Rozdział 1
Został złodziejem, kiedy miał dziewięć lat. To wtedy rak porwał jego
matkę do pierwszego śmiertelnego tańca. W tamtym czasie nie był to
świadomy wybór, przygoda ani dreszczyk emocji - choć znacznie później z tym właśnie kojarzył swoją karierę. Wówczas młody Harry Booth kradzież
utożsamiał z przetrwaniem.
Musieli przecież coś jeść i spłacać hipotekę oraz lekarzy, a także
kupować leki, także wtedy, gdy matka była zbyt chora na pracę. Jak
zwykle, rzecz jasna, starała się ze wszystkich sił; harowała do utraty
tchu, nawet gdy jej włosy garściami wypadały, a ciało, i tak już
szczupłe, coraz bardziej traciło na wadze.
Niewielki interes, który założyła wraz z siostrą, jego zwariowaną ciotką
Mags, nie nadążał za kosztami, które pochłaniał rak, za tą mnogością
dolarów o najróżniejszych nominałach, jakich wymagała walka z tym, co
wtargnęło do jej ciała. Na nieszczęście, to ona stanowiła trzon firmy
sprzątającej "Siostry - wszystko na błysk", i nawet kiedy Harry pomagał
w weekendy, i tak tracili klientów.
Brak klientów równał się brakowi dochodu. A brak dochodu oznaczał, że
musieli na gwałt szukać pieniędzy, żeby móc spłacać hipotekę przytulnego
domu z dwiema sypialniami w West Side w Chicago.
Może i nie było to okazałe lokum, ale należało do nich - no i do banku.
Mama Harry'ego nigdy nie przeoczyła raty, póki nie zachorowała. Tyle że
banki nie przejmowały się czymś takim jak choroba, kiedy ktoś zaczynał
zalegać ze spłatami.
Wszyscy oczywiście chcieli swoich pieniędzy, a potem i ich, i jeszcze
więcej, gdy się nie regulowało należności na czas. Jeżeli się miało
kartę kredytową, można nią było kupować rzeczy w rodzaju leków czy butów
- stopy Harry'ego bezustannie rosły - ale skutkowało to tylko
zwiększającą się liczbą rachunków, opóźnionych płatności i tak dalej;
nieraz słyszał, jak matka płacze po nocach, przekonana, że syn śpi
kamiennym snem.
Wiedział, że ciotka Mags im pomaga. Naprawdę ciężko pracowała, żeby
utrzymać stałych klientów, i z własnej kieszeni pokrywała niektóre
rachunki i zaległości. Tylko że to nie wystarczało.
Co oznacza egzekucja mienia, dowiedział się w wieku dziewięciu lat. Z grubsza biorąc, znaczyło, że można wylądować na ulicy. W odróżnieniu od
słowa "zajęcie", które oznaczało, że obcy ludzie mogli zabrać czyjś
samochód.
Poznał zatem brutalną prawdę o życiu już w tym wieku: przestrzeganie
zasad - niewzruszona dewiza jego matki - nie robiło wrażenia na typach w eleganckich garniturach i krawatach, z nieodłącznymi walizeczkami w rękach.
Wiedział, jak się dobierać komuś do kieszeni. Jego zwariowana ciotka
Mags pracowała dwa lata w wędrownym cyrku i poznała przy tej okazji
kilka sztuczek. Nauczyła ich siostrzeńca, traktując to jak dobrą zabawę.
Ponieważ okazał się w tym dobry, a nawet cholernie dobry, z powodzeniem
wykorzystywał swój talent. Wszystko to, czego matka go nauczyła o tym,
co dobre, a co złe, poszło w diabły podczas chemioterapii, gdy
wstrząsana torsjami kuliła się w łazience po kolejnej sesji
terapeutycznej albo kiedy zawiązywała chustkę na łysej głowie i wlokła
się posprzątać czyjś wymyślny, elegancki dom z widokiem na jezioro.
Nie to żeby miał pretensje do ludzi mieszkających w wymyślnych,
eleganckich domach z widokiem na jezioro albo w ekskluzywnych
penthouse'ach czy w lśniących biurowcach. Wcale nie. Mieli po prostu
więcej szczęścia w życiu niż jego mama.
Wypatrywał ofiar podczas podróży pociągami albo nawet zwykłej
przechadzki ulicą. Miał do tego oko. Okradzionymi bywali nieuważni
turyści, facet, który wypił w barze o jednego za dużo, albo kobieta zbyt
zajęta wystukiwaniem esemesa, żeby pilnować torebki.
Nie wyglądał na złodzieja - ot przeciętny, szczupły chłopiec, który nie
zdążył jeszcze wystrzelić w górę, z czupryną kędzierzawych włosów i intensywnie niebieskimi oczami, od których emanowała niewinność.
W zależności od potrzeb potrafił uśmiechać się czarująco albo nieśmiało.
Jednego dnia wkładał na głowę czapeczkę Chicago Cubs obróconą daszkiem
do tyłu (głupkowaty wygląd), a drugiego dnia ujarzmiał niesforne loczki,
snobując się na ucznia szkoły prywatnej (nobliwy wygląd).
Kiedy jego matka była zbyt chora, by wiedzieć, co się dzieje, cichaczem
spłacał hipotekę - Mags nie pytała o to, a on nic nie mówił - oraz
rachunki za prąd, dzięki czemu go nie wyłączano. Miał też dość pieniędzy
na buszowanie po lumpeksach w poszukiwaniu potrzebnej odzieży.
Tak nabył starą kurtkę szkolną, spodnie od dresu oraz spłowiałą bluzę z emblematem Chicago Bears. Na wewnętrznej stronie zimowego płaszcza z drugiej, a może i trzeciej ręki powszywał dyskretne woreczki i kieszenie.
I kupił sobie swój pierwszy w życiu komplet wytrychów.
Nie opuszczał się w nauce. Odznaczał się bystrym, chłonnym umysłem,
zdobywał pilnie wiedzę, odrabiał lekcje i unikał kłopotów. Zastanawiał
się, czyby nie założyć własnego biznesu - odwalania prac domowych za
innych. Harry dobrze rozumiał, że większość dzieciaków to mistrzowie
ściemy.
Po lekcjach ćwiczył ze swoimi wytrychami i ślęczał przed komputerem w bibliotece, chłonąc wiedzę o najróżniejszych systemach alarmowych oraz
zabezpieczeniach.
A potem matce nieoczekiwanie się polepszyło. Mimo że wciąż wychudzona i blada, nabierała stopniowo sił. Lekarze określali to jako remisję.
Stało się to jego ulubionym słowem - remisja.
Następne trzy lata ich życia wydawały się dość normalne. On wciąż
obrabiał kieszenie. I wciąż kradł w sklepach - aczkolwiek bardzo
ostrożnie. I nigdy nic zbyt kosztownego, nic łatwego do
zidentyfikowania. Wszedł też w korzystny układ z lombardem w South Side.
Mieli istną górę rachunków do spłacenia - a pieniądze, które zarabiał na
korepetycjach, nie wystarczały.
Poza tym znalazł upodobanie w złodziejskim fachu.
Po jakimś czasie matka i ciotka Mags znów rozkręciły interes i Harry
przez trzy lata, w porze wakacji, sumiennie sprzątał, szorował i przy
okazji dokonywał rozpoznania w sprzątanych domach i lokalach.
Można powiedzieć, był młodym człowiekiem z jasną wizją przyszłości.
Później, kiedy góra długów zmalała do niewielkiego wzgórka, a z matczynych oczu zniknęła dawna troska, rak zaprosił ją do następnego
tańca.
Swego pierwszego włamania Harry dokonał dwa dni po dwunastych
urodzinach. Obleciał go strach na myśl, że zostanie przyłapany i zawleczony do więzienia, a trauma tego doświadczenia sprzymierzy się z rakiem i zabije jego matkę, lecz o dziwo! lęk ów znikł jak kamfora w chwili, gdy znalazł się z ciemnościach tchnących niezmąconą ciszą.
W późniejszych latach, kiedy patrzył wstecz, zrozumiał, że właśnie w tym
momencie odnalazł cel swego życia. Może nie był on zbyt chwalebny ani
akceptowalny w dobrym towarzystwie, ale cóż... jego własny.
Oto stał tam, wysoki, szczupły chłopiec, który wystrzelił wreszcie w górę, i spoglądał przez szerokie okna na blask księżyca godzący swym
ostrzem w taflę jeziora. Wszystko zdawało się pachnieć różami, cytrynami
i wolnością.
Tylko on jeden wiedział, że tu jest. Mógł dotknąć wszystkiego, czego
tylko chciał, i wziąć, co tylko chciał.
Wiedział, jaką cenę mają elektronika, srebro, biżuteria - choć ta
wartościowa byłaby dobrze schowana. Nie zorientował się jeszcze, jak
sforsować sejf. Ale z czasem dałby sobie i z nim radę; przyrzekł to
sobie.
Nie miał czasu ani możliwości wynieść tych wszystkich błyszczących
rzeczy.
Chciał teraz tylko tak stać i napawać się swoimi umiejętnościami, ale w końcu zmusił się do roboty.
Wiedział, bo przekonał się o tym już wcześniej, że ludzie plotkują bez
żenady w obecności służby domowej. Zwłaszcza gdy ta służba to
dwunastolatek szorujący podłogę w kuchni, podczas gdy pracodawczyni i jej sąsiadka rozprawiają w salonie nad kawą o jakiejś imprezie
dobroczynnej.
Wtedy właśnie, nie podnosząc głowy i nie przerywając pracy, nadstawił
uszu; dowiedział się o kolekcji znaczków, którą zgromadził mąż sąsiadki
jego klientki.
Bawiło ją to.
- Dasz wiarę? Dostał prawdziwej obsesji od chwili, gdy w zeszłym roku
odziedziczył kolekcję swojego wuja. Czy ty wiesz, że wydał właśnie pięć
tysięcy dolarów na jeden z tych małych skrawków papieru?
- Na znaczek?!...
- Nie mówiąc już o urządzeniach, które utrzymują w gabinecie właściwą
temperaturę i wilgotność, tam gdzie przechowuje tę swoją kolekcję.
Kiedyś kpił z wuja i jego hobby, a teraz sam siedzi w tym po uszy. Bez
przerwy przeszukuje jakieś aukcje i strony internetowe. To niby
inwestycja, więc w porządku. Co mnie zresztą obchodzi, że trzyma w biurku mnóstwo jakichś idiotycznych znaczków? Ale wiesz, on śledzi
bezustannie aukcje i oferty handlarzy nawet w Rzymie. Chce być na
bieżąco, kiedy tam pojedziemy w przyszłym miesiącu.
- A niech sobie kupuje te swoje znaczki! - prychnęła lekceważąco
klientka Harry'ego. - Ty przecież kupujesz sobie buty.
Harry skrzętnie zakonotował sobie to wszystko i doszedł do wniosku, że
wszechświat przesłał mu oto jasny, widomy sygnał, gdy przyjaciółka
klientki zaczęła mówić o przeniesieniu do samochodu pudeł z rekwizytami
na imprezę dobroczynną.
Wszedł do salonu niczym uosobienie niewinności.
- Przepraszam, pani Kelper - rzekł - posprzątałem już kuchnię. Dobrze
usłyszałem? Trzeba coś przenieść?
- Prawdę mówiąc... - zająknęła się. - Alva, poznaj, to jest Harry. Harry,
to pani Finkle. I tak, rzeczywiście moja znajoma chętnie skorzystałaby z pomocy kogoś silnego.
Uśmiechnął się szeroko i naprężył bicepsy.
- Czemu nie? Mam chwilę, zanim pomogę ciotce posprzątać na górze.
Tak więc udał się wraz z panią Finkle do dużego, pięknego domu tuż obok,
z dużym, pięknym widokiem na jezioro.
Kiedy weszli do środka, od razu obrzucił wprawnym okiem zabezpieczenie
alarmu. Ani śladu psa, jak spostrzegł. Nieodmiennie plus.
- Hm, przeprowadzka? Pani Finkle?
- Co proszę? - Zerknęła na niego nieuważnie, gdy szli przez szeroki
przedpokój. - Ach, pudła. Nie, nie, chodzi o imprezę charytatywną, to
tak zwana niema aukcja. Pozycje katalogowe to moja działka.
- Miło, że się pani tym zajmuje.
- No cóż, trzeba wspomagać tych, którym się nie poszczęściło.
"Jasne", pomyślał Harry, rejestrując w pamięci otwarty plan parteru i korytarz prowadzący w lewo. Oraz podwójne oszklone drzwi - teraz
zamknięte - które wiodły do męskiego gabinetu.
Zaczął wynosić pudła i umieszczać je w bagażniku lśniącego białego SUV-a mercedesa.
I choć bardzo tego pragnął - jakżeż by mu się to przydało! - odmówił
przyjęcia pięciodolarowego napiwku.
- Chodzi o dobroczynność - wyjaśnił. - Ale mimo wszystko dziękuję.
Wrócił do pracy i przez resztę słonecznego letniego poranka zanurzał
dłonie w gorącej mydlanej wodzie.
Po pracy wrócili z ciotką do domu pociągiem podmiejskim. Oboje milczeli,
przypadał bowiem akurat dzień chemioterapii, a Mags przez całą drogę
medytowała i ściskała w dłoni jeden ze swoich magicznych kamyków, by
wzbudzić lecznicze wibracje. Czy coś innego.
Po powrocie pojechali wraz z matką do szpitala. Miała na głowie tę swoją
jasnoróżową chustkę.
Spędzili tam swój najlepszy zarazem i najgorszy dzień.
Najlepszy, bo pielęgniarka - Harry wolał ją od lekarza - powiedziała, że
matce się polepsza. Najgorszy, bo zabieg przyprawiał matkę o silne
wymioty.
