Zwodnicze zmysły. Słuch. Tom 2 - Magda Stachula

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ciało kołysało się na wietrze. Delikatnie, niemal niedostrzegalnie, niczym wskazówka wahadła, w prawo, w lewo, odmierzając czas za oddalającym się bezpowrotnie życiem. Smukła sylwetka, ręce zwisające wzdłuż ciała, lekko zgięte w łokciach, jakby zatrzymane w niedokończonym geście. Ciemna dresowa bluza, co najmniej dwa rozmiary za duża, nasiąkła poranną wilgocią, co sprawiało wrażenie, że ciągnie martwą dziewczynę w dół. Szeroki kaptur opadał na plecy, odsłaniając kark, na którym zacisnęła się pętla. Modny krój jasnych spodni dżinsowych sięgających tuż nad kostki podkreślał jej długie, szczupłe nogi. Białe sneakersy, dawniej zapewne nieskazitelnie czyste, teraz były ubrudzone skrawkami suchych liści i śladami błota.

Długie włosy w chaotycznych podmuchach wiatru zakrywały twarz, by po chwili znów ją odsłonić. Skóra na policzkach była blada jak u porcelanowej lalki, w chłodnym świetle poranka kontrastowała z czerwoną linią warg, lekko rozchylonych, przesiąkniętych krzykiem bólu, rozpaczy, a może ulgi?

Ciało zwisało z jednego z metalowych przęseł chodnika trasy widokowej w kompleksie Brama w Gorce. Najdłuższa ścieżka w Europie, zawieszona wysoko nad ziemią, wśród koron drzew, codziennie przyciągała rzesze turystów. To miejsce odwiedzały rodziny z dziećmi, wycieczki szkolne, emeryci. Tadeusz Jóźwik też przychodził tutaj każdego dnia, zawsze pierwszy, jeszcze zanim obiekt otwierano dla zwiedzających. Był nie tylko miejscowym leśniczym, ale także miłośnikiem śpiewu ptaków, a na porannych samotnych spacerach wśród koron drzew mógł nagrywać swoje ulubione dźwięki. Melodyjny i miękki śpiew kosa, metaliczne świerkanie sikorki, srebrzysty niczym opadające krople rosy trel rudzika. Zamykał oczy i wyłapywał poszczególne odgłosy, a potem wyciągał lornetkę i wyszukiwał niezwykłych muzyków. Tym razem też miał taki plan, ale los wybrał inny scenariusz.

Gdy tylko mężczyzna wszedł wejściem służbowym na trasę ścieżki widokowej, poczuł, że jest jakoś inaczej. Coś tu się stało. Coś złego. Jeszcze nie wiedział co, ale miał pewność, że się nie myli. Ptaki były niespokojne. W ich zachowaniu dostrzegał popłoch i nerwowość, czasem zachowywały się tak tuż przed burzą, teraz jednak niebo było bezchmurne, poranna mgła powoli opadała, a niemrawe słońce wychylało się znad horyzontu, zapowiadając pogodny dzień. Mężczyzna szedł dobrze znaną mu trasą po zawieszonym wysoko nad ziemią drewnianym chodniku, deski były mokre i śliskie od rosy, ostrożnie stawiał każdy krok. Wyraźnie czuł, że coś jest nie tak. Badawczo rozglądał się na boki, a potem spojrzał w dół, na żółtoczerwone korony drzew. Jesienią góry były najpiękniejsze i mimo że mieszkał tu od wielu lat, za każdym razem zachwycał się tą grą barw. W oddali usłyszał przeciągły krzyk myszołowa, w rześkim powietrzu piskliwy dźwięk niósł się wysoko nad lasem. Tadeusz zatrzymał się i spojrzał w niebo, próbując odnaleźć na nim ptaka, gdy go nie zauważył, przeniósł wzrok niżej, i wtedy świat się zatrzymał. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, poślizgnął na mokrych deskach, w ostatniej chwili złapał się barierki, unikając upadku.

- Boże drogi - wyszeptał, przykładając dłoń do piersi.

Kilka metrów niżej, z biegnącego równolegle chodnika, zwisało ciało kobiety. Wiatr tańczył wśród jej włosów, odkrywając raz po raz bladą twarz. Leśniczy nie miał wątpliwości, kobieta nie żyła. Jeszcze do niedawna piękna dziewczyna, teraz stała się ciężarem, który ziemia próbowała bezskutecznie przyciągnąć do siebie. Znów usłyszał głos myszołowa, odpowiedziała mu chrypliwie orzechówka. Jej donośne skrzeczenie z wyraźną nutą szorstkości przypomniało, że las jest nie tylko piękną muzyką, ale i surową przestrzenią, a zwisające z przęsła ciało kobiety było jedynie tego dowodem.

Na metalowej poręczy, zaledwie kilkanaście centymetrów od twarzy dziewczyny, usiadł kruk. Wielki, o piórach tak czarnych, że wydawały się pochłaniać skąpe światło świtu.

- Posłaniec śmierci - wyszeptał leśniczy.

Ptak przechylił łeb, przyglądając się nieruchomej źrenicy martwej dziewczyny z niemal naukową ciekawością. Jóźwik wiedział, że w świecie przyrody godzina między piątą a szóstą rano to czas najintensywniejszego żerowania ptaków krukowatych, które budzą się o brzasku i ruszają na poszukiwania wysokobiałkowego pokarmu. Już objął zwłoki w posiadanie, pomyślał, i zanim zdążył zareagować, kruk poderwał się do lotu, w przeciwieństwie do niego nie wahał się ani sekundy. Obsydianowy dziób uderzył w kącik oka martwej kobiety, przebijając napiętą porcelanową skórę. Ruch był krótki, mechaniczny i przerażająco precyzyjny. Szarpnął gwałtownie, wyrywając fragment tkanki wraz z kawałkiem powieki. Galaretowata ciecz spłynęła po policzku dziewczyny, mieszając się z jej krwistoczerwoną szminką.

- Zostaw! Uciekaj! - wrzasnął leśniczy, uderzając z całych sił otwartą dłonią w barierkę.

Metalowy dźwięk poniósł się echem wśród koron drzew, wibrując pod stopami mężczyzny. Kruk odskoczył od twarzy ofiary, łopocząc ciężkimi skrzydłami. Przez ułamek sekundy wisiał w powietrzu, patrząc Jóźwikowi prosto w oczy, jakby chciał zapamiętać oblicze intruza, który przerwał mu ucztę. Potem z gardłowym krakaniem wzbił się wyżej i usiadł na czubku pobliskiego świerka.

Leśniczy zaczął nerwowo macać kieszenie, wyjął telefon z kurtki, poczuł, że ma mokre od potu ręce, obawiał się, że komórka wyślizgnie mu się z dłoni i spadnie w przepaść. Wybrał numer Waldemara Talarka, swojego wieloletniego przyjaciela, miejscowego komendanta policji.

- Czyś ty oszalał? - usłyszał z drugiej strony. - Chłopie, szóstej jeszcze nie ma.

- Waldek, znalazłem martwą kobietę - powiedział, nawet nie witając się z kolegą.

- Słucham? - Głos policjanta był nadal zaspany.

- Ciało wisi na trasie widokowej - meldował Jóźwik rzeczowo. - Chyba zabójstwo...

- Co? - Tamten zdawał się już zupełnie obudzony. - Gdzie?

- Brama w Gorce - tłumaczył leśniczy. - Przyszedłem jak zawsze, żeby posłuchać śpiewu ptaków, i zauważyłem zwisające z przęsła ciało, młoda kobieta, nie żyje, nie mam co do tego wątpliwości - mówił na jednym oddechu.

- Nie wkręcasz mnie? - upewnił się Talarek, choć znał dobrze miejscowego gajowego i wiedział, że to mało skłonny do dowcipów, za to niezwykle poczciwy człowiek.

- Jak Boga kocham, Waldek, na linie wisi martwa dziewczyna!

- Czekaj tam na mnie, zbieram ludzi, za chwilę będziemy - rzucił komendant Talarek i się rozłączył.

Tadeusz Jóźwik, ściskając telefon w dłoni, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w zwisające na sznurze ciało. Z oddali dobiegało rytmiczne i złowieszcze pohukiwanie sowy. Odgłos rzadki o tej porze dnia, jeszcze nigdy nie słyszał go o poranku, ale też nigdy nie doszło tutaj do takiej tragedii. Przyroda to czuła i okazywała swoje niezadowolenie.

Trochę się wahał, ale sięgnął po zawieszoną na szyi lornetkę i przyłożył ją do oczu. Momentalnie tego pożałował. Od teraz widok martwej kobiecej twarzy, zmasakrowanej przez kruka, będzie śnił mu się po nocach. Serce dudniło mu w piersiach, złapał się barierki i pochylił do przodu, wyrównując oddech. Wtedy zauważył, że kruk powrócił. Znów siedział na metalowym przęśle, naprzeciw twarzy kobiety. Nie odpuści tak łatwo, wrócił, żeby dalej bezcześcić ciało. Jóźwik tym razem nie czekał ani sekundy, uderzył z całych sił otwartą dłonią w barierkę, by odgonić ptaka. Kruk zakrakał przeciągle i odleciał na pobliskie drzewo, a cisza, którą po sobie zostawił, była gęstsza niż opadająca z gór mgła.

Julia

- Moja córka zaginęła.

Elegancka kobieta w średnim wieku wpatruje się w moje oczy. Nerwowo zaciska dłonie na pasku torebki, którą trzyma na kolanach. W jej spojrzeniu widzę przerażenie, a w głosie słyszę rozpacz.

Przesuwam w swoją stronę notatkę urzędową, którą dostałam z komisariatu na Szerokiej. Matka zgłosiła się tam wczoraj rano, mówiąc, że nie wie, gdzie jest jej córka, i nie może się z nią skontaktować. Od razu ogłoszono alarm, ponieważ zaginięcie zaklasyfikowano do kategorii pierwszej, zagrożenie dla życia i zdrowia zaginionej. Dziewczyna nie została odnaleziona w ciągu doby, nie udało się namierzyć jej telefonu, dzisiaj rano komendant wojewódzki zadecydował o przekierowaniu sprawy z komisariatu obejmującego miejsce zamieszkania zaginionej do komendy miejskiej w Krakowie. Po kilku głośnych medialnie sprawach związanych właśnie z zaginięciami komendant wojewódzki, obawiając się kontroli z Komendy Głównej Policji, woli dmuchać na zimne i dlatego zazwyczaj sprawy kategorii pierwszej decyduje się przekierowywać bezpośrednio do nas. A nasz komendant zlecił, abym to ja zajęła się zaginięciem dziewczyny. Od razu po przejęciu sprawy wezwałam jej matkę na komendę w celu uzupełnienia zawiadomienia.

Kobieta zjawiła się bardzo szybko, jakby czekała tuż za rogiem. Wpatruję się w jej przerażone oczy i przenoszę wzrok na notatkę urzędową, którą dostałam z komisariatu na Szerokiej od aspiranta Dawida Mazurka, który rozmawiał z kobietą wczoraj rano. Z dokumentacji wynika, że z dziewczyną nie ma kontaktu od czwartku, czyli od czterech dni.

Biorę głęboki oddech i zaczynam od podstawowych pytań, na które kobieta już odpowiadała na Szerokiej, ale wiem, że w chwilach ekstremalnego przerażenia, które rysuje się na jej twarzy, proste odpowiedzi na początek są kluczem do pogłębionej rozmowy.

- Imię i nazwisko córki? - pytam.

- Sonia Mai Tran - mówi, a ja zerkam na nią, mając wrażenie, jakby rzuciła w moją stronę jakieś zaklęcie. - Moja córka jest w połowie Wietnamką - wyjaśnia, zauważywszy zdziwienie na mojej twarzy. - Stąd nazwisko i drugie imię wietnamskie, a imię Sonia po mojej babci. - Wzdycha ciężko.

- Rozumiem.

Zapisuję personalia dziewczyny, obok imienia i nazwiska jej matki, Marii Kowalskiej-Tran.

- Data i miejsce urodzenia córki? - pytam dalej.

- Trzeci marca dwa tysiące trzeciego roku, Hanoi - odpowiada, rozpinając kilka guzików w swoim tweedowym płaszczu.

- Córka jest pełnoletnia - stwierdzam, zerkając na kobietę.

- Tak, córka jest studentką trzeciego roku Akademii Muzycznej, ale to nie ma znaczenia, czy jest, czy nie jest pełnoletnia. - Znów ciężko wzdycha. - Musiało się z nią stać coś złego, ja to wiem.

- Dlaczego pani tak uważa?

- Ona nigdy nie wyłączała telefonu - mówi. - Nigdy! Wiedziała, że chcę mieć z nią stały kontakt. Oczywiście nie zawracam jej codziennie głowy, choć gdybym tylko mogła, najchętniej słyszałabym ją rano i wieczorem. - Doceniam jej szczerość. - Sonia ma dużo zajęć, ale w sobotę rano zawsze rozmawiamy. To jest nasz czas - wyjaśnia, poprawiając się na krześle. - A przedwczoraj nie odebrała mojego telefonu, to znaczy, nie mogła odebrać, bo gdy zadzwoniłam, usłyszałam, że abonent jest tymczasowo niedostępny.

- Dzwoniła do niej pani w sobotę dwudziestego piątego października? - upewniam się.

- Tak. - Kobieta kiwa głową.

- O której godzinie?

- Jak zawsze około jedenastej. W pierwszej chwili jeszcze się nie przejęłam, pomyślałam, że może gdzieś ćwiczy grę na fortepianie. Czasem sale są wygłuszone albo grywa w piwnicach różnych krakowskich kawiarni, co prawda nie w soboty rano, ale... Wtedy byłam jeszcze spokojna. Może tam, gdzie jest, nie ma zasięgu i jak skończy próbę, to zadzwoni... Ale nie odezwała się do wieczora - dodaje, spoglądając mi w oczy. - Znów spróbowałam się z nią skontaktować i znów poczta głosowa. Mój mąż jest akurat w Wietnamie, pojechał do swoich rodziców, są wiekowi i stara się przynajmniej raz w roku ich odwiedzić - wyjaśnia, dalej mocno ściskając pasek torebki.

Widzę zdenerwowanie w jej ruchach, jakby uważała, że cała ta nasza rozmowa nic nie daje, że nie powinnam tracić na nią czasu, tylko zacząć szukać jej córki.

- W Hanoi było już po pierwszej w nocy - ciągnie. - Pomyślałam, że nie będę niepokoić męża, tylko z samego rana skontaktuję się z nim i zapytam, czy Sonia się do niego odzywała. Mają z mężem bardzo dobre relacje, czasem zamiast do mnie córka dzwoni do niego. I tak zrobiłam, w niedzielę rano, gdy tylko się zbudziłam, od razu zatelefonowałam do Lama. Oczywiście wcześniej spróbowałam znów skontaktować się z Sonią, ale bezskutecznie. Mąż powiedział, że nie rozmawiał z córką od jej ostatniej wizyty u nas.

- Kiedy widzieli się państwo z córką? - pytam.

- Trzy tygodnie temu. Od dwóch lat mieszkamy pod Krakowem. Sonia wpada do nas raz na jakiś czas, ale na co dzień mieszka na Sobieskiego, dosłownie w kamienicy za rogiem. - Wskazuje ręką za okno. - To moje panieńskie mieszkanie, niewielkie, ale czego potrzeba młodej studentce, a ma stąd blisko na uczelnię.

- Pamięta pani dokładną datę, kiedy widzieliście się z córką?

- Tak, w sobotę czwartego października - mówi pewnie. - Wakacje spędziła u nas, ale jak zaczął się rok akademicki, przeniosła się z powrotem do Krakowa. W pierwszą sobotę października przyjechała zabrać jeszcze kilka swoich rzeczy, których zapomniała, i została u nas na noc.

- I od tamtego dnia się z nią pani nie widziała?

- Nie. - Kręci przecząco głową. - W kolejną sobotę się zdzwoniłyśmy, a potem jakoś w tygodniu, nie pamiętam dokładnie, jaki to był dzień, ale... córka zadzwoniła do mnie i powiedziała, że zaczęła się z kimś spotykać.

Przestaję notować i unoszę głowę.

- No właśnie. - Kobieta się krzywi. - Nigdy wcześniej z nikim nie była na poważnie, oczywiście zdarzały się randki, ale żaden dłuższy związek. Zapytałam, czy to jej chłopak, powiedziała, że jeszcze nie, ale w końcu spotkała kogoś interesującego. - Niezadowolona przeciąga sylaby w ostatnim słowie. - Z jednej strony ucieszyłam się, słyszałam w jej głosie radość, ale z drugiej poczułam niepokój. Kim jest, jaki jest? Rozumie pani, co to za człowiek. - Spogląda na mnie.

A ja potakująco kiwam głową. Pamiętam swoją mamę, która gdy dowiedziała się, że zaręczyłam się z nowo poznanym facetem, próbowała mnie przekonać, żebym nie śpieszyła się w tak ważnych kwestiach jak zamążpójście. Gdybym tylko wtedy jej posłuchała...

- Chciałam go poznać - mówi kobieta. - Ale Sonia oznajmiła, że jeszcze za wcześnie, że na razie to ona go poznaje. Dodała, że poznali się w wakacje, a teraz w końcu mogą rozwijać znajomość, bo wcześniej głównie do siebie pisali.

- Zna pani jego imię i nazwisko?

- Niestety nie. To znaczy tylko imię, Krystian. Też studiuje na Akademii Muzycznej.

- Uważa pani, że ten chłopak może mieć coś wspólnego z zaginięciem pani córki?

- Na pewno - mówi bez cienia zawahania. - Nagle kogoś poznaje i znika, to nie może być przypadek.

- A nie sądzi pani, że jest zupełnie inaczej? - sugeruję. - Zakochała się i zapomniała o bożym świecie? Każdy z nas był kiedyś młody...

- Nie. - Kobieta przerywa. - Nie moja Sonia. - Jej głos jest stanowczy i nieznoszący sprzeciwu. - Ona nigdy by się tak nie zachowała. Wiedziała, jak bardzo się o nią martwię.

W głowie słyszę słowa swojej siostry. Nigdy się o nic ani o nikogo nie martw, bo wysyłasz martwą energię, a to tylko zwiastuje problemy. Emilia uwielbia pracę z podświadomością i inne szamańskie rytuały, jak zwykłam je nazywać.

- Czyli nie będziecie jej szukać, tak? - Kobieta spogląda na mnie wzrokiem pełnym pretensji. - Uważa pani, że się zakochała, wyjechała z chłopakiem, zerwała kontakt z rodziną i że to całkiem normalne?

- Tego nie powiedziałam. Rozumiem pani niepokój i oczywiście zrobimy wszystko, żeby odnaleźć pani córkę, próbowałam tylko panią uspokoić...

- Dopóki nie odnajdę Soni żywej, nie zaznam spokoju - oświadcza stanowczo.

Postanawiam przesunąć jej myślenie na inne tory.

- Kolega, z którym rozmawiała pani w komisariacie na Szerokiej - nawiązuję do notatki aspiranta Mazurka - zapisał, że zdrowie pani córki może być zagrożone.

Czy mogłaby pani powiedzieć coś więcej na ten temat? - Zerkam na nią wyczekująco.

Kobieta kiwa głową.

- No właśnie - wzdycha. - Sonia jest bardzo wrażliwa, a przy tym trochę niestabilna emocjonalnie, dlatego się tak o nią martwię. - Jej powieki ciężko opadają, jakby były z ołowiu.

Milknie na moment, a potem podnosi na mnie wzrok.

- Tak naprawdę to nie wiem, od czego zacząć. To dość skomplikowane.

- Spokojnie - zapewniam ją. - Mamy czas. Niech pani zacznie od początku.

- Sonia ma słuch absolutny - mówi. - Dzięki temu jest wybitną pianistką, ale jest też druga strona medalu. W darze od losu oprócz tego niewątpliwie wyjątkowego talentu dostała także synestezję - wyznaje, wypuszczając z płuc powietrze. - A dokładnie chromestezję. To często idzie w parze ze słuchem absolutnym, oczywiście nie wszyscy to mają, ale Sonia niestety tak. Mówię niestety, bo może to dla kogoś i niezwykły dar, ale nie dla nas - kończy szeptem.

Nie wiem, czym jest chromestezja, ale nie przerywam kobiecie, widzę, ile kosztuje ją to wyznanie.

- Z tego powodu leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, i to kilka razy. - Znów spogląda mi w oczy.

Szuka zrozumienia czy pocieszenia?

- Za pierwszym razem trafiała do szpitala jako dziecko, jeszcze w Hanoi, lata temu. - Macha ręką. - Diagnostyka była na żenującym poziomie, lekarze źle ocenili jej przypadek, uważali, że to schizofrenia dziecięca. Potem jeszcze kilka razy przebywała w szpitalu jako nastolatka, też w Wietnamie. Wtedy wiedza o atypowości neurologicznej była już na wyższym poziomie i w końcu zdiagnozowano ją poprawnie, stwierdzono synestezję.

- Nie wiem, co to jest - mówię szczerze. - Czy mogłaby pani wyjaśnić?

- Lekarze mówią, że to nie jest choroba, tylko rzadkie zjawisko neurologiczne dotykające około dwóch do czterech procent populacji, w którym zmysły się krzyżują - zaczyna. - Stymulacja jednego zmysłu wywołuje automatyczne i mimowolne wrażenie w innym zmyśle. Moja córka cierpi na chromestezję, to typ, w którym zmysł wzroku krzyżuje się ze słuchem. Sonia poszczególne dźwięki odbiera jednocześnie jako kolory, dzieje się to automatycznie. Nasza pani doktor powtarzała, że to neuroatypowość na całe życie, jak ADHD czy autyzm. - Wzdycha. - I u każdego synestetyka wygląda to trochę inaczej. Wie pani, trochę jak choroba przewlekła, która stale jest, a objawy mogą się nasilić pod wpływem różnych czynników. Rozumie pani?

- Tak, rozumiem. - Kiwam głową.

- Znała pani kogoś z synestezją? - pyta niespodziewanie, spoglądając na mnie z wyrzutem.

- Nie.

Tak naprawdę pierwszy raz w życiu o tym słyszę.

- To nic pani nie rozumie - mówi cierpko. - To podstępna żmija, która nie raz doprowadziła moją córkę na granicę życia i śmierci. Boję się, że teraz też mogło stać się coś, co uruchomiło w Soni te stany. To do niej niepodobne, żeby tak nagle zamilknąć.

- Boi się pani, że stan córki się pogorszył i potrzebuje pilnie pomocy?

- Tak. - Spuszcza wzrok, ale po chwili znów na mnie patrzy. - Córka ostatni raz była w szpitalu trzy lata temu, już tu, w Krakowie, w Kobierzynie - precyzuje. - Wiedziała, jak bardzo z mężem się o nią martwimy, boimy, że to znów się powtórzy. - Wyraźnie podkreśla to słowo. - Córka nam obiecała, że choćby nie wiem co, będziemy rozmawiać w każdą sobotę. A Sonia to dziewczyna, która dotrzymuje słowa. Dlatego tak bardzo się o nią martwię. Rozumie pani?

Kiwam głową.

- Za każdym razem, gdy trafiała do szpitala, to właśnie dlatego, że miała te nieprzyjemne wizje - kontynuuje kobieta, robiąc w powietrzu znak cudzysłowu.

Nie wiem, jakie wizje ma na myśli, ale nie przerywam jej, pozwalając, żeby dokładnie mi to wyjaśniła.

- Najgorzej było, jak była mała, kiedy stało się to po raz pierwszy. Byli na wycieczce klasowej, niespodziewanie zaczął ujadać jakiś kundel i Sonia nie tylko słyszała dźwięk, ale też widziała barwy. Wtedy uważano, że oszalała, nikt nie podejrzewał, że to synestezja, krzyczała jak opętana. Nauczycielka opowiadała lekarzowi, że Sonia atakowała powietrze, krzyczała do kolorów, kompletnie straciła kontakt z rzeczywistością, musieli szybko szukać pomocy, wezwali karetkę, a tam uznali, że to problemy psychiczne. Zadzwonili do mnie, pojechaliśmy z mężem do szpitala pełni obaw, przerażeni niemal tak samo jak ona. Potem to się powtórzyło, gdy miała jedenaście lat. Dopiero po trafnej diagnozie zrozumieliśmy, z czym zmaga się nasza córka. A po przeprowadzce do Krakowa znów się to stało - wzdycha.

Patrzę na kobietę, która przejęta dzieli się ze mną swoim niepokojem o córkę, i cieszę się, że nigdy nie zwierzałam się rodzicom ze swoich problemów, ukradłabym im w ten sposób wiele chwil spokoju. Nawet w najgorszych momentach życia milczałam i byłam z tym sama. A potem pewnego dnia oznajmiłam, że jestem już po rozwodzie, a oni to zaakceptowali, nie poznając całej prawdy o moim byłym mężu.

- Włączono farmakologię - kontynuuje matka zaginionej. - Od razu zaznaczę, że na synestezję nie ma leków, to nie choroba, jak mówią lekarze, proszki, które jej dobrano, wyciszyły tylko te nieprzyjemne objawy. Boję się, że znów coś się stało, coś, co sprawiło, że Sonia się nie odzywa! Oczywiście obdzwoniłam wszystkie szpitale psychiatryczne i izby przyjęć w całym Krakowie, nie ma tam mojej córki. Nie wiem, co robić dalej, odchodzę od zmysłów, proszę pomóc mi ją odnaleźć - kończy, spoglądając na mnie błagalnie.

- Czy ma pani namiary na jakąś koleżankę, przyjaciółkę córki? - pytam.

- Tak. - Kiwa głową. - Już z nią rozmawiałam. Martyna nic nie wie. Ostatni raz widziała się z Sonią w tamtym tygodniu, powiedziała, że córka zadzwoniła do niej w czwartek z informacją, że w piątek nie przyjdzie na zajęcia, bo się przeziębiła. To tym bardziej powinna siedzieć w domu, prawda? A jej tam nie ma.

- Mogę prosić o kontakt do tej koleżanki? - pytam.

- Oczywiście, zaraz odnajdę jej numer. - Otwiera ściskaną na kolanach torebkę.

- Potrafi pani powiedzieć, jak córka była ubrana w dzień zaginięcia?

- Nie. Może jakbym przejrzała jej szafy i zobaczyła, czego brakuje, ale raczej to niemożliwe, nie widziałam wszystkich jej ubrań.

- Kiedy była pani w mieszkaniu córki?

- Wczoraj i przed chwilą, kiedy pani do mnie zadzwoniła - precyzuje.

To wyjaśnia, dlaczego w okamgnieniu pojawiła się na Siemiradzkiego, Sobieskiego jest tuż za rogiem.

- Mam zapasowy klucz - tłumaczy. - Kiedy nie zastałam jej wczoraj w domu, a Martyna powiedziała, że Sonia nie przyszła w piątek na zajęcia, od razu zgłosiłam się na policję - mówi. - Przyszłam nawet tutaj. - Wskazuje palcem na podłogę. - Do was, na Siemiradzkiego, ale portier powiedział, że w tej sprawie powinnam zgłosić się na komisariat, i podał mi adres. Od razu pojechałam na Szeroką. A dzisiaj rano znów zajrzałam do niej do mieszkania i nadal nie ma Soni. Moja córka zaginęła - powtarza spoglądając mi głęboko w oczy.

- Czy coś w jej mieszkaniu zwróciło pani uwagę? Wydało się inne niż zazwyczaj?

- W sensie? - Marszczy czoło.

- Nie wiem. - Macham ręką. - Cokolwiek, wszystko może mieć znaczenie.

Kobieta patrzy na mnie, jakby próbowała sobie przypomnieć chwilę, w której weszła do mieszkania córki.

- Chyba nie było walizki - mówi niepewnie. - To znaczy, mogła ją gdzieś schować, nie szukałam po szafach, ale zazwyczaj trzyma ją pod łóżkiem. Miała taki żółty, żywy kolor, zawsze rzucała się w oczy, ale wydaje mi się, że teraz walizki tam nie było.

To mogłoby dowodzić teorii o wyjeździe z chłopakiem. Kompletnie straciła dla niego głowę i zapomniała, że w sobotę przed południem powinna być dostępna, bo wtedy dzwoni jej matka.

- O, mam, jest numer do Martyny. - Otwiera malutki notes na jednej z ostatnich stron.

Dawno już takiego nie widziałam, przywykłam, że ludzie zapisują ważne numery telefonów w komórkach.

- Prosiłabym o aktualne zdjęcie córki i informacje, czy posiada jakieś znaki szczególne - mówię, oddając kobiecie notesik.

Do papierów przesłanych z Szerokiej dołączone jest jedynie zdjęcie kobiety z dowodu osobistego. Dziewczyna wygląda na nim bardzo młodo, domyślam się, że zrobiła je przy okazji wyrabiania dokumentów, gdy miała osiemnaście lat.

- Mam wiele zdjęć Soni, ale nie wzięłam telefonu z domu. - Kręci głową niezadowolona, w duszy karcąc siebie za to niedopatrzenie. - To wszystko z nerwów, dzwoniłam do niej, do męża, do Martyny, telefon się rozładował, podłączyłam go do ładowarki, a jak przyjechała taksówka, wybiegłam z domu bez komórki. Jak tylko wrócę, prześlę je pani, obiecuję. - Dotyka dłonią piersi.

- A czy córka ma konto w mediach społecznościowych? Pobrałabym stamtąd jakąś fotografię, na której wyraźnie widać jej twarz.

- Sonia? Broń Boże! - Przykłada znów rękę do piersi. - Od dziecka ją uczyliśmy, żeby pilnowała swojej anonimowości w sieci, tyle się słyszy o kradzieży czyjegoś wizerunku czy tożsamości.

- Więc nie ma konta? - upewniam się.

- Nie. Przynajmniej ja o tym nic nie wiem.

- A znaki szczególne?

- Jest piękna, urodę ma specyficzną, z wyraźnymi azjatyckimi rysami, drobna i niższa ode mnie, ma metr pięćdziesiąt siedem i tatuaż - wylicza, znów ciężko wzdychając. - Zrobiła go trzy lata temu, po wyjściu ze szpitala. Byłam temu przeciwna, mąż także, nie podoba się nam takie mazanie po ciele, wie pani, jak jest się młodym, to może i to jakoś wygląda - zauważa. - Choć mnie się nie podoba w ogóle. Ale jak skóra się starzeje, wiotczeje, to wygląda to paskudnie. - Krzywi się. - Nie rozumiem, po co ludzie tak się sami szpecą, ale Sonia powiedziała, że to dla niej ważne, symbol podniesienia się z upadku i wewnętrznej wygranej.

- Gdzie córka ma tatuaż? - przerywam kobiecie.

- Na łydce. Nie jakiś duży i nie w widocznym miejscu, o to ją uprosiłam.

- Na której nodze? I co przedstawia tatuaż? - dopytuję.

- Na prawej, tuż nad kostką. Kwiat lotosu - precyzuje matka zaginionej. - To ważny symbol w kulturze Wschodu, Sonia mówiła, że wyraża odradzanie się pomimo trudności, jest znakiem duchowej transformacji, przypomina o własnej sile. Przekonywała mnie, że pomoże jej to w powrocie do równowagi psychicznej, że to metafora wzrostu pomimo przeciwności, bo lotos wyrasta z błota, ale nie przyjmuje jego brudu, tylko unosi się nad wodą, czysty i nieskazitelny. A ja tak bardzo chciałam, żeby ona zaczęła od nowa, pozbyła się tego błota i wszystkiego, co z tym związane.

- Rozumiem. - Zapisuję w kołonotatniku informacje na temat umiejscowienia i wyglądu tatuażu. - Kiedy wróci pani do domu, to proszę przesłać zdjęcie córki, dołączę do sprawy. - Wręczam jej swoją wizytówkę z adresem mejlowym.

- Mam jeszcze taką prośbę - odzywa się kobieta, zasuwając zamek w torebce. - Czy mógłby ktoś od was udać się ze mną do mieszkania córki? Co prawda wczoraj policjanci z Szerokiej już byli, ale chciałam jeszcze raz wszystkiemu się przyjrzeć. Może wam coś istotnego rzuci się w oczy? Ja za bardzo nie wiem, co ma jakieś znaczenie. - Nawiązuje do moich słów sprzed kilku minut.

- Oczywiście, skontaktuję się z oddziałem prewencji i ktoś wejdzie do mieszkania razem z panią - obiecuję, zastanawiając się, czy w sieci nie krążą gdzieś zdjęcia Soni Tran, o których nie wie jej matka.

Gdy wychodzimy z przesłuchania proszę sierżant Bogucką o pomoc.

- Wyślij patrol prewencji na Sobieskiego siedemnaście. Pani będzie czekać pod klatką. - Wskazuję na kobietę.

- Dzwonili z komisariatu na Szerokiej i przekazali, że zabezpieczony monitoring wyślą bezpośrednio do nas - mówi Bogucka, zerkając na mnie, a potem przenosi wzrok na panią Kowalską-Tran. - Proszę za mną, zajmę się wszystkim - mówi, wysyłając kobiecie łagodny uśmiech.

- Jak tylko pojawią się jakieś nowe informacje, niezwłocznie panią poinformuję - zapewniam, żegnając się z matką zaginionej dziewczyny.

Sonia

Za dziesięć minut Krystian kończy zajęcia, po których ma przyjść prosto do mnie. Otwieram lodówkę, wyjmuję garnek z tradycyjną wietnamską zupą pho, którą ugotowałam wczoraj. Z głośnika płynie mój ulubiony utwór Billie Eilish Birds of a Feather.

Zupa pho to nie tylko bogata w smak i zapach azjatycka potrawa, ale także coś, co wprowadza mnie zawsze w genialny nastrój, bo przypomina mi dzieciństwo. Moja babcia często ją przyrządzała, to od niej się nauczyłam, jak robić to w tradycyjny sposób. Najważniejszy jest bulion, który powinien warzyć się od ośmiu do dwunastu godzin. Już wczoraj wieczorem obgotowałam wołowe kości, potem wylałam całą wodę i wyszorowałam gnaty pod bieżącą wodą w celu usunięcia szumowin, żeby wywar był klarowny, a nie mętny i brudny w smaku, tak właśnie mówiła babcia Lan. Zdradziła, że cała tajemnica leży nie tylko w bulionie, ale także w opaleniu prawdziwym ogniem imbiru i cebuli. Tak też zrobiłam, wbiłam je na długą wykałaczkę i obracałam nad palnikiem, aż sczerniały na węgiel. Zdjęłam spaloną zewnętrzną warstwę i wrzuciłam imbir oraz cebulę do garnka razem z kośćmi. Na patelni uprażyłam anyż gwiaździsty, laskę cynamonu, goździki, nasiona kolendry i czarny kardamon, żeby wydobyć z nich olejki eteryczne. Potem wszystko wrzuciłam do garnka i zalałam wodą, dodałam odrobinę sosu rybnego dla uzyskania smaku umami.

- I na koniec szczypta cukru - powtarzam wskazówkę babci Lan, którą słyszę w głowie.

O dwudziestej drugiej zaczął się powolny proces gotowania. Minimalny ogień, tak aby wywar tylko pykał, babcia Lan przestrzegała, że nie wolno doprowadzić do wrzenia, bo zupa zmętnieje. Podnoszę pokrywkę, pachnie obłędnie.

- Byłabyś ze mnie dumna, babciu Lan - mówię pod nosem.

Dzwonię do dziadków często, ale to nie zastępuje ich obecności. Całe dzieciństwo spędziłam w Wietnamie, do Polski przyjechaliśmy, jak skończyłam piętnaście lat. W Krakowie zaczęłam szkołę średnią. Zostawiłam w Wietnamie przyjaciółki, ukochanych dziadków, ulubione miejsca, smaki i zapachy. Do dziś na wspomnienie tamtych chwil mam mdłości. Po przeprowadzce do Krakowa stale czułam ucisk w gardle, nie smakowały mi tutejsze potrawy, w niczym nie mogłam znaleźć pocieszenia. W głowie grała mi symfonia niezadowolenia, marsze złości i walce niesprawiedliwości. Chciałam wrócić do Hanoi, czułam, że życie poza Wietnamem powoli mnie zabija. Aż nagle i niespodziewanie znów się to zdarzyło, tak jak wcześniej. Ogromna eksplozja kolorów, jakby atakowały mnie z wszystkich stron jaskrawe miecze, nie mogłam tego pokonać, znieść, przezwyciężyć. I znów trafiłam do szpitala psychiatrycznego.

Jestem synestetyczką, nie tylko słyszę dźwięki, ale także widzę ich kolory. Mam tak od zawsze, tak samo jak słuch absolutny, i długo byłam przekonana, że każdy człowiek tak ma.

Słuch absolutny to zdolność do natychmiastowego i bezbłędnego zidentyfikowania wysokości dźwięku bez żadnego punktu odniesienia. Po prostu słyszę dźwięk i potrafię go bezbłędnie nazwać. To zarazem moje błogosławieństwo i przekleństwo. Czasem, gdy ktoś spoza świata muzyki prosi, żebym to wytłumaczyła w przystępny sposób, mówię, że większość ludzi widzi czerwony lub żółty i nie potrzebuje porównywać ich z innymi kolorami, żeby precyzyjnie określić barwę. Ja mam tak nie tylko w kwestii kolorów, ale też dźwięków. Potrafię zapisać melodię po jednym wysłuchaniu, nawet jeśli nigdy wcześniej jej nie słyszałam, bezbłędnie rozpoznaję wysokość dźwięku, wychwycę fałsz lub przesunięcie tonacji nawet o mikrotony. Wiem, że piosenka, którą usłyszałam rok temu, była w F-dur, a dziś jest grana w E-dur.

Odsetek osób ze słuchem absolutnym w ogólnej populacji to około jednej setnej procenta, mniej więcej jedna na dziesięć tysięcy osób ma ten talent. Trochę inaczej wygląda to wśród profesjonalnych muzyków, w tej grupie jest nas aż piętnaście procent. Co ciekawe, wśród studentów konserwatoriów w Azji procent osób ze słuchem absolutnym jest dużo wyższy, sięga nawet siedemdziesięciu procent. Ma to związek z obcowaniem od urodzenia z językami tonalnymi, które wymagają rozróżniania tonów zmieniających znaczenie słów. Mózgi dzieci słuchających od pierwszych dni języka tonalnego, takiego jak wietnamski czy chiński, trenują tę umiejętność od urodzenia.

To, że mam słuch absolutny, odkryto dość wcześnie. W wieku czterech lat zaczęłam edukację muzyczną i na lekcjach fortepianu okazało się, że potrafię bezbłędnie identyfikować wysokość dźwięków. Jednak na tym moc słuchu absolutnego się nie kończy, bo nie dają mi też wytchnienia odgłosy dochodzące z otaczającego mnie świata. Dostarcza to wielu cudownych, ale często mniej przyjemnych odczuć. Każdy krok na bruku, każde trzaśnięcie drzwi, gwizd pociągu, buczenie czajnika, nawet szelest liści ma swój ton. Żyję w symfonii, która nigdy się nie kończy. Po prostu interpretuję świat zewnętrzny przez dźwięki. Nie potrafię wyłączyć tego mechanizmu, mój mózg automatycznie identyfikuje każdy dźwięk jako nutę na pięciolinii. Gdy gotuje się woda w czajniku, ja słyszę fis trzykreślne, gdy tramwaj mocno hamuje, dla mnie to e czterokreślne, kiedy ktoś głośno miesza kawę w kubku, słyszę h dwukreślne, rozbijana szklanka wydaje krzykliwy klaster w oktawie czterokreślnej, a gdy przejeżdża karetka, z uwagą śledzę mikrotonowe przesunięcia wysokości opadającej tercji, wynikające z efektu Dopplera, a wiertarka sąsiada to dla mnie cis małe. I tak jest ze wszystkimi dźwiękami otoczenia. Dzieje się to automatycznie i mimowolnie.

Nie jestem wyjątkiem, słuch absolutny mieli Mozart, Michael Jackson, Jimi Hendrix i wielu innych muzyków. Niewątpliwie cenny talent, który ma też ciemne strony. Wystarczy, że chór schodzi dźwiękiem o kilka centów, ja to od razu wychwycę, słyszę fałsz i trudno mi skupić się na graniu, bo mój mózg czuje niemal ból fizyczny. Jednak to byłoby do zniesienia, można powiedzieć, cena talentu, ale oprócz tego mam jeszcze synestezję, a to już zupełnie inny kaliber zmagań.

Julia

Kiedy wracam do pokoju, zastaję aspiranta Kopczyńskiego stojącego w otwartym oknie. Stoi tyłem, ale na dźwięk moich kroków odwraca się i kładzie palec na ustach.

- Zobacz, tylko cicho, chodź, chodź! - Przywołuje mnie ręką.

Na palcach skradam się do okna. Co on chce mi pokazać? Zna kobietę, która przed chwilą zgłosiła zaginięcie córki?

Wyglądam na ulicę. Choć świeci słońce, październik jest zimny i mało łaskawy w tym roku. Nie widzę nikogo w zasięgu wzroku, jakiś samochód znika za zakrętem.

- Co? Nikogo nie ma - szepczę.

Wychylam się, żeby lepiej zobaczyć, ale Mateusz mówi:

- Nie tam.

Spoglądam na niego, patrzy przed siebie, wprost na rozłożyste drzewo za naszym oknem.

- Trzy wiewiórki, widzisz? - Pokazuje na gałęzie lipy, które kołyszą się pod ciężarem żwawych skoków rudych kit. - I to wygląda jak zaloty - dodaje.

Parskam śmiechem.

- A od kiedy jesteś takim specjalistą od godów wiewiórek? - pytam.

- Cii - znów mnie ucisza. - Nie jestem, ale od kilku minut tak fajnie skaczą po naszym drzewie.

Tak zwykliśmy mówić o rozłożystej lipie, która zagląda nam do okien.

- Więc postanowiłem zgłębić temat i wyobraź sobie, że panie wiewiórki są bezwzględne - ciągnie.

- Mateo, naprawdę interesuje cię życie godowe wiewiórek? - pytam z wyraźną kpiną w głosie.

- Gdy samica jest gotowa do rozrodu, wydziela intensywny zapach feromonów, który przyciąga samce - mówi, nie zważając na mój drwiący ton. - Jest płodna tylko przez jeden, co najwyżej dwa dni, więc musi się śpieszyć. - Zerka na mnie z ukosa. - Każe im ścigać się po szczytach drzew. Celowo wybiera trudne trasy, żeby sprawdzić, który z samców jest najbardziej sprawny, bo dopuszcza do siebie tylko jednego. Wybiera tego, który najdłużej wytrzyma pościg i wykaże się najlepszą kondycją.

- Imponujące. - śmieję się i odchodzę od okna.

- No co, nie mów, że o tym wiedziałaś!

- Nie wiedziałam, więc dziękuję za wykład w kwestii kopulacji wiewiórek. A poza tym to nic odkrywczego, bardzo podobnie jest u ludzi, z tym że my jesteśmy trochę dłużej płodne...

- I nie każecie nam skakać po drzewach...

- Po drzewach może i nie, przynajmniej zdążyliście już z nich zejść!

- Zabawne, naprawdę przedni żart!

- No co? - udaję niewiniątko. - Nie mów, że nie widzisz podobieństw.

- No widzę, widzę i dlatego chciałbym wiedzieć, jak tam twoje wiewiórki?

- Moje wiewiórki?

- O, przepraszam. - Przykłada teatralnie prawą dłoń do piersi. - Wiewióry. Czy już zaczęły wyścig do twojego serca, a ty jakoś nie możesz wybrać tego jedynego i tylko ich zwodzisz? - Wyzywająco spogląda mi w oczy.

Wiem, że znów nawiązuje do moich relacji z prokuratorem Mansfeldem, ale nie dam się podpuścić. Choć ma trochę racji. Nie, bynajmniej nie ustawiają się do mnie kolejki zainteresowanych wspólnym życiem facetów, a ja nie potrafię wybrać tego jedynego, ale od kilku dni zwodzę Mansfelda.

Umówiliśmy się trzy tygodnie temu na kolację, jednak odwołał ją, bo doszło do niespodziewanego zatrzymania poszukiwanego oskarżonego o gwałt, którego sprawę prowadził. Musiał pilnie jechać na przesłuchanie. Potem ja nie mogłam, bo przyjechała do mnie na kilka dni siostra. Obiecałam, że zaproponuję nowy termin spotkania, ale do dzisiaj tego nie zrobiłam. Nie to, że nie chcę spotkać się z Danielem, chcę, mamy sobie wiele do wyjaśnienia, ale boję się, że mogłyby paść deklaracje, na które nie jestem gotowa. Moje nieudane małżeństwo wiele mnie nauczyło, przede wszystkim tego, że pośpiech to zły doradca. Być może opieszałość jeszcze gorszy, ale jakoś trudno mi zadzwonić do Mansfelda.

- No to jak, Chip czy Dale? - rzuca Mateusz, a ja nie potrafię się powstrzymać i wybucham śmiechem, przypominając sobie dwie urocze wiewiórki z kreskówki Disneya.

Trochę to strategiczne z mojej strony, rozbawienie zwalnia mnie z odpowiedzi, ale nie to jest powodem. Jeśli Mateusz bierze Mansfelda za Chipa, to kim, do diabła, miałby być Dale?

- Co wam tak wesoło? - w progu staje sierżant Aleksandra Bogucka.

- No powiedz jej - mówię, ocierając kącikiem swetra łzy śmiechu.

- Ty jej powiedz. - Kopczyński wskazuje na mnie głową.

- Mateusz rozpracowuje życie seksualne wiewiórek. - Wstaję i podchodzę do okna. - Chyba już uciekły - stwierdzam, nie zauważywszy żadnej z nich.

- I to cię tak rozbawiło? - dziwi się Bogucka.

- Mhm - mruczę.

Nie mam ochoty ciągnąć wątku z Chipem i Dale'em w roli głównej.

- No to niestety będę musiała zmienić twój nastrój... - zaczyna, a ja od razu tężeję.

- Co się stało? - Wpatruję się wyczekująco w twarz koleżanki, zastanawiając się, czy może chodzić o matkę zaginionej, którą zostawiłam w jej rękach.

- Dzwonili przed chwilą z komendy powiatowej w Nowym Targu. - Zamyka za sobą drzwi. - Znaleźli ciało młodej kobiety, nie znają jej tożsamości, a że w bazie widnieje świeża sprawa zaginięcia dwudziestokilkuletniej dziewczyny z Krakowa, od razu tyrknęli do nas. Przed momentem skończyłam z nimi rozmawiać - wyjaśnia Bogucka. - Prosili, żebyś się z nimi jak najszybciej skontaktowała.

- Kiedy znaleźli ciało? - pytam, czując ciężar chwili.

Czy naprawdę młoda Wietnamka nie żyje? Wyobrażam sobie matkę Soni Mai Tran, która zapewne w tej chwili stoi pod kamienicą na Sobieskiego, czekając na patrol, który wejdzie z nią do mieszkania córki.

- Nie wiem - wzdycha. - Obiecałam, że oddzwonisz. - Wręcza mi karteczkę z zapisanym numerem telefonu.

- Dzięki - mówię, siadając za biurkiem.

Bogucka wychodzi z pokoju, a ja wybieram numer Komendy Powiatowej Policji w Nowym Targu, który podała mi Ola. Nabazgrane na małej żółtej karteczce cyfry, które wstukuję powoli, żeby się nie pomylić. Cały czas kołaczą mi się w głowie słowa matki młodej Wietnamki. Ona nigdy nie wyłączała swojego telefonu. Nigdy!

- Dzień dobry, nadkomisarz Waldemar Talarek!

Aż podskakuję na te słowa, jakbym się w ogóle nie spodziewała, że ktoś się odezwie.

- Dzień dobry, komisarz Julia Kosela, Komenda Miejska Policji w Krak...

- A, dzień dobry - przerywa Talarek. - Czekałem na pani telefon. Rano znaleźliśmy ciało młodej kobiety - przechodzi do konkretów. Ma tubalny głos o zabarwieniu sugerującym, że do najmłodszych mężczyzn nie należy. - Nie miała przy sobie żadnych dokumentów, a wiek odpowiada dziewczynie, która zaginęła w Krakowie.

- Gdzie znaleźliście ciało? - pytam.

- W górach, w Gorcach - wyjaśnia. - Dokładnie w obiekcie zwanym Brama w Gorce, ciało dziewczyny zwisało z jednego z przęseł chodnika ciągnącego się wśród koron drzew - wzdycha. - Denatkę znalazł miejscowy leśniczy, na szczęście jeszcze przed otworzeniem obiektu dla turystów. Codziennie kręci się tu tyle dzieciaków, że aż cierpnie mi skóra na myśl, co by się stało, gdyby jakaś szkolna wycieczka weszła na trasę, wprost na wiszące wśród koron zwłoki.

Trauma na całe życie, dopowiadam w myślach.

- Samobójstwo czy udział osób trzecich? Są jakiekolwiek oznaki przestępstwa? - pytam.

- Jeszcze za wcześnie, żeby to stwierdzić - mówi Talarek. - Prokuratura zleciła zabezpieczenie terenu, potem zabiorą ciało na sekcję do was, do Krakowa.

- Który prokurator prowadzi sprawę?

- Miłosz Woźniak z rejonowej w Nowym Targu - wyjaśnia. - Za chwilę udostępnię intranetem okólnik z NN zwłokami i zdjęciem denatki.

- Panie nadkomisarzu, najważniejsza kwestia, czy dziewczyna ma azjatyckie rysy?

- Azjatyckie? - W głosie Talarka wyczuwam zdziwienie, zupełnie jakbym zapytała o coś niestosownego.

- Tak - mówię. - Zaginiona studentka z Krakowa jest w połowie Wietnamką.

- Aha. - Głośno przełyka ślinę. - To niemożliwe. - Zawiesza głos.

Co niemożliwe? Że jest Wietnamką? O czym on mówi?

- Pani komisarz, nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, to po prostu niemożliwe - uzupełnia wypowiedź. - Twarz wygląda tragicznie. - Ciężko wzdycha. - Wiele w życiu widziałem, ale to, co zastałem po przyjechaniu na miejsce, dosłownie ścięło mnie z nóg.

- W sensie? - dociekam.

- Kruk wydziobał jej jedno oko, zmasakrował twarz, leśniczy widział, jak ptak atakował ciało. Jednym słowem, makabra - wzdycha. - Twarz jest zalana krwią i opuchnięta jak balon. Pani komisarz, tam żadnych rysów nie widać, a co dopiero czy azjatyckie, czy nie. To jedna krwawa miazga.

Czuję, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła, gdy wyobraźnia rysuje obraz zmasakrowanych przez ptaka zwłok.

- W każdym razie - odchrząkuje Talarek - dobrze by było, żeby przyjechała pani na miejsce i pomogła w czynnościach identyfikacji ofiary - proponuje. - Już rozmawiałem o tym z komendantem wojewódzkiej, znamy się od czasów szkoły policyjnej - precyzuje. - Powiedział, że ma pani jego zgodę, za chwilę oficjalnie będzie miała pani to na mejlu.

- Proszę o podanie dokładnych danych lokalizacyjnych - mówię. - Oczywiście przyjadę.

Sonia

Synestezja jest fascynującym zjawiskiem neurologicznym, w którym stymulacja jednego zmysłu wywołuje automatyczne i mimowolne wrażenie w innym zmyśle. Nie tylko perfekcyjnie rozpoznaję i klasyfikuję dźwięki, ale też widzę ich kolory. Dźwięk c jest dla mnie pomarańczowy, a g jest żółte, tonacja D-dur brzmi na fioletowo, a kot miauczy w zieleni. Głosy, muzyka czy inne dźwięki z otoczenia, takie jak kichanie, stukot obcasów lub szczekanie psa, wyzwalają u mnie kolory, które pojawiają się, poruszają, a następnie zanikają, gdy dźwięk się kończy. Wśród osób ze słuchem absolutnym, do których należę, właśnie najpopularniejsza jest chromestezja, rodzaj synestezji, w której krzyżują się zmysły wzroku i słuchu.

W innych odmianach zespolone są ze sobą różne inne zmysły, na przykład dźwięki wywołują wrażenia smakowe, ktoś o surowym, chrapliwym głosie sprawia, że momentalnie na języku czuć posmak zepsutego mięsa. Bywają też rekordziści, u których krzyżują się wszystkie zmysły jednocześnie. Czytałam kiedyś o przypadku Sołomona Szerieszewskiego, rosyjskiego reportera, którego w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku badano przez ponad trzydzieści lat. Jego lekarz stwierdził, że słyszany przez Sołomona każdy dźwięk łączył się jednocześnie z kolorem, światłem, smakiem i dotykiem. Istne szaleństwo. Świadomość, że ktoś się z tym musiał zmagać, wywołuje u mnie ciarki na plecach. Mam tylko jedną z odmian synestezji, a czuję jej ciężar niemal każdego dnia. Nie leczy się tego, bo nie jest to choroba, tylko odmienny sposób przetwarzania informacji przez mózg. Jednak po moich epizodach, przez które trafiłam do szpitala, biorę na stałe leki podawane osobom zmagającym się z padaczką.

Pierwszy raz przytrafiło mi się to na wycieczce szkolnej, gdy nagle zza ogrodzenia wyskoczył pies. Było to tak niespodziewane i silne doznanie, że doskonale pamiętam je do dziś. Kundel wybiegł z terenu targu mięsnego, przypuszczam, że próbował coś chapnąć ze straganu i ktoś go przepędził, najpewniej sprawiając mu ból. Pies był brudny, chudy i agresywny, stanął naprzeciwko mnie, najeżył się i zaczął ujadać chrapliwie i wściekle. To nie był tylko dźwięk, to był fizyczny ból. Czerwone ostre miecze zaczęły ciąć powietrze wokół mnie. Krwiste ostrza, którymi pies ciskał we mnie, były coraz szybsze i coraz boleśniejsze. Zaczęłam krzyczeć głośno i przeraźliwie.

- Odejdź, to boli - wrzeszczałam, machając dłońmi wokół siebie. - Przestańcie mnie ciąć!

Czerwone błyski wylatywały z pyska bezpańskiego psa, uderzały mnie w twarz, brzuch i klatkę piersiową. Zaczęłam je kopać, a potem przewróciłam się na ziemię i zakryłam twarz dłońmi, zachowywałam się tak, jakby atakowało mnie stado os. Nauczycielka przegoniła psa i próbowała mnie uspokoić, ale nie dałam się dotknąć. Wokół zebrał się tłum gapiów, pamiętam, jak ktoś krzyknął:

- To dziecko jest opętane, zachowuje się, jakby z kimś walczyło.

- Ona widzi demony - rzucił inny głos z tłumu.

- Wezwać ambulans, dziewczynka oszalała - krzyknęła jakaś przekupka.

A ja leżałam na brudnym, mokrym chodniku i wiłam się z przerażenia, nie wiem, ile to trwało, zanim przyjechała karetka, ale wtedy po raz pierwszy trafiłam na oddział psychiatryczny. Zdiagnozowano u mnie schizofrenię dziecięcą. Po zeznaniach nauczycielki lekarz powiedział rodzicom, że miałam silną halucynację wzrokową. Zaczęłam brać leki, wróciłam do szkoły, z czasem zmieniono dawki, a nawet zmienił się lekarz, i ten nowy powiedział, że warto spróbować odejść od farmakologii. Zmniejszenie, a ostatecznie odstawienie leków nie wywołało nowych halucynacji, całkiem dobrze funkcjonowałam, rodzice byli uradowani, a ja nie zdawałam sobie do końca sprawy z problemu. Byłam przekonana, że wszyscy ludzie tak mają, słyszą dźwięk i automatycznie widzą jego kolor. Dopiero gdy po raz drugi doznałam podobnego ataku paniki i zabrano mnie do innego szpitala, gdzie w wywiadzie matka wspomniała o tym, że mam słuch absolutny, lekarz zmienił diagnozę. Okazało się, że to nie była żadna schizofrenia dziecięca, ale typowy objaw synestezji.

- W ogólnej populacji synestezja występuje dość rzadko, ale gdy przebadano osoby ze słuchem absolutnym, okazało się, że tam odsetek wynosi dwadzieścia procent, a więc państwa córka jest tą co piątą osobą, dla której dźwięki to kolory - powiedział młody szczupły lekarz, którego nazwiska nie pamiętam.

- Czy można to wyleczyć? - dopytywał się mój tata.

- To nie jest choroba, to neuroróżnorodność. Różnica jest kolosalna, w schizofrenii halucynacje są nieprzewidywalne, a badania państwa córki dowiodły, że ten sam dźwięk zawsze przywołuje u niej ten sam kolor. Poprzednio źle postawiono diagnozę. Proszę się nie martwić, państwa córka nie jest chora, tylko niezwykle utalentowana. Barwne słyszenie mieli chociażby Liszt, Kandinsky, Nabokow. - Młody doktor uśmiechał się pokrzepiająco do mojej mamy. - Nic jej nie jest.

Nie kazał brać żadnych leków. Dopiero po kilku latach, w Krakowie, gdy po raz kolejny pod wpływem silnego doznania dźwiękowego dostałam niespodziewanego ataku kolorów, przepisano mi leki przeciwpadaczkowe, które mają za zadanie stabilizować błony komórkowe neuronów, sprawiając, że trudniej odpalić wizje w takiej formie, że nagle wpadam w panikę i zachowuję się jak osoba chora psychicznie.