Życie nocne - Nora Roberts

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Został zło­dzie­jem, kiedy miał dzie­więć lat. To wtedy rak porwał jego matkę do pierw­szego śmier­tel­nego tańca. W tam­tym cza­sie nie był to świa­domy wybór, przy­goda ani dresz­czyk emo­cji - choć znacz­nie póź­niej z tym wła­śnie koja­rzył swoją karierę. Wów­czas młody Harry Booth kra­dzież utoż­sa­miał z prze­trwa­niem.

Musieli prze­cież coś jeść i spła­cać hipo­tekę oraz leka­rzy, a także kupo­wać leki, także wtedy, gdy matka była zbyt chora na pracę. Jak zwy­kle, rzecz jasna, sta­rała się ze wszyst­kich sił; haro­wała do utraty tchu, nawet gdy jej włosy gar­ściami wypa­dały, a ciało, i tak już szczu­płe, coraz bar­dziej tra­ciło na wadze.

Nie­wielki inte­res, który zało­żyła wraz z sio­strą, jego zwa­rio­waną ciotką Mags, nie nadą­żał za kosz­tami, które pochła­niał rak, za tą mno­go­ścią dola­rów o naj­róż­niej­szych nomi­na­łach, jakich wyma­gała walka z tym, co wtar­gnęło do jej ciała. Na nie­szczę­ście, to ona sta­no­wiła trzon firmy sprzą­ta­ją­cej "Sio­stry - wszystko na błysk", i nawet kiedy Harry poma­gał w week­endy, i tak tra­cili klien­tów.

Brak klien­tów rów­nał się bra­kowi dochodu. A brak dochodu ozna­czał, że musieli na gwałt szu­kać pie­nię­dzy, żeby móc spła­cać hipo­tekę przy­tul­nego domu z dwiema sypial­niami w West Side w Chi­cago.

Może i nie było to oka­załe lokum, ale nale­żało do nich - no i do banku. Mama Harry'ego ni­gdy nie prze­oczyła raty, póki nie zacho­ro­wała. Tyle że banki nie przej­mo­wały się czymś takim jak cho­roba, kiedy ktoś zaczy­nał zale­gać ze spła­tami.

Wszy­scy oczy­wi­ście chcieli swo­ich pie­nię­dzy, a potem i ich, i jesz­cze wię­cej, gdy się nie regu­lo­wało należ­no­ści na czas. Jeżeli się miało kartę kre­dy­tową, można nią było kupo­wać rze­czy w rodzaju leków czy butów - stopy Harry'ego bez­u­stan­nie rosły - ale skut­ko­wało to tylko zwięk­sza­jącą się liczbą rachun­ków, opóź­nio­nych płat­no­ści i tak dalej; nie­raz sły­szał, jak matka pła­cze po nocach, prze­ko­nana, że syn śpi kamien­nym snem.

Wie­dział, że ciotka Mags im pomaga. Naprawdę ciężko pra­co­wała, żeby utrzy­mać sta­łych klien­tów, i z wła­snej kie­szeni pokry­wała nie­które rachunki i zale­gło­ści. Tylko że to nie wystar­czało.

Co ozna­cza egze­ku­cja mie­nia, dowie­dział się w wieku dzie­wię­ciu lat. Z grub­sza bio­rąc, zna­czyło, że można wylą­do­wać na ulicy. W odróż­nie­niu od słowa "zaję­cie", które ozna­czało, że obcy ludzie mogli zabrać czyjś samo­chód.

Poznał zatem bru­talną prawdę o życiu już w tym wieku: prze­strze­ga­nie zasad - nie­wzru­szona dewiza jego matki - nie robiło wra­że­nia na typach w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach i kra­wa­tach, z nie­od­łącz­nymi wali­zecz­kami w rękach.

Wie­dział, jak się dobie­rać komuś do kie­szeni. Jego zwa­rio­wana ciotka Mags pra­co­wała dwa lata w wędrow­nym cyrku i poznała przy tej oka­zji kilka sztu­czek. Nauczyła ich sio­strzeńca, trak­tu­jąc to jak dobrą zabawę.

Ponie­waż oka­zał się w tym dobry, a nawet cho­ler­nie dobry, z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wał swój talent. Wszystko to, czego matka go nauczyła o tym, co dobre, a co złe, poszło w dia­bły pod­czas che­mio­te­ra­pii, gdy wstrzą­sana tor­sjami kuliła się w łazience po kolej­nej sesji tera­peu­tycz­nej albo kiedy zawią­zy­wała chustkę na łysej gło­wie i wlo­kła się posprzą­tać czyjś wymyślny, ele­gancki dom z wido­kiem na jezioro.

Nie to żeby miał pre­ten­sje do ludzi miesz­ka­ją­cych w wymyśl­nych, ele­ganc­kich domach z wido­kiem na jezioro albo w eks­klu­zyw­nych pen­tho­use'ach czy w lśnią­cych biu­row­cach. Wcale nie. Mieli po pro­stu wię­cej szczę­ścia w życiu niż jego mama.

Wypa­try­wał ofiar pod­czas podróży pocią­gami albo nawet zwy­kłej prze­chadzki ulicą. Miał do tego oko. Okra­dzio­nymi bywali nie­uważni tury­ści, facet, który wypił w barze o jed­nego za dużo, albo kobieta zbyt zajęta wystu­ki­wa­niem ese­mesa, żeby pil­no­wać torebki.

Nie wyglą­dał na zło­dzieja - ot prze­ciętny, szczu­pły chło­piec, który nie zdą­żył jesz­cze wystrze­lić w górę, z czu­pryną kędzie­rza­wych wło­sów i inten­syw­nie nie­bie­skimi oczami, od któ­rych ema­no­wała nie­win­ność.

W zależ­no­ści od potrzeb potra­fił uśmie­chać się cza­ru­jąco albo nie­śmiało. Jed­nego dnia wkła­dał na głowę cza­peczkę Chi­cago Cubs obró­coną dasz­kiem do tyłu (głup­ko­waty wygląd), a dru­giego dnia ujarz­miał nie­sforne loczki, sno­bu­jąc się na ucznia szkoły pry­wat­nej (nobliwy wygląd).

Kiedy jego matka była zbyt chora, by wie­dzieć, co się dzieje, cicha­czem spła­cał hipo­tekę - Mags nie pytała o to, a on nic nie mówił - oraz rachunki za prąd, dzięki czemu go nie wyłą­czano. Miał też dość pie­nię­dzy na buszo­wa­nie po lum­pek­sach w poszu­ki­wa­niu potrzeb­nej odzieży.

Tak nabył starą kurtkę szkolną, spodnie od dresu oraz spło­wiałą bluzę z emble­ma­tem Chi­cago Bears. Na wewnętrz­nej stro­nie zimo­wego płasz­cza z dru­giej, a może i trze­ciej ręki powszy­wał dys­kretne woreczki i kie­sze­nie.

I kupił sobie swój pierw­szy w życiu kom­plet wytry­chów.

Nie opusz­czał się w nauce. Odzna­czał się bystrym, chłon­nym umy­słem, zdo­by­wał pil­nie wie­dzę, odra­biał lek­cje i uni­kał kło­po­tów. Zasta­na­wiał się, czyby nie zało­żyć wła­snego biz­nesu - odwa­la­nia prac domo­wych za innych. Harry dobrze rozu­miał, że więk­szość dzie­cia­ków to mistrzo­wie ściemy.

Po lek­cjach ćwi­czył ze swo­imi wytry­chami i ślę­czał przed kom­pu­te­rem w biblio­tece, chło­nąc wie­dzę o naj­róż­niej­szych sys­te­mach alar­mo­wych oraz zabez­pie­cze­niach.

A potem matce nie­ocze­ki­wa­nie się polep­szyło. Mimo że wciąż wychu­dzona i blada, nabie­rała stop­niowo sił. Leka­rze okre­ślali to jako remi­sję.

Stało się to jego ulu­bio­nym sło­wem - remi­sja.

Następne trzy lata ich życia wyda­wały się dość nor­malne. On wciąż obra­biał kie­sze­nie. I wciąż kradł w skle­pach - acz­kol­wiek bar­dzo ostroż­nie. I ni­gdy nic zbyt kosz­tow­nego, nic łatwego do ziden­ty­fi­ko­wa­nia. Wszedł też w korzystny układ z lom­bar­dem w South Side.

Mieli istną górę rachun­ków do spła­ce­nia - a pie­nią­dze, które zara­biał na kore­pe­ty­cjach, nie wystar­czały.

Poza tym zna­lazł upodo­ba­nie w zło­dziej­skim fachu.

Po jakimś cza­sie matka i ciotka Mags znów roz­krę­ciły inte­res i Harry przez trzy lata, w porze waka­cji, sumien­nie sprzą­tał, szo­ro­wał i przy oka­zji doko­ny­wał roz­po­zna­nia w sprzą­ta­nych domach i loka­lach.

Można powie­dzieć, był mło­dym czło­wie­kiem z jasną wizją przy­szło­ści.

Póź­niej, kiedy góra dłu­gów zma­lała do nie­wiel­kiego wzgórka, a z mat­czy­nych oczu znik­nęła dawna tro­ska, rak zapro­sił ją do następ­nego tańca.

Swego pierw­szego wła­ma­nia Harry doko­nał dwa dni po dwu­na­stych uro­dzi­nach. Oble­ciał go strach na myśl, że zosta­nie przy­ła­pany i zawle­czony do wię­zie­nia, a trauma tego doświad­cze­nia sprzy­mie­rzy się z rakiem i zabije jego matkę, lecz o dziwo! lęk ów znikł jak kam­fora w chwili, gdy zna­lazł się z ciem­no­ściach tchną­cych nie­zmą­coną ciszą.

W póź­niej­szych latach, kiedy patrzył wstecz, zro­zu­miał, że wła­śnie w tym momen­cie odna­lazł cel swego życia. Może nie był on zbyt chwa­lebny ani akcep­to­walny w dobrym towa­rzy­stwie, ale cóż... jego wła­sny.

Oto stał tam, wysoki, szczu­pły chło­piec, który wystrze­lił wresz­cie w górę, i spo­glą­dał przez sze­ro­kie okna na blask księ­życa godzący swym ostrzem w taflę jeziora. Wszystko zda­wało się pach­nieć różami, cytry­nami i wol­no­ścią.

Tylko on jeden wie­dział, że tu jest. Mógł dotknąć wszyst­kiego, czego tylko chciał, i wziąć, co tylko chciał.

Wie­dział, jaką cenę mają elek­tro­nika, sre­bro, biżu­te­ria - choć ta war­to­ściowa byłaby dobrze scho­wana. Nie zorien­to­wał się jesz­cze, jak sfor­so­wać sejf. Ale z cza­sem dałby sobie i z nim radę; przy­rzekł to sobie.

Nie miał czasu ani moż­li­wo­ści wynieść tych wszyst­kich błysz­czą­cych rze­czy.

Chciał teraz tylko tak stać i napa­wać się swo­imi umie­jęt­no­ściami, ale w końcu zmu­sił się do roboty.

Wie­dział, bo prze­ko­nał się o tym już wcze­śniej, że ludzie plot­kują bez żenady w obec­no­ści służby domo­wej. Zwłasz­cza gdy ta służba to dwu­na­sto­la­tek szo­ru­jący pod­łogę w kuchni, pod­czas gdy pra­co­daw­czyni i jej sąsiadka roz­pra­wiają w salo­nie nad kawą o jakiejś impre­zie dobro­czyn­nej.

Wtedy wła­śnie, nie pod­no­sząc głowy i nie prze­ry­wa­jąc pracy, nad­sta­wił uszu; dowie­dział się o kolek­cji znacz­ków, którą zgro­ma­dził mąż sąsiadki jego klientki.

Bawiło ją to.

- Dasz wiarę? Dostał praw­dzi­wej obse­sji od chwili, gdy w zeszłym roku odzie­dzi­czył kolek­cję swo­jego wuja. Czy ty wiesz, że wydał wła­śnie pięć tysięcy dola­rów na jeden z tych małych skraw­ków papieru?

- Na zna­czek?!...

- Nie mówiąc już o urzą­dze­niach, które utrzy­mują w gabi­ne­cie wła­ściwą tem­pe­ra­turę i wil­got­ność, tam gdzie prze­cho­wuje tę swoją kolek­cję. Kie­dyś kpił z wuja i jego hobby, a teraz sam sie­dzi w tym po uszy. Bez prze­rwy prze­szu­kuje jakieś aukcje i strony inter­ne­towe. To niby inwe­sty­cja, więc w porządku. Co mnie zresztą obcho­dzi, że trzyma w biurku mnó­stwo jakichś idio­tycz­nych znacz­ków? Ale wiesz, on śle­dzi bez­u­stan­nie aukcje i oferty han­dla­rzy nawet w Rzy­mie. Chce być na bie­żąco, kiedy tam poje­dziemy w przy­szłym mie­siącu.

- A niech sobie kupuje te swoje znaczki! - prych­nęła lek­ce­wa­żąco klientka Harry'ego. - Ty prze­cież kupu­jesz sobie buty.

Harry skrzęt­nie zako­no­to­wał sobie to wszystko i doszedł do wnio­sku, że wszech­świat prze­słał mu oto jasny, widomy sygnał, gdy przy­ja­ciółka klientki zaczęła mówić o prze­nie­sie­niu do samo­chodu pudeł z rekwi­zy­tami na imprezę dobro­czynną.

Wszedł do salonu niczym uoso­bie­nie nie­win­no­ści.

- Prze­pra­szam, pani Kel­per - rzekł - posprzą­ta­łem już kuch­nię. Dobrze usły­sza­łem? Trzeba coś prze­nieść?

- Prawdę mówiąc... - zająk­nęła się. - Alva, poznaj, to jest Harry. Harry, to pani Fin­kle. I tak, rze­czy­wi­ście moja zna­joma chęt­nie sko­rzy­sta­łaby z pomocy kogoś sil­nego.

Uśmiech­nął się sze­roko i naprę­żył bicepsy.

- Czemu nie? Mam chwilę, zanim pomogę ciotce posprzą­tać na górze.

Tak więc udał się wraz z panią Fin­kle do dużego, pięk­nego domu tuż obok, z dużym, pięk­nym wido­kiem na jezioro.

Kiedy weszli do środka, od razu obrzu­cił wpraw­nym okiem zabez­pie­cze­nie alarmu. Ani śladu psa, jak spo­strzegł. Nie­odmien­nie plus.

- Hm, prze­pro­wadzka? Pani Fin­kle?

- Co pro­szę? - Zer­k­nęła na niego nie­uważ­nie, gdy szli przez sze­roki przed­po­kój. - Ach, pudła. Nie, nie, cho­dzi o imprezę cha­ry­ta­tywną, to tak zwana niema aukcja. Pozy­cje kata­lo­gowe to moja działka.

- Miło, że się pani tym zaj­muje.

- No cóż, trzeba wspo­ma­gać tych, któ­rym się nie poszczę­ściło.

"Jasne", pomy­ślał Harry, reje­stru­jąc w pamięci otwarty plan par­teru i kory­tarz pro­wa­dzący w lewo. Oraz podwójne oszklone drzwi - teraz zamknięte - które wio­dły do męskiego gabi­netu.

Zaczął wyno­sić pudła i umiesz­czać je w bagaż­niku lśnią­cego bia­łego SUV-a mer­ce­desa.

I choć bar­dzo tego pra­gnął - jak­żeż by mu się to przy­dało! - odmó­wił przy­ję­cia pię­cio­do­la­ro­wego napiwku.

- Cho­dzi o dobro­czyn­ność - wyja­śnił. - Ale mimo wszystko dzię­kuję.

Wró­cił do pracy i przez resztę sło­necz­nego let­niego poranka zanu­rzał dło­nie w gorą­cej mydla­nej wodzie.

Po pracy wró­cili z ciotką do domu pocią­giem pod­miej­skim. Oboje mil­czeli, przy­pa­dał bowiem aku­rat dzień che­mio­te­ra­pii, a Mags przez całą drogę medy­to­wała i ści­skała w dłoni jeden ze swo­ich magicz­nych kamy­ków, by wzbu­dzić lecz­ni­cze wibra­cje. Czy coś innego.

Po powro­cie poje­chali wraz z matką do szpi­tala. Miała na gło­wie tę swoją jasno­ró­żową chustkę.

Spę­dzili tam swój naj­lep­szy zara­zem i naj­gor­szy dzień.