Siedział przy niej, czytając jej na głos z książki, którą zwali swoim
brewiarzem. Przymykała oczy, gdy maszyna pompowała w nią leki, ale
uśmiechała się, a nawet parskała śmiechem, kiedy Harry odgrywał różne
postaci, zmieniając przy tym komicznie głos.
- Jesteś najwspanialszy, Harry - wymamrotała.
Po turecku siedziała u jej stóp Mags i wyjaśniała jej, jak sobie
wyobraża olśniewająco jasne światło, które niszczy swym blaskiem
nowotwór.
Jak zwykle w taki najlepszy (jednocześnie najgorszy) dzień ciotka
przygotowywała coś w rodzaju kolacji, która miała jakoby uzdrowicielskie
właściwości i wydawała woń chyba gorszą, niż smakowała.
Paliła kadzidełka, rozwieszała kryształki, zawodziła monotonnie, gadała
coś o przewodnikach duchowych i tego rodzaju rzeczach.
Aczkolwiek, mimo że zdrowo stuknięta, zawsze zostawała z siostrą w dniu
chemioterapii, śpiąc na materacu obok jej łóżka.
Jeśli wiedziała, że Harry wymyka się często z domu, to nigdy nie
wspomniała o tym słowem. I jeśli się może zastanawiała, jak zdobywał te
kilkaset dolarów ekstra, to nigdy o to nie pytała.
Teraz stał w domu państwa Finkle, z widokiem na jezioro, w ciszy
zapierającej dech w piersiach. Krążył po nim bezgłośnie, choć nikt i tak
by go nie usłyszał, nawet gdyby się zbliżył z głośnym tupotem do tych
podwójnych szklanych drzwi.
Już w gabinecie zaczerpnął powietrza, które pachniało lekko dymem i wiśniami. "Cygara", pomyślał Harry, dostrzegając humidor na szerokim,
zdobionym biurku.
Zaciekawiony uchylił wieka pudełka i powąchał. Wziął do ręki cygaro, a potem udał, że zaciąga się kilka razy. "A tam, do diabła!" - ostatecznie
miał dwanaście lat - i schował je do plecaka.
Następnie usiadł w skórzanym fotelu koloru porto, z wysokim oparciem, i zaczął się huśtać w przód i w tył i wykrzywiać przy tym złośliwie, jak
według niego zwykł robić bogaty człowiek podczas jakiegoś ważnego
spotkania.
- Zwalniam was wszystkich! - rzucił, dźgając palcem w powietrze i parskając śmiechem.
Wreszcie zabrał się do roboty.
Kiedy tu szedł, był przygotowany na sforsowanie zamkniętej na klucz
szuflady, ale okazało się, że nie musiał tego robić - najwidoczniej
Finkle uważał swój dom za dostatecznie zabezpieczony.
Gdy oczom Harry'ego ukazały się klasery - łącznie cztery - wziął je do
ręki, po czym, posługując się latarką kieszonkową, zaczął przeglądać
jeden po drugim.
Nie zamierzał wszystkich zabierać. Nie wydawało się to uczciwe, a poza
tym trwałoby za długo. Jednakże w ciągu trzech ostatnich tygodni
dowiedział się aż nadto o znaczkach.
Finkle umieścił swoje skarby na czarnym papierze bezkwasowym i zabezpieczył je dodatkowo, wsuwając w przezroczysty foliowy rękaw. Harry
miał przy sobie pęsetę, ale nie chciał ryzykować. Nie mając praktyki ani
wprawy, mógł naderwać lub zniszczyć jakiś znaczek i tym samym obniżyć
jego wartość.
Większość rękawów zawierała dwadzieścia cztery egzemplarze, w rzędach po
cztery na sześć. Wybrał jeden z pierwszego klasera i przeniósł go
ostrożnie do segregatora, który ze sobą przyniósł.
Jeden znaczek z każdego klasera - to wydawało się całkiem w porządku,
odłożył więc ten pierwszy i sięgnął po drugi. Nie spieszył się tym
razem, a ponieważ Finkle dołączył do każdego klasera poręczny arkusz z listą znaczków i ich wartością, nie musiał się nawet szczególnie
wysilać.
Akurat kiedy wyjmował rękaw z ostatniego albumu, po drugiej stronie
szklanych drzwi błysnęło światło.
Serce podeszło mu do gardła, mimo to wsunął szufladę z ostatnim albumem,
chwycił rękaw i zanurkował z nim pod biurko.
Ktoś był w domu. Ktoś oprócz niego.
Drugi złodziej. Dorosły. Trzech dorosłych. Z bronią.
Wtargnęli do jego umysłu - trzej mężczyźni ubrani na czarno, wszyscy z gnatami. Może nie zależało im na znaczkach? Może nawet o nich nie
wiedzieli.
Jasne, że wiedzieli i za chwilę tu wejdą. Znajdą go, to pewne, strzelą
mu w łeb i zakopią go w płytkim grobie.
Starał się skurczyć, wyobrazić sobie, że jest niewidzialny. I pomyślał o matce, która zamartwia się o niego na śmierć.
Musiał się stąd natychmiast wydostać, przemknąć obok nich niezauważony
albo znaleźć sobie lepszą kryjówkę. Zaczął liczyć do trzech. Przy słowie
"trzy" zamierzał wypełznąć spod biurka.
Usłyszawszy nagłe ryknięcie muzyki, drgnął tak mocno, że z całej siły
walnął głową o spodnią część biurka. Ujrzał przed oczami wszystkie
gwiazdy.
Ogarnęła go złość. Jego biedny skołowany mózg zaczął mu podsuwać
wszystkie zakazane brzydkie słowa, jakie znał. Powtórzył je dwa razy.
Drugą wiązkę rzucił pod swoim adresem. Za własną głupotę.
Złodzieje nie zapalali przecież cholernego światła ani nie puszczali na
cały regulator muzyki.
Bez wątpienia ktoś był prócz niego w domu, i okej, ale nie był to gang
uzbrojonych złodziei, którzy palnęliby mu w łeb.
Ostrożnie - zwłaszcza że wciąż mu drżały dłonie - wsunął rękaw ze
znaczkami do skoroszytu i schował go do plecaka.
Wygramolił się spod biurka i, nie odrywając wzroku od szklanych drzwi,
odczołgał się od światła. W trakcie tej wędrówki zauważył jakiegoś
faceta - trochę od niego starszego, ale nie starego - w bokserkach.
Stał w kuchni i nalewał do dwóch kieliszków płyn przypominający wino.
Harry zdołał niemalże skryć się w cieniu, kiedy w pole jego widzenia
wkroczyła tanecznym krokiem dziewczyna.
W bieliźnie. W koronkowym staniku i stringach - takich jak w katalogach
Victoria's Secret, które mama jego przyjaciela Willa dostawała pocztą i które oglądali razem z Willem i kilkoma jeszcze chłopakami przy każdej
okazji.
Czerwień bielizny odcinała się jaskrawo od jej nagiej skóry na tyłku,
który - to trzeba jej przyznać - był na swoim miejscu. Dokładnie na
swoim miejscu. Piersi sterczały nad górą stanika i podrygiwały przy
każdym ruchu, gdy dziewczyna podnosiła ramiona albo kręciła biodrami.
Gdyby spojrzeli w stronę oszklonych drzwi, na pewno by go zauważyli,
lecz mimo to nie był w stanie choćby drgnąć. Miał tylko dwanaście lat i był chłopakiem, gwałtowna erekcja, której dostał, dosłownie przykuła go
do miejsca.
Dziewczyna miała czarne włosy, długie, bardzo długie czarne włosy, które
niedbale odsunęła, by wziąć kieliszek z winem. Popijając, zbliżyła się
do faceta w bokserkach, jak gdyby tańczyła. On też tańczył, ale w oczach
Harry'ego jawił się tylko jako niewyraźna plama.
Istniała wyłącznie dziewczyna.
Teraz sięgnęła ręką za plecy i rozpięła stanik. Kiedy osunął się na
podłogę, każda kropla krwi w ciele Harry'ego spłynęła mu do krocza.
Nigdy wcześniej nie widział piersi żywej dziewczyny. Były zdumiewające.
Kołysały się i podskakiwały w rytmie niesamowicie zgodnym z muzyką.
Kiedy doznał pierwszego oszałamiającego orgazmu, rozbrzmiewały dźwięki
Dance, dance zespołu Fall Out Boy. Bał się, że oczy wyjdą mu z orbit.
Bał się, że przestanie mu bić serce. A potem chciał już przez resztę
życia leżeć na lśniącej drewnianej podłodze.
Teraz jednak facet dobrał się do dziewczyny na całego, a ona dobrała się
na całego do niego. Wyczyniali różne rzeczy, mnóstwo różnych rzeczy, w tym on ściągał jej stringi.
"Jezu! ona jest goła jak ją Pan Bóg stworzył". Harry słyszał jej
westchnienia, bo zagłuszały nawet muzykę.
A potem oboje wylądowali na podłodze i zaczęli to robić. To! Dokładnie
tam, przy czym to dziewczyna dosiadała faceta, nie na odwrót.
Chciał tylko patrzeć, nic innego się nie liczyło. Ale złodziej w ciele
chłopca wiedział, że najwyższy czas się ulotnić. Dopóki tamci byli zbyt
zajęci sobą, żeby móc cokolwiek zauważyć.
Odsunął ostrożnie drzwi, przeczołgał się przez próg, a potem, posługując
się stopą, zasunął je z powrotem.
Dziewczyna wyła już teraz na całego:
- Terry! O Boże, Terry!
Harry dźwignął się na czworaka, wziął głęboki oddech, po czym skoczył do
wyjścia. Wymknąwszy się na zewnątrz, zdążył usłyszeć krzyk ekstazy.
Do pociągu szedł na piechotę, tak by móc na nowo przeżywać każdą minioną
chwilę.
Ukradzione znaczki sprzedał paserowi za dwanaście tysięcy dolarów. Miał
świadomość, że dostałby więcej, gdyby wiedział więcej. I gdyby nie był
jeszcze dzieciakiem.
Ale i tak dwanaście tysięcy dolarów równało się fortunie. I było tego o wiele za dużo, by trzymać to w pokoju.
Musiał się udać do swojej zwariowanej ciotki Mags.
Zaczekał, aż zostaną sami. Mama upierała się, że też będzie pracować,
ale nadawała się tylko do lekkiej roboty, i to w jednym domu dziennie, a we czwartki sprzątali dwa.
Pomagał Mags zdejmować poszewki w eleganckim mieszkaniu samotnego
faceta. Kiedy pracowali zgodnie, w okna bił dokuczliwy deszcz. Mags
włączyła sprzęt grający klienta, chciała posłuchać jakiegoś chłamu spod
znaku New Age.
Miała na sobie ufarbowany na fiolet i zieleń podkoszulek. Włosy, tym
razem w głęboko śliwkowym kolorze, zakryła zieloną chustką. Z uszu
zwisały jej kamyczki, na szyi nosiła łańcuszek z różanym kryształem z kwarcu, zapewniający miłość i harmonię.
- Chcę sobie założyć konto w banku - oświadczył.
Zerknął na nią z ukosa, kiedy wrzucała brudną bieliznę do kosza. Miała
chabrowe oczy tak jak on i mama, ale te jej odznaczały się
delikatniejszym odcieniem, bardziej marzycielskim.
- Niby dlaczego, dziecinko?
- Dlatego.
- Ehe.
Rozłożyła prześcieradło z gumką, a potem strzepnęli je razem i zaczęli
przykrywać nim łóżko.
Harry wiedział, że ciotka na tym poprzestanie. Że to "ehe" może ciągnąć
się w nieskończoność.
- Mam prawie trzynaście lat i zaoszczędziłem trochę pieniędzy, chcę więc
założyć sobie konto bankowe.
- Gdyby była to w pełni prawda, a nie tylko częściowo, rozmawiałbyś o tym ze swoją mamą zamiast ze mną.
- Nie chcę zawracać jej głowy.
- Ehe.
Zajęli się teraz wierzchnim prześcieradłem.
- Potrzebuję osoby dorosłej, która pójdzie ze mną do banku i będzie
pewnie musiała podpisać jakieś papiery.
- Ile pieniędzy?
Gdyby zgodziła się z nim pójść, i tak by się dowiedziała, toteż
popatrzył jej prosto w oczy.
- Prawie piętnaście tysięcy.
Odpowiedziała mu twardym spojrzeniem. Maleńki niebieski kamyczek z boku
jej nosa błysnął.
- Zechcesz mi powiedzieć, skąd wytrzasnąłeś tyle pieniędzy?
- Udzielałem korepetycji, odstawiałem fuchy, sprzątałem domy. Niewiele
na siebie wydaję.
Odwróciła się, by wyjąć kołdrę, czarną jak noc i miękką jak obłok.
- Ehe - rzekła tylko.
- To moje pieniądze, można będzie za nie spłacić kilka rachunków, także
hipotekę. Znowu zaczynamy zalegać, a ostatnio w domu zjawił się facet z windykacji. Mama powiedziała, żebym poszedł do swojego pokoju, ale
usłyszałem wystarczająco dużo.
Skinęła głową, kiedy przykrywali łóżko kołdrą, a potem zaczęli powlekać
poduszki.
- Jesteś dobrym synem, Harry, i nie pójdziesz z tym do Dany, bo ona
nigdy by się na coś takiego nie pisała. To wymaga zadania zbyt wielu
pytań, ale niestety, sama ci ich muszę kilka zadać, nim dojdziemy do
porozumienia.
- W porządku.
- Zabiłeś kogoś albo skrzywdziłeś dla zdobycia tych pieniędzy?
- Chryste, nie. - Na jego twarzy malował się szok. - Skądże znowu!
Ułożyła starannie poduszki.
- Handlujesz narkotykami?... choćby trawką, Harry?
Tak się składało, że wiedział przypadkiem, że Mags pali trawkę, ilekroć
może ją zdobyć, ale nie o to chodziło.
- Nie.
Obrzuciła go powłóczystym spojrzeniem tych swoich marzycielskich oczu.
- Sprzedajesz się za pieniądze, kochanie? Seks?
Odniósł wrażenie, że szczęka mu spada do podłogi.
- Jezu! Nie. Po prostu... nie.
- To dobrze. Kamień spadł mi z serca. Jesteś taki przystojny, Harry.
Byłbyś cennym kąskiem dla niektórych, trochę się martwiłam. A co?
Myślisz, że nie wiem, jak się wymykasz w nocy z domu? - spytała, niosąc
ozdobne poszewki na poduszki. - Miałam nadzieję, że chodzi o dziewczynę
albo że spotykasz się dla zabawy z przyjaciółmi. - Przyglądając mu się
uważnie, bawiła się swoim kryształkiem na łańcuszku. - Cokolwiek robisz,
robisz to dla mamy. I wiedz, że kocham ją tak samo jak ty.
- Wiem.
- Nie mam pojęcia, dlaczego wszechświat skazał ją na taki mrok, a nie
jestem fanką pieniędzy, które go rozjaśniają. Ale w jej przypadku
rozjaśniają, zważywszy na te wszystkie rachunki, którymi się zamartwia.
Cofnąwszy się o krok, Mags chwilę oceniała wzrokiem łóżkowy pejzaż, nim
wreszcie skinęła z aprobatą głową.
- Nie potrzebujesz zwykłego konta bankowego, Harry. Potrzebujesz konta
maklerskiego. Pieniądze robią pieniądze, taki jest smutny stan rzeczy.
Nie ulegało wątpliwości, że Mags miewała dziwne pomysły, ale Harry też
wiedział, że ciotka jest nie w ciemię bita. Słuchał więc i się
zastanawiał.
- Konto maklerskie?
- Zamierzasz... hmm... oszczędzić jeszcze więcej?
- Tak. Nie chodzi tylko o rachunki. Kiedy gość naprawiał ostatnim razem
piec centralnego ogrzewania, to powiedział, że więcej się nie da go
naprawiać, a przed zimą będziemy potrzebowali nowego.
- Konto maklerskie. Chodziłam kiedyś z jednym gościem, który zajmuje się
takimi sprawami. Zbyt uczciwy, żeby kręcić jakieś numery, ale powie nam,
co i jak. - Zbliżyła się do niego i położyła mu dłonie na policzkach. -
Jesteś dobrym synkiem i bystrym chłopcem. - Poklepała go po twarzy. -
Tak trzymaj.
Usłyszeli o Wielkiej Kradzieży Znaczków Finkle'a, kiedy pani Kelper
podlewała swoje rośliny na tarasie. Czuł na sobie zimne spojrzenie z ukosa, którym obrzuciła go Mags, kiedy mył szklane drzwi tarasu i polerował urządzenia kuchenne z nierdzewnej stali.
- Przykro mi to słyszeć - oznajmiła Mags. - Były cenne?
- Najwidoczniej, ale co gorsza, ich syn Terry miał letnie zajęcia na
uczelni, ale olał to i pod nieobecność rodziców imprezował tydzień. W ich własnym domu. Musiałam powiedzieć Alvie, że widziałam światła i słyszałam muzykę i że podjeżdżały samochody. Musiał więc to zrobić jeden
z jego przyjaciół albo przyjaciel przyjaciela - sama pani wie, jak
wyglądają te ich studenckie imprezy.
"Znak", pomyślał Harry, polerując na wysoki połysk lodówkę z najwyższej
półki cenowej.
Jak powiedziałaby Mags: wszechświat rzucił promień światła.
A jego matce nagle się polepszyło.
*
Kiedy miał szesnaście lat, Harry zakochał się w blondynce o sarnich
oczach. Miała na imię Nita. Królowała w jego snach i sprawiała, że
przemierzał korytarze szkolne jak na skrzydłach. Udzielał jej
korepetycji z hiszpańskiego - gratis - i pomagał w pracach domowych z algebry.
Chodzili do kina albo na pizzę, czasem sami, a czasem z Willem i jego
dziewczyną. Zaprosił Nitę na bal z okazji zakończenia roku szkolnego;
zgodziła się.
Ograniczył działalność - sprzątanie i włamania - żeby spędzać z nią
więcej czasu. Bądź co bądź, zainstalowali nowy piec, spłacili rachunki
za leczenie i regulowali resztę na bieżąco.
Oczywiście, nadal pracował, sprzątając wraz z matką i Mags w sobotnie
popołudnia. Prócz tego dwa razy w miesiącu gdzieś się włamywał,
zasilając konto.
Wciąż mieli rachunki do spłacenia. A i studia lada chwila miały się
zacząć.
Matka darzyła Nitę sympatią; uwielbiała, kiedy się zjawiali razem w domu
i oglądali filmy na DVD albo oddawali się grom wideo. Trzeci rok nauki w szkole średniej miał już na zawsze pozostać jednym z jego
najcenniejszych wspomnień.
Przed balem na zakończenie roku zebrał forsę z Willem - zafundowali
sobie limuzynę. Kupił bukiecik i wypożyczył smoking.
Kiedy wynurzył się z sypialni, Dana przysunęła dłonie do twarzy.
- Och, och! Spójrz tylko, Mags! To Booth, nasz Harry Booth. Pamiętaj,
żadnych martini, drogi synu. Wstrząśniętych czy zmieszanych.
- Słowo harcerza. - Uniósł dwa palce, po czym je skrzyżował,
rozśmieszając je przy okazji.
- Zdjęcia! - Matka chwyciła telefon, ale Mags wyrwała go jej z dłoni.
- Stań tam z tym swoim przystojnym chłopcem. Boże, Dana, jaki on do
ciebie podobny.
- Miłość mojego życia - mruknęła Dana, opierając głowę o ramię syna.
Objął ją i przyciągnął do siebie.
- Najlepsza ze wszystkich mam.
Odwróciła się i pogłaskała go po włosach.
- Jesteś taki wysoki. Mój dzieciak jest dorosły, Mags, i wybiera się na
bal na zakończenie trzeciej klasy liceum. No dalej, teraz ty i Harry.
Dana i Mags zamieniły się miejscami. Mags wspięła się na palce, żeby
pocałować Harry'ego w policzek, i szepnęła:
- Włożyłam ci do prawej kieszeni marynarki prezerwatywy. Lepiej dmuchać
na zimne.
Tego wieczoru, po magii towarzyszącej zabawie szkolnej, podczas
późniejszej imprezy w domu Willa na chłodnej podłodze gościnnej łazienki
Harry odebrał dziewictwo Nicie, a ona jemu.
Zaczął swoje ostatnie szkolne wakacje szczęśliwy jak nigdy.
Nim lato dobiegło końca, rak puścił się w ostatni taniec.
Rozdział 2
Harry nigdy nie wątpił w miłość swojej ciotki do siostry. Przeszłość tej
kobiety obejmowała pracę w wędrownym cyrku, różne komuny hipisowskie i zloty czarownic. Przejechała autostopem cały kraj, pracowała - krótko -
jako showgirl w Vegas, performerka, asystentka iluzjonisty i kelnerka w barze dla kierowców ciężarówek, gdzie poznała mężczyznę, którego
określała mianem swego byłego męża.
Jednak ta sama Mags okiełznała na dziesięć lat umiłowanie do włóczęgi,
by trwać przy swojej młodszej siostrze. Sprzątała domy, mieszkania i biura i nawet w dobrych czasach rzadko kiedy spędzała kilka dni tak, jak
chciała.
W złych czasach natomiast jawiła się jako skała - barwna, acz
niewzruszona. Nigdy by nie przegapiła wizyty u lekarza czy dnia
chemioterapii. Kiedy Dana była już zbyt słaba, by o siebie zadbać, Mags
ją kąpała, a potem ubierała - odrzucając pomoc oferowaną przez
Harry'ego.
- Syn nie kąpie swojej mamy - oświadczyła. - Nie w sytuacji, kiedy mama
ma siostrę.
Pojął jednak w pełni, jak głęboka i wszechogarniająca jest ta miłość,
kiedy rak po raz trzeci pozbawił jego matkę włosów.
Przyrządził wspólnie z Daną kolację. Miała akurat dobry dzień, dzień
pełen siły i wytrwałości. Może martwiły go ciemne obwódki wokół jej oczu
i to, jak chuda się wydawała - skóra obciągnięta kośćmi - kiedy ją
obejmował, ale twarz wyglądała zdrowo, a oczy w tych ciemnych obwódkach
były jasne i szczęśliwe.
Dokończył pracę domową i zerknął na zegarek, Mags miała wrócić około
ósmej. Mógł wyjść z domu bez obaw i spędzić jakiś czas z Willem.
Zamierzał potem, przed powrotem, sprawdzić jeszcze jeden adres.
Nieoczekiwanie ten dobry dzień przeistoczył się w dziwaczny i dość
zaskakujący, gdy Mags pojawiła się dwie godziny wcześniej.
Oto kobieta, która uwielbiała farbować swoje włosy na najbardziej
zwariowane kolory, która wplatała w nie często najróżniejsze paciorki i piórka, stała teraz przed nim z łysą czaszką pokrytą jedynie brokatem.
Łyżka, którą Dana trzymała w dłoni, spadła z brzękiem na podłogę.
- O Boże, Mags! - zawołała. - Coś ty ze sobą zrobiła?
- Nieźle wygląda, co? - Mags przybrała szczególną pozę; oparła dłoń na
biodrze, a drugą położyła sobie za uchem. - To ten brokat, jak mi się
zdaje. Używałam tęczowego jako hołdu wobec swoich przyjaciół, lesbijek i gejów, a także wrogów i nieznajomych, więc to jest poniekąd podwójna
łysa pała.
- Ale twoje włosy, twoje piękne włosy...
- Przekazałam je na cele charytatywne. Ach, więc to jeszcze jedna łysa
pała. - Wysunęła oskarżycielsko palce, kiedy Dana zaczęła płakać. -
Przestań. Co jest na kolację?
- Mags, Mags, nie musiałaś...
- Nic nie muszę. Jestem wolnym duchem i robię to, na co mam ochotę i kiedy akurat mam ochotę. - Weszła do kuchni i powąchała zawartość
patelni. - Przyjemnie pachnie.
- To... kurczak. Ale jesteś wegetarianką...
- Nie dzisiaj. Dzisiaj jestem mięsożerna, więc lepiej, żeby wystarczyło
też dla mnie.
- Wystarczy. - Harry się bał, że też wybuchnie płaczem, zdjął więc czym
prędzej patelnię z ognia, żeby potrawa się nie przypaliła, a potem
otoczył ramionami obie kobiety i je przytulił. - Zawsze będzie
wystarczać.
Po kolacji, kiedy Mags namówiła jego mamę na scrabble w specyficznej
odmianie - ekstra punkty za najlepsze wymyślone słowa - Harry przeglądał
się w łazienkowym lustrze.
Lubił swoje włosy. Zawsze zwlekał ze strzyżeniem możliwie jak najdłużej,
gdyż nieodmiennie ścinali mu włosy krócej, niż sobie tego życzył.
I naprawdę podobało mu się to, jak bawi się nimi Nita.
Rozumiał jednak, że to, co zrobiła Mags, było wyrazem najczystszej
miłości, wsparcia i do diabła! prawdziwej solidarności.
Wziął do ręki swoją maszynkę elektryczną - nie golił się żyletką - po
czym odetchnął głęboko parę razy i gdy zobaczył w końcu w oczach, które
spoglądały na niego z lustra, więcej determinacji niż strachu, przyłożył
ostrze do skóry nad czołem.
Kiedy przejechał maszynką po włosach - niemal przez sam środek głowy - a gęste pukle jeden po drugim zaczęły spadać na podłogę, nagle zgiął się
wpół i chwycił szafki.
Nogi zrobiły się pod nim miękkie, żołądek przeszył bolesny skurcz, a oddech utknął w krtani.
- Jasna cholera! - Zmusił się, by znów spojrzeć w lustro, i zobaczył,
jak wytrzeszcza oczy. - Jasna cholera! No nic. Nie ma odwrotu. Uporajże
się z tym do końca.
Drugi ruch maszynką wywołał w nim tę samą reakcję, ale z każdym kolejnym
czuł się już pewniej. Ponieważ maszynka nie należała do najlepszych,
Harry sądził, że skrócił jej żywotność o połowę. Pozostawiła na jego
głowie szczecinę, ale uznał, że i tak liczy się idea, a nie efekt
końcowy.
Uświadomił sobie, że wygląda... no cóż, doprawdy dziwnie. Jak nie on,
absolutnie. Zaświtało mu raptem, że będzie musiał wkładać do nocnej
roboty wełnianą czapeczkę, ale zaczął też rozważać bardziej radykalne
zmiany wyglądu i to, jak wzbogacą one repertuar jego sztuczek.
Pozbierał po sobie włosy i wrzucił je do torebki foliowej, po czym znów
przyjrzał się swemu odbiciu. I uświadomił sobie coś jeszcze.
To, jak musiała się czuć jego matka, patrząc w lustro. Nie miała wyboru,
jeśli chodzi o utratę włosów. Rak i terapie pozbawiły ją tej możliwości.
Gdy patrzyła na własne odbicie, widziała stratę, brak tego wyboru i kogoś, kto w niczym nie przypominał jej dawnej siebie.
- Jeszcze jeden powód, dla którego Mags to zrobiła - mruknął. - Żeby
mogła czuć, widzieć i wiedzieć to, co mama.
Przemknął chyłkiem do swojej sypialni i włożył świeżą koszulę. Następnie
przymierzył okulary - z przezroczystymi szkłami - których używał czasami
w celu zmiany wyglądu. Wreszcie zdecydował się na okulary
przeciwsłoneczne.
Zmrużył powieki i wyobraził sobie, że ma króciuteńką kozią bródkę.
Niewykluczone, że mógłby zmienić swój wygląd dzięki obciętym włosom i rekwizytom, jakimi posługiwano się w szkolnym kółku teatralnym.
Zadowolony z perspektywy możliwych efektów ubocznych, wziął torebkę z włosami i czapeczkę.
Kiedy się zjawił w salonie, obie siostry były pochłonięte bez reszty
grą.
- Jękwołu? Daj spokój, Mags.
- Żałosny głos wołu cierpiącego na zatwardzenie albo samicy wołu w połogu. - Mags uśmiechnęła się i mrugnęła, kiedy Dana przewróciła
oczami. - Premia za siedmioliterowy wyraz. Zdrowo ci dokładam, Dana.
- Czekaj no, poradzę sobie. Nie spiesz się tak.
Harry patrzył, jak jego matka układa litery, i wtem poczuł do obu tych
kobiet nagły przypływ miłości, który owionął go niczym ciepły wiatr.
- Dodam w do jednego z twoich słów i wyjdzie mi wariatki - oznajmiła
Dana. - Wariatki, dwie łyse baby, które popijają tanie wino i wymyślają
jakieś nieistniejące słowa w scrabble'ach. - Podniosła swój kieliszek. -
I kto komu dokłada?
- Noc jeszcze młoda.
- Zostawiam was, wariatki, i idę posiedzieć z Willem - rzekł Harry.
- Baw się dobrze, kochanie, i... - Dana odwróciła się do syna i umilkła
gwałtownie. Zakryła dłonią usta, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Harry... och, Harry.
- Co? - Uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Rany. Zapomniałem zapiąć
rozporek?
- Nie mogę uwierzyć, że... ty nawet jako dziecko nie byłeś łysy. Urodził
się z czupryną włosów. Pamiętasz, Mags?
- Tak, pamiętam. Chcesz trochę brokatu, dziecinko? Mam go mnóstwo.
- Nie, dzięki.
- Boże, spójrz na nas. - Dana zaczęła się śmiać, a z jej oczu popłynęły
łzy. - Tylko spójrz na nas. - Chwyciła dłoń siostry i sięgnęła do ręki
syna. - Jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Nieoczekiwanie Nita też się rozpłakała, tyle że jej łzy nie miały w sobie nic z pociechy.
- Jak mogłeś to zrobić? - zirytowała się. - Nie raczyłeś nawet ze mną o tym porozmawiać.
- To są moje włosy. - Wzruszył ramionami. - Czy raczej były.
Jej oczy ciskały gromy, czekała ich prawdziwa awantura.
- Jak byś się czuł, gdybym to ja obcięła włosy albo ufarbowała je na
niebiesko jak jakaś świruska?
- To twoje włosy.
- Och, łatwo ci mówić, bo wiesz, że nigdy bym czegoś takiego nie
zrobiła.
- Nie obchodzą mnie twoje włosy. Ty mnie obchodzisz. I zrobiłem to dla
swojej mamy.
Na co wzięła głęboki i odpowiednio głośny oddech, jak zwykle, kiedy
zamierzała go do czegoś przekonywać za pomocą rozsądnych argumentów, na
ogół do tego, że znowu coś schrzanił. Jak się zdążył zorientować w ciągu
minionych ośmiu miesięcy, w przekonaniu Nity dość często coś chrzanił.
- Przykro mi z powodu twojej mamy, wiesz o tym. To okropne, przez co
przechodzi. Nienawidzę tego. I rozumiem, że musisz pomagać jej w pracy i być przy niej, a my nie możemy spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy
chcieli, ani wychodzić tak często jak inne pary.
- Ale...
Harry wiedział, że zawsze jest jakieś "ale", kiedy odzywa się ta
rozsądna Nita.
- Ale to nasz ostatni rok w szkole, w przyszłym tygodniu zaczyna się
zjazd dawnych absolwentów. Będą zabawy i tańce! W przyszłym tygodniu,
Harry. Przecież włosy ci nie odrosną przez tydzień. I co? Jak my się tam
pokażemy, skoro wyglądasz jak jakieś dziwadło?
To przeważyło. Nie miał pojęcia, że można odkochać się w jednej chwili.
- Moja matka straciła włosy - rzekł twardo. - Po raz trzeci. Myślę, że
czyni to z niej potrójne dziwadło.
- Wiesz, że nie to miałam na myśli. To głupie tak mówić. Twoja mama...
jest ofiarą. A ty zrobiłeś to specjalnie i nie spytałeś mnie nawet o zdanie.
Nie miał też pojęcia, że kiedy człowiek się odkochuje, to przenika go
taki chłód.
- Moja mama nie jest niczyją ofiarą. To cholerna wojowniczka. I nie
muszę pytać ani ciebie, ani nikogo innego o to, co zamierzam dla niej
zrobić. A to? - Wskazał na swoją głowę. - Nie odrosną, dopóki nie stanie
się to z jej własnymi. A ponieważ stałem się dziwadłem, z którym nie
chcesz być widywana, z nami koniec.
Otworzyła szeroko oczy, w których od razu błysnęły łzy.
- Zrywasz ze mną?... - wyjąkała. - Golisz głowę i zrywasz ze mną przed
samym zjazdem absolwentów? Nie możesz czegoś takiego zrobić.
- Ogolenie głowy nie miało z tobą nic wspólnego, za to ty właśnie dałaś
mi jasno do zrozumienia, że nie chcesz się ze mną nigdzie więcej
pokazywać.
- Przygotowałam już sukienkę!
- Więc włóż ją albo i nie. Nie mój problem.
- Nie możesz tak po prostu... Uprawiamy seks.
- Już nie.
To rzekłszy, oddalił się. Zostawiając ją, czuł się jednocześnie lodowato
spokojny i wolny. I doszedł do wniosku, że decyzja, by się z nią spotkać
w drodze do domu Willa, otworzyła mu świat na nowo.
Zawsze tak było: dobrze się między nimi układało, kiedy jego matka
znajdowała się akurat w fazie remisji. Ale psuło się, kiedy rak znów
brał górę, a on nie mógł wychodzić z Nitą tak często ani poświęcać jej
tyle uwagi, ile pragnęła.
I chyba dawała mu to subtelnie do zrozumienia, jak się teraz
zorientował. Ale zarazem dostatecznie mocno, by się czuł winny i rozdarty.
No cóż, koniec z tym.
Przypuszczał, że będzie mu brakowało jakiejś dziewczyny, a już na pewno
seksu - ilekroć udawało im się go uprawiać. Miał jednak czym wypełnić
sobie czas. Szkoła - wciąż liczył na stypendium w Northwestern
University - przyjaciele, praca, mama, nocna robota.
Z rękami w kieszeniach i ze spuszczoną głową, podle się czując, dowlókł
się do domu Willa. Zapukał do drzwi pogodnie białego bungalowu.
Otworzył mu tata Willa, ubrany w bluzę z emblematem Chicago Bears, i przekrzywił głowę. Następnie ściągnął Harry'emu czapkę z głowy i uśmiechnął się szeroko.
- O rany, chłopie! - Przesunął mu dłonią po szczecinie. - Mogę ci to
wyrównać, jeśli chcesz.
- Potrafi pan?
Tata Willa pogłaskał się po swojej gładkiej czaszce.
- Mam wprawę. - Gdy położył dłoń na ramieniu Harry'ego, w jego oczach
pojawiło się wzruszenie. - Porządny z ciebie gość, Harry Booth. Pakuj tu
swój chudy biały tyłek.
*
Rześka, barwna jesień przemieniła się brutalnie w szarość i biel zimy,
ta zaś okładała bezlitośnie pięściami i owiewała miasto lodowatym
oddechem, jakby chciała je na dobre zmrozić.
Nowy piec dawał sobie nieźle radę, niestety, w pewien lutowy poranek
wiekowy grzejnik wody wydał ostatnie tchnienie. Dzień ów zaczął się od
minus trzynastu stopni.
Wprawdzie Harry miał dość odłożonych pieniędzy na nowy grzejnik, ale
musiał okłamać matkę, jeśli szło o koszty zakupu i robocizny. Nie było
to pierwsze kłamstwo, którym uraczył ją tej zimy, i zapewne nie
ostatnie.
Powtarzał sobie, że matka wygląda już lepiej i że jak tylko skończy się
zima, znów będzie mogła wychodzić i spędzać czas na świeżym powietrzu, i na pewno wróci do pełni formy.
List z Northwestern University, informujący o przyjęciu jej syna na
studia i przyznaniu mu stypendium, ożywił ją. Mogła teraz ślęczeć
uszczęśliwiona nad broszurami uczelnianymi, przeglądać odpowiednie
strony w internecie i spisywać wieczorami to, czego według niej mógł
potrzebować w akademiku.
On jednak skalkulował sobie wszystko.
- Zamierzam dojeżdżać na pierwszym roku - oznajmił. - Będę mieszkać w domu. To darmowe lokum i opierunek.
- Chcę, żebyś w pełni doświadczył uroków nauki. Ty pierwszy w naszej
rodzinie idziesz do college'u. I to tak dobrego. Chcę...
- Mam mnóstwo doświadczenia, jeśli chodzi o uroki nauki, i nie muszę
spać w jednym pokoju z kimś, kogo nie znam. Najpierw przyjrzę się
wszystkiemu, poznam nowych przyjaciół i wtedy się zastanowię, czy
zamieszkać w przyszłym roku na kampusie.
- Ale ominą cię różne zajęcia i imprezy.
- Chcesz, żebym brał udział w pijackich balangach?
Uśmiechnęła się nieznacznie.
- Coś w tym rodzaju. Chcę, żebyś miał swoje życie.
- Mam swoje życie.
- I poświęcasz mi go zbyt wiele. Wiem, że mieszkanie na kampusie będzie
sporo kosztowało, a stypendium nie pokryje wszystkiego, ale możemy wziąć
pożyczkę studencką.
- W przyszłym roku.
Wyprostowała się.
- Zastanawiałam się, czyby nie wziąć drugiego kredytu pod zastaw
hipoteczny.
- Nie ma mowy.
Skrzyżowała ramiona na chudej piersi.
- Posłuchaj no, Harrisonie Silasie Boocie. Kto tu rządzi?
- No cóż, Dano Lee Booth, sama powiedziałaś, że chcesz, bym miał własne
życie, a to oznacza, że sam podejmuję decyzje. A moja decyzja jest taka,
że przez pierwszy rok będę mieszkał w domu.
- No dobrze. Jeden semestr. W akademiku. To dobry kompromis, Harry.
Rozejrzysz się przez ten czas, poznasz nowych przyjaciół.
- Widzę, że chcesz się mnie pozbyć.
Dotknęła jego dłoni.
- Chcę, żeby mój ptaszek się opierzył. Chcę zobaczyć, jak latasz, Harry.
Spędź na uczelni pierwszy semestr, a potem się zastanowimy.
- Okej. Pierwszy semestr, w zamian ty dajesz sobie spokój z kredytem pod
hipotekę.
- Mogę się na to zgodzić. Rozejrzymy się za pożyczkami studenckimi.
Będziesz mógł znaleźć pracę na kampusie. Jest taki piękny.
Nie miał nic przeciwko temu, by matka snuła te marzenia; widać było, że
sprawiało jej to przyjemność.
Czekała go jednak robota, a on zamierzał ją wykonać, gdy tylko matka się
położy.
Małżeństwo młodych wykształconych ludzi, przebywających w samym
lodowatym sercu lutego w swoim wakacyjnym domu w Arubie, mogło się
pochwalić bardzo ładną kolekcją markowych zegarków - damskich i męskich.
Bulgari, Rolex, Chopin, Baume & Mercier, TAG Hauer. I, jak się
dowiedział, dwa egzemplarze firmy Frederic Graff.
Wątpił, czy zabrali je wszystkie ze sobą.
Nawet gdyby mu z nimi nie wyszło, to i tak ludzie, którzy potrafili
kolekcjonować zegarki o wartości pięciocyfrowej kwoty, musieli mieć
mnóstwo innych dóbr. Do wyboru, do koloru.
Liczył głównie na zegarki - po jednym od każdego z małżonków; nie był
potworem. Gdyby trafił się wśród nich jakiś graff, mógłby go sprzedać i miesiącami opłacać koszty leczenia, utrzymania domu i studiów.
Odwiedził ten dom minionej wiosny, kiedy właściciele przeprowadzili
wstępną rozmowę z matką i Mags na temat gruntownych porządków, ale
ostatecznie zrezygnowali, znał więc dokładnie rozkład pomieszczeń. Znał
też system antywłamaniowy, łatwo mógł sobie z nim poradzić.
Wiedział również, że Jenkinsonowie mają dwa sejfy - jeden w gabinecie, a drugi w garderobie przy głównej sypialni.
Przypuszczał, że tam właśnie znajdują się zegarki.
Wcześniej zainwestował w kupno identycznego sejfu. Wynajął niewielki
magazynek, coś w rodzaju tymczasowego schowka na rzeczy. I tam
tygodniami ćwiczył się w sztuce otwierania sejfów.
Nie zafundowali sobie niczego z górnej półki, niczego wysokiej klasy,
najprawdopodobniej z korzyścią dla niego, a mimo to Harry uważał, że ma
smykałkę do tej specyficznej sztuki. Z tą nową umiejętnością i przy
odrobinie szczęścia zacząłby jesienią studia wolny od wszelkich długów.
Albo prawie wolny.
Martwił się, że zostawia matkę samą, chociażby na dwie godziny - góra
trzy - których wymagała robota. A jeśli z powodu burzy dojdzie do
wyłączenia prądu? A jeśli matka poczuje się źle i zacznie go wołać?
A jeśli?... a jeśli?...
