Życie dla brudnego różu - Norbert Żyła

-
Proszę czekać

??? ? ? ??? ? ???????????????????????????????????????????????????? ?? ?????????? ???? ?? ??? ? ???????????????????????????????????????????????????? ?? ?????????? ? ? ???????????????????????????????????????????????????? ?? ?????????? ??????????????????????????????????????????????? ?? ???????????????????????????????????????????????????? ?????????????????????????????????????????????????? ? ?????????????????????????????????????????????Klaudii i Małgorzacie????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????

Budzisz się.

Drżą ci ręce, drży cały twój organizm.

Czasami nerwowo łapiesz uciekający oddech, innym razem ból głowy jest na tyle nie do wytrzymania, że realnie myślisz nad popełnieniem samobójstwa.

Najczęściej jedno przeplata się z drugim. W środku twojej głowy - pisk.

Ostry, świdrujący, przenikający do najmniejszego zakamarka czaszki. Jak dentystyczne wiertło borujące spróchniały ząb.

Nie zatrzymuje się, nie ma litości.

Na twojej prawej dłoni widnieje pieczątka w kształcie klucza.

I chociaż miałeś nadzieję, że istnieje cień szansy, że wreszcie odkryjesz prawdę o sobie, to po chwili dociera do ciebie, że to jedynie pamiątka wczorajszej imprezy.

Potem czujesz ból.

Zauważasz, że pasmo zaschniętych strupów ozdabia twoją skórę niczym medale nieudolności.

Zaczynają wracać urwane kadry, ułamki obrazów. Widzisz twarze. Znane. Obce. Rozmyte.

A najgorsze, że choć sam je ledwo pamiętasz, to one ciebie doskonale.

Leżysz tak w bezruchu.

Czas się rozciąga. Minuty przypominają godziny.

W końcu się podnosisz i standardowo - nerwowo przetrząsasz rzeczy. Karta? Dowód? Portfel?

Brzęk pustych puszek, niczym echo wstydu, odbija się od ścian. To scena upadku.

Odnajdujesz wszystko, czego szukałeś.

No prawie wszystko... Oprócz utraconej już dawno temu godności. W środku znowu czujesz znaną sobie pustkę.

Gdyby to była normalna historia, to pewnie teraz powinienem się przedstawić. Wyznać wesoło: cześć, jestem Piotrek... Ale nie mam na to siły.

Zatem darujmy sobie autoprezentację jak w każdej standardowej opowieści, bo ta historia zdecydowanie do takich nie należy. Zresztą, czy komukolwiek by się chciało czekać kilka dni, aż dojdę do siebie?

A ja czekałem i to wielokrotnie...

Upadanie.

Wstawanie.

Upadanie.

Wstawanie.

Ileż tak można?

Sam sobie napisałem najgorszy rozdział. Znajduję się obecnie na etapie życia, w którym nie potrafię już funkcjonować bez alkoholu. Dwie otwarte, dzienne terapie za mną, a ja wciąż piję. Nie jestem może jak Bożena - znajoma mojej babci, która pod koniec swojej choroby alkoholowej nie wstawała już nawet z łóżka. Prowadzę programy w telewizji internetowej, w której piją chyba wszyscy - od prezenterów po operatorów. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że cokolwiek jeszcze udaje nam się poskładać do kupy i wypuścić na naszym kanale na YouTubie. Niedawno mieliśmy zdjęcia w Londynie przy festiwalu filmowym. Było całkiem znośnie, zanim znowu się najebałem i narobiłem wstydu.

Pod skórą noszę w sobie ogromne poczucie winy. Bo chcę od życia więcej. Bo wiem, że mogę więcej.

Tylko że coś mnie stale ciągnie w dół. Tym czymś jestem ja sam.

Każdy normalny człowiek złapałby mnie teraz za rękę i zapytał:

"Co ty robisz ze swoim życiem?"

Jednak to tak nie działa, bo gdyby działało, to już dawno sam bym się za nią złapał.

Próbowałem wszystkiego. Więc teraz jestem tutaj... znowu.

* * *

Obudziłem się, słysząc krople deszczu uderzające o parapet. Zostałem wyrwany z letargu kolejny raz. Od poprzedniego minęło kilka miesięcy. Czuję się, jakbym był postacią filmu science fiction. Więźniem dziury czasowej wciąż powtarzającym te same błędy i jednocześnie świadomym, że ten pierdolony Dzień Świstaka i tak się nigdy nie skończy.

Nie zmieniło się nic. Zupełnie nic.

Marzę, aby to był jednak sen.

