Zwykła głupia historia miłosna - Katelyn Doyle

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Molly

Je­śli kie­dy­kol­wiek bę­dzie­cie go­spo­da­rzami przy­ję­cia, które od­bywa się w wy­na­ję­tym bia­łym na­mio­cie, mo­że­cie być pewni, że ja, Molly Marks, z przy­kro­ścią od­mó­wię udziału.

Je­śli ów na­miot bę­dzie przy­ozdo­biony kwia­tami, na które se­zon już dawno mi­nął, ty­sią­cami lam­pek oraz bo­gato zdo­bio­nymi wi­niet­kami z na­zwi­skami go­ści - i je­śli do tego znajdą się tam par­kiet do tańca, or­kie­stra we­selna i po­dest do wzno­sze­nia to­a­stów - bądź­cie pewni, że będę was do­pin­go­wać, moi dro­dzy przy­ja­ciele, z od­le­gło­ści se­tek ki­lo­me­trów.

Nie bierz­cie tego do sie­bie. Mam pew­ność, że bę­dzie­cie do­sko­na­łymi go­spo­da­rzami tego do­nio­słego wy­da­rze­nia.

Wy­na­jęty biały na­miot jest po­mni­kiem pu­blicz­nego oka­zy­wa­nia uczuć, a mnie ta­kie sen­ty­menty okrut­nie draż­nią. Je­śli z ja­kichś po­wo­dów mu­szę już oka­zy­wać uczu­cia - fuj! - to wolę to ro­bić w za­ci­szu do­mo­wym, przy za­cią­gnię­tych za­sło­nach i zga­szo­nym świe­tle, w szla­froku po­pla­mio­nym cze­ko­ladą i sau­vi­gnon blanc.

Ro­zu­mie­cie za­tem, dla­czego tej par­nej nocy pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem, na wy­spie sły­ną­cej z plaż o pia­sku barwy szam­pana, wy­ka­zuję się en­tu­zja­zmem ko­biety chwie­ją­cej się na ob­ca­sach nad kra­wę­dzią swo­jego tro­pi­kal­nego gro­bowca.

Z od­dali, oświe­tlona per­ło­wym bla­skiem flo­rydz­kiego księ­życa w pełni, zbliża się do nas żar­łoczna biała pasz­cza na­miotu wiel­ko­ści statku wy­ciecz­ko­wego.

A pod nią ude­ko­ro­wany sztuczną bu­gen­willą, oświe­tlony fio­le­to­wymi i ró­żo­wymi re­flek­to­rami ban­ner ra­do­sną czcionką ob­wiesz­cza:

WI­TAMY NA 15. ZJEŹ­DZIE AB­SOL­WEN­TÓW

LI­CEUM PALM BAY

ROCZ­NIK 2003!!!

Trzy zło­wiesz­cze wy­krzyk­niki.

Przy­znam, że w in­nych oko­licz­no­ściach - gdy­bym na przy­kład była inną osobą - mo­gła­bym na­zwać tę ra­do­sną at­mos­ferę "speł­nie­niem ma­rzeń".

W końcu po­wie­trze jest prze­sy­cone za­pa­chem ja­śminu i kwia­tów po­ma­rań­czy, a znad Za­toki Mek­sy­kań­skiej do­la­tuje słona bryza. Bam­bu­sowe po­chod­nie roz­świe­tlają par­kiet mi­go­czą­cym bla­skiem. Jest bar z szam­pa­nem i sta­no­wi­sko z ho­ma­rami. Ele­gancko ubrani męż­czyźni i ko­biety obej­mują się na po­wi­ta­nie, za­szczy­ca­jąc się szcze­rymi uśmie­chami. Na nie­któ­rych twa­rzach do­strze­gam na­wet łzy.

Przy­kła­dam dłoń do szyi, by po­czuć wła­sny puls. Źle zro­bi­łam, że nie łyk­nę­łam xa­naxu w ho­telu. Może uda mi się ukryć w budce ra­tow­ni­ków.

- Nie dam rady - szep­czę do mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Dez­zie, która wraz ze swoim mę­żem Ro­bem sta­nowi naj­lep­szy sub­sty­tut osoby to­wa­rzy­szą­cej, ja­kim dys­po­nuję dzi­siej­szego wie­czoru.

Ści­ska moją dłoń z nie­umiar­ko­waną siłą - w ge­ście, który może być za­równo po­cie­sza­jący, jak i na tyle bo­le­sny, by mnie prze­stra­szyć.

- Oczy­wi­ście, że dasz radę - od­po­wiada rów­nież szep­tem.

- W ten spo­sób do­wie­dzia­łem się, że moja żona cho­dziła do obrzy­dli­wie pre­sti­żo­wej szkoły na Flo­ry­dzie - za­uważa Rob, nie­zra­żony moim zde­ner­wo­wa­niem. - Zjazd na pięt­na­sto­le­cie wy­gląda jak ce­le­bryc­kie we­sele.

- Je­śli mam być szczera, to jest dzie­sięć razy lep­sze niż na­sze we­sele - mówi Dez­zie, po czym po­ciąga mnie za sobą do sto­lika, na któ­rym usta­wiono to­rebki po­wi­talne z ce­ki­no­wymi klap­kami i spre­jami na owady. Za­trzy­mu­jemy się, by po­dzi­wiać de­ko­ra­cje, na które skła­dają się ana­nasy, or­chi­dee i wy­so­kie pra­wie na pół me­tra drzewka pal­mowe wy­sa­dzane dia­men­ci­kami.

- Wła­śnie to do­sta­jesz, gdy de­cy­du­jesz się po­ślu­bić zu­bo­ża­łego pra­cow­nika so­cjal­nego - mówi Rob. - Może sko­rzy­stamy z oka­zji i od­no­wimy przy­sięgę?

- Je­śli jest coś gor­szego od szkol­nych zjaz­dów po la­tach - stwier­dzam zgryź­li­wie - to jest to szkolny zjazd po la­tach po­łą­czony z od­no­wie­niem przy­sięgi ślub­nej. Poza tym ist­nieje ta­kie nie­pi­sane prawo, że każda para, która od­na­wia przy­sięgę, roz­staje się w ciągu roku. Za do­brze do sie­bie pa­su­je­cie, by ry­zy­ko­wać swój zwią­zek dla kilku ko­ko­so­wych kre­we­tek.

- Wi­dzę, że ktoś tu jest w świet­nym na­stroju - drwi Rob, kle­piąc mnie po ra­mie­niu.

Ma szczę­ście, że czuję się zbyt nie­szczę­śliwa, by się na nim ode­grać, bo w prze­ciw­nym ra­zie do­stałby pię­ścią w że­bra. Są z Dez­zie parą już tak długo, że Rob i ja trak­tu­jemy się jak ro­dzeń­stwo. Ta­kie, które ko­cha się ze wszyst­kich sił i oka­zuje to przez kłót­nie oraz lekką prze­moc fi­zyczną.

- W li­ceum zna­kiem roz­po­znaw­czym Molly było po­nu­rac­two - wy­ja­śnia mu Dez­zie. - W ostat­niej kla­sie do­stała ty­tuł Naj­więk­szej Pe­sy­mistki.

Od­rzu­cam włosy na plecy.

- To osią­gnię­cie, z któ­rego na­dal je­stem dumna, bar­dzo dzię­kuję. Ciężko pra­co­wa­łam na ten za­szczyt.

To była cena, jaką za­pła­ci­łam za na­sto­let­nią skłon­ność do ata­ków pa­niki. Ale nie ma się czym przej­mo­wać. Do­ro­słam, po­szłam na te­ra­pię i te­raz je­stem silną, nie­za­leżną ko­bietą z do­da­ją­cymi otu­chy re­cep­tami na kok­tajl z an­ty­de­pre­san­tów i oka­zjo­nalne benzo.

- Mogę so­bie tylko wy­obra­żać, jaka była Molly jako na­sto­latka - mówi Rob, bio­rąc z tacy prze­cho­dzą­cego kel­nera ma­leń­kie cia­steczko kra­bowe ude­ko­ro­wane odro­biną ka­wioru. - Pa­trząc, jaka nie­zno­śna jest te­raz, zga­duję, że była... nie­zbyt fajna. - Szcze­rzy się do mnie zło­śli­wie i tym ra­zem to ja kle­pię go w ra­mię.

- Rany, była na­prawdę wrzo­dem na tyłku - przy­znaje Dez­zie, obej­mu­jąc mnie czule ra­mie­niem. - Nic, tylko smutne wier­sze, czarna kawa i fe­mi­ni­styczne ty­rady w klu­bie dys­ku­syj­nym. Była jak ludz­kie wcie­le­nie ta­tu­ażu w stylu Sy­lvii Plath.

- Więc ge­ne­ral­nie nic się nie zmie­niło - pod­su­mo­wuje Rob.

- Nie­prawda - opo­nuję. - Je­stem im­pre­zową du­szą. Tylko nie tej im­prezy.

Mo­że­cie mi wie­rzyć: to prawda. Miesz­kam w Los An­ge­les i moja ka­riera za­leży od umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia roz­mów przy ba­se­nach w ab­sur­dal­nie du­żych do­mach po­ło­żo­nych na wzgó­rzach Hol­ly­wood i wy­pi­ja­nia od­po­wied­niej ilo­ści szam­pana. Ocza­ro­wuję naj­lep­szych, pro­wa­dzę roz­mowy jak pierw­sza na­iwna, na­wią­zuję kon­takty bez ja­kie­go­kol­wiek wy­siłku - zu­peł­nie jak­bym sama ba­wiła się w naj­lep­sze.

Ale tamto to praw­dziwe ży­cie.

A to tu­taj to uda­wane li­ceum.

- W ta­kim ra­zie dzi­siaj - oświad­cza Rob - roz­krę­cimy cię tak, że nikt ze sta­rych zna­jo­mych cię nie roz­po­zna, co ty na to, Dez?

Dez­zie roz­gląda się po sali, nie zwra­ca­jąc na nas uwagi.

- Gdzie sie­dzimy?

- Zaj­mijmy ten sto­lik na sa­mym końcu, żeby nikt z nami nie roz­ma­wiał - su­ge­ruję.

Ude­rza mnie w ra­mię swoją ko­per­tówką. To bar­dzo ładna ko­per­tówka. Dez­zie ma wy­śmie­nity gust. Za­ło­żyła dziś krótką asy­me­tryczną su­kienkę, która tro­chę przy­po­mina kre­acje marki Comme des Ga­rçons, jed­nak gdy na jej wi­dok aż wes­tchnę­łam z za­zdro­ści, Dez­zie za­pew­niła mnie, że to po pro­stu prze­wią­zana pa­skiem, fi­ku­śnie udra­po­wana tu­nika ro­dem z naj­więk­szego domu mody na świe­cie, czyli Ama­zon.com. Lśniące czarne włosy za­cze­sała w gład­kiego boba, a usta po­cią­gnęła czer­woną po­madką, która do­sko­nale pod­kre­śla jej bladą cerę. Rob na­to­miast ma szczę­ście, że dzięki kwa­dra­to­wej szczęce jest dość przy­stojny, po­nie­waż jego wy­czu­cie stylu w naj­lep­szym wy­padku można by na­zwać lum­piar­skim. Ma na so­bie swoje co­dzienne po­mięte be­żowe chi­nosy, które dziś, je­śli można to tak na­zwać, ze­sta­wił z twe­edową ma­ry­narką, o wiele za cie­płą na tę po­godę, oraz z po­ry­so­wa­nymi czar­nymi mo­ka­sy­nami, które nie pa­sują mu do pa­ska. To dziwna para - wy­glą­dają ra­zem jak Ka­ren O z ze­społu Yeah Yeah Yeahs i Jim z The Of­fice. Ale jest mię­dzy nimi godna po­zaz­drosz­cze­nia che­mia.

- O mój Boże, Molly, mu­sisz w końcu prze­stać ma­ru­dzić - mówi Dez­zie. - Nie wi­dzia­łaś więk­szo­ści z tych lu­dzi od pięt­na­stu lat. Przy­le­cia­łaś z Los An­ge­les na Flo­rydę, któ­rej nie­na­wi­dzisz. Nie po­zwolę ci przez cały wie­czór cho­wać się za kie­lisz­kiem wina i pod sto­łem za­rzu­cać mnie i Alyssę nie­wy­bred­nymi ko­men­ta­rzami.

- Je­śli są­dzisz, że będę dziś piła coś tak ni­sko­pro­cen­to­wego jak wino, w ogóle mnie nie znasz - rzu­cam. - A poza tym wi­dzia­łam, że są tu ja­kieś au­tor­skie drinki. Któż mógłby się oprzeć Palm Bay Prep­tini?

- Jak sma­kuje no­stal­gia za pry­watną szkołą za czter­dzie­ści ty­sięcy do­la­rów rocz­nie? - chce wie­dzieć Rob.

Biorę z tacy prze­cho­dzą­cego kel­nera kie­li­szek i jed­nym hau­stem wy­chy­lam po­łowę bla­do­po­ma­rań­czo­wego płynu.

- Jak spo­cone ko­biety w su­kien­kach od Diane von Fur­sten­berg, pod­sta­rzali ta­tuś­ko­wie wy­gi­na­jący ciała w ryt­mie hip-hopu... i eee... ja­kiś rum czy coś.

Dez­zie usta­wia się w ko­lejce do sto­lika i po chwili wraca do nas z trzema wi­niet­kami.

- Zna­la­złam nas - mówi, wrę­cza­jąc mi jedną z nich.

"Molly Marks, sto­lik 8".

Ści­ska mnie w żo­łądku.

- Chwila. Mamy przy­pi­sane miej­sca?

Dez­zie wzru­sza ra­mio­nami.

- To sprawka Ma­rian Hart. Pew­nie chciała, że­by­śmy się to­wa­rzy­sko wy­mie­szali. Wiesz, jaka ona jest.

Ma­rian Hart była prze­wod­ni­czącą na­szej klasy i kró­lową balu. Za­wsze try­skała pełną opty­mi­zmu ener­gią dy­rek­tora kre­atyw­nego statku wy­ciecz­ko­wego.

- Pro­szę, po­wiedz mi, że sie­dzimy przy tym sa­mym sto­liku - ję­czę, wy­cią­ga­jąc Dez­zie jej wi­zy­tówkę z ręki.

"Des­de­mona Chan, sto­lik 17".

- Ja pier­dolę - mru­czę pod no­sem. - Le­piej, żeby przy­naj­mniej Alyssa była przy moim sto­liku.

Alyssa to na­sza przy­ja­ciółka, ostat­nie ogniwo nie­ro­ze­rwal­nego trio, które sfor­mo­wa­ły­śmy w dru­giej kla­sie.

- Wi­dzia­łam jej wi­zy­tówkę. Sie­dzi przy je­de­na­stce. A poza tym jej sa­mo­lot się spóź­nia i do­trze tu do­piero za ja­kąś go­dzinę. Nie ura­tuje cię. Bę­dziesz mu­siała się so­cja­li­zować.

- Nie mam kło­potu z so­cja­li­za­cją - od­gry­zam się. - Nie ra­dzę so­bie tylko z fał­szywą no­stal­gią i wy­mu­szoną ra­do­ścią.

Ze sceny roz­le­gają się dźwięki co­veru The We­ather Is Here, Wish You Were Be­au­ti­ful Jimmy'ego Buf­feta w wy­ko­na­niu ze­społu per­ku­syj­nego skła­da­ją­cego się z sa­mych bia­łych fa­ce­tów i wkra­cza na nią nie kto inny, jak sama Ma­rian Hart.

Wy­gląda nie­na­gan­nie, co nie sta­nowi za­sko­cze­nia. Swoje per­fek­cyjne blond pa­semka spięła w ele­gancki kok chi­gnon, który ja­kimś cu­dem nie roz­wala się mimo flo­rydz­kiej wil­goci, a cała reszta jej osoby wy­gląda jak re­klama marki Goop.

- Ko­chani! - pisz­czy do mi­kro­fonu. - Cu­dow­nie was wszyst­kich wi­dzieć. Przy­je­chało sto pięć­dzie­siąt osiem osób z rocz­nika li­czą­cego sto sześć­dzie­się­cioro sied­mioro uczniów, da­cie wiarę? To bę­dzie cu­downa, wspa­niała, je­dyna w swoim ro­dzaju ZA­BAWA!

Jej nie­bie­skie oczy wzno­szą się w górę ze szczerą ra­do­ścią.

Kładę głowę na ra­mie­niu Dez­zie.

- Już mi się nie po­doba. Dla­czego tu je­stem?

- Prze­cież sama chcia­łaś przy­je­chać, ty hi­po­krytko. Uszy do góry. Może się roz­krę­cisz.

Nie ma ra­cji. Z całą pew­no­ścią nie "chcia­łam" tu przy­je­chać. Zo­sta­łam do tego zmu­szona. Jako je­dyna z na­szego ma­łego kręgu miesz­kam na Za­chod­nim Wy­brzeżu, w związku z czym oka­zje do spo­tkań są wy­jąt­kowo rzad­kie, zwłasz­cza od­kąd Alyssa ma dzieci. Ale wła­śnie koń­czę pro­jekt, a nie lu­bię po­dró­żo­wać, kiedy mam wenę.

- Po­win­nam być w domu i pra­co­wać - mó­wię.

- Mo­żesz wziąć cztery dni wol­nego - za­uważa Rob. - Prze­cież nie je­steś on­ko­lo­giem.

Nie mam nic wspól­nego z me­dy­cyną ra­tu­jącą ży­cie. Za­rob­kowo zaj­muję się pi­sa­niem sce­na­riu­szy ko­me­dii ro­man­tycz­nych. Te­raz pew­nie po­my­śli­cie, że mowa o efek­tow­nych sce­nach prze­sy­co­nych sło­dy­czą, twar­dzie­lach ze łzami w oczach wy­zna­ją­cych do­zgonną mi­łość ko­bie­cie, która za­pewne pra­cuje w ja­kimś cza­so­pi­śmie i za­wsze ma roz­wiane włosy...

Po­cze­kam, aż prze­sta­nie­cie się śmiać.

Choć moja ka­riera sta­nowi odej­ście od mi­zan­tro­pij­nej wraż­li­wo­ści, z któ­rej je­stem znana, to przyj­mij­cie, pro­szę, do wia­do­mo­ści, że je­stem w tym za­ska­ku­jąco do­bra. Mam na swoim kon­cie dwa hity kina nie­za­leż­nego, które na­pi­sa­łam za­raz po ukoń­cze­niu stu­diów. Zgoda, to było osiem lat temu. Ale mój pro­du­cent pro­wa­dzi te­raz roz­mowy z jedną z gwiazd świa­to­wego for­matu w spra­wie głów­nej roli w fil­mie, nad któ­rego sce­na­riu­szem wła­śnie pra­cuję. I my­ślę, że to może być hit.

Na­wet wielki.

A moja ka­riera bar­dzo go po­trze­buje. Mam sta­bilną sy­tu­ację i stały do­pływ zle­ceń, jed­nak suk­ces, który osią­gnę­łam na po­czątku swo­jej drogi, spra­wił, że w swo­jej próż­no­ści po­my­śla­łam, że będę drugą Norą Eph­ron albo Nancy Mey­ers, pro­du­ku­jącą hit za hi­tem i za­ra­bia­jącą mi­liony. Chwi­lowo mam braki na polu "głos po­ko­le­nia mi­lio­ne­rów".

- Za chwilę zo­staną po­dane przy­stawki - kon­ty­nu­uje Ma­rian ze sceny. - By­łoby do­brze, gdy­by­ście za­jęli swoje miej­sca. Zjemy wy­śmie­nity po­si­łek, a po­tem bę­dziemy sza­leć, jak­by­śmy znów mieli po szes­na­ście lat! Żeby nas roz­ru­szać, na każ­dym sto­liku są ze­stawy py­tań prze­ła­mu­ją­cych lody. Użyjmy ich pod­czas roz­mów, gdy bę­dziemy się za­ja­dać prze­grzeb­kami. Ży­czę nam wszyst­kim świet­nej za­bawy!

Chwy­tam Dez­zie za rękę.

- Nie wie­rzę, że będę mu­siała się z tym mie­rzyć sa­mot­nie.

- Bę­dziesz świetna, księż­niczko - za­pew­nia, wy­krę­ca­jąc się z mo­jego uchwytu. - Po­wa­lisz ich na ko­lana. Je­śli nie uro­kiem oso­bi­stym, to swoim słyn­nym zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Już ża­łuję.

- Patrz, ten jest nasz - zwraca się Dez do Roba, wska­zu­jąc na po­bli­ski ośmio­oso­bowy sto­lik, przy któ­rym za­sie­dli już ten nie­śmiały chło­pak, który za­ło­żył fun­dusz hed­gin­gowy oraz Chaz Lo­gan, naj­za­baw­niej­szy chło­pak w na­szej kla­sie.

- Rany, masz Chaza i mi­liar­dera? - ję­czę, mimo że skoń­czy­łam już trzy­dzie­ści trzy lata. - Je­stem za­zdro­sna.

Dez roz­gląda się po sali.

- No, no, wy­daje mi się, że twój sto­lik też bę­dzie in­te­re­su­jący.

Po­dą­żam za jej spoj­rze­niem do mniej­szego sto­lika usta­wio­nego z boku na­miotu, bli­żej plaży. Stoi na nim ta­bliczka w kształ­cie mewy z na­pi­sem: sto­lik 8.

Sie­dzi przy nim sa­motna po­stać. Seth Ru­ben­stein.

Od­dech więź­nie mi w gar­dle.

- Ożeż kurwa mać - ce­dzę przez za­ci­śnięte zęby.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki