Życie. Anatomia opowiedziana inaczej - Gabriel Weston

Kup ebooka

37.99 zł
34.19 zł (29,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Śmierć

Do szpitala docieram o świcie. Niebo oblane jest purpurą, wieje ciepły, wilgotny wiatr. Parkuję rower w tym samym miejscu co za czasów studenckich i z pamięci odnajduję drogę do prosektorium. Dzwonię i wpuszcza mnie techniczka sekcyjna o wytatuowanym ramieniu. W recepcji panuje chłód, lecz ja jestem podekscytowana perspektywą ujrzenia martwego ciała - miejsca, z którego początek biorą wszystkie odkrycia anatomiczne. Wpisuję się do księgi odwiedzin i przechodzę do szatni, gdzie rozbieram się do bielizny termicznej, po czym wkładam coś na kształt mojego stroju chirurga: niebieską bluzę i spodnie, fartuch z długimi rękawami oraz czepek. Teraz czas na nieznane mi elementy: plastikowe ochraniacze sięgające od nadgarstków po łokcie, zieloną plastikową osłonę, która z szelestem opada do podłogi, przyłbicę oraz dwie pary rękawiczek. Przechodzę nad niskim murkiem i wsuwam stopy w białe gumowe buty podobne do tych, które noszą chirurdzy ortopedyczni.

Kilka metrów dalej znajduje się wejście przesłonięte kurtyną czarnych wstążek, przez którą widzę fragmenty pomieszczenia i słyszę radio. Wiem doskonale, co jest po drugiej stronie, lecz gdy wchodzę do środka, widok uderza mnie z całą mocą. Na stole sekcyjnym pośrodku sali leży naga, martwa kobieta. Jej doskonały bezruch, ten absolutny brak życia, zdaje się niepojęty. Jak gdyby ze sceny przed moimi oczami wycięto sylwetkę człowieka.

Patomorfolog pozdrawia mnie skinieniem głowy, podchodząc do stołu, po czym mierzy ciało od głowy do pięty. Inaczej niż w przypadku trumny, mówi, której długość liczy się od głowy do czubków palców u stóp. W notatniku zapisuje cechy charakterystyczne, takie jak miejsca po wkłuciu wenflonu i blizny. Potem znana mi już techniczka z recepcji przynosi tacę na nóżkach, przypominającą tę, na której moja babcia jadała śniadania w łóżku, i w podobny sposób umieszcza ją nad ciałem. Jednak zamiast jajek z bekonem i kwiatka w kieliszku kładzie na niej solidną deskę do krojenia, miskę wyłożoną plastikowym workiem oraz zestaw narzędzi. Te również wyglądają znajomo, jak przedmioty, które można znaleźć w kuchni lub w szopie ogrodowej, takie jak nóż do chleba, chochla, młotek, dłuto, nożyczki, szpikulec oraz linijka. Wśród nich jest też skalpel sekcyjny z ostrzem PM40, podobny do tego, którego sama używam podczas operacji, tylko znacznie większy.

Chwyciwszy za skalpel, patomorfolog przykłada go prostopadle do skóry u nasady szyi, trzymając rękojeść nieco topornie, niczym aktor, bez śladu tej specyficznej delikatności wynikającej z naturalnej obawy chirurga przed wyrządzeniem krzywdy. Ostrzem wytycza linię biegnącą przez środek ciała aż do włosów łonowych, zręcznie omijając pępek. Przypomina to cięcie laparotomijne, lecz zamiast krwią, bruzda napełnia się jaskrawożółtym tłuszczem. Pewnymi, szerokimi ruchami przesuwa ostrze na boki pod skórą klatki piersiowej i brzucha, jak gdyby obierał owoc ze skórki. Tkanki odchodzą od leżących pod nimi mięśni, a on rozchyla tę wierzchnią warstwę człowieka niczym zasłony, ukazując głębszy poziom ludzkiej nagości.

Wiem, że patomorfolog ma mnóstwo do zrobienia, zanim zjawi się starszy specjalista. Jednak będąc w niespiesznym nastroju w dniu wolnym od pracy, odnoszę wrażenie, jakby zbyt szybko poruszał się po terytorium ludzkiego ciała. Mój umysł miota się, aby połączyć te dziwne obrazy z czymś znajomym, a kiedy znów podnoszę wzrok, mężczyzna trzyma w rękach nożyce przypominające wielkie kombinerki. Wokół mostka wytycza okrąg żeber niczym tarczę zegara i metodycznie je przecina, aż od wysiłku bieleją mu knykcie. Gdy kończy, twarz ma zroszoną potem. Wtedy odkłada nożyce i za pomocą dużego dłuta podważa mostek. Ten odchodzi z szeleszczącym trzaskiem, jak folia spożywcza odrywana od tekturowej rolki.

Wbrew sobie odwracam twarz od nagłego uderzenia zwierzęcego zapachu dobiegającego z odsłoniętych wnętrzności, a kiedy znów spoglądam na ciało, patomorfolog trzyma w rękach nabierkę i plastikową zlewkę z miarką, jak kucharz przygotowujący bulion. Sięga w głąb klatki piersiowej, tuż obok płuca. Zerkam tam i widzę rynienkę wypełnioną czerwonym, lśniącym płynem opłucnowym, który lekarz ostrożnie nabiera chochelką i przelewa do naczynia, najpierw z jednej strony, potem z drugiej.

Po wyjęciu obu płuc przechodzi do jamy brzusznej. Choć z zewnątrz ciało jest zimne jak marmur, zdaje się, że trzewia wciąż tętnią życiem. Jelita wiją się w pętlach niczym niekończąca się wstążka, cienkie jak palec, soczyste jak porcja świeżej gumy do żucia. Ułożywszy jelito cienkie w śliski stos, zaczyna wyciągać kluchowate jelito grube, zagłębiając się aż do odbytnicy, którą wkrótce dzierży w garści. Następnie wszystko wkłada do miski, aby utrzymać w ryzach tę niesforną, pozbawioną ram ciała wstęgę.

Chwyta rękojeść skalpela bez ostrza i przechodząc do szczytu stołu, wkłada tępy koniec w pierwsze nacięcie, jakie wykonał na gardle kobiety. Przesuwa metalową rączkę w górę i w dół, oddzielając skórę od struktur twarzy, a następnie tworzy szczelinę pomiędzy łukiem żuchwy a przyczepionymi do niej mięśniami. Na koniec sięga po język. Usta denatki otwierają się, ukazując jego dłoń w rękawiczce. A więc to po to są te ochraniacze, aby nie pobrudzić nadgarstków! Patomorfolog usiłuje uwolnić język i wkrótce jego ręka wyłania się u nasady szyi, trzymając w garści ten kawał mięsa. Skalpelem wycina krtań i gardło, wyciągając je wysoko ponad ciało. W ślad za nimi unosi się tchawica, przełyk i aorta, po czym cały sznur opada z powrotem na brzuch kobiety.

Ponownie pojawia się techniczka, tym razem trzymając wibrującą piłę, która przypomina nóż do pizzy z przewodem elektrycznym. Z fryzjerską precyzją wykonuje na głowie denatki przedziałek biegnący od jednego ucha do drugiego, zaczesując część włosów do przodu, a resztę do tyłu. Ostrze PM40 tnie wzdłuż tej linii, a następnie kobieta oburącz pociąga skórę głowy na twarz, tak że krawędź z włosami ląduje na podbródku niczym broda. Dociskana do czaszki piła ryczy, a biała chmura pyłu kostnego osiada na włosach jak łupież. Wykonawszy kolejne nacięcie biegnące z tyłu głowy jak pasek do okularów, techniczka za pomocą małego dłuta podważa kawałek czaszki niczym skórkę z ćwiartki pomarańczy. Naszym oczom ukazuje się mózg - nie pulsujący, jakim zwykle go widuję, ale jednak bardzo świeży. Pochylam się niżej, przyglądając się jego pofałdowanej powierzchni i maleńkim naczyniom krwionośnym.

Na drugim końcu sali patomorfolog siedzi pogrążony w myślach. Bada narządy ułożone wzdłuż marmurowego blatu, dotyka ich, podnosi je do światła. Jego szefowa będzie tu lada moment, oczekując logicznego, medycznego raportu ze wskazaniem przyczyny śmierci. Porzucone ciało leży kilka metrów dalej. Z jednej strony to tylko powłoka, przepastna i użebrowana niczym kadłub łodzi. Ale jest to również najbardziej fascynująca rzecz w tym pomieszczeniu. Kiedyś była kobietą, której nie sposób było pomylić z kimś innym. W głowie odtwarzam sobie jej wygląd. Jej piersi nie znajdują się już na właściwym miejscu, lecz zwracam uwagę na ich pełny kształt i zastanawiam się, kogo mogły wykarmić. Spoglądam na jej palce i wyobrażam sobie, jak się poruszały, wykonując prace domowe, zawodowe albo czułe gesty. Jej dłonie, stopy, twarz i genitalia tworzą istotę ludzką. Analizując je, zaczynam przywracać jej właściwą postać.

Nie ma dla mnie nic bardziej ekscytującego niż ludzkie ciało. Jednak zanim skończyłam dwadzieścia parę lat, przez myśl nie przeszło mi nawet, że mogłabym zostać lekarką. W rodzinie nie miałam żadnych medyków. Nie byłam orłem z matematyki ani z nauk przyrodniczych, więc porzuciłam je przed szesnastym rokiem życia. Po ukończeniu szkoły średniej zdecydowałam się na anglistykę, bo wydała mi się najłatwiejsza.

A później, na ostatnim roku studiów, wydarzyło się coś ważnego. Pewnego wieczoru, kiedy w kilka osób spotkaliśmy się w domu jednego z przyjaciół, na weekend przyjechał jego ojciec, chirurg z Londynu. Podczas kolacji jak urzeczeni słuchaliśmy jego opowieści ze szpitalnego życia. Gdy jedzenie zniknęło z talerzy i wszyscy chcieli wstać od stołu, zdałam sobie sprawę, że nie mam najmniejszej ochoty do nich dołączyć. Tata mojego kolegi wyciągnął z torby podręcznik chirurgii, pełen zdjęć z niektórych jego ulubionych operacji. Pamiętam, że tej nocy długo ślęczałam przy kuchennym stole nad tymi niesamowitymi obrazkami, przedstawiającymi kryjące się pod skórą mięśnie i kości, guzy nowotworowe i naczynia krwionośne. Po raz pierwszy zetknęłam się z prawdziwą anatomią, a jej piękno wprawiło mnie w zdumienie.

Rok później, będąc nieszczęśliwą pracowniczką niższego szczebla w pewnym wydawnictwie, usłyszałam o nowym kursie, który miał się rozpocząć na dużej londyńskiej uczelni medycznej. Jeden z tamtejszych profesorów miał przeczucie: być może nie tylko typowi kandydaci z celującymi ocenami z przedmiotów przyrodniczych stanowią dobry materiał na lekarzy. A co, jeśli gdzieś tam skrywała się grupa studentów nauk humanistycznych, pomijanych z powodu braku odpowiednich kwalifikacji, których można by przeszkolić, aby równie dobrze wykonywali tę pracę?

Nie namyślając się długo, rzuciłam posadę i wraz z dziewiątką innych nietypowych kandydatów na lekarzy dołączyłam do drugiej grupy podstawowego kursu nauk przyrodniczych. Z tej dziedziny na moim świadectwie ze szkoły średniej widniała jedynie ocena z biologii, co zdaniem wspomnianego profesora czyniło ze mnie najsłabiej przygotowaną studentkę w całym kraju. Układ, który oferował, był wymagający, ale i bardzo obiecujący. Mieliśmy dołączyć do studentów pierwszego roku na wykłady z matematyki, fizyki, chemii i biologii. Każdy, komu na koniec letniego semestru udałoby się zaliczyć egzaminy z wszystkich czterech przedmiotów, miał gwarantowane miejsce na medycynie.

Kolejne lata należały do najszczęśliwszych w moim życiu. Szybko zdałam sobie sprawę, że nauka bardziej do mnie przemawia, jeśli potrafię jej nadać wymiar osobisty. Dlatego najczęściej można było mnie spotkać na sali operacyjnej, na oddziałach, w karetce lub w kostnicy. A jeśli te doświadczenia wywoływały we mnie czasem momenty artystycznej inspiracji - wspomnienie fragmentu wiersza, przemyślenia filozoficzne, estetyczny dreszczyk emocji na widok obnażonego ciała na bloku operacyjnym - zatrzymywałam je dla siebie, tłumiąc swoją dawną tożsamość determinacją i siłą woli przyszłej lekarki. Dopiero kilka lat później, kiedy próbowałam pogodzić karierę chirurga z nowymi obowiązkami rodzicielskimi, oprócz radości płynącej z mojej pracy zawodowej zaczęłam też odczuwać pewne związane z nią ograniczenia. Im bardziej zagłębiałam się w medycynę kliniczną, tym mniej sensu miało dla mnie postrzeganie ciała jako bytu czysto mechanicznego. Zbyt często widywałam chirurgów lekceważących uczucia pacjentów. Kiedy pewnego razu obserwowałam, jak lekarz wyrywał zszywki chirurgiczne z brzucha kobiety, nie przejmując się jej cierpieniem, przypomniałam sobie tamtego ekscentrycznego profesora anatomii. Z pewnością, gdy wymyślił sobie, że wprowadzi do świata medycyny klasycznej zgraję dzieciaków o artystycznych duszach, chodziło mu o coś więcej niż o to, żebyśmy umiejętnie wtopili się w otoczenie. Musiał liczyć na to, że mamy do zaoferowania coś nowego, że będziemy leczyć inaczej niż nasi koledzy po fachu stosujący bardziej tradycyjne metody.

Ta książka zrodziła się z prostej potrzeby, by uhonorować szansę daną mi przez owego profesora i wyruszyć w podróż przez anatomię ścieżką, która - poprzez zacieranie granic oddzielających zazwyczaj naukę od sztuki, rozum od emocji, obiektywizm od subiektywnego doświadczenia - mogłaby doprowadzić mnie do głębszego i pełniejszego zrozumienia tego, co nas tworzy. Czy nie byłoby wspaniale spojrzeć na ciało przez pryzmat człowieczeństwa, poszerzając tradycyjną perspektywę anatomiczną o niektóre z moich własnych doświadczeń, zatrzymując się od czasu do czasu, aby rozważyć nasze obecne poglądy medyczne w ich historycznym kontekście? Wiedziałam, że ten projekt sprawi mi ogromną przyjemność, i spodziewałam się, że będzie prosty. W końcu anatomia zawsze była dla mnie swego rodzaju magicznym hologramem, w jednej chwili po platońsku obiektywnym, w następnej - przesiąkniętym osobistym doświadczeniem.

Jednak w trakcie pisania wszystko się zmieniło za sprawą poważnych problemów zdrowotnych w moim życiu. Właśnie wtedy, gdy spodziewałam się nawiązać bliski kontakt z moim fizycznym ja, uległam całkowitej dezorientacji. Akurat kiedy bycie lekarką miało okazać się najbardziej przydatne, poczułam się bezsilna. Gdy w końcu mogłam wrócić do pisania, wiedziałam, że książka ta musi się zmienić, że przyjęte przeze mnie wcześniej obiektywne podejście pozwalało mi uchwycić jedynie część prawdy. Musiałam znaleźć sposób, aby oprócz rozpoczętej intelektualnej eksploracji ludzkich organów przekazać również coś z tego chaotycznego i przerażającego doświadczenia życia w ludzkim ciele, które stało się moim udziałem i polem do działania dla innych lekarzy.

Ten tekst pozostaje próbą realizacji mojego pierwotnego zamysłu, by spojrzeć na anatomię świeżym okiem i podejść do tematu szerzej, niż pozwalają na to z osobna nauki humanistyczne i medycyna. To także mój sposób na zmierzenie się z samym procesem poszukiwania odpowiedzi na pytanie, co właściwie znaczy badać ludzkie ciało i starać się je poznać, w czasie, kiedy moje własne stało się obiektem klinicznego zainteresowania. Gdy postanowiłam inaczej opisać anatomię, nie przypuszczałam, jak radykalnie zmienią się moje poglądy. Kiedy zdecydowałam się uczynić siebie częścią tej opowieści, nie miałam pojęcia, jak bardzo osobisty okaże się ten projekt.

Kość

Na początku studiów medycznych zaserwowano nam sporą dawkę nauk podstawowych, a szczególnie intensywne były zajęcia z anatomii. Na porannych wykładach pakowano nam do głów informacje, popołudnia upływały w chłodzie prosektorium przy sekcjach zwłok, a z nieustających testów ocenianych w systemie z ujemną punktacją często uzyskiwałam wynik poniżej zera. Największe wyzwanie stanowił jednak bezosobowy charakter tych pierwszych zajęć. Brakowało w nich odniesienia do prawdziwego życia, a przez całe dwa lata nie zobaczyliśmy ani jednego pacjenta.

Dopiero gdy trafiłam do szpitala, ożyła moja wrodzona ciekawość, która przede wszystkim sprawiła, że chciałam zostać lekarką. Nagle zrozumiałam, iż znajomość budowy ciała może zadecydować o ocaleniu czyjegoś życia. Z radością przekonałam się, że anatomia kliniczna zapowiada się tak odmiennie od tego, czego nauczyłam się do tej pory, jak uprawianie seksu różni się od tego, co nauczyciele w szkole opowiadają nastolatkom o kwiatkach i pszczółkach. Nie chcę już nigdy wracać do książkowego stylu kształcenia z początków studiów.

Otwierając po raz pierwszy drzwi sali operacyjnej, poczułam się jak Dorotka wychodząca ze swojego przeniesionego przez trąbę powietrzną domu w niemal bolesną jaskrawość krainy Oz. Widok chirurga otwierającego twarz pacjenta tak łatwo, jakby to była książka, aby usunąć ogromny guz, zwalił mnie z nóg. Wciąż na nowo doceniam życie i jego piękno za każdym razem, kiedy wkraczam na ten szczególny teren. Wiele lat później nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że opuszczając blok operacyjny, przechodzę z blasku słońca w mrok, a zdumiewającą rzeczywistość zastępuje wyblakła imitacja życia. Nawet teraz czasami zdarza mi się myśleć, że widok człowieka w normalnych okolicznościach, z nienaruszoną skórą, wypada blado w porównaniu z tym, jak mógłby wyglądać, leżąc na wznak na stole, z otwartym ciałem, eksponując to, co w nim najlepsze, w postaci tęczowego kolażu: jaskrawą żółć tłuszczu, czerwień tętnic rażącą oczy jak błąd w wypracowaniu, sieć krętych niebieskich żył, a w głębi lodową biel kości.

Pamiętam, jak trzydzieści lat temu nasz wiekowy profesor po raz pierwszy wwiózł do sali wykładowej kompletny ludzki szkielet. Patrzyłam jak urzeczona z mojego miejsca w pierwszym rzędzie, jak wszystkie te kości o herbacianym odcieniu zatrzęsły się, gdy profesor zatrzymał wózek. Może to zatem nostalgia sprawia, że chcąc po latach oddać kościom należny hołd i opisać szkielet z pasją, na jaką tak bardzo zasługuje, postanawiam odwiedzić pewne niezwykłe miejsce.

Do Gordon Museum of Pathology w Londynie wstęp mają tylko lekarze, pielęgniarki i studenci medycyny. Kustosz o imieniu Bill prowadzi mnie w górę po schodach, a następnie wzdłuż szeregów lśniących gablotek, z których każda poświęcona jest innej części ciała, aż docieramy do właściwej sekcji. Tam ze szczodrością sommeliera pyta, które kości chciałabym, żeby przyniósł. Kiedy odchodzi, zdumiona rozglądam się wokół. Półki zapełnione są od góry do dołu szklanymi słojami skrywającymi okazy z wszelkiego rodzaju guzami, złamaniami i deformacjami. Mogłabym się tu zatracić, próbując połączyć eksponaty z maszynopisowymi opisami umieszczonymi w albumach w skórzanej oprawie, precyzującymi, kim byli pacjenci i w jaki sposób zawiodły ich ciała. Trzeba jednak zachować właściwą kolejność poznawania tego, z czego jesteśmy zbudowani. Zanim przejdę do chorób, pora ponownie zaznajomić się z ludzką postacią w jej idealnej formie.

Ludzki szkielet składa się z dwustu sześciu elementów i z powodu tej przyprawiającej o zawrót głowy obfitości anatomowie lubią je klasyfikować. Wyróżniamy zatem szkielet osiowy, który tworzą kości czaszki, kręgosłupa i klatki piersiowej, oraz kościec kończyn górnych i dolnych. Kości klasyfikuje się też jako kości długie, krótkie, płaskie lub trzeszczki - to ostatnie urocze słowo określa drobne struktury rozwijające się w obrębie ścięgien, szczególnie w miejscach narażonych na duże obciążenia. Największa z nich to rzepka.

Takie etykietki są bardzo wygodne, lecz prawdziwe piękno szkieletu kryje się w jego różnorodności i w doskonałej harmonii formy i funkcji poszczególnych jego części. Wystarczy zajrzeć do jednej z gablot, aby bez cienia wątpliwości stwierdzić, że głównym zadaniem czaszki jest ochrona mózgu. Spójrz, jak grube kości jej sklepienia ściśle dopasowane są do siebie, tworząc puszkę, w której niegdyś spoczywał ten najcenniejszy organ. Wystarczy rzucić okiem na szeroką nieckę kobiecej miednicy, a wzrok od razu przyciąga jej ujście - ziejący pośrodku otwór, przez który przechodzi dziecko, zanim zaczerpnie pierwszy oddech. Zerknij na żebra ułożone według wielkości w kościaną klatkę i pomyśl, jakie to niebywałe, że coś tak delikatnego jest w stanie chronić przed obrażeniami nasze serca i płuca. Porównaj masywne dźwignie rąk i nóg. Albo wyobraź sobie kości nadgarstka spoczywające na twojej dłoni niczym kolekcja szklanych kulek i spróbuj poukładać je we właściwym porządku.

Bill wraca po chwili i kładzie na stole przede mną dwa pojemniki. Jeden z nich jest duży, a drugi niewielki jak szkatułka na biżuterię. Kiedy unoszę wieczko, widzę ułożoną na poduszeczce najmniejszą kostkę z ludzkiego szkieletu. Choć waży zaledwie sześć miligramów i jest drobniejsze od dziecięcego paznokietka, strzemiączko ma w będącej moją specjalnością chirurgii laryngologicznej status gwiazdy, jako jedna z trzech kosteczek ucha środkowego, dzięki którym słyszymy. Kładę je we wnętrzu dłoni i zastanawiam się, jakie to czułe i smutne słowa przekazywało kiedyś swojemu właścicielowi, wyobrażam sobie fale dźwiękowe wchodzące do przewodu słuchowego, docierające do błony bębenkowej i wprawiające ją w drgania. Rozmyślam o tym, jak wibracje te były następnie przenoszone od młoteczka, przez kowadełko, do strzemiączka, by dalej przejść do ucha wewnętrznego. Patrzę na ten biały okruszek w mojej dłoni i nie mogę się nadziwić, że niegdyś poruszał się, przekazując drgania do ślimaka, skąd informacje biegły aż do mózgu, gdzie były odczytywane jako dźwięki i nabierały znaczenia.

Ostrożnie odkładam strzemiączko z powrotem do pudełka i przechodzę do dużego pojemnika, by zdjąć z niego pokrywę. Wewnątrz znajduje się skarbnica kości udowych, skrzyżowanych niczym polana w ognisku. Różnią się długością, grubością, masą, kolorem i stopniem zachowania. Podziwiam rozmiar i kształt tej najbardziej odpowiadającej potocznemu wizerunkowi i największej z ludzkich kości. W ciele łączy się ona u góry z panewką kości miedniczej, a u dołu poprzez kłykcie z piszczelą oraz rzepką.

Dlaczego tak ochoczo odzieramy nauczanie anatomii z wszelkiej przyjemności? Podnoszę kość udową i po prostu ją trzymam. Przesuwam dłoń wzdłuż jej trzonu tak troskliwie, jak mażoretka głaszcząca swoją pałeczkę, czerpiąc przyjemność z kontrastu pomiędzy jej gładką powierzchnią a szorstkością kresy chropawej na tylnej stronie kości, w miejscu przyczepu masywnych mięśni uda. Zwracam uwagę na dźwięk, który wydaje, gdy odkładam ją na drewniany stół - jak gdyby sama też była z oszlifowanego drewna.

Odnajduję elementy wspólne dla wszystkich kości długich: cienki trzon pośrodku, szerokie, zaokrąglone zgrubienia na obu końcach, czyli nasady (bliższą i dalszą), oraz leżące pomiędzy trzonem a nasadami przynasady. U dzieci i młodzieży na granicy nasad i przynasad znajdują się płytki wzrostu, niezwykle ważne dla wzrostu kości na długość. Otwieram podręcznik anatomii, który przyniosłam ze sobą, aby przypomnieć sobie szczegóły.