27

Na ścianie w moim pokoju wisi biała kartka ze zdaniem: "Gdy będziesz pił, to nigdy nie pójdziesz do przodu, nigdy nie spełnisz swoich marzeń". Brzmi jak frazes. Pseudo-coachingowe gówno, które mógłby wygłosić jakiś zadufany w sobie coach. Tyle że sam to napisałem, gdy ręce trzęsły mi się od zespołu abstynencyjnego. Pot mieszał się ze łzami, a jedyne, co byłem w stanie zrobić, to nabazgrać tych kilka słów.

Myślałem, że jestem młody, więc wszystko mi wolno. Przecież tak robią inni - koledzy, koleżanki. Świetnie się bawią, tańczą do rana, rzygają na przystankach, budzą się u nieznajomych.

Patrzę na tę kartkę i próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się właściwie zaczęło.

Może wtedy, gdy jako nieśmiały chłopak pracowałem w call center i nie umiałem otworzyć ust bez setki wódki "na odwagę", którą wypijałem jednym haustem tuż przed pracą. Z czasem stał się to także sposób, aby nie czuć upokorzenia, kiedy klienci wylewali na mnie swoje frustracje. Gdy, żeby przeżyć w Warszawie musiałem namawiać ich do kupna szitu, którego nie powstydziłby się żaden odpust. Czasem były to wielorazowe szwajcarskie maszynki do golenia. Innym razem abonament na bawełniane majtki "od firmy z wieloletnią tradycją". Natomiast w okolicy świąt i sylwestra luksusowa biżuteria reklamowana jako doskonały prezent dla bliskich, który pozostanie w rodzinie dla kolejnych pokoleń. Nic więc dziwnego, że z każdym kolejnym dniem na moim biurku coraz częściej zaczął pojawiać się niepozorny gazowany napój, którego sporą część stanowiła procentowa wkładka. Kiedyś, po kilku godzinach pracy, byłem tak zalany, że nie potrafiłem nawet odpowiedzieć "dzień dobry". Nikt, poza jedną koleżanką, nic nie zauważył.

Liczyły się tylko cyfry: dwa zamówienia gówna na godzinę. Alkohol koił.

Zmieniał ból w śmiech, lęk w odwagę.

Nikt nie nauczył mnie przeżywania emocji na trzeźwo. W moim domu się o uczuciach nie mówiło. Ucieczka więc zawsze stawała się moim pierwszym odruchem.

Może zaczęło się to nieco później - w innej pracy, w której szef darł się na mnie tak niemiłosiernie, że podczas przerwy biegłem kilometr do sklepu, byle tylko kupić alkohol. To był codzienny popołudniowy sprint, bo musiałem się zmieścić w 30-minutowej przerwie. Potem zamykałem się w łazience i jednym haustem wypijałem całą zawartość szklanej buteleczki, mając zapas na kolejne dwie porcje takiej ulgi. Wtedy tak bardzo potrzebowałem mieć to wszystko głęboko w dupie.

Chyba tak naprawdę wszystko zaczęło się, gdy obudziłem się w swoje 25. urodziny Bez planów, bez perspektyw, w przepoconej pościeli, wśród pustych butelek po winie. Nie wiedząc, kim jestem, ani dokąd w życiu zmierzam. Wtedy też poszedłem na pierwszą terapię, po której piłem jeszcze więcej.

A może było to we mnie od zawsze i wystarczyło tylko odpalić lont?

Ile czasu można przeleżeć na dywanie, pod który zostały zamiecione nawarstwiające się od tak wielu lat brudy?

Jaką karę powinienem wymierzyć sobie za to, że tak długo nie byłem ze sobą szczery?

Czy karą samą w sobie nie jest już sam brak szczerości?

Mam 27 lat.

Jestem alkoholikiem.

Nie mogę już patrzeć na swoje odbicie w lustrze, tak źle się ze sobą czuję. Jakby tego było mało, stanowię zagrożenie dla samego siebie do tego stopnia, że "klub 27" nie jest dla mnie tylko opowieścią o gwiazdach z Hollywood, a realnym problemem.

Wszystko dlatego, że alkohol daje mi znacznie więcej niż innym ludziom. Gdy piję, to świat staje się różowy i ja nie chcę, aby kiedykolwiek przestał taki być.

A życie, kurwa, nie jest różowe.

Żeby to zrozumieć, trzeba przestać pić.

Są ludzie tak długo skąpani w brudnym różu, że nie widzą już żadnych innych barw. Gdy wymiotują czerwonym winem, błagają Boga o litość. Przysięgają na największe świętości, że to już koniec, by zaraz potem wziąć kolejny łyk.

No i ci, którzy zwyczajnie muszą przestać. Wtedy z przerażeniem odkrywają, że świat bez alkoholu jest dla nich czarny. Czasem jest to tak bardzo głęboka czerń, że śmierć wydaje się jaśniejsza.

Nie chciałem mieć wyboru pomiędzy różem a czernią, dlatego sam wysłałem się na zamknięty odwyk.