Naj­lep­szy, bo pie­lę­gniarka - Harry wolał ją od leka­rza - powie­działa, że matce się polep­sza. Naj­gor­szy, bo zabieg przy­pra­wiał matkę o silne wymioty.

Sie­dział przy niej, czy­ta­jąc jej na głos z książki, którą zwali swoim bre­wia­rzem. Przy­my­kała oczy, gdy maszyna pom­po­wała w nią leki, ale uśmie­chała się, a nawet par­skała śmie­chem, kiedy Harry odgry­wał różne postaci, zmie­nia­jąc przy tym komicz­nie głos.

- Jesteś naj­wspa­nial­szy, Harry - wymam­ro­tała.

Po turecku sie­działa u jej stóp Mags i wyja­śniała jej, jak sobie wyobraża olśnie­wa­jąco jasne świa­tło, które nisz­czy swym bla­skiem nowo­twór.

Jak zwy­kle w taki naj­lep­szy (jed­no­cze­śnie naj­gor­szy) dzień ciotka przy­go­to­wy­wała coś w rodzaju kola­cji, która miała jakoby uzdro­wi­ciel­skie wła­ści­wo­ści i wyda­wała woń chyba gor­szą, niż sma­ko­wała.

Paliła kadzi­dełka, roz­wie­szała krysz­tałki, zawo­dziła mono­ton­nie, gadała coś o prze­wod­ni­kach ducho­wych i tego rodzaju rze­czach.

Acz­kol­wiek, mimo że zdrowo stuk­nięta, zawsze zosta­wała z sio­strą w dniu che­mio­te­ra­pii, śpiąc na mate­racu obok jej łóżka.

Jeśli wie­działa, że Harry wymyka się czę­sto z domu, to ni­gdy nie wspo­mniała o tym sło­wem. I jeśli się może zasta­na­wiała, jak zdo­by­wał te kil­ka­set dola­rów eks­tra, to ni­gdy o to nie pytała.

Teraz stał w domu pań­stwa Fin­kle, z wido­kiem na jezioro, w ciszy zapie­ra­ją­cej dech w pier­siach. Krą­żył po nim bez­gło­śnie, choć nikt i tak by go nie usły­szał, nawet gdyby się zbli­żył z gło­śnym tupo­tem do tych podwój­nych szkla­nych drzwi.

Już w gabi­ne­cie zaczerp­nął powie­trza, które pach­niało lekko dymem i wiśniami. "Cygara", pomy­ślał Harry, dostrze­ga­jąc humi­dor na sze­ro­kim, zdo­bio­nym biurku.

Zacie­ka­wiony uchy­lił wieka pudełka i pową­chał. Wziął do ręki cygaro, a potem udał, że zaciąga się kilka razy. "A tam, do dia­bła!" - osta­tecz­nie miał dwa­na­ście lat - i scho­wał je do ple­caka.

Następ­nie usiadł w skó­rza­nym fotelu koloru porto, z wyso­kim opar­ciem, i zaczął się huś­tać w przód i w tył i wykrzy­wiać przy tym zło­śli­wie, jak według niego zwykł robić bogaty czło­wiek pod­czas jakie­goś waż­nego spo­tka­nia.

- Zwal­niam was wszyst­kich! - rzu­cił, dźga­jąc pal­cem w powie­trze i par­ska­jąc śmie­chem.

Wresz­cie zabrał się do roboty.

Kiedy tu szedł, był przy­go­to­wany na sfor­so­wa­nie zamknię­tej na klucz szu­flady, ale oka­zało się, że nie musiał tego robić - naj­wi­docz­niej Fin­kle uwa­żał swój dom za dosta­tecz­nie zabez­pie­czony.

Gdy oczom Harry'ego uka­zały się kla­sery - łącz­nie cztery - wziął je do ręki, po czym, posłu­gu­jąc się latarką kie­szon­kową, zaczął prze­glą­dać jeden po dru­gim.

Nie zamie­rzał wszyst­kich zabie­rać. Nie wyda­wało się to uczciwe, a poza tym trwa­łoby za długo. Jed­nakże w ciągu trzech ostat­nich tygo­dni dowie­dział się aż nadto o znacz­kach.

Fin­kle umie­ścił swoje skarby na czar­nym papie­rze bez­kwa­so­wym i zabez­pie­czył je dodat­kowo, wsu­wa­jąc w prze­zro­czy­sty foliowy rękaw. Harry miał przy sobie pęsetę, ale nie chciał ryzy­ko­wać. Nie mając prak­tyki ani wprawy, mógł nade­rwać lub znisz­czyć jakiś zna­czek i tym samym obni­żyć jego war­tość.

Więk­szość ręka­wów zawie­rała dwa­dzie­ścia cztery egzem­pla­rze, w rzę­dach po cztery na sześć. Wybrał jeden z pierw­szego kla­sera i prze­niósł go ostroż­nie do segre­ga­tora, który ze sobą przy­niósł.

Jeden zna­czek z każ­dego kla­sera - to wyda­wało się cał­kiem w porządku, odło­żył więc ten pierw­szy i się­gnął po drugi. Nie spie­szył się tym razem, a ponie­waż Fin­kle dołą­czył do każ­dego kla­sera poręczny arkusz z listą znacz­ków i ich war­to­ścią, nie musiał się nawet szcze­gól­nie wysi­lać.

Aku­rat kiedy wyj­mo­wał rękaw z ostat­niego albumu, po dru­giej stro­nie szkla­nych drzwi bły­snęło świa­tło.

Serce pode­szło mu do gar­dła, mimo to wsu­nął szu­fladę z ostat­nim albu­mem, chwy­cił rękaw i zanur­ko­wał z nim pod biurko.

Ktoś był w domu. Ktoś oprócz niego.

Drugi zło­dziej. Doro­sły. Trzech doro­słych. Z bro­nią.

Wtar­gnęli do jego umy­słu - trzej męż­czyźni ubrani na czarno, wszy­scy z gna­tami. Może nie zale­żało im na znacz­kach? Może nawet o nich nie wie­dzieli.

Jasne, że wie­dzieli i za chwilę tu wejdą. Znajdą go, to pewne, strzelą mu w łeb i zako­pią go w płyt­kim gro­bie.

Sta­rał się skur­czyć, wyobra­zić sobie, że jest nie­wi­dzialny. I pomy­ślał o matce, która zamar­twia się o niego na śmierć.

Musiał się stąd natych­miast wydo­stać, prze­mknąć obok nich nie­zau­wa­żony albo zna­leźć sobie lep­szą kry­jówkę. Zaczął liczyć do trzech. Przy sło­wie "trzy" zamie­rzał wypeł­znąć spod biurka.

Usły­szaw­szy nagłe ryk­nię­cie muzyki, drgnął tak mocno, że z całej siły wal­nął głową o spodnią część biurka. Ujrzał przed oczami wszyst­kie gwiazdy.

Ogar­nęła go złość. Jego biedny sko­ło­wany mózg zaczął mu pod­su­wać wszyst­kie zaka­zane brzyd­kie słowa, jakie znał. Powtó­rzył je dwa razy.

Drugą wiązkę rzu­cił pod swoim adre­sem. Za wła­sną głu­potę.

Zło­dzieje nie zapa­lali prze­cież cho­ler­nego świa­tła ani nie pusz­czali na cały regu­la­tor muzyki.

Bez wąt­pie­nia ktoś był prócz niego w domu, i okej, ale nie był to gang uzbro­jo­nych zło­dziei, któ­rzy pal­nę­liby mu w łeb.

Ostroż­nie - zwłasz­cza że wciąż mu drżały dło­nie - wsu­nął rękaw ze znacz­kami do sko­ro­szytu i scho­wał go do ple­caka.

Wygra­mo­lił się spod biurka i, nie odry­wa­jąc wzroku od szkla­nych drzwi, odczoł­gał się od świa­tła. W trak­cie tej wędrówki zauwa­żył jakie­goś faceta - tro­chę od niego star­szego, ale nie sta­rego - w bok­ser­kach.

Stał w kuchni i nale­wał do dwóch kie­lisz­ków płyn przy­po­mi­na­jący wino. Harry zdo­łał nie­malże skryć się w cie­niu, kiedy w pole jego widze­nia wkro­czyła tanecz­nym kro­kiem dziew­czyna.

W bie­liź­nie. W koron­ko­wym sta­niku i strin­gach - takich jak w kata­lo­gach Vic­to­ria's Secret, które mama jego przy­ja­ciela Willa dosta­wała pocztą i które oglą­dali razem z Wil­lem i kil­koma jesz­cze chło­pa­kami przy każ­dej oka­zji.

Czer­wień bie­li­zny odci­nała się jaskrawo od jej nagiej skóry na tyłku, który - to trzeba jej przy­znać - był na swoim miej­scu. Dokład­nie na swoim miej­scu. Piersi ster­czały nad górą sta­nika i podry­gi­wały przy każ­dym ruchu, gdy dziew­czyna pod­no­siła ramiona albo krę­ciła bio­drami.

Gdyby spoj­rzeli w stronę oszklo­nych drzwi, na pewno by go zauwa­żyli, lecz mimo to nie był w sta­nie choćby drgnąć. Miał tylko dwa­na­ście lat i był chło­pa­kiem, gwał­towna erek­cja, któ­rej dostał, dosłow­nie przy­kuła go do miej­sca.

Dziew­czyna miała czarne włosy, dłu­gie, bar­dzo dłu­gie czarne włosy, które nie­dbale odsu­nęła, by wziąć kie­li­szek z winem. Popi­ja­jąc, zbli­żyła się do faceta w bok­ser­kach, jak gdyby tań­czyła. On też tań­czył, ale w oczach Harry'ego jawił się tylko jako nie­wy­raźna plama.

Ist­niała wyłącz­nie dziew­czyna.

Teraz się­gnęła ręką za plecy i roz­pięła sta­nik. Kiedy osu­nął się na pod­łogę, każda kro­pla krwi w ciele Harry'ego spły­nęła mu do kro­cza.

Ni­gdy wcze­śniej nie widział piersi żywej dziew­czyny. Były zdu­mie­wa­jące.

Koły­sały się i pod­ska­ki­wały w ryt­mie nie­sa­mo­wi­cie zgod­nym z muzyką.

Kiedy doznał pierw­szego osza­ła­mia­ją­cego orga­zmu, roz­brzmie­wały dźwięki Dance, dance zespołu Fall Out Boy. Bał się, że oczy wyjdą mu z orbit. Bał się, że prze­sta­nie mu bić serce. A potem chciał już przez resztę życia leżeć na lśnią­cej drew­nia­nej pod­ło­dze.

Teraz jed­nak facet dobrał się do dziew­czyny na całego, a ona dobrała się na całego do niego. Wyczy­niali różne rze­czy, mnó­stwo róż­nych rze­czy, w tym on ścią­gał jej stringi.

"Jezu! ona jest goła jak ją Pan Bóg stwo­rzył". Harry sły­szał jej wes­tchnie­nia, bo zagłu­szały nawet muzykę.

A potem oboje wylą­do­wali na pod­ło­dze i zaczęli to robić. To! Dokład­nie tam, przy czym to dziew­czyna dosia­dała faceta, nie na odwrót.

Chciał tylko patrzeć, nic innego się nie liczyło. Ale zło­dziej w ciele chłopca wie­dział, że naj­wyż­szy czas się ulot­nić. Dopóki tamci byli zbyt zajęci sobą, żeby móc cokol­wiek zauwa­żyć.

Odsu­nął ostroż­nie drzwi, prze­czoł­gał się przez próg, a potem, posłu­gu­jąc się stopą, zasu­nął je z powro­tem.

Dziew­czyna wyła już teraz na całego:

- Terry! O Boże, Terry!

Harry dźwi­gnął się na czwo­raka, wziął głę­boki oddech, po czym sko­czył do wyj­ścia. Wymknąw­szy się na zewnątrz, zdą­żył usły­szeć krzyk eks­tazy.

Do pociągu szedł na pie­chotę, tak by móc na nowo prze­ży­wać każdą minioną chwilę.

Ukra­dzione znaczki sprze­dał pase­rowi za dwa­na­ście tysięcy dola­rów. Miał świa­do­mość, że dostałby wię­cej, gdyby wie­dział wię­cej. I gdyby nie był jesz­cze dzie­cia­kiem.

Ale i tak dwa­na­ście tysięcy dola­rów rów­nało się for­tu­nie. I było tego o wiele za dużo, by trzy­mać to w pokoju.

Musiał się udać do swo­jej zwa­rio­wa­nej ciotki Mags.

Zacze­kał, aż zostaną sami. Mama upie­rała się, że też będzie pra­co­wać, ale nada­wała się tylko do lek­kiej roboty, i to w jed­nym domu dzien­nie, a we czwartki sprzą­tali dwa.

Poma­gał Mags zdej­mo­wać poszewki w ele­ganc­kim miesz­ka­niu samot­nego faceta. Kiedy pra­co­wali zgod­nie, w okna bił dokucz­liwy deszcz. Mags włą­czyła sprzęt gra­jący klienta, chciała posłu­chać jakie­goś chłamu spod znaku New Age.

Miała na sobie ufar­bo­wany na fio­let i zie­leń pod­ko­szu­lek. Włosy, tym razem w głę­boko śliw­ko­wym kolo­rze, zakryła zie­loną chustką. Z uszu zwi­sały jej kamyczki, na szyi nosiła łań­cu­szek z róża­nym krysz­ta­łem z kwarcu, zapew­nia­jący miłość i har­mo­nię.

- Chcę sobie zało­żyć konto w banku - oświad­czył.

Zer­k­nął na nią z ukosa, kiedy wrzu­cała brudną bie­li­znę do kosza. Miała cha­browe oczy tak jak on i mama, ale te jej odzna­czały się deli­kat­niej­szym odcie­niem, bar­dziej marzy­ciel­skim.

- Niby dla­czego, dzie­cinko?

- Dla­tego.

- Ehe.

Roz­ło­żyła prze­ście­ra­dło z gumką, a potem strzep­nęli je razem i zaczęli przy­kry­wać nim łóżko.

Harry wie­dział, że ciotka na tym poprze­sta­nie. Że to "ehe" może cią­gnąć się w nie­skoń­czo­ność.

- Mam pra­wie trzy­na­ście lat i zaosz­czę­dzi­łem tro­chę pie­nię­dzy, chcę więc zało­żyć sobie konto ban­kowe.

- Gdyby była to w pełni prawda, a nie tylko czę­ściowo, roz­ma­wiał­byś o tym ze swoją mamą zamiast ze mną.

- Nie chcę zawra­cać jej głowy.

- Ehe.

Zajęli się teraz wierzch­nim prze­ście­ra­dłem.

- Potrze­buję osoby doro­słej, która pój­dzie ze mną do banku i będzie pew­nie musiała pod­pi­sać jakieś papiery.

- Ile pie­nię­dzy?

Gdyby zgo­dziła się z nim pójść, i tak by się dowie­działa, toteż popa­trzył jej pro­sto w oczy.

- Pra­wie pięt­na­ście tysięcy.

Odpo­wie­działa mu twar­dym spoj­rze­niem. Maleńki nie­bie­ski kamy­czek z boku jej nosa bły­snął.

- Zechcesz mi powie­dzieć, skąd wytrza­sną­łeś tyle pie­nię­dzy?

- Udzie­la­łem kore­pe­ty­cji, odsta­wia­łem fuchy, sprzą­ta­łem domy. Nie­wiele na sie­bie wydaję.

Odwró­ciła się, by wyjąć koł­drę, czarną jak noc i miękką jak obłok.

- Ehe - rze­kła tylko.

- To moje pie­nią­dze, można będzie za nie spła­cić kilka rachun­ków, także hipo­tekę. Znowu zaczy­namy zale­gać, a ostat­nio w domu zja­wił się facet z win­dy­ka­cji. Mama powie­działa, żebym poszedł do swo­jego pokoju, ale usły­sza­łem wystar­cza­jąco dużo.

Ski­nęła głową, kiedy przy­kry­wali łóżko koł­drą, a potem zaczęli powle­kać poduszki.

- Jesteś dobrym synem, Harry, i nie pój­dziesz z tym do Dany, bo ona ni­gdy by się na coś takiego nie pisała. To wymaga zada­nia zbyt wielu pytań, ale nie­stety, sama ci ich muszę kilka zadać, nim doj­dziemy do poro­zu­mie­nia.

- W porządku.

- Zabi­łeś kogoś albo skrzyw­dzi­łeś dla zdo­by­cia tych pie­nię­dzy?

- Chry­ste, nie. - Na jego twa­rzy malo­wał się szok. - Skądże znowu!

Uło­żyła sta­ran­nie poduszki.

- Han­dlu­jesz nar­ko­ty­kami?... choćby trawką, Harry?

Tak się skła­dało, że wie­dział przy­pad­kiem, że Mags pali trawkę, ile­kroć może ją zdo­być, ale nie o to cho­dziło.

- Nie.

Obrzu­ciła go powłó­czy­stym spoj­rze­niem tych swo­ich marzy­ciel­skich oczu.

- Sprze­da­jesz się za pie­nią­dze, kocha­nie? Seks?

Odniósł wra­że­nie, że szczęka mu spada do pod­łogi.

- Jezu! Nie. Po pro­stu... nie.

- To dobrze. Kamień spadł mi z serca. Jesteś taki przy­stojny, Harry. Był­byś cen­nym kąskiem dla nie­któ­rych, tro­chę się mar­twi­łam. A co? Myślisz, że nie wiem, jak się wymy­kasz w nocy z domu? - spy­tała, nio­sąc ozdobne poszewki na poduszki. - Mia­łam nadzieję, że cho­dzi o dziew­czynę albo że spo­ty­kasz się dla zabawy z przy­ja­ciółmi. - Przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie, bawiła się swoim krysz­tał­kiem na łań­cuszku. - Cokol­wiek robisz, robisz to dla mamy. I wiedz, że kocham ją tak samo jak ty.

- Wiem.

- Nie mam poję­cia, dla­czego wszech­świat ska­zał ją na taki mrok, a nie jestem fanką pie­nię­dzy, które go roz­ja­śniają. Ale w jej przy­padku roz­ja­śniają, zwa­żyw­szy na te wszyst­kie rachunki, któ­rymi się zamar­twia.

Cof­nąw­szy się o krok, Mags chwilę oce­niała wzro­kiem łóż­kowy pej­zaż, nim wresz­cie ski­nęła z apro­batą głową.

- Nie potrze­bu­jesz zwy­kłego konta ban­ko­wego, Harry. Potrze­bu­jesz konta makler­skiego. Pie­nią­dze robią pie­nią­dze, taki jest smutny stan rze­czy.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Mags mie­wała dziwne pomy­sły, ale Harry też wie­dział, że ciotka jest nie w cie­mię bita. Słu­chał więc i się zasta­na­wiał.

- Konto makler­skie?

- Zamie­rzasz... hmm... oszczę­dzić jesz­cze wię­cej?

- Tak. Nie cho­dzi tylko o rachunki. Kiedy gość napra­wiał ostat­nim razem piec cen­tral­nego ogrze­wa­nia, to powie­dział, że wię­cej się nie da go napra­wiać, a przed zimą będziemy potrze­bo­wali nowego.

- Konto makler­skie. Cho­dzi­łam kie­dyś z jed­nym gościem, który zaj­muje się takimi spra­wami. Zbyt uczciwy, żeby krę­cić jakieś numery, ale powie nam, co i jak. - Zbli­żyła się do niego i poło­żyła mu dło­nie na policz­kach. - Jesteś dobrym syn­kiem i bystrym chłop­cem. - Pokle­pała go po twa­rzy. - Tak trzy­maj.

Usły­szeli o Wiel­kiej Kra­dzieży Znacz­ków Fin­kle'a, kiedy pani Kel­per pod­le­wała swoje rośliny na tara­sie. Czuł na sobie zimne spoj­rze­nie z ukosa, któ­rym obrzu­ciła go Mags, kiedy mył szklane drzwi tarasu i pole­ro­wał urzą­dze­nia kuchenne z nie­rdzew­nej stali.

- Przy­kro mi to sły­szeć - oznaj­miła Mags. - Były cenne?

- Naj­wi­docz­niej, ale co gor­sza, ich syn Terry miał let­nie zaję­cia na uczelni, ale olał to i pod nie­obec­ność rodzi­ców impre­zo­wał tydzień. W ich wła­snym domu. Musia­łam powie­dzieć Alvie, że widzia­łam świa­tła i sły­sza­łam muzykę i że pod­jeż­dżały samo­chody. Musiał więc to zro­bić jeden z jego przy­ja­ciół albo przy­ja­ciel przy­ja­ciela - sama pani wie, jak wyglą­dają te ich stu­denc­kie imprezy.

"Znak", pomy­ślał Harry, pole­ru­jąc na wysoki połysk lodówkę z naj­wyż­szej półki ceno­wej.

Jak powie­dzia­łaby Mags: wszech­świat rzu­cił pro­mień świa­tła.

A jego matce nagle się polep­szyło.

*

Kiedy miał szes­na­ście lat, Harry zako­chał się w blon­dynce o sar­nich oczach. Miała na imię Nita. Kró­lo­wała w jego snach i spra­wiała, że prze­mie­rzał kory­ta­rze szkolne jak na skrzy­dłach. Udzie­lał jej kore­pe­ty­cji z hisz­pań­skiego - gra­tis - i poma­gał w pra­cach domo­wych z alge­bry.

Cho­dzili do kina albo na pizzę, cza­sem sami, a cza­sem z Wil­lem i jego dziew­czyną. Zapro­sił Nitę na bal z oka­zji zakoń­cze­nia roku szkol­nego; zgo­dziła się.

Ogra­ni­czył dzia­łal­ność - sprzą­ta­nie i wła­ma­nia - żeby spę­dzać z nią wię­cej czasu. Bądź co bądź, zain­sta­lo­wali nowy piec, spła­cili rachunki za lecze­nie i regu­lo­wali resztę na bie­żąco.

Oczy­wi­ście, na­dal pra­co­wał, sprzą­ta­jąc wraz z matką i Mags w sobot­nie popo­łu­dnia. Prócz tego dwa razy w mie­siącu gdzieś się wła­my­wał, zasi­la­jąc konto.

Wciąż mieli rachunki do spła­ce­nia. A i stu­dia lada chwila miały się zacząć.

Matka darzyła Nitę sym­pa­tią; uwiel­biała, kiedy się zja­wiali razem w domu i oglą­dali filmy na DVD albo odda­wali się grom wideo. Trzeci rok nauki w szkole śred­niej miał już na zawsze pozo­stać jed­nym z jego naj­cen­niej­szych wspo­mnień.

Przed balem na zakoń­cze­nie roku zebrał forsę z Wil­lem - zafun­do­wali sobie limu­zynę. Kupił bukie­cik i wypo­ży­czył smo­king.

Kiedy wynu­rzył się z sypialni, Dana przy­su­nęła dło­nie do twa­rzy.

- Och, och! Spójrz tylko, Mags! To Booth, nasz Harry Booth. Pamię­taj, żad­nych mar­tini, drogi synu. Wstrzą­śnię­tych czy zmie­sza­nych.

- Słowo har­ce­rza. - Uniósł dwa palce, po czym je skrzy­żo­wał, roz­śmie­sza­jąc je przy oka­zji.

- Zdję­cia! - Matka chwy­ciła tele­fon, ale Mags wyrwała go jej z dłoni.

- Stań tam z tym swoim przy­stoj­nym chłop­cem. Boże, Dana, jaki on do cie­bie podobny.

- Miłość mojego życia - mruk­nęła Dana, opie­ra­jąc głowę o ramię syna.

Objął ją i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Naj­lep­sza ze wszyst­kich mam.

Odwró­ciła się i pogła­skała go po wło­sach.

- Jesteś taki wysoki. Mój dzie­ciak jest doro­sły, Mags, i wybiera się na bal na zakoń­cze­nie trze­ciej klasy liceum. No dalej, teraz ty i Harry.

Dana i Mags zamie­niły się miej­scami. Mags wspięła się na palce, żeby poca­ło­wać Harry'ego w poli­czek, i szep­nęła:

- Wło­ży­łam ci do pra­wej kie­szeni mary­narki pre­zer­wa­tywy. Lepiej dmu­chać na zimne.

Tego wie­czoru, po magii towa­rzy­szą­cej zaba­wie szkol­nej, pod­czas póź­niej­szej imprezy w domu Willa na chłod­nej pod­ło­dze gościn­nej łazienki Harry ode­brał dzie­wic­two Nicie, a ona jemu.

Zaczął swoje ostat­nie szkolne waka­cje szczę­śliwy jak ni­gdy.

Nim lato dobie­gło końca, rak puścił się w ostatni taniec.

Rozdział 2

Harry ni­gdy nie wąt­pił w miłość swo­jej ciotki do sio­stry. Prze­szłość tej kobiety obej­mo­wała pracę w wędrow­nym cyrku, różne komuny hipi­sow­skie i zloty cza­row­nic. Prze­je­chała auto­sto­pem cały kraj, pra­co­wała - krótko - jako show­girl w Vegas, per­for­merka, asy­stentka ilu­zjo­ni­sty i kel­nerka w barze dla kie­row­ców cię­ża­ró­wek, gdzie poznała męż­czy­znę, któ­rego okre­ślała mia­nem swego byłego męża.

Jed­nak ta sama Mags okieł­znała na dzie­sięć lat umi­ło­wa­nie do włó­częgi, by trwać przy swo­jej młod­szej sio­strze. Sprzą­tała domy, miesz­ka­nia i biura i nawet w dobrych cza­sach rzadko kiedy spę­dzała kilka dni tak, jak chciała.

W złych cza­sach nato­miast jawiła się jako skała - barwna, acz nie­wzru­szona. Ni­gdy by nie prze­ga­piła wizyty u leka­rza czy dnia che­mio­te­ra­pii. Kiedy Dana była już zbyt słaba, by o sie­bie zadbać, Mags ją kąpała, a potem ubie­rała - odrzu­ca­jąc pomoc ofe­ro­waną przez Harry'ego.

- Syn nie kąpie swo­jej mamy - oświad­czyła. - Nie w sytu­acji, kiedy mama ma sio­strę.

Pojął jed­nak w pełni, jak głę­boka i wszech­ogar­nia­jąca jest ta miłość, kiedy rak po raz trzeci pozba­wił jego matkę wło­sów.

Przy­rzą­dził wspól­nie z Daną kola­cję. Miała aku­rat dobry dzień, dzień pełen siły i wytrwa­ło­ści. Może mar­twiły go ciemne obwódki wokół jej oczu i to, jak chuda się wyda­wała - skóra obcią­gnięta kośćmi - kiedy ją obej­mo­wał, ale twarz wyglą­dała zdrowo, a oczy w tych ciem­nych obwód­kach były jasne i szczę­śliwe.

Dokoń­czył pracę domową i zer­k­nął na zega­rek, Mags miała wró­cić około ósmej. Mógł wyjść z domu bez obaw i spę­dzić jakiś czas z Wil­lem. Zamie­rzał potem, przed powro­tem, spraw­dzić jesz­cze jeden adres.

Nie­ocze­ki­wa­nie ten dobry dzień prze­isto­czył się w dzi­waczny i dość zaska­ku­jący, gdy Mags poja­wiła się dwie godziny wcze­śniej.

Oto kobieta, która uwiel­biała far­bo­wać swoje włosy na naj­bar­dziej zwa­rio­wane kolory, która wpla­tała w nie czę­sto naj­róż­niej­sze paciorki i piórka, stała teraz przed nim z łysą czaszką pokrytą jedy­nie bro­ka­tem.

Łyżka, którą Dana trzy­mała w dłoni, spa­dła z brzę­kiem na pod­łogę.

- O Boże, Mags! - zawo­łała. - Coś ty ze sobą zro­biła?

- Nie­źle wygląda, co? - Mags przy­brała szcze­gólną pozę; oparła dłoń na bio­drze, a drugą poło­żyła sobie za uchem. - To ten bro­kat, jak mi się zdaje. Uży­wa­łam tęczo­wego jako hołdu wobec swo­ich przy­ja­ciół, les­bi­jek i gejów, a także wro­gów i nie­zna­jo­mych, więc to jest ponie­kąd podwójna łysa pała.

- Ale twoje włosy, twoje piękne włosy...

- Prze­ka­za­łam je na cele cha­ry­ta­tywne. Ach, więc to jesz­cze jedna łysa pała. - Wysu­nęła oskar­ży­ciel­sko palce, kiedy Dana zaczęła pła­kać. - Prze­stań. Co jest na kola­cję?

- Mags, Mags, nie musia­łaś...

- Nic nie muszę. Jestem wol­nym duchem i robię to, na co mam ochotę i kiedy aku­rat mam ochotę. - Weszła do kuchni i pową­chała zawar­tość patelni. - Przy­jem­nie pach­nie.

- To... kur­czak. Ale jesteś wege­ta­rianką...

- Nie dzi­siaj. Dzi­siaj jestem mię­so­żerna, więc lepiej, żeby wystar­czyło też dla mnie.

- Wystar­czy. - Harry się bał, że też wybuch­nie pła­czem, zdjął więc czym prę­dzej patel­nię z ognia, żeby potrawa się nie przy­pa­liła, a potem oto­czył ramio­nami obie kobiety i je przy­tu­lił. - Zawsze będzie wystar­czać.

Po kola­cji, kiedy Mags namó­wiła jego mamę na scrab­ble w spe­cy­ficz­nej odmia­nie - eks­tra punkty za naj­lep­sze wymy­ślone słowa - Harry prze­glą­dał się w łazien­ko­wym lustrze.

Lubił swoje włosy. Zawsze zwle­kał ze strzy­że­niem moż­li­wie jak naj­dłu­żej, gdyż nie­odmien­nie ści­nali mu włosy kró­cej, niż sobie tego życzył.

I naprawdę podo­bało mu się to, jak bawi się nimi Nita.

Rozu­miał jed­nak, że to, co zro­biła Mags, było wyra­zem naj­czyst­szej miło­ści, wspar­cia i do dia­bła! praw­dzi­wej soli­dar­no­ści.

Wziął do ręki swoją maszynkę elek­tryczną - nie golił się żyletką - po czym ode­tchnął głę­boko parę razy i gdy zoba­czył w końcu w oczach, które spo­glą­dały na niego z lustra, wię­cej deter­mi­na­cji niż stra­chu, przy­ło­żył ostrze do skóry nad czo­łem.

Kiedy prze­je­chał maszynką po wło­sach - nie­mal przez sam śro­dek głowy - a gęste pukle jeden po dru­gim zaczęły spa­dać na pod­łogę, nagle zgiął się wpół i chwy­cił szafki.

Nogi zro­biły się pod nim mięk­kie, żołą­dek prze­szył bole­sny skurcz, a oddech utknął w krtani.

- Jasna cho­lera! - Zmu­sił się, by znów spoj­rzeć w lustro, i zoba­czył, jak wytrzesz­cza oczy. - Jasna cho­lera! No nic. Nie ma odwrotu. Upo­rajże się z tym do końca.

Drugi ruch maszynką wywo­łał w nim tę samą reak­cję, ale z każ­dym kolej­nym czuł się już pew­niej. Ponie­waż maszynka nie nale­żała do naj­lep­szych, Harry sądził, że skró­cił jej żywot­ność o połowę. Pozo­sta­wiła na jego gło­wie szcze­cinę, ale uznał, że i tak liczy się idea, a nie efekt koń­cowy.

Uświa­do­mił sobie, że wygląda... no cóż, doprawdy dziw­nie. Jak nie on, abso­lut­nie. Zaświ­tało mu rap­tem, że będzie musiał wkła­dać do noc­nej roboty weł­nianą cza­peczkę, ale zaczął też roz­wa­żać bar­dziej rady­kalne zmiany wyglądu i to, jak wzbo­gacą one reper­tuar jego sztu­czek.

Pozbie­rał po sobie włosy i wrzu­cił je do torebki folio­wej, po czym znów przyj­rzał się swemu odbi­ciu. I uświa­do­mił sobie coś jesz­cze.

To, jak musiała się czuć jego matka, patrząc w lustro. Nie miała wyboru, jeśli cho­dzi o utratę wło­sów. Rak i tera­pie pozba­wiły ją tej moż­li­wo­ści.

Gdy patrzyła na wła­sne odbi­cie, widziała stratę, brak tego wyboru i kogoś, kto w niczym nie przy­po­mi­nał jej daw­nej sie­bie.

- Jesz­cze jeden powód, dla któ­rego Mags to zro­biła - mruk­nął. - Żeby mogła czuć, widzieć i wie­dzieć to, co mama.

Prze­mknął chył­kiem do swo­jej sypialni i wło­żył świeżą koszulę. Następ­nie przy­mie­rzył oku­lary - z prze­zro­czy­stymi szkłami - któ­rych uży­wał cza­sami w celu zmiany wyglądu. Wresz­cie zde­cy­do­wał się na oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

Zmru­żył powieki i wyobra­ził sobie, że ma kró­ciu­teńką kozią bródkę. Nie­wy­klu­czone, że mógłby zmie­nić swój wygląd dzięki obcię­tym wło­som i rekwi­zy­tom, jakimi posłu­gi­wano się w szkol­nym kółku teatral­nym.

Zado­wo­lony z per­spek­tywy moż­li­wych efek­tów ubocz­nych, wziął torebkę z wło­sami i cza­peczkę.

Kiedy się zja­wił w salo­nie, obie sio­stry były pochło­nięte bez reszty grą.

- Jękwołu? Daj spo­kój, Mags.

- Żało­sny głos wołu cier­pią­cego na zatwar­dze­nie albo samicy wołu w połogu. - Mags uśmiech­nęła się i mru­gnęła, kiedy Dana prze­wró­ciła oczami. - Pre­mia za sied­mio­li­te­rowy wyraz. Zdrowo ci dokła­dam, Dana.

- Cze­kaj no, pora­dzę sobie. Nie spiesz się tak.

Harry patrzył, jak jego matka układa litery, i wtem poczuł do obu tych kobiet nagły przy­pływ miło­ści, który owio­nął go niczym cie­pły wiatr.

- Dodam w do jed­nego z two­ich słów i wyj­dzie mi wariatki - oznaj­miła Dana. - Wariatki, dwie łyse baby, które popi­jają tanie wino i wymy­ślają jakieś nie­ist­nie­jące słowa w scrab­ble'ach. - Pod­nio­sła swój kie­li­szek. - I kto komu dokłada?

- Noc jesz­cze młoda.

- Zosta­wiam was, wariatki, i idę posie­dzieć z Wil­lem - rzekł Harry.

- Baw się dobrze, kocha­nie, i... - Dana odwró­ciła się do syna i umil­kła gwał­tow­nie. Zakryła dło­nią usta, a w jej oczach poja­wiły się łzy.

- Harry... och, Harry.

- Co? - Uśmiech­nął się z zakło­po­ta­niem. - Rany. Zapo­mnia­łem zapiąć roz­po­rek?

- Nie mogę uwie­rzyć, że... ty nawet jako dziecko nie byłeś łysy. Uro­dził się z czu­pryną wło­sów. Pamię­tasz, Mags?

- Tak, pamię­tam. Chcesz tro­chę bro­katu, dzie­cinko? Mam go mnó­stwo.

- Nie, dzięki.

- Boże, spójrz na nas. - Dana zaczęła się śmiać, a z jej oczu popły­nęły łzy. - Tylko spójrz na nas. - Chwy­ciła dłoń sio­stry i się­gnęła do ręki syna. - Jestem naj­szczę­śliw­szą kobietą na świe­cie.

Nie­ocze­ki­wa­nie Nita też się roz­pła­kała, tyle że jej łzy nie miały w sobie nic z pocie­chy.

- Jak mogłeś to zro­bić? - ziry­to­wała się. - Nie raczy­łeś nawet ze mną o tym poroz­ma­wiać.

- To są moje włosy. - Wzru­szył ramio­nami. - Czy raczej były.

Jej oczy ciskały gromy, cze­kała ich praw­dziwa awan­tura.

- Jak byś się czuł, gdy­bym to ja obcięła włosy albo ufar­bo­wała je na nie­bie­sko jak jakaś świ­ru­ska?

- To twoje włosy.

- Och, łatwo ci mówić, bo wiesz, że ni­gdy bym cze­goś takiego nie zro­biła.

- Nie obcho­dzą mnie twoje włosy. Ty mnie obcho­dzisz. I zro­bi­łem to dla swo­jej mamy.

Na co wzięła głę­boki i odpo­wied­nio gło­śny oddech, jak zwy­kle, kiedy zamie­rzała go do cze­goś prze­ko­ny­wać za pomocą roz­sąd­nych argu­men­tów, na ogół do tego, że znowu coś schrza­nił. Jak się zdą­żył zorien­to­wać w ciągu minio­nych ośmiu mie­sięcy, w prze­ko­na­niu Nity dość czę­sto coś chrza­nił.

- Przy­kro mi z powodu two­jej mamy, wiesz o tym. To okropne, przez co prze­cho­dzi. Nie­na­wi­dzę tego. I rozu­miem, że musisz poma­gać jej w pracy i być przy niej, a my nie możemy spę­dzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli, ani wycho­dzić tak czę­sto jak inne pary.

- Ale...

Harry wie­dział, że zawsze jest jakieś "ale", kiedy odzywa się ta roz­sądna Nita.

- Ale to nasz ostatni rok w szkole, w przy­szłym tygo­dniu zaczyna się zjazd daw­nych absol­wen­tów. Będą zabawy i tańce! W przy­szłym tygo­dniu, Harry. Prze­cież włosy ci nie odro­sną przez tydzień. I co? Jak my się tam poka­żemy, skoro wyglą­dasz jak jakieś dzi­wa­dło?

To prze­wa­żyło. Nie miał poję­cia, że można odko­chać się w jed­nej chwili.

- Moja matka stra­ciła włosy - rzekł twardo. - Po raz trzeci. Myślę, że czyni to z niej potrójne dzi­wa­dło.

- Wiesz, że nie to mia­łam na myśli. To głu­pie tak mówić. Twoja mama... jest ofiarą. A ty zro­bi­łeś to spe­cjal­nie i nie spy­ta­łeś mnie nawet o zda­nie.

Nie miał też poję­cia, że kiedy czło­wiek się odko­chuje, to prze­nika go taki chłód.

- Moja mama nie jest niczyją ofiarą. To cho­lerna wojow­niczka. I nie muszę pytać ani cie­bie, ani nikogo innego o to, co zamie­rzam dla niej zro­bić. A to? - Wska­zał na swoją głowę. - Nie odro­sną, dopóki nie sta­nie się to z jej wła­snymi. A ponie­waż sta­łem się dzi­wa­dłem, z któ­rym nie chcesz być widy­wana, z nami koniec.

Otwo­rzyła sze­roko oczy, w któ­rych od razu bły­snęły łzy.

- Zry­wasz ze mną?... - wyją­kała. - Golisz głowę i zry­wasz ze mną przed samym zjaz­dem absol­wen­tów? Nie możesz cze­goś takiego zro­bić.

- Ogo­le­nie głowy nie miało z tobą nic wspól­nego, za to ty wła­śnie dałaś mi jasno do zro­zu­mie­nia, że nie chcesz się ze mną ni­gdzie wię­cej poka­zy­wać.

- Przy­go­to­wa­łam już sukienkę!

- Więc włóż ją albo i nie. Nie mój pro­blem.

- Nie możesz tak po pro­stu... Upra­wiamy seks.

- Już nie.

To rze­kł­szy, odda­lił się. Zosta­wia­jąc ją, czuł się jed­no­cze­śnie lodo­wato spo­kojny i wolny. I doszedł do wnio­sku, że decy­zja, by się z nią spo­tkać w dro­dze do domu Willa, otwo­rzyła mu świat na nowo.

Zawsze tak było: dobrze się mię­dzy nimi ukła­dało, kiedy jego matka znaj­do­wała się aku­rat w fazie remi­sji. Ale psuło się, kiedy rak znów brał górę, a on nie mógł wycho­dzić z Nitą tak czę­sto ani poświę­cać jej tyle uwagi, ile pra­gnęła.

I chyba dawała mu to sub­tel­nie do zro­zu­mie­nia, jak się teraz zorien­to­wał. Ale zara­zem dosta­tecz­nie mocno, by się czuł winny i roz­darty.

No cóż, koniec z tym.

Przy­pusz­czał, że będzie mu bra­ko­wało jakiejś dziew­czyny, a już na pewno seksu - ile­kroć uda­wało im się go upra­wiać. Miał jed­nak czym wypeł­nić sobie czas. Szkoła - wciąż liczył na sty­pen­dium w Nor­th­we­stern Uni­ver­sity - przy­ja­ciele, praca, mama, nocna robota.

Z rękami w kie­sze­niach i ze spusz­czoną głową, podle się czu­jąc, dowlókł się do domu Willa. Zapu­kał do drzwi pogod­nie bia­łego bun­ga­lowu.

Otwo­rzył mu tata Willa, ubrany w bluzę z emble­ma­tem Chi­cago Bears, i prze­krzy­wił głowę. Następ­nie ścią­gnął Harry'emu czapkę z głowy i uśmiech­nął się sze­roko.

- O rany, chło­pie! - Prze­su­nął mu dło­nią po szcze­ci­nie. - Mogę ci to wyrów­nać, jeśli chcesz.

- Potrafi pan?

Tata Willa pogła­skał się po swo­jej gład­kiej czaszce.

- Mam wprawę. - Gdy poło­żył dłoń na ramie­niu Harry'ego, w jego oczach poja­wiło się wzru­sze­nie. - Porządny z cie­bie gość, Harry Booth. Pakuj tu swój chudy biały tyłek.

*

Rześka, barwna jesień prze­mie­niła się bru­tal­nie w sza­rość i biel zimy, ta zaś okła­dała bez­li­to­śnie pię­ściami i owie­wała mia­sto lodo­wa­tym odde­chem, jakby chciała je na dobre zmro­zić.

Nowy piec dawał sobie nie­źle radę, nie­stety, w pewien lutowy pora­nek wie­kowy grzej­nik wody wydał ostat­nie tchnie­nie. Dzień ów zaczął się od minus trzy­na­stu stopni.

Wpraw­dzie Harry miał dość odło­żo­nych pie­nię­dzy na nowy grzej­nik, ale musiał okła­mać matkę, jeśli szło o koszty zakupu i robo­ci­zny. Nie było to pierw­sze kłam­stwo, któ­rym ura­czył ją tej zimy, i zapewne nie ostat­nie.

Powta­rzał sobie, że matka wygląda już lepiej i że jak tylko skoń­czy się zima, znów będzie mogła wycho­dzić i spę­dzać czas na świe­żym powie­trzu, i na pewno wróci do pełni formy.

List z Nor­th­we­stern Uni­ver­sity, infor­mu­jący o przy­ję­ciu jej syna na stu­dia i przy­zna­niu mu sty­pen­dium, oży­wił ją. Mogła teraz ślę­czeć uszczę­śli­wiona nad bro­szu­rami uczel­nia­nymi, prze­glą­dać odpo­wied­nie strony w inter­ne­cie i spi­sy­wać wie­czo­rami to, czego według niej mógł potrze­bo­wać w aka­de­miku.

On jed­nak skal­ku­lo­wał sobie wszystko.

- Zamie­rzam dojeż­dżać na pierw­szym roku - oznaj­mił. - Będę miesz­kać w domu. To dar­mowe lokum i opie­ru­nek.

- Chcę, żebyś w pełni doświad­czył uro­ków nauki. Ty pierw­szy w naszej rodzi­nie idziesz do col­lege'u. I to tak dobrego. Chcę...

- Mam mnó­stwo doświad­cze­nia, jeśli cho­dzi o uroki nauki, i nie muszę spać w jed­nym pokoju z kimś, kogo nie znam. Naj­pierw przyj­rzę się wszyst­kiemu, poznam nowych przy­ja­ciół i wtedy się zasta­no­wię, czy zamiesz­kać w przy­szłym roku na kam­pu­sie.

- Ale ominą cię różne zaję­cia i imprezy.

- Chcesz, żebym brał udział w pijac­kich balan­gach?

Uśmiech­nęła się nie­znacz­nie.

- Coś w tym rodzaju. Chcę, żebyś miał swoje życie.

- Mam swoje życie.

- I poświę­casz mi go zbyt wiele. Wiem, że miesz­ka­nie na kam­pu­sie będzie sporo kosz­to­wało, a sty­pen­dium nie pokryje wszyst­kiego, ale możemy wziąć pożyczkę stu­dencką.

- W przy­szłym roku.

Wypro­sto­wała się.

- Zasta­na­wia­łam się, czyby nie wziąć dru­giego kre­dytu pod zastaw hipo­teczny.

- Nie ma mowy.

Skrzy­żo­wała ramiona na chu­dej piersi.

- Posłu­chaj no, Har­ri­so­nie Sila­sie Boocie. Kto tu rzą­dzi?

- No cóż, Dano Lee Booth, sama powie­dzia­łaś, że chcesz, bym miał wła­sne życie, a to ozna­cza, że sam podej­muję decy­zje. A moja decy­zja jest taka, że przez pierw­szy rok będę miesz­kał w domu.

- No dobrze. Jeden semestr. W aka­de­miku. To dobry kom­pro­mis, Harry. Rozej­rzysz się przez ten czas, poznasz nowych przy­ja­ciół.

- Widzę, że chcesz się mnie pozbyć.

Dotknęła jego dłoni.

- Chcę, żeby mój pta­szek się opie­rzył. Chcę zoba­czyć, jak latasz, Harry. Spędź na uczelni pierw­szy semestr, a potem się zasta­no­wimy.

- Okej. Pierw­szy semestr, w zamian ty dajesz sobie spo­kój z kre­dy­tem pod hipo­tekę.

- Mogę się na to zgo­dzić. Rozej­rzymy się za pożycz­kami stu­denc­kimi. Będziesz mógł zna­leźć pracę na kam­pu­sie. Jest taki piękny.

Nie miał nic prze­ciwko temu, by matka snuła te marze­nia; widać było, że spra­wiało jej to przy­jem­ność.

Cze­kała go jed­nak robota, a on zamie­rzał ją wyko­nać, gdy tylko matka się położy.

Mał­żeń­stwo mło­dych wykształ­co­nych ludzi, prze­by­wa­ją­cych w samym lodo­wa­tym sercu lutego w swoim waka­cyj­nym domu w Aru­bie, mogło się pochwa­lić bar­dzo ładną kolek­cją mar­ko­wych zegar­ków - dam­skich i męskich.

Bul­gari, Rolex, Cho­pin, Baume & Mer­cier, TAG Hauer. I, jak się dowie­dział, dwa egzem­pla­rze firmy Fre­de­ric Graff.

Wąt­pił, czy zabrali je wszyst­kie ze sobą.

Nawet gdyby mu z nimi nie wyszło, to i tak ludzie, któ­rzy potra­fili kolek­cjo­no­wać zegarki o war­to­ści pię­cio­cy­fro­wej kwoty, musieli mieć mnó­stwo innych dóbr. Do wyboru, do koloru.

Liczył głów­nie na zegarki - po jed­nym od każ­dego z mał­żon­ków; nie był potwo­rem. Gdyby tra­fił się wśród nich jakiś graff, mógłby go sprze­dać i mie­sią­cami opła­cać koszty lecze­nia, utrzy­ma­nia domu i stu­diów.

Odwie­dził ten dom minio­nej wio­sny, kiedy wła­ści­ciele prze­pro­wa­dzili wstępną roz­mowę z matką i Mags na temat grun­tow­nych porząd­ków, ale osta­tecz­nie zre­zy­gno­wali, znał więc dokład­nie roz­kład pomiesz­czeń. Znał też sys­tem antyw­ła­ma­niowy, łatwo mógł sobie z nim pora­dzić.

Wie­dział rów­nież, że Jen­kin­so­no­wie mają dwa sejfy - jeden w gabi­ne­cie, a drugi w gar­de­ro­bie przy głów­nej sypialni.

Przy­pusz­czał, że tam wła­śnie znaj­dują się zegarki.

Wcze­śniej zain­we­sto­wał w kupno iden­tycz­nego sejfu. Wyna­jął nie­wielki maga­zy­nek, coś w rodzaju tym­cza­so­wego schowka na rze­czy. I tam tygo­dniami ćwi­czył się w sztuce otwie­ra­nia sej­fów.

Nie zafun­do­wali sobie niczego z gór­nej półki, niczego wyso­kiej klasy, naj­praw­do­po­dob­niej z korzy­ścią dla niego, a mimo to Harry uwa­żał, że ma smy­kałkę do tej spe­cy­ficz­nej sztuki. Z tą nową umie­jęt­no­ścią i przy odro­bi­nie szczę­ścia zacząłby jesie­nią stu­dia wolny od wszel­kich dłu­gów. Albo pra­wie wolny.

Mar­twił się, że zosta­wia matkę samą, cho­ciażby na dwie godziny - góra trzy - któ­rych wyma­gała robota. A jeśli z powodu burzy doj­dzie do wyłą­cze­nia prądu? A jeśli matka poczuje się źle i zacznie go wołać?

A jeśli?... a jeśli?...

Lecz gdyby powio­dło mu się z tym wła­ma­niem - a był tego pewien - mógłby upłyn­niać łup powoli, spła­ca­jąc wszystko, i powie­dzieć matce, że znów udziela kore­pe­ty­cji.

Tak czy siak, wie­dział, że coś wymy­śli.

Wsiadł do kolejki miej­skiej, ot, niczym się nie­wy­róż­nia­jący nasto­la­tek opa­tu­lony po uszy, jak wszy­scy w ten wietrzny, śnieżny wie­czór w Chi­cago.

Wysiadł przy­sta­nek wcze­śniej przed celem podróży, wło­żył do wewnętrz­nej kie­szeni oku­lary w gru­bych opraw­kach, które miał na sobie pod­czas jazdy. Zamie­nił cza­peczkę fut­bo­lową na hoke­jową, po czym ruszył w przej­mu­ją­cym chło­dzie w kilo­me­trową wędrówkę.

Każdy, kto by miał choć odro­binę oleju w gło­wie albo nie zamie­rzał się ni­gdzie wła­my­wać, sie­działby o pierw­szej w nocy w cie­płym domu. Jego jedy­nym zmar­twie­niem było ryzyko napo­tka­nia na swej tra­sie jakie­goś radio­wozu, a następ­nie prze­słu­cha­nia na oko­licz­ność tego, co on robi, u dia­bła, na dwo­rze w nocy w taką pogodę.

"Byłem u dziew­czyny, rozu­mie pan", ćwi­czył w gło­wie. "Teraz idę na przy­sta­nek, żeby wsiąść do pociągu i wró­cić do domu. Żaden pro­blem, panie wła­dzo".

Szczę­ściem nie napo­tkał jed­nak patroli i kiedy dotarł do miej­sca prze­zna­cze­nia, zwol­nił kroku.

Przy­szło mu do głowy, że idzie zbyt szybko i zwraca na sie­bie uwagę.

Nie oka­zu­jąc waha­nia, pod­szedł wprost do drzwi wej­ścio­wych.

Zamki nie sta­no­wiły szcze­gól­nej prze­szkody, słu­żyły raczej ozdo­bie niż bez­pie­czeń­stwu - poje­dyn­czy cylin­der i kla­syczna zasuwka w obu­do­wie pokry­tej imi­ta­cją brązu.

Mecha­nizm ustą­pił w ciągu minuty.

Zsu­nął buty, wszedł do środka w gru­bych skar­pet­kach, scho­wał obu­wie do pla­sti­ko­wej torby i we wszyst­kich tych czyn­no­ściach odli­czał w myślach sekundy.

Teraz zamknąć drzwi i podejść wprost do skrzynki alar­mo­wej.

Tu też zde­cy­do­wali się na pod­sta­wowy model. Otwo­rzył drzwiczki, wyłą­czył alarm i zanu­rzył się z lubo­ścią w ota­cza­ją­cej go zewsząd ciszy.

Ulu­biony moment, jak musiał przy­znać. Po wszyst­kich żmud­nych przy­go­to­wa­niach, ćwi­cze­niach, roz­po­zna­niu - nad­cho­dziła oto chwila, kiedy mógł tylko stać w ciszy i chło­nąć dozna­nia. Czuł, jak jego puls przy­spie­sza pod wpły­wem emo­cji.

Kra­dzież, zysk? To była po pro­stu robota.

Ale ten moment, ten spo­kój - były wyłącz­nie jego dozna­niem.

Roz­ko­szo­wał się nim przez chwilę, potem przy­stą­pił do dzia­ła­nia.

Poszedł lekko scho­dami na górę, minął podwójne drzwi na lewo, a wresz­cie sta­nął przed tymi pro­wa­dzą­cymi do gar­de­roby na pra­wej ścia­nie.

Mieli mnó­stwo ubrań - od cho­lery butów. Tych dwoje miało praw­dzi­wego świra na punk­cie odzieży. Siłą rze­czy jed­nak podzi­wiał gar­ni­tury męż­czy­zny - dosko­nałą wełnę - i koszule z mono­gra­mem na ręka­wach. Oraz miękką skórę butów od zna­nych pro­jek­tan­tów.

Doce­nił też kolek­cję swe­trów pani domu. Kasz­mir, wełna mery­no­sów. Naszła go pokusa, by wziąć jeden - tylko jeden - dla matki. Taki cie­pły i mię­ciutki.

To jed­nak pro­wo­ko­wa­łoby pyta­nia, a on nie chciał kła­mać.

Prze­su­nął więc sno­pem świa­tła latarki po sej­fie. I uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

- Cześć. Pra­cuję od jakie­goś czasu z twoim bra­tem. Zapo­znajmy się. - Pokrę­cił głową, wyj­mu­jąc ste­to­skop. - Zamek z pod­sta­wową kom­bi­na­cją. Powinni się byli lepiej posta­rać.

Naj­pierw usta­lił dłu­gość kom­bi­na­cji. Aby się upew­nić, że wszyst­kie bolce cof­nęły się, obró­cił pokrę­tło trzy razy zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara. Następ­nie przy­ło­żył słu­chawkę ste­to­skopu obok pokrę­tła i zaczął nim obra­cać w kie­runku prze­ciw­nym do ruchu wska­zó­wek zegara. Kiedy usły­szał dwa pierw­sze klik­nię­cia, zatrzy­mał się i zapa­mię­tał cyfrę.

Powtó­rzył czyn­ność dwu­krot­nie, by się upew­nić.

- Dobry począ­tek - mruk­nął.

Prze­su­wa­jąc pokrę­tło prze­ciw­nie do ruchu wska­zó­wek zegara, zatrzy­mał się przy pierw­szej cyfrze. Cofał się - powoli, ostroż­nie - do miej­sca, w któ­rym zatrzy­mał bolce, nasłu­chu­jąc klik­nięć i zapa­mię­tu­jąc kolejne cyfry, aż w końcu nic nie dobie­gło jego uszu.

"Czte­ro­cy­frowa kom­bi­na­cja", pomy­ślał.

Teraz do gry wkro­czyły jego zdol­no­ści mate­ma­tyczne - kto powie­dział, że życie nie wymaga sto­so­wa­nia alge­bry?

Nakre­ślił dwie linie i ozna­czył je. Oś X dla punktu począt­ko­wego, oś Y dla pra­wego punktu stycz­nego.

Zre­se­to­wał zamek, po czym usta­wił pokrę­tło na zerze.

Pra­co­wał w ciszy - sły­chać było tylko klik­nię­cia - pra­co­wał cier­pli­wie, odno­to­wu­jąc każde miej­sce kon­taktu, a potem nano­sił to odpo­wied­nio na oś X albo Y.

Ta wyczer­pu­jąca praca zabrała mu dokład­nie trzy­dzie­ści trzy minuty - uważne nasłu­chi­wa­nie, wyko­rzy­sty­wa­nie mate­ma­tyki, żeby usta­lić cztery cyfry.

8-9-14-2.

Teraz potrzebna mu była pra­wi­dłowa kolej­ność. Zaczął od sekwen­cji, w jakiej zapi­sał cyfry, potem zatrzy­mał się.

- To data. Jezu, walen­tynki. Praw­do­po­dob­nie data ich pierw­szej randki czy coś w tym rodzaju. W roku dzie­więć­dzie­sią­tym ósmym. Czyżby to miało być tak łatwe?

Czte­ro­cy­frowa kom­bi­na­cja mogła ozna­czać bli­sko dwa tysiące zmien­nych. Wyklu­czone, by udało mu się za pierw­szym razem.

Ale mimo wszystko spró­bo­wał.

2-14-9-8.

I kiedy pocią­gnął za rączkę sejfu, jego drzwiczki otwo­rzyły się z gład­ko­ścią jedwa­biu.

- Cho­lera! Otwarły się tak po pro­stu.

Prze­szył go dreszcz nie­mal podobny do tego pierw­szego, dziw­nego, szo­ku­ją­cego orga­zmu w wieku dwu­na­stu lat.

Wyjął sto­per i wyłą­czył go.

- Trzy­dzie­ści pięć minut, dwa­na­ście sekund. Nie­źle, ale popra­wię ten wynik.

Wyjął z sejfu kasetkę ze szkla­nym wiecz­kiem - bez zamka - która mogła pomie­ścić z tuzin dam­skich zegar­ków. Teraz znaj­do­wało się w niej sie­dem. A jed­nym z nich był graff.

Wyjął go i obej­rzał uważ­nie w świe­tle latarki.

Ni­gdy nie miał w ręku niczego rów­nie dro­giego. I jakże to było piękne, jak sobie to uświa­do­mił. To, jak dia­menty jarzyły się w bla­sku świa­tła, a umiesz­czone obok nich sza­firy dys­kret­nie błysz­czały.

Przy­rzekł sobie, że odrobi lek­cję i dowie się wię­cej o kamie­niach szla­chet­nych. No cóż, skry­wały w sobie histo­rię. I spra­wiały wię­cej rado­ści niż znaczki czy stare monety.

Wło­żył zega­rek do sakiewki, którą przy­niósł ze sobą, odsta­wił kasetkę na miej­sce, wyjął następną i zaczął prze­glą­dać męską kolek­cję. Zde­cy­do­wał się na rolexa - kla­syka - po czym odło­żył kasetkę.

Wyjął pozo­stałe kasetki - spinki do man­kie­tów, kol­czyki, bran­so­letki, naszyj­niki. Drobna kolek­cja, jak sądził, ale robiąca wra­że­nie.

I kusząca.

Upo­mniał się w myślach, że musi dotrzeć do domu, następ­nie zaś udać się do maga­zynku scho­wać tam towar.

Osta­tecz­nie jed­nak się­gnął po dia­men­towe kol­czyki. Małe, ale z klasą, i praw­do­po­dob­nie nie­ła­twe do wytro­pie­nia.

Zamknął sejf, wpra­wił w ruch pokrę­tło. Potem rozej­rzał się dla pew­no­ści, że niczego nie pozo­sta­wił po sobie.

Ruszył w drogę powrotną i brnąc przez gęsto pada­jący śnieg, w nie­spełna godzinę dotarł do domu.

Z dwu­stoma tysią­cami w ple­caku, jak obli­czał.

Zamie­rzał upie­rać się przy dwu­dzie­stu pro­cen­tach. Przy­stałby i na dzie­sięć, ale będzie naci­skał na wię­cej. I może zdoła uzy­skać pięt­na­ście.

A dys­po­nu­jąc trzy­dzie­stoma tysią­cami dola­rów, z pew­no­ścią upo­rałby się z cho­lerną górą rachun­ków za lecze­nie.

Wio­sną mie­liby świeże powie­trze - a rachunki za ogrze­wa­nie znik­nę­łyby naresz­cie. Może - choć wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne - zdo­łałby namó­wić matkę na let­nie waka­cje. Sprze­dali dawno temu swój stary wóz, ale mogliby wyna­jąć inny. Uzy­skał pozwo­le­nie swo­jego nauczy­ciela jazdy. Odbył kurs w szkole, a tata Willa woził go swoim samo­cho­dem, miał więc prak­tykę. Mógł zro­bić prawo jazdy; wypo­ży­czy­liby samo­chód i poje­chali nad ocean.

Matka czę­sto mawiała, że bar­dzo chcia­łaby go zoba­czyć. Poza tym mor­skie powie­trze odzna­czało się wła­ści­wo­ściami lecz­ni­czymi i tak dalej.

Mogliby wyna­jąć na kilka dni pokój nie­da­leko plaży. Podróż tam i z powro­tem to też byłyby waka­cje. Nie wyjeż­dżali na nie od czasu...

"Od czasu, kiedy zacho­ro­wała na raka", jak przy­szło mu do głowy, zaraz jed­nak stłu­mił w sobie tę reflek­sję.

Prze­żył wspa­niałą noc, nie było sensu jej psuć. Czas pomy­śleć o wio­śnie, o lecie, o stu­diach jesie­nią.

Jed­nak na razie zima trwała z upo­rem. Zimny marzec odszedł z taką samą zaja­dło­ścią, z jaką się zja­wił.

Nim nastała połowa kwiet­nia, Harry doszedł do wnio­sku, że Chi­cago bar­dziej przy­po­mina pokrytą wiecz­nym lodem pla­netę Hoth z Gwiezd­nych wojen ani­żeli ame­ry­kań­skie mia­sto.

Aż wresz­cie pod koniec kwiet­nia wio­sna zaczęła z wolna prze­ła­my­wać mroźny uścisk zimy.

Coraz śmie­lej otwie­rali już okna na oścież i wpusz­czali świeże powie­trze. Oczy­wi­ście, musieli je na noc zamy­kać, jeśli nie chcieli zamar­z­nąć na śmierć, ale był to już jakiś począ­tek.

Harry czuł, że roz­kwita w nim nadzieja. Przy­po­mi­nała te kro­kusy, które matka posa­dziła, kiedy był małym chłop­cem.

Spo­ty­kał się nawet z nową dziew­czyną, Aly­son. Miała świra na punk­cie nauki, ale była abso­lut­nie uro­cza. Nie, nie zna­czyło to nic poważ­nego; nie pra­gnął tego przed począt­kiem stu­diów. Ale miał z kim pójść na bal matu­ralny, i to się liczyło.

Wra­cał do domu w upoj­nym, nie­mal bal­sa­micz­nym powie­trzu, zasta­na­wia­jąc się nad wie­czor­nymi zaję­ciami.

Lek­cje do odro­bie­nia - musiał dosta­wać dobre stop­nie - tro­chę nauki o kamie­niach szla­chet­nych. Kola­cja - może uda­łoby mu się prze­ko­nać mamę do zamó­wie­nia pizzy.

I poja­wił się też poten­cjal­nie lukra­tywny cel, któ­remu chciał się bli­żej przyj­rzeć.

Wszedł do domu w dosko­na­łym nastroju.

- Cześć, mamo! Prze­ką­szę coś. Chyba świet­nie mi poszło z testu z che­mii. Mam od cho­lery pracy domo­wej, ale zaraz się do niej zabiorę.

Trzy­mał w ręku torebkę Dori­tos, a w dru­giej puszkę coli, kiedy mama wyło­niła się z sypialni.

- Zawsze po szkole jadłeś kanapkę z dże­mem.

- Czasy się zmie­niają. Potrze­buję na gwałt dużej ilo­ści węglo­wo­da­nów i kofe­iny do wypra­co­wa­nia. Muszę coś napi­sać na temat...

Utkwiła w nim spoj­rze­nie, które natych­miast prze­biło balo­nik jego dobrego humoru.

- Co się stało? - spy­tał z wysił­kiem.

- Usiądźmy, Harry.

- Mamo...

- Pro­szę. Usiądźmy. Może przy­niósł­byś mi colę?

Stłu­mił wszel­kie myśli; tylko tyle mógł zro­bić. Nalał jej swo­jej coli do szklanki z lodem, bo taką lubiła. Po czym usiadł z nią przy kuchen­nym stole.

- Poszłam dzi­siaj na bada­nie. Tomo­graf.

- Co? Nic mi nie mówi­łaś. Poszedł­bym z tobą.

- Masz na gło­wie szkołę. Mags ze mną poszła. A nie powie­dzia­łam ci, kocha­nie, bo to lekarz chciał mnie zba­dać. Dla­tego, że... kocha­nie... che­mia nie poskut­ko­wała tym razem.

- Nie­prawda. Powie­dzieli, że skut­kuje. Tak powie­dzieli.

- Ow­szem, dzia­łała przez krótki czas zeszłej jesieni i na początku zimy, ale już nie teraz, Harry. Od jakie­goś czasu już nie.

Wie­dział o tym, prawda? W głębi ducha. Obwódki wokół jej oczu, wyraź­niej­sze i ciem­niej­sze, ener­gia zni­ka­jąca podob­nie jak ciało na jej kościach.

- No to spró­bują z nową tera­pią.

- Harry... - Ujęła jego dło­nie. - Są prze­rzuty. Zro­bili wszystko, co w ich mocy.

Miał wra­że­nie, że jej ręce to kości­ste pióra. Takie lek­kie, cien­kie i ostre.

- Nie wie­rzę w to. Ty też nie możesz w to uwie­rzyć.

- Chcę, żebyś był dzielny. Wiem, że to nie jest w porządku. Nie powin­nam cię o to pro­sić. Nic nie było ani nie jest w porządku. Pozba­wiło cię dzie­ciń­stwa, a ja tego nie­na­wi­dzę. Nie­na­wi­dzę. Nie twier­dzę, że nie będę wal­czyć. Ale dajemy sobie spo­kój z che­mią.

- Mamo, pro­szę...

- Może prze­dłu­ży­łaby mi życie o kilka mie­sięcy, a ja bym cią­gle rzy­gała. Ale to wszystko. Chcę ten czas, który mi jesz­cze pozo­stał, spę­dzić z tobą, być twoją mamą, przy­naj­mniej tak długo, jak to moż­liwe. - Ści­snęła mu dło­nie. - Sześć mie­sięcy. Osiem albo dzie­więć, Harry, przy zasto­so­wa­niu innych tera­pii. Pod­da­ła­bym się temu sto razy, kocha­nie, gdyby to ozna­czało, że będę widziała, jak dora­stasz. Koń­czysz stu­dia, zako­chu­jesz się, zakła­dasz rodzinę. Ale nie mogę. Moje serce pra­gnie tego - jesteś dla mnie wszyst­kim - ale ciało mi na to nie pozwoli.

- Dałaś wcze­śniej radę.

- Ale nie tym razem. Pomóż mi prze­żyć jak naj­le­piej te sześć mie­sięcy.

- Dałaś wcze­śniej radę - powtó­rzył z upo­rem.

Kiedy oto­czyła go ramio­nami, znów był dziec­kiem. I to dziecko przy­ci­snęło teraz twarz do mat­czy­nej piersi i cicho załkało.

Rozdział 3

W ostat­nim dniu nauki szkol­nej, pod koniec dwu­na­sto­let­niego roz­działu jego życia, jak zwykł myśleć o tym Harry, usły­szał dono­śny śmiech wyle­wa­jący się z otwar­tych okien domu, gdzie w poma­lo­wa­nych donicz­kach obok drzwi wej­ścio­wych rosły kwiaty.

Matka śmiała się teraz czę­ściej i spra­wiała wra­że­nie tak pogod­nej i szczę­śli­wej, że mógł sobie wmó­wić - no pra­wie - że udało im się mimo wszystko poko­nać na dobre tego wroga, który się w niej zado­mo­wił.

Sadziła kwiaty, sprzą­tała domy, słu­chała muzyki, cho­dziła na zakupy. Kupiła nową sukienkę z myślą o jego pro­mo­cji.

Mawiała, że każdy dzień to dar, więc i on pró­bo­wał patrzeć na to w ten spo­sób.

Cza­sem jed­nak, nocą, w ciem­no­ści, przy­cho­dziło mu do głowy, że każdy upły­wa­jący dzień to o jeden dzień mniej.

Dzi­siaj sły­szał, jak się śmieje - chi­cho­cze niczym któ­ryś z jego szkol­nych kole­gów.

Teraz już byłych kole­gów.

Wszedł do domu i zoba­czył matkę i Mags, które zano­siły się śmie­chem przy stole kuchen­nym.

Od szcze­ciny na gło­wie ciotki bił ośle­pia­jący sza­fi­rowy blask.

Nie dzi­wił się temu, ale widok kró­ciut­kich wło­sów na mat­czy­nej gło­wie w różo­wym kolo­rze gumy do żucia ode­brał mu mowę.

Obie uśmiech­nęły się do niego jak na komendę.

- I co myślisz? - spy­tała Dana.

- Myślę... że wyglą­da­cie jak jaja wiel­ka­nocne - odparł. - Gdyby je mieli na Mar­sie.

Wywo­łało to kolejny atak sza­leń­czego śmie­chu.

- Wystar­czy mi obu kolo­rów, żeby i tobie ufar­bo­wać włosy, Harry. Chcesz? Pomie­szam jeden z dru­gim i otrzy­mam ładny fio­let. Masz fry­zurę jak Geo­rge Clo­oney w fil­mie Ave, Cezar - zauwa­żyła Mags. - Fio­let ją ład­nie pod­kre­śli.

- Nie ma mowy.

Dana wstała i wzięła z lodówki puszkę coli, zanim zdą­żył wziąć jedną dla sie­bie.

- Zakryję sobie głowę chustką przed uro­czy­sto­ścią wrę­cze­nia świa­dectw - powie­działa. - Nie martw się.

Wziął colę, a potem się schy­lił i poca­ło­wał ją w poli­czek.

- Nie zro­bisz tego. Założę się, że nikt nie ma mamy - ani ciotki - z różo­wymi i nie­bie­skimi wło­sami.

Uści­skała go.

"Jakaż ona szczu­pła, jaka szczu­pła". Ode­pchnął od sie­bie tę myśl i upo­mniał się: "Jest tutaj, jest i jest szczę­śliwa".

- Mags namó­wiła mnie na to, kiedy upo­ra­ły­śmy się z domem Gob­ble'ów. Pomy­śla­łam sobie, a co mi szko­dzi, do dia­bła. I w tym całym pod­nie­ce­niu zapo­mnia­łam o wiel­kiej chwili! - Chwy­ciła się za twarz. - To ostatni dzień w szkole. Mój dzie­ciak, mój mały dzie­ciak o wzro­ście ponad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, wła­śnie ukoń­czył liceum.

- Oho, chyba nasta­wię jakąś sen­ty­men­talną muzykę.

- Już roz­brzmiewa mi w gło­wie - zwró­ciła się Dana do Mags. - Wciąż cię widzę, mój mały chłop­czyku, jak idziesz pierw­szego dnia do szkoły w tej swo­jej czer­wo­nej kur­teczce, z pudeł­kiem na lunch. Kiedy tam dotar­li­śmy, powie­dzia­łeś po pro­stu: "Cześć!", i sam wsze­dłeś do budynku. Niczego się nie bałeś. Zawsze taki byłeś.

Pamię­tał to, ponie­waż pamię­tał wszystko.

- Dzięki swo­jej mamie.

- Przy­go­tuję ci prze­ką­skę. Pew­nie wybie­rasz się dziś na przy­ję­cie. Idziesz z Aly­son? To prze­miła dziew­czyna. I taka bystra.

- Ow­szem, jest miła i bystra, ale mam dziś randkę z kimś innym. Prawdę powie­dziaw­szy, z dwiema oso­bami.

Dana obró­ciła się gwał­tow­nie.

- Nie spę­dzisz chyba pierw­szego wie­czoru reszty two­jego życia ze mną i Mags!

- Myślę, że sam mogę decy­do­wać o tym, gdzie i jak chcę spę­dzić ten pierw­szy wie­czór, poza tym mam pewne plany.

- Jakie plany?

- Swoje plany. Zostało nam kilka godzin, więc naj­wyż­szy czas na tę prze­ką­skę. Zrób dosta­tecz­nie dużo dla nas wszyst­kich. Potem sko­szę traw­nik.

Co, wziąw­szy pod uwagę jego roz­miary, zabie­rze dzie­sięć minut.

- To nie­spo­dzianka - cią­gnął, uprze­dza­jąc pyta­nia. - Jeste­ście odpo­wied­nio ubrane. Może przyda się wam swe­ter czy kur­teczka, ale to wszystko.

- Tajem­nica. Psst - powie­działa Mags. - Tajem­ni­cza nie­spo­dzianka. Już mi się podoba.

Nie miały poję­cia, dokąd jadą, kiedy wsia­dały do pociągu, a on mil­czał jak zaklęty. Ale im bli­żej byli celu i im wię­cej wsia­dało ludzi w cha­rak­te­ry­stycz­nych cza­pecz­kach i kurt­kach, tym bar­dziej sta­wało się jasne, gdzie jadą. Mags trą­ciła Harry'ego w ramię.

- Sta­dion Wri­gley. Zga­dza się? Wie­czorny mecz z Miami Mar­lins.

- Może i tak.

- Prze­cież nie prze­pa­dasz za bejs­bo­lem - zaczęła Dana. - Ni­gdy nie rozu­mia­łam, w któ­rym momen­cie popeł­ni­łam błąd i nie wpo­iłam ci miło­ści do tego sportu, ale...

- Nie­prawda. Podoba mi się. No i moje panie go uwiel­biają.

- Pew­nie, bo jest wspa­niały. Nie­sa­mo­wity. Czło­wieku, powin­nam chyba wzmoc­nić się ener­gią z mojego krwaw­nika. Nie, nie, raczej z czar­nego onyksu. - Mags zaczęła grze­bać w swo­jej torebce. - Mam tu coś chyba? O rany! Moja szczę­śliwa cza­peczka Cub­sów została w domu, ale potra­fię ją sobie wyobra­zić. Kto gra na pozy­cji mio­ta­cza? Za nic sobie nie przy­po­mnę.

- Ser­gio Mitre - pod­su­nął Harry.

- Okej, w porządku. Będę wyobra­żała ją sobie z całych sił.

Podo­bało mu się, jak roz­ma­wiają o meczu, jadąc pocią­giem, a potem w dro­dze na sta­dion i pod wiel­kim czer­wo­nym trans­pa­ren­tem.

Podo­bała mu się ich papla­nina i ota­cza­jący ich gwar.

- Ja sta­wiam - oznaj­miła Dana. - Z oka­zji ostat­niego dnia w szkole.

- Za późno. - Harry wyjął z tyl­nej kie­szeni spodni bilety. - Już zała­twione. Pro­szę: dla kobiet, które mi pomo­gły prze­brnąć ten ostatni dzień nauki.

- Harry... to miej­sca w loży. Nie możesz...

- Już zała­twione. I wszy­scy dostaną cza­peczki na szczę­ście.

- Nie psuj chło­pa­kowi pla­nów. - Mags ści­snęła Danie dłoń. - Przyj­mij dar.

- Tak, tak, masz rację. Nie widzia­ły­śmy nawet meczu w ostat­nim sezo­nie, a teraz? Miej­sca w loży. Och, Mags, spójrz tylko. Tam! Przy pierw­szej bazie, tuż za ławką tre­ner­ską!

Kupił im po cza­peczce i jedną wziął sobie.

Kiedy weszli na sta­dion, usły­szał nabożne wes­tchnie­nie matki. Ich oczom uka­zały się zie­lona murawa, cha­rak­te­ry­styczne brą­zowe pod­wyż­sze­nie dla mio­ta­cza i białe linie pól gry.

- Och! Jeste­śmy pra­wie na samym boisku! - gorącz­ko­wała się Dana. - Czuję zapach sko­szo­nej trawy! Mags, pamię­tasz, jak oglą­da­ły­śmy mecze, sie­dząc na dachach? - Wska­zała budynki ota­cza­jące sta­dion.

- Jasne, że pamię­tam. Zabie­rał nas tam wuj Silas, obda­ro­wy­wał hot dogami i piwem korzen­nym. Opo­wia­da­łam ci, Harry, o wuju Sila­sie, bra­cie two­jej babki?

- Noszę po nim dru­gie imię.

- No tak. A wiesz, że zako­chał się w kobie­cie, która ni­gdy nie odwza­jem­niła jego miło­ści, przez co usy­chał za nią z tęsk­noty, aż wresz­cie umarł. Ni­gdy się nie oże­nił. Uwie­rzył­byś? Dostał ataku serca, kiedy byłeś nie­mow­lę­ciem.

Harry znał tę histo­rię. Ojciec Mags i Dany zwiał, gdy ta druga była jesz­cze w pie­lu­chach. Ich matka pra­co­wała wtedy w skle­pie rzeź­ni­czym u swego brata i wycho­wy­wała dwie dziew­czynki.

Zgi­nęła, tra­fiona zbłą­kaną kulą wystrze­loną z pędzą­cego auta, kiedy jego wła­sna matka miała sie­dem­na­ście lat.

"Była w tym samym wieku co ja teraz", uświa­do­mił sobie nagle.

- Może i miał słabe serce, ale czułe, dobre, prze­słod­kie. Ech... To były dobre czasy. - Mags pokle­pała Danę po udzie. - Naprawdę dobre.

- Ow­szem. - Jej sio­stra wes­tchnęła gło­śno. - Ale teraz czasy są jesz­cze lep­sze.

Jedli hot dogi i popi­jali piwo. Choć nie miał na to zbyt­niej ochoty, Harry pocią­gnął tro­chę z mat­czy­nego kubeczka.

Soli­dar­ność.

Dopin­go­wali, gwiz­dali, buczeli, spie­rali się o decy­zje sędziow­skie.

Matka wyglą­dała pro­mien­nie - takie wła­śnie słowo przy­szło mu do głowy. Zerwała się z miej­sca, by móc lepiej obser­wo­wać lot dłu­giej piłki, i gwizd­nęła na pal­cach, kiedy zawod­nik pola środ­ko­wego prze­chwy­cił ją dosłow­nie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od ściany, a wresz­cie jęk­nęła, gdy wyeli­mi­no­wano pał­ka­rza.

Po zacho­dzie słońca zapa­lono świa­tła.

Nagle, bar­dziej przez przy­pa­dek niż celowo, Harry pochwy­cił piłkę, która pole­ciała wprost w jego stronę. Matka zerwała się z miej­sca i zaczęła tań­czyć.

- Masz zręczne dło­nie - zauwa­żyła Mags, patrząc na niego zna­cząco. - I dobry refleks.

Kiedy już odzy­skał czu­cie w pal­cach, podał piłkę matce.

- Twoja pamiątka, madame.

Czy zade­cy­do­wały o tym cza­peczki na szczę­ście, czy krwaw­nik, który Mags wygrze­bała z torebki, czy dobra gra Chi­cago Cubs, tak czy siak, Mitre dobrze rzu­cał przez cały pełny mecz i kiedy chłopcy scho­dzili z boiska, mieli na kon­cie zali­czo­nych czter­na­ście bie­gów.

Choć Harry nie podzie­lał mat­czy­nej pasji do bejs­bola, wie­dział, że żaden zapa­lony kibic nie sza­lałby z rado­ści na widok takiego wyniku.

Gdy ludzie opusz­czali try­buny, matka wsparła mu głowę na ramie­niu. Wciąż sie­dzieli na swo­ich miej­scach.

- Wiesz, co jest lep­sze od let­niego wie­czoru na tym sta­dio­nie? - spy­tała.

- Co? - odparł machi­nal­nie.

- Nic.

Kiedy póź­niej wysie­dli z kolejki jeden przy­sta­nek wcze­śniej, wszy­scy troje kupili sobie rożki lodowe i odpro­wa­dzili Mags do jej miesz­ka­nia.

Wie­czo­rem wra­cali już sami do domu poło­żo­nego kilka prze­cznic dalej. Harry oto­czył matkę ramie­niem, tak jak ona ota­czała nie­gdyś jego.

- Jesteś pew­nie zmę­czona.

- Tro­chę - przy­znała. - Ale to dobre zmę­cze­nie. Spra­wi­łeś nam nie­sa­mo­witą nie­spo­dziankę. Prawdę mówiąc, ty sam byłeś zawsze moją naj­lep­szą nie­spo­dzianką. Ni­gdy nie pytasz o swo­jego ojca.

- A o co tu pytać? - Wzru­szył ramio­nami. - On się prze­cież nie liczy.

- Liczy, bo gdyby nie on, nie mia­ła­bym cie­bie. - Wsparła się na nim i wes­tchnęła. - Powin­nam ci powie­dzieć, bo zwy­czaj­nie powi­nie­neś wie­dzieć. Były­śmy młode. Kiedy stra­ci­ły­śmy z Mags matkę, odczu­wa­łam smu­tek. Ona nie posia­dała się z roz­pa­czy, a ja nie mogłam się uwol­nić od smutku. Choć wuj Silas pocie­szał nas jak mógł, i jemu nie było lekko. Tak czy ina­czej, wtedy wła­śnie zja­wił się chło­pak i mnie zapra­gnął. A ja zapra­gnę­łam jego. Nie darzy­li­śmy się miło­ścią. By­naj­mniej. I nie chcę, żebyś myślał, że zła­mał mi serce, bo tak nie było.

Skrę­cili w stronę domu; zatrzy­mała się przy drzwiach.

- Posiedźmy tu chwilę - zapro­po­no­wała i usa­do­wiła się na weran­dzie poro­śnię­tej kwia­tami. - Byli­śmy razem tylko kilka tygo­dni i w zasa­dzie zdą­ży­li­śmy się już roz­stać, kiedy sobie uświa­do­mi­łam, że jestem w ciąży. On zaczął stu­dia, Mags wyru­szyła w trasę ze swoim cyr­kiem, a ja pra­co­wa­łam w skle­pie rzeź­ni­czym. Wiem, dziw­nie to zabrzmi, ale nie wpa­dłam w panikę ani nie zasta­na­wia­łam się, co robić. Od pierw­szej chwili ogar­nęła mnie eks­cy­ta­cja. Młoda, głu­pia, pod­eks­cy­to­wana. I wszelki smu­tek gdzieś się ulot­nił. Musia­łam o tym powie­dzieć chło­pa­kowi i nie byłam zdzi­wiona jego reak­cją. Nie mogłam go o to winić i ni­gdy nie wini­łam. - Spoj­rzała na syna zmę­czo­nym, ale twar­dym wzro­kiem. - I ty też nie powi­nie­neś, dla­tego ci o tym mówię. Miał led­wie osiem­na­ście lat, dopiero wkra­czał w doro­słe życie, tak jak ty teraz. Nie kocha­li­śmy się ani nie pra­gnę­li­śmy nawza­jem. Wiem, że mogłam nale­gać, by się poczuł do odpo­wie­dzial­no­ści, i może tak nale­żało zro­bić. Nie wiem. Nie chcia­łam jed­nak. Byłeś mój i po co miał­byś mieć w życiu kogoś, kto cię nie chciał, skoro ja cię chcia­łam? Wyrzekł się i cie­bie, i mnie, tak jak mój ojciec wcze­śniej wyrzekł się matki, mnie i Mags. Nie zamie­rza­łam cię ska­zy­wać na coś takiego. To nie­ła­twa droga.

- Nie chciał­bym, żeby było ina­czej, jeśli mnie o to pytasz.

- To dobrze. To bar­dzo dobrze. Tak czy ina­czej, Mags wró­ciła na kilka tygo­dni przed two­imi naro­dzi­nami i została przy mnie, kiedy się poja­wi­łeś. A potem znowu wró­ciła, kiedy umarł wuj Silas. Szkoda, że go nie pamię­tasz, ale nie mogłeś, byłeś maleń­kim dziec­kiem. Uwiel­biał cię. Odzie­dzi­czy­łam po nim w spadku dosta­tecz­nie dużo, by móc wpła­cić depo­zyt na ten dom. Póź­niej roz­krę­ci­ły­śmy z Mags inte­res i po jakimś cza­sie zaczę­ły­śmy cał­kiem nie­źle sobie radzić, to było jakoś wtedy, kiedy posze­dłeś do szkoły. No i tak. - Pod­nio­sła na niego oczy. - Z tego smutku wzią­łeś się ty, mój naj­więk­szy dar, moja naj­więk­sza miłość. Chcę, żebyś o tym zawsze pamię­tał. I wiesz co? - Poca­ło­wała go hała­śli­wie w poli­czek. - Żad­nego smutku dziś wie­czo­rem.

- Tak, nie pamię­tam go, to zna­czy wuja Silasa, ale znam go dzięki tobie i Mags. Mam w gło­wie wszyst­kie wasze opo­wie­ści.

Uśmiech­nęła się i postu­kała go pal­cem w skroń.

- Cza­ro­dziej­ska pamięć.

- Tak.

Wie­dział, że ni­gdy nie zapo­mni tej wspól­nej chwili na weran­dzie w letni wie­czór, w oto­cze­niu jej pięk­nych kwia­tów.

Ufar­bo­wała włosy na różowo i wło­żyła nową sukienkę z oka­zji jego pro­mo­cji, a potem, wraz z Mags, pomo­gła mu wypra­wić przy­ję­cie dla jego przy­ja­ciół.

Kiedy czer­wiec dobie­gał końca, prze­cho­dząc z wolna w lipiec, wokół jej oczu znów poja­wiły się ciemne obwódki. Coraz czę­ściej malo­wał się w nich ból. Zbyt czę­sto go dostrze­gał. Póź­niej, kiedy już led­wie mogła przejść przez pokój, nie tra­cąc przy tym odde­chu, uznał, że pora, by z nim usia­dła i poroz­ma­wiała.

- Pod­ją­łem decy­zję - oznaj­mił.

Popi­jała jakąś dzi­waczną her­batkę, która według Mags miała jakoby wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze.

- To zna­czy?

- Zro­bię sobie rok prze­rwy.

- Harry, posłu­chaj...

- Nie, to ty mnie posłu­chaj. - Wie­dział, że nie może się z nim spie­rać, i w jakimś stop­niu nie­na­wi­dził się za to - nie­na­wi­dził świa­do­mo­ści, że jest zbyt słaba, by mu się prze­ciw­sta­wić. - Wielu ludzi tak robi i ja też tak zro­bię. Mags potrze­buje mnie teraz w fir­mie. Ty mnie potrze­bujesz, mamo. Muszę tu być. Po pro­stu muszę. Uni­wer­sy­tet nie zając, nie uciek­nie.

- Ale twoje sty­pen­dium... pra­co­wa­łeś tak ciężko.

- Odłożę to na póź­niej.

- Prze­pra­szam. - Zaci­snęła powieki. - Nie­stety, nie potra­fię się z tobą spie­rać. Nie mogę cię zmu­sić, żebyś odszedł. Chcia­łam patrzeć, jak idziesz na stu­dia, tak jak posze­dłeś pierw­szego dnia do szkoły. Pra­gnę­łam tego. I boli mnie myśl, że tego nie zoba­czę. Posłu­chaj... - Potrze­bo­wała chwili. Był to jeden z tych gor­szych dni i oboje o tym wie­dzieli. - Roz­ma­wia­łam z Anitą z hospi­cjum. Jest wspa­niała i rozu­mie, że nie chcę iść do szpi­tala. Chcę zostać tutaj. Będziesz potrze­bo­wał pomocy.

- Zaj­miemy się tobą, ja i Mags.

- Tak, wiem. Ale jeśli będzie­cie potrze­bo­wać pomocy, zwróć się do ludzi z hospi­cjum. Wszystko spi­sa­łam. Zdaję sobie sprawę, że trudno ci o tym roz­ma­wiać, ale to konieczne.

- Okej. - Ogar­nął go mdlący strach, ale opa­no­wał się i ski­nął tylko głową.

- Kre­ma­cja, takie jest moje życze­nie. Żad­nej nadę­tej cere­mo­nii, nic w tym guście. Oboje z Mags zde­cy­du­je­cie, gdzie roz­sy­pać moje pro­chy. Może być gdzie­kol­wiek.

Na te słowa poczuł, jak skręca mu się żołą­dek, a gorący pot oble­pia niczym wstrętna sko­rupa, ale ponow­nie ski­nął tylko głową.

- Okej, mamo, nie martw się.

- Dom prze­pi­sa­łam na cie­bie, zro­bi­łam to wiele mie­sięcy temu, więc będzie twój. Powi­nie­neś go sprze­dać. Po spła­ce­niu wie­rzy­tel­no­ści sporo ci zosta­nie. Będziesz miał pie­nią­dze na stu­dia. Ceny nie­ru­cho­mo­ści idą teraz w górę. Jest mnó­stwo chęt­nych, któ­rzy zechcą go kupić i zro­bić z niego luk­su­sową rezy­den­cję. - Się­gnęła do jego dłoni, a on wyczuł drże­nie jej rąk. - Nie zmar­nuj swo­jej inte­li­gen­cji, Harry. Jesteś taki cho­ler­nie bystry. Idziesz na stu­dia. Znajdź swoją pasję. Odkry­waj świat. Podró­żuj, odwie­dzaj różne miej­sca. Wszel­kiego rodzaju. Jesteś twardy, synku. Bystry i silny, i szczo­dry. Odwa­li­łam kawał dobrej roboty.

- Tak, to prawda.

- Poma­gaj Mags. Może i jest twoją szur­niętą ciotką, ale ni­gdy nas nie zawio­dła. - Odsu­nęła kubek z her­batą. - Nawet jeśli stara się wmu­sić we mnie to paskudz­two.

- Może chcesz coli?

Uśmiech­nęła się.

- Z chę­cią.

Lato przy­ga­sało, a wraz z nim gasły jej siły.

Mags wypro­wa­dziła się ze swo­jego miesz­ka­nia i spę­dzała teraz noce na dmu­cha­nym mate­racu obok łóżka sio­stry.

Harry całymi dniami sprzą­tał z ciotką domy i dzięki pie­nią­dzom zaosz­czę­dzo­nym z noc­nej roboty opła­cał dla matki fachową pomoc, kiedy nie star­czało pie­nię­dzy ze sprzą­ta­nia.

Jesie­nią więk­szość jego przy­ja­ciół wyje­chała na stu­dia. Czuł ukłu­cie bólu, które dopa­dało go w naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cych chwi­lach. Kiedy wyno­sił śmieci albo wią­zał sznu­ro­wa­dła, albo wybie­rał się do biblio­teki wypo­ży­czyć książki, które czy­tał potem matce.

Kupili jej wózek inwa­lidzki, żeby mogła spę­dzać czas na słońcu i świe­żym powie­trzu. Ale mar­zła nawet w bło­gim cie­ple babiego lata, jeśli byli poza domem wię­cej niż godzinę.

Nim zro­bił się listo­pad, świat Dany skur­czył się do roz­mia­rów jej sypialni. Jadła jak pta­szek, za to długo spała. Wyna­jęli regu­lo­wane łóżko szpi­talne, prze­nie­śli też starą komodę do salonu, by zro­bić miej­sce dla dwóch łóżek i dwóch krze­seł.

Od przy­ja­ciół, sąsia­dów i klien­tów wciąż nad­cho­dziły kwiaty albo jedze­nie - albo i jedno, i dru­gie. Wie­dział, że ni­gdy nie zapo­mni, że matka Willa zja­wiała się trzy albo cztery razy po pracy, żeby posie­dzieć z Daną, nie przej­mu­jąc się tym, że chora prze­sy­pia całą wizytę.

- Wyjdź z ciotką i postaw jej kawę - mówiła mu.

Więc wymy­kali się z domu, w któ­rym zbyt­nio pach­niało kwia­tami i cho­robą, i wycho­dzili na ostre listo­pa­dowe powie­trze.

Mags wzięła go za rękę.

- Kocha­nie, musimy pozwo­lić jej odejść. - Pró­bo­wał uwol­nić dłoń z jej uści­sku, ale nie pozwo­liła mu na to. - To miłość ją tu trzyma, miłość do cie­bie i do mnie. Ale ona cierpi. Leki pozwa­lają jej wpraw­dzie zno­sić ból, lecz go nie powstrzy­mają. Mari­hu­ana pomaga na mdło­ści, ale i to żadne roz­wią­za­nie. Twoja matka trwa z minuty na minutę, uwię­ziona mię­dzy dwoma świa­tami, i trzyma się upo­rczy­wie tego docze­snego z myślą o nas.

Chciał ją prze­kląć i odtrą­cić, patrzył jed­nak tylko upar­cie przed sie­bie, niczego nie widząc.

- Powie­działa, że każdy dzień to dar - rzekł. - I pytała panią Fore­ster o Willa, kiedy wycho­dzi­li­śmy. Wybrała nową książkę na dzi­siej­szy wie­czór.

- Ma tak silną wolę, bo cię bar­dzo kocha. Czuję się kosz­mar­nie, mówiąc to chłopcu, który skoń­czył wła­śnie osiem­na­ście lat. Ale ona nie odej­dzie, póki jej nie zapew­nisz, że sobie pora­dzisz.

- Więc jesteś gotowa pozwo­lić jej umrzeć.

Mags puściła jego dłoń.

- Nie. I ni­gdy nie będę na to gotowa. Ale wiem, że ona jest gotowa.

Nie roz­ma­wiali już wię­cej ani o tym, ani o czym­kol­wiek innym, spa­ce­ro­wali tylko po oko­licy, a on czuł, jak wzbiera w nim sprze­ciw niczym pomruk burzy. Miał jesz­cze tak wiele do powie­dze­nia. Przy­rzekł sobie, że powie, kiedy mama Willa sobie pój­dzie, a jego wła­sna matka położy się spać.

I niech go dia­bli porwą, jeśli ta jego zwa­rio­wana, głu­pia, samo­lubna ciotka będzie mu mówić, co ma robić, czuć, myśleć. A jeżeli jest już zmę­czona opieką nad sio­strą, to niech­że sobie idzie do dia­bła.

Sam sobie pora­dzi.

Kiedy weszli do domu, Mags skie­ro­wała się do kuchni.

- Pod­grzeję tro­chę zupy dla Dany. Też masz ochotę?

- Nie.

Z sypialni wyło­niła się matka Willa.

- Ucię­ły­śmy sobie miłą poga­wędkę. - Pode­szła do Harry'ego i go lekko uści­skała. - Nie dener­wuj się tym, że jesteś teraz w domu, a nie na uni­wer­sy­te­cie. Twoja mama jest tro­chę splą­tana i zagu­biona.

- W porządku, pani Fore­ster. Doce­niam to, że przy­szła nas pani odwie­dzić.

- Przy­jaź­nię się z twoją mamą od czasu, jak cho­dzi­łeś z Wil­lem do przed­szkola. - Uści­skała go jesz­cze raz. - Wra­cam do domu. Mags! - zawo­łała. - Daj mi znać, gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała.

- Jasne. Dzięki, Keisha.

Matka Willa pokle­pała Harry'ego po ramie­niu.

- Dbaj­cie o sie­bie.

Pomy­ślał, że zadba o wszystko. I powie ciotce, gdzie może sobie wsa­dzić te swoje rady.

Naj­pierw jed­nak musieli się posta­rać wmu­sić w mamę tro­chę jedze­nia. Wie­dział, jak sobie pora­dzić, jak spra­wić, by wszystko inne znik­nęło poza ścia­nami tego domu, i spro­stać zada­niu.

Zdjął kurtkę i miał ją wła­śnie odwie­sić, kiedy usły­szał, że matka coś mówi. Nie wołała go, po pro­stu mówiła. I śmiała się.

Wciąż z kurtką w ręku wszedł zacie­ka­wiony do sypialni.

Opie­rała się o wez­gło­wie łóżka, oczy jej błysz­czały podej­rza­nie. Miała na sobie czer­wony swe­ter, ten sam, który Mags jej zro­biła na dru­tach jako doda­tek do bla­do­nie­bie­skiej koszuli noc­nej. Uśmie­chała się do niego.

- Cześć, kocha­nie! - zawo­łała. - Witaj w domu. Mówi­łam wła­śnie wujowi Sila­sowi, że przy­jeż­dżasz na week­end. Kupił po oka­zyj­nej cenie chude kotlety wie­przowe i przy­nie­sie je na kola­cję.

Zabra­kło mu słów, stał tylko i patrzył. Zja­wiła się Mags z tacą.

- Mam nadzieję - cią­gnęła Dana - że poda się je z tłu­czo­nymi ziem­nia­kami i bez odro­biny szpi­naku.

- Gro­szek - wtrą­cił Harry. - I roga­liki fran­cu­skie.

- Chyba walnę pię­ścią w stół - obu­rzyła się Mags.

- Zawsze to robisz - rze­kła Dana.

- Jestem twoją star­szą sio­strą.

- Nie jestem wła­ści­wie głodna - oznaj­miła Dana, kiedy jej sio­stra nabrała na łyżkę tro­chę zupy.

- Nie zjesz mine­strone przy­rzą­dzo­nej przez panią Car­dini? To twoje ulu­bione danie.

Harry poczuł wstyd - zalał go gorącą falą, kiedy patrzył, jak ciotka wlewa w usta matki odro­binę zupy.

- Robi naj­lep­szą - mruk­nęła chora.

- Zga­dza się. I Harry poczyta ci nową książkę, jak będziesz jadła. O czym to jest?

- Histo­ria nie­zwy­kłej podróży zwy­kłego czło­wieka. Przy­goda! Odku­pie­nie! Miłość!

- A seks?

- Nie będę czy­tał na głos o sek­sie wła­snej mamie i ciotce.

- Twój chło­pak jest pru­de­ryjny, Dana, ale wie, jak czy­tać z dra­ma­tycz­nym wyczu­ciem.

