Żyć jak Wielki Szu. Biografia Jana Nowickiego - Beata Biały

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

zamiast wstępu

Mam przed oczami obra­zek: sie­dzimy przy sto­liku, roz­ma­wiamy, Jan Nowicki w nie­dba­łej pozie, z cha­rak­te­ry­styczną dla niego ele­gancką non­sza­lan­cją opo­wiada. Ale jak opo­wiada! To zawsze były opo­wie­ści, pod­czas któ­rych wyda­wało się, że nar­ra­tor zabiera cię w swój świat, że uczest­ni­czysz w meta­fi­zycz­nej podróży, w któ­rej on jest prze­wod­ni­kiem. Spod przy­mru­żo­nych powiek patrzy, czy robi wra­że­nie na roz­mówcy. Tak, Jan lubił robić wra­że­nie. I robił! Cza­ro­wał sło­wem, uwo­dził uśmie­chem, olśnie­wał głę­bią prze­my­śleń. Wielki Szu­ler. Łatwo było się nim zachwy­cić. I zachwy­ca­łam się za każ­dym razem. Był gwa­ran­cją cie­ka­wej roz­mowy. Wiele takich z nim odby­łam na róż­nych eta­pach jego życia. I mojego. Pamię­tam też ostat­nią. Świat opa­no­wał koro­na­wi­rus. Prze­ra­żeni, nie­pewni jutra sie­dzie­li­śmy zamknięci w swo­ich domach, bojąc się naj­mniej­szego kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem. A jeśli to już koniec? A jeśli świat, który zna­li­śmy, znik­nie na naszych oczach? Prze­mi­ja­nie, śmierć, utrata... - jak się z tym upo­rać? Zadzwo­ni­łam do Jana. Zapy­ta­łam, czy opo­wie o prze­mi­ja­niu do "Two­jego Stylu". Był oswo­jony z tema­tem od lat, cza­sem nawet myśla­łam, że kokie­tuje sta­ro­ścią i bli­skim koń­cem. Lubił roz­ma­wiać na temat prze­mi­ja­nia, trak­to­wał je jak coś, co każ­dego z nas czeka. I tylko od nas zależy, czy się z tym pogo­dzimy jako z natu­ralną koleją rze­czy, czy będziemy sie­bie oszu­ki­wać, że można czas zatrzy­mać w miej­scu. Był wie­czór, roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon dobre trzy godziny. "No to masz już książkę" - powie­dział w końcu. Wtedy nie myśla­łam o książce, bio­gra­fii wiel­kiego aktora. To był czas, kiedy wyco­fał się z aktor­stwa i z powo­dze­niem został pisa­rzem. Napi­sa­łam wywiad. Auto­ry­za­cja jak zawsze z nim bez jed­nej poprawki. Czło­wiek, który wie, co mówi, i robi to pięk­nie, nie zmie­nia potem wer­sji. "Jana wystar­czy spi­sać" - lubi­łam żar­to­wać. Bo rze­czywiście był feno­me­nem, wyma­rzo­nym roz­mówcą dla dzien­ni­ka­rza. W dodatku nie bał się mówić, co myśli, nawet jeśli miałby się na niego obra­zić cały świat. Bo nawet jak obra­żał, to z klasą. Mia­łam wra­że­nie, że żyje na wła­snych warun­kach. Mało komu się to udaje. Zwy­kle jeste­śmy w ukła­dach, zależ­no­ściach, powin­no­ściach... Jego to nie doty­czyło. On żył tak, jak chciał.

I nagle nie­spo­dzie­wa­nie odszedł. Bez poże­gna­nia i fan­far. Też na swo­ich warun­kach. Zawsze powta­rzał, że chciałby umrzeć w domu, w ramio­nach uko­cha­nej kobiety. Spo­tkał taką pod koniec życia. Jesz­cze zdą­żył prze­żyć miłość ostat­nią. Dobrą, czułą, spo­kojną, doj­rzałą. Ale kiedy odszedł, została pustka. Zosta­wił po sobie brak nie do opi­sa­nia.

Pew­nego dnia zadzwo­niła do mnie moja cudowna redak­torka pro­wa­dząca Mag­da­lena Cho­rę­bała: "Napi­szesz bio­gra­fię Jana Nowic­kiego?". "Tak" - odpo­wie­dzia­łam bez zasta­no­wie­nia, wie­dzia­łam od razu, że chcę to zro­bić. Nie tylko dla­tego, że "wiel­kim akto­rem był", ale dla­tego, że był cudow­nym cza­ro­dzie­jem. Chło­pa­kiem z bajki, który pięk­nie opi­sy­wał nawet brudny świat. Pamię­tam jego opo­wieść o kwia­tach w wazo­nie: "Lubię życie porów­ny­wać do kwia­tów w wazo­nie. Cały rok sta­ram się mieć kwiaty w wazo­nie. W tym upa­truję zresztą powo­dze­nie czło­wieka, że może sobie pozwo­lić na to, by przez cały rok mieć świeże kwiaty. Piękne kwiaty to czę­sto wię­cej niż lichy part­ner w domu - jest na co popa­trzeć i jest z kim pomil­czeć. Ale przyj­rzyjmy się im bli­żej. Naj­pierw są piękne, ale z cza­sem więdną. A zwró­ci­łaś uwagę na to, jak śmier­dzi woda w sta­rych kwia­tach? Prze­cież to jest nic innego, jak opo­wieść o czło­wieku, jego sta­ro­ści i prze­mi­ja­niu. Zauważ, że dokład­nie tak samo koń­czy, jak cięte kwiaty". Wielki Szu­ler uśmie­cha się pew­nie teraz gdzieś w nie­bie, a ja sta­ram się stwo­rzyć jego por­tret. Sta­ran­nie skła­dam opo­wie­ści naj­bliż­szych jak puz­zle, w nadziei, że odma­lują praw­dziwy obraz.

Z wdzięcz­no­ścią kła­niam się wszyst­kim, któ­rzy pomo­gli mi w powsta­niu tej książki. Mojej redak­torce pro­wa­dzą­cej dzię­kuję za zapro­sze­nie, bli­skim aktora za to, że podzie­lili się ze mną swo­imi wspo­mnie­niami. Rodzi­nie i przy­ja­cio­łom dzię­kuję za wspar­cie pod­czas trud­nej podróży po świe­cie Jana Nowic­kiego, który sta­ra­łam się poka­zać na kar­tach tej książki. Dzię­kuję Ci, Wielki Szu.

wojenny poród

Upalne lato 1939 roku. Takiego gorą­cego sierp­nia od dawna w Pol­sce nie było. Tem­pe­ra­tura pia­sków wydm nad Bał­ty­kiem sięga nawet 50 stopni Cel­sju­sza.

Piękne to lato i w Kowalu. Białe od żaru i osza­ła­mia­jące dni let­nie wloką się leni­wie. Dom Nowic­kich wraz z oknami nie­mal tonie w buj­nym kwit­nie­niu ogrodu. Jabło­nie szczo­drze obro­dziły w tym roku. Soczy­ste, prze­peł­nione słod­kim do omdle­nia miąż­szem owoce pachną obiet­nicą szczę­śli­wego życia. Pani Marianna brze­mienna, nie­ba­wem uro­dzi. Nie mogą z mężem docze­kać się potomka. Na świe­cie od dwóch lat jest już Hania. Na czarno-bia­łych foto­gra­fiach uśmiech­nięte twa­rze rodziny Nowic­kich na tle maleń­kiego, choć solid­nego domu z cegły. Dziś wiemy, jak szcze­gólne to było lato. Ale wtedy, gdy Marianna i Antoni ocze­ki­wali syna, nikomu nawet przez myśl nie prze­szło, że za chwilę zacznie się praw­dziwe pie­kło.

święta agato, módl się za nami

13 wrze­śnia 1939 roku woj­ska nie­miec­kie wkra­czają do Kowala, od strony Kru­szyna. Już kilka dni wcze­śniej nad mia­stem krążą woj­skowe samo­loty jak zło­wro­gie czarne wrony, które zwia­stują nie­szczę­ście. W mie­ście coraz wię­cej woj­ska. Kowal, podob­nie jak i całe Kujawy, zostaje włą­czony do Rze­szy. Ludzie, jedni w oba­wie przed ger­ma­ni­za­cją, inni - Żydzi - przed eks­ter­mi­na­cją, opusz­czają domy, ucie­kają do lasu. Dawno już skoń­czyło się upalne lato, a także wrze­sień, który był wyjąt­kowo, zupeł­nie nie­zro­zu­miale cie­pły. Jakby miał osło­dzić to, co się sta­nie. Paź­dzier­nik już nie roz­piesz­cza.

Pani Marianna wkrótce ma uro­dzić, musi zna­leźć bez­pieczne miej­sce. Ale nie ma takiego. Sły­chać bom­bar­do­wa­nia i strzały, niebo pło­nie od ognia. Bab­cia Józia prze­ra­żona woła, żeby ucie­kać. Z pie­rzyną prze­wie­szoną przez ramę roweru, okop­co­nym czaj­ni­kiem, zabra­nym w pośpie­chu jedze­niem i kozą na postronku cała rodzina ucieka do lasu. W domu został tylko pan Antoni. Na końcu bie­gnie mała Hania, ledwo nadąża, dźwi­ga­jąc za ciężki jak na dwu­latkę kosz z kar­to­flami. Pła­cze, bo bulwy wypa­dają z koszyka. Wraca, zbiera i znowu pędzi ze szlo­chem. Marianna wiel­kim brzu­chem wspiera się o rower i z tru­dem prze­dziera się przez dzi­kie pola. Matka obej­muje brze­mienną córkę. Zimno, listo­pad. Ale może jakoś prze­trwają. Marianna czuje, że za chwilę dziecko przyj­dzie na świat. "Muszę wra­cać do domu" - pła­cze. Wra­cają. Noc roz­po­ściera swój ciemny płaszcz nad Kowa­lem. Żeby tylko zdą­żyć, zanim zacznie rodzić. Na rogu ulic Piw­nej i 3 Maja, o któ­rym miej­scowi mówią "ostatni grosz", spo­ty­kają pol­skiego żoł­nie­rza. Radzi, żeby wró­cić do lasu, bo Niemcy wciąż bom­bar­dują. Marianna daje żoł­nie­rzowi soczy­ste, odu­rza­jące zapa­chem jabłko z ich ogrodu, zdą­żyła kilka zabrać przed ucieczką. "Nie zapa­laj­cie świa­tła! Nie pal­cie w piecu! Zasłoń­cie okna!" - krzy­czy jesz­cze za nimi żoł­nierz.

W końcu docie­rają do domu. W noz­drza ude­rza ich stara, zna­joma, zaufana woń sieni. W środku ciemno i zimno. Pamię­tają prze­strogę żoł­nie­rza - świa­teł nie zapa­lać, żeby się nie zdra­dzić. Z szafy wychyla się ojciec, który ukrywa się tam z sie­kierą, jakby w cie­niu swego losu cze­kał na Niem­ców. Nie uciekł, posta­no­wił wal­czyć, nie chciał oddać swego. "Wró­ci­łam do domu, żeby ci uro­dzić" - mówi Marianna. Zmę­czona, obo­lała, z wiel­kim brzu­chem osuwa się na łóżko.

W domu ziąb, ale prze­cież nie można roz­pa­lić w piecu, dym mógłby ich zdra­dzić. "Antoś, bie­gnij po aku­szerkę - krzy­czy bab­cia Józia. - Hania, do kuchni, nie wolno ci patrzeć!" Sta­wia na para­pe­cie figurkę Świę­tej Agaty. To patronka pie­lę­gnia­rek i matek kar­mią­cych. Na pewno pomoże przy poro­dzie i w połogu. Chroni też przed ogniem, może więc żadna bomba nie spad­nie na ich dom. Jest jesz­cze Basia, koza, w niej nadzieja, bo daje dwa litry mleka dzien­nie. W kącie stoi zapa­lona grom­nica. Drzwi trza­skają, rachi­tyczny pło­mień gaśnie, wcho­dzi aku­szerka, pani Dmo­chow­ska. Babka znowu zapala grom­nicę. Pło­mień tli się nie­spo­koj­nie, dając nie­wiel­kie świa­tło. Ale bez niego aku­szerce byłoby trudno. "Jak pestkę z roz­po­ło­wio­nej nożem brzo­skwini, z cie­płego brzu­cha mamy na zimny świat wycią­gnęła mnie pani Dmo­chow­ska"3 - napi­sze po latach Jan Nowicki. Babka myje nowo­rodka w zim­nej wodzie. Hania pamięta jesz­cze krzyk nowo naro­dzo­nego bra­ciszka. Ran­kiem Antoni wska­kuje na rower i gna czym prę­dzej do ple­bana, żeby zare­je­stro­wać syna. "Jan" - pisze ple­ban w kościel­nej księ­dze.

Nowiccy wcze­śniej, przed Hanią i Janem, mają jesz­cze dwójkę dzieci - Halinkę i Gie­niu­sia. 4 grud­nia 1934 tra­gicz­nie tracą oboje - córeczka ma wtedy trzy i pół roku, synek nie­spełna dwa lata. Dyfte­ryt, czyli bło­nica, zadu­sił oboje. Szcze­pionkę wyna­le­ziono dopiero po woj­nie, wcze­śniej na prze­ży­cie nikt nie miał szans. Okrutna cho­roba zabie­rała nie­mal od razu. Przez udu­sze­nie. Marianna podobno dziel­nie to znio­sła, ale czy można dziel­nie znieść śmierć wła­snych dzieci? Pew­nie do końca życia tłumi w sobie roz­pacz po ich utra­cie. Antoni po pogrze­bie naj­pierw tygo­dniami mil­czy, potem wrzuca do pieca nie­do­koń­czone dziew­częce buciki, a w końcu zaczyna pić. Na umór. Nie może pogo­dzić się ze śmier­cią dzieci. Bab­cia Józia opo­wiada potem, że topił łzy w wódce. Długo jest na niego zła. Nie dla­tego, że pije, to rozu­mie, tylko dla­tego, że po dzie­ciach nie wolno pła­kać. "Cię­żej im przez to w nie­bie" - mówi. Ale Antoni nie słu­cha. Żałość roz­dziera mu serce, dla uko­je­nia śpiewa z ciotką Wandą przed­wo­jenne szla­giery, a wtedy pła­cze i pije jesz­cze wię­cej, do upa­dłego. W domu nie ma co jeść, a on prze­pija każdy grosz. Jan pamięta, jak cho­wają się z Hanią w cie­pło torf­niaka, wokół głód, a oni z sio­strą z tego głodu opo­wiadają sobie bajki. Bab­cia Józia wie, że to ona musi teraz zaro­bić na dom. Sku­puje u chło­pów jajka, śmie­tanę i mleko, a potem idzie do odle­głego o 15 kilo­me­trów Wło­cławka i sprze­daje na targu. Wraca też z baga­żem - ma igły, guziki, mydło i inne dro­bia­zgi, które sprze­daje w Kowalu. To wyczer­pu­jąca wyprawa, w obie strony w sumie 30 kilo­me­trów, w dodatku z cięż­kim baga­żem. Po dwóch latach kupuje stary, pordze­wiały rower - nie do jeż­dże­nia, prze­wozi nim towar. Zarzuca na ramę torby, które wiszą po obu stro­nach, a w nich - jajka, śmie­tana, mleko. Do domu Nowic­kich w Kowalu powoli wraca życie. 20 lipca 1937 roku na świat przy­cho­dzi Hania. Potem, 5 listo­pada 1939 roku, Jan. Ale sza­leje już wojna. Przed nimi znów ciężki czas.

ćwiczenia z utraty

Niemcy wyrzu­cili Nowic­kich z wła­snego domu, więc ci muszą się prze­nieść na rynek. Teraz miesz­kają w jed­no­izbo­wej norze z szafą. To praw­dziwa nora, bo jest w niej tylko jedno okno z wido­kiem na pompę. Połowa mia­steczka przy­cho­dzi tu po wodę. Od rana sły­chać gło­śne skrzy­pie­nie żeliw­nego ramie­nia pompy i chlu­pot wody napeł­nia­ją­cej spra­gnione wia­dra i kanki. W izbie jest stara, odra­pana szafka na jedze­nie. Jan pamięta też kuchenny piec z dużą płytą, na któ­rej stał wielki kamienny gar­nek z kaszą. Każ­dej nocy zakra­dał się do niego szczur. I pułapkę na gry­zo­nia - ni­gdy nie dał się w nią zła­pać. W nocy było sły­chać tylko trzask zamy­ka­ją­cej się sprę­żyny, ale rano nie było w pułapce ani szczura, ani śladu sło­niny. Sprytny był, umarł w końcu ze sta­ro­ści. W izbie stoją dwa łóżka - na jed­nym śpi matka z maleń­kim Jasiem, na dru­gim ojciec. Bab­cia Józia ma posła­nie za szafą. Hania cho­dzi na noc do ciotki Frani, dla niej bra­kuje już miej­sca. Marianna cza­sem wycho­dzi z domu, żeby goto­wać Niem­com. Mały Jasiek pła­cze wtedy wnie­bo­głosy. Źle znosi roz­sta­nia z matką. Naj­bar­dziej lubi, gdy przy­tula go do piersi i karmi. W jej ramio­nach czuje się bez­piecz­nie. Zapach mięk­kiego ciała matki i słodki smak cie­płego mleka koją. Już cho­dzi, a wciąż jesz­cze ssie mat­czyną pierś. Kobieta cza­sem siada na skraju łóżka i naciera solą ciemne, bolące bro­dawki bia­łych jak mleko piersi. Posmak soli mie­sza się ze słod­kim sma­kiem cie­płego mleka. Dziecku to nie prze­szka­dza, ssie zachłan­nie, aż w końcu zasy­pia. Nie­chęt­nie porzuca pierś matki, dopiero gdy ma dwa lata.

Marianna znowu jest w ciąży. Jest rok 1943. Babka Józia prze­pro­wa­dza się do Wuciń­skich, Hania może wró­cić do domu i zająć jej miej­sce za szafą. Pew­nego poranka, ledwo zaczęło świ­tać, budzi ją matka. "Idź do babci i powiedz jej, że zacho­ro­wa­łam" - szepce, żeby nie obu­dzić ojca. "Jak spa­łam, w koszuli, bosiu­teńko, pobie­głam i przy­pro­wa­dzi­łam ją, razem z panią Dmo­chow­ską - wspo­mina po latach Hanna. - Coś szep­tały, nie pozwo­liły wejść do środka. Przez drzwi usły­sza­łam zawo­dze­nie mamusi i bez­bożne prze­kleń­stwa ojca. A potem straszną ciszę, prze­rwaną gło­śnym śpie­wem wio­sen­nych pta­ków"4. Jak pogo­dzić się z kolejną utratą? Czy można nauczyć się żałoby, gdy dopada nas kolejny raz? Gdy kolejny raz traci się dziecko, które nosiło się pod ser­cem? Marianna była w szó­stym mie­siącu ciąży. Po co w ogóle poszła w nocy do piw­nicy? Czy naprawdę musiała przy­cią­gnąć do nory wia­dro z drew­nem? Hania pamięta to zej­ście do piw­nicy w kącie nory. Wystar­czyło odrzu­cić kilka desek i pod pod­łogą uka­zy­wała się czarna zimna cze­luść z beto­no­wymi scho­dami pro­wa­dzą­cymi w nie­znaną otchłań. Matka scho­dziła po nich z wia­drem, cichutko, na pal­cach, żeby nie obu­dzić męża. Potknęła się na przed­ostat­nim schodku, z ostat­niego spa­dła na zimną zie­mię. Już wie­działa, co się stało. Poczuła prze­raź­liwy, prze­szy­wa­jący na wskroś ból w łonie. Jesz­cze nabrała w wia­dro drewna ukra­dzio­nego Niem­com z nara­że­niem życia, wdra­pała się z nim z powro­tem na górę, dorzu­ciła do pieca i dopiero wtedy obu­dziła córkę, żeby pobie­gła po pomoc. Hania pamięta bra­ciszka - różowy, tłu­ściutki. "Bab­cia ochrzciła go zwy­kłą wodą, nazwała Sta­siem i swoim zwy­cza­jem zabro­niła pła­kać - wspo­mina po latach. - Nocą, owi­nięty w cie­pły ręcz­nik w różyczki, zło­żony w pudełku po butach, ze świę­tym obraz­kiem w palusz­kach, Staś pod pachą mamy powę­dro­wał na para­fialny cmen­tarz, gdzie zako­pały go obok Halinki i Gie­nia"5.

konik na biegunach

Antoni od dawna jest chory. Dok­tor Blan­kie­wicz już zimą 1943 roku stwier­dza u niego suchoty. "Nie gruź­licę, tylko suchoty - pod­kre­śla Hanna. - Gruź­licę to mógł mieć jakiś Cho­pin, szewc w naszych stro­nach ska­zany był na suchoty"6. Bo ojciec Jana i Hanny był szew­cem. Hanna twier­dzi, że jak każdy męż­czy­zna w Kowalu musiał nim zostać: "Szewc przed wojną to był gość, nie tylko w nie­dzielę, przez cały tydzień"7. Z czarno-bia­łego zdję­cia spo­gląda przy­stojny młody męż­czy­zna w mun­du­rze. Ciemne, zacze­sane do góry włosy, z prze­dział­kiem z lewej strony, lekko odsta­jące uszy, wąskie usta i ciemne oczy o łagod­nym spoj­rze­niu. Ma tu 22 lata. Szes­na­ście lat póź­niej jest nie do pozna­nia. Cho­roba zabrała wszystko. Rodzina zapa­mię­tała go jed­nak jako przy­stoj­nego ułana, przy sza­bli, w wyso­kich butach. Matka jesz­cze długo po jego śmierci, w tajem­nicy przed dru­gim mężem, zagląda z tęsk­notą do tych zdjęć. Hanna pamięta, że ile­kroć matka kłó­ciła się z ojczy­mem, krzy­czała, że chce być pocho­wana przy pierw­szym mężu.

Jan słabo pamięta ojca. Jak przez mgłę widzi, w świe­tle kop­cą­cej lampy, jego plecy. Ojciec leży twa­rzą skie­ro­waną do ściany, chudy, długi, sku­lony, pogo­dzony z losem, w cie­niu bez­gra­nicz­nego współ­czu­cia, w któ­rym zdaje się wypo­czy­wać. Na bla­dej jak opła­tek twa­rzy zasty­gnięty gry­mas bak­chiczny. Na prze­mian drze­mie, chrząka, poka­słuje. Gruź­lica dzień po dniu, mili­metr po mili­metrze, zżera mu płuca, ale w jego oczach tlą się jesz­cze resztki żaru daw­nego życia. Cza­sem pró­buje sła­bym ruchem sta­wiać opór cho­ro­bie, ale to gesty bez zna­cze­nia, gołym okiem widać zbli­ża­jący się koniec. Jan widzi akt hero­izmu matki, trium­fu­jący nad jej sła­bo­ścią, ale gra­nica mię­dzy życiem a śmier­cią zaciera się coraz bar­dziej. Ojciec powoli zanika. Godzi­nami udaje sen, któ­rym pokrywa zakło­po­ta­nie umie­ra­ją­cego przed­wcze­śnie męż­czy­zny. Jan pamięta zapach sosno­wych gałęzi, które Tadek i Bodzik, syno­wie wuja, przy­bi­jają ocho­czo do ściany, obok łóżka. Mają uda­wać sosnowy las. Wuj dowie­dział się, że takie lasy rosną przy sana­to­riach dla gruź­li­ków. "Łatwiej ci będzie oddy­chać, wujek" - mówią. Nie pomo­gło. Odszedł 19 lutego 1944 roku. Jan z pogrzebu pamięta tylko swój dzie­cięcy śmiech roz­pa­czy na tle powagi żałob­ni­ków.

Antoni miał 38 lat, gdy zosta­wił żonę z dwójką dzieci. Jaś led­wie skoń­czył cztery lata. Mówił potem, że nie zdą­żył nawet dostać lania od ojca szew­skim pasem. Pamięta tylko wil­gotną od gorączki poduszkę ojca. Cho­wał tam pie­nią­dze, które Jaś zara­biał, żeby uskła­dać na konia na bie­gu­nach. Marzył o takim, praw­dzi­wym, co ma grzywę, sierść, uzdę i strze­miona. Chło­piec, ubrany w rude palto ze sztucz­nego misia wypa­lone na pupie od pieca, które dostał od ciotki, i czarny melo­nik udaje się w nie­dzielę po nie­szpo­rach pod kościół. Po nie­szpo­rach za par­ka­nem zawsze zbie­rali się męż­czyźni z machor­ko­wymi skrę­tami. Jaś pod­cho­dzi do jed­nego z nich, w wiśnio­wych ofi­cer­kach, przy­klęka i mówi: "Poca­łuję pana but, jak mi pan da zło­tówkę". Pierw­szy występ za pie­nią­dze. Męż­czy­zna pod­suwa lśniący but, chło­piec całuje, chowa zło­tówkę do kie­szeni palta. Ktoś inny mówi, żeby poca­ło­wał mur, drzewo, zie­mię... "A poca­łu­jesz mnie w rękę?" - pyta zaczep­nie inny męż­czy­zna. "Poca­łuję, ale za pięć zło­tych" - tar­guje się chło­piec. Duma mie­sza się z upo­ko­rze­niem. Co powie ojciec, że syn po rękach albo butach ludzi całuje za pie­nią­dze? Nic nie mówi, nie ma siły. Na konia nie udało się uzbie­rać. "Trzeba było coś jeść, a psi sma­lec na płuca taty swoje kosz­to­wał"8 - wspo­mina po latach bez żalu, że nie dostał upra­gnio­nej zabawki.

ojciec przychodzi we śnie

Hania pamięta, że mama poszła rano po szyszki do pieca, bo ojciec dostał dresz­czy. Bab­cia, ukry­wa­jąc się przed Niem­cami, pobie­gła na wieś, żeby kupić masło - miało posta­wić na nogi zię­cia. I córkę, bo też była już słaba. Nie­wiele pomo­gło. Antoni leży bez­wład­nie na łóżku, cza­sem ostat­kiem sił patrzy na ścianę przed sobą, ale zwy­kle śpi. "Jest taka chwila, mię­dzy śmier­cią a odej­ściem. Chwila szcze­gólna, którą można nazwać... momen­tem zasty­ga­nia. Twarz zmar­łego ema­nuje wtedy praw­dziwą ener­gią, spo­ko­jem, dystan­sem i prze­wagą nad żyją­cymi. Chwila ulotna, nie­trwała, ale też maje­sta­tyczna, pełna posęp­nej powagi, zdy­stan­so­wana do samej sie­bie"9 - roz­waża Jan po latach. Lutowy wie­czór, bab­cia Józia zauważa, że zię­ciowi puchną nogi. To zły znak. Trzeba go umyć. Za drzwiami trza­ska­jący mróz. Bab­cia zapala świecę, do izby powoli scho­dzą się sąsie­dzi - taki zwy­czaj w Kowalu, że śmierć wita się gro­mad­nie. "Dzieci, ucie­kaj­cie" - woła. To nie jest widok dla malu­chów. Nie słu­chają, cho­wają się w kącie i cichutko patrzą na ostatni oddech ojca. Gorzki zapach cho­roby osiadł na dobre na dnie pokoju. "Trzy razy wychu­dłymi ramio­nami objął świat. Bez wysiłku, wła­śnie lekko. Odwró­cił się do ściany, po czym po latach na skrzy­dłach Halinki, Gie­nia i Sta­sia odfru­nął tam, gdzie można odpo­cząć"10 - wspo­mina Jan. Chło­piec patrzy, jak sąsiad goli ojca, a potem chu­stą w nie­bie­skie gro­chy pod­wią­zuje mu brodę. Ubiera go nie­spiesz­nie do trumny przy świe­tle świec odbi­tych wie­lo­krot­nie w czar­nych szy­bach okien. Bab­cia gasi świece, pokój pogrąża się w ciem­no­ści i zapa­chu sosno­wych igieł. Zosta­wia tylko jedną, u wez­gło­wia łóżka, na któ­rym ze spo­kojną, nie­na­zna­czoną już bólem twa­rzą, w cichym mil­cze­niu leży ojciec. Twarz ojca staje się podobna do sęków i sło­jów sta­rej sosno­wej deski, z któ­rej zhe­blo­wano wszyst­kie wspo­mnie­nia. Ojciec odcho­dzi w bez­gwiezdną nicość. Babka nakrywa go bia­łym prze­ście­ra­dłem i wycho­dzi. Po chwili wraca z ogrom­nymi koszami hia­cyn­tów, które z nara­że­niem życia ukra­dła w oran­że­rii ofi­cera Wehr­machtu. Inten­sywny, hip­no­tycz­nie głę­boki, upojny i słodki do omdle­nia zapach kwia­tów roz­nosi się po izbie. Mie­sza się z zapa­chem sosno­wych igieł i wosku świec. Ten zapach Jan będzie pamię­tał już zawsze.

Ojciec raz mu się przy­śnił. "Na prze­strzeni 80 lat jeden, jedyny "sen". Zamknięty w cudzy­słów przez to, że nie miał ani początku, ani końca - wspo­mina po latach. - Sen o Nim, ale bez Jego twa­rzy, słów, zapa­chu. Tylko jakiś biały całun, do któ­rego przy­war­łem cie­pło i cicho. Też biały, rów­nie nie­kon­kretny. Przez moment uświa­do­mi­łem sobie, że przy­tu­lam się do swo­jego ojca. Przez uła­mek sekundy dozna­łem naj­więk­szego w życiu wzru­sze­nia ze spo­tka­nia z kimś, kogo wcze­śniej i potem - nie było. Nie­re­al­nego tak, że po prze­bu­dze­niu nie potra­fi­łem zaufać pamięci. [...] Myślę, że z tej otchłani nie­pa­mięci wzięła się teraz moja samot­ność. To tak, jakby ktoś spa­lił pode mną most łączący z brze­giem, na któ­rym cze­kał On. Nie na mnie jed­nak. Bo kiedy zabra­kło pamięci, musiało zabrak­nąć mnie. Resztę wzięła Ona. Odcho­dzące serce matki zawsze zabiera ze sobą syna"11.

zapach wolności

Ojciec nie docze­kał końca wojny. Jan za to dobrze pamięta woj­ska rosyj­skie, które wkra­czają do Kowala. Stoi przed domem na ulicy, mróz szczy­pie w policzki. Kilku postaw­nych męż­czyzn ubra­nych w tie­ło­griejki, walonki i uszanki z przy­cze­pioną pośrodku rosyj­ską gwiazdą pyta, czy nie widział Niem­ców. Dają mu cukierka. Chło­piec pro­wa­dzi ich do domu, w któ­rym jesz­cze miesz­kają. Rosja­nie wcho­dzą do środka, chło­piec sły­szy tylko strzały. Po chwili wycho­dzą, mijają go jak gdyby ni­gdy nic i idą dalej szu­kać. Jasiek sie­dzi na scho­dach domu, w któ­rym zabito Niem­ców, patrzy przed sie­bie i je cukierka, któ­rego dostał od rosyj­skich żoł­nie­rzy. Długo nosi też w sercu obraz nagich eses­ma­nów, któ­rym Rosja­nie w trza­ska­jący mróz każą nosić węgiel do piw­nicy. Zosta­wili wielu Niem­ców w mie­ście do roboty. Wyzna­czają im różne zaję­cia. Ci mają przy­nieść węgiel. Potem roz­strze­li­wują ich na oczach dziecka. Tej samej zimy widzi jesz­cze zamar­z­nięte zwłoki Niem­ców, gęsto poukła­dane, jedne na dru­gich, na górce z pia­sku. Chło­piec patrzy na stertę tru­pów, jakby to była sterta oło­wia­nych żoł­nie­rzyków, które znu­dzone zabawą dzieci porzu­ciły bez­myśl­nie. "Mia­łem wtedy może 4, 5 lat i nie widzia­łem w tym nic złego. W takim świe­cie żyłem... Obok śmierci, cho­rób, nędzy, głodu"12 - wspo­mina.

Do Kowala powoli wraca życie. Po śmierci ojca matka wycho­dzi drugi raz za mąż. W domu poja­wia się ojczym, Sta­ni­sław Zie­liń­ski. Przez parę lat mały Jaś siu­sia do łóżka. Sikał już wcze­śniej. "Taki duży chło­piec, a zlał się do łóżka" - sły­szy i ogar­nia go para­li­żu­jący wstyd. Sika w domu, sika u ciotki. "Ostatni raz zlał się do łóżka w miesz­ka­niu Niemki, u któ­rej spał z ojczy­mem. Po incy­den­cie bał się wstać z łóżka, a potem pła­kał i długo modlił się na klęcz­kach przed świę­tym obra­zem, aż do wyschnię­cia ostat­niej kro­pli szczyny. Szczyny, bo słowa mocz nie znał, a siuśki robią dziew­czyny. Wszystko to do spraw­dze­nia pod adre­sem: Olsz­tyn, ulica B. Prusa 36"13. Małemu Jasiowi czę­sto mat­kuje star­sza o dwa lata sio­stra. Nie jest to pro­ste, bo od małego chło­piec lubi cho­dzić wła­snymi dro­gami. Pamięta pierw­szy dzień w szkole: ma sześć lat, matka pro­wa­dzi go za rękę do pierw­szej klasy, po dro­dze mijają kurę bez­czel­nie wygrze­wa­jącą się w słońcu. Gdyby tak mógł się z nią zamie­nić! Szkołą się nie przej­muje, woli z kole­gami wspi­nać się po drze­wach albo łowić ryby. W waka­cje już z samego rana spusz­cza psy z łań­cu­cha i pędzi z nimi w pole. I tyle go widać. Wraca, gdy zmierz­cha. Do nauki się nie rwie. Hania pamięta scenkę: w pierw­szej kla­sie pod­sta­wówki pani pod­cho­dzi do Jaśka i mówi: "Janek, pisz pro­ste litery, nie takie krzywe". A on na to: "A pani ma krzywe nogi i jest dobrze". Cza­sem zasta­na­wia się, kiedy nauczy­ciele stracą do brata cier­pli­wość. Ale on nawet kła­mać potrafi z takim wdzię­kiem, że serce mięk­nie. "Jak cho­dzi­li­śmy do szkoły, zawsze na koniec roku był egza­min i musie­li­śmy go zdać. Pamię­tam, jak w dniu egza­minu Janek poszedł do parku, w któ­rym był staw. Wyką­pał się w nim i z mokrymi wło­sami poszedł zda­wać. Dopiero po dro­dze zaszedł do sklepu kupić ekierkę i linijkę" - wspo­mina. I choć do nauki się nie rwie, dużo czyta. Pochła­nia nie tylko szkolne lek­tury, ale i inne książki. Od Pamięt­nika Wacława poprzez Mię­dzy ustami a brze­giem pucharu po Jacka Lon­dona.

wdzięczność krasuli

Praw­dziwą wol­ność Janek czuje jedy­nie na polach i łąkach. Tam wszystko jest niczym nie­ogra­ni­czone, a pro­blemy roz­wie­wają się wni­wecz. "Nie wiem, ile mogłem mieć wtedy lat. Może osiem, może dzie­więć. To był czas, kiedy całymi mie­sią­cami żyłem u wujka Rojew­skiego na praw­dzi­wej kujaw­skiej wsi. W cha­łu­pie kry­tej słomą, owrzo­dzo­nej pod oka­pem gniaz­dami jaskó­łek, z kle­pi­skiem zamiast pod­łogi, pie­cem, z któ­rego przy­cho­dziły na świat bochny pach­ną­cego chleba, przy­le­pio­nego do liści chrzanu"14 - wspo­mina Jan. Pełne żaru i nudy dni let­nie mijają bez­tro­sko. Mały Janek pasie krowy, pławi na oklep konie, śpi w sto­dole na sia­nie albo w stajni, o trze­ciej nad ranem bez pro­te­stu wstaje do żniw. Zapach sko­szo­nego zboża przy­jem­nie muska noz­drza. Podobno sma­ków i zapa­chów dzie­ciń­stwa ni­gdy się nie zapo­mina. I Jan pamięta do końca życia zapach sko­szo­nego zboża, które wuj wiąże w snopy i usta­wia na polach, a gdy wyschnie, zwozi do sto­doły. Na polu pra­cuje cała wio­ska, wszy­scy poma­gają sobie nawza­jem. Kiedy słońce jest naj­wy­żej i żar leje się z nieba, ciotka przy­nosi obiad. Gorące ziem­niaki ze skwar­kami przy­jem­nie roz­pły­wają się w ustach. Słodka maślanka chło­dzi roz­pa­lone upa­łem i wysu­szone tru­dem gar­dło. Ciotka trzyma ją w "skle­pie". Tak nazywa zie­miankę, piw­nicę wyko­paną pod zie­mią obok domu, którą na górze obra­stają rachi­tyczne brzózki. W "skle­pie" zawsze jest chłodno, oka­la­jąca z każ­dej strony zie­mia nie dopusz­cza nawet pro­myka słońca. A jakie tam rary­tasy! W kamion­kach stoi śmie­tana, tłu­sta, prze­pyszna, pro­wi­zo­ryczne półki z desek ugi­nają się od sło­ików z prze­two­rami i gąsio­rów z pod­piw­kiem. W kącie stoi wielka beczka z kapu­stą, którą ciotka gnio­tła wła­snymi sto­pami, a tuż obok druga, z kwa­śnymi i twar­dymi jak kamień ogór­kami. Chło­piec uwiel­bia tam zaglą­dać. Dla niego to nie "sklep", tylko skar­biec, niczym z bajki o Ali Babie i czter­dzie­stu roz­bój­ni­kach, pełen... dro­go­cen­nych skar­bów. Bieda uczy doce­niać i być wdzięcz­nym. A jest za co. Choćby za powta­rzal­ność, która daje przy­jemne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Słońce wscho­dzi rano, zacho­dzi wie­czo­rem, po zimie zawsze przy­cho­dzi wio­sna. Naro­dziny i śmierć są natu­ralną czę­ścią tego cyklu.

Kie­dyś o pół­nocy budzi go wuj. "Jasiu, wsta­waj szybko! Potrzy­maj lampę. I chodź ze mną do obory, bo Kra­sula jęczy i trzeba jej pomóc"15 - mówi zmar­twiony. Kra­sula jest w ciąży, od początku coś nie­po­ko­iło wujka Rojew­skiego. Żył w peł­nej goto­wo­ści, czę­sto zaglą­dał do niej do obory, zwłasz­cza nocami, jakby spo­dzie­wał się naj­gor­szego i chciał Kra­sulę przed tym uchro­nić. "Bosy, z nogami w cie­płym gów­nie, sta­łem z lampą naf­tową w ręku i patrzy­łem, jak kujaw­ski chłop pomaga zwie­rzę­ciu uro­dzić dziecko. Klął przy tym siar­czy­ście i kle­pał po szyi biedną matkę, która wal­czyła o prze­trwa­nie. Swoje i swo­jego maleń­stwa. W tym cza­sie Kra­sula stała bez ruchu, wyraź­nie świa­doma, że udzie­lają jej wła­śnie pomocy - opo­wiada Jan. - Na koniec jakiś jęk, może wes­tchnie­nie bólu, po któ­rym ulga. "Ura­to­wa­łem go, kurwa! - wystę­kał chłop i się­gnął po machor­ko­wego skręta. - Wyrzuć łoży­sko na śmiet­nik, żeby nie zeżarła, bo może się roz­cho­ro­wać. Omyj nogi z tego gówna i wra­caj do łóżka""16. Chło­piec posłusz­nie zabiera łoży­sko, jesz­cze ogląda się za sie­bie. Widzi cie­laka, który śmiesz­nie, nie­udol­nie, ale z upo­rem pró­buje sta­nąć na wła­snych, jesz­cze trzę­są­cych się nie­pew­nie nogach. Kra­sula wiel­kimi oczami patrzy z wdzięcz­no­ścią na wujka. Na tym polega życie. Trzeba być dobrym czło­wie­kiem.

Dla zwie­rząt i dla ludzi. Jan pamięta pewne let­nie popo­łu­dnie, które zawa­żyło na całym jego doro­słym życiu, sto­sunku do ludzi i świata. Przy drew­nia­nym kuchen­nym stole sie­dzą męż­czyźni z kurzem sia­no­ko­sów we wło­sach. W szorst­kich od trudu, spra­co­wa­nych dło­niach trzy­mają wyszczer­bione łyżki, zachłan­nie wybie­rają z misek kry­chane kar­to­fle okra­szone pach­ną­cymi skwar­kami. Zapach posiłku unosi się i opada na kuchenną, wyszo­ro­waną przez ciotkę do jasno­ści pod­łogę. Ciotka krząta się wokół stołu. "W pew­nym momen­cie daleko na dro­dze uka­zała się syl­wetka samot­nego wędrowca zmie­rza­ją­cego w kie­runku cha­łupy - wspo­mina Jan. - Ciemny punkt powięk­sza­jący się krok za kro­kiem. Nie­roz­po­zna­walny, zdro­żony, nio­sący być może - nowinę. Nie­ko­niecz­nie dobrą. Wuj spoj­rzał w okno, potem na ciotkę, potem znowu w okno. A ona już wie­działa, że na stole powi­nien się zna­leźć jesz­cze jeden talerz"17. Jan do końca życia nosi w sercu tę "krótką opo­wieść o ludziach, co nawet w dale­kim nie­zna­jo­mym z góry upa­trują - brata".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jeśli nie zostało to ozna­czone ina­czej, wszel­kie cyto­wane w tej książce wypo­wie­dzi pocho­dzą z auto­ry­zo­wa­nych wywia­dów prze­pro­wa­dzo­nych przez autorkę. [wróć]

Jan Nowicki, Pio­senki, cza­sem wier­sze, Wydaw­nic­two Ofi­cyna Jana, Kielce 2018, s. 11. [wróć]

Jan Nowicki, Moje psie myśli, Wydaw­nic­two Ofi­cyna Jana, Kielce 2019, s. 11. [wróć]

Ibi­dem, s. 33. [wróć]

Ibi­dem, s. 34. [wróć]

Ibi­dem, s. 33. [wróć]

Ibi­dem, s. 27. [wróć]

Jan Nowicki, Szczę­śliwy bała­gan, Wydaw­nic­two Ofi­cyna Jana, Kielce 2021, s. 107. [wróć]

Jan Nowicki, Pio­senki, cza­sem wier­sze, op.cit., s. 49. [wróć]

Jan Nowicki, Moje psie myśli, op.cit., s, 37. [wróć]

Ibi­dem, s. 28. [wróć]

Jan Nowicki, opra­co­wa­nie i redak­cja Dariusz Domań­ski, Wydaw­nic­two Baran i Susz­czyń­ski, Kra­ków 1995, s. 7. [wróć]

Jan Nowicki, Szczę­śliwy bała­gan, op.cit., s. 194. [wróć]

Jan Nowicki, Moje psie myśli, op.cit., s. 39. [wróć]

Ibi­dem, s. 41. [wróć]

Ibi­dem, s. 41. [wróć]

Jan Nowicki, Pio­senki, cza­sem wier­sze, op.cit., s. 19. [wróć]