąd. Dasz radę?
Na brzmienie imienia Sakury Kreskin parska i jeszcze mocniej pociąga za
smycz. Gdyby mógł wybierać, rzuciłby dla niej Davida bez mrugnięcia
okiem.
-?Ty sprzedajny sierściuchu -?mamrocze David, a mijająca go para
emerytów posyła mu zdziwione spojrzenia.
Przez ułamek sekundy Kreskin ma zawstydzoną minę, a potem znów szarpie
smycz.
Sakura mieszka w niebieskim drewnianym domu w dzielnicy, gdzie większość
trawników zajmują trampoliny i baseny.
Jednak jej obejście było od początku o wiele ciekawsze, bo urządziła w nim prawdziwy japoński ogród. David podejrzewa, że starannie ułożone
kamyki i ozdoby prędko zmienią miejsca, kiedy Roy trochę podrośnie i zacznie się przemieszczać o własnych siłach. Mija dobra chwila, nim
Sakura otwiera drzwi.
-?Oj, ale się postarzałeś -?rzuca ze śmiechem. -?Może lepiej wejdź i usiądź. Kreskin, twoja zabawka leży pod kanapą.
-?Ciebie też miło widzieć -?odpowiada David, przekraczając próg.
Wprawnym ruchem chwyta w biegu Kreskina, pędzącego już w stronę kanapy,
podnosi go, wyciera mu łapy ręcznikiem podanym przez Sakurę, a potem
puszcza wolno.
-?Miałam tort niespodziankę -?oznajmia Sakura. -?Nie uwierzyłbyś, ile
można zrobić, kiedy nie śpi się po nocach.
Uśmiecha się, ale David dostrzega wyraźne cienie pod jej oczami.
-?Miałaś? -?pyta.
-?Miałam, ale postawiłam go w odległości metra od Roya. Na szczęście
śmietana jest dobra dla skóry, przynajmniej tak słyszałam. Wyszłam na
chwilę, żeby choć raz włożyć coś innego
iż szlafrok, a on zdążył w tym czasie wysmarować się od stóp do głów.
Teraz śpi. Zasnął w tej samej sekundzie, w której zadzwoniłeś do drzwi.
-?Na szczęście mam coś w rezerwie -?mówi David, unosząc pudełko z babeczkami.
Odnotowuje przy okazji, że Sakura wciąż ma na sobie szlafrok.
-?Liv jest w pracy -?mówi, jakby odpowiadała na niezadane jeszcze przez
Davida pytanie. -?Wraca dopiero jutro. Ale w sumie co to za różnica.
Związek Sakury i Liv był ostatnimi czasy burzliwy, ale
David myślał, że relacje między nimi się uspokoją, kiedy pojawi się
dziecko. Stało się na odwrót. Roy nie okazał się spoiwem. Sakura i Liv
mają całkiem odmienne poglądy na temat wychowywania dzieci i obie
wykazują się przy tym dużą stanowczością.
David przechodzi do kuchni i nalewa Kreskinowi miskę
wody. Kiedy wraca do salonu, buldog leży na dywanie z uszczęśliwioną
miną i z zapałem gryzie zabawkę. Sakura czeka z przezroczystym dzbankiem
herbaty. Jej filiżanka jest już pełna parującego płynu. Kiedy jej
rodzina przeprowadziła się do Szwecji, nie przywiozła ze sobą żadnej ze
swoich tradycji -?oprócz tej. David nie zna nikogo innego, kto piłby
tyle herbaty, co Sakura.
-?Co słychać u twoich rodziców? -?pyta ją, kładąc na stoliku
pudełko z wypiekami.
Otwiera je i podaje Sakurze babeczkę. Przyjaciółka przygląda się
podejrzliwie różowej posypce, ale w końcu odgryza kęs.
-?Ech, wiesz, jacy oni są -?odpowiada z pełnymi ustami. -?Prędzej poodgryzają sobie ręce, niż przyznają, że się starzeją. -?Czyli wciąż chodzą na jogę i jeżdżą na wycieczki golfowe do Peru? -
wypytuje dalej David, siadając na kanapie.
Dmucha na gorącą wodę, w której leży ususzony kwiat zwinięty w kulkę.
Wie, że musi on rozwinąć wszystkie płatki, by w pełni oddać jaśminowy
aromat. David ma czas. Lubi siedzieć w pogrążonym w chaosie salonie
Sakury.
-?A ty, co zamierzasz robić na emeryturze? -?pyta przyjaciółka. -
Właśnie skończyłeś trzydzieści pięć lat, więc najwyższa pora, żeby o tym
pomyśleć.
-?Ha, ha.
Sakura odkłada babeczkę na stolik i wyciąga zza pleców
zapakowany prezent.
-?Wszystkiego najlepszego, stary człowieku -?mówi.
David przyjmuje pudełko i lekko nim potrząsa. Słyszy znajomy chrzęst.
-?Niech zgadnę -?rzuca z uśmiechem. -?Nowa układanka. -?Przecież mówię, że musisz sobie znaleźć jakieś zajęcie na emeryturę.
Wiesz w ogóle, ile lat się już znamy?
-?Od liceum -?odpowiada David, odpakowując podarek. -?Czyli od... Jezusie...
dziewiętnastu lat.
W pudełku rzeczywiście są puzzle. Na wieczku pudełka widnieje plakat
reklamujący film 2001: Odyseja kosmiczna. Czasem uderza go myśl, jak
dobrze ta dziewczyna go zna.
-?Od dziewiętnastu lat -?powtarza Sakura. -?Wiesz, jak bardzo cię lubię,
wybacz więc, że pytam o to wprost, ale czy jesteś... czy jesteś
szczęśliwy?
-?Jasne, że tak. Przecież to moje urodziny -?odpowiada
David, prezentując babeczkę, jakby wznosił toast.
Zdaje sobie sprawę, że Sakura nie pozwoli mu się wymigać od odpowiedzi.
Właśnie za to ją kocha. Przyjaciółka nie znosi
pozoranctwa.
-?Czasem mam wrażenie, że wiodę nudne życie przeciętnego Szweda -
odpowiada. -?Wiesz, o czym mówię. Po skończeniu liceum studiowałem przez
chwilę filozofię, potem zdecydowałem się zostać programistą. Dostałem
pracę, kupiłem mieszkanie w szeregówce. Jakoś samo tak wyszło. Ale
czasem czuję, że... że życie toczy się gdzieś indziej. I że mnie omija.
Ale pewnie wszyscy tak mają.
-?Moim zdaniem nie tyle liczy się samo to, co się robi, tylko z kim się
to robi -?mówi Sakura z namysłem.
-?Wiesz, że próbowałem -?dodaje David. -?Pamiętasz Annę? Świetna
dziewczyna, szkoda tylko, że zapomniała wspomnieć, że ma męża. -?Po tej
katastrofie David schował się w skorupie na cały rok. -?Poza tym mam
ciebie i Antona. Wystarczacie mi.
-?Historia z Anną była dwa lata temu -?zauważa Sakura. -?Od tamtego
czasu nie byłeś w żadnym związku... nie licząc Signe.
-?O tej katastrofie wolałbym nie rozmawiać -?ucina David.
-?Właśnie o tym mówię. Słyszałeś, że trzeba żyć chwilą, tu i teraz? Może widziałeś te słowa wyszyte na jakiejś makatce? Sakura nagle nieruchomieje, nasłuchuje przez chwilę, po czym znów się
rozluźnia.
-?Przykro mi, ale Roy chyba się obudził -?mówi. -?Może dobrze by ci
zrobiło, gdybyś też sprawił sobie taką niedającą żyć pociechę?
-?Dzięki za prezent i niedoszły tort. A tak na marginesie, czy herbata z kwiatków to aby nie chiński wynalazek? -?pyta
David, zaglądając do swojej szklanki. -?Chyba nie japoński? O ile dobrze
widzę, to Bai He Xian Zi, Kwitnąca Niebiańska Lilia?
-?Po pierwsze, masz minus za to, że taki z ciebie snob -?odpowiada
Sakura. -?Po drugie, nie zmieniaj tematu. Wciąż rozmawiamy o twoim życiu
uczuciowym. O ile jakieś masz.
David odgryza kęs babeczki. Ciasto rośnie mu w ustach. Żałuje, że nie
kupił czegoś innego.
-?Cieszę się, że ty i Kreskin jeszcze ze mną wytrzymujecie -?mówi. -?Jak
tam sprawy z Liv?
Sakura wzdycha i zagląda do swojej szklanki.
-?Touché.
David nigdy nie był dobry w odczytywaniu nastrojów z wyrazu twarzy, ale
tym razem nie musi nawet spoglądać przyjaciółce w oczy, by wiedzieć, że
jest wykończona.
-?Niewiele się pomyliłeś -?dodaje Sakura po krótkiej chwili. -?To
Shuang Long Xi Zhu. Ma trochę mniej kwiatowy aromat.
8
Florence stoi w kuchni w kancelarii i wkłada nowy filtr do ekspresu
Moccamaster. Mają też, rzecz jasna, ekspres ciśnieniowy Sage, bo
istnieje niepisane prawo nakazujące, by znajdował się on w każdej
kancelarii, ale nikt w firmie Florence nie ma siły go obsługiwać, chyba
że zjawia się klient o wyjątkowych wymaganiach dotyczących kawy.
Florence właśnie zakończyła przedpołudniową relację na Instagramie. Tak
naprawdę Jennifer powinna pilnować, by w kuchni nigdy nie zabrakło
świeżej kawy, ale asystentka Florence ma obecnie trochę za dużo na
głowie. Poza tym Florence chętnie zajmuje się takimi rzeczami, jeśli
zachodzi potrzeba. Cały miniony weekend poświęciła na przygotowywanie
się do dużej sprawy o odszkodowanie. Wie, że jeśli się spisze, jej
klient zapłaci drugiej stronie o wiele milionów mniej. Ale ta sprawa
pochłania ją już od trzech miesięcy. Cieszą ją więc te dwie minuty
wytchnienia, kiedy ma okazję zmienić filtr i nasypać kawy do ekspresu.
Nagle słyszy Annę wołającą ją śpiewnym fińskim akcentem z któregoś z odległych pokoi.
-?Florence, darling, przyniosłabyś mi segregator z szablonami umów?
Florence zastyga z palcem wskazującym na włączniku ekspresu. Darling.
To jedno z wielu słów-szyfrów, jakimi ona i koleżanki posługują się w kancelarii, kiedy coś idzie nie tak. Mają oczywiście elektroniczny
system bezpieczeństwa, ale wychodzą z założenia, że lepiej dmuchać na
zimne. Czasem w którymś z gabinetów dzieje się coś, o czym należy
natychmiast powiadomić współpracowniczki. Opracowały więc specjalny kod
złożony ze zwrotów, których nie użyłyby w żadnych innych
okolicznościach.
Kiedy któraś z nich zwraca się do koleżanki per darling, oznacza to,
że potrzebuje pomocy w pozbyciu się męczącego klienta, nieproszonego
gościa lub kogoś, kto zachowuje się niestosownie. Albo szuka pretekstu,
by zakończyć przedłużające się spotkanie. I niestety to zwrot, którego
muszą używać częściej, niż by chciały. Tak czy inaczej, łatwiej jest
skłonić do wyjścia klienta którejś z koleżanek niż własnego.
Gdy zagrożenie jest wyjątkowo duże, stosują prefiks "super". Są
dorosłymi, poważnymi ludźmi i w żadnych innych okolicznościach nie
zwróciłyby się do kogoś przez superdarling. Do tej pory, na szczęście,
żadna z nich nie musiała się do tego uciec. Florence nie ma więc
wątpliwości, że Anna potrzebuje jej pomocy. Superpilnie czy nie.
Florence wciska guzik ekspresu i wychodząc z kuchni, zaczyna mówić:
-?Policja przyjdzie wcześniej, żeby przedyskutować ten przypadek
molestowania -?mówi głośno, wpadając do gabinetu Anny, zgarnąwszy w korytarzu jakiś segregator w roli rekwizytu. -?Chcą się z nami spotkać
dosłownie za moment, jeśli tylko... ojej, przepraszam, nie wiedziałam, że
masz spotkanie.
Staje tuż za progiem i sili się na minę mającą dowieść, że strasznie jej
przykro z powodu tego wtargnięcia. Anna jest zwrócona plecami do okna, a przed nią stoi Carl Tjäder. Anna reprezentuje jego ojca i Carl z jakiegoś powodu wbił sobie do głowy, że tym samym odgrywa ona rolę
adwokata całej rodziny. Już kilkakrotnie próbował ją zaprosić na drinka.
A teraz trzyma dłoń na jej ramieniu. Lecz kiedy dostrzega Florence,
prędko zabiera rękę i cofa się o krok.
-?Cześć, Carl -?rzuca Florence z maksymalnie chłodnym uśmiechem. -?Co
słychać u taty?
-?Świetnie, dziękuję -?odpowiada Carl i odwzajemnia uśmiech. -?Właśnie
omawiałem z Anną ewentualną nową sprawę, ale wygląda na to, że macie za
dużo na głowie.
-?Jeśli chcesz, zawołam Jamelę -?proponuje Florence. -?Ja niestety też
nie dam teraz rady.
-?Nie trzeba, dziękuję. Wpadłem przy okazji, bo miałem po drodze -
tłumaczy Carl, przekrzywiając głowę tak, że chrupie mu w szyi. -?Mówisz,
że macie spotkanie z policją?
-?No właśnie. I niestety jesteśmy już spóźnione -?rzuca Anna z ulgą w głosie. -?Dzięki, że przyniosłaś materiały, Florence.
-?W takim razie zobaczymy się kiedy indziej, ma fleur - mówi Carl i w ukłonach wycofuje się z pokoju. -?Kiedy będziesz miała więcej czasu.
Florence zagryza dolną wargę, by nie parsknąć śmiechem. Ale gdy tylko
drzwi kancelarii zatrzaskują się za Carlem, obie zaczynają rechotać.
-?Ma fleur? -?powtarza Florence. -?Ile on ma lat? Sto?
-?Jakieś czterdzieści dwa -?odpowiada rozbawiona Anna. -?Dzięki za
ratunek. Chociaż żałuję, że nie potrafię sama pokazać mu drzwi. Przez
dwadzieścia minut próbowałam zakończyć to spotkanie.
Kiedy się śmieje, jej fiński akcent robi się jeszcze śpiewniejszy.
-?Czasem łatwiej jest poprosić kogoś innego, żeby odegrał rolę złego
gliniarza -?mówi Florence, wzruszając ramionami. -?Dzięki temu nie
cierpi na tym twoja relacja z klientem. Ale masz rację, niefajnie, że
musimy się uciekać do takich zagrań. Cóż, niektórzy myślą po prostu
trochę wolniej niż inni, ma fleur.
-?Niektórzy faceci na pewno -?dodaje Anna i kiwa głową. Florence wie, do czego pije jej wspólniczka. Pół roku temu, w czasie gdy
ona i Grayson decydowali się na separację, on sypiał już z innymi
kobietami. Widocznie potrzebował tuzina blondynek, by sobie udowodnić,
że jest mężczyzną. Jego zdaniem Florence zrobiła się "oziębła i odległa". Cóż, najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że jego problemy z zaakceptowaniem jej sukcesów zawodowych mogły mieć jakiś wpływ na to, że
przestała tęsknić za jego dotykiem. Wolałby, gdyby każdego wieczoru
czekała na niego w domu z gorącą kolacją, ubrana w sam fartuszek.
-?Wiesz, na co Carl próbował mnie wyciągnąć tym razem? -?rzuca Anna.
-?Chyba wolę nie wiedzieć -?odpowiada Florence, wystawiając w górę palec
wskazujący. -?Nie chcę śnić koszmarów o Carlu sączącym drink o jakiejś
fikuśnej nazwie, na przykład Orgazm.
-?To coś o wiele gorszego -?mówi Anna z nagłą powagą. -?Zaproponował,
żebyśmy wyskoczyli na Sex on the Beach.
Florence spogląda z przerażeniem na wspólniczkę. Zaraz po tym obie znów
wybuchają śmiechem.
9
Po powrocie od Sakury Kreskin dostaje jedzenie. I podczas gdy buldog
zajada, David wkłada prezent od przyjaciółki do szafki
w przedpokoju. Potem idzie po laptopa, przechodzi z nim do kuchni i otwiera pocztę. Karteczka od Florence wciąż leży na stole. David kasuje
trochę spamu, czyta pytania nadesłane od kolegów, a potem sprawdza, co
ma do zrobienia. Kreskin trąca łapą miskę, wyraźnie niezadowolony z wielkości porcji.
-?Przykro mi, stary -?mówi do niego David. -?Dostajesz tyle i ani trochę
więcej. Pamiętasz, co ostatnio powiedziała Louise? Na ostatniej wizycie
ledwo mogła wymacać ci żebra.
Na dźwięk imienia weterynarki Kreskin strzyże uszami i jednocześnie
spogląda nieszczęśliwym wzrokiem. Prawda jest taka, że w ostatnim czasie
przybrał na wadze i Louise, jego drugi w kolejności za Sakurą ludzki
obiekt westchnień, orzekła, że jak dalej tak pójdzie, psiak dorobi się
problemów ze stawami, a w najgorszym razie nawet cukrzycy. David nie ma
pojęcia, co by zrobił, gdyby Kreskin też się rozchorował. Wystarczy, że
spotkało to Johana. Niepocieszony buldog zaczyna chłeptać wodę, a David
mógłby przysiąc, że specjalnie rozchlapuje jej więcej niż zwykle.
Uwielbia tego psa.
Gdy zagląda do skrzynki odbiorczej, przypomina sobie o mailu od Pauliny
Mentzer. Napisała, że chce porozmawiać o ich rodzicach. David prawie o tym zapomniał, bo przeczytał jej list przez sen. Ale teraz, w świetle
dnia, czuje się nim zaintrygowany. Przez chwilę kusi go, żeby zadzwonić
do matki i zapytać ją, czy zna tę kobietę. Ale już dzisiaj rozmawiali i nie
jest pewien, czy w ogóle by odebrała. Statuetka z napisem "Matka Roku"
nigdy nie trafi w ręce Ellen Lund. Poza tym jest prawie pewien, że nic
by mu nie powiedziała, nawet gdyby wiedziała, kim jest Paulina Mentzer.
Nie lubi osobistych pytań.
David ponownie odczytuje list.
Cześć, Davidzie,
ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Sm?landii. Chcę
się z Tobą skontaktować, żeby porozmawiać o tym, co spotkało Cię w dzieciństwie. Rozumiem, że to drażliwy temat, ale chodzi o naszych
rodziców i poproszono mnie, żebym się do Ciebie odezwała. Przepraszam,
że nie podaję więcej informacji, proponuję, żebyśmy porozmawiali przez
telefon. Poniżej znajdziesz mój numer. Podaj mi swój, jeśli wolisz,
żebym to ja zadzwoniła.
Nie pisałabym, gdyby to nie było ważne. Porozmawiajmy jak najszybciej.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Paulina Mentzer
Na dole rzeczywiście widnieje numer komórki. Za pierwszym razem David
czytał ten list w środku nocy i nie zapamiętał go dokładnie. Zrozumiał,
że chodzi o jego matkę. Tym razem jego uwagę przykuwa dobór słów:
ważne, drażliwy
temat, chodzi o naszych rodziców, jak najszybciej. David wie, że nie
jest to najlepsza z jego cech, ale lubi kontrolować sytuację. Dlatego
jest tak dobrym programistą. Nic nie pozostawia przypadkowi. Kiedy pisze
program, na bieżąco sprawdza wszystkie instrukcje warunkowe, żeby
później wszystko działało jak trzeba. List od Pauliny Mentzer składa się
tylko z kilku
zdań. Ale tyle w nim nieznanych zmiennych, że David nie wie, od czego
zacząć.
Kreskin zdążył już zrozumieć, że nie ściągnie na siebie uwagi swojego
pana, i kładzie się w koszyku, wydając westchnienie pełne dezaprobaty.
David nie ma zamiaru dzwonić do Pauliny Mentzer. Może ona w ogóle nie
istnieje? Jeśli wystuka jej numer, może się dodzwonić do jakiegoś bota,
który zassie jego numer i później będzie go zadręczało jakieś call
center z Wielkiej Brytanii. Pośpieszne wyszukiwanie jej numeru w sieci
nie daje żadnych rezultatów. To oznacza, że Paulina Mentzer go
zastrzegła. Albo że nie istnieje.
Ktokolwiek przysłał mu ten list, nie pomylił się, pisząc "nie znasz
mnie". I ten ktoś nie zna również jego, bo gdyby było inaczej,
wiedziałby, że David nie ma żadnych wspomnień z dzieciństwa. To pierwsze
łatwo zmienić -?David wrzuca w Google hasło "Paulina Mentzer" i uzyskuje
tylko kilka trafień. Większość kobiet o tym imieniu i nazwisku jest albo
znacząco starsza, albo młodsza od niego. Od razu je odrzuca, bo wydaje
mu się mało prawdopodobne, by ojciec którejś z nich znał się z jego
matką. Sprawdzenie kont w mediach społecznościowych i profili na
LinkedIn pozostałych osób zajmuje mu tylko kilka minut. Czuje się przy
tym jak stalker. Ale nie zaszkodzi być dokładnym. Poza tym i tak nikt go
nie widzi. Nie udaje mu się jednak ustalić, która Paulina Mentzer mogła
wysłać mu ten list. Żadna nie ma nic wspólnego ani z nim, ani z jego
rodziną.
Śmiech dobiegający z placu zabaw w parku skłania go do wyjrzenia przez okno kuchenne. Grupka dzieciaków w pelerynach przeciwdeszczowych obrzuca się piaskiem i błotem i śmieje
się przy tym do rozpuku. David jest ciekaw, czy on też robił takie rzeczy, kiedy był w ich wieku. Zapewne tak. Ale on i Johan już dawno porzucili próby dotarcia do jego wspomnień. Bo przecież David i tak żyje dniem dzisiejszym, a nie dzieciństwem. Jeszcze raz pobieżnie czyta list. Z jakiegoś powodu doszedł do wniosku,
że Paulina Mentzer to prawdziwa osoba. Spogląda
a zegarek. Najwyższa pora brać się do roboty. Po południu czeka go
zdalne spotkanie z całym teamem, powinien się do niego przygotować.
Odpisuje Paulinie Mentzer, że zadzwoni do niej jutro o dziesiątej przed
południem.
Obecnie pomaga pewnej platformie internetowej opracować system płatności
online. Konkretnie chodzi o coś w rodzaju prenumeraty powiązanej ze
sprzedażą win. Nie jest
to najciekawszy projekt, nad jakim przyszło mu pracować, ale zarazem
nienajnudniejszy. W dodatku zleceniodawca zaopatruje go w zestawy
degustacyjne, takie same, jakie wysyła do klientów rozważających zakup
większych ilości, ale chcących najpierw przetestować produkty w mniejszym gronie. Wypili
wczoraj z Florence jedną butelkę -?portugalskie czerwone wino z nowej
winnicy w regionie Vinho Verde. David nie zna się na winach, ale
smakowało o wiele lepiej niż te, które kupuje na własną rękę.
Choć nie skupiali się szczególnie na degustowaniu trunku. Kiedy Florence
przychodzi do Davida, trudno mu się skupić na czymś innym niż na niej.
Jest nie tylko wyjątkowo atrakcyjna -?ma najintensywniejsze niebieskie
oczy, jakie kiedykolwiek widział, a jej figura zapiera mu dech -?ale jej
wspaniała osobowość powaliła go na łopatki już na pierwszym spotkaniu.
Umówili się w Villa Källhagen na Djurg?rden, eleganckiej restauracji ze
stołami nakrytymi białymi obrusami. Początkowo David czuł się tam bardzo
nieswojo. Gdyby mógł wybierać, wolałby jakąś przytulną osiedlową
pizzerię. Jednak za sprawą Florence prędko zapomniał o dyskomforcie.
Śmiała się tak, że jej chichot odbijał się echem od ścian, i nie
interesowało jej, czy wypada to robić, czy nie. David odniósł wrażenie,
że ta kobieta niczego w życiu się nie boi. W przeciwieństwie do niego.
David uzmysławia sobie, że wpatruje się w ekran komputera i najpewniej
głupkowato się uśmiecha. Marszczy czoło. Skąd u niego te wszystkie
myśli? W umowie między nim a Florence chodzi właśnie o to, by nie
zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami. Gdyby wiedziała, co się roi w jego umyśle, nie zostawiłaby mu swojego numeru. Uznałaby, że jest
żałosny.
Gdybyś mnie potrzebował.
Niech to szlag.