Lecz gdyby powiodło mu się z tym włamaniem - a był tego pewien - mógłby
upłynniać łup powoli, spłacając wszystko, i powiedzieć matce, że znów
udziela korepetycji.
Tak czy siak, wiedział, że coś wymyśli.
Wsiadł do kolejki miejskiej, ot, niczym się niewyróżniający nastolatek
opatulony po uszy, jak wszyscy w ten wietrzny, śnieżny wieczór w Chicago.
Wysiadł przystanek wcześniej przed celem podróży, włożył do wewnętrznej
kieszeni okulary w grubych oprawkach, które miał na sobie podczas jazdy.
Zamienił czapeczkę futbolową na hokejową, po czym ruszył w przejmującym
chłodzie w kilometrową wędrówkę.
Każdy, kto by miał choć odrobinę oleju w głowie albo nie zamierzał się
nigdzie włamywać, siedziałby o pierwszej w nocy w ciepłym domu. Jego
jedynym zmartwieniem było ryzyko napotkania na swej trasie jakiegoś
radiowozu, a następnie przesłuchania na okoliczność tego, co on robi, u diabła, na dworze w nocy w taką pogodę.
"Byłem u dziewczyny, rozumie pan", ćwiczył w głowie. "Teraz idę na
przystanek, żeby wsiąść do pociągu i wrócić do domu. Żaden problem,
panie władzo".
Szczęściem nie napotkał jednak patroli i kiedy dotarł do miejsca
przeznaczenia, zwolnił kroku.
Przyszło mu do głowy, że idzie zbyt szybko i zwraca na siebie uwagę.
Nie okazując wahania, podszedł wprost do drzwi wejściowych.
Zamki nie stanowiły szczególnej przeszkody, służyły raczej ozdobie niż
bezpieczeństwu - pojedynczy cylinder i klasyczna zasuwka w obudowie
pokrytej imitacją brązu.
Mechanizm ustąpił w ciągu minuty.
Zsunął buty, wszedł do środka w grubych skarpetkach, schował obuwie do
plastikowej torby i we wszystkich tych czynnościach odliczał w myślach
sekundy.
Teraz zamknąć drzwi i podejść wprost do skrzynki alarmowej.
Tu też zdecydowali się na podstawowy model. Otworzył drzwiczki, wyłączył
alarm i zanurzył się z lubością w otaczającej go zewsząd ciszy.
Ulubiony moment, jak musiał przyznać. Po wszystkich żmudnych
przygotowaniach, ćwiczeniach, rozpoznaniu - nadchodziła oto chwila,
kiedy mógł tylko stać w ciszy i chłonąć doznania. Czuł, jak jego puls
przyspiesza pod wpływem emocji.
Kradzież, zysk? To była po prostu robota.
Ale ten moment, ten spokój - były wyłącznie jego doznaniem.
Rozkoszował się nim przez chwilę, potem przystąpił do działania.
Poszedł lekko schodami na górę, minął podwójne drzwi na lewo, a wreszcie
stanął przed tymi prowadzącymi do garderoby na prawej ścianie.
Mieli mnóstwo ubrań - od cholery butów. Tych dwoje miało prawdziwego
świra na punkcie odzieży. Siłą rzeczy jednak podziwiał garnitury
mężczyzny - doskonałą wełnę - i koszule z monogramem na rękawach. Oraz
miękką skórę butów od znanych projektantów.
Docenił też kolekcję swetrów pani domu. Kaszmir, wełna merynosów. Naszła
go pokusa, by wziąć jeden - tylko jeden - dla matki. Taki ciepły i mięciutki.
To jednak prowokowałoby pytania, a on nie chciał kłamać.
Przesunął więc snopem światła latarki po sejfie. I uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Cześć. Pracuję od jakiegoś czasu z twoim bratem. Zapoznajmy się. -
Pokręcił głową, wyjmując stetoskop. - Zamek z podstawową kombinacją.
Powinni się byli lepiej postarać.
Najpierw ustalił długość kombinacji. Aby się upewnić, że wszystkie bolce
cofnęły się, obrócił pokrętło trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek
zegara. Następnie przyłożył słuchawkę stetoskopu obok pokrętła i zaczął
nim obracać w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Kiedy
usłyszał dwa pierwsze kliknięcia, zatrzymał się i zapamiętał cyfrę.
Powtórzył czynność dwukrotnie, by się upewnić.
- Dobry początek - mruknął.
Przesuwając pokrętło przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, zatrzymał się
przy pierwszej cyfrze. Cofał się - powoli, ostrożnie - do miejsca, w którym zatrzymał bolce, nasłuchując kliknięć i zapamiętując kolejne
cyfry, aż w końcu nic nie dobiegło jego uszu.
"Czterocyfrowa kombinacja", pomyślał.
Teraz do gry wkroczyły jego zdolności matematyczne - kto powiedział, że
życie nie wymaga stosowania algebry?
Nakreślił dwie linie i oznaczył je. Oś X dla punktu początkowego, oś Y
dla prawego punktu stycznego.
Zresetował zamek, po czym ustawił pokrętło na zerze.
Pracował w ciszy - słychać było tylko kliknięcia - pracował cierpliwie,
odnotowując każde miejsce kontaktu, a potem nanosił to odpowiednio na oś
X albo Y.
Ta wyczerpująca praca zabrała mu dokładnie trzydzieści trzy minuty -
uważne nasłuchiwanie, wykorzystywanie matematyki, żeby ustalić cztery
cyfry.
8-9-14-2.
Teraz potrzebna mu była prawidłowa kolejność. Zaczął od sekwencji, w jakiej zapisał cyfry, potem zatrzymał się.
- To data. Jezu, walentynki. Prawdopodobnie data ich pierwszej randki
czy coś w tym rodzaju. W roku dziewięćdziesiątym ósmym. Czyżby to miało
być tak łatwe?
Czterocyfrowa kombinacja mogła oznaczać blisko dwa tysiące zmiennych.
Wykluczone, by udało mu się za pierwszym razem.
Ale mimo wszystko spróbował.
2-14-9-8.
I kiedy pociągnął za rączkę sejfu, jego drzwiczki otworzyły się z gładkością jedwabiu.
- Cholera! Otwarły się tak po prostu.
Przeszył go dreszcz niemal podobny do tego pierwszego, dziwnego,
szokującego orgazmu w wieku dwunastu lat.
Wyjął stoper i wyłączył go.
- Trzydzieści pięć minut, dwanaście sekund. Nieźle, ale poprawię ten
wynik.
Wyjął z sejfu kasetkę ze szklanym wieczkiem - bez zamka - która mogła
pomieścić z tuzin damskich zegarków. Teraz znajdowało się w niej siedem.
A jednym z nich był graff.
Wyjął go i obejrzał uważnie w świetle latarki.
Nigdy nie miał w ręku niczego równie drogiego. I jakże to było piękne,
jak sobie to uświadomił. To, jak diamenty jarzyły się w blasku światła,
a umieszczone obok nich szafiry dyskretnie błyszczały.
Przyrzekł sobie, że odrobi lekcję i dowie się więcej o kamieniach
szlachetnych. No cóż, skrywały w sobie historię. I sprawiały więcej
radości niż znaczki czy stare monety.
Włożył zegarek do sakiewki, którą przyniósł ze sobą, odstawił kasetkę na
miejsce, wyjął następną i zaczął przeglądać męską kolekcję. Zdecydował
się na rolexa - klasyka - po czym odłożył kasetkę.
Wyjął pozostałe kasetki - spinki do mankietów, kolczyki, bransoletki,
naszyjniki. Drobna kolekcja, jak sądził, ale robiąca wrażenie.
I kusząca.
Upomniał się w myślach, że musi dotrzeć do domu, następnie zaś udać się
do magazynku schować tam towar.
Ostatecznie jednak sięgnął po diamentowe kolczyki. Małe, ale z klasą, i prawdopodobnie niełatwe do wytropienia.
Zamknął sejf, wprawił w ruch pokrętło. Potem rozejrzał się dla pewności,
że niczego nie pozostawił po sobie.
Ruszył w drogę powrotną i brnąc przez gęsto padający śnieg, w niespełna
godzinę dotarł do domu.
Z dwustoma tysiącami w plecaku, jak obliczał.
Zamierzał upierać się przy dwudziestu procentach. Przystałby i na
dziesięć, ale będzie naciskał na więcej. I może zdoła uzyskać
piętnaście.
A dysponując trzydziestoma tysiącami dolarów, z pewnością uporałby się z cholerną górą rachunków za leczenie.
Wiosną mieliby świeże powietrze - a rachunki za ogrzewanie zniknęłyby
nareszcie. Może - choć wydawało się to mało prawdopodobne - zdołałby
namówić matkę na letnie wakacje. Sprzedali dawno temu swój stary wóz,
ale mogliby wynająć inny. Uzyskał pozwolenie swojego nauczyciela jazdy.
Odbył kurs w szkole, a tata Willa woził go swoim samochodem, miał więc
praktykę. Mógł zrobić prawo jazdy; wypożyczyliby samochód i pojechali
nad ocean.
Matka często mawiała, że bardzo chciałaby go zobaczyć. Poza tym morskie
powietrze odznaczało się właściwościami leczniczymi i tak dalej.
Mogliby wynająć na kilka dni pokój niedaleko plaży. Podróż tam i z powrotem to też byłyby wakacje. Nie wyjeżdżali na nie od czasu...
"Od czasu, kiedy zachorowała na raka", jak przyszło mu do głowy, zaraz
jednak stłumił w sobie tę refleksję.
Przeżył wspaniałą noc, nie było sensu jej psuć. Czas pomyśleć o wiośnie,
o lecie, o studiach jesienią.
Jednak na razie zima trwała z uporem. Zimny marzec odszedł z taką samą
zajadłością, z jaką się zjawił.
Nim nastała połowa kwietnia, Harry doszedł do wniosku, że Chicago
bardziej przypomina pokrytą wiecznym lodem planetę Hoth z Gwiezdnych
wojen aniżeli amerykańskie miasto.
Aż wreszcie pod koniec kwietnia wiosna zaczęła z wolna przełamywać
mroźny uścisk zimy.
Coraz śmielej otwierali już okna na oścież i wpuszczali świeże
powietrze. Oczywiście, musieli je na noc zamykać, jeśli nie chcieli
zamarznąć na śmierć, ale był to już jakiś początek.
Harry czuł, że rozkwita w nim nadzieja. Przypominała te krokusy, które
matka posadziła, kiedy był małym chłopcem.
Spotykał się nawet z nową dziewczyną, Alyson. Miała świra na punkcie
nauki, ale była absolutnie urocza. Nie, nie znaczyło to nic poważnego;
nie pragnął tego przed początkiem studiów. Ale miał z kim pójść na bal
maturalny, i to się liczyło.
Wracał do domu w upojnym, niemal balsamicznym powietrzu, zastanawiając
się nad wieczornymi zajęciami.
Lekcje do odrobienia - musiał dostawać dobre stopnie - trochę nauki o kamieniach szlachetnych. Kolacja - może udałoby mu się przekonać mamę do
zamówienia pizzy.
I pojawił się też potencjalnie lukratywny cel, któremu chciał się bliżej
przyjrzeć.
Wszedł do domu w doskonałym nastroju.
- Cześć, mamo! Przekąszę coś. Chyba świetnie mi poszło z testu z chemii.
Mam od cholery pracy domowej, ale zaraz się do niej zabiorę.
Trzymał w ręku torebkę Doritos, a w drugiej puszkę coli, kiedy mama
wyłoniła się z sypialni.
- Zawsze po szkole jadłeś kanapkę z dżemem.
- Czasy się zmieniają. Potrzebuję na gwałt dużej ilości węglowodanów i kofeiny do wypracowania. Muszę coś napisać na temat...
Utkwiła w nim spojrzenie, które natychmiast przebiło balonik jego
dobrego humoru.
- Co się stało? - spytał z wysiłkiem.
- Usiądźmy, Harry.
- Mamo...
- Proszę. Usiądźmy. Może przyniósłbyś mi colę?
Stłumił wszelkie myśli; tylko tyle mógł zrobić. Nalał jej swojej coli do
szklanki z lodem, bo taką lubiła. Po czym usiadł z nią przy kuchennym
stole.
- Poszłam dzisiaj na badanie. Tomograf.
- Co? Nic mi nie mówiłaś. Poszedłbym z tobą.
- Masz na głowie szkołę. Mags ze mną poszła. A nie powiedziałam ci,
kochanie, bo to lekarz chciał mnie zbadać. Dlatego, że... kochanie... chemia
nie poskutkowała tym razem.
- Nieprawda. Powiedzieli, że skutkuje. Tak powiedzieli.
- Owszem, działała przez krótki czas zeszłej jesieni i na początku zimy,
ale już nie teraz, Harry. Od jakiegoś czasu już nie.
Wiedział o tym, prawda? W głębi ducha. Obwódki wokół jej oczu,
wyraźniejsze i ciemniejsze, energia znikająca podobnie jak ciało na jej
kościach.
- No to spróbują z nową terapią.
- Harry... - Ujęła jego dłonie. - Są przerzuty. Zrobili wszystko, co w ich
mocy.
Miał wrażenie, że jej ręce to kościste pióra. Takie lekkie, cienkie i ostre.
- Nie wierzę w to. Ty też nie możesz w to uwierzyć.
- Chcę, żebyś był dzielny. Wiem, że to nie jest w porządku. Nie powinnam
cię o to prosić. Nic nie było ani nie jest w porządku. Pozbawiło cię
dzieciństwa, a ja tego nienawidzę. Nienawidzę. Nie twierdzę, że nie będę
walczyć. Ale dajemy sobie spokój z chemią.
- Mamo, proszę...
- Może przedłużyłaby mi życie o kilka miesięcy, a ja bym ciągle rzygała.
Ale to wszystko. Chcę ten czas, który mi jeszcze pozostał, spędzić z tobą, być twoją mamą, przynajmniej tak długo, jak to możliwe. - Ścisnęła
mu dłonie. - Sześć miesięcy. Osiem albo dziewięć, Harry, przy
zastosowaniu innych terapii. Poddałabym się temu sto razy, kochanie,
gdyby to oznaczało, że będę widziała, jak dorastasz. Kończysz studia,
zakochujesz się, zakładasz rodzinę. Ale nie mogę. Moje serce pragnie
tego - jesteś dla mnie wszystkim - ale ciało mi na to nie pozwoli.
- Dałaś wcześniej radę.
- Ale nie tym razem. Pomóż mi przeżyć jak najlepiej te sześć miesięcy.
- Dałaś wcześniej radę - powtórzył z uporem.
Kiedy otoczyła go ramionami, znów był dzieckiem. I to dziecko
przycisnęło teraz twarz do matczynej piersi i cicho załkało.
Rozdział 3
W ostatnim dniu nauki szkolnej, pod koniec dwunastoletniego rozdziału
jego życia, jak zwykł myśleć o tym Harry, usłyszał donośny śmiech
wylewający się z otwartych okien domu, gdzie w pomalowanych doniczkach
obok drzwi wejściowych rosły kwiaty.
Matka śmiała się teraz częściej i sprawiała wrażenie tak pogodnej i szczęśliwej, że mógł sobie wmówić - no prawie - że udało im się mimo
wszystko pokonać na dobre tego wroga, który się w niej zadomowił.
Sadziła kwiaty, sprzątała domy, słuchała muzyki, chodziła na zakupy.
Kupiła nową sukienkę z myślą o jego promocji.
Mawiała, że każdy dzień to dar, więc i on próbował patrzeć na to w ten
sposób.
Czasem jednak, nocą, w ciemności, przychodziło mu do głowy, że każdy
upływający dzień to o jeden dzień mniej.
Dzisiaj słyszał, jak się śmieje - chichocze niczym któryś z jego
szkolnych kolegów.
Teraz już byłych kolegów.
Wszedł do domu i zobaczył matkę i Mags, które zanosiły się śmiechem przy
stole kuchennym.
Od szczeciny na głowie ciotki bił oślepiający szafirowy blask.
Nie dziwił się temu, ale widok króciutkich włosów na matczynej głowie w różowym kolorze gumy do żucia odebrał mu mowę.
Obie uśmiechnęły się do niego jak na komendę.
- I co myślisz? - spytała Dana.
- Myślę... że wyglądacie jak jaja wielkanocne - odparł. - Gdyby je mieli
na Marsie.
Wywołało to kolejny atak szaleńczego śmiechu.
- Wystarczy mi obu kolorów, żeby i tobie ufarbować włosy, Harry. Chcesz?
Pomieszam jeden z drugim i otrzymam ładny fiolet. Masz fryzurę jak
George Clooney w filmie Ave, Cezar - zauważyła Mags. - Fiolet ją
ładnie podkreśli.
- Nie ma mowy.
Dana wstała i wzięła z lodówki puszkę coli, zanim zdążył wziąć jedną dla
siebie.
- Zakryję sobie głowę chustką przed uroczystością wręczenia świadectw -
powiedziała. - Nie martw się.
Wziął colę, a potem się schylił i pocałował ją w policzek.
- Nie zrobisz tego. Założę się, że nikt nie ma mamy - ani ciotki - z różowymi i niebieskimi włosami.
Uściskała go.
"Jakaż ona szczupła, jaka szczupła". Odepchnął od siebie tę myśl i upomniał się: "Jest tutaj, jest i jest szczęśliwa".
- Mags namówiła mnie na to, kiedy uporałyśmy się z domem Gobble'ów.
Pomyślałam sobie, a co mi szkodzi, do diabła. I w tym całym podnieceniu
zapomniałam o wielkiej chwili! - Chwyciła się za twarz. - To ostatni
dzień w szkole. Mój dzieciak, mój mały dzieciak o wzroście ponad sto
osiemdziesiąt centymetrów, właśnie ukończył liceum.
- Oho, chyba nastawię jakąś sentymentalną muzykę.
- Już rozbrzmiewa mi w głowie - zwróciła się Dana do Mags. - Wciąż cię
widzę, mój mały chłopczyku, jak idziesz pierwszego dnia do szkoły w tej
swojej czerwonej kurteczce, z pudełkiem na lunch. Kiedy tam dotarliśmy,
powiedziałeś po prostu: "Cześć!", i sam wszedłeś do budynku. Niczego się
nie bałeś. Zawsze taki byłeś.
Pamiętał to, ponieważ pamiętał wszystko.
- Dzięki swojej mamie.
- Przygotuję ci przekąskę. Pewnie wybierasz się dziś na przyjęcie.
Idziesz z Alyson? To przemiła dziewczyna. I taka bystra.
- Owszem, jest miła i bystra, ale mam dziś randkę z kimś innym. Prawdę
powiedziawszy, z dwiema osobami.
Dana obróciła się gwałtownie.
- Nie spędzisz chyba pierwszego wieczoru reszty twojego życia ze mną i Mags!
- Myślę, że sam mogę decydować o tym, gdzie i jak chcę spędzić ten
pierwszy wieczór, poza tym mam pewne plany.
- Jakie plany?
- Swoje plany. Zostało nam kilka godzin, więc najwyższy czas na tę
przekąskę. Zrób dostatecznie dużo dla nas wszystkich. Potem skoszę
trawnik.
Co, wziąwszy pod uwagę jego rozmiary, zabierze dziesięć minut.
- To niespodzianka - ciągnął, uprzedzając pytania. - Jesteście
odpowiednio ubrane. Może przyda się wam sweter czy kurteczka, ale to
wszystko.
- Tajemnica. Psst - powiedziała Mags. - Tajemnicza niespodzianka. Już mi
się podoba.
Nie miały pojęcia, dokąd jadą, kiedy wsiadały do pociągu, a on milczał
jak zaklęty. Ale im bliżej byli celu i im więcej wsiadało ludzi w charakterystycznych czapeczkach i kurtkach, tym bardziej stawało się
jasne, gdzie jadą. Mags trąciła Harry'ego w ramię.
- Stadion Wrigley. Zgadza się? Wieczorny mecz z Miami Marlins.
- Może i tak.
- Przecież nie przepadasz za bejsbolem - zaczęła Dana. - Nigdy nie
rozumiałam, w którym momencie popełniłam błąd i nie wpoiłam ci miłości
do tego sportu, ale...
- Nieprawda. Podoba mi się. No i moje panie go uwielbiają.
- Pewnie, bo jest wspaniały. Niesamowity. Człowieku, powinnam chyba
wzmocnić się energią z mojego krwawnika. Nie, nie, raczej z czarnego
onyksu. - Mags zaczęła grzebać w swojej torebce. - Mam tu coś chyba? O rany! Moja szczęśliwa czapeczka Cubsów została w domu, ale potrafię ją
sobie wyobrazić. Kto gra na pozycji miotacza? Za nic sobie nie
przypomnę.
- Sergio Mitre - podsunął Harry.
- Okej, w porządku. Będę wyobrażała ją sobie z całych sił.
Podobało mu się, jak rozmawiają o meczu, jadąc pociągiem, a potem w drodze na stadion i pod wielkim czerwonym transparentem.
Podobała mu się ich paplanina i otaczający ich gwar.
- Ja stawiam - oznajmiła Dana. - Z okazji ostatniego dnia w szkole.
- Za późno. - Harry wyjął z tylnej kieszeni spodni bilety. - Już
załatwione. Proszę: dla kobiet, które mi pomogły przebrnąć ten ostatni
dzień nauki.
- Harry... to miejsca w loży. Nie możesz...
- Już załatwione. I wszyscy dostaną czapeczki na szczęście.
- Nie psuj chłopakowi planów. - Mags ścisnęła Danie dłoń. - Przyjmij
dar.
- Tak, tak, masz rację. Nie widziałyśmy nawet meczu w ostatnim sezonie,
a teraz? Miejsca w loży. Och, Mags, spójrz tylko. Tam! Przy pierwszej
bazie, tuż za ławką trenerską!
Kupił im po czapeczce i jedną wziął sobie.
Kiedy weszli na stadion, usłyszał nabożne westchnienie matki. Ich oczom
ukazały się zielona murawa, charakterystyczne brązowe podwyższenie dla
miotacza i białe linie pól gry.
- Och! Jesteśmy prawie na samym boisku! - gorączkowała się Dana. - Czuję
zapach skoszonej trawy! Mags, pamiętasz, jak oglądałyśmy mecze, siedząc
na dachach? - Wskazała budynki otaczające stadion.
- Jasne, że pamiętam. Zabierał nas tam wuj Silas, obdarowywał hot dogami
i piwem korzennym. Opowiadałam ci, Harry, o wuju Silasie, bracie twojej
babki?
- Noszę po nim drugie imię.
- No tak. A wiesz, że zakochał się w kobiecie, która nigdy nie
odwzajemniła jego miłości, przez co usychał za nią z tęsknoty, aż
wreszcie umarł. Nigdy się nie ożenił. Uwierzyłbyś? Dostał ataku serca,
kiedy byłeś niemowlęciem.
Harry znał tę historię. Ojciec Mags i Dany zwiał, gdy ta druga była
jeszcze w pieluchach. Ich matka pracowała wtedy w sklepie rzeźniczym u swego brata i wychowywała dwie dziewczynki.
Zginęła, trafiona zbłąkaną kulą wystrzeloną z pędzącego auta, kiedy jego
własna matka miała siedemnaście lat.
"Była w tym samym wieku co ja teraz", uświadomił sobie nagle.
- Może i miał słabe serce, ale czułe, dobre, przesłodkie. Ech... To były
dobre czasy. - Mags poklepała Danę po udzie. - Naprawdę dobre.
- Owszem. - Jej siostra westchnęła głośno. - Ale teraz czasy są jeszcze
lepsze.
Jedli hot dogi i popijali piwo. Choć nie miał na to zbytniej ochoty,
Harry pociągnął trochę z matczynego kubeczka.
Solidarność.
Dopingowali, gwizdali, buczeli, spierali się o decyzje sędziowskie.
Matka wyglądała promiennie - takie właśnie słowo przyszło mu do głowy.
Zerwała się z miejsca, by móc lepiej obserwować lot długiej piłki, i gwizdnęła na palcach, kiedy zawodnik pola środkowego przechwycił ją
dosłownie kilkadziesiąt centymetrów od ściany, a wreszcie jęknęła, gdy
wyeliminowano pałkarza.
Po zachodzie słońca zapalono światła.
Nagle, bardziej przez przypadek niż celowo, Harry pochwycił piłkę, która
poleciała wprost w jego stronę. Matka zerwała się z miejsca i zaczęła
tańczyć.
- Masz zręczne dłonie - zauważyła Mags, patrząc na niego znacząco. - I dobry refleks.
Kiedy już odzyskał czucie w palcach, podał piłkę matce.
- Twoja pamiątka, madame.
Czy zadecydowały o tym czapeczki na szczęście, czy krwawnik, który Mags
wygrzebała z torebki, czy dobra gra Chicago Cubs, tak czy siak, Mitre
dobrze rzucał przez cały pełny mecz i kiedy chłopcy schodzili z boiska,
mieli na koncie zaliczonych czternaście biegów.
Choć Harry nie podzielał matczynej pasji do bejsbola, wiedział, że żaden
zapalony kibic nie szalałby z radości na widok takiego wyniku.
Gdy ludzie opuszczali trybuny, matka wsparła mu głowę na ramieniu. Wciąż
siedzieli na swoich miejscach.
- Wiesz, co jest lepsze od letniego wieczoru na tym stadionie? -
spytała.
- Co? - odparł machinalnie.
- Nic.
Kiedy później wysiedli z kolejki jeden przystanek wcześniej, wszyscy
troje kupili sobie rożki lodowe i odprowadzili Mags do jej mieszkania.
Wieczorem wracali już sami do domu położonego kilka przecznic dalej.
Harry otoczył matkę ramieniem, tak jak ona otaczała niegdyś jego.
- Jesteś pewnie zmęczona.
- Trochę - przyznała. - Ale to dobre zmęczenie. Sprawiłeś nam
niesamowitą niespodziankę. Prawdę mówiąc, ty sam byłeś zawsze moją
najlepszą niespodzianką. Nigdy nie pytasz o swojego ojca.
- A o co tu pytać? - Wzruszył ramionami. - On się przecież nie liczy.
- Liczy, bo gdyby nie on, nie miałabym ciebie. - Wsparła się na nim i westchnęła. - Powinnam ci powiedzieć, bo zwyczajnie powinieneś wiedzieć.
Byłyśmy młode. Kiedy straciłyśmy z Mags matkę, odczuwałam smutek. Ona
nie posiadała się z rozpaczy, a ja nie mogłam się uwolnić od smutku.
Choć wuj Silas pocieszał nas jak mógł, i jemu nie było lekko. Tak czy
inaczej, wtedy właśnie zjawił się chłopak i mnie zapragnął. A ja
zapragnęłam jego. Nie darzyliśmy się miłością. Bynajmniej. I nie chcę,
żebyś myślał, że złamał mi serce, bo tak nie było.
Skręcili w stronę domu; zatrzymała się przy drzwiach.
- Posiedźmy tu chwilę - zaproponowała i usadowiła się na werandzie
porośniętej kwiatami. - Byliśmy razem tylko kilka tygodni i w zasadzie
zdążyliśmy się już rozstać, kiedy sobie uświadomiłam, że jestem w ciąży.
On zaczął studia, Mags wyruszyła w trasę ze swoim cyrkiem, a ja
pracowałam w sklepie rzeźniczym. Wiem, dziwnie to zabrzmi, ale nie
wpadłam w panikę ani nie zastanawiałam się, co robić. Od pierwszej
chwili ogarnęła mnie ekscytacja. Młoda, głupia, podekscytowana. I wszelki smutek gdzieś się ulotnił. Musiałam o tym powiedzieć chłopakowi
i nie byłam zdziwiona jego reakcją. Nie mogłam go o to winić i nigdy nie
winiłam. - Spojrzała na syna zmęczonym, ale twardym wzrokiem. - I ty też
nie powinieneś, dlatego ci o tym mówię. Miał ledwie osiemnaście lat,
dopiero wkraczał w dorosłe życie, tak jak ty teraz. Nie kochaliśmy się
ani nie pragnęliśmy nawzajem. Wiem, że mogłam nalegać, by się poczuł do
odpowiedzialności, i może tak należało zrobić. Nie wiem. Nie chciałam
jednak. Byłeś mój i po co miałbyś mieć w życiu kogoś, kto cię nie
chciał, skoro ja cię chciałam? Wyrzekł się i ciebie, i mnie, tak jak mój
ojciec wcześniej wyrzekł się matki, mnie i Mags. Nie zamierzałam cię
skazywać na coś takiego. To niełatwa droga.
- Nie chciałbym, żeby było inaczej, jeśli mnie o to pytasz.
- To dobrze. To bardzo dobrze. Tak czy inaczej, Mags wróciła na kilka
tygodni przed twoimi narodzinami i została przy mnie, kiedy się
pojawiłeś. A potem znowu wróciła, kiedy umarł wuj Silas. Szkoda, że go
nie pamiętasz, ale nie mogłeś, byłeś maleńkim dzieckiem. Uwielbiał cię.
Odziedziczyłam po nim w spadku dostatecznie dużo, by móc wpłacić depozyt
na ten dom. Później rozkręciłyśmy z Mags interes i po jakimś czasie
zaczęłyśmy całkiem nieźle sobie radzić, to było jakoś wtedy, kiedy
poszedłeś do szkoły. No i tak. - Podniosła na niego oczy. - Z tego
smutku wziąłeś się ty, mój największy dar, moja największa miłość. Chcę,
żebyś o tym zawsze pamiętał. I wiesz co? - Pocałowała go hałaśliwie w policzek. - Żadnego smutku dziś wieczorem.
- Tak, nie pamiętam go, to znaczy wuja Silasa, ale znam go dzięki tobie
i Mags. Mam w głowie wszystkie wasze opowieści.
Uśmiechnęła się i postukała go palcem w skroń.
- Czarodziejska pamięć.
- Tak.
Wiedział, że nigdy nie zapomni tej wspólnej chwili na werandzie w letni
wieczór, w otoczeniu jej pięknych kwiatów.
Ufarbowała włosy na różowo i włożyła nową sukienkę z okazji jego
promocji, a potem, wraz z Mags, pomogła mu wyprawić przyjęcie dla jego
przyjaciół.
Kiedy czerwiec dobiegał końca, przechodząc z wolna w lipiec, wokół jej
oczu znów pojawiły się ciemne obwódki. Coraz częściej malował się w nich
ból. Zbyt często go dostrzegał. Później, kiedy już ledwie mogła przejść
przez pokój, nie tracąc przy tym oddechu, uznał, że pora, by z nim
usiadła i porozmawiała.
- Podjąłem decyzję - oznajmił.
Popijała jakąś dziwaczną herbatkę, która według Mags miała jakoby
właściwości lecznicze.
- To znaczy?
- Zrobię sobie rok przerwy.
- Harry, posłuchaj...
- Nie, to ty mnie posłuchaj. - Wiedział, że nie może się z nim spierać,
i w jakimś stopniu nienawidził się za to - nienawidził świadomości, że
jest zbyt słaba, by mu się przeciwstawić. - Wielu ludzi tak robi i ja
też tak zrobię. Mags potrzebuje mnie teraz w firmie. Ty mnie
potrzebujesz, mamo. Muszę tu być. Po prostu muszę. Uniwersytet nie
zając, nie ucieknie.
- Ale twoje stypendium... pracowałeś tak ciężko.
- Odłożę to na później.
- Przepraszam. - Zacisnęła powieki. - Niestety, nie potrafię się z tobą
spierać. Nie mogę cię zmusić, żebyś odszedł. Chciałam patrzeć, jak
idziesz na studia, tak jak poszedłeś pierwszego dnia do szkoły.
Pragnęłam tego. I boli mnie myśl, że tego nie zobaczę. Posłuchaj... -
Potrzebowała chwili. Był to jeden z tych gorszych dni i oboje o tym
wiedzieli. - Rozmawiałam z Anitą z hospicjum. Jest wspaniała i rozumie,
że nie chcę iść do szpitala. Chcę zostać tutaj. Będziesz potrzebował
pomocy.
- Zajmiemy się tobą, ja i Mags.
- Tak, wiem. Ale jeśli będziecie potrzebować pomocy, zwróć się do ludzi
z hospicjum. Wszystko spisałam. Zdaję sobie sprawę, że trudno ci o tym
rozmawiać, ale to konieczne.
- Okej. - Ogarnął go mdlący strach, ale opanował się i skinął tylko
głową.
- Kremacja, takie jest moje życzenie. Żadnej nadętej ceremonii, nic w tym guście. Oboje z Mags zdecydujecie, gdzie rozsypać moje prochy. Może
być gdziekolwiek.
Na te słowa poczuł, jak skręca mu się żołądek, a gorący pot oblepia
niczym wstrętna skorupa, ale ponownie skinął tylko głową.
- Okej, mamo, nie martw się.
- Dom przepisałam na ciebie, zrobiłam to wiele miesięcy temu, więc
będzie twój. Powinieneś go sprzedać. Po spłaceniu wierzytelności sporo
ci zostanie. Będziesz miał pieniądze na studia. Ceny nieruchomości idą
teraz w górę. Jest mnóstwo chętnych, którzy zechcą go kupić i zrobić z niego luksusową rezydencję. - Sięgnęła do jego dłoni, a on wyczuł
drżenie jej rąk. - Nie zmarnuj swojej inteligencji, Harry. Jesteś taki
cholernie bystry. Idziesz na studia. Znajdź swoją pasję. Odkrywaj świat.
Podróżuj, odwiedzaj różne miejsca. Wszelkiego rodzaju. Jesteś twardy,
synku. Bystry i silny, i szczodry. Odwaliłam kawał dobrej roboty.
- Tak, to prawda.
- Pomagaj Mags. Może i jest twoją szurniętą ciotką, ale nigdy nas nie
zawiodła. - Odsunęła kubek z herbatą. - Nawet jeśli stara się wmusić we
mnie to paskudztwo.
- Może chcesz coli?
Uśmiechnęła się.
- Z chęcią.
Lato przygasało, a wraz z nim gasły jej siły.
Mags wyprowadziła się ze swojego mieszkania i spędzała teraz noce na
dmuchanym materacu obok łóżka siostry.
Harry całymi dniami sprzątał z ciotką domy i dzięki pieniądzom
zaoszczędzonym z nocnej roboty opłacał dla matki fachową pomoc, kiedy
nie starczało pieniędzy ze sprzątania.
Jesienią większość jego przyjaciół wyjechała na studia. Czuł ukłucie
bólu, które dopadało go w najbardziej zaskakujących chwilach. Kiedy
wynosił śmieci albo wiązał sznurowadła, albo wybierał się do biblioteki
wypożyczyć książki, które czytał potem matce.
Kupili jej wózek inwalidzki, żeby mogła spędzać czas na słońcu i świeżym
powietrzu. Ale marzła nawet w błogim cieple babiego lata, jeśli byli
poza domem więcej niż godzinę.
Nim zrobił się listopad, świat Dany skurczył się do rozmiarów jej
sypialni. Jadła jak ptaszek, za to długo spała. Wynajęli regulowane
łóżko szpitalne, przenieśli też starą komodę do salonu, by zrobić
miejsce dla dwóch łóżek i dwóch krzeseł.
Od przyjaciół, sąsiadów i klientów wciąż nadchodziły kwiaty albo
jedzenie - albo i jedno, i drugie. Wiedział, że nigdy nie zapomni, że
matka Willa zjawiała się trzy albo cztery razy po pracy, żeby posiedzieć
z Daną, nie przejmując się tym, że chora przesypia całą wizytę.
- Wyjdź z ciotką i postaw jej kawę - mówiła mu.
Więc wymykali się z domu, w którym zbytnio pachniało kwiatami i chorobą,
i wychodzili na ostre listopadowe powietrze.
Mags wzięła go za rękę.
- Kochanie, musimy pozwolić jej odejść. - Próbował uwolnić dłoń z jej
uścisku, ale nie pozwoliła mu na to. - To miłość ją tu trzyma, miłość do
ciebie i do mnie. Ale ona cierpi. Leki pozwalają jej wprawdzie znosić
ból, lecz go nie powstrzymają. Marihuana pomaga na mdłości, ale i to
żadne rozwiązanie. Twoja matka trwa z minuty na minutę, uwięziona między
dwoma światami, i trzyma się uporczywie tego doczesnego z myślą o nas.
Chciał ją przekląć i odtrącić, patrzył jednak tylko uparcie przed
siebie, niczego nie widząc.
- Powiedziała, że każdy dzień to dar - rzekł. - I pytała panią Forester
o Willa, kiedy wychodziliśmy. Wybrała nową książkę na dzisiejszy
wieczór.
- Ma tak silną wolę, bo cię bardzo kocha. Czuję się koszmarnie, mówiąc
to chłopcu, który skończył właśnie osiemnaście lat. Ale ona nie
odejdzie, póki jej nie zapewnisz, że sobie poradzisz.
- Więc jesteś gotowa pozwolić jej umrzeć.
Mags puściła jego dłoń.
- Nie. I nigdy nie będę na to gotowa. Ale wiem, że ona jest gotowa.
Nie rozmawiali już więcej ani o tym, ani o czymkolwiek innym,
spacerowali tylko po okolicy, a on czuł, jak wzbiera w nim sprzeciw
niczym pomruk burzy. Miał jeszcze tak wiele do powiedzenia. Przyrzekł
sobie, że powie, kiedy mama Willa sobie pójdzie, a jego własna matka
położy się spać.
I niech go diabli porwą, jeśli ta jego zwariowana, głupia, samolubna
ciotka będzie mu mówić, co ma robić, czuć, myśleć. A jeżeli jest już
zmęczona opieką nad siostrą, to niechże sobie idzie do diabła.
Sam sobie poradzi.
Kiedy weszli do domu, Mags skierowała się do kuchni.
- Podgrzeję trochę zupy dla Dany. Też masz ochotę?
- Nie.
Z sypialni wyłoniła się matka Willa.
- Ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. - Podeszła do Harry'ego i go lekko
uściskała. - Nie denerwuj się tym, że jesteś teraz w domu, a nie na
uniwersytecie. Twoja mama jest trochę splątana i zagubiona.
- W porządku, pani Forester. Doceniam to, że przyszła nas pani
odwiedzić.
- Przyjaźnię się z twoją mamą od czasu, jak chodziłeś z Willem do
przedszkola. - Uściskała go jeszcze raz. - Wracam do domu. Mags! -
zawołała. - Daj mi znać, gdybyś czegoś potrzebowała.
- Jasne. Dzięki, Keisha.
Matka Willa poklepała Harry'ego po ramieniu.
- Dbajcie o siebie.
Pomyślał, że zadba o wszystko. I powie ciotce, gdzie może sobie wsadzić
te swoje rady.
Najpierw jednak musieli się postarać wmusić w mamę trochę jedzenia.
Wiedział, jak sobie poradzić, jak sprawić, by wszystko inne zniknęło
poza ścianami tego domu, i sprostać zadaniu.
Zdjął kurtkę i miał ją właśnie odwiesić, kiedy usłyszał, że matka coś
mówi. Nie wołała go, po prostu mówiła. I śmiała się.
Wciąż z kurtką w ręku wszedł zaciekawiony do sypialni.
Opierała się o wezgłowie łóżka, oczy jej błyszczały podejrzanie. Miała
na sobie czerwony sweter, ten sam, który Mags jej zrobiła na drutach
jako dodatek do bladoniebieskiej koszuli nocnej. Uśmiechała się do
niego.
- Cześć, kochanie! - zawołała. - Witaj w domu. Mówiłam właśnie wujowi
Silasowi, że przyjeżdżasz na weekend. Kupił po okazyjnej cenie chude
kotlety wieprzowe i przyniesie je na kolację.
Zabrakło mu słów, stał tylko i patrzył. Zjawiła się Mags z tacą.
- Mam nadzieję - ciągnęła Dana - że poda się je z tłuczonymi ziemniakami
i bez odrobiny szpinaku.
- Groszek - wtrącił Harry. - I rogaliki francuskie.
- Chyba walnę pięścią w stół - oburzyła się Mags.
- Zawsze to robisz - rzekła Dana.
- Jestem twoją starszą siostrą.
- Nie jestem właściwie głodna - oznajmiła Dana, kiedy jej siostra
nabrała na łyżkę trochę zupy.
- Nie zjesz minestrone przyrządzonej przez panią Cardini? To twoje
ulubione danie.
Harry poczuł wstyd - zalał go gorącą falą, kiedy patrzył, jak ciotka
wlewa w usta matki odrobinę zupy.
- Robi najlepszą - mruknęła chora.
- Zgadza się. I Harry poczyta ci nową książkę, jak będziesz jadła. O czym to jest?
- Historia niezwykłej podróży zwykłego człowieka. Przygoda! Odkupienie!
Miłość!
- A seks?
- Nie będę czytał na głos o seksie własnej mamie i ciotce.
- Twój chłopak jest pruderyjny, Dana, ale wie, jak czytać z dramatycznym
wyczuciem.
- Czyta na studiach książki i będzie znowu grać w przedstawieniach
szkolnych. Nie mogę już więcej zjeść, Mags. - Odwróciła głowę. - Wyjęłam
walizkę, prawda? Muszę się spakować.
Mags odłożyła łyżkę i odstawiła tacę. Harry dostrzegł łzy w jej
niebieskich oczach.
- Już się spakowałaś - powiedziała.
- Och, dobrze. No tak, widzę. - Dana uśmiechnęła się do czegoś, co tylko
ona widziała gdzieś w głębi pokoju. - Jestem spakowana i gotowa do
drogi. Będziesz zbyt zajęty, synku, żeby za mną tęsknić, mając tyle
nauki na głowie. - Wciąż uśmiechnięta - oczy miała takie jasne i takie
zapadnięte - sięgnęła do jego dłoni. - Przyślę ci pocztówkę. Chcesz?
Możesz sprawić sobie album, w którym będziesz trzymał pocztówki ode
mnie. Zawsze chciałam taki mieć. Poradzisz sobie? Prawda, Harry? Jesteś
dorosły. Poradzisz sobie, kiedy wybiorę się w podróż?
Ujął jej dłoń, czując pod powiekami palące łzy.
- Tak, poradzę sobie.
- Będziecie się o siebie troszczyć, ty i Mags.
- Tak, będziemy. O nic się nie martw.
- Jestem trochę zmęczona. Później dokończę pakowanie.
Zamknęła oczy i odpłynęła w sen. Mags wstała i wzięła tacę.
- Muszę się napić - rzekła i wyszła z pokoju.
Kiedy i on wyszedł, nalewała już dwa kieliszki.
- Kiepskie wino z kartonu to wciąż wino - oznajmiła - tak jak kiepska
pizza to wciąż pizza.
- Przepraszam. - Kiedy pokręciła tylko głową, brnął dalej. - Przepraszam
za to, jak się zachowałem. Za to, co powiedziałem. Za to, co sobie
pomyślałem.
- To twoja mama.
- To twoja młodsza siostra.
Mags łyknęła wina, a po jej policzkach ciekły łzy.
- Jestem taka wkurzona, taka kurewsko wkurzona na tego, kto jest za to
wszystko odpowiedzialny. Po co? W jakim celu ona ma przez to
przechodzić? Jaki jest tego sens? Żaden! I nie obchodzi mnie, co kto
powie. - Opadła bezwładnie na krzesło przy kuchennym stole i otarła
podbiciami dłoni łzy, rozmazując tusz. - Przez ostatnich kilka nocy
gadała z wujem Silasem albo z naszą matką. I... i jest taka szczęśliwa,
kiedy to robi. Nie obchodzi mnie, czy wierzysz, że ich naprawdę widzi.
Każdy ma prawo wierzyć, w co chce, dopóki tym nie zadręcza innych. Ale
ja w to wierzę. Wierzę, że oni tam na nią czekają.
Usiadł, skosztował wina. "Odrobinę lepsze niż tanie piwo", pomyślał.
- Nie wiem, w co wierzę. Ale wiem, że miałaś wcześniej rację. Ona walczy
dla nas i to jej sprawia ból, a on odbiera wszystko. I pod jeszcze
jednym względem miałaś rację. Rzeczywiście chciała wiedzieć, że sobie
poradzę.
- Harry, ja też nie chcę jej pozwolić odejść.
- Wiem.
- Chcę cię prosić, żebyś na razie nie wychodził wieczorami, aż... no
wiesz, nie mogłabym się z tobą skontaktować, gdyby...
- Dobrze, nie będę wychodził na razie.
Dana odeszła dwa dni później. Wymknęła się, kiedy jej czytał, a Mags
robiła na drutach swój niekończący się szalik.
*
Nie życzyła sobie pogrzebu, więc go nie było. Ludzie mimo to
przychodzili do domu i przynosili kwiaty i jedzenie. Był zdziwiony tym,
ilu jej dawnych klientów odbyło tę podróż albo przysłało kartki z kondolencjami.
W zimny wietrzny listopadowy wieczór uporał się z zabezpieczeniami przy
wejściu na stadion i zaprowadził Mags do miejsca, które w czasie sezonu
byłoby ostatnią bazą.
- Zorientowałam się, że robisz właśnie coś takiego. To znaczy włamania.
Nie przyszło mi jednak do głowy, że jesteś w tym taki biegły.
- Dziwnie tu pusto... zima coraz bliżej. Ale podobałoby się jej chyba,
prawda?
- O tak. Byłaby zachwycona. To odpowiednie miejsce. Dana była dziewczyną
z Chicago w każdym calu.
- Wobec tego w porządku. Chcesz... nie wiem... zrobić coś, powiedzieć?...
- Jej duch już uleciał. Niech reszta uleci wraz z nim. Wystarczy.
Otworzył urnę i podniósł ją wysoko nad głowę, a wiatr porwał prochy.
- Patrz, jak odchodzi, Harry. Jakaś jej cząstka na zawsze tu pozostanie,
dopingując swoich Chicago Cubs. Nigdy się nie dowiedzą, jakie mają
szczęście, że ona tu jest. Ale my wiemy.
- Wiemy.
Patrzył, jak wiatr porywa prochy, niesie je w dal, wiruje nimi.
Kiedy wracali kolejką do domu, Mags poklepała go po udzie.
- Co zmierzasz zrobić z domem? - spytała.
- Możesz tam mieszkać, jak długo zechcesz - odparł.
- Nie da rady. Chwilowo, póki nie zdecydujesz, owszem. Ale na dłuższą
metę nie mogłabym tam mieszkać bez niej. Chicago bez Dany to nie to samo
Chicago. Wyprowadzę się, kiedy już zdecydujesz się na studia. Mógłbyś
zacząć nawet w przyszłym miesiącu.
Pokręcił głową.
- Nie mogę. W moim przypadku jest tak samo. Nie chcę tu bez niej być.
- Wobec tego gdzie?
- Nie wiem. Może na początek gdzieś, gdzie jest ciepło. Z dala od tego
cholernego zimna. No a ty?
- Ja? - Rozmarzyła się. - Mam na oku pewnego starego volkswagena. Busa.
Popatrzył na nią z zaskoczeniem. Jej włosy miały teraz barwę dojrzałego
bakłażana.
- Żartujesz.
- Wcale nie. Myślę o wyjeździe na zachód. I znów mogę zacząć biznes z telefonicznym wróżbiarstwem. Madame Magdelaine wie wszystko i widzi
wszystko.
- Kupię ci porządny samochód.
- Bus volkswagena to klasyk, i nie bez powodu, kolego. Mam miłe
wspomnienia z dawnych lat. Niejedno się robiło w tym samochodzie.
- W takim razie załatwię ci cholernego busa, dopilnuję, żeby był
odnowiony i w dobrym stanie. Nie chcę sobie wyobrażać, jak rozkraczasz
się na jakiejś drodze obok pustyni. Pozwól, że zrobię to dla ciebie - w jej imieniu. Oczekiwałaby tego po mnie.
- Nie skłonisz mnie do płaczu, tu, w tym pociągu. Masz takie pieniądze?
- Mam dosyć i zamierzam sprzedać dom, więc będę miał jeszcze więcej.
- Chciała, żebyś studiował, Harry. Bardzo tego pragnęła.
- Będę studiował. Przyrzekam.
Wiedział, że powinien zaczekać do wiosny - ze względu na korzystniejszy
rynek nieruchomości - ale wystawił dom na sprzedaż. Niedługo potem
upłynnił go za dwa tysiące więcej, niż początkowo żądał. Zajęło mu to
niespełna dwa tygodnie. Sam sobie kupił używane volvo - z niskim
przebiegiem i w dobrym stanie.
Najtrudniejsze okazało się opróżnienie domu ze wszystkich rzeczy
należących do matki. Lecz kiedy się wreszcie z tym uporał, stanął razem
z Mags na małym podjeździe od frontu. Miała na sobie czerwony pulower i nosiła kolczyki jego matki.
Jej volkswagen - w dwóch kolorach, czerwonym i białym - parkował obok
jego volvo.
- To cholernie nudny samochód, dziecinko - zauważyła.
- Nudne samochody nie przyciągają uwagi. A ty w swoim będziesz bulić
mandaty przy każdej kontroli, nim dotrzesz do Iowy.
- Kiedy nadejdzie dzień, w którym nie oczaruję gliniarza i nie przekonam
go do niewlepiania mi mandatu, pozbędę się tego wozu. - Odwróciła się do
niego. - Do rzeczy. Trzeba zawrzeć pakt.
- Okej.
- Raz w roku - częściej byłoby jeszcze lepiej, ale musi być przynajmniej
raz w roku - spotkamy się. Przyjadę do ciebie albo ty przyjedziesz do
mnie, i gdzieś się spikniemy, nieważne gdzie. Spędzimy razem kilka dni.
Jesteś wszystkim, co mi z niej pozostało, Harry. Jesteś moją jedyną
rodziną.
- Ustalmy może od razu pierwszą datę, co do miejsca umówimy się później.
Wcześniej też może być, ale niech to będzie pierwszy kwietnia.
- Prima aprilis?
- Łatwo zapamiętać. Spotkamy się pierwszego kwietnia. To co? Piątka?
- Ech, dziecinko... Spróbujmy czegoś innego.
Objął ją ramionami. Pachniał swoją matką - jej ulubionym szamponem - i ukrył twarz w jej włosach.
- W porządku - rzekł. - Umowa stoi. Staraj się unikać kłopotów.
- A co to za radocha? Brak kłopotów? - Uwolniła się z jego objęć i położyła mu dłonie na policzkach. - Dzwoń do mnie o każdej porze. Jeśli
ktoś będzie musiał wpłacić za ciebie kaucję, to jestem do dyspozycji.
- I nawzajem. Gotowa?
- Na przygodę? Zawsze. Ty też sobie nie żałuj, Harry. To znaczy przygód.
Pierwszy kwietnia - przypomniała, kiedy ją odprowadzał do volkswagena. -
Nie wystaw mnie do wiatru.
- Przypieczętowaliśmy umowę. Kocham cię, Mags.
- Kocham cię, Harry. - Wsiadła do wozu i włożyła okulary
przeciwsłoneczne ze szkłami w kolorze tęczy, w oprawkach w kształcie
kocich oczu. Wyjęła jeden z kryształków i podała mu przez otwarte okno
samochodu. - Biały kamień księżycowy, odmiana ortoklazu, będzie cię
chronił w podróży.
- A gdzie twój?
Wyciągnęła łańcuszek zza koszuli.
- Do zobaczenia, dziecinko.
Uruchomiła silnik - pracował bez zarzutu - i odjechała. Czekał do
chwili, aż zniknie mu z oczu, a potem wsiadł do volvo.
Pomyślał, "tam do diabła", i powiesił kryształek na lusterku wstecznym.
Obejrzał się po raz ostatni na dom.
I odjechał, nie oglądając się więcej za siebie.
Rozdział 4
Harry ruszył trasą międzystanową numer 65 przez Indianę. A ponieważ
prócz Illinois był to jedyny stan, jaki kiedykolwiek odwiedził, też
chciał się z niego wydostać.
Udać się gdzie indziej, znaleźć się w innym miejscu, byleby było ciepło.
Trzymał się autostrady, słuchał radia rozkręconego na cały regulator,
włączył też ogrzewanie na maksimum. I kiedy przekroczył granice
Kentucky, poczuł przypływ sił - fizycznych sił. Zjechał z drogi na
chybił trafił. Postanowił zrobić sobie postój, może powłóczyć się przez
jakiś czas po okolicy.
"Stan niebieskiej trawy... oficjalnie Commonwealth of Kentucky -
skorygował, przywołując zgromadzone w myślach fakty. - Stolica to
Frankfurt. Aha, konie, bourbon, pieczone kurczaki, Derby, blues, Fort
Knox".
To ostatnie kazało mu się zastanawiać, co zrobiłby ze sztabami złota,
gdyby mu udało się je ukraść. Powód do niesamowitej chwały, tyle że
mógłby go zaprowadzić do więzienia w Kansas. Albo w Leavenworth. Albo do
jego odpowiednika w Kentucky.
Poza tym trudno byłoby zmieścić złote sztaby w plecaku.
Zatrzymał się, żeby opróżnić pęcherz i zatankować bak, kupił Doritos -
wciąż jego ulubione - i colę.
Podobał mu się widok wzgórz, pofałdowania, które widział tylko na
zdjęciach albo w kinie. Wyobraził sobie, jak wyglądają w letniej
zieleni, wznosząc się i opadając, za polami, na których pasą się konie.
Może zakosztowałby wiejskiego życia. Może.
Ale choć powietrze nie porażało zimnem, wciąż jednak było chłodne.
Ruszył dalej, kierując się na południe, i gdy Doritos nie wypełniły mu
pustki w żołądku, podjechał pod McDonalda na big maca z dużymi frytkami.
Kobieta, która go obsługiwała - mniej więcej w jego wieku - podała mu z uśmiechem torebkę.
- Proszę, synu - rzekła. - Zjedz to od razu, słyszysz?
Uznał, że ma ciepły, przyjazny akcent.
- Tak, proszę pani.
Rzeczywiście zjadł od razu, przekraczając granice Tennessee.
- Whiskey, Elvis, Dolly Parton, farmy tytoniowe, barbecue i blues, i Smoky Mountains - wyrecytował półgłosem.
Dla chłopaka, który nigdy się nie oddalił od domu dalej niż na trzysta
kilometrów, było to jak odkrywanie nieznanego lądu. Czy nawet całego
świata.
Odkrywał smak wolności. Mieszał mu się on ze smakiem sekretnego sosu
McDonalda.
Zastanawiał się, czy nie pojechać na południowy wschód, do Memphis i nie
odwiedzić Graceland. Nie uważał się za wielkiego fana Elvisa, ale ta
ikona rock and rolla wciąż miała dużą siłę przyciągania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki