Wprowadzenie do drugiego wydania
Witam Czytelników nowego wydania Życie, piękna katastrofa. Gdy po raz
pierwszy od dwudziestu pięciu lat zabrałem się do przejrzenia tekstu,
zamierzałem go odświeżyć, a przede wszystkim, biorąc pod uwagę upływ
czasu, dopracować i pogłębić instrukcje medytacji oraz opis opartych na
uważności podejść do życia i cierpienia. Uaktualnienie książki wydawało
się niezbędne z uwagi na zaskakujący rozwój badań naukowych nad
uważnością i jej wpływem na zdrowie oraz dobre samopoczucie.
Jednocześnie im bardziej zagłębiałem się w tekst, tym silniej czułem, że
podstawowe jego przesłanie i treść powinny zostać zasadniczo
niezmienione, może tylko uwypuklone i pogłębione w razie potrzeby. Choć
było to kuszące, nie chciałem, by zalew naukowych dowodów
przemawiających za skutecznością uważności i jej zastosowaniami wziął
górę nad wewnętrzną przygodą i wartością, która kryje się w redukcji
stresu opartej na uważności (MSBR). Ostatecznie książka zachowała
postać, jaką miała mieć od początku -?pozostała praktycznym
przewodnikiem ukazującym sposoby kultywowania uważności i jej głęboko
optymistyczny i przeobrażający pogląd na ludzką naturę.
Od pierwszego spotkania z praktyką uważności byłem zaskoczony i podbudowany jej ożywczym wpływem na moje życie. Ostatnie z górą
czterdzieści pięć lat nie osłabiły tego poczucia. Pogłębiło się ono
nawet i stało bardziej wiarygodne, jak długa i solidna przyjaźń, która
jest wsparciem w najtrudniejszych czasach, a jednocześnie uczy nas
ogromnej pokory.
* * *
Gdy pracowałem nad pierwszą wersją tej książki, mój wydawca zasugerował,
że użycie słowa "katastrofa" w tytule nie będzie dobrym posunięciem.
Martwił się, że może ono zniechęcić wielu potencjalnych czytelników.
Starałem się więc wymyślić inny tytuł. Myślałem o dziesiątkach wersji,
ale zrezygnowałem. Tytuł "Skupianie uwagi: lecząca moc uważności"
zajmował wysoką pozycję na tej liście. Z mojego punktu widzenia z pewnością wyrażał to, o czym mówiła moja książka. Jednak myśl o tytule
Życie, piękna katastrofa ciągle powracała.
Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Do dziś podchodzą do mnie
ludzie, mówiąc, że ta książka uratowała im życie albo życie bliskim czy
przyjaciołom. Zdarzyło się to znów na konferencji Uważność w Edukacji, w której brałem udział w Cambridge w stanie Massachusetts, i tydzień
później na konferencji na temat uważności w angielskim Chester. Gdy
chłonę to, co ludzie mówią mi o wpływie mojej książki na ich życie,
jestem zawsze ogromnie wzruszony, często aż trudno wyrazić to słowami.
Czasami bardzo ciężko słucha się tych opowieści, bo do przeczytania
książki moich rozmówców przywiodło niewyobrażalne cierpienie. A jednak
taki był pierwotny zamysł jej powstania, mianowicie wskrzeszenie owej
szczególnej ludzkiej właściwości, naszej zdolności do przyjęcia zdarzeń
w ich rzeczywistej postaci -?także wtedy, gdy wydaje się to zupełnie
niemożliwe -?w sposób, który nas uzdrawia i odmienia, nawet w obliczu
kompletnej katastrofy ludzkiej kondycji. Bill Moyers, który przygotował
film o naszym programie dla cyklu telewizyjnego Healing and the Mind,
powiedział mi, że gdy dokumentował pożar w Oklahomie w 1991 roku, rok po
ukazaniu się książki, widział człowieka ściskającego pod pachą
egzemplarz wyniesiony z domu, który właśnie doszczętnie spłonął. Jakimś
cudem tytuł jest też natychmiast zrozumiały dla nowojorczyków.
Taki odzew stanowi potwierdzenie mojego przeczucia, które towarzyszyło
mi od samego początku pracy w Klinice Redukcji Stresu, gdy obserwowałem
skutki praktyki uważności u naszych pacjentów. Wielu z nich trafiało w ślepe zaułki systemu opieki zdrowotnej, a różne terapie, którym byli
poddawani, z powodu ich chronicznych dolegliwości nie prowadziły do
pełnej poprawy ich stanu, o ile w ogóle mogła być mowa o poprawie1. Było jasne, że w ćwiczeniu uważności jest coś, co
nas uzdrawia i odmienia, co może nam pomóc "odzyskać" własne życie, i to
nie w postaci jakichś romantycznych gruszek na wierzbie, lecz z powodu
prostego faktu bycia człowiekiem, ponieważ, by zacytować Williama
Jamesa, ojca amerykańskiej psychologii, "wszyscy posiadamy życiowe
zasoby, o których wykorzystaniu nawet nam się nie śniło".
Mówimy na przykład o towarzyszącej nam przez całe życie zdolności
uczenia się, rozwijania, uzdrawiania i przekształcania samych siebie, a więc o naszych wrodzonych, głębokich, wewnętrznych zasobach, które jak
wody głębinowe, złoża ropy czy minerałów w skalnym wnętrzu planety mogą
zostać odkryte, wydobyte i wykorzystane. Jak taka transformacja może
nastąpić? Wynika ona bezpośrednio z naszej umiejętności przyjęcia
szerszej perspektywy, zrozumienia, że jesteśmy kimś więcej, niż nam się
wydaje, wynika z rozpoznania pełnego wymiaru naszego istnienia, z bycia
tymi, którymi naprawdę jesteśmy. Okazuje się, że wszystkie owe wrodzone
wewnętrzne zasoby, które możemy odkryć w sobie na własny użytek,
polegają na zakorzenionej w ciele świadomości i umiejętności
kultywowania więzi z tą świadomością. Do takiego odkrywania i kultywowania więzi przystępujemy, angażując uwagę w pewien szczególny
sposób: umyślnie, tu i teraz, wolni od jakiekolwiek osądzania.
Poznałem tę sferę życia dzięki doświadczeniom medytacyjnym na długo,
zanim pojawiła się nauka badająca uważność i gdyby nauka o uważności
nigdy nie powstała, medytacja pozostałaby dla mnie równie ważna. Takie
doświadczenia same stanowią swój odrębny, samodzielny świat. Posiadają
swoją własną nieodpartą logikę, swoją własną empiryczną prawomocność i mądrość, którą można odnaleźć tylko od wewnątrz, poprzez jej celowe,
świadome i systematyczne pielęgnowanie we własnym życiu. Książka ta i program MBSR, który opisuje, tworzą pewne ramy i są swego rodzaju
przewodnikiem służącym do wędrówki po często nieznanym i czasem trudnym
terenie, aby nawigacja w jej trakcie nie była pozbawiona choćby dozy
klarowności i równowagi. Listę innych potencjalnie pomocnych książek
czytelnik znajdzie w załączniku. Wspominamy o nich, by ta wędrówka,
zwłaszcza gdyby trwała całe życie, miała stałe, bogate, urozmaicone
wsparcie. Dzięki niemu można w pełni wykorzystać różnorodność
objawiających się po drodze perspektyw, szans i wyzwań. Jest to bowiem
wędrówka i przygoda polegająca na tym, by przeżyć całe życie w pełni,
albo jeszcze lepiej, by przeżyć je w pełni przytomnie.
Żadna mapa nie zawiera kompletnego opisu danego terenu. Aby go
ostatecznie poznać, poruszać się w nim i skorzystać z jego wyjątkowych
darów, musimy go bezpośrednio doświadczyć. Musimy go zasiedlić albo
przynajmniej od czasu do czasu odwiedzać, zyskując szansę na
bezpośrednie poznanie, doświadczenie z pierwszej ręki. W przypadku
uważności owo bezpośrednie doświadczenie to nic innego jak niezwykła
przygoda naszego własnego życia, które płynie na naszych oczach z chwili
na chwilę, począwszy od chwili obecnej, tu i teraz, bez względu na to, w jak trudnej czy wymagającej sytuacji się znajdujemy. Jak zwykliśmy mówić
naszym pacjentom w Klinice Redukcji Stresu na pierwszym spotkaniu:
...z naszego punktu widzenia, dopóki oddychasz, wszystko jest z tobą w porządku bardziej niż nie w porządku, bez względu na to, co poszło źle.
To, co jest w nas w porządku, przeważnie pomijamy, uważamy za oczywiste
lub nie rozwijamy w sobie w pełni. W ciągu następnych ośmiu tygodni
wlejemy w to energię w postaci żywej uwagi i pozwolimy lekarzom, którzy
się tobą opiekują, i innym przedstawicielom systemu opieki zdrowotnej
zająć się tym, co jest "nie w porządku". Zobaczymy, co z tego wyniknie.
W tym duchu uważność, a zwłaszcza program MBSR opisany w tej książce,
jest zachętą do lepszego poznania własnego ciała, umysłu, serca i wreszcie życia poprzez angażowanie uwagi w nowy, bardziej metodyczny i przepełniony miłością sposób, co pozwala odkryć nowe obszary naszego
życia, dotąd niezauważane czy też z jakiegoś powodu ignorowane.
Angażowanie uwagi w nowy sposób jest bardzo zdrowe i potencjalnie
uzdrawiające, jakkolwiek, jak się przekonamy, nie chodzi tu w ogóle o działanie jako takie czy szukanie sobie nowego miejsca. Chodzi w znacznie większym stopniu o bycie -?o bycie tymi, którymi już jesteśmy,
oraz odkrywanie ogromnego potencjału kryjącego się w tym podejściu. Co
ciekawe, ośmiotygodniowy program MBSR jest tak naprawdę tylko początkiem
czy też nowym otwarciem. Prawdziwą przygodę stanowi i zawsze stanowiło
całe nasze życie. W pewnym sensie program MBSR jest tylko przystankiem i -?mam nadzieję -?platformą startową, od której rozpoczyna się nowy
rozdział w naszym obcowaniu z rzeczami takimi, jakimi są naprawdę.
Praktyka uważności kryje w sobie potencjał, aby być naszym towarzyszem i sojusznikiem na całe życie. Ponadto, niezależnie od tego, czy czynimy to
świadomie, wkraczając na ścieżkę uważności, przyłączamy się do
obejmującej cały świat wspólnoty ludzi, którzy poświęcili się temu
podejściu, temu sposobowi obcowania z istnieniem, życiem i światem.
Nade wszystko jednak jest to książka o kultywowaniu uważności poprzez
jej praktykowanie. Chodzi przy tym o zaangażowanie wypływające z głębokiej determinacji, wcielane jednocześnie w życie z całą możliwą
subtelnością. Wszystko, o czym w tej książce mowa, zmierza do tego, by
nas w tym zaangażowaniu wspierać.
* * *
Okazuje się, że moja książka oraz praca Kliniki Redukcji Stresu, o której opowiada, a więc o programie MBSR, odegrały ogromną rolę -?wraz z wysiłkiem wielu innych osób -?w promowaniu nowego obszaru w medycynie,
opiece zdrowotnej i psychologii. Równie ważne okazały się one dla szybko
rozwijających się badań naukowych uważności oraz ich wpływu na nasze
zdrowie i samopoczucie na każdym poziomie naszego życia biologicznego,
psychologicznego i społecznego. Uważność w coraz większym stopniu
wywiera wpływ na wiele innych dziedzin, a więc na edukację, prawo,
biznes, technikę, zarządzanie, sport, ekonomię, a nawet politykę i sprawowanie władzy. Jej uzdrawiający dla naszego świata potencjał
sprawia, że rozwój wypadków jest bardzo obiecujący.
W 2005 roku w literaturze naukowej i medycznej istniało ponad sto
artykułów na temat uważności. Obecnie, w roku 2013, jest ich ponad
tysiąc pięćset, nie mówiąc o rosnącej liczbie książek poświęconych temu
tematowi. Powstało nawet nowe czasopismo naukowe "Mindfullness". Inne
periodyki naukowe naśladują to, publikując wydania specjalne na temat
uważności albo poświęcając jej osobne rozdziały. Wśród profesjonalistów
zainteresowanie uważnością, jej zastosowaniem w dziedzinie zdrowia i samopoczucia oraz mechanizmami jej funkcjonowania jest tak wielkie, że
zakres badań nad nią rośnie w niezwykle szybkim tempie. Co więcej,
odkrycia naukowe i ich implikacje dla naszego samopoczucia i zrozumienia
związków między ciałem a umysłem, a także zrozumienia mechanizmów
stresu, bólu i choroby stają się z każdym dniem coraz bardziej
intrygujące.
Tak czy owak, drugie wydanie poświęcone jest nie tyle zrozumieniu
psychologicznych mechanizmów i powiązań neuronalnych -?jakkolwiek mogą
być one interesujące -?dzięki którym praktykowanie uważności wywiera na
nas wpływ, ile raczej skupia się na naszej zdolności zapanowania nad
życiem i jego uwarunkowaniami, a wszystko to z ogromną delikatnością i życzliwością wobec siebie samych. Chodzi więc o oddanie sprawiedliwości
pełnemu, wielowymiarowemu bogactwu naszego ludzkiego potencjału,
pozwalającego nam wieść zdrowe, satysfakcjonujące i sensowne życie. Mam
nadzieję, że nikt z nas nie będzie ćwiczył uważności tylko po to, by
zdjęcia skanów mózgu były bardziej kolorowe, nawet jeśli uważność może
być stosowana do osiągnięcia pozytywnych zmian nie tylko w aktywności
określonych obszarów mózgu, lecz również w samej jego strukturze i sieci
połączeń oraz wywoływać inne potencjalnie korzystne zmiany biologiczne,
do czego odniesiemy się w dalszych częściach. Takie korzyści dochodzą do
głosu na własnych zasadach. Dzięki praktyce medytacji pojawiają się
całkowicie naturalnie. Jeśli zdecydujemy się obrać uważność za życiową
ścieżkę, nasza motywacja do praktykowania musi być bardziej elementarna
-?może to być prowadzenie bardziej spójnego i satysfakcjonującego życia,
przeżytego w lepszym zdrowiu, życia szczęśliwszego i mądrzejszego. Inny
rodzaj motywacji może zmierzać do skuteczniejszego i bardziej
współczującego mierzenia się z cierpieniem własnym oraz cierpieniem
otaczających nas ludzi, ze stresem, bólem i chorobą w naszym życiu -?co
nazywam kompletną katastrofą ludzkiej kondycji2. Może też
chodzić o to, byśmy osiągnęli pełną wewnętrzną spójność i inteligencję
emocjonalną, które od urodzenia są w naszym zasięgu, ale czasem gubimy z nimi kontakt.
* * *
W trakcie własnej praktyki medytacyjnej i pracy wyrobiłem sobie pogląd,
że pielęgnowanie uważności to akt radykalny, akt radykalnego zdrowego
rozsądku, współczucia i -?ostatecznie -?akt radykalnej miłości. Jak
zobaczymy, chodzi o gotowość, by czasem spotkać się z samym sobą,
gotowość do życia w większym stopniu w chwili obecnej, czasem gotowość
do zatrzymania się i przyjęcia przez moment postawy czysto
egzystencjalnej zamiast ciągłego wikłania się w aktywność, przez co
zapominamy, kto i dlaczego jest podmiotem tego wszystkiego. Chodzi o to,
by nie brać naszych myśli za prawdę o tym, jak rzeczy faktycznie się
mają, by nie być tak bardzo podatnym na pułapki emocjonalnych zawirowań,
zawirowań wywołujących często jedynie ból i cierpienie, zarówno nasze,
jak i innych ludzi. Takie podejście do życia jest rzeczywiście aktem
radykalnej miłości na każdej płaszczyźnie. I jak zobaczymy, jego piękno
polega między innymi na tym, że aby tak się stało, nie trzeba robić nic
oprócz skupienia uwagi, pozostania świadomym i czujnym. Te obszary
egzystencji są już w nas i to one przesądzają o tym, kim jesteśmy.
Jeśli nawet praktyka medytacji to raczej stan bycia niż działanie, może
się to wydawać sporym przedsięwzięciem i tak faktycznie jest. W końcu na
praktykę musimy poświęcić określony czas, a to, jak zobaczymy, wymaga
pewnej celowej aktywności i dyscypliny. Zanim przyjmiemy osoby chętne do
udziału w programie MBSR, przedstawiamy im tę kwestię następująco:
Nie musisz być fanem codziennego programu sesji medytacyjnych, po prostu
musisz wziąć w nich udział (na wymagający rozkład zajęć uczestnicy
zgadzają się, składając podpis, a potem dają z siebie tyle, ile mogą).
Później, po upływie ośmiu tygodni, możesz nam powiedzieć, czy była to
strata czasu, czy nie. Na razie jednak, nawet jeśli twój umysł
podpowiada ci wciąż, że to głupie zajęcie będące stratą czasu, praktykuj
bez względu na wszystko, z całym zaangażowaniem, jakby od tego zależało
twoje życie. Ponieważ zależy -?w większym stopniu, niż myślisz.
Niedawno w "Science", jednym z najbardziej prestiżowych i wpływowych
czasopism naukowych, pojawiło się następujące zdanie: "Rozproszony umysł
to umysł nieszczęśliwy". Oto pierwszy akapit tak zatytułowanego
artykułu:
Ludzie, inaczej niż zwierzęta, spędzają mnóstwo czasu, myśląc o tym, co
wcale się wokół nich nie dzieje, kontemplując zdarzenia, które miały
miejsce w przeszłości, czy te, które mogą się zdarzyć w przyszłości albo
nie zdarzą się nigdy. "Myślenie niezależne od bodźców" czy "zamyślony,
rozproszony umysł" zdaje się być domyślnym trybem funkcjonowania mózgu.
Choć taka zdolność jest imponującym osiągnięciem ewolucyjnym, które
pozwala ludziom uczyć się, rozumować i planować, nie obywa się to bez
kosztów emocjonalnych. Wiele tradycji filozoficznych i religijnych
naucza, że szczęście można odnaleźć tylko w chwili obecnej, a ich adepci
przechodzą trening radzenia sobie z rozproszeniem oraz "bycia tu i teraz". Tradycje te sugerują, że rozproszony umysł to umysł
nieszczęśliwy. Czy mają rację?3
Harwardzcy badacze doszli do wniosku, że -?jak sugeruje tytuł -
faktycznie, owe pradawne tradycje, które podkreślają moc tkwiącą w chwili obecnej i sposoby jej kultywowania, trafiły na właściwy trop.
Wyniki tych badań mają interesujące i potencjalnie bardzo istotne
następstwa dla nas wszystkich. Chodzi bowiem o pierwsze w tak dużej
skali badania nad szczęściem w codziennym życiu. Aby badanie się udało,
naukowcy opracowali aplikację na iPhone'a, która od kilkunastu tysięcy
osób pozyskiwała losowo wybrane odpowiedzi na pytania dotyczące
szczęścia, tego, co w danym momencie robiły i czy popadały w zamyślenie
("Czy myślisz o czymś, co nie jest związane z tym, co w tej chwili
robisz?"). Okazało się, że badani przez niemal połowę czasu trwali w stanie zamyślenia lub rozproszenia. Według Matthew Killingswortha,
jednego z autorów badania, zamyślony umysł, zwłaszcza umysł zaangażowany
w roztrząsanie negatywnych lub neutralnych myśli, przyczynia się do
obniżenia poczucia szczęścia. Ogólna konkluzja brzmiała następująco:
"Bez względu na to, co ludzie robią, są znacznie mniej szczęśliwi, gdy
są zamyśleni niż wtedy, gdy są skupieni" i "powinniśmy poświęcać co
najmniej tyle samo uwagi na to, gdzie kierujemy nasze myśli, ile
poświęcamy jej na działania własnego ciała, jednak w przypadku
większości z nas, skupienie nie występuje w planie dnia, (...) powinniśmy
(również) stawiać sobie pytanie: "Co zrobię dziś ze swoim
umysłem?"4.
Jak zobaczymy, praktyka uważności sprowadza się właśnie do uświadamiania
sobie z chwili na chwilę, co dzieje się w naszym umyśle, i do
obserwacji, jak zmienia się nasze doświadczenie, gdy to robimy; jest to
również istota MBSR i o tym przede wszystkim opowiada ta książka. Dla
porządku zaznaczę tylko, że ćwiczenie uważności nie polega na zmuszaniu
umysłu, by nie popadał w zamyślenie. To byłaby tylko kolejna udręka.
Chodzi raczej o to, byśmy uświadamiali sobie, kiedy umysł popada w zamyślenie czy rozproszenie, i byśmy -?najlepiej jak potrafimy -
kierowali uwagę na powrót ku temu, co najistotniejsze i najważniejsze
dla nas w tej chwili, w "tu i teraz" na obecnym etapie naszego życia.
Uważność to umiejętność, którą można rozwijać dzięki praktyce, tak samo
jak inne umiejętności. Można też myśleć o niej tak, jak myślimy o mięśniu. Mięsień uważności staje się silniejszy, bardziej prężny i elastyczny, gdy go używamy. Podobnie też jak mięsień, uważność rozwija
się najlepiej, gdy zwiększając w ten sposób swoją siłę, musi radzić
sobie z pewną dozą oporu. Nasze ciało, umysł i stresująca codzienność z pewnością dostarczają nam wystarczająco dużo "oporu", z którym musimy
sobie poradzić. Można powiedzieć, że zapewnią nam odpowiednie warunki, w których możemy rozwijać nasz wrodzony potencjał poznania własnego umysłu
i kształtowania umiejętność trwania w świadomości, co jest najważniejsze
w naszym życiu, a robiąc to, odkrywamy nowe wymiary dobrego
samopoczucia, a nawet szczęścia, i to bez potrzeby zmieniania
czegokolwiek.
Już to, że tego typu badania, korzystające z wynalazków technicznych dla
szerokiego kręgu odbiorców, które pozwalają próbkować opinie bardzo
dużych grup w czasie realnym, są prowadzone z całą naukową starannością
i publikowane w najlepszych czasopismach naukowych, stanowi nową epokę w nauce o umyśle. Zrozumienie, że to, co dzieje się w naszym umyśle, może
mieć większy wpływ na nasze samopoczucie niż to, co w danym momencie
robimy, ma ogromne konsekwencje dla pojmowania naszego człowieczeństwa i dla kształtowania -?w bardzo praktyczny, a przy tym bardzo osobisty,
wręcz intymny sposób -?naszego rozumienia, na czym polega bycie
człowiekiem zdrowym i autentycznie szczęśliwym. Owa intymność odnosi się
oczywiście do nas samych. Na tym polega istota uważności i istota jej
kultywowania poprzez program MBSR.
Wiele nurtów w obrębie nauki -?od genomiki i proteomiki po epigenetykę i neuronaukę -?ujawnia w nowy i bezdyskusyjny sposób, że świat i postać
łączących nas z nim więzi wywierają poważny, znamienny wpływ na każdy
poziom naszej egzystencji, w tym na nasze geny i chromosomy, komórki i tkanki, wyspecjalizowane ośrodki nerwowe mózgu, sieci neuronalne, które
je łączą, jak również na nasze myśli, emocje i więzi społeczne.
Wszystkie te dynamiczne elementy naszego życia, a także wiele innych
poziomów w obrębie naszego istnienia, są ze sobą powiązane. Łącznie
decydują o tym, kim jesteśmy, i definiują poziom naszej wolności,
rozwijając nasz pełny ludzki potencjał -?zawsze nieznany i zawsze
pozostający nieskończenie blisko.
To, co dla każdego z nas znaczy bycie człowiekiem, w połączeniu z pytaniem badaczy z Harvardu "Co zamierzam zrobić dziś z własnym
umysłem?", jest sednem uważności jako sposobu istnienia. Tyle tylko że
na nasz użytek chciałbym nieco przeformułować to pytanie, uwypuklając w nim czas teraźniejszy: "Co dzieje się w moim umyśle w tej chwili?".
Możemy też rozszerzyć pytanie: "Co w tej chwili dzieje się w moim
sercu?" i "Co w tej chwili dzieje się w moim ciele?". Nie musimy nawet
do tego używać myśli, ponieważ potrafimy czuć, co się dzieje w umyśle,
sercu i ciele -?właśnie teraz. Takie odczuwanie, takie uchwycenie
własnego stanu jest innym poziomem wiedzy, wykraczającym poza wiedzę
osadzoną w myślach. Właśnie to oznacza słowo "świadomość". Sięgając po
tę wewnętrzną zdolność, możemy w niezwykle wyzwalający sposób badać,
dociekać i chwytać to, co się dla nas w tym zakresie dzieje.
Pielęgnowanie uważności wymaga, byśmy angażowali uwagę i zamieszkali w chwili obecnej oraz byśmy robili dobry użytek z tego, co widzimy,
czujemy, wiemy i czego się uczymy w tym procesie. Jak się okaże, roboczo
definiuję uważność jako świadomość, która wyłania się z celowego
angażowania uwagi w chwili obecnej w sposób wolny od osądzania.
Świadomość to nie to samo co myślenie. Jest to komplementarna forma
inteligencji, sposób uzyskiwania wiedzy, który jest co najmniej tak samo
wspaniały i potężny -?jeśli nie potężniejszy -?jak myślenie. Co więcej,
możemy utrzymywać nasze myśli w polu świadomości, przez co zyskujemy
zupełnie nowy punkt widzenia na myśli jako takie oraz na ich treść. I tak samo, jak możemy udoskonalić i rozwinąć myślenie, możemy udoskonalić
i rozwinąć świadomość, choć z reguły wiemy niezwykle mało, jak to
zrobić, a nawet nie wiemy, czy w ogóle jest to możliwe. Świadomość
natomiast może być rozwijana poprzez ćwiczenie zdolności skupiania uwagi
i wnikliwości.
Następnie, gdy mówimy o uważności, trzeba pamiętać, że równie ważna jest
uważność serca. W językach azjatyckich słowo oznaczające "umysł" to
zwykle to samo słowo, które oznacza również "serce". Jeśli więc trafiamy
na słowo "uważność", czyli mindfulness, i nie czujemy lub nie słyszymy
w nim wibracji uważności serca, to z dużym prawdopodobieństwem jego
istota nam umyka. Uważność nie jest tylko jedną z koncepcji czy dobrą
ideą. Jest sposobem istnienia. Jej synonim, świadomość, to rodzaj
wiedzy, który po prostu wyrasta ponad myśl i oferuje nam więcej
możliwości wyboru relacji łączących nas z tym, co pojawia się w naszym
umyśle, sercu, ciele i w ogóle w naszym życiu. To wiedza głębsza niż
myślenie oparte na pojęciach. Bardziej przypomina mądrość i bliżej jej
do wolności, która wyłania się w perspektywie budowanej przez mądrość.
* * *
Jeśli idzie o pielęgnowanie uważności, to -?jak się przekonamy -
skupianie uwagi na myślach i emocjach pojawiających się w danej chwili
jest tylko fragmentem większej całości. Jest to jednak niezwykle ważny
fragment. Niedawno opublikowana praca Elissy Epel i Elizabeth Blackburn
wraz z zespołem z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco
(Blackburn z kolegami otrzymała w 2009 roku Nagrodę Nobla za odkrycie
telomerazy, enzymu spowalniającego starzenie) wykazuje, że nasze myśli i emocje, a zwłaszcza myśli naładowane stresem, w tym zmartwienia
dotyczące przyszłości albo obsesyjne rozmyślania na temat przeszłości,
zdają się wpływać na tempo starzenia się aż po poziom komórkowy i nasze
telomery -?wyspecjalizowane fragmenty DNA położone na końcu chromosomów,
które pełnią kluczową rolę w procesie podziału komórkowego i z wiekiem
stają się coraz krótsze. Epel i Blackburn wraz z kolegami wykazały, że w warunkach chronicznego stresu telomery skracają się znacznie szybciej,
ale też jednocześnie zwróciły uwagę, że to sposób, w jaki ten stres
postrzegamy, decyduje o tym, jak szybko telomery ulegają degradacji i skróceniu. Różnica może być warta wiele lat życia. Co ważne, nie oznacza
to, że musimy pozbyć się źródeł naszego stresu. Od niektórych zresztą
nigdy się nie uwolnimy. Niemniej badania pokazują, że możemy zmienić
swoje nastawienie, a tym samym zmienić nasz stosunek do uwarunkowań, w których żyjemy, i to w sposób, który może wpłynąć na nasze zdrowie,
samopoczucie i być może również długość życia.
W tej chwili dowody naukowe sugerują, że dłuższe telomery są związane z różnicą między poziomem naszej obecności tu i teraz ("Czy w minionym
tygodniu miałeś chwile, gdy czułeś się całkowicie skupiony czy
zaangażowany w to, co w danej chwili robiłeś?") a poziomem rozproszenia
czy zamyślenia ("Opór wobec bycia tu i teraz czy robienia tego, co
właśnie robimy"). Owa różnica wyliczona we wskazaniach dotyczących tych
dwu pytań, którą badacze nazwali roboczo "stanem świadomości", jest
bardzo ściśle związana z uważnością.
Inne badania, które uwzględniały raczej poziom enzymu telomerazy niż
długość telomerów, sugerują, że wpływ naszych myśli -?zwłaszcza gdy
odbieramy daną sytuację jako zagrażającą naszej pomyślności, niezależnie
od tego, czy tak jest rzeczywiście -?może sięgać aż do poziomu tej
wyjątkowej molekuły, mierzonego w komórkach odpornościowych krążących we
krwi, co z kolei najwyraźniej ma wpływ na nasze zdrowie, a nawet długość
naszego życia. Konsekwencje tych badań mogą nas skłonić do tego, byśmy
bardziej świadomie i uważnie podchodzili do stresu w naszym życiu. Warto
też, byśmy zadali sobie pytanie, jak podchodzić do stresu w sposób
bardziej przemyślany i mądry.
* * *
Jest to książka o tobie i twoim życiu. Opowiada o twoim umyśle i ciele
oraz o tym, jak naprawdę możesz nauczyć się stworzyć z nimi mądrzejszą
relację. Jest to zaproszenie do podjęcia eksperymentu praktykowania
uważności i stosowania uważności w życiu codziennym. Pierwotnie
napisałem ją dla naszych pacjentów i ludzi podobnych do nich na całym
świecie -?innymi słowy, książka powstała dla normalnych ludzi. Pod
pojęciem normalnych ludzi mam na myśli ciebie i mnie, kogokolwiek,
każdego.
Jeśli odsuniemy na bok historię naszych wysiłków i dokonań i sięgniemy
do esencji życia oraz konieczności uporania się z ogromem życiowych
wyzwań, jesteśmy wszyscy po prostu zwykłymi ludźmi, radzącymi sobie z tym trudnym zadaniem najlepiej, jak potrafimy. I nie mam na myśli tylko
tego, co trudne czy niechciane w naszym życiu -?chodzi o wszystko, co
się w nim pojawia: dobro, zło i szpetotę.
Dobro przy tym jest ogromne -?według mnie na tyle, by dać sobie radę z tym, co złe i brzydkie, z tym, co trudne i niemożliwe. Można je znaleźć
nie tylko w świecie zewnętrznym, lecz również w sobie. Praktyka
uważności obejmuje odnalezienie, rozpoznanie i zrobienie użytku z tego,
co już jest w porządku, co już jest piękne, co już jest kompletne z tego
prostego powodu, że jesteśmy ludźmi. Obejmuje też czerpanie z tych
zasobów, byśmy żyli tak, jak gdyby rzeczywiście liczył się nasz stosunek
do wszystkich zjawisk w naszym życiu.
Z biegiem lat coraz głębiej uświadamiałem sobie, że w przypadku
uważności chodzi w gruncie rzeczy o relacyjność i o to, jak możemy
nauczyć się żyć w każdym aspekcie uczciwie, z życzliwością wobec siebie
i innych i wreszcie mądrze. Pod pojęciem relacyjności rozumiem to, w jakiej relacji pozostajemy do wszystkiego, łącznie z naszym umysłem,
ciałem, myślami, emocjami, naszą przeszłością i tym, co się wydarzyło i co doprowadziło nas, wciąż gotowych do zaczerpnięcia następnego oddechu,
aż do tej chwili. Nie jest to łatwe. Tak naprawdę to najcięższe zadanie
na świecie. Bywa trudne i przykre, tak samo jak życie bywa trudne i przykre. Ale zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy: czy mamy
alternatywę? Jakie konsekwencje nas czekają, gdy nie obejmiemy w pełni
własnego życia, gdy nie doprowadzimy do tego, by naszą była ta jedyna
chwila, kiedy możemy go doświadczyć? Jak wielkie wtedy będzie poczucie
straty, żalu i cierpienia?
* * *
Powracając do badania szczęścia przeprowadzonego za pomocy aplikacji na
iPhone'a, badacze z Harvardu zwrócili uwagę na kwestie istotne dla
każdego, kto zamierza rozpocząć przygodę z uważnością i MBSR:
Wiemy, że ludzie są najszczęśliwsi, gdy stają wobec odpowiednich wyzwań
-?a więc gdy próbują osiągnąć cele, które są trudne do zrealizowania,
ale pozostają w ich zasięgu. Wyzwanie i zagrożenie to nie to samo.
Ludzie rozkwitają w obliczu wyzwań i więdną w obliczu zagrożeń.
MBSR stanowi niezwykle intensywne wyzwanie. Pod wieloma względami
trwanie w chwili obecnej, w stanie przestrzennej uwagi skierowanej na
przepływ wydarzeń może być dla nas, ludzi, najtrudniejszym zadaniem.
Jednocześnie jest to również absolutnie wykonalne i wiele osób na całym
świecie się o tym przekonało, biorąc udział w programach MBSR i kontynuując praktykę oraz kultywowanie uważności jako integralną część
swojego codziennego życia. Jak zobaczymy, pielęgnowanie pogłębionej
uważności niesie w sobie nowe sposoby pracy z tym, co uznajemy za
zagrożenie, a także uczy, jak inteligentnie reagować na takie
wydarzenia, zamiast reagować odruchowo, uruchamiając potencjalnie
niezdrowe konsekwencje.
Gdybym miał rokować o twoim szczęściu i w tym celu dysponowałbym tylko
jedną informacją na twój temat, nie chciałbym znać twojej płci,
wyznania, stanu zdrowia ani poziomu dochodów. Chciałbym za to poznać
sieć więzi społecznych, której jesteś częścią -?chciałbym dowiedzieć się
o twoich przyjaźniach i rodzinie, a także o sile związków, jakie cię z nimi łączą.
Powszechnie wiadomo, że siła tych więzi jest ściśle połączona z ogólnym
stanem zdrowia i dobrym samopoczuciem. Dzięki uważności dodatkowo się
one pogłębiają, ponieważ istotą uważności, jak mieliśmy okazję
stwierdzić, jest relacyjność i uczestniczenie w związkach -?zarówno w odniesieniu do nas samych, jak i otaczających nas ludzi.
Wyobrażamy sobie, że jedna czy dwie doniosłe sprawy będą miały
zasadniczy wpływ (na nasze szczęście). Wygląda jednak na to, że
szczęście jest sumą setek drobiazgów... Małe rzeczy mają znaczenie.
Małe rzeczy nie tylko mają znaczenie. Nie są również wcale takie małe.
Okazuje się, że są wielkie. Drobne korekty punktu widzenia, podejścia i starań, by być tu i teraz, mogą mieć ogromny wpływ na nasze ciało, umysł
i na otaczający nas świat. Nawet najdrobniejszy objaw uważności w każdej
chwili może przyczynić się do przebłysku intuicji czy wglądu, który
doprowadzi do sporej przemiany. Gdy owe wysiłki zmierzające do większej
uważności są stale ponawiane, mogą się rozwinąć i przekształcić w nowy,
solidniejszy i bardziej stabilny tryb bycia.
Na które spośród tych małych rzeczy mogących zwiększyć nasze poczucie
szczęścia i poprawić samopoczucie powinniśmy zwrócić uwagę? Oto co mówi
Dan Gilbert, jeden z autorów badania poświęconego poczuciu szczęścia:
Do najważniejszych rzeczy należy podjęcie zobowiązań w sprawie pewnych
prostych zachowań -?medytacji, ćwiczeń ruchowych, wystarczającej ilości
snu i praktykowania altruizmu... oraz wzmacniania swoich więzi
społecznych.
Jeśli to, co stwierdziłem wcześniej na temat medytacji jako radykalnego
aktu miłości, jest prawdą, wówczas medytacja sama w sobie jest również
podstawowym altruistycznym przejawem dobroci i akceptacji -?zaczynamy od
siebie, ale do siebie się nie ograniczamy!
* * *
Od pierwszego wydania tej książki nasz świat zmienił się ogromnie,
niewyobrażalnie, być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu
dwudziestu pięciu lat. Weźmy choćby laptopy, smartfony, internet,
Google, Facebooka, Twittera, wszechobecny bezprzewodowy dostęp do
informacji i ludzi, wpływ tej zataczającej coraz szersze kręgi cyfrowej
rewolucji po prostu na wszystko, co robimy, coraz szybsze tempo naszego
życia i zmiany w samym stylu życia siedem dni w tygodniu, nie mówiąc już
o olbrzymich zmianach społecznych, ekonomicznych i politycznych. Rosnące
tempo zmian, z którym mamy do czynienia obecnie, raczej nie osłabnie.
Jego skutki będą coraz bardziej odczuwalne i coraz bardziej
nieuniknione. Można powiedzieć, że rewolucja naukowo-techniczna (i jej
wpływ na nasze życie) ledwo się rozpoczęła. Stres związany z dostosowaniem się do niej w nadchodzących dekadach z pewnością się
zwiększy.
Książka ta i opisany w niej program MBSR są pomyślane jako skuteczna
przeciwwaga dla wszystkiego, co nas od siebie odciąga, i antidotum na
utratę kontaktu z tym, co naprawdę ważne. Jesteśmy tak skłonni do
popadania w pośpiech w działaniu, tak bardzo uwięzieni we własnych
myślach i opiniach o tym, co uznajemy za ważne, że niezwykle łatwo
wikłamy się w stan chronicznego napięcia, niepokoju i ciągłego
rozproszenia, a to stale napędza nasze życie i staje się domyślnym
trybem naszego funkcjonowania, naszym autopilotem. Stres jest jeszcze
bardziej złożony, gdy mamy do czynienia z poważną dolegliwością,
chronicznym bólem czy chroniczną chorobą, która dotyka nas samych albo
kogoś z bliskich. Uważność, jako skuteczna i niezawodna przeciwwaga
wzmacniająca nasze zdrowie, samopoczucie, a może nawet równowagę
psychiczną, odgrywa więc coraz większą rolę.
Ironia losu polega na tym, że gdy możemy korzystać z dobrodziejstw
łączności z każdym wszędzie w dowolnej chwili, kontakt z samym sobą i wewnętrznym krajobrazem naszego życia wydaje się trudniejszy niż
kiedykolwiek. Co więcej, możemy mieć poczucie, że na kontakt z samym
sobą brakuje czasu, mimo że codziennie mamy do dyspozycji wciąż te same
dwadzieścia cztery godziny. Po prostu wypełniamy ten czas taką porcją
aktywności, że ledwo mamy chwilę dla siebie czy na zaczerpnięcie
oddechu, dosłownie i w przenośni, nie mówiąc już o czasie pozwalającym
sobie uświadomić, co robimy i dlaczego, gdy się czymś zajmujemy.
Pierwszy rozdział tej książki nosi tytuł "W życiu są tylko chwile". Jest
to stwierdzenie faktu niebudzącego żadnych wątpliwości. Pod tym względem
w życiu nas wszystkich nic się nie zmieni bez względu na to, jak
wielkiej cyfryzacji ulegnie nasz świat. Niemniej jakże często nie mamy
żadnego kontaktu z bogactwem chwili obecnej i z tym, że bardziej
świadome jej przeżywanie kształtuje następną chwilę. Gdy jednak udaje
nam się pielęgnować świadomą postawę, nadaje ona nowy kształt naszej
przyszłości, a jakość naszego życia i związków z innymi ludźmi zmienia
się w sposób, którego nie potrafimy przewidzieć.
Jedynym sposobem wpłynięcia na przyszłość jest wzięcie teraźniejszości w ramiona, cokolwiek o niej myślimy. Gdy zadomowimy się w doświadczanej
przez nas chwili z pełną świadomością, następna zupełnie się zmieni ze
względu na naszą obecność w tej, która właśnie upływa. Może się wówczas
zdarzyć, że odkryjemy kreatywne sposoby życia pełnią właśnie tego czasu,
który został nam dany.
Czy możemy doświadczać radości i satysfakcji podobnie jak cierpienia?
Może pośród życiowych burz warto zadomowić się bardziej we własnej
skórze? Jak smakuje swoboda dobrego samopoczucia albo nawet
autentycznego szczęścia? Właśnie o tę stawkę toczy się gra. To jest
właśnie skarb kryjący się w chwili obecnej, gdy utrzymujemy jej
świadomość, bez osądzania, z pewną dozą życzliwości.
* * *
Zanim zaczniemy wspólnie odkrywać uważność, czytelnika może
zainteresować, że sporo ostatnich badań MBSR zakończyło się nadzwyczaj
interesującymi i obiecującymi wynikami. Podczas gdy, jak już
stwierdziliśmy, uważność rządzi się własną logiką, ma własny język i istnieje wiele powodów, by wpisać ją w swój życiowy plan oraz
systematycznie pielęgnować, opisane poniżej odkrycia naukowe, wraz z innymi ustaleniami przedstawionymi w dalszych częściach książki, mogą
stanowić dodatkową zachętę do wdrożenia curriculum MBSR.
Badacze Massachusetts General Hospital i Uniwersytetu Harvarda,
posługując się funkcjonalnym rezonansem magnetycznym, wykazali, że
ośmiotygodniowy trening MBSR przyczynia się do rozwoju różnych
ośrodków mózgu związanych z uczeniem się, pamięcią, regulacją emocji,
poczuciem własnego ja i przyjmowaniem punktu widzenia. Odkryli
również, że ciało migdałowate, ośrodek położony w głębi mózgu,
odpowiedzialny za ocenę i reakcję na postrzegane zagrożenie, po
treningu MBSR skurczył się, a skala tej zmiany była powiązana z poprawą poziomu odczuwanego stresu5. Owe wstępne odkrycia
pokazują, że przynajmniej niektóre ośrodki mózgu reagują na trening
medytacji uważności, reorganizując swoją strukturę, co samo w sobie
stanowi przykład zjawiska znanego jako neuroplastyczność. Pokazują
również, że funkcje istotne dla naszego dobrego samopoczucia i jakości
życia, takie jak przyjmowanie perspektywy, regulacja uwagi, uczenie
się i pamięć, regulacja emocji i ocena zagrożenia dzięki treningowi
MBSR poddają się pozytywnemu wpływowi.
Naukowcy z Uniwersytetu Toronto, również używając funkcjonalnego
rezonansu magnetycznego, odkryli, że osoby, które ukończyły program
MBSR, wykazywały podwyższoną aktywność neuronalną w strukturze
kojarzonej z osadzonym w ciele doświadczeniem chwili obecnej, a obniżoną aktywność w innej sieci połączeń neuronalnych, związanych z poczuciem ja doświadczanym w strumieniu czasu (opisywanym jako "sieć
narracyjna", ponieważ zwykle jej działanie pociąga za sobą powstanie
interpretacji, kim według siebie samych jesteśmy). Ta druga sieć jest
najczęściej zaangażowana w stan zamyślonego umysłu, właściwość, od
której -?jak mogliśmy się przekonać -?w dużym stopniu zależy, czy
czujemy się szczęśliwi tu i teraz. Badanie pokazało także, że MBSR
może rozłączyć te dwie formy autoreferencji, działające zazwyczaj
wspólnie6. Odkrycia te oznaczają, że jeśli nauczymy się
nawiązywać kontakt z chwilą obecną i jeśli ta umiejętność zakorzeni
się w ciele, to będziemy potrafili unikać nadmiernego uwikłania w dramat narracyjnej jaźni czy też zagubienia we własnych myślach. Jeśli
już natomiast do tego dojdzie, zrozumiemy, co się dzieje i na powrót
skierujemy uwagę na sprawy w danym momencie najważniejsze. Badania te
sugerują również, że uwolniona od osądzania świadomość naszego
pogrążonego w myślach umysłu może być drogą do większego poczucia
szczęścia i lepszego samopoczucia w tej właśnie upływającej chwili,
bez żadnej potrzeby zmieniania czegokolwiek. Odkrycia te pociągają za
sobą istotne konsekwencje nie tylko dla ludzi cierpiących na
zaburzenia nastroju, w tym doznania niepokoju i depresji, lecz również
dla nas wszystkich. Stanowią również istotny krok ku wyjaśnieniu, co
psychologowie mają na myśli, używając pojęcia "jaźń". Rozróżnienie
między tymi dwiema sieciami neuronalnymi -?jedną z niecichnącą
"opowieścią o mnie" i drugą bez tej opowieści -?i pokazanie, jak ze
sobą współdziałają i jak uważność może zmienić ich wzajemną relację,
rzuca być może trochę światła na tajemnicę, kim i czym w naszej opinii
jesteśmy oraz jak radzimy sobie z życiem i funkcjonowaniem jako pełna,
zintegrowana istota, osadzona co najmniej przez jakiś czas w samowiedzy.
Badacze z Uniwersytetu Wisconsin wykazali, że trening MBSR grupy
zdrowych osób zmniejszył wpływ stresu psychicznego (związanego z wygłoszeniem wykładu przed grupą nieznanych i obojętnych słuchaczy) na
wywołany w warunkach laboratoryjnych efekt stanu zapalnego skóry
skutkujący opryszczką. Było to pierwsze badanie, w którym posłużono
się starannie opracowanym porównawczym zespołem warunków kontrolnych
(HEP -?Health Enhancement Program), który odpowiadał MBSR pod każdym
względem z wyjątkiem praktyki uważności. Obie grupy były
nierozróżnialne w zakresie samodzielnego raportowania wskaźników zmian
dotyczących stresu psychologicznego i symptomów fizycznych związanych
z MBSR lub HEP. Natomiast opryszczka była w sposób jednorodny mniejsza
w grupie poddanej treningowi MBSR niż w grupie HEP. Co więcej, osoby,
które spędzały więcej czasu na praktyce uważności wykazywały
silniejszy efekt osłonowy w odniesieniu do stresu psychologicznego
związanego z zapaleniem (wielkość opryszczki) niż te, które
praktykowały mniej7. Autorzy odnoszą wyniki tych wstępnych
badań nad tak zwanym zapaleniem neurogennym do wyników, o których
donosiliśmy w przypadku pacjentów cierpiących na łuszczycę, a więc
schorzenie będące również zapaleniem neurogennym. Badanie to, opisane
w rozdziale 13, wykazało, że osoby z łuszczycą, które medytowały w trakcie zabiegów naświetlania ultrafioletem, dochodziły do zdrowia
cztery razy szybciej niż osoby, które poddały się jedynie terapii
naświetlania bez medytacji8.
W badaniu, przy którym współpracowaliśmy z tą samą grupą na
Uniwersytecie Wisconsin, przyglądając się wpływowi MBSR w środowisku
korporacyjnym w godzinach pracy, w przypadku zdrowych lecz narażonych
na stres pracowników, stwierdziliśmy, że aktywność elektryczna w pewnych obszarach mózgu znanych z udziału w procesie wyrażania emocji
(w przedczołowej korze mózgowej) zmieniła wśród uczestników programu
MBSR umiejscowienie (z prawostronnego na lewostronne), co sugerowało,
że medytujący radzili sobie z emocjami takimi jak niepokój i frustracja -?w sposób, który możemy uznać za wyższy poziom
inteligencji emocjonalnej -?skuteczniej niż uczestnicy z grupy
kontrolnej. Ci ostatni oczekiwali na udział w programie MBSR po
zakończeniu badania, natomiast brali udział w testach laboratoryjnych
według tego samego harmonogramu i w ten sam sposób jak grupa MBSR.
Cztery miesiące po zakończeniu programu przeniesienie aktywności
badanego ośrodka z prawej strony mózgu na lewą było wciąż widoczne. Z badania wynikało również, że gdy uczestnikom obu grup podano pod
koniec badania szczepionkę przeciw grypie, grupa MBSR w następnych
tygodniach wykazała się znacząco silniejszym wzrostem ilości
przeciwciał w systemie odpornościowym, niż odnotowano to w grupie
kontrolnej uczestników badania z listy oczekujących. Grupa MBSR
cechowała się również konsekwentnym powiązaniem zakresu zmiany
aktywności z lewej strony na prawą stronę mózgu oraz ilością antyciał
wyprodukowanych w reakcji na szczepionkę. Nie odnaleziono żadnego
śladu takiego powiązania w grupie kontrolnej9. Było to
pierwsze badanie pokazujące, że dzięki treningowi MBSR można w ciągu
ośmiu tygodni faktycznie zmienić różnicujący wskaźnik aktywności mózgu
dwu stron przedczołowej kory mózgowej, charakterystykę określonego
stylu emocjonalnego, wskaźnik, który u dorosłych uchodził za
stosunkowo trwały i niezmienny "ustalony parametr". Było to również
pierwsze badanie MBSR ujawniające zmiany w systemie odpornościowym.
Badanie przeprowadzone przez UCLA i Uniwersytet Carnegie Mellon
odnotowało, że wśród uczestników programu MBSR obniżył się wskaźnik
samotności, która podnosi ryzyko problemów zdrowotnych zwłaszcza w późniejszym wieku. Badanie przeprowadzone wśród dorosłych w wieku od
pięćdziesięciu pięciu do osiemdziesięciu pięciu lat wykazało ponadto,
że poza zmniejszeniem samotności uczestników, program obniżył
aktywność genów związanych ze stanami zapalnymi, mierzoną w komórkach
odpornościowych pobranych z krwi. Kolejnym skutkiem było zmniejszenie
ilości wskaźnika zapaleń znanego jako białko c-reaktywne. Odkrycia te
mają potencjalnie bardzo duże znaczenie, ponieważ stany zapalne są w coraz większym stopniu uznawane za kluczowy element zapadalności na
raka, na choroby sercowo-naczyniowe, a także chorobę
Alzheimera10. Ponadto wiele różnych programów opracowanych
w celu ograniczenia społecznej izolacji zakończyło się niepowodzeniem.
* * *
Podsumowując, uważność nie jest jedynie fajnym pomysłem czy miłą
filozofią. Jeśli ma stanowić dla nas w ogóle jakąś wartość, musimy ją
wcielić w nasze życie codzienne w takiej mierze, w jakiej możemy to
zrobić bez zbędnego przymusu. Innymi słowy, powinniśmy się przy tym
wykazać pewną lekkością i łagodnością, pielęgnując poczucie
samoakceptacji, dobroci i współczucia wobec samych siebie. Medytacja
uważności w coraz większym stopniu zadomawia się zarówno w Ameryce, jak
i na całym świecie. Właśnie z tą świadomością, w tym kontekście i w tym
duchu miło mi powitać czytelników tego zmienionego i uaktualnionego
wydania Życie, piękna katastrofa.
Oby wasza praktyka uważności rozwijała się, rozkwitała i dodawała wam
sił w życiu w każdej jego chwili i każdego dnia.
Jon Kabat-Zinn
28 maja 2013 roku
Wstęp
Stres, ból i choroba: w obliczu kompletnej katastrofy
Książka ta jest dla Czytelnika swego rodzaju zaproszeniem do wyruszenia
w podróż drogą własnego rozwoju, odkrywania siebie, uczenia się i uzdrowienia. Jej fundament to trzydzieści cztery lata doświadczeń
klinicznych z udziałem ponad dwudziestu tysięcy osób, które wyruszyły w taką samą podróż dzięki udziałowi w ośmiotygodniowym kursie znanym jako
Program Redukcji Stresu w Oparciu o Uważność (MBSR od angielskiego
Mindfulness-Based Stress Reduction), oferowanym przez Klinikę Redukcji
Stresu Centrum Medycznego Uniwersytetu Massachusetts w Worcester.
Obecnie, gdy piszę te słowa, w szpitalach, przychodniach i klinikach w Stanach Zjednoczonych oraz na całym świecie działa ponad 720 wzorowanych
na MBSR programów opierających się na uważności. Na całym świecie wzięło
w nich udział tysiące ludzi.
Od chwili założenia kliniki w 1979 roku program MBSR nieustannie
stymulował rozwój nowego nurtu w dziedzinie medycyny, psychiatrii i psychologii, który najlepiej określić jako medycyna partycypacyjna.
Programy opracowane w oparciu o uważność stały się dla uczestników
szansą na pełniejsze zaangażowanie na rzecz zdrowia i dobrego
samopoczucia, podróż uzupełniającą wszelkie terapie medyczne. Oczywiście
to zaangażowanie zaczyna się tam, gdzie pacjenci znajdują się akurat w chwili podjęcia tego wyzwania, polegającego na tym, że zrobią dla siebie
coś, czego nikt inny dla nich nie zrobi.
W roku 1979 MBSR był nowym programem klinicznym w obrębie nowej gałęzi
medycyny znanej jako medycyna behawioralna, określanej dziś szerzej
mianem medycyny ciała i umysłu oraz medycyny integracyjnej. Z perspektywy medycyny ciała i umysłu czynniki mentalne i emocjonalne,
sposób, w jaki myślimy i w jaki się zachowujemy, mogą mieć istotny
wpływ, zarówno pozytywny, jak i negatywny, na nasze zdrowie oraz
zdolności regeneracyjne. Powiązane są także z jakością życia i satysfakcją z niego nawet w przypadku przewlekłej choroby, chronicznego
bólu czy stresu.
Takie podejście, w 1979 roku uznawane za radykalne, dziś stanowi
aksjomat w medycynie. Możemy więc po prostu stwierdzić, że program MBSR
to kolejny przykład praktykowania dobrej medycyny. Obecnie, jak się
właśnie przekonaliśmy, jego wartość i zastosowania potwierdzają
przekonujące dowody naukowe. Nie było to takie oczywiste, gdy książka
ukazała się po raz pierwszy. Wydanie to podsumowuje najistotniejsze
wyniki badań przemawiające za stosowaniem programów opartych na
uważności, a także dowody świadczące o skuteczności tych programów w obniżaniu poziomu stresu, regulacji objawów oraz w odzyskaniu równowagi
emocjonalnej dzięki rozmaitym podejściom, nie wspominając o wpływie na
mózg i system odpornościowy. Jest również mowa o tym, jak trening
uważności stał się integralną częścią zarówno dobrej praktyki medycznej,
jak i skutecznej edukacji w tej dziedzinie.
Osoby, które dążą do samorozwoju, odkrywania samych siebie, uczenia się
i uzdrowienia, jakie umożliwia MBSR, pragną odzyskać kontrolę nad swoim
zdrowiem i osiągnąć względny spokój umysłu. Pojawiają się u nas ze
skierowaniem lekarskim lub -?coraz częściej -?z własnej woli, z powodu
najrozmaitszych problemów życiowych i medycznych, od bólu głowy,
wysokiego ciśnienia, bólu pleców, po choroby serca, raka, AIDS i stany
lękowe. Trafiają do nas ludzie młodzi, leciwi i w średnim wieku. Podczas
treningu MBSR uczą się, jak się o siebie zatroszczyć. Nie ma on jednak
zastąpić terapii medycznej, lecz być jej niezbędnym uzupełnieniem.
Podczas ośmiotygodniowego kursu, którego istotą jest intensywny
samodzielny program treningowy poświęcony sztuce świadomego życia, nasi
pacjenci dowiadują się więcej niż przez lata dociekań. Książka ta jest
odpowiedzią na ich pytania. Ma być praktycznym przewodnikiem dla
każdego, w zdrowiu czy w chorobie, w stresie czy w bólu, kto chciałby
przekroczyć własne ograniczenia i poprawić swoje zdrowie i samopoczucie.
MBSR opiera się na surowym i systematycznym treningu uważności, formie
medytacji wywodzącej się z buddyjskich tradycji Azji. Najprościej rzecz
ujmując, uważność to wolna od osądu świadomość każdej mijającej chwili.
Kultywuje się ją poprzez intencjonalne nakierowanie uwagi na rzeczy,
którym zazwyczaj nie przypisuje się większego znaczenia. Jest to
podejście systematyczne, zmierzające do rozwinięcia nowych rodzajów
aktywności, kontroli i mądrości, w oparciu o naszą zdolność do
angażowania uwagi oraz w oparciu o świadomość, wgląd i współczucie,
które się wtedy rodzą.
Klinika Redukcji Stresu to nie pogotowie ratunkowe, w którym pacjenci w sposób bierny otrzymują pomoc i wskazówki terapeutyczne. Program MBSR to
formuła aktywnego uczenia się, dzięki której uczestnicy programu
rozwijają swoje naturalne zdolności i zaczynają robić dla siebie coś, co
prowadzi do poprawy zdrowia oraz samopoczucia.
Jak pokazaliśmy, w trakcie tego procesu zakładamy, że dopóki oddychamy,
wszystko jest z nami bardziej w porządku niż nie w porządku, choć w danej chwili możemy czuć się chorzy lub zdesperowani. Jeśli jednak
zamierzamy zmobilizować nasz potencjał rozwoju i samouzdrawiania, a także zyskać większą kontrolę nad swoim życiem, nie obędzie się bez
wysiłku. Dlatego też przestrzegamy naszych pacjentów, że udział w programie może się wiązać ze stresem.
Czasem wyjaśniam to stwierdzeniem, że zdarzają się chwile, gdy trzeba
rozniecić ogień w jednym miejscu, aby ugasić go gdzie indziej. Żadne
lekarstwo samo w sobie nie uodporni nas na stres czy ból, nie rozwiąże w magiczny sposób naszych życiowych problemów ani nas nie uzdrowi. Na
drodze do uzdrowienia, osiągnięcia wewnętrznego spokoju i dobrego
samopoczucia, musimy podjąć świadomy wysiłek -?pracować ze stresem i bólem, które są przyczyną naszego cierpienia.
W tych czasach stres wypełnia nasze życie tak wszechobecnie i podstępnie, że wielu ludzi podejmuje wysiłek, by zrozumieć lepiej jego
działanie oraz znaleźć kreatywne antidotum. Odnosi się to zwłaszcza do
tych aspektów stresu, których nie uda się poddać pełnej kontroli, ale
które można przeżywać inaczej, jeśli umiemy osiągnąć przynajmniej
chwilową równowagę i potrafimy włączyć je w szerszą strategię zdrowszego
sposobu życia. Osoby, które decydują się na tego typu pracę ze stresem,
zaczynają rozumieć daremność oczekiwania, że pomoże ktoś z zewnątrz i wszystko naprawi. Takie osobiste zaangażowanie odgrywa jeszcze większą
rolę, gdy cierpimy na przewlekłą chorobę albo jesteśmy dotknięci
ułomnością, dodatkowo podnoszącą poziom stresu, jakby i tak nie dość go
było w naszej codzienności.
Problematyka stresu nie dopuszcza naiwnych czy prowizorycznych
rozwiązań. U swoich podstaw stres jest naturalną częścią życia, od
której nie ma ucieczki, tak jak nie ma jej od ludzkiej kondycji jako
takiej. Niektórzy jednak próbują unikać stresu, odgradzając się od
pełnego przeżywania własnego życia. Inni, aby od niego uciec,
znieczulają się w ten czy inny sposób. Oczywiście unikanie
niepotrzebnego bólu i uciążliwości można uznać wyłącznie za wyraz
rozsądku. Z pewnością wszyscy musimy czasem nabrać dystansu do naszych
problemów. Jeśli jednak ucieczka i unikanie stają się nawykowym sposobem
radzenia sobie z nimi, to problemy się nawarstwiają. Problemy nie
znikają za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gdy przestajemy się w nie wsłuchiwać, gdy od nich uciekamy albo po prostu przestajemy
reagować, znika lub zostaje stłumiona nasza zdolność do wyciągania
wniosków, do rozwoju i uzdrowienia. W gruncie rzeczy zmierzenie się z problemami jest zwykle jedynym sposobem, by odeszły w przeszłość.
Śmiałe stawanie w obliczu trudności może prowadzić do skutecznych
rozwiązań oraz wewnętrznego spokoju i harmonii. Gdy potrafimy umiejętnie
zmobilizować wewnętrzne zasoby, pozwalające nam stawić czoło problemom,
przekonujemy się, że jesteśmy w stanie wykorzystać napór problemu jako
napęd, żeby się z niego wydostać, tak samo jak żeglarz ustawia żagiel,
by użyć siły wiatru do napędu łodzi. Nie można żeglować wprost pod
wiatr, a jeśli umiemy żeglować tylko z wiatrem wiejącym w plecy,
będziemy płynąć tylko w tę stronę, którą wiatr wybierze. Jeśli jednak
wiemy, jaki zrobić użytek z energii wiatru i jesteśmy cierpliwi, możemy
dotrzeć właśnie tam, gdzie chcemy. Możemy mieć sytuację pod kontrolą.
Jeśli w taki właśnie sposób chcielibyśmy wykorzystać siłę napędową
problemów, musimy się odpowiednio dostroić, podobnie jak żeglarz
dostroił się do swego jachtu, wód, wiatru i obranego kursu. Musimy się
nauczyć, jak radzić sobie z rozmaitymi stresującymi okolicznościami, nie
tylko przy dobrej pogodzie i nie tylko wtedy, gdy wiatr wieje w pożądanym przez nas kierunku.
Wszyscy wiemy, że nikt nie kontroluje pogody. Wprawni żeglarze uczą się,
jak starannie odczytywać wysyłane przez nią sygnały i szanować jej
potężną siłę. Jeśli to możliwe, starają się unikać sztormów, ale jeśli
znajdą się w środku burzy, wiedzą, jak opuścić żagle, zabezpieczyć
statek i szczęśliwie przeczekać, a więc kontrolują to, co można
kontrolować, nie zajmując się resztą. Trzeba wprawy, praktyki i mnóstwa
bezpośredniego doświadczenia z wszelkimi warunkami pogodowymi, by
rozwinąć umiejętności, których można użyć, gdy jesteśmy w potrzebie.
Mówiąc o sztuce świadomego życia, mamy na myśli rozwinięcie umiejętności
i elastyczności w radzeniu sobie i nawigowaniu przez codzienność w różnych "warunkach pogodowych".
W zmaganiu się z problemami i stresem kluczowa jest kwestia kontroli. W świecie, w którym żyjemy, działa wiele sił pozostających zupełnie poza
naszym wpływem, ale są też takie, które błędnie uznajemy za niezależne
od nas. W dużym stopniu zdolność do wpływania na okoliczności naszego
życia zależy od sposobu widzenia świata. Nasze przekonania dotyczące nas
samych, naszych umiejętności, jak również tego, jak postrzegamy świat i aktywne w nim siły, kształtują nasz obraz tego, co jest możliwe, a co
nie. Nasz ogląd świata decyduje o tym, ile mamy energii i jak ją
pożytkujemy.
Na przykład w chwilach, gdy czujemy się zupełnie przytłoczeni presją
zdarzeń, a nasze wysiłki wydają się daremne, bardzo łatwo popaść w szablonowe przygnębiające rozmyślania; natłok bezrefleksyjnych myśli
wywołuje coraz silniejsze poczucie, że bieg wypadków nas przerasta i jesteśmy bezradni. Wszystko zdaje się wymykać z rąk, a próby zmiany tego
stanu rzeczy są niewarte zachodu. Natomiast gdy odbieramy świat jako
źródło zagrożenia i nie oczekujemy nic oprócz tego, że nas przytłoczy,
mogą przeważać uczucia niepewności i niepokoju, wpędzając nas w nieustanne zamartwienie się wszystkim, co uznajemy za zagrożenie dla nas
lub naszego poczucia kontroli. Zagrożenie może być prawdziwe lub
wyimaginowane -?dla stresu, który odczuwamy, i jego skutków w naszym
życiu różnica jest niemal bez znaczenia.
Poczucie zagrożenia może prowadzić do złości i niechęci, a dalej do
agresywnych zachowań, napędzanych drzemiącym w nas głęboko instynktem
obronnym i chęcią zachowania kontroli. Kiedy mamy poczucie, że panujemy
nad sytuacją, możemy przez chwilę odczuwać satysfakcję. Kiedy jednak
znów tracimy to poczucie albo nam się wydaje, że zupełnie straciliśmy
kontrolę, może dojść do głosu najgłębiej ukrywany brak poczucia
bezpieczeństwa. Być może zachowamy się w sposób autodestrukcyjny i szkodliwy dla innych. Pryska zadowolenie i wewnętrzny spokój.
Gdy zapadamy na chroniczną chorobę albo dotyka nas jakieś upośledzenie,
odbierające nam możliwość funkcjonowania w dotychczasowy sposób,
kontrolowany przez nas obszar życia mocno się kurczy. Gdy odczuwamy
fizyczny ból, a leczenie farmakologiczne nie pomaga, odczuwany stres
może zostać spotęgowany przez chaos emocjonalny wywołany świadomością,
że nawet lekarze nie mają wpływu na nasz stan.
Nasze troski dotyczące zachowania kontroli nie ograniczają się do
podstawowych problemów życiowych. Czasem silne napięcie związane jest z reakcjami na najdrobniejsze, najbardziej ulotne zdarzenia, stanowiące w ten czy inny sposób zagrożenie dla naszego poczucia kontroli: samochód
psuje się wtedy, gdy mamy do załatwienia coś ważnego, dzieci ignorują
nasze polecenia po raz dziesiąty w ciągu dziesięciu minut, stoimy w długiej kolejce do kasy w centrum handlowym.
* * *
Niełatwo znaleźć jedno słowo czy wyrażenie, które odda szeroki wachlarz
życiowych doświadczeń wywołujących w nas udrękę, ból, powodujących
podskórny lęk, niepewność oraz utratę kontroli. Gdybyśmy mieli
sporządzić ich listę, z pewnością znalazłyby się na niej nasze słabe
punkty, rany wewnętrzne, a także to, że nie będziemy żyć wiecznie. Taka
lista mogłaby także zawierać naszą zbiorową zdolność do okrucieństwa i przemocy, jak również olbrzymie pokłady ignorancji, pazerności, złudzeń
i fałszu, które napędzają zarówno nas, jak i cały świat. Jak moglibyśmy
określić ostateczną sumę naszych słabych punktów i braków, ograniczeń,
wad, chorób, urazów i ułomności, z którymi musimy żyć, osobistych
porażek i niepowodzeń, które przeżyliśmy albo których obawiamy się w przyszłości, niesprawiedliwości i wyzysku, które znosiliśmy albo których
się boimy, i wreszcie utraty najbliższych, a prędzej czy później utraty
własnego ciała? Musiałaby to być jakaś metafora wolna od ckliwości,
niosąca w sobie również zrozumienie, że to, że czujemy lęk i cierpimy,
nie oznacza, że życie jest katastrofą. Musiałaby ona zawierać
świadomość, że oprócz cierpienia istnieje radość, oprócz rozpaczy
nadzieja, oprócz rozdrażnienia spokój, oprócz nienawiści miłość, a oprócz choroby zdrowie.
Gdy szukam opisu tego aspektu ludzkiej kondycji, któremu pacjenci naszej
kliniki -?a w gruncie rzeczy pewnego dnia wszyscy z nas -?muszą stawić
czoło i wyrwać się z jego ograniczeń, ciągle powracam do pewnego zdania
z filmu Grek Zorba, ekranizacji powieści Nikosa Kazandzakisa. W którymś momencie młody towarzysz Zorby (Alan Bates) zwraca się do niego
z pytaniem: "Zorba, czy miałeś kiedyś żonę?". Na co Zorba (grany przez
wspaniałego Anthony'ego Quinna) odpowiada pomrukiem (trochę
parafrazując): "A czy nie jestem mężczyzną? Oczywiście, że miałem żonę.
Żonę, dom, dzieci... całą tę katastrofę!".
Nie miał to być lament. Mieć żonę i dzieci nie oznacza katastrofy.
Odpowiedź Zorby zawiera najwyższy poziom zrozumienia bogactwa życia i nieuchronności wszystkich jego dylematów, zgryzot, traum, tragedii i ironii. Jego droga przez zawieruchę tej kompletnej katastrofy to
"taniec", świętowanie życia. Zorba śmieje się z niego, ale i z siebie,
nawet w obliczu osobistej klęski i przegranej. Dzięki takiemu podejściu
nie jest nigdy przytłoczony zbyt długo, nigdy nie ponosi ostatecznej
klęski w walce ze światem albo własnym, niemałym przecież szaleństwem.
Każdy, kto zna książkę Kazandzakisa, może sobie bez trudu wyobrazić,
jaką "kompletną katastrofą" dla jego żony i dzieci musiało być życie z Zorbą. Nierzadko bohater podziwiany przez innych w sferze publicznej
powoduje dużo bólu w życiu prywatnym. Jednak gdy usłyszałem te słowa po
raz pierwszy, miałem poczucie, że "kompletna katastrofa" ujmuje coś
pozytywnego na temat zdolności ludzkiego ducha do uporania się z tym, co
w życiu najtrudniejsze, oraz do rozwijania siły i mądrości. Dla mnie
stanięcie w obliczu kompletnej katastrofy oznacza pogodzenie się z tym,
co najgłębsze i najlepsze, a ostatecznie z tym, co jest w nas
najbardziej ludzkie. Na całym świecie nie ma ani jednej osoby, która nie
poznałaby swojej własnej wersji kompletnej katastrofy.
Katastrofa nie oznacza nieszczęścia. Oznacza raczej dojmujący bezmiar
naszego życiowego doświadczenia. Obejmuje kryzys i klęskę, niewiarygodną
i trudną do zaakceptowania, ale oznacza też wszystkie drobne, kumulujące
się niepowodzenia. Wyrażenie to przypomina nam, że życie nieustannie się
zmienia, że wszystko, co uznajemy za trwałe, jest w rzeczywistości
tymczasowe i zmienne. Dotyczy to także naszych celów, opinii, związków,
pracy, stanu posiadania, owoców naszych wysiłków, naszego ciała, dotyczy
wszystkiego.
W książce tej będziemy się wprawiać w sztuce brania kompletnej
katastrofy w ramiona. Podejdziemy do tego w sposób, dzięki któremu
życiowe burze nas nie zniszczą, nie odbiorą sił ani ostatniej nadziei,
lecz nas wzmocnią, udzielą nam lekcji, jak żyć, rozwijać się i wrócić do
zdrowia w świecie ciągłych zmian, a czasem ogromnego bólu. Nauczymy się
widzieć samych siebie i otaczający nas świat w zupełnie nowy sposób,
pracować z naszym ciałem, myślami, uczuciami i doznaniami, nauczymy się,
jak trochę częściej się śmiać, także z siebie, gdy dajemy z siebie
wszystko, by odnaleźć lub zachować równowagę.
W naszych czasach kompletna katastrofa jest widoczna na wszystkich
frontach. Krótka lektura porannej gazety uzmysławia nam, że na tym
świecie mamy do czynienia z niekończącym się ciągiem ludzkiego
cierpienia i nieszczęść, a większość z nich to nieszczęścia, których
ludzie doświadczają z powodu innych ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w wiadomości, stwierdzimy, że codziennie jesteśmy bombardowani lawiną
strasznych, rozdzierających historii o ludzkiej przemocy i nieszczęściu,
przekazywanych zawsze beznamiętnym tonem wytrawnego dziennikarstwa, jak
gdyby cierpienie i śmierć ludzi w Syrii, Afganistanie, Iraku, Darfurze,
Republice Środkowoafrykańskiej, Zimbabwe, Afryce Południowej, Libii,
Egipcie, Kambodży, Salwadorze, Irlandii Północnej, Chile, Nikaragui,
Boliwii, Etiopii, na Filipinach, w Strefie Gazy czy Jerozolimie, w Paryżu, Pekinie, Bostonie i Tucson, Aurorze albo Newtown czy w jakimkolwiek innym miejscu -?a lista ta zdaje się, niestety, nie mieć
końca -?były po prostu częścią nadawanej zaraz potem prognozy pogody,
prezentowanej w tym samym rzeczowym tonie. Jeśli nawet nie słuchamy i nie oglądamy wiadomości, kompletna katastrofa i tak jest na wyciągnięcie
ręki. Presja, którą czujemy w domu i w pracy, problemy, frustracja,
balansowanie na linie, żonglerka, którą musimy uprawiać, żeby utrzymać
się na powierzchni tego gnającego przed siebie świata, są częścią tej
katastrofy. Do listy Zorby, zawierającej już żony, mężów, domy i dzieci,
możemy dodać także pracę, rachunki, rodziców, kochanków, teściów,
śmierć, stratę, ubóstwo, chorobę, urazy, niesprawiedliwość, gniew, winę,
lęk, nieuczciwość, zagubienie i tak dalej, i tak dalej. Lista
stresujących sytuacji w naszym życiu i naszych reakcji na te sytuacje
jest bardzo długa. Ponadto ciągle się poszerza, bo pojawiają się nowe
nieoczekiwane zdarzenia wymagające jakiejś reakcji.
Nikt, kto pracuje w szpitalu, nie pozostaje niewzruszony w obliczu
niezliczonych przejawów kompletnej katastrofy, z którymi styka się
codziennie. Każda osoba, która pojawia się w Klinice Redukcji Stresu,
jest przykładem swojej własnej unikatowej wersji, tak samo jak wszyscy
pracownicy szpitala. Chociaż nasi pacjenci są kierowani na trening MBSR
ze względu na konkretne problemy zdrowotne, takie jak choroby serca i płuc, nowotwory, nadciśnienie, bóle głowy, zaburzenia snu, ataki paniki
i niepokoju, problemy trawienne związane ze stresem, problemy skórne i wiele innych, diagnostyczne etykiety, z którymi przychodzą, więcej o nich jako ludziach ukrywają, niż ujawniają. Kompletna katastrofa to
skomplikowany splot minionych i obecnych doświadczeń i relacji, nadziei
i lęków oraz poglądów na to, co nam się przydarzyło. Każda osoba bez
wyjątku posiada własną historię, która nadaje znaczenie i spójność jej
percepcji życia, choroby i bólu, jak również temu, co uważa za możliwe.
Historie te są często niezwykle poruszające. Nasi pacjenci trafiają do
nas nierzadko z poczuciem, że utracili kontrolę nie tylko nad swoim
ciałem, lecz również nad całym swoim życiem. Czują się przytłoczeni
lękami i zmartwieniami, często spowodowanymi albo spotęgowanymi przez
bolesne przeżycia i relacje rodzinne, a także przez poczucie głębokiej
straty. Słyszymy historie o cierpieniu fizycznym i emocjonalnym, o rozczarowaniach spowodowanych niewydolnością opieki zdrowotnej,
poznajemy poruszające historie ludzi przygniecionych gniewem lub
poczuciem winy, czasem poniewieranych przez życie od najmłodszych lat i dlatego pozbawionych wiary we własne siły i własną wartość. Czasem
spotykamy ludzi złamanych, dosłownie zdruzgotanych poniżaniem fizycznym
lub psychicznym.
Mimo wieloletniej terapii medycznej wielu pacjentów Kliniki Redukcji
Stresu nie zauważyło żadnej poprawy swojego stanu. Nie wiedzą już nawet,
gdzie mogą uzyskać dodatkową pomoc i traktują klinikę jako swoją
ostatnią szansę. Często są sceptyczni, ale gotowi na wszystko, by poczuć
chociaż odrobinę ulgi.
A jednak po kilkutygodniowym uczestnictwie w naszym programie większość
z nich robi ogromne postępy, jeśli chodzi o zmianę nastawienia do
swojego ciała, umysłu i własnych problemów. Każdy tydzień przynosi
zauważalną zmianę w ich twarzach i ciałach. Po ośmiu tygodniach, gdy
program dobiega końca, uśmiech i głębszy poziom rozluźnienia w ciele
robią wrażenie nawet na zupełnie przypadkowych obserwatorach. Chociaż
pierwotnie zostali skierowani do kliniki, by nauczyć się rozluźniać w sytuacji stresu i w ogóle lepiej radzić sobie ze stresem, jest
oczywiste, że uzyskali znacznie więcej. Nasze wieloletnie badania
skuteczności programu, jak również cząstkowe relacje uczestników
pokazują, że pacjenci wracają do domu uwolnieni od niektórych
dokuczliwych symptomów, a także z wiarą w swoje możliwości, z większym
optymizmem i asertywnością. Mają do siebie więcej cierpliwości, łatwiej
także akceptują samych siebie, swoje ograniczenia i ułomności. Pokładają
większą ufność w swoją zdolność radzenia sobie z bólem fizycznym i emocjonalnym oraz innymi czynnikami wpływającymi na ich życie.
Przeżywają również mniej niepokoju, przygnębienia i gniewu. Mają
poczucie większej kontroli, nawet w sytuacjach związanych z dużym
napięciem, które wcześniej wytrąciłyby ich z równowagi. Krótko mówiąc, o wiele lepiej radzą sobie z "kompletną katastrofą" własnego życia, z całą
gamą życiowych doświadczeń, a w niektórych wypadkach także z nadciągającą nieuchronnie śmiercią.
Jeden z uczestników programu przeżył zawał serca, który zmusił go do
porzucenia pracy. Przez czterdzieści lat był właścicielem dużej firmy i mieszkał w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Z jego relacji wynika, że
pracował każdego dnia przez czterdzieści lat, nie mając wakacji. Kochał
swoją pracę. Kardiolog wysłał go na kurs redukcji stresu po zabiegu
cewnikowania serca (diagnozującym arteriosklerozę), angioplastyce
(zabiegu poszerzania tętnicy wieńcowej) i po zakończeniu programu
rehabilitacji kardiologicznej. Gdy mijałem go w poczekalni, zobaczyłem w jego twarzy absolutną rozpacz i zagubienie. Wyglądał, jakby za chwilę
miał się rozpłakać. Przyjął go mój kolega, Saki Santorelli, ale od tego
człowieka bił taki smutek, że usiadłem obok i zacząłem z nim rozmawiać.
Wtedy ni to do mnie, ni to do nikogo rzekł, że nie chce już dłużej żyć,
że nie ma pojęcia, co robi w Klinice Redukcji Stresu, że jego życie jest
skończone -?nie widzi już w nim żadnego sensu, nic już nie sprawia mu
radości, nawet czas spędzany z żoną i dziećmi, więc nie chce już nic
robić.
Po ośmiu tygodniach jego oczy znów lśniły życiem. Kiedy spotkałem go po
zakończeniu programu MBSR, powiedział mi, że praca pochłonęła całe jego
życie, prawie go zabiła, a on nawet nie zauważył, co mu umyka.
Opowiadał, jak dotarło do niego, że nigdy nie powiedział swoim
dorastającym dzieciom, że je kocha, ale zamierza robić to teraz, dopóki
ma jeszcze szansę. Był pełen entuzjazmu i nadziei wobec życia i po raz
pierwszy przyszła mu do głowy myśl o sprzedaniu firmy. Żegnając się,
serdecznie mnie uściskał. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu uściskał
wtedy innego mężczyznę.
Człowiek ów nie pozbył się choroby serca -?cierpiał na nią w takim samym
stopniu jak na początku treningu, ale wtedy uznawał siebie za człowieka
chorego. Był pogrążonym w depresji pacjentem kardiologicznym. W ciągu
ośmiu tygodni stał się zdrowszy i szczęśliwszy. Podchodził teraz do
życia z entuzjazmem, chociaż wciąż miał chore serce i sporo życiowych
problemów. W swoim własnym umyśle przestał jednak uznawać siebie za
pacjenta chorującego na serce i zobaczył w sobie znów pełnego człowieka.
Co doprowadziło do tak wielkiej przemiany? Nie wiemy tego z całkowitą
pewnością. Miało na nią wpływ wiele czynników. Wziął jednak w tym
okresie udział w programie MBSR i potraktował go poważnie. Początkowo
myślałem, że odpadnie po tygodniu, ponieważ -?poza wszystkim innym -
żeby dotrzeć do szpitala, musiał codziennie pokonywać osiemdziesiąt
kilometrów, a nie jest to łatwe w stanie depresji. Mimo to został i wykonał pracę, której od niego wymagaliśmy, choć w pierwszych dniach
wątpił w jej sens.
Inny mężczyzna, niewiele po siedemdziesiątce, pojawił się w klinice z dotkliwym bólem stóp. Na pierwszych zajęciach siedział na wózku
inwalidzkim. Na każde zajęcia przyjeżdżała z nim żona, która siedziała
przed salą przez dwie i pół godziny. Pierwszego dnia mężczyzna
powiedział swojej grupie, że ból jest tak wielki, że chciałby sobie po
prostu uciąć stopy. Nie rozumiał, jak medytacja miałaby mu pomóc, ale
sprawy miały się tak źle, że był gotów spróbować wszystkiego. Wszyscy
głęboko mu współczuli.
Coś musiało go bardzo poruszyć w czasie tych pierwszych zajęć, ponieważ
człowiek ów w kolejnych tygodniach wykazał się nadzwyczajną determinacją
w pracy ze swoim bólem. Na drugie zajęcia przyszedł o kulach. Wszyscy
byliśmy pod ogromnym wrażeniem, gdy obserwowaliśmy, jak z tygodnia na
tydzień zamienia wózek inwalidzki na kule, a potem na laskę. Pod koniec
programu powiedział, że ból nie złagodniał znacząco, natomiast bardzo
się zmienił jego stosunek do bólu. Jego zdaniem odkąd zaczął medytować,
ból był bardziej znośny, a pod koniec programu stan stóp stanowił po
prostu mniejszy problem. Po ośmiu tygodniach jego żona potwierdziła, że
był szczęśliwszy i bardziej aktywny.
Kolejnym przykładem akceptacji kompletnej katastrofy jest historia
pewnej młodej lekarki. Została skierowana na nasz program z powodu
nadciśnienia krwi i bardzo silnych stanów lękowych. Przechodziła przez
trudny okres w swoim życiu, pełen gniewu, depresji i skłonności
autodestrukcyjnych. Przyjechała z innej części kraju, by dokończyć staż.
Czuła się odizolowana i wypalona. Jej lekarz nalegał, by spróbowała
MBSR, mówiąc, że "przecież nie może zaszkodzić". Dziewczyna miała jednak
sporo wątpliwości i z lekceważeniem odnosiła się do programu, który w gruncie rzeczy nic "nie pomaga". Co gorsza, okazało się, że program
obejmuje ćwiczenia medytacji. Na pierwszych zajęciach się nie pojawiła,
ale Kathy Brady z sekretariatu kliniki, która przed laty sama wzięła
udział w programie jako pacjentka, zadzwoniła do niej, by dowiedzieć się
o powody nieobecności. Była dla niej tak miła, a w jej głosie przez
telefon było tyle troski, że zakłopotana pacjentka przyszła na inne
zajęcia nazajutrz.
Częścią pracy młodej doktor było latanie helikopterem przychodni do
wypadków i przywożenie ciężko rannych pacjentów. Nie cierpiała tego
helikoptera. Przerażał ją, a w czasie lotu zawsze miała mdłości. Jednak
pod koniec ósmego tygodnia w Klinice Redukcji Stresu była już w stanie
latać śmigłowcem bez odczuwania mdłości. Ciągle go nie znosiła, ale go
tolerowała i mogła wykonywać swoją pracę. Ciśnienie krwi obniżyło się do
tego stopnia, że samodzielnie zrezygnowała z dalszego przyjmowania
leków, by zobaczyć, czy poziom się utrzyma (lekarze mogą sobie na to
pozwolić) i tak właśnie się stało. Jednocześnie były to ostatnie
miesiące jej stażu i przez większość czasu czuła się wyczerpana. Na
dodatek była wciąż emocjonalnie nadwrażliwa i pobudliwa. A zarazem
znacznie bardziej świadoma swoich zmiennych stanów psychofizycznych.
Postanowiła powtórzyć kurs, ponieważ miała poczucie, że dopiero pod
koniec naprawdę się wciągnęła. Tak też zrobiła i kontynuowała praktykę
medytacyjną przez wiele lat.
Doświadczenia w Klinice Redukcji Stresu sprawiły, że lekarka na nowo
odkryła szacunek do pacjentów w ogóle, a do swoich pacjentów w szczególności. W każdym tygodniu trwania programu towarzyszyli jej w zajęciach inni pacjenci, a wśród nich nie występowała w swojej zwykłej
roli "pani doktor", lecz jako kolejna osoba z własnymi problemami.
Tydzień po tygodniu robiła te same rzeczy co reszta. Słuchała, jak
opowiadają o swoich doświadczeniach z praktyką medytacji, i obserwowała
pojawiające przez ten czas zmiany. Stwierdziła, że była zdumiona, jak
wiele cierpień pacjenci znosili i jak wiele byli w stanie zrobić dla
siebie dzięki odrobinie zachęty i treningowi. Zaczęła także dostrzegać
wartość medytacji, bo swoje wyobrażenia skonfrontowała z rzeczywistością. W gruncie rzeczy zaczęła rozumieć, że nie różni się od
innych uczestników zajęć.
Przemiany podobne do doświadczeń tych trzech osób zdarzają się w Klinice
Redukcji Stresu często. Zwykle stanowią fundamentalny punkt zwrotny w życiu pacjentów, ponieważ znacznie poszerza się zakres tego, co uważają
za sferę swoich możliwości.
Zwykle pacjenci opuszczają program, dziękując nam za swoje postępy. W rzeczywistości jednak poprawa ich stanu w całości zależy od ich własnego
wysiłku. Tak naprawdę dziękują nam za sposobność nawiązania kontaktu z własną siłą wewnętrzną i możliwościami, a także za wiarę, jaką w nich
pokładaliśmy, za to, że w pracy z nimi nie daliśmy za wygraną i pokazaliśmy im narzędzia umożliwiające taką transformację.
Zwracanie pacjentom uwagi na to, że ukończenie programu wymaga wiary w siebie, sprawia nam przyjemność. To oni muszą chcieć stawić czoło
kompletnej katastrofie własnego życia, zarówno w okolicznościach
przyjemnych, jak i nieprzyjemnych, gdy sprawy idą po ich myśli i gdy
jest inaczej, gdy mają poczucie, że kontrolują własne życie i gdy im się
ono wymyka; to oni muszą spożytkować te same doświadczenia oraz własne
myśli i uczucia jako surowy materiał pomocny w powrocie do zdrowia. Gdy
zaczynali, towarzyszyło temu przekonanie, że program być może okaże się
pomocny albo że prawdopodobnie zakończy się fiaskiem. Odkryli jednak, że
mogą zrobić dla siebie coś bardzo ważnego i nikt inny nie mógłby ich
wyręczyć.
Każda osoba z powyższych przykładów przyjęła wyzwanie, by traktować
życie, jakby każda chwila miała znaczenie, jakby każda chwila się
liczyła i dawała okazję do pracy nad sobą, nawet jeśli była to chwila
bólu, smutku, rozpaczy albo lęku. Owa "praca" wymaga przede wszystkim
regularnej, zdyscyplinowanej pielęgnacji świadomości każdej następnej
chwili, jej ważności, więc uważności -?całkowitego "wzięcia w posiadanie" i "zamieszkania" w każdym momencie naszego doświadczenia,
dobrego, złego czy ohydnego. Na tym polega istota życia w obliczu
kompletnej katastrofy.
* * *
Każdy z nas potrafi być uważny. W tym celu nie trzeba robić nic poza
zwróceniem uwagi na chwilę obecną i pohamowaniem skłonności do osądzania
albo przynajmniej uświadomieniem sobie, jak wiele energii poświęcamy
osądzaniu. Pielęgnowanie uważności odgrywa zasadniczą rolę w doprowadzeniu do zmian, jakich doświadczają pacjenci Kliniki Redukcji
Stresu. Jednym ze sposobów myślenia o typowym dla uważności procesie
przemiany jest wyobrażenie sobie, że uważność to soczewka, która skupia
rozproszoną, reaktywną energię umysłu w spójne źródło energii służącej
życiu, rozwiązywaniu problemów i odzyskiwaniu zdrowia.
Rutynowo, bezwiednie marnujemy ogromne ilości energii, automatycznie i nieświadomie reagując na świat zewnętrzny i własne wewnętrzne przeżycia.
Pielęgnowanie uważności oznacza wykorzystywanie i skupienie naszej
własnej marnowanej energii. Czyniąc to, uczymy się osiągać poziom
spokoju, który pozwala nam na głęboki wgląd i trwanie w chwili dobrego
samopoczucia i rozluźnienia, pozwala odczuć pełnię i doświadczać siebie
jako osoby w pełni zintegrowanej. Dostrzeżenie i wzięcie w posiadanie
naszej integralności dodaje nam sił, odbudowuje ciało i umysł.
Jednocześnie ułatwia nam zrozumienie sposobu, w jaki rzeczywiście
podchodzimy do życia, a tym samym zrozumienie, jakich zmian musimy
dokonać, by było zdrowsze i lepsze. Na dodatek pomaga nam skuteczniej
kierować własną energią w stresujących sytuacjach lub gdy czujemy się
zagrożeni czy bezradni. Energia ta pochodzi z naszego wnętrza, jest
zatem zawsze dostępna i zawsze możemy ją mądrze wykorzystać, zwłaszcza
gdy pielęgnujemy ją poprzez trening i osobistą praktykę.
Pielęgnowanie uważności może nas doprowadzić do odkrycia w sobie
głębokich pokładów dobrego samopoczucia, spokoju, klarowności i wglądu.
Przypomina to odkrycie nowego terytorium, nieznanego wcześniej albo
jedynie mgliście przeczuwanego, terytorium posiadającego prawdziwe
źródło pozytywnej energii pomocnej w zrozumieniu i uzdrowieniu siebie.
Co więcej, łatwo się z nim oswoić i wyrobić w sobie nawyk częstszych tam
wypadów. W każdej chwili może nas tam zaprowadzić ścieżka wiodąca przez
własne ciało, umysł i oddech. Ów wymiar czystego istnienia, wymiar
przebudzenia, jest zawsze dostępny. Pozostaje na wyciągnięcie ręki
niezależnie od naszych problemów. Bez względu na to, czy stajemy w obliczu choroby serca, nowotworu, bólu czy po prostu bardzo stresującego
życia, ta energia może przyjść nam z pomocą.
* * *
Systematyczne pielęgnowanie uważności jest uznawane za sedno medytacji
buddyjskiej. Rozwijała się ona w ciągu ostatnich dwóch tysięcy
sześciuset lat zarówno w klasztorach, jak i w środowiskach świeckich w wielu krajach Azji. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na
całym świecie ten typ medytacji zyskał znaczną popularność. Po części
było to spowodowane chińską inwazją na Tybet i dziesięcioleciami wojny w Azji Południowo-Wschodniej, ponieważ wielu buddyjskich mnichów i nauczycieli musiało emigrować. Po części zawdzięczamy to młodym ludziom
z Zachodu, którzy jeździli do Azji uczyć się i praktykować medytację,
aby po powrocie zostać nauczycielami. Wreszcie mieli na to wpływ
mistrzowie zen i inni nauczyciele medytacji, którzy przyjeżdżali na
Zachód, by nauczać, przyciągnięci niezwykłym w krajach zachodnich
zainteresowaniem praktyką medytacyjną. W ciągu ostatnich trzydziestu lat
trend ów tylko się wzmocnił.
Chociaż do niedawna medytację uważności najczęściej nauczano i praktykowano w ramach buddyzmu, jej istota jest i zawsze była
uniwersalna. W naszych czasach medytacja uważności coraz częściej toruje
sobie drogę do głównego nurtu globalnej społeczności; w tej chwili
dzieje się to w naprawdę ogromnym tempie. I bardzo dobrze, jeśli wziąć
pod uwagę obecny stan świata. Można powiedzieć, że nasz świat
rozpaczliwie potrzebuje medytacji uważności, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Pogłębimy ten temat w rozdziale 32, w którym zajmiemy się
tym, co nazywamy stresem wywołanym przez stan świata.
Zasadniczo rzecz biorąc, uważność jest szczególnym sposobem angażowania
uwagi i świadomością, która wyłania się z tego procesu. To sposób
głębokiego wglądu w siebie w duchu samopoznania i zrozumienia własnej
osoby. Dlatego też można się tego nauczyć i można ten wgląd praktykować.
Na tym polega istota programów opartych na uważności, organizowanych na
całym świecie bez odwoływania się do azjatyckiej kultury czy autorytetów
buddyjskich w celu wzbogacenia samej praktyki i jej uwiarygodnienia.
Uważność jest w tym zakresie zupełnie samodzielnym, potężnym narzędziem
zrozumienia oraz uzdrowienia siebie samego. Jednym z najmocniejszych
punktów MBSR oraz wszystkich innych specjalistycznych programów
propagujących uważność, takich jak na przykład terapia poznawcza oparta
na uważności (MBCT), jest to, że nie zależą one od żadnego systemu
wierzeń czy ideologii. Potencjalne korzyści, jakie można z nich wynieść,
są więc dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Zarazem nieprzypadkowo
uważność wywodzi się właśnie z buddyzmu, którego nadrzędną troską jest
ulga w cierpieniu i usunięcie złudzeń. Konsekwencjami tego związku
zajmiemy się w posłowiu.
Książce tej przyświeca zamysł, by czytelnik uzyskał pełny dostęp do
treningu MBSR w tej postaci, którą nasi pacjenci praktykują w Klinice
Redukcji Stresu. Nade wszystko jednak jest to podręcznik, który ma pomóc
w rozwinięciu naszej własnej praktyki medytacyjnej i nauczyć nas
używania uważności, aby odzyskać zdrowie i uzdrowić własne życie. Część
I, "Praktyka uważności", opisuje, co dzieje się w czasie treningu MBSR
oraz przeżycia jego uczestników. Jest przewodnikiem po najważniejszych
praktykach medytacji, które stosujemy w klinice, oraz prezentuje jasne,
przystępne wskazówki, jak uczynić z nich praktyczny użytek w życiu
codziennym i jak włączyć uważność w nasze zachowania. Zawiera również
szczegółowy ośmiotygodniowy program praktyki, by osoby zainteresowane
tym podejściem mogły skorzystać z takiego samego curriculum MBSR, z jakiego korzystają nasi pacjenci. Lektura pozostałych rozdziałów ma
wzmocnić i pogłębić nasze doświadczenie bezpośrednio poprzez praktykę
uważności. Jednocześnie zawierają one nasza zalecenia, jak podejść do
przedstawionego materiału.
Część II, "Paradygmat", to proste, ale odkrywcze spojrzenie na niektóre
najnowsze odkrycia w dziedzinie medycyny, psychologii i neuronauki,
stanowiące tło dla zrozumienia, jak praktyka uważności wiąże się ze
zdrowiem fizycznym i psychicznym. Część ta przedstawia ogólną "filozofię
zdrowia" opartą na pojęciach takich jak "pełnia" i "wzajemne
powiązania", a także wnioski, jakie nauka i medycyna wyciągają na temat
związku umysłu ze zdrowiem i procesem uzdrowienia.
W części zatytułowanej po prostu "Stres", czyli w części III, omawiamy
zjawisko stresu i to, jak świadomość i zrozumienie mogą nam pomóc
rozpoznać stres oraz radzić sobie lepiej w czasach, gdy często trudno
dotrwać do końca dnia w coraz bardziej złożonym i zagonionym
społeczeństwie. Część ta zawiera model pozwalający zrozumieć wartość
świadomości obejmującej każdą kolejną chwilę w sytuacji stresu, dzięki
czemu radzimy sobie skuteczniej, jednocześnie minimalizując koszty i przysługując się własnemu zdrowiu i samopoczuciu.
Część IV, "Zastosowania", dostarcza szczegółowych informacji oraz służy
za przewodnik wspomagający wykorzystanie uważności w różnych obszarach,
które wiążą się z wysokim poziomem cierpienia, a więc w przypadku
objawów choroby, bólu fizycznego i emocjonalnego, niepokoju i paniki,
presji czasu, związków, pracy zawodowej, problemów pokarmowych i różnych
zdarzeń w świecie zewnętrznym.
Ostatnia, piąta część, "Droga świadomości", zawiera praktyczne rady, jak
po opanowaniu podstaw i po rozpoczęciu praktyki zachować ciągłość
praktyki medytacyjnej, a także jak skutecznie wpleść uważność we
wszystkie aspekty życia codziennego. Zawiera również informacje, jak
odnaleźć grupy, z którymi można praktykować, oraz szpitale i inne
instytucje w społecznościach lokalnych prowadzące programy promujące
świadomość medytacyjną. Załącznik zawiera opisane wcześniej kalendarze
świadomości, bogatą listę lektur, które mogą pomóc w regularnej praktyce
oraz w głębszym zrozumieniu uważności, a także krótkie zestawienie
użytecznych źródeł i stron internetowych służące temu samemu celowi.
Jeśli chcesz zmienić swoje podejście do stresu, bólu i chronicznej
choroby, w pełni angażując się w program MBSR -?czy to w ciągu ośmiu
tygodni, czy według innego harmonogramu -?zachęcam do pracy z książką
skoordynowanej z Serią 1 płyt CD, zawierających praktyki medytacyjne z komentarzem (www.mindfulnesscds.com). Pacjenci na moich zajęciach
używają tych płyt, by ćwiczyć techniki medytacyjne opisane w książce.
Prawie każdy, kto po raz pierwszy podejmuje codzienną praktykę
medytacji, uważa, że na początkowych etapach łatwiej jest słuchać i "dać
się poprowadzić" przez nagrane na płytę wskazówki instruktora, niż
próbować podążać za instrukcjami w książce, niezależnie od tego, jak
klarownie i szczegółowo została napisana. Płyty CD są istotnym elementem
curriculum MBSR i krzywej uczenia się. Znacznie zwiększają szanse na
podjęcie poważnej próby rozpoczęcie formalnej praktyki medytacyjnej, co
zasadniczo oznacza codzienne ćwiczenie przez osiem tygodni. To samo
odnosi się do wykorzystania dzięki nim szansy na poznanie istoty
uważności. Oczywiście z chwilą gdy masz jasne wyobrażenie, jak to robić,
możesz zawsze praktykować bez moich wskazówek. Część pacjentów tak
właśnie robi. Zawsze jestem głęboko wzruszony, gdy długo po ukończeniu
ośmiotygodniowego curriculum MBSR jego uczestnicy kontaktują się i opowiadają, jak różne formy praktyki odmieniły ich życie.
Natomiast niezależnie od tego, czy będziemy używać płyt z nagraniami,
czy nie (są one dostępne także jako pliki do ściągnięcia i aplikacje na
smartfony), każdy zainteresowany doświadczeniem tego rodzaju zasadniczej
zmiany, jaką osiąga większość uczestników programu MBSR w Klinice
Redukcji Stresu Uniwersytetu Massachusetts, powinien zrozumieć, że
pacjenci i inni uczestnicy programu podejmują poważne zobowiązanie
codziennego zaangażowania w formalną praktykę uważności opisaną w tej
książce. Już samo wygospodarowanie czasu na trening curriculum MBSR
wymaga zmiany stylu życia. Oczekujemy, że nasi pacjenci, wspomagając się
nagraniami na płytach CD, będą praktykowali czterdzieści pięć minut
dziennie, sześć dni w tygodniu, przez osiem tygodni. Z badań
uzupełniających wiemy, że większość z nich kontynuuje praktykę na własną
rękę długo po zakończeniu treningu. Dla wielu z nich uważność szybko
staje się nieodłączną częścią życia.
Podejmując wędrówkę ku samorozwojowi i odkrywaniu wewnętrznych zasobów
wspomagających uzdrowienie i zapanowanie nad kompletną katastrofą, jaką
jest życie, należy tymczasowo zawiesić wszelkie osądy i nie przywiązywać
się do upragnionych owoców podejmowanych starań. Po prostu z pełną
dyscypliną oddać się praktyce i obserwować, co się będzie działo.
Wszystko, czego się nauczymy, będzie pochodzić przede wszystkim z własnego wnętrza, z doświadczenia kolejnych chwil własnego życia, a nie
od zewnętrznego autorytetu, nauczyciela czy systemu wierzeń. To ty
jesteś ekspertem w dziedzinie własnego życia, ciała i umysłu, a przynajmniej możesz nim zostać, o ile będziesz się uważnie obserwował.
Podczas przygody, jaką jest medytacja, traktujemy siebie jak
laboratorium, w którym odkrywamy, kim jesteśmy i jaki jest nasz
potencjał. Jak zgrabnie ujął to legendarny łapacz nowojorskich Jankesów,
Yogi Berra, "Aby wiele zauważyć, wystarczy patrzeć".
1
W życiu są tylko chwile
O tak, miałam swoje chwile i gdybym mogła zacząć wszystko od początku,
miałabym ich jeszcze więcej. Ne próbowałabym niczego innego. Tylko
chwile, jedną po drugiej, zamiast tych wszystkich lat napierających na
mnie każdego dnia.
Nadine Stair, 85 lat
Louisville, Kentucky, USA
Przyglądam się nowej grupie liczącej około trzydziestu osób, które
pojawiły się na pierwszych zajęciach w Klinice Redukcji Stresu i jestem
podekscytowany tym, co nas czeka. Myślę, że wszystkim przemknęła też
dziś przez głowę myśl, co tu, u licha, robią w obcym miejscu, z obcymi
ludźmi. Widzę rozpromienioną twarz Edwarda i zastanawiam się, przez co
codziennie przechodzi. Ma trzydzieści cztery lata, pracuje w branży
ubezpieczeniowej na kierowniczym stanowisku i choruje na AIDS. Widzę
Petera, czterdziestosiedmioletniego biznesmena, który półtora roku temu
miał zawał i przyszedł tu nauczyć się sztuki rozluźniania, by uniknąć
następnego. Obok Petera siedzi Beverly, inteligentna, wesoła, rozmowna.
Dalej siedzi jej mąż. W wieku czterdziestu dwóch lat życie Beverly
dramatycznie się zmieniło -?w wyniku pęknięcia tętniaka utraciła
poczucie tożsamości. Jest też czterdziestoczteroletnia Marge, skierowana
tu przez ośrodek terapii bólu. Była pielęgniarką na oddziale
onkologicznym, ale kilka lat temu doznała urazu pleców i obu kolan,
ratując pacjenta przed upadkiem. Przeżywa teraz tak wielki ból, że nie
może pracować i chodzi o lasce, i to z wielkim trudem. Przeszła już
operację kolana, a teraz czeka ją jeszcze operacja guza w jamie
brzusznej. Lekarze nie są pewni diagnozy. Wypadek był dla niej szokiem,
z którego nie zdołała się jeszcze otrząsnąć. Jest napięta do granic
możliwości i wybucha z najbłahszych powodów.
Dalej siedzi Arthur, pięćdziesięciosześcioletni policjant, cierpiący na
ostre bóle migrenowe i ataki paniki. Obok niego Margaret,
siedemdziesięciopięcioletnia emerytowana nauczycielka z zaburzeniami
snu. Przy niej Phil, francuskojęzyczny Kanadyjczyk, kierowca ciężarówki.
Został do nas skierowany również przez ośrodek terapii bólu. Odniósł
uraz kręgosłupa, podnosząc paletę, i teraz chroniczny ból pleców
uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie. Nie usiądzie już za kierownicą
ciężarówki, musi znaleźć nową pracę, by utrzymać żonę i czwórkę dzieci,
oraz nauczyć się radzenia sobie z bólem.
Obok Phila siedzi Roger, trzydziestotrzyletni stolarz. Podczas pracy
nabawił się kontuzji pleców i również ma problem z bólem. Jego żona
twierdzi, że Roger od lat nadużywa leków przeciwbólowych. Sama zapisała
się do innej grupy. Nie ma wątpliwości, że to Roger jest główną
przyczyną jej stresu. Jest u kresu wytrzymałości i myśli o rozwodzie.
Patrząc na niego, zastanawiam się, czy zdoła wyprowadzić swoje życie na
prostą.
Naprzeciwko, po drugiej stronie sali, siedzi Hector. Przez długie lata
był zawodowym zapaśnikiem w Portoryko i jest z nami, ponieważ ma kłopoty
z utrzymaniem nerwów na wodzy, czego konsekwencją są napady agresji i bóle w klatce piersiowej. Jego potężna sylwetka dominuje w sali.
Lekarze skierowali ich do nas w celu obniżenia poziomu stresu, a my
poprosiliśmy ich, by przychodzili do naszej przychodni raz w tygodniu
przez następne dwa miesiące zajęć. Ale tak naprawdę, po co? Sam zadaję
sobie to pytanie, gdy rozglądam się po sali. Uczestnicy zajęć również
tego nie wiedzą, ale suma cierpienia w pomieszczeniu jest ogromna dziś
rano. Nie da się ukryć, że jest to spotkanie ludzi, którzy doświadczyli
w życiu kompletnej katastrofy, powodującej cierpienie fizyczne i emocjonalne.
Zanim zajęcia się rozpoczną, pozwalam sobie na chwilę zadumy nad tym, co
nas tu wszystkich przywiodło. Łapię się na rozmyślaniu, co możemy zrobić
dla osób zebranych tu dzisiejszego ranka i dla stu dwudziestu innych,
które w tym tygodniu zaczynają trening MBSR w różnych grupach -?młodych
i starszych, samotnych, w związkach, rozwiedzionych, pracujących i takich, które odeszły z pracy z powodu inwalidztwa, żyjących z zasiłku i bogatych. Jaki mamy wpływ na życie choćby jednej z nich? Co możemy
zrobić dla tych ludzi w ciągu ośmiu krótkich tygodni?
Interesujące w tej pracy jest to, że w rzeczywistości nie robimy dla
nich nic. Gdybyśmy próbowali, pewnie ponieślibyśmy sromotną klęskę.
Zamiast tego zachęcamy ich, by zrobili dla siebie samych coś radykalnie
nowego, a mianowicie, by żyli świadomie w każdej kolejnej chwili. Kiedyś
pewna dziennikarka powiedziała w rozmowie ze mną: "Aha, ma pan na myśli
życie chwilą". "Nie, nie o to chodzi -?odparłem. -?W ten sposób brzmi to
jak maksyma hedonisty. Chodzi mi o życie w danej chwili".
Z pozoru praca w Klinice Redukcji Stresu jest łatwa, do tego stopnia, że
trudno uchwycić, o co w niej faktycznie chodzi, dopóki się w nią nie
zaangażujemy. Punktem wyjścia jest dla nas sytuacja pacjenta w danej
chwili, jakakolwiek by była. Wyrażamy chęć pomocy, jeśli są gotowi do
podjęcia pracy nad sobą. I nigdy nie dajemy za wygraną, nawet wtedy, gdy
któryś z naszych pacjentów popada w zniechęcenie, robi krok w tył albo w swoich własnych oczach ponosi porażkę. Każdą chwilę uznajemy za nowy
początek, nową szansę, by zacząć wszystko od zera, by się dostroić,
odbudować nasze więzi.
W zasadzie nasza rola ogranicza się do zachęcenia podopiecznych, by żyli
każdą chwilą w pełni, do cna, i dostarczenia im narzędzi, by zabrali się
do tego metodycznie. Wprowadzamy ich w techniki, których mogą użyć do
wsłuchania się we własne ciało i umysł, aby bardziej zaufać własnemu
doświadczeniu. Proponujemy naszym pacjentom perspektywę, z której widać
nowy sposób istnienia, traktowania problemów i akceptacji kompletnej
katastrofy, dzięki któremu mogą zyskać pewną kontrolę nad swoim życiem,
a ono samo stanie się bogatsze i bardziej radosne. Taki styl życia
nazywamy ścieżką świadomości albo ścieżką uważności. Obecni tutaj
dzisiejszego ranka poznają ów nowy styl życia i postrzegania, wyruszając
w podróż ku redukcji stresu opartej na uważności. Razem z nimi oraz z pozostałymi uczestnikami programu spotkamy się na ścieżce odkrywania
uważności i uzdrowienia, na którą sami teraz też wkraczamy.
Gdybyście zajrzeli na nasze zajęcia w szpitalu, prawdopodobnie
zastalibyście nas siedzących spokojnie albo leżących bez ruchu na
podłodze z zamkniętymi oczami. Może to trwać bez przerwy od dziesięciu
do czterdziestu pięciu minut.
Patrzącemu z zewnątrz takie zachowanie może wydać się dziwne, a nawet
trochę szalone -?jakby nic się działo. I w pewnym sensie tak jest. Jest
to jednak bardzo bogate i złożone nic. Ci ludzie nie spędzają po prostu
czasu, śpiąc albo śniąc na jawie. Choć tego nie widzimy, w rzeczywistości ciężko pracują. Praktykują nic nierobienie. Aktywnie
zestrajają się z każdą chwilą, cały czas starając się zachować
przytomność i świadomość. Praktykują uważność.
Ujmując to w inny sposób, można powiedzieć, że "praktykują bycie".
Celowo porzucają wszelkie działanie związane z ich życiem i rozluźniają
się w teraźniejszości, nie starając się jej niczym wypełnić. Pozwalają
ciału i umysłowi spocząć w danej chwili, niezależnie od ich kondycji.
Zestrajają się z elementarnymi doświadczeniami życia. Po prostu dają
sobie możliwość trwania w danej chwili, zostawiając wszystko, jakim
jest, nie podejmując prób zmieniania czegokolwiek.
Aby zostać przyjętym do naszej kliniki, należy podjąć osobiste
zobowiązanie, że każdego dnia znajdzie się czas na praktykowanie "po
prostu bycia". Chodzi o to, by w morzu ustawicznej aktywności, w którym
zwykle zanurzone jest nasze życie, odnaleźć wyspę bycia, czas, w którym
ustaje wszelkie działanie.
Nauczyć się, jak pohamować działanie i przełączyć się na tryb bycia, jak
wygospodarować czas dla siebie, jak zwolnić tempo i pogłębić w sobie
spokój i samoakceptację, nauczyć się obserwowania, na co w każdej
upływającej chwili jest skierowany nasz umysł, jak widzieć swoje myśli i jak je "puścić", nie będąc uwikłanym, rozumieć, jak zbudować przestrzeń
dla nowych sposobów widzenia starych problemów i dostrzegania wzajemnych
więzi różnych rzeczy -?oto niektóre z lekcji na temat uważności. Ten
rodzaj nauki wymaga, byśmy zwrócili się ku chwilom czystego bycia i zadomowili się w nich, po prostu pielęgnując świadomość.
Im systematyczniej praktykujemy, tym głębszą uważność rozwijamy i tym
więcej dzięki niej zyskamy. Książka ta jest pomyślana jako przewodnik po
tym procesie, a cotygodniowe zajęcia są swego rodzaju drogowskazem dla
osób, które za namową swoich lekarzy trafiają do naszej kliniki.
Jak wiadomo, mapa to nie terytorium. Podobnie nie należy mylić lektury
tej książki z faktycznym wyruszeniem w podróż. Trzeba ją przeżyć
osobiście, pielęgnując uważność we własnym życiu.
Dlaczegóż bowiem miałoby być inaczej? Kto miałby wykonać tę pracę w twoim imieniu? Twój lekarz? Twoi bliscy albo przyjaciele? Bez względu na
to, jak bardzo inni ludzie chcieliby ci pomóc w trudach wzniesienia się
na wyższy poziom zdrowia i dobrego samopoczucia, fundamentalny wysiłek
musisz wykonać sam. Nikt przecież nie przeżyje twojego życia za ciebie i sam musisz zadbać o swoje dobro.
Pod tym względem pielęgnowanie uważności nie różni się zbytnio od
jedzenia. Absurdem byłoby prosić, by ktoś zjadł twój posiłek za ciebie.
W restauracji nie pałaszujesz karty dań, myląc ją z posiłkiem, ani nie
nasycisz głodu kulinarnymi opowieściami kelnera. Musisz sam zjeść danie.
Podobnie musisz rzeczywiście praktykować uważność, czyli systematycznie
pielęgnować ją we własnym życiu, jeśli chcesz zebrać plon jej korzyści i zrozumieć jej wartość.
Nawet jeśli zamówisz płyty z nagraniami albo ściągniesz pliki z medytacjami, to i tak musisz użyć ich w rzeczywistej praktyce. Płyty CD
wyglądają ładnie na półkach, zbierając kurz. Niewysłuchane pliki audio
mogą sobie czekać latami. Nie zadziałają w jakiś magiczny sposób.
Słuchanie ich od czasu do czasu przyniesie znikome efekty, chociaż może
okazać się relaksujące. Aby wynieść korzyść z tej pracy, należy
przerobić zawartość tych nagrań, a nie po prostu ich wysłuchać. Jeśli
gdzieś w tym wszystkim jest magia, to w tobie, a nie na płycie CD czy w jakiejś konkretnej praktyce.
Do niedawna u wielu ludzi samo słowo "medytacja" powodowało uniesienie
brwi, kojarząc się z mistycyzmem i kuglarskimi sztuczkami. Po części
było tak dlatego, że nie rozumiano, iż istotą medytacji jest skupianie
uwagi. Teraz ta wiedza się upowszechniła. A ponieważ wszyscy skupiamy
uwagę, przynajmniej czasami, medytacja nie jest nam tak obca, jak
mogłoby się wydawać.
Jeśli jednak przyjrzymy się temu, jak działa nasz umysł, tak jak robimy
to w czasie medytacji, prawdopodobnie odkryjemy, że przez większość
czasu bardziej zajmuje się przeszłością albo przyszłością niż
teraźniejszością. Na tym polega wszechobecne rozproszenie, które zostało
wzięte pod lupę w harwardzkim badaniu poziomu szczęścia,
wykorzystującego aplikację na iPhone'a. Okazało się, że w danej chwili
mamy tylko częściową świadomość rzeczywiście następujących zdarzeń.
Przegapiamy wiele z tego, co mogłoby się składać na nasze faktyczne
doświadczenie, ponieważ nie jesteśmy w pełni obecni. Dotyczy to nie
tylko medytacji. Nieświadomość może dominować umysł przez cały czas i wpływać na wszystkie nasze poczynania. Może się okazać, że najczęściej
jesteśmy przełączeni na automatycznego pilota, funkcjonując
mechanicznie, bez pełnej świadomości tego, co robimy i czego właśnie
doświadczamy. To tak, jakby długo nie było nas w domu, albo, innymi
słowy, jakbyśmy żyli tylko w połowie na jawie.
Możesz sprawdzić, czy ten opis dotyczy twojego umysłu, gdy następnym
razem będziesz prowadzić samochód. Bardzo często zdarza się, że
docieramy do jakiegoś miejsca, nie pamiętając zbyt wiele -?o ile w ogóle
cokolwiek -?z tego, co widzieliśmy po drodze. Dzieje się tak dlatego, że
jedziemy na automatycznym pilocie, bez poczucia pełnej obecności, choć
na szczęście przeważnie mamy jej dość, by prowadzić samochód bezpiecznie
i uniknąć wypadku.
Nawet gdy próbujemy koncentrować się na konkretnym zadaniu, czy na
prowadzeniu samochodu, czy czymkolwiek innym, przekonamy się, jak trudno
utrzymać skupienie w chwili obecnej. Generalnie nasza uwaga bardzo łatwo
ulega rozproszeniu. Umysł ma skłonność do popadania w dekoncentrację.
Wpada w dryf pogrążenia w myślach i śnienia na jawie.
Nasze myśli mają na nas tak przemożny wpływ, zwłaszcza w chwilach
kryzysu albo emocjonalnego wzburzenia, że łatwo przesłaniają nam
świadomość teraźniejszości. Potrafią się uaktywnić nawet wtedy, gdy
jesteśmy odprężeni i mogą porwać za sobą nasze zmysły. Na przykład
podczas prowadzenia samochodu łapiemy się na tym, że jesteśmy
pochłonięci myślami o czymś, co dawno minęliśmy, zamiast skoncentrować
się na drodze przed nami. Przez ten czas w gruncie rzeczy nie
kierowaliśmy samochodem. Byliśmy przełączeni na autopilota. Umysł został
usidlony przez doznania zmysłowe -?obraz, dźwięk, coś, co przyciągnęło
naszą uwagę -?i rozproszony został przy krowie, mijanej lawecie czy
czymkolwiek innym, co go zaabsorbowało. W rezultacie w czasie, gdy nasza
uwaga była pochłonięta, byliśmy dosłownie "zagubieni" w naszych myślach
i nieświadomi innych doznań zmysłowych.
Czyż nie tak właśnie zachowuje się nasz umysł przez większość czasu,
cokolwiek robimy? Zaobserwuj, jak myśli odrywają naszą świadomość od
chwili obecnej, bez względu na okoliczności. Zwróć uwagę, jak długo w ciągu dnia myślisz o przeszłości albo przyszłości. Podsumowanie może się
okazać szokujące.
Jeśli chcesz się przekonać, jak myślący umysł zaprzęga twoją uważność,
przeprowadź następujący eksperyment. Usiądź z wyprostowanymi, ale nie
usztywnionymi plecami, zamknij oczy i skieruj świadomość na oddech. Nie
próbuj go kontrolować. Po prostu pozwól mu płynąć i bądź go świadom,
poczuj go i podążaj za wdechem i wydechem. Postaraj się obserwować go w ten sposób przez trzy minuty.
Jeśli w pewnej chwili pomyślisz, że takie siedzenie w miejscu i obserwowanie oddechu jest głupie albo nudne, zauważ, że to tylko myśl,
osąd sformułowany przez umysł. Wtedy po prostu puść ją i ponownie skup
się na oddechu. Jeśli to odczucie jest bardzo silne, wykonaj następujący
dodatkowy eksperyment: zaciśnij mocno palec wskazujący i kciuk jednej
ręki na nosie i nie otwieraj ust. Zobaczysz, że bardzo szybko twój
oddech stanie się sprawą najwyższej wagi!
Po trzech minutach przyglądania się wdechowi i wydechowi zastanów się,
jak się czułeś przez ten czas i w jakim stopniu twój umysł tracił
kontakt z oddechem. Jak sądzisz, co by się stało, gdybyś kontynuował
ćwiczenie przez pięć albo dziesięć minut, albo przez pół godziny, a nawet godzinę?
Większość z nas łatwo się rozprasza i co chwila przekierowuje uwagę z jednej rzeczy na inną. Dlatego też mamy trudności z utrzymaniem
skupienia na oddechu przez określony czas, o ile nie ćwiczymy
ustabilizowania i uspokojenia umysłu. Ten drobny trzyminutowy
eksperyment da ci przedsmak tego, czym jest medytacja, a jest to
świadoma obserwacja ciała i umysłu, decyzja, by pozwolić naszym
doświadczeniom płynąć swobodnie i akceptować je takimi, jakie są. Nie ma
tu miejsca na odrzucanie myśli, kontrolowanie ich czy tłumienie -
kontrolujemy tylko naszą uwagę.
Jednak uznanie medytacji za proces pasywny byłoby pomyłką. Regulowanie
uwagi i trwanie w autentycznym spokoju, wolnym od odreagowywania,
pochłania mnóstwo energii i wysiłku. Mimo to, paradoksalnie, uważność
nie wiąże się z podejmowaniem prób osiągania czy odczuwania czegoś
wyjątkowego. Jest to raczej przyzwolenie na trwanie w miejscu, w którym
już się znajdujemy, otworzenie się na autentyczne przeżywanie tego, co
się naprawdę dzieje. Nie martw się więc, jeśli przez te trzy minuty nie
udało ci się jakoś nadzwyczajnie zrelaksować, a pomysł, by obserwować
oddech, wydawał ci się absurdalny. Rozluźnienie i poczucie zadomowienia
we własnej skórze pojawi się z czasem, jeśli będziesz kontynuował
praktykę. W powyższym ćwiczeniu chodziło po prostu o to, byś skupił
uwagę na oddechu i zaobserwował, co się wtedy stanie. Rozluźnienie nie
było celem. Odprężenie, równowaga, dobre samopoczucie pojawiają się same
z siebie, gdy jesteśmy w stanie pełnej uważności.
Jeśli zaczniesz zwracać uwagę, gdzie w każdej kolejnej chwili dnia
znajduje się twój umysł, co, jak sugerują autorzy badania przy użyciu
aplikacji na iPhone'a, może mieć decydujący wpływ na jakość życia, być
może przekonasz się, ile czasu i energii wydatkujesz na lgnięcie do
wspomnień, sny na jawie i żal za tym, co minęło. Pewnie odkryjesz
również, że tyle samo albo jeszcze więcej energii poświęcasz
przewidywaniu, planowaniu, fantazjowaniu na temat przyszłości i martwieniu się o nią.
Z powodu tej nieustającej wewnętrznej krzątaniny, bywamy ślepi na
niektóre aspekty naszych życiowych doświadczeń albo nie doceniamy ich
wartości i znaczenia. Powiedzmy, że znalazłeś chwilę, by obejrzeć
zachódu słońca i jesteś oczarowany grą światła i kolorów wśród chmur.
Przez tę chwilę jesteś po prostu obecny tu i teraz, podziwiasz ten
widok, chłoniesz go, naprawdę go widzisz. Potem jednak uaktywnia się
myślenie i być może powiesz coś do swojego towarzysza na temat zachodu
słońca i jego piękna albo czegoś, co ci przypomniał. Wypowiadając te
słowa, zakłócasz bezpośrednie doświadczanie chwili. Zostałeś odciągnięty
od słońca, nieba i światła. Schwytała cię twoja własna myśl i odruch, by
ją zwerbalizować. Twój komentarz przerwał ciszę. A nawet jeśli nic nie
powiedziałeś, to ta sama myśl czy wspomnienie już w pewnym stopniu
odciągnęły cię od prawdziwego słońca zachodzącego w tej właśnie chwili.
Teraz tak naprawdę rozkoszujesz się raczej zachodem słońca we własnej
głowie, a nie tym rzeczywistym. Może ci się wydawać, że cieszysz się
samym zachodem słońca, ale w istocie postrzegasz go przez zasłonę
własnych ozdobników w postaci minionych zachodów słońca oraz innych
wspomnień i wyobrażeń, które ten prawdziwy w tobie uruchomił. Wszystko
to może rozegrać się pod powierzchnią świadomości. Co więcej, całe
zdarzenie może trwać zaledwie chwilę. Szybko zblednie i przeminie, gdy
pojawią się następne.
Przez długi czas daje się uniknąć przykrych konsekwencji takiej
rozproszonej świadomości. Przynajmniej tak sądzimy. Ale to, co nam się
wymyka, jest ważniejsze, niż nam się wydaje. Jeśli całymi latami nie
mamy pełnej świadomości, jeśli nawykowo pędzimy przez dane nam chwile,
nie będąc w nich w pełni obecni, przegapimy najcenniejsze doświadczenia
w naszym życiu, takie jak więź z bliskimi albo zachody słońca czy
rześkie powietrze o poranku.
Dlaczego? Ponieważ byliśmy "zbyt zajęci", a nasz umysł zbyt obciążony
tym, co uznawaliśmy za ważniejsze od zwrócenia uwagi na otoczenie. Być
może zbyt się spieszyliśmy, żeby docenić kontakt wzrokowy, dotyk,
poczucie obecności we własnym ciele. Jeśli funkcjonujemy w takim trybie,
może się zdarzyć, że będziemy jeść, nie smakując, patrzeć, niewiele
widząc, słuchać, nie słysząc, dotykać, nie czując, i mówić, nie wiedząc,
co w rzeczywistości mówimy. W przypadku zaś prowadzenia samochodu, jeśli
wasz umysł wymelduje się w nieodpowiedniej chwili, konsekwencje takiej
nieobecności mogą być niefortunne i dramatyczne.
Zatem w pielęgnowaniu uważności nie chodzi jedynie o największą
satysfakcję z zachodów słońca. Gdy umysł jest pogrążony w nieświadomości, dotyczy to wszystkich naszych decyzji i działań.
Nieświadomość może zerwać nasz kontakt z własnym ciałem, z płynącymi z niego sygnałami i informacjami. To z kolei może stać się przyczyną wielu
problemów somatycznych -?nie zdajemy sobie nawet sprawy, że wywołujemy
je sami. Żyjąc w chronicznym stanie nieświadomości, przegapiamy to, co
najpiękniejsze i najbardziej znaczące i w konsekwencji jesteśmy mniej
szczęśliwi, niż byśmy mogli być. Co więcej, podobnie jak w przykładzie
prowadzenia samochodu, w przypadku pracoholizmu czy nadużywania alkoholu
i narkotyków, nasza skłonność do dryfowania w nieświadomości może okazać
się zabójcza, unicestwiając nas powoli lub w mgnieniu oka.
* * *
Gdy przyjrzymy się naszemu umysłowi, prawdopodobnie odkryjemy, że duża
część aktywności mentalnej i emocjonalnej przebiega pod powierzchnią.
Ten nieprzerwany strumień myśli i uczuć może kosztować nas mnóstwo
energii i być przeszkodą w przeżywaniu choćby krótkich momentów spokoju
i zadowolenia.
Gdy umysł jest zdominowany przez niezadowolenie i nieświadomość, a ma to
miejsce znaczenie częściej, niż większość z nas byłaby gotowa przyznać,
trudno jest poczuć spokój i rozluźnienie. Zamiast tego pogrążamy się w wewnętrznej niespójności i obsesjach. Myślimy o tym i tamtym, chcemy
tego i tamtego, często rzeczy sprzecznych. Taki stan umysłu może
dotkliwie wpłynąć na naszą zdolność do działania, a nawet klarownego
oglądu sytuacji. W takich chwilach nie wiemy, co myślimy, czujemy i robimy. Możemy sądzić, że wiemy. Jednak w najlepszym wypadku jest to
wiedza niepełna. W rzeczywistości napędzają nas sympatie i antypatie,
jesteśmy całkowicie nieświadomi tyranii własnych myśli i autodestrukcyjnych zachowań, którymi te często skutkują.
Słynna dewiza Sokratesa brzmi: "Poznaj samego siebie". Podobno jeden z jego uczniów zwrócił się do niego w te słowa: "Sokratesie, chodzisz w koło i mówisz wszystkim: poznaj samego siebie, ale czy ty sam siebie
poznałeś?". Na co Sokrates odparł: "Nie, ale coś z tej niewiedzy
zrozumiałem".
Jeśli rozpoczynamy własną praktykę uważności, dowiemy się któregoś dnia
więcej o swojej niewiedzy. Rzecz nie w tym, że uważność jest odpowiedzią
na wszystkie życiowe problemy. Raczej wszystkie życiowe problemy mogą
być postrzegane klarowniej dzięki soczewce przytomnego umysłu. Już sama
świadomość stanu umysłu, który sądzi, że zawsze wie, co się dzieje, jest
wielkim krokiem w stronę nauczenia się, jak widzieć świat na wskroś
przez własne opinie oraz jak postrzegać rzeczy w ich faktycznej postaci.
* * *
Bardzo ważnym elementem naszego życia i doświadczenia, elementem, który
mamy skłonność pomijać, ignorować i tracić nad nim kontrolę wskutek
działania w trybie automatycznego pilota, jest nasze ciało. Być może
mamy z nim słaby kontakt i przez większość czasu nie wiemy, jak ono się
czuje. W rezultacie możemy stać się niewrażliwi na to, jak na nasze
ciało wpływa otoczenie, nasze działania, a nawet nasze myśli i emocje.
Jeśli nie mamy świadomości istnienia tych związków, możemy z łatwością
uznać, że ciało znajduje się poza naszą kontrolą. Jak zobaczymy w rozdziale 21, symptomy fizyczne to "wiadomości", które ciało przekazuje
nam, byśmy wiedzieli, w jakiej jest kondycji i jakie są jego potrzeby.
Gdy wskutek systematycznego angażowania uwagi nasz kontakt z ciałem się
poprawi, będziemy znacznie lepiej dostrojeni do odczytywania jego
sygnałów oraz lepiej przygotowani do odpowiedniej reakcji. Zrozumienie,
jak słuchać własnego ciała, jest niezbędne dla poprawienia stanu zdrowia
i jakości naszego życia.
Nawet coś tak prostego jak rozluźnienie może się okazać zadaniem ponad
nasze siły, jeśli jesteśmy nieświadomi swojego ciała. Stres codzienności
często wywołuje napięcie, które ma skłonność do zagnieżdżania się w konkretnych partiach mięśni, takich jak ramiona, szczęka czy czoło. Aby
to napięcie rozładować, musimy najpierw wiedzieć, że się tam pojawiło.
Musimy czuć. Następnie musimy wiedzieć, jak wyłączyć automatycznego
pilota oraz jak przejąć stery własnego ciała i umysłu. Jak zobaczymy
później, wymaga to przyjrzenia się ciału za pomocą skupionego umysłu,
doświadczania odczuć docierających z wewnątrz mięśni i wysyłania im
sygnałów, by uwolniły to napięcie. Można to zrobić w chwili, gdy
napięcie się gromadzi, o ile jesteśmy na tyle uważni, że to widzimy. Nie
ma potrzeby czekać do momentu, gdy napięcie urośnie tak bardzo, że
będziemy sztywni jak drewniany kloc. Jeśli w porę nie zareagujemy,
napięcie może się zakorzenić do tego stopnia, że zapomnimy, co znaczy
relaks, i możemy stracić nadzieję na to, że jeszcze naprawdę się
rozluźnimy.
Pewien weteran wojenny, który pojawił się w klinice z powodu problemów z bólem pleców, ujął ten dylemat w krótkich żołnierskich słowach. Kiedy
badałem gibkość i ruchomość stawów, zauważyłem, że jest bardzo spięty, a jego nogi są twarde jak skała nawet, gdy już poprosiłem go, żeby je
rozluźnił. Były w takim stanie, odkąd odniósł ranę po nadepnięciu na
pułapkę minową w Wietnamie. Kiedy lekarz powiedział mu, że musi się
rozluźnić, odparł: "Doktorze, powiedzenie mi, żebym się rozluźnił, jest
mniej więcej tak samo pomocne, jak powiedzenie mi, żebym został
chirurgiem".
Z przykazań, żeby się rozluźnił, nic nie wynikało. Weteran wiedział, że
powinien się odprężyć, ale tego musiał się dopiero nauczyć. Musiał
doświadczyć procesu "puszczania" napięcia we własnym ciele i umyśle.
Kiedy zaczął medytować, nauczył się odprężania, a jego nogi w końcu
odzyskały zdrowy tonus.
Kiedy coś złego dzieje się z naszym ciałem albo umysłem, oczekujemy, że
medycyna może to naprawić i często tak jest. Ale jak zobaczymy w dalszych rozdziałach, nasza aktywna współpraca jest decydująca w niemal
wszystkich formach terapii medycznej. Szczególnie ważna okazuje się w przypadku schorzeń chronicznych albo chorób, na które medycyna nie zna
lekarstwa. W takich przypadkach jakość naszego życia może w dużym
stopniu zależeć od zdolności poznania własnego ciała i umysłu, by
pracować nad poprawą zdrowia w -?zawsze nieznanym -?zakresie tego, co
możliwe. Bez względu na wiek, wzięcie odpowiedzialności za lepsze
poznanie własnego ciała dzięki starannemu wsłuchiwaniu się w jego
sygnały oraz poprzez pielęgnowanie wewnętrznych sił uzdrawiania i podtrzymywania zdrowia to najlepszy sposób, w jaki możemy współpracować
z lekarzami i medycyną. Tu właśnie rozpoczyna się rola praktyki
medytacyjnej. To z niej czerpiemy siłę i treść takich wysiłków. To ona
jest katalizatorem dzieła uzdrawiania.
* * *
Pierwsze wprowadzenie do praktyki medytacyjnej MBSR jest dla naszych
pacjentów zaskoczeniem. Stosunkowo często sądzą oni, że medytacja to
zajęcie niezwykłe, mistyczne i przekraczające normalność albo że to w ostateczności forma rozluźnienia. Aby natychmiast uwolnić ich od tych
oczekiwań, dajemy każdemu trzy rodzynki i wspólnie zjadamy jedną po
drugiej, zwracając uwagę na to, co w danej chwili robimy i czego z chwili na chwilę doświadczamy. Czytelnik sam może wykonać to ćwiczenie.
Najpierw z uwagą przyglądamy się rodzynkom, obserwujemy je starannie,
jakbyśmy nigdy dotąd nie widzieli czegoś podobnego. Staramy się poczuć
ich fakturę, gdy trzymamy je między palcami, zauważyć kolor i poczuć
właściwości skórki. Staramy się również mieć świadomość wszelkich myśli,
które mogą nam przyjść do głowy na temat rodzynek i jedzenia w ogóle.
Odnotowujemy myśli i odczucia pojawiające się w trakcie obserwacji.
Potem wąchamy rodzynki przez chwilę i wreszcie świadomie podnosimy je do
ust, zwracając uwagę na ruch ramienia, zmierzający do tego, by dłoń
umieściła rodzynkę w ustach; zwracamy też uwagę na pojawienie się śliny,
gdy umysł i ciało spodziewają się, że zaraz zaczniemy ją jeść. Cały
proces trwa, gdy bierzemy rodzynkę do ust, powoli ją przeżuwamy,
odczuwając jej rzeczywisty smak. A kiedy jesteśmy gotowi ją połknąć,
obserwujemy pojawiający się odruch połykania, nawet gdy jest odczuwany
świadomie. Wyobrażamy sobie nawet, albo "czujemy", że teraz nasze ciała
są cięższe o tę jedną rodzynkę. Potem powtarzamy całe ćwiczenie z drugą
rodzynką bez żadnego komentarza, w milczeniu. A potem jeszcze raz, z trzecią.
Odzew po tym ćwiczeniu jest zawsze pozytywny, nawet ze strony osób,
które rodzynek nie lubią. Ludzie mówią nam, że takie podejście do
jedzenia jest przyjemne choćby dla samej odmiany, bo odkąd pamiętają, w gruncie rzeczy poczuli po raz pierwszy, jak smakuje rodzynka i nawet
zjedzenie jednej rodzynki może być satysfakcjonujące. Często pojawia się
wniosek, że gdybyśmy zawsze jedli w ten sposób, jedlibyśmy mniej, a nasze doświadczenia związane z jedzeniem byłyby bardziej przyjemne i satysfakcjonujące. Niektórzy pacjenci stwierdzają, że przyłapali się na
automatycznym sięganiu po kolejne rodzynki, zanim zjedli tę, którą mieli
w ustach -?w tym momencie orientowali się, że w taki sposób zazwyczaj
jedzą.
Wielu z nas wykorzystuje jedzenie do osiągnięcia emocjonalnego
zaspokojenia, zwłaszcza gdy czujemy niepokój, przygnębienie albo
zwyczajną nudę, dlatego to proste ćwiczenie polegające na zwolnieniu
tempa i zwracaniu bacznej uwagi na to, co robimy, pokazuje, jak silne,
niekontrolowane i szkodliwe bywają nasze odruchy, gdy w grę wchodzi
jedzenie. Oraz że proste czynności mogą nam dawać dużo satysfakcji, gdy
nasze działanie jest świadome.
Gdy zaczniemy angażować uwagę w ten sposób, nasza relacja z rzeczami się
zmieni. Widzimy więcej i jest to widzenie głębsze i klarowniejsze.
Możemy zacząć dostrzegać wewnętrzny porządek i sieć powiązań między
różnymi rzeczami, co przedtem nie było tak oczywiste. Możesz więc
zauważyć związki między odruchami wyłaniającymi się z głębi umysłu oraz
zorientować się, że się przejadamy i bagatelizujemy sygnały wysyłane
przez ciało. Gdy angażujemy uwagę, stajemy się bardziej przytomni.
Uwalniamy się od zwykłego sposobu postrzegania otaczającego nas świata i automatycznego działania, bez pełnej świadomości. Kiedy jemy uważnie,
mamy kontakt ze swoim posiłkiem, ponieważ umysł nie jest rozproszony
albo przynajmniej jest mniej rozproszony. Dlatego, że nie myślimy wtedy
o innych sprawach. Zajmujemy się jedzeniem. Kiedy patrzymy na rodzynkę,
rzeczywiście ją widzimy. Kiedy ją przeżuwamy, naprawdę czujemy smak.
Istotą praktyki uważności jest to, że wiemy, co robimy, gdy to robimy.
Ta wiedza jest wiedzą niekoncepcyjną albo wiedzą wyrastającą ponad
wiedzę koncepcyjną. Jest to świadomość sama w sobie. To zdolność, którą
już posiadamy. Z tego powodu ćwiczenie z rodzynkami nazywamy "medytacją
jedzenia". Dlatego pamiętajmy: w medytacji czy uważności nie ma nic
szczególnie nadzwyczajnego ani mistycznego. Medytacja wymaga tylko
skupienia uwagi na własnych przeżyciach w każdej kolejnej chwili.
Prowadzi nas to bezpośrednio do nowego sposobu postrzegania i nowego
stylu życia, ponieważ chwila obecna, jeśli tylko jest rozpoznana i doceniona, ujawnia bardzo niezwykłą, magiczną moc: jest to jedyny czas,
który każdy z nas ma do dyspozycji. Teraźniejszość to jedyny moment,
kiedy możemy coś poznać. To jedyny czas, by coś dostrzec, czegoś się
nauczyć, czegoś dokonać, coś zmienić, coś uzdrowić i kogoś kochać. Z tego właśnie powodu tak bardzo cenimy świadomość towarzyszącą każdej
kolejnej chwili. Sami musimy się nauczyć, jak ugruntować w sobie tę
zdolność umysłu, zarazem podejmowany wysiłek jest celem samym w sobie.
To dzięki niemu nasze doświadczenia stają się wyrazistsze, a życie
bardziej realne.
* * *
Jak zobaczymy w następnym rozdziale, gdy chcemy wkroczyć na ścieżkę
praktykowania medytacji uważności, warto umyślnie włożyć w życie pewną
dawkę prostoty. Można to zrobić, przeznaczając jakiś czas w ciągu dnia
na chwilę ciszy i spokoju, chwilę, którą możemy wykorzystać na skupienie
się na podstawowych doznaniach związanych z byciem żywą istotą, takich
jak oddech, na odczuciach wyłaniających się z ciała i strumienia myśli.
Wkrótce taka formalna praktyka medytacji "rozlewa się" na całe nasze
codzienne życie, przyjmując postać celowego angażowania większej uwagi
niezależnie od tego, co akurat robimy. Możemy odkryć, że spontanicznie
zwracamy teraz więcej uwagi na różne rzeczy -?nie dzieje się tak tylko
wtedy, gdy "medytujemy".
Praktykujemy uważność, starając się pamiętać, by zachować przytomność we
wszystkich chwilach poza nocnym odpoczynkiem -?staranie oznacza, że
robimy to zarówno ze sporą życzliwością wobec siebie, jak i z pewną
stanowczością i dyscypliną. Możemy praktykować, uważnie wynosząc śmieci,
uważnie jedząc i prowadząc samochód. Możemy praktykować, przeżywając
wszystkie wzloty i upadki, możemy praktykować w obliczy zmian w naszym
ciele i umyśle, w czasie życiowych burz. Uczymy się świadomości naszych
lęków i bólu, a jednocześnie jesteśmy bardziej ustabilizowani i mamy
więcej wiary we własne siły dzięki więzi z głębszym wymiarem w swoim
wnętrzu, z rozróżniającą mądrością, która pomaga nam przeniknąć i przekroczyć lęk i ból oraz odkryć spokój i nadzieję w naszym położeniu -
niezależnie od ewentualnych trudności.
Używamy słowa "praktyka" w pewnym szczególnym sensie. Praktyka nie
oznacza dla nas wielkiej próby przed występem ani doskonalenia
umiejętności, byśmy mogli posłużyć się nią kiedy indziej. W kontekście
medytacji praktyka oznacza "celowe trwanie w teraźniejszości". Środki,
którymi posługujemy się w obrębie medytacji, oraz jej cel są tożsame.
Nie próbujemy niczego osiągać. Pracujemy jedynie nad tym, aby być tu,
gdzie już jesteśmy, i być w pełni. Nasza praktyka medytacyjna może się
pogłębić w ciągu kolejnych lat jej kontynuowania, ale w rzeczywistości
nie praktykujemy po to, by do tego doprowadzić. Nasza wędrówka ku
lepszemu zdrowiu i samopoczuciu to naturalna ewolucja. Świadomość, wgląd
i zdrowie dojrzewają samodzielnie, gdy jesteśmy gotowi do angażowania
uwagi w każdą mijającą chwilę i gdy pamiętamy, że w życiu mamy właśnie
tylko chwile do dyspozycji.
2
Podstawy praktyki uważności: zasady i zaangażowanie w praktykę
Pielęgnacja uzdrawiającej siły uważności wymaga czegoś więcej niż
mechanicznego trzymania się pewnej recepty czy zestawu instrukcji.
Prawdziwy proces uczenia się wygląda inaczej. Uczenie się, rozumienie i zmiana są możliwe tylko wtedy, gdy umysł jest otwarty i chłonny. W praktykowanie uważności musimy zaangażować się całym sercem. Nie możemy
po prostu przyjąć pozycji medytacyjnej i oczekiwać, że coś w magiczny
sposób stanie się samo. Nie możemy włączyć płyty CD z nagraniami
instrukcji i oczekiwać, że płyta "coś zrobi".
Decyduje nasze podejście do praktyki skupiania uwagi i obecności tu i teraz. To gleba, na której będziemy kultywować zdolność uspokojenia
umysłu i odprężania ciała, zdolność koncentracji i bardziej klarownego
postrzegania. Jeśli gleba jest jałowa, to znaczy, jeśli nasza energia i zaangażowanie w praktykę są niewielkie, trudno będzie rozwijać spokój i rozluźnienie z odpowiednią konsekwencją. Jeśli gleba jest skażona, to
znaczy, jeśli próbujemy zmusić się do rozluźnienia, żądamy od siebie, by
"coś się stało", nic w ogóle nie wyrośnie i szybko dojdziemy do wniosku,
że "medytacja nie skutkuje".
Pielęgnowanie świadomości medytacyjnej wymaga zupełnie nowego spojrzenia
na proces uczenia się. Przekonanie, że wiemy, czego nam trzeba i gdzie
możemy to uzyskać, jest tak mocno zakorzenione w naszych umysłach, że
możemy łatwo wpaść w pułapkę obsesyjnego kontrolowania przebiegu
zdarzeń, a więc starań, by sprawy potoczyły się "po naszej myśli",
zgodnie z naszym życzeniem. To podejście jest jednak sprzeczne ze
sposobem działania świadomości i procesu uzdrawiania. Świadomość wymaga
jedynie, byśmy skupiali uwagę i widzieli rzeczy takimi, jakie są
naprawdę. Nie wymaga natomiast, byśmy cokolwiek zmieniali na siłę.
Uzdrawianie wymaga wrażliwości i akceptacji, dostrojenia się do sieci
powiązań i wymiaru holistycznego. Nie da się zrobić tego na siłę, tak
samo jak nie da się na siłę zasnąć. Musimy zadbać o odpowiednie warunki
sprzyjające zasypianiu, a potem musimy się rozluźnić. Ta prawidłowość
odnosi się do rozluźnienia medytacyjnego. Nie można do niego doprowadzić
siłą woli. Takie próby wywołają jedynie napięcie i frustrację.
Jeśli zaczynamy praktykę medytacyjną, myśląc: "Nic z tego nie będzie,
ale i tak spróbuję", zapewne nie będzie z niej wielkiego pożytku. Kiedy
po raz pierwszy poczujemy ból lub dyskomfort, będziemy mogli powiedzieć:
"No proszę, wiedziałem, że ból nie zniknie" albo "Wiedziałem, że nie uda
mi się skupić", a to potwierdzi tylko nasze podejrzenie, że praktyka nie
skutkuje, więc zrezygnujemy. Jeśli zabieramy się do medytacji jak
"prawdziwy wyznawca", czując pewność, że ta ścieżka jest przeznaczona
dla nas, że uważność to "właściwe rozwiązanie", prawdopodobnie wkrótce
poczujemy rozczarowanie. Gdy tylko stwierdzimy, że jesteśmy tą samą
osobą, którą zawsze byliśmy, i że ta praca wymaga wysiłku i konsekwencji, a nie po prostu romantycznej wiary w wartość medytacji,
rozluźnienia czy uważności, być może odnajdziemy w sobie dużo mniej
entuzjazmu niż wcześniej.
W Klinice Redukcji Stresu przekonaliśmy się, że osoby sceptyczne, ale o otwartym umyśle mają największe szanse. Ich podejście jest następujące:
"Nie wiem, czy to skutkuje, czy nie, mam wątpliwości, ale zamierzam dać
z siebie wszystko i wtedy zobaczę, co z tego wyniknie".
Zatem nasze podejście do praktyki uważności w dużym stopniu zadecyduje o jej długofalowej wartości -?w naszych oczach. Z tego względu świadome
pielęgnowanie pewnych zasad może przyczynić się do optymalnego
wykorzystania medytacji. To intencje przygotowują grunt pod to, co jest
możliwe. To one w każdej chwili przypominają, dlaczego w ogóle
praktykujemy. Przyjęcie w umyśle określonej postawy, opartej na pewnych
zasadach, jest de facto częścią samego treningu, sposobem efektywnego
kierowania własną energią, by doprowadzić do rozwoju i uzdrowienia.
Siedem zasad dotyczących postawy stanowi najważniejsze filary praktyki
uważności nauczanej przez nas w ramach treningu MBSR. Są to:
nieosądzanie, cierpliwość, umysł początkującego, zaufanie,
bezwysiłkowość, akceptacja i "puszczanie". Te aspekty podejścia do
praktyki należy świadomie pielęgnować. Nie są one od siebie niezależne.
Każdy z nich wiąże się z pozostałymi i ma wpływ na ich ugruntowywanie.
Praca nad jednym aspektem szybko doprowadzi nas do kolejnych. Wspólnie
tworzą fundament, na którym będziemy mogli oprzeć solidną praktykę
medytacyjną, dlatego przedstawiamy je już teraz. Gdy rozpoczniemy
właściwą praktykę, rozdział ten warto przeczytać ponownie dla
przypomnienia sobie, jak użyźniać glebę naszego nastawienia, aby
praktyka uważności się rozwijała.
ZASADY DOTYCZĄCE PODEJŚCIA DO PRAKTYKI -?FUNDAMENT PRAKTYKI UWAŻNOŚCI
1. Nieosądzanie
Uważność pielęgnujemy, poświęcając uwagę każdej kolejnej chwili życia,
starając się nie wikłać we własne koncepcje, opinie, sympatie i antypatie. Takie nastawienie pozwala nam widzieć rzeczy w ich prawdziwej
postaci, a nie w formie zniekształconej przez nasze poglądy i plany. Aby
wyrobić w sobie takie nastawienie do własnych doświadczeń, musimy
dostrzec, że zwykle jesteśmy uwikłani w nieprzerwany strumień osądów i reakcji na doznania wewnętrzne i zewnętrzne. Wtedy możemy nauczyć się
uwalniać z tych sideł. Gdy zaczynamy skupiać uwagę na aktywności umysłu,
zwykle odkrywamy ze zdumieniem, że bez ustanku osądzamy własne
przeżycia. Umysł etykietuje i dzieli na poszczególne kategorie niemal
wszystko, czego doświadczamy. Na wszystko reagujemy, opierając się na
wartości, jaką dla nas dana rzecz posiada. Niektórzy ludzie, rzeczy i wydarzenia są przez nas oceniane jako "dobre", ponieważ sprawiają, że
czujemy się dobrze. Inne równie szybko są uznawane za "złe", ponieważ
sprawiają, że jest nam źle. Resztę podciągamy pod kategorię rzeczy
"neutralnych", ponieważ nie sądzimy, by miała dla nas znaczenie. Ludzie,
rzeczy i zdarzenia uznane za neutralne zostają niemal kompletnie
wyeliminowane ze świadomości. Zwykle uznajemy, że poświęcenie im uwagi
jest nudne.
Nawyk kategoryzowania i osądzania naszych przeżyć zamyka nas w automatycznych reakcjach, których nawet sobie nie uświadamiamy i które
często nie mają obiektywnych podstaw. Takie osądy nierzadko dominują nad
naszym umysłem, utrudniając odnalezienie wewnętrznego spokoju czy
rozeznania, co się rzeczywiście dzieje. Można odnieść wrażenie, że nasz
umysł funkcjonuje jak jo-jo, podążając cały dzień w górę i w dół na
sznurku naszych osądzających myśli. Jeśli taki opis umysłu nas nie
przekonuje, po prostu zwróćmy uwagę przez najbliższe dziesięć minut, jak
bardzo jesteśmy pochłonięci wydawaniem ocen -?aprobata/dezaprobata -?w stosunku do wszystkiego, co robimy.
Jeśli chcemy znaleźć skuteczniejszy sposób radzenia sobie ze stresem,
najpierw musimy uświadomić sobie istnienie tych automatycznych osądów,
byśmy mogli przejrzeć własne nieuświadomione uprzedzenia i lęki oraz
uwolnić się od ich tyranii.
Gdy praktykujemy uważność, powinniśmy rozpoznać ową osądzającą
właściwość umysłu, gdy tylko się pojawia i przyjąć szerszą perspektywę,
celowo rezygnując z osądzania. Przyjmujemy wówczas postawę bezstronną,
przypominając sobie, byśmy -?najlepiej, jak potrafimy -?po prostu
obserwowali, co się dzieje, łącznie z naszymi reakcjami na rozwój
wypadków. Gdy orientujemy się, że nasz umysł znów pogrążył się w osądzaniu, nie należy go przed tym powstrzymywać, zresztą podejmowanie
takiej próby byłoby błędem. Wystarczy być świadomym, że to się dzieje.
Nie ma potrzeby osądzać i dodatkowo wszystko komplikować.
Powiedzmy, że praktykujemy obserwację oddechu zgodnie z opisem w poprzednim rozdziale -?wrócimy zresztą do tego ćwiczenia w znacznie
szerszym zakresie w rozdziale następnym. Może się zdarzyć, że w pewnej
chwili usłyszymy w swojej głowie coś w rodzaju: "Ale nudy" albo "Nic z tego nie będzie", albo "Nie dam rady". To osądy. Kiedy pojawiają się w umyśle, bardzo ważne jest, byśmy je rozpoznali, przypomnieli sobie, że
praktyka wiąże się z zawieszeniem osądzania, a potem po prostu
kontynuowali obserwację wszystkiego, co się pojawia, włącznie z własnymi
osądzającymi myślami -?bez podążania za nimi czy wpływania na nie w jakikolwiek sposób. Następnie z pełną świadomością poddajmy się rytmowi
oddechu.
2. Cierpliwość
Cierpliwość jest objawem mądrości. Ukazuje nasze zrozumienie i akceptację tego, że czasem wypadki toczą się zgodnie z ich własnym
zegarem. Dziecko może starać się pomóc poczwarce motyla wydostać się z kokonu. Dla motyla jednak zwykle kończy się to źle. Każdy dorosły wie,
że motyl może wydostać się z kokonu tylko we właściwej chwili i że nie
można tego przyśpieszyć.
W podobny sposób, gdy praktykujemy uważność, pielęgnujemy cierpliwość
wobec własnego umysłu i ciała. Celowo przypominamy sobie, że nie ma
powodu do zniecierpliwienia, gdy odkrywamy, że nasz umysł ciągle coś
osądza albo jesteśmy spięci, rozdrażnieni lub przestraszeni, albo mimo
praktykowania przez jakiś czas nie odnotowaliśmy żadnych postępów.
Zostawiamy sobie przestrzeń na takie doświadczenia. Dlaczego? Bo i tak
są! Kiedy się pojawiają, stają się częścią naszej rzeczywistości, są
częścią naszego życia toczącego się właśnie w tym momencie. Traktujemy
więc siebie z taką samą cierpliwością, jak potraktowalibyśmy motyla.
Dlaczego mamy gnać przez jedne chwile, by dotrzeć do innych, tych
"lepszych"? W końcu każda z nich jest chwilą naszego życia wtedy, gdy
upływa.
Kiedy podejmujemy praktykę bycia w taki sposób, z pewnością odkryjemy,
że umysł ma swój "własny rozum". W rozdziale 1 była już mowa o tym, że
jednym z ulubionych zajęć umysłu są wędrówki po przeszłości i przyszłości oraz zatracenie się w myśleniu. Niektóre myśli są przyjemne,
inne bolesne i wywołujące niepokój. W obu przypadkach myślenie z dużą
siłą przeciąga naszą świadomość na swoją stronę, przyćmiewając ją. Przez
większość czasu nasze myśli tłumią doznanie obecnej chwili. Mogą
sprawić, że całkowicie stracimy kontakt z teraźniejszością.
Cierpliwość może być zbawienna zwłaszcza wtedy, gdy umysł jest
wzburzony. Może nam pomóc zaakceptować tę skłonność umysłu do wędrówek,
przypomnieć, że nie musimy być pochłonięci tymi meandrami. Praktykowanie
cierpliwości przypomina nam, że bogactwo chwil nie polega na wypełnianiu
ich aktywnością czy jeszcze większą dawką myślenia. W rzeczywistości
cierpliwość uzmysławia nam, że jest wręcz odwrotnie. Cierpliwość oznacza
po prostu całkowitą otwartość wobec każdej chwili, akceptowanie jej w pełni, oznacza wiedzę, że tak samo jak poczwarka motyla wszystko może
rozwijać się tylko we własnym tempie.
3. Umysł początkującego
Bogactwo doświadczania chwili obecnej jest bogactwem samego życia. Zbyt
często pozwalamy naszemu myśleniu i przekonaniom przesłaniać nam
widzenie rzeczy w ich prawdziwej postaci. Zaniedbujemy to, co zwyczajne,
i nie potrafimy uchwycić nadzwyczajności zwyczajności. Aby dostrzec
bogactwo chwili obecnej, musimy pielęgnować postawę zwaną "umysłem
początkującego"; to nastawienie umysłu, który jest gotowy widzieć
wszystko, jakby widział to po raz pierwszy.
Podejście takie będzie szczególnie ważne, gdy podejmiemy formalną
praktykę medytacji opisaną w następnych rozdziałach. Bez względu na
ćwiczoną technikę, skanowanie ciała, medytację na siedząco czy jogę,
możemy postanowić, że za każdym razem wpleciemy w nią nasz umysł
początkującego, by uwolnić się od oczekiwań opartych na minionych
doświadczeniach. Otwarty umysł, umysł "początkującego" pozwala nam
zachować chłonność wobec nowych możliwości i nie pozwala, byśmy utknęli
w koleinach własnych kompetencji, zbudowanych często na przekonaniu, że
wiemy więcej niż w rzeczywistości. Żadna chwila nie jest taka sama jak
inna. Każda jest wyjątkowa i każda kryje w sobie wyjątkowe możliwości.
Umysł początkującego przypomina nam tę prostą prawdę.
Możemy postarać się pielęgnować umysł początkującego na co dzień w formie eksperymentu. Gdy następnym razem zobaczymy kogoś znajomego,
zadajmy sobie pytanie, czy widzimy tę osobę "na świeżo", a więc zgodnie
z tym, jak ona rzeczywiście się objawia, czy może widzimy jedynie
odbicie własnych myśli i uczuć. Wypróbujmy to ćwiczenie na swoich
dzieciach, partnerze, przyjaciółce, kolegach z pracy, a nawet na psie
albo kocie. Spróbujmy tego, gdy pojawiają się problemy, gdy przebywamy
na łonie natury. Czy potrafimy widzieć niebo, gwiazdy, drzewa, wodę i skały takimi, jakimi są w tej chwili, widzieć z klarownym i "niezaśmieconym" umysłem? Czy może widzimy je tylko poprzez zasłonę
swoich myśli, opinii i emocji?
4. Ufność
Rozwinięcie elementarnej wiary w siebie i swoje uczucia to integralna
część treningu medytacji. Dużo lepiej zaufać swojej intuicji i swojemu
własnemu autorytetowi -?nawet jeśli zdarzają nam się "pomyłki" na
ścieżce -?niż zawsze poszukiwać rady gdzie indziej. Gdy w danej chwili
coś wydaje się nie w porządku, dlaczego masz nie uszanować swoich uczuć?
Dlaczego miałbyś obniżać ich wartość albo je ignorować jako nieważne
tylko dlatego, że jakiś autorytet czy grupa ludzi mówi albo myśli co
innego? Ufność w siebie, we własną podstawową mądrość i dobroć, jest
bardzo ważna we wszystkich aspektach praktyki medytacyjnej. Będzie ona
szczególnie istotna w przypadku jogi. Praktykując jogę, będziesz musiał
szanować swoje odczucia, bo ciało będzie podpowiadało, byś się zatrzymał
albo zrezygnował z jakiegoś ćwiczenia. Jeśli nie będziesz słuchał,
możesz po prostu zrobić sobie krzywdę.
Niektórzy medytujący są tak przejęci reputacją i autorytetem swoich
nauczycieli, że nie szanują własnych uczuć i intuicji. Są przekonani, że
nauczyciel jest osobą znacznie mądrzejszą i bardziej zaawansowaną, więc
sądzą, że powinni otaczać go czcią jako wzór doskonałej mądrości, a także bez wahania robić dokładnie to, co im kazano. Taka postawa stoi w sprzeczności z duchem medytacji -?z byciem sobą oraz rozumieniem, co to
znaczy. Gdy ślepo naśladujemy -?nieważne kogo -?zmierzamy w złym
kierunku.
Stanie się kimś na podobieństwo innej osoby jest niemożliwe. Jedyną
nadzieją jest być sobą jeszcze pełniej. To przede wszystkim powód, by
praktykować medytację. Nauczyciele, książki, płyty CD i aplikacje mogą
służyć jedynie jako pomoce, wskazówki i sugestie. Zachowanie otwartości
i chłonnego umysłu, który będzie potrafił uczyć się z innych źródeł,
jest ważne, ale ostatecznie ciągle musimy żyć własnym życiem, każdą jego
chwilą. Praktykując uważność, praktykujemy odpowiedzialność za bycie
sobą i uczenie się, jak ufać własnemu istnieniu. Im bardziej
pielęgnujemy w sobie tę ufność, tym łatwiej będzie nam pokładać większą
ufność w innych ludziach, tym łatwiej też dostrzeżemy w nich ich własną
podstawową dobroć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Klinika została założona, by służyć szpitalowi jako swego rodzaju siatka asekuracyjna, by wyłapywać osoby wpadające w luki systemu opieki zdrowotnej. Jej zadaniem było również skłonienie takich pacjentów, aby w uzupełnieniu terapii oraz zabiegów stosowanych przez lekarzy i personel medyczny sami zrobili coś dla swojego zdrowia. Obecnie dawne luki w systemie zamieniły się w prawdziwe czarne dziury. Poważne zarzuty co do obecnego stanu naszego systemu opieki zdrowotnej (w rzeczywistości opieki chorej) oraz argumenty na rzecz przekształcenia go w system bardziej zorientowany na pacjenta w oparciu o podejście holistyczne, zawiera zrealizowany w 2013 r. przez CNN dokument pt. Escape Fire. [wróć]
Czytelnik znajdzie objaśnienie tego wyrażenia we wprowadzeniu. [wróć]
Killingsworth M.A., Gilbert D.T., A wandering mind is an unhappy mind, "Science", 2010; s. 330-932. [wróć]
"Harvard Business Review", styczeń-luty 2012, s. 88. [wróć]
Hölzel B.K., Carmody J., Vangel M., Congleton C., Yerramsetti S.M., Gard T., Lazar S.W., Mindfulness practice leads to increases in regional brain gray matter density, "Psychiatry Research: Neuroimaging", 2010, doi:10.1016/j.psychresns.2010.08.006; Hölzel B.K., Carmody J., Evans K.C., Hoge E.A., Dusek J.A., Morgan L., Pitman R., Lazar S.W., Stress reduction correlates with structural changes in the amygdala, "Social Cognitive and Affective Neurosciences Advances", 2010;5(1):11-17. [wróć]
Farb N.A.S., Segal Z.V., Mayberg H., Bean J., McKeon D., Fatima Z., Anderson A.K., Attending to the present: mindfulness meditation reveals distinct neural modes of selfreference, "Social Cognitive and Affective Neuroscience", 2007;2:313-322. [wróć]
Rosenkranz M.A., Davidson R.J., MacCoon D.G., Sheridan J.F., Kalin N.H., Lutz A., A comparison of mindfulness-based stress reduction and an active control in modulation of neurogenic inflammation. "Brain, Behavior, and Immunity", 2013;27:174-184. [wróć]
Kabat-Zinn J., Wheeler E., Light T., Skillings A., Scharf M., Cropley T.C., Hosmer D., Bernhard J., Influence of a mindfulness-based stress reduction intervention on rates of skin clearing in patients with moderate to severe psoriasis undergoing phototherapy (UVB) and photochemotherapy (PUVA). "Psychosomatic Medicine", 1998;60: 625-632. [wróć]
Davidson R.J., Kabat-Zinn J., Schumacher J., Rosenkranz M.A., Muller D., Santorelli S.F., Urbanowski R., Harrington A., Bonus K., Sheridan J.F., Alterations in brain and immune function produced by mindfulness meditation, Psychosomatic Medicine, 2003;65:564-?570. [wróć]
Creswell J.D., Irwin M.R., Burklund L.J., Lieberman M.D., Arevalo J.M.G., Ma J., Breen E.C., Cole S.W., Mindfulness-Based Stress Reduction training reduces loneliness and proinflammatory gene expression in older adults: A small randomized controlled trial. "Brain, Behavior, and Immunity", 2012;26:1095-?1101. [wróć]