- Czyta na stu­diach książki i będzie znowu grać w przed­sta­wie­niach szkol­nych. Nie mogę już wię­cej zjeść, Mags. - Odwró­ciła głowę. - Wyję­łam walizkę, prawda? Muszę się spa­ko­wać.

Mags odło­żyła łyżkę i odsta­wiła tacę. Harry dostrzegł łzy w jej nie­bie­skich oczach.

- Już się spa­ko­wa­łaś - powie­działa.

- Och, dobrze. No tak, widzę. - Dana uśmiech­nęła się do cze­goś, co tylko ona widziała gdzieś w głębi pokoju. - Jestem spa­ko­wana i gotowa do drogi. Będziesz zbyt zajęty, synku, żeby za mną tęsk­nić, mając tyle nauki na gło­wie. - Wciąż uśmiech­nięta - oczy miała takie jasne i takie zapad­nięte - się­gnęła do jego dłoni. - Przy­ślę ci pocz­tówkę. Chcesz? Możesz spra­wić sobie album, w któ­rym będziesz trzy­mał pocz­tówki ode mnie. Zawsze chcia­łam taki mieć. Pora­dzisz sobie? Prawda, Harry? Jesteś doro­sły. Pora­dzisz sobie, kiedy wybiorę się w podróż?

Ujął jej dłoń, czu­jąc pod powie­kami palące łzy.

- Tak, pora­dzę sobie.

- Będzie­cie się o sie­bie trosz­czyć, ty i Mags.

- Tak, będziemy. O nic się nie martw.

- Jestem tro­chę zmę­czona. Póź­niej dokoń­czę pako­wa­nie.

Zamknęła oczy i odpły­nęła w sen. Mags wstała i wzięła tacę.

- Muszę się napić - rze­kła i wyszła z pokoju.

Kiedy i on wyszedł, nale­wała już dwa kie­liszki.

- Kiep­skie wino z kar­tonu to wciąż wino - oznaj­miła - tak jak kiep­ska pizza to wciąż pizza.

- Prze­pra­szam. - Kiedy pokrę­ciła tylko głową, brnął dalej. - Prze­pra­szam za to, jak się zacho­wa­łem. Za to, co powie­dzia­łem. Za to, co sobie pomy­śla­łem.

- To twoja mama.

- To twoja młod­sza sio­stra.

Mags łyk­nęła wina, a po jej policz­kach cie­kły łzy.

- Jestem taka wku­rzona, taka kurew­sko wku­rzona na tego, kto jest za to wszystko odpo­wie­dzialny. Po co? W jakim celu ona ma przez to prze­cho­dzić? Jaki jest tego sens? Żaden! I nie obcho­dzi mnie, co kto powie. - Opa­dła bez­wład­nie na krze­sło przy kuchen­nym stole i otarła pod­bi­ciami dłoni łzy, roz­ma­zu­jąc tusz. - Przez ostat­nich kilka nocy gadała z wujem Sila­sem albo z naszą matką. I... i jest taka szczę­śliwa, kiedy to robi. Nie obcho­dzi mnie, czy wie­rzysz, że ich naprawdę widzi. Każdy ma prawo wie­rzyć, w co chce, dopóki tym nie zadrę­cza innych. Ale ja w to wie­rzę. Wie­rzę, że oni tam na nią cze­kają.

Usiadł, skosz­to­wał wina. "Odro­binę lep­sze niż tanie piwo", pomy­ślał.

- Nie wiem, w co wie­rzę. Ale wiem, że mia­łaś wcze­śniej rację. Ona wal­czy dla nas i to jej spra­wia ból, a on odbiera wszystko. I pod jesz­cze jed­nym wzglę­dem mia­łaś rację. Rze­czy­wi­ście chciała wie­dzieć, że sobie pora­dzę.

- Harry, ja też nie chcę jej pozwo­lić odejść.

- Wiem.

- Chcę cię pro­sić, żebyś na razie nie wycho­dził wie­czo­rami, aż... no wiesz, nie mogła­bym się z tobą skon­tak­to­wać, gdyby...

- Dobrze, nie będę wycho­dził na razie.

Dana ode­szła dwa dni póź­niej. Wymknęła się, kiedy jej czy­tał, a Mags robiła na dru­tach swój nie­koń­czący się sza­lik.

*

Nie życzyła sobie pogrzebu, więc go nie było. Ludzie mimo to przy­cho­dzili do domu i przy­no­sili kwiaty i jedze­nie. Był zdzi­wiony tym, ilu jej daw­nych klien­tów odbyło tę podróż albo przy­słało kartki z kon­do­len­cjami.

W zimny wietrzny listo­pa­dowy wie­czór upo­rał się z zabez­pie­cze­niami przy wej­ściu na sta­dion i zapro­wa­dził Mags do miej­sca, które w cza­sie sezonu byłoby ostat­nią bazą.

- Zorien­to­wa­łam się, że robisz wła­śnie coś takiego. To zna­czy wła­ma­nia. Nie przy­szło mi jed­nak do głowy, że jesteś w tym taki bie­gły.

- Dziw­nie tu pusto... zima coraz bli­żej. Ale podo­ba­łoby się jej chyba, prawda?

- O tak. Byłaby zachwy­cona. To odpo­wied­nie miej­sce. Dana była dziew­czyną z Chi­cago w każ­dym calu.

- Wobec tego w porządku. Chcesz... nie wiem... zro­bić coś, powie­dzieć?...

- Jej duch już ule­ciał. Niech reszta uleci wraz z nim. Wystar­czy.

Otwo­rzył urnę i pod­niósł ją wysoko nad głowę, a wiatr porwał pro­chy.

- Patrz, jak odcho­dzi, Harry. Jakaś jej cząstka na zawsze tu pozo­sta­nie, dopin­gu­jąc swo­ich Chi­cago Cubs. Ni­gdy się nie dowie­dzą, jakie mają szczę­ście, że ona tu jest. Ale my wiemy.

- Wiemy.

Patrzył, jak wiatr porywa pro­chy, nie­sie je w dal, wiruje nimi.

Kiedy wra­cali kolejką do domu, Mags pokle­pała go po udzie.

- Co zmie­rzasz zro­bić z domem? - spy­tała.

- Możesz tam miesz­kać, jak długo zechcesz - odparł.

- Nie da rady. Chwi­lowo, póki nie zde­cy­du­jesz, ow­szem. Ale na dłuż­szą metę nie mogła­bym tam miesz­kać bez niej. Chi­cago bez Dany to nie to samo Chi­cago. Wypro­wa­dzę się, kiedy już zde­cy­du­jesz się na stu­dia. Mógł­byś zacząć nawet w przy­szłym mie­siącu.

Pokrę­cił głową.

- Nie mogę. W moim przy­padku jest tak samo. Nie chcę tu bez niej być.

- Wobec tego gdzie?

- Nie wiem. Może na począ­tek gdzieś, gdzie jest cie­pło. Z dala od tego cho­ler­nego zimna. No a ty?

- Ja? - Roz­ma­rzyła się. - Mam na oku pew­nego sta­rego volks­wa­gena. Busa.

Popa­trzył na nią z zasko­cze­niem. Jej włosy miały teraz barwę doj­rza­łego bakła­żana.

- Żar­tu­jesz.

- Wcale nie. Myślę o wyjeź­dzie na zachód. I znów mogę zacząć biz­nes z tele­fo­nicz­nym wróż­biar­stwem. Madame Mag­de­la­ine wie wszystko i widzi wszystko.

- Kupię ci porządny samo­chód.

- Bus volks­wa­gena to kla­syk, i nie bez powodu, kolego. Mam miłe wspo­mnie­nia z daw­nych lat. Nie­jedno się robiło w tym samo­cho­dzie.

- W takim razie zała­twię ci cho­ler­nego busa, dopil­nuję, żeby był odno­wiony i w dobrym sta­nie. Nie chcę sobie wyobra­żać, jak roz­kra­czasz się na jakiejś dro­dze obok pustyni. Pozwól, że zro­bię to dla cie­bie - w jej imie­niu. Ocze­ki­wa­łaby tego po mnie.

- Nie skło­nisz mnie do pła­czu, tu, w tym pociągu. Masz takie pie­nią­dze?

- Mam dosyć i zamie­rzam sprze­dać dom, więc będę miał jesz­cze wię­cej.

- Chciała, żebyś stu­dio­wał, Harry. Bar­dzo tego pra­gnęła.

- Będę stu­dio­wał. Przy­rze­kam.

Wie­dział, że powi­nien zacze­kać do wio­sny - ze względu na korzyst­niej­szy rynek nie­ru­cho­mo­ści - ale wysta­wił dom na sprze­daż. Nie­długo potem upłyn­nił go za dwa tysiące wię­cej, niż począt­kowo żądał. Zajęło mu to nie­spełna dwa tygo­dnie. Sam sobie kupił uży­wane volvo - z niskim prze­bie­giem i w dobrym sta­nie.

Naj­trud­niej­sze oka­zało się opróż­nie­nie domu ze wszyst­kich rze­czy nale­żą­cych do matki. Lecz kiedy się wresz­cie z tym upo­rał, sta­nął razem z Mags na małym pod­jeź­dzie od frontu. Miała na sobie czer­wony pulo­wer i nosiła kol­czyki jego matki.

Jej volks­wa­gen - w dwóch kolo­rach, czer­wo­nym i bia­łym - par­ko­wał obok jego volvo.

- To cho­ler­nie nudny samo­chód, dzie­cinko - zauwa­żyła.

- Nudne samo­chody nie przy­cią­gają uwagi. A ty w swoim będziesz bulić man­daty przy każ­dej kon­troli, nim dotrzesz do Iowy.

- Kiedy nadej­dzie dzień, w któ­rym nie ocza­ruję gli­nia­rza i nie prze­ko­nam go do nie­wle­pia­nia mi man­datu, pozbędę się tego wozu. - Odwró­ciła się do niego. - Do rze­czy. Trzeba zawrzeć pakt.

- Okej.

- Raz w roku - czę­ściej byłoby jesz­cze lepiej, ale musi być przy­naj­mniej raz w roku - spo­tkamy się. Przy­jadę do cie­bie albo ty przy­je­dziesz do mnie, i gdzieś się spik­niemy, nie­ważne gdzie. Spę­dzimy razem kilka dni. Jesteś wszyst­kim, co mi z niej pozo­stało, Harry. Jesteś moją jedyną rodziną.

- Ustalmy może od razu pierw­szą datę, co do miej­sca umó­wimy się póź­niej. Wcze­śniej też może być, ale niech to będzie pierw­szy kwiet­nia.

- Prima apri­lis?

- Łatwo zapa­mię­tać. Spo­tkamy się pierw­szego kwiet­nia. To co? Piątka?

- Ech, dzie­cinko... Spró­bujmy cze­goś innego.

Objął ją ramio­nami. Pach­niał swoją matką - jej ulu­bio­nym szam­po­nem - i ukrył twarz w jej wło­sach.

- W porządku - rzekł. - Umowa stoi. Sta­raj się uni­kać kło­po­tów.

- A co to za rado­cha? Brak kło­po­tów? - Uwol­niła się z jego objęć i poło­żyła mu dło­nie na policz­kach. - Dzwoń do mnie o każ­dej porze. Jeśli ktoś będzie musiał wpła­cić za cie­bie kau­cję, to jestem do dys­po­zy­cji.

- I nawza­jem. Gotowa?

- Na przy­godę? Zawsze. Ty też sobie nie żałuj, Harry. To zna­czy przy­gód. Pierw­szy kwiet­nia - przy­po­mniała, kiedy ją odpro­wa­dzał do volks­wa­gena. - Nie wystaw mnie do wia­tru.

- Przy­pie­czę­to­wa­li­śmy umowę. Kocham cię, Mags.

- Kocham cię, Harry. - Wsia­dła do wozu i wło­żyła oku­lary prze­ciw­sło­neczne ze szkłami w kolo­rze tęczy, w opraw­kach w kształ­cie kocich oczu. Wyjęła jeden z krysz­tał­ków i podała mu przez otwarte okno samo­chodu. - Biały kamień księ­ży­cowy, odmiana orto­klazu, będzie cię chro­nił w podróży.

- A gdzie twój?

Wycią­gnęła łań­cu­szek zza koszuli.

- Do zoba­cze­nia, dzie­cinko.

Uru­cho­miła sil­nik - pra­co­wał bez zarzutu - i odje­chała. Cze­kał do chwili, aż znik­nie mu z oczu, a potem wsiadł do volvo.

Pomy­ślał, "tam do dia­bła", i powie­sił krysz­ta­łek na lusterku wstecz­nym.

Obej­rzał się po raz ostatni na dom.

I odje­chał, nie oglą­da­jąc się wię­cej za sie­bie.

Rozdział 4

Harry ruszył trasą mię­dzy­sta­nową numer 65 przez Indianę. A ponie­waż prócz Illi­nois był to jedyny stan, jaki kie­dy­kol­wiek odwie­dził, też chciał się z niego wydo­stać.

Udać się gdzie indziej, zna­leźć się w innym miej­scu, byleby było cie­pło.

Trzy­mał się auto­strady, słu­chał radia roz­krę­co­nego na cały regu­la­tor, włą­czył też ogrze­wa­nie na mak­si­mum. I kiedy prze­kro­czył gra­nice Ken­tucky, poczuł przy­pływ sił - fizycz­nych sił. Zje­chał z drogi na chy­bił tra­fił. Posta­no­wił zro­bić sobie postój, może powłó­czyć się przez jakiś czas po oko­licy.

"Stan nie­bie­skiej trawy... ofi­cjal­nie Com­mon­we­alth of Ken­tucky - sko­ry­go­wał, przy­wo­łu­jąc zgro­ma­dzone w myślach fakty. - Sto­lica to Frank­furt. Aha, konie, bour­bon, pie­czone kur­czaki, Derby, blues, Fort Knox".

To ostat­nie kazało mu się zasta­na­wiać, co zro­biłby ze szta­bami złota, gdyby mu udało się je ukraść. Powód do nie­sa­mo­wi­tej chwały, tyle że mógłby go zapro­wa­dzić do wię­zie­nia w Kan­sas. Albo w Leaven­worth. Albo do jego odpo­wied­nika w Ken­tucky.

Poza tym trudno byłoby zmie­ścić złote sztaby w ple­caku.

Zatrzy­mał się, żeby opróż­nić pęcherz i zatan­ko­wać bak, kupił Dori­tos - wciąż jego ulu­bione - i colę.

Podo­bał mu się widok wzgórz, pofał­do­wa­nia, które widział tylko na zdję­ciach albo w kinie. Wyobra­ził sobie, jak wyglą­dają w let­niej zie­leni, wzno­sząc się i opa­da­jąc, za polami, na któ­rych pasą się konie.

Może zakosz­to­wałby wiej­skiego życia. Może.

Ale choć powie­trze nie pora­żało zim­nem, wciąż jed­nak było chłodne.

Ruszył dalej, kie­ru­jąc się na połu­dnie, i gdy Dori­tos nie wypeł­niły mu pustki w żołądku, pod­je­chał pod McDo­nalda na big maca z dużymi fryt­kami.

Kobieta, która go obsłu­gi­wała - mniej wię­cej w jego wieku - podała mu z uśmie­chem torebkę.

- Pro­szę, synu - rze­kła. - Zjedz to od razu, sły­szysz?

Uznał, że ma cie­pły, przy­ja­zny akcent.

- Tak, pro­szę pani.

Rze­czy­wi­ście zjadł od razu, prze­kra­cza­jąc gra­nice Ten­nes­see.

- Whi­skey, Elvis, Dolly Par­ton, farmy tyto­niowe, bar­be­cue i blues, i Smoky Moun­ta­ins - wyre­cy­to­wał pół­gło­sem.

Dla chło­paka, który ni­gdy się nie odda­lił od domu dalej niż na trzy­sta kilo­me­trów, było to jak odkry­wa­nie nie­zna­nego lądu. Czy nawet całego świata.

Odkry­wał smak wol­no­ści. Mie­szał mu się on ze sma­kiem sekret­nego sosu McDo­nalda.

Zasta­na­wiał się, czy nie poje­chać na połu­dniowy wschód, do Mem­phis i nie odwie­dzić Gra­ce­land. Nie uwa­żał się za wiel­kiego fana Elvisa, ale ta ikona rock and rolla wciąż miała dużą siłę przy­cią­ga­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki