CZĘŚĆ PIERWSZA"JA"
Początkiem tej historii jest koniec. Spuszczanie kurtyny po przedstawieniu. Z tą różnicą, że nie w momencie, który zaproponował reżyser.
To aktor podbiegł do sznura i pociągnął, choć sztuka trwała w najlepsze.
Dość. Nie dam rady tak dalej. Marazm ten dobija mnie. - Zaśpiewałem falsetem przez zaciśnięte zęby z szerokim uśmiechem. Forma wypowiedzi tkwiła gdzieś między amerykańskim karcianym przeciwnikiem Batmana, a zwykłym polskim nieudacznikiem z chorobą psychiczną. Odkąd pamiętam rozmawialiśmy z Piotrem półżartem, półtłumionym krzykiem prosto z samego jądra bólu. Osiemnaście lat razem, oddzieleni jedynie solidną deską barowego blatu. Towarzyszył mi od początku mojej literackiej drogi. Kiedy pierwszy raz rzuciłem mu cumę, by na chwilę zakotwiczyć w porcie - jak to się ładnie mówi - obaj mieliśmy po dwadzieścia pięć lat. Otwarci na świat, światem nieprzerażeni, świata ciekawi, pełni złudzeń, które wówczas wydawały się punktami na ambicjonalnej mapie. Takimi, które są w zasięgu młodej i zdolnej ręki.
- Jasne, jasne. Rozumiem. Co dla pani? - Protekcjonalny kutas. Niemniej ma rację. Przychodzę tak od roku i smucę, że nie jestem w stanie przelewać myśli na papier. Boże, przelewać, jakie okrągłe wyrażenie, nie mogę zrzucić z siebie choćby kropelki. Bo przestałem myśleć. Miesiące temu.
Zresztą z tym Jokerem coś było na rzeczy, bo faktycznie czułem się jak karta, która, mając omnipotencję bycia każdą z talii, obciążona jest pustką braku własnej tożsamości. Jako pisarz bez celu i sensu, mogłem być na kartach powieści wszystkim, nie mając w życiu własnego "ja".
Mniej więcej się zgadza.
Wyprowadzam psa, robię obiad, robię kawę, robię kupę, robię sobie dobrze, przeglądając mój fanpejdż, rytualnie zasiadam do laptopa z nadzieją, że to dziś przełamanie spadnie jak grom z nieba, piszę stronę, usuwam stronę, bo brednie i grafomania, chowam twarz w dłoniach, palę papierosa, odbieram telefony, które są jak strzał z otwartej w wyżej wymienioną, ponieważ to manager dzwoni, że w tym miesiącu mam dziesięć spotkań autorskich w związku z głośną powieścią, którą zawojowałem mikroświat jakiś czas temu (bolesne wspomnienie sprzed okresu niemocy twórczej), bo sprawa nabiera rozpędu, gdyż ekranizacja, premiera, post splendor, drugie życie, szaleństwo, mówię, że tak, jasne, jestem wolny w tym terminie (i tak siedzę i nic konstruktywnego nie robię), jestem wolny w każdym terminie, niech będzie, poświecę obliczem, odkładam telefon, na to wchodzi moja obecna, pyta jak tam, to zgodnie z kłamstwem odpowiadam, że kapitalnie (choć "kapitulacyjnie" pasowałoby zdecydowanie lepiej), rozmawiamy, czy raczej słucham, co i jak u niej, jemy, coś obejrzymy, w pozytywnej wersji scenariusza, kiedy ociężałość po posiłku pierzchnie - migdalimy się, w negatywnej, wiadomo, ona przeprasza, ale ma jeszcze sporo pracy (ponieważ jest panią architekt i te projekty wchodzą jej na głowę, no, przepraszam, kochany ty mój), zatem ja ośmielony jej determinacją zasiadam, podejście numero dos, do laptopa, powtarzam nieuniknioną procedurę orientowania się we własnej niemocy twórczej, rzucam tym wszystkim mniej lub bardziej metaforycznie, zakładam płaszcz, zdejmuję płaszcz, myję zęby, zakładam płaszcz, wrócę później kochanie, pa!, wychodzę, docieram do konkretnego baru, tego, a nie innego barmana, podchodzę i mówię:
- Dość...
I tak od roku.
- Nie, Piotr, naprawdę dość. Dziś mija rok, odkąd powiedziałem ci to pierwszy raz. Rok od momentu, kiedy każde napisane przeze mnie zdanie nic nie znaczy. Następnego roku nie przeżyję. I to nie jest metafora. Człowiek chce żyć, dopóki jest użyteczny. Ja przez ostatnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni kopałem sobie grób. Dnia trzysta sześćdziesiątego szóstego po prostu do niego wskoczę. Hop! O tak. Jest dwudziesta trzecia. Czyli za godzinę od teraz. Znajomy z ciemnych acz atrakcyjnych czasów dał mi kiedyś broń na przechowanie. Na szczęście nie odebrał. - Niby się uśmiechnął, ale jednak udzieliła mu się moja aura traktowania sytuacji poważnie. Widziałem to w jego piotrowym oku. Niepokój przykryty rozbawieniem.
- Dobra, nie pierdol. - Na tyle było go stać w ramach naszej pełnoletniej już, wszystkiego najlepszego, znajomości. Co oznaczało, że niewiara w szczerość mojego wyznania wzięła górę. Głupcze, niedowiarku, uparcie myśląca, że wszystko wiesz, kochana cyniczna istoto. Jeśli ktokolwiek miałby mnie powstrzymać przed tym czynem ostatecznym, to właśnie ty. Lecz ty, to za mało. Będę z zaświatów śmiał ci się w twarz, że nie wierzyłeś. Tak pomyślałem, a powiedziałem:
- Idę zapalić.
To był początek końca.
Usiadłem w najodleglejszym kącie szczęśliwie pustej palarni. Tylko ja, papieros, whisky i decyzja, którą podjąłem i od której nie zamierzam odstąpić. Zagapiłem się na ostatnią szklankę w moim życiu. Nie wiem, jak długo to trwało. Wiem tylko, że był to czas wystarczający, żeby oswoić sytuację. W pewnym momencie moją medytację brutalnie przerwano. Nie podniosłem wzroku. Spojrzałem na zegarek i wróciłem do obserwacji złotego trunku.
- Można? - Z założenia na tak zadane przez mężczyznę pytanie nie odpowiadam twierdząco. Bo natręt w przeciwieństwie do natrętki jest według moich kryteriów bezużyteczny. I nie chodzi mi o popędy. Przynajmniej nie tylko. Z kobietą jeszcze można o czymś świeżym porozmawiać, a faceci... te same przepychanki od zarania dziejów, szpady zamienione na słowa.
Jednak tej nocy, biorąc pod uwagę, że za czterdzieści pięć minut mnie już w tym wymiarze nie będzie, postanowiłem zrobić wyjątek.
- Proszę. - Nawet nie zlustrowałem przybysza wzrokiem. Znam setki takich co to miodu w dupie szukają, albo autografu, albo wie pan, bo ja też piszę, albo selfie, albo cholera wie co. Słowem - atencjuszy. Podgatunek nie ma znaczenia. Zatem siadaj kurwa i sobie siedź. I daj z siebie wszystko, żeby dać mi spokój. Kibicuję gorąco.
- Można? - Zdaje mi się, czy to pytanie już padło z tych totalnie nieinteresujących mnie ust.
- Proszę. - Nie lubię się powtarzać, ale ok. Każdy ma prawo w knajpianym zgiełku nie usłyszeć. Dopiero szelest opakowania skrywającego dwudziestu małych żołnierzy pod wodzą generała raka uświadomił mi, że to były dwa różne, choć tak samo zadane pytania. Nadal nie widziałem powodu, żeby oderwać wzrok od stojącej przede mną szklanki whisky chociaż na chwilę. A niech pali. Niech go piekło prędzej czy później pochłonie. Pomacałem sobie pistolet pod płaszczem. Mnie pochłonie za czterdzieści minut. Nie odbierajmy sobie jakże cennej sprawczości.
Skoczę na główkę do płonących jezior ifrytów i zażyję kąpieli w kotle pełnym smoły za minut trzydzieści dziewięć.
- Można? - Co można? O co ci chodzi? Nie widzisz, że tu ciężar spraw jest ogromny? Że gęsto jest od ostateczności? Zaraza. Aż podniosłem wzrok, żeby zobaczyć, jak bardzo marny jest ten niepotrzebny przecinek w jednym z ostatnich zdań mojego życia. W przedśmiertnym zdaniu wręcz.
- Co? - Omiotłem z grubsza sylwetkę przybysza. W zasadzie widok ów mi się spodobał. Cały na czarno. Spodnie, koszula, marynarka, płaszcz, kapelusz - wszystko w adekwatnym do sytuacji kolorze. Nieco zelżałem, bo wyglądał jakby wiedział, co się święci. Pasował do aury, jakby nieświadomie ją dopełniał. - Co można?
- Chciałem pana przeprosić. - Przechodząc wzrokiem do twarzy ledwo wyzierającej spod ronda kapelusza, pierwsze słowo jakie przyszło mi do głowy: doświadczona. Byłem zły, ale jego oblicze w sekundzie wybiło mnie z wisielczego zasępienia. Z jego skupionego spojrzenia spokojnie emanował przekaz: "bez nerwów, ja ogarniam całą tę sytuację zwaną funkcjonowaniem na świecie, wiem, o co się to wszystko rozbija". Niech będzie, wysłuchajmy pana.
- Za co chciał mnie pan przeprosić? - Oparłem twarz na dłoni i zajrzałem mu w oczy trochę tępo, bo inaczej aktualnie nie potrafiłem.
- Za to, że niechcący pana podsłuchałem. Poczułem się z tym źle i uznałem, że muszę się wytłumaczyć. - Ton miał uprzejmy, choć chłodny, oficjalny. Słowa cedził powoli, z groteskową starannością. Dziwnie, śmiesznie, trochę przerażająco.
- Nie ma o czym mówić. Proszę się nie przejmować. - Odpaliłem kolejnego papierosa i wróciłem do mojej szklaneczki. Trzydzieści siedem minut do końca. Jeden łyk whisky.
- Podsłuchałem i przyszedłem tu, żeby przedstawić panu pewną propozycję. - Wypuścił dym, założył nogę na nogę i zapatrzył się na zegar ścienny.
- Wie pan co, ja nie bardzo mam czas. W zasadzie zostało mi...
- Trzydzieści pięć minut? - Uśmiechnął się słabo, nie odwracając wzroku od wskazówek nieubłaganie przesuwających się po tarczy, nieświadomych ciężaru ich ruchu.
- Bo jak niby mają wiedzieć, skoro nie żyją, tak jak ja zaraz nie będę nic wiedział?
- Proszę? -zapytał, słysząc moje majaki. O masz, powiedziałem to na głos.
- Nic. Ma pan rację, trzydzieści cztery minuty. Skąd pan... - Zaczyna się robić konkretnie. Kim ty, kurwa, jesteś przybyszu?
- Skroń, czy lufa do ust? Pan wybaczy wścibskość, ale nie sposób nie zauważyć fałdy broni skrywanej pod płaszczem. - Do uśmiechu dodał podniesioną zawadiacko brew. Jakby trochę popisywał się swoją spostrzegawczością, jak i trafnością uwagi.
- Podobno jest minimalna szansa na przeżycie w przypadku skroni, także do ust. - W odpowiedzi na ten akt pewności siebie, przyjąłem ton wykładowcy matematyki, który tłumaczy ambitnemu i błyskotliwemu, ale jednak tylko adeptowi, dlaczego jest tak a nie inaczej. - Teraz przepraszam, jeśli pan pozwoli, mam samobójstwo do popełnienia. Nie chciałem być niemiły, ale to sprawa między mną a mną. Jest pan, jakkolwiek uprzejmym, ale jednak natrętem. Dobranoc. - Dopiłem, zgasiłem i wstałem. W normalnych warunkach być może poświęciłbym tak nietuzinkowej i potencjalnie bogatej w polot postaci więcej czasu i uwagi. Ale jest jak jest, a zegar tyka.
- Mogę panu towarzyszyć? - Zatrzymałem się w progu palarni. Czy ja już mam jakieś przedśmiertne omamy słuchowe? Mój organizm po kolei zamyka procesy, gotowiąc się do odłączenia od systemu? Wróciłem do natręta w kapeluszu i oparłem się o stolik.
- Co?
- Czy mogę panu towarzyszyć? - Powtórzył ze spokojem zagadnięcia o pogodę, bo jutro w Bieszczady i nie wiadomo co zabrać. - Moglibyśmy zrobić to razem. Mógłbym panu pomóc. - Zmienił ton na zdecydowanie uprzejmy. Tu z kolei odbyło się coś na zasadzie: "niech pan sam nie taszczy tej sofy na czwarte, ja pomogę".
- Czy pan mówi o wspólnym wciągnięciu kreski na desce w kiblu? Bo ja o samobójstwie. Już w samym słowie znajduje się element jednostkowy w przeciwieństwie do zbiorowego. - Przycupnąłem na skraju krzesła i spojrzałem na niego z ironicznym grymasem. - Jak by to miało wyglądać według pana?
- Nie chciałem pana urazić. Po prostu pierwszy raz podsłuchałem, że ktoś chce popełnić samobójstwo za pół godziny i pomyślałem, że zapytam, czy mogę w tym uczestniczyć. Zobaczyć jak to jest... wie pan, kiedy ktoś postanawia to wszystko skończyć sam. To musi być niesamowite przeżycie.
- Przeżycie. Dobre. - W jednej chwili uznałem, że w sumie czemu nie. Czemu ten ekscentryczny jegomość nie miałby doprowadzić mnie do brzegu Styksu i pomachać mi na do widzenia, kiedy będę się pakował do łodzi Charona. Zupełnie obcy człowiek, który nie mówi "nie rób tego", tylko twierdzi, że ma chęć uczestniczyć w wydarzeniu na zasadzie widza w kinie. - Muszę panu zadać dwa pytania. Czy jest pan z policji? - Kiwnął, że nie. - W takim razie, czy nie obawia się pan policji? Że ktoś pana ze mną powiąże?
- Nie. Nie znamy się. Nikt nie widział jak tu wchodzę. Jeśli się pan zgadza, zrobimy tak: ja teraz wyjdę, a pan za pięć minut podejdzie pod kiosk Ruchu, wie pan, ten na rogu. Jeśli nie... cóż, powodzenia. - Wstał, ukłonił się i wyszedł, zostawiając mnie w pustej palarni z tarczą zegara i wątpliwością. Co ja gadam "wątpliwością". Strachem. Bo oto nagle luźny zamysł stał się planem. Sformalizował się, nabrał konkretnego kształtu, dynamiki i napięcia. To nie jest tak, że nie chciałem ze sobą skończyć. Tylko nagle poczułem, że usunięto margines odwołania od decyzji, pozbawiono mnie buforu bezpieczeństwa w postaci możliwości rezygnacji, która wiązałaby się z ośmieszeniem przed samym sobą, tudzież Piotrem, co było do zniesienia. A tu proszę. Nijak nie można się wycofać. Bo jak by to wyglądało. Tchórzostwo, pustosłowie, i co najgorsze, atencyjność, na którą mam uczulenie.
Czułem się jak człowiek zdecydowany, stojący na balkonie na dziesiątym piętrze, którego ktoś popchnął. I tak miałem to zrobić, ale teraz to już po prostu spadam.
Trudno. Wstałem, ukłoniłem się wskazówkom, wyszedłem.
***
KIOSK RUCHU,WIE PAN, TEN NA ROGU
- Skoro pan tu jest, uporządkujmy pewne sprawy. - Równo pięć minut po pożegnaniu pod kiosk podjechał, obowiązkowo czarny, Ford Mustang. Wsiadłem, zapiąłem pasy, zaśmiałem się do siebie, odpiąłem pasy. - Nie, nie. Proszę zapiąć. Rozumiem groteskowość tej czynności, ale będzie pikało. - To zapiąłem. Po co ma pikać.
Ruszyliśmy.
- Uporządkujmy? - Mam się za dwadzieścia minut zabić, co chyba w oczywisty sposób świadczy o tym, że nie mam już nic do porządkowania. Co też za koncepcje się kotłują pod tym kapeluszem? Po prostu to zróbmy, Boże, czemu mówię już w liczbie mnogiej, jakbyśmy byli partnerami w zbrodni, po prostu to zrobię, a pan niech świadkuje i nie przeszkadza.
- Zdaję sobie sprawę, że jest pan zdecydowany. Pytanie tylko, czy pomyślał pan w jakich okolicznościach chce się ewakuować z tego świata.
- To znaczy? - Muszę przyznać, że zabił mnie tym pytaniem.
- Pomyślał pan, gdzie chce to zrobić? Jakieś szczególne, symboliczne miejsce? Takie, które na przykład się panu specyficznie kojarzy? - Odwrócił się do mnie z powagą na twarzy i wesołością w oczach.
- Nie. To znaczy, nie o to chodzi. - Przyznaję, że nie myślałem o tym aż do teraz. Chodziło o skrócenie męki, nie o nadawanie owemu skróceniu jakichś szczególnych przymiotów emocjonalnych. Jednak skoro już zapytał, może warto chociaż trochę okoliczności dookreślić. - Chcę pewnej określonej aury, niezwiązanej z moimi wspomnieniami czy przeżyciami.
- Proszę bardzo. Jaka to ma być aura? - Wrzucił jedynkę i włączył kierunkowskaz.
- Dziś jest pełnia, chcę widzieć księżyc. Chcę również odludzia i bliskości natury, lasu. Chcę to zrobić w lesie.
- Zatem jedźmy do lasu i pan to zrobi. Zawiozę pana, pan to zrobi i odjadę jakby nic się nie stało.
- W porządku. Swoją drogą, zdeterminowany pan jest. Rozumiem, ciekawość, ale zachowuje się pan jakby to jego życie wchodziło w grę.
- Uznałem to w międzyczasie za rodzaj misji.
- To znaczy?
- Warto mieć kogokolwiek przy sobie w takiej sytuacji. Chociażby po to, żeby ktoś powstrzymał pana przed rozmyśleniem się.
***
23:48LEŚNA DROGA
- Jak się czujesz? Dwanaście minut przed wejściem w nieznane, które może okazać się czymś albo absolutnie niczym? - odezwał się po kilku minutach milczenia. Jakby na chwilę ktoś go spauzował i teraz wznowił, tuż przed finałem rozgrywki.
- Przeszliśmy na "ty"? Bo jakoś nie kojarzę tego momentu, a nie wypiłem dziś specjalnie dużo - odparłem szorstko. Nie dlatego, że jestem formalistą. Po prostu nadal byłem zły, że odarł mnie z samodzielności i wolności, zakłócił intymność, rozrzedził gęsty indywidualizm przeżycia. Znowu łapię się na tym, że odebranie sobie życia traktuję w kategoriach przeżycia. Co za bezsensowny paradoks.
- Mój błąd. Pomyślałem, że w obliczu śmierci nie będzie pan miał nic przeciwko lekkiemu ociepleniu relacji z ostatnią osobą, którą zobaczy pan na tym świecie.
- Faktycznie, może masz rację. Edward. - Zatrzymał samochód, wyłączył silnik i podał mi dłoń. Uścisnąłem.
- Feliks. Dojechaliśmy. Dalej pieszo. Dwieście metrów. Znam miejsce odpowiadające twoim oczekiwaniom. Mam nadzieję. W każdym razie według mnie naprawdę warto. Piękny kawałek przestrzeni. Nawet żeby skończyć. Urokliwy i tajemniczy. Zakochasz się. Gdybym miał odebrać sobie życie, to tam.
- Znakomicie. Prowadź. - Tak oto z pana sytuacji stałem się jej najwyżej koordynatorem, by nie powiedzieć ze wstydem: ciałem wykonawczym. Wykreowałem ją i przekazałem w czyjeś ręce. Przecież nie tak to miało być. Trudno, wróćmy do klimatu. Dobrze, że zapytał o aurę i preferencje. Ten szumiący las, żywej duszy, pan Twardowski z góry spogląda, zwierzęta niby śpią, ale w jakiś przedziwny sposób można odczuć ich nocną czujność. Zaczęło mi się tu podobać. W sensie - jakże tu ładnie. Nie w sensie "chcę tu popełnić samobójst..."
- I jak? Nada się? - Wyszliśmy z gęstwiny na niewielką polanę. Muszę przyznać, parafrazując Agnieszkę Osiecką, to jest to. Jeden las, jedna polana, jeden księżyc, jeden pistolet, jeden cel.
Plus jeden pisarz, który czuł się jakby wjechał na bungee i uznał, że ma lęk wysokości.
- Wiesz co...
- Mogę zobaczyć broń? Mamy jeszcze chwilkę, a jestem bardzo ciekaw. Nigdy nie miałem w ręku broni. Po fakcie już nie wezmę, sam rozumie...
- Jasne! - Wyrwałem się na myśl o odroczeniu. Że jeszcze sobie poogląda broń, że jeszcze nie teraz. Jakby był oficerem wrogiej armii, prowadzącym mnie do miejsca, gdzie strzeli mi w potylicę i wpadnę do przygotowanego wcześniej dołu. Przecież to ja go wykopałem, o co chodzi? To chcę, czy nie chcę?
Chcę. Pewnie, że chcę.
Taki mały lęk przed nieznanym to jest. Decyzja powzięta, nie ma o czym mówić. Ale niech się jeszcze natręt pobawi, co mi szkodzi dać mu się pobawić. Nic. W takim układzie ja się przygotuję szybciutko w międzyczasie.
Przyznaję, kiedy jest się od roku na miejscu tego pana obok, czyli traktuje gnata jak ciekawostkę, a nie narzędzie i się tak raz na jakiś czas wyjmuje z szuflady, maca, patrzy na lufę, kieruje dziurę wylotu pocisku prosto w twarz, odkłada, zamyka szufladę i liczy dni do deadline'u - czuje się absolutną pewność siebie.
Bo jeszcze nie teraz.
Jeszcze dwanaście miesięcy, osiem, pół roku, a, dopiero styczeń, do maja jeszcze ho ho, o Boże marzec, w dwa miesiące na pewno moje życie nabierze sensu, kwiecień, luzik, przyjdą słowa, zstąpi twórcza moc, łe, trzy tygodnie, e tam, został tydzień, a przecież w tyle czasu potrafiłem napisać pół książki.
Codzienny rytuał rozmowy z Mauserem M1914, kaliber 7,62. Monolog pełen cynizmu i pewności zero - jedynkowości mojej romantycznej decyzji. Tworzenie albo śmierć.
Aż nadszedł ostatni tydzień.
Wówczas zrobiło się trochę krucho. Nie że się złamałem, czy zamierzałem złamać dane sobie słowo. Nie. Bo byłem konsekwentny. Nastąpiła przedziwna panika w postaci wzmożonej chęci wygrania tego zakładu, który miałem sam ze sobą. Nie było również tak, że oswoiłem się ze strachu z rutyną kupy mojej, mojego psa, kupy niepotrzebnych czynności, które definiowały moje życie. Nadal mnie nużyły, upokarzały, dawały nieustająco silny zastrzyk poczucia beznadziei. Niezmiennie ich nie chciałem i ciągle czułem potrzebę ucięcia ich i siebie przy samym korzeniu.
W grę wszedł inny element.
Nazywał się jak tytuł wykładu jakiegoś pseudo kołcza, który w sumie chuja wie, ale nadrabia charyzmą.
Mianowicie.
"Dasz radę."
W związku z tym moje sprytne, smukłe paluszki były w użyciu od początku maja non stop. Mniej więcej z tą samą częstotliwością pojawiał się pot na skroni i budzenie się z krzykiem w środku nocy.
Jak również pytania: jak ruszyć? Jak wrócić? Próby odpowiedzi na owe pytania skutkowały absolutnym lekceważeniem rzeczywistości.
- Wyjdziesz z psem? - Nie.
- Zjemy na mieście? - Nie.
- Pójdziemy na nowego Smarza? - Nie.
- Ok, chcę spróbować w tyłek. - Nie.
Także aż tak.
Wszystko "nie". Tylko dni, godziny, minuty, sekundy. Żeby odkopać siebie albo siebie pogrzebać.
Jednym słowem presja. Bo nie tchórzostwo, nie defetyzm. To jest Sparta. Uda się lub nie, ale walczymy do końca.
Poniedziałek, pięć dni do tego dnia, kiedy powiem pas. Nieodwołalny termin. Nie uda się to nie.
Pierwszy raz pomyślałem - nie. Nie płyniemy z prądem kochany. Budujemy tamy, porty, floty, opanujemy akwen raz dwa. Wtedy pierwszy raz padło cztery razy "nie" w kierunku mojej lubej. Kiedy zadała piąte pytanie, nie wiedząc z czym się borykam, odeszła.
Pytanie brzmiało:
- Czy nasz związek jest dla ciebie najważniejszy?
Odpowiedź brzmiała tak jak w przypadku poprzednich pytań. Zgodnie z prawdą i sumieniem. Bo tu idzie o życie, kobieto. Niestety o tym dowiesz się post factum. Z nekrologu. Wtedy zrozumiesz. Trochę za późno. Przy czym nie mam prawa cię winić. W ogóle. Pytałaś tyle razy.
- Wszystko ok? Dobrze się czujesz?
Jak na troskę o ukochaną osobę przystało.
To nie.
Oczywiście męska duma odpowiada, że tak.
Kiedy ewidentnie jest nie.
- Fajny ten Mauser. Klasyka. Proszę. - Cholerny natręt. Nie, nie dam mu przerwać narracji...
Chcę sobie o tym teraz opowiedzieć.
Wracamy do przeszłości.
Zatem.
Wtorek. Dzień ekscytacji. Czy dam radę? Koniec końców zostało parę dni. Palce same wskakują na klawiaturę. Słowa ruszyły, nie jest najgorzej, jest całkiem całkiem. Wklepuję zdania w worda do upadłego. Dosłownie.
Środa.
Jest rano, tyle podpowiada mi słońce.
Siedzę w fotelu przed komputerem. Podnoszę wzrok, żeby zobaczyć na czym stoję. W jakim stanie całonocna bitwa o bycie przydatnym, a zatem o życie, zostawiła moje literackie oddziały. Są na pozycjach, czy rozproszone. Przegrupowały się i zamierzają kontratakować, otoczyły przeciwnika, morale pozwala na natarcie z pieśnią na ustach, czy może straty są zbyt duże, ranni marudzą, dowódcy uciekają w popłochu?
Jak jest?
Patrzę na ekran i odtwarzam przebieg zmagań. Każda literka, linijka, zdanie, akapit. Byłem tak przejęty tworzeniem, że mózg nie zdołał w zasadzie niczego zapamiętać. Czytam, jakbym widział te czarne znaki na białym tle po raz pierwszy.
Czuję jak to miasto niszczy mnie od środka, jak codziennie pożera i wypluwa słabszym, przetrawionym, bezsilnym.
Przecież to jest tak wtórne, że głowa boli.
Kiedy każdego dnia mijam przechodniów, czuję się coraz bardziej samotny. Bo nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że oni tego nie widzą. Że tylko ja dostrzegam bezduszność społecznej machiny, której jesteśmy trybikami.
O czym ty piszesz? Co chcesz przekazać? Żal? Żal to to czytać.
W gruncie rzeczy niepotrzebni i funkcjonujący bez wyraźnego powodu. Tak naprawdę podążając dzień w dzień bez prawdziwego celu i sensu tymi samymi ulicami, mijając tych samych ludzi, wprawiających w ruch tę samą strukturę nawet o tym nie wiedząc.
Pięknie. Jaki uważny obserwator. Jaki wnikliwy.
Wchodzę do sklepu. Te same drzwi, ta sama ekspedientka, to samo fałszywe powitanie. Mordercza pułapka powtarzalności. Przechodzę do działu z gównianym żarciem, które tak uwielbiam, a którego - mając na uwadze skład - nie dałbym nawet psu. Biorę puszkę i odwracam się szybko, gdyż szybko chcę dokonać transakcji i uciec. Czuję się winny przed sobą, klientami i rzeczoną ekspedientką. Pocę się ze wstydu, że karmię się takim szmelcem. Tak samo mam z kupowaniem prezerwatyw. Wtedy mam wrażenie, jakbym wykładał na ladę penisa. Że pani przy kasie patrzy na mnie i wyobraża sobie śmieszne ruchy, jęki i wylewającą się ze mnie spermę i głupią minę podczas wytrysku. W ogóle coraz częściej wstydzę się siebie i tego co robię.
Ilu... no ilu pisarzy wylewało na papier tę małą, jednostkową tragedię dnia codziennego? Niepotrzebne użalanie się nad sobą. Neuroza i fanaberia czasów pokoju. "Przeraża mnie robienie zakupów, o świecie, co za dramat". To, kurwa, nie rób, nikt cię nie zmusza.
Wracając do tu i teraz, odwracam się szybko, żeby uciec. Nie zauważam mijającej mnie osoby, którą lekko trącam i wytrącam jej siatkę z warzywami z ręki. Uśmiecham się przepraszająco i schylam, żeby zebrać z podłogi pomidory, marchew, szczypiorek i ziemniaki. Po chwili schyla się również ona. Odwzajemnia uśmiech. Jest niebieskooką brunetką w wieku średnim.
Pewnie, baranie, spuentuj romansem. Odkrywcze i świeże. Szczególnie, że każda twoja powieść się do tego sprowadza. Jeszcze kilka stron, może rozkręciłem się później...
Nie, nie mam siły czytać tych popłuczyn.
Plik - usuń.
Frustracjo - przybądź.
Przybyła, oto jest. Moja ukochana towarzyszka ostatniego roku. Madame Frustracja. Punktualnie jak zawsze. Skoro jesteś, moja miła, chodź, pójdziemy na spacer. Weźmiemy ze sobą Bogu ducha winnego psa, który będzie świadkował naszej niewidzialnej schadzce. Jest jedynym stworzeniem na świecie, które wie o istnieniu tego romansu. Ponieważ zwierzęta czują, w przeciwieństwie do ludzi.
Żartuję. Wbrew temu, co napisałem tylko po to, by skasować, nie mam nic do homo sapiens. Wiadomo, często głupio robimy, a nasze działania faktycznie podporządkowane są różnym procesom i jedynie wmawiamy sobie, że jesteśmy wolni. Nikt nie jest wolny. Niemniej, uważam, że każdy próbuje znaleźć swoją drogę i należy mu się szacunek za sam trud poszukiwań. Schodząc, czy raczej próbując nie zlecieć ze schodów pod naporem zamienionego w diabła (gdyż spacerek) psa, próbuję sobie w związku z powyższym odpowiedzieć na pytanie, czemu napisałem, co napisałem, by skasować.
Czego ty, chłopie, chcesz od swojej nowej, rozpaczliwie i naprędce konstruowanej powieści? Dramatyzmu utopionego w nihilizmie? Buntu przeciw konsumpcjonizmowi?
Chcesz skrytykować powierzchowność współczesności? Litości. Jedynym, czego chcesz, jest wyżycie się na nie wiadomo kim albo czym, za swoją osobistą porażkę, kropka.
Wypadamy z kamienicy i biegniemy, to znaczy pies biegnie, ja frunę niesiony pędem, ledwo utrzymując smycz, w stronę parku. W miejscu docelowym Klakier (gdyż tak wabi się owo stworzenie, ponieważ jestem przewrotny, zwariowany i w ogóle na opak) robi swoje, pozwalając mi poflirtować z aktualną towarzyszką życia. W związku z tym siedzimy sobie na ławce i chłoniemy swoje spojrzenia. Ponieważ, jak stwierdził jeden z bliższych mi w tej chwili filozofów, otchłań również patrzy na ciebie.
Wiem już, że dziś pochłonie mnie ta randka i nic nie napiszę. Zapadnę się w nią i dam jej się ponieść. Niech chwyci mnie za rękę i pociągnie gdzie chce. Zakładam, że najbliżej będzie miała do butelki, może bibułki, na pewno płaczu.
Czwartek.
Dzień poszukiwania inspiracji.
Wstaję z głową ciężką od wczorajszej randki, ale też pełną entuzjazmu. Z pustego i Salomon nie poleje. Wiem, czego mi brakuje. Najzwyczajniej w świecie - pomysłu. Mogę spędzić nad klawiaturą godziny, a wszystko, co napiszę, będzie wtórne i nijakie, dopóki nie otrzyma jądra w postaci interesującej historii. Zatem należy jej poszukać. To tak proste. Golenie, prysznic, ząbki, świeża, wyprasowana koszula, będąca pozostałością po tej pani, której odpowiedziałem "nie" o jeden raz za dużo. Słoneczko świeci, zapach kawy się unosi, Klakier macha ogonem, szpula dotyka czarnego krążka zespołu Pink Floyd, papieros dymi, ptaszki śpiewają "ćwir, ćwir, to jest twój dzień pisarzu". Tak śpiewają.
- Money!
Proszę bardzo, pierwsza podpowiedź. Napisać o pieniądzach. Jak niewolą, determinują, przysłaniają sprawy istotniejsze, albo że chciwość jest przyjaciółką upadku. Nie. Było i to w każdej możliwej odsłonie. Spokojnie, bez paniki, mamy cały dzień. W końcu pojawi się dobry temat, którego nie oklepano ze wszystkich możliwych stron.
Łyk kawy, zaciągnięcie się, Klakier podchodzi, siada i kładzie mi mordę na kolanie. No tak, zawsze można o zwierzętach, modny motyw, nigdy się nie nudzi. Kilka wariantów. Oczywisty, że najlepszy towarzysz, bez sensu. Mniej oczywisty, świat widziany oczami takiego właśnie psa. Było. Najmniej oczywisty, o zwierzęciu w nas, atawizmie, instynktach, których nie da się zdusić, a które czynią z nas często istoty nieracjonalne. Mhm. Co drugi pisarz o tym. Gaszę, dopijam, chwytam smycz, pędzimy na złamanie karku do parku.
Karku
Parku
Może wierszem? Rymowane coś?
Ogarnij się, człowieku.
Na zewnątrz wita nas wiosenne południe. Dlaczego południe? Ponieważ pies pisarza nauczony jest, że spacerki skoro świt nie przejdą, za to w środku nocy owszem, dlatego ustawił swój zegar pod pana - pisarza. Dobry pies. Odbębniamy rytuał. Zwierzę szaleje, ja siedzę i udaję, że myślę.
Może by tak... nie, nie daj się zwieść trawie, drzewom, owadom, ptakom, słońcu, chmurce. Żadnej natury. Że matka ziemia umiera, a tyle jej przecież zawdzięczamy, że należy być pro eko i pić swoje mojito bez słomki. Zostawmy takie rzeczy karierowiczom, którzy udają dobrych i szlachetnych obrońców przyrody. Zarządzanie wyrzutami sumienia to nie literatura.
- Załatwione? Super. Powrót. - Wracając, mijamy kościół i tablicę, na której ogłasza się ludzkie zgony, humorystycznie nazwanej klepsydrą.
Ha. Dwa tematy na raz.
Śmierć i czas.
Jakże adekwatne w świetle moich najbliższych planów. Bliskość śmierci, niedostatek czasu. Strzał w dziesiątkę. Niestety i te warianty odpadają. Najgorsze zdania, jakie napisałem przez te lata, dotyczyły tego, co mnie najsilniej dotykało. Zaliczam się do twórców, którzy najlepiej czują się w cudzym, obcym, wymyślonym i odległym.
Także z żalem, ale nie.
Zatrzaskują się za nami drzwi i wchodzimy po schodach. Ty, może metaforyczną jakąś. O wchodzeniu. Całe nasze funkcjonowanie jest wchodzeniem i... ok, stary, fiksujesz. Nie dospałeś, masz kaca, wymyślasz od rzeczy, bredzisz już i majaczysz. Klakier do michy, pan do łóżka. Prześpisz się, będziesz myślał trzeźwiej. Chyba żeby sen. Odkurzyć stary temat oniryzmu. Przestań. W literaturze wywrócono przecież sen na każdą stronę.
Spać.
Zasnąłem jak dziecko i chyba przyśnił mi się temat nowej powieści. Nie wiem, nigdy nie pamiętam snów.
Otworzyłem oczy i, spokojnie oddychając, jąłem się gapić na sufit oświetlony ciepłymi i słabnącymi promieniami. Ten widok witał mnie od poniedziałku codziennie. Sufitu. Wcześniej była to szafka nocna albo telewizor. Nigdy bowiem wcześniej nie potrafiłem spać na plecach. Zawsze bok i pozycja embrionalna. Teraz najwyraźniej moje ciało zaczęło oswajać się z ułożeniem, które niebawem przyjmie na wieki. Odwróciłem głowę i spojrzałem na zegarek. Osiemnasta trzydzieści trzy. Następnie zgarnąłem z szafki telefon. Teraz pytanie, po co spojrzałem na zegarek, skoro i tak zamierzałem sięgnąć po telefon. Odpowiedź brzmi: przyzwyczajenie. Przez bycie połowicznie analogowym i tkwienie w rozkroku między teraźniejszością a przeszłością. Ileż czasu moje pokolenie mitręży przez stare nawyki... właśnie. Może o tym? - Mózg zapalił się, powrócił na bojowe współrzędne poszukiwania rozwiązania innego niż odłączenie od systemu za dwadzieścia dziewięć godzin i dwadzieścia siedem minut. - Temat: "Stary człowiek a młode rozwiązania - niemożność wejścia w świat technologii". Pewnie. Komu to na co. Czytać o paru starych prykach, którzy nie wiedzą jak włączyć Netfliksa, sterowania głosowego albo w ciężkich przypadkach ustawić nawigacji w samochodzie, bo są i tacy. Jeśli z tego można zrobić docenianą literaturę, to i tak nie chcę żyć na tej planecie dłużej niż to konieczne.
Wracając do czwartku, piątego maja, godziny osiemnastej trzydzieści trzy, co sprawdzono podwójnie. Przykładam opuszek, nie działa, przykładam drugi i trzeci raz, nadal brak rozpoznania, po jaką cholerę ten bajer z liniami papilarnymi, skoro i tak trzeba wpisać pin, nie wiem, patrzę i widzę.
Dziesięć połączeń nieodebranych.
Trzy - wydawca, który jeszcze nie wie, że zaplanowane na przyszły tydzień spotkania autorskie nie odbędą się z przyczyn nazwijmy to zdrowotnych. Zaraz oddzwonię i powciskam mu jakiś kit. Bo śmierć w moim mniemaniu nie zwalnia z obowiązku wyjaśnienia, mimo iż zwalnia z ziemskich konsekwencji.
Dwa - Barman Piotr, rutynowa kontrola jakości mojego życia, dobry, empatyczny Piotr. Na szarym końcu kolejki do oddzwonienia. Właśnie dlatego, że taki jest. Zazwyczaj najgorzej traktowałem ludzi, którym najbardziej na mnie zależało. Bo zawsze zrozumieją, wybaczą, puszczą w niepamięć. Więc można przedłożyć nad nich tych, którzy mają cię w dupie i trzeba za nimi gonić? Moralność na poziomie hieny. Coraz mocniej siebie nie trawię. Dobrze, biorąc pod uwagę zamiary. Łatwiej pozbyć się osoby nielubianej niż cenionej.
Kolejne dwa - facet od piecyka. Do niego to w ogóle nie oddzwonię. Trzeci tydzień przychodzi, a z kotła jak się lało, tak się leje. Ciągłe zwodzenie, że spróbuje mnie wcisnąć gdzieś, ale nie obiecuje. Niech sam sobie wciśnie ten piecyk właśnie tam. Chuj mu w dupę.
Jedno nieodebrane - Taki fajny muzyk, pianista jazzowy, który od jakiegoś czasu dobija się do mnie, żeby zrobić taki projekt, że on dźwięki, ja słowa, zderzenie światów, dwie narracje, taki pomysł. Całkiem zgrabnie przedstawił koncepcję, niemniej, wybacz kochany, priorytety.
Nieodebrane połączenie - Mama. - Głośno wypuszczam powietrze i naciskam słuchawkę. Gdyż tu trzeba oddzwonić natychmiast. Bo już wiem. Wiem, że ona już wie. Że coś się święci. Jak one to robią?
- Hej, mamo. Dzwoniłaś. Co tam? - Pragnę zaznaczyć, że nie dzwonimy do siebie często. W zasadzie tylko w nagłych wypadkach.
- Cześć. A nic. Chciałam tylko zapytać, czy wszystko u ciebie w porządku. - No skąd. Skąd wiesz, że nie?
- Pewnie, czemu miałoby nie być w porządku?
- Nie wiem. Jakieś dziwne myśli miałam, nazwij to przeczuciem. - Jak? No jak?
- Nie, wszystko ok. Robimy teraz ten projekt muzyczny, pamiętasz. Poza tym parę spotkań, przymierzam się do nowej książki. Także wszystko bene.
- To dobrze. To nie przeszkadzam. Pa.
- Pa. - Oczywiście powiedziała to "pa" jakby miała już więcej mnie nie usłyszeć.
Może o tym? - Pytanie, które powoli przestaje być wykładnikiem olśnienia, a staje się symbolem desperacji. - Jasne, pisarzu. Bo relacje z matką to w ogóle nigdy w literaturze nie były wałkowane. Po prostu nikt na to nie wpadł aż do dziś. No geniusz.
Ostatnie połączenie nieodebrane.
Skoro kończy mi się wiara, a z nadziei też niewiele zostało, zostaje już tylko jedna opcja.
TERAZ
- Proszę. - Natręt wybił mnie z zagapienia w mijające sekundy nagrywania na pocztę głosową. Próbowałem, podobnie jak w czwartek o osiemnastej czterdzieści, dodzwonić się do tej, której pięć razy odpowiedziałem "nie". Czułem, jak rośnie we mnie przekonanie, że pięć razy skłamałem przez własne widzimisię. Od zarania dziejów kobiety ratowały mężczyzn, choć wielu myśli, że było na odwrót. Pomyślałem, że nadszedł ostatni moment, żeby jednak pozwolić się uratować.
Zamiast tego mój towarzysz przyspieszył powódź, a ja pożegnałem się z nadzieją na przysłowiową brzytwę. Oddał mi broń i nie oszczędził komentarza do moich beznadziejnych starań.
- Nie ma zasięgu. Proponuję się do tego przyzwyczaić. - Schowałem telefon, chwyciłem zabójcze narzędzie, uśmiechnąłem się bardzo krótko i jeszcze bardziej fałszywie. - Jest dwudziesta trzecia pięćdziesiąt osiem. Ja tu sobie usiądę, na tym kamieniu. Powodzenia, Edwardzie. - Pokiwałem pojednawczo głową i oddaliłem się na kilka metrów. Stanąłem na środku polany i zapatrzyłem w piękny, pełny, jasny i, co najważniejsze, w moim odczuciu nadający temu momentowi element mistyczny, księżyc. Mistyczny dla mnie oczywiście. Jako człowiek wykształcony wiem bowiem, że to nie jest tak, że księżyc świeci dziś specjalnie dla mnie, a energia kosmosu czeka w napięciu na dopełnienie mojego losu. Co za tragiczny rym na koniec. Wdech, wydech, księżyc, noc, las, szum drzew, sowa, ja, pistolet i mężczyzna cały na czarno, który przewiózł mnie przez ostatnią drogę życia Fordem Mustangiem. Znam gorsze zakończenia.
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się głęboko.
Odbezpieczyłem pistolet i włożyłem lufę do ust.
Zmrużyłem oczy i palec położyłem na spust.
Kolejny rym, który utwierdził mnie w przekonaniu, że to jedyna słuszna decyzja. Kończ, marny pisarzyno. Choć raz zrób coś porządnie i do końca. Wdech, wydech.
No. To pa.
- Klik!
***
Poczułem się wyśmienicie.
"Punks not dead" - takie kolorowe napisy widniały na brudnych szarych murach w czasach, kiedy bunt przybierał szczerą formę. Teraz ściany się koloruje, a brud i szarość oswaja popkulturą. W każdym razie hasło to wydaje mi się teraz szalenie nieprawdziwe. Gdyż jest zupełnie odwrotnie. AllPunksaredead. Nie w sensie, że ostatni z nich zmarł. Umarła idea. Z założenia każdy pancur jest posłańcem jakiejś formy śmierci. Śmierć systemowi, śmierć znieczulicy, śmierć marazmowi, śmierć dawnemu. Jest w tym oczywiście zawarta potrzeba narodzin czegoś innego, co wyrośnie na zgliszczach poprzedniego. Niemniej motywem przewodnim jest koniec.
Właśnie w obliczu końca zrozumiałem, że mój czyn jest niczym więcej jak osobistą formą punka. Śmierć temu mnie, którego nie jestem w stanie zaakceptować, na takiej samej zasadzie co inni reżimu, ograniczeń, jakiegokolwiek rodzaju zniewolenia. Niewolnik niemocy, ofiara defetyzmu, ograniczony przeświadczeniem o byciu absolutnie niepotrzebnym i po próżnicy zabierającym innym tlen.
Usłyszałem rytmicznie zagrane dźwięki pełnego akordu przerywane pojedynczymi zgrzytami na jednej strunie. Brudne przesterowanie, zawołanie i perkusję.
Czyli tak brzmi muzyka końca?
Tego będziemy słuchać w zaświatach?
Darling, you got to let me know
Should I stay or should I go?
Dopiero teraz zorientowałem się, że w obliczu śmierci zamknąłem oczy i mocno zacisnąłem powieki. Ciemność miała mnie ośmielić i oswoić ciemność wieczną? Absurdalne. Chociaż może nie chciałem widzieć tego pięknego lasu, który opuszczę na zawsze.
If you say that you are mine
I'll be here 'till end of time
Muzyka grała mi w głowie, w ciemności widziałem taką liczbę przeróżnych obrazów, że nie jestem w stanie wymienić ani jednego, chociaż każdy był dla mnie ważny. Pamiętam tylko wrażenie. Tej wagi. Każda klatka przedstawiała coś wyjątkowego, emocjonującego, mojego.
So, you got to let me know
Should I stay or should I go?
Otworzyłem powoli oczy, a z mroku wyłoniły się korony drzew, księżyc, polana, w końcu wzrok objął cały rozpościerający się przede mną krajobraz.
Poczułem się wyśmienicie.
Bo żyłem.
***
- Kurwa! - Była to najcieplej, najenergiczniej i najentuzjastyczniej wypowiedziana "kurwa" na świecie. Wygrana w totka razy nieskończoność. - Niewypał! - Powiedzieć, że nigdy nie zapomnę tej chwili, to nic nie powiedzieć. Smutna dla kontrastu refleksja jest taka, że kiedyś młody człowiek szedł walczyć za swój kraj i cieszył się kiedy kula przeciwnika trafiła w drzewo centymetr od niego, a teraz dziecko czasów pokoju samo z nudów sprowadza na siebie widmo śmierci i traci zmysły z radości, że samo siebie jednak nie zabiło. Właśnie do tego zmierzamy. Potrzeba samozagłady, ale taka połowiczna. Może uogólniam, może to tylko ja. Skończony kretyn. Żywy skończony kretyn. Kretyn szczęśliwy.
Wyjąłem pistolet z roześmianej gęby i zakrzyknąłem, patrząc w niebo z rozpostartymi ramionami.
- Niewdzięcznik - odezwał się cicho głos zza pleców. Ach tak, przecież jest tu jeszcze mój tajemniczy towarzysz. - Nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego z taką częstotliwością ludzie przypisują zasługi losowi, nie zastanawiając się, czy na pewno nikt za nimi nie stoi.
- Proszę? - Opuściłem broń i odwróciłem się do podchodzącego natręta w kapeluszu, który zdecydowanie urósł teraz do rangi kompana świadkującego cudowi. Wyciągnął do mnie dłoń z zawartością, która tłumaczyła odzywkę.
- Przepraszam. Bawiąc się bronią niechcący opróżniłem magazynek. Proszę, teraz na pewno się uda. - Zatrzymał się w odległości przekraczającej sferę intymną. Nasze nosy niemal się zetknęły. Przeszył mnie wzrokiem kata, który jakimś cudem - chociaż według jego narracji cudów nie ma - chybił minimalnie i, zamiast w szyję, trafił centymetr od głowy i przymierzał się do kolejnej próby cięcia z pewnością, że tym razem na pewno wtopi topór w kark ofiary. - Chyba że już nie chcesz, co? - Głos jego nagle zabrzmiał przerażająco. Zimny, demoniczny, odległy, a jednak upiornie zbyt bliski. Sprawnym ruchem wyjął mi z dłoni broń, załadował nabój i wycelował. - Może zrobić to za ciebie?
- Nie! Nie ja... - Odszedłem na kilka kroków. On zaś pewnie wymierzył i pociągnął za spust z miną człowieka, który zamierza zrobić porządnie coś, co ktoś inny spartaczył.
- Klik.
Wystrzał.
***
Kula musiała przelecieć naprawdę niedaleko mojej głowy, bo aż poczułem ten świst, podmuch, mijającą mnie minimalnie wycieczkę w jedną stronę.
- Cholera, spudłowałem z takiej odległości? - zapytał sam siebie ze zdziwieniem, ładując kolejny pocisk.
- Nie, proszę, nie, ja już nie chcę! - Jęczałem, klęcząc na środku polany i błagając niezdefiniowanego adresata w postaci jakiejkolwiek siły wyższej, żeby ten okołośmiertny koszmar się skończył.
Wycelował, tym razem precyzyjniej.
- Adiós.
- Nie!
- Czemu nie?
- Bo chcę żyć!
Mierzył we mnie jeszcze dobrych parę sekund, aż w końcu opuścił broń z lekkim uśmiechem i rzucił mi ją.
- Jak tak, to tak. - Podszedł i kucnął, żeby spojrzeć mi w oczy raz jeszcze. Tym razem ze spokojem i zrozumieniem. - Chcesz żyć, bo nie chcesz umrzeć, a nie dlatego, że chcesz żyć, tak? - Po krótkim namyśle pokiwałem głową, bo w zasadzie dotknął sedna sytuacji. - Wstawaj. - Pomógł mi się podnieść, zaśmiał się cicho i klepnął mnie po ramieniu. - Dobrze. Zobaczymy, co da się zrobić. Chodź. I weź broń. Kto wie, może kogoś tu zakopano i będzie na któregoś z nas. A jak już ustaliliśmy, my nie zabijamy.
***
- To co, po jednym? - Wsiedliśmy do Mustanga, on wyciągnął paczkę papierosów, ja w sferze cielesnej siedziałem i trząsłem się, w sferze duchowej - ciężko ustalić, gdzie się znajdowałem i co robiłem. - Kawał nocy, należy nam się. - Odpalił najpierw mi, widząc, że nie dam rady, później sobie i tak siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. W pewnym momencie mój mental wrócił z orbit, kończyny się uspokoiły, byłem gotów do słabego, ale jednak natarcia.
- Kim ty jesteś?
- Zajmuję się dawaniem drugiej szansy, czy raczej pomagam pewnym osobom odnaleźć sens w życiu, kiedy bezpowrotnie go tracą.
- Co to znaczy "bezpowrotnie"?
- To znaczy, że w chwili wahania jednak pociągają za spust.
- No tak.
- Nazwijmy to moją selekcją klientów. Kiedy naprawdę mówią pas. Później, jak sam zauważyłeś, następuje etap drugi. Odpowiadający na pytanie, czy faktycznie tego chcą, po tym jak spróbowali. Jeśli jest w nich wola nieumierania, jestem gotów przyjąć zlecenie.
- Co jeśli w tej chwili próby odłożą pistolet?
- Wtedy kończę współpracę. Nie mam czasu na atencjuszy.
- Słusznie. - Trzeba przyznać, że z tym stwierdzeniem zgadzam się jak nikt. - A ty zawsze tak wyjmujesz naboje przed?
- Nie. Nie zawsze. Nie każdy ma dostęp do tego ekskluzywnego rozwiązania. Czasem luzuję sznur, czasem podmieniam tabletki. Nieczęsto bywa tak literacko jak u ciebie.
- I co dzieje się dalej? Każesz swoim klientom skakać na bungee, żeby odnaleźli siebie na nowo?
- Nie. W gruncie rzeczy nasza historia zaczęła się jak z kryminału, a prawda jest taka, że jeśli klient chce podpisać ze mną, powiedzmy, umowę, dalej nie jest już szczególnie spektakularnie. Naprawdę, bez fajerwerków. Raczej w stronę pracy u podstaw. Ja pomagam, a kontrahent zobowiązuje się do przestrzegania jednej zasady.
- Jakiej?
- Że od tej pory wszystkie zasady ustalam ja.
DROGA
Czyli do tego zmierzał, mówiąc o pracy u podstaw. Doprawdy, sam nie wymyśliłbym bardziej katartycznej misji.
"Wysiadaj, do domu wrócisz na własną rękę."
Boże, do rzeczonego domu mam jakieś trzydzieści kilometrów, a ostatni raz stopa łapałem z okazji któregoś z dawnych Woodstocków.
Odjechał, aż się za nim zakurzyło, zostawiając mnie na skraju lasu całkiem, cóż... szczęśliwego. W związku z tym moje pierwsze zadanie traktowałem z nieprzerwanym przymrużeniem oka. Jeśli się nie uda, zawsze mogę wrócić pieszo. Choć wolałbym nie, ponieważ w całej tej plątaninie zdarzeń, zapewne niechcący, zabrał mi papierosy. Brak ten nieco komplikował sprawę. Ale spokojnie, na pewno się coś wymyśli.
Dotarłem do głównej drogi pośród dźwięków wydawanych przez naturę, czując jakby były mi dane, nie zaś były tu od wieków. Szedłem lekki jak piórko.
Brzemię pierzchło, pozostała ciekawość. Jak dawno tego nie czułem.
Ciekawość nie co przyniesie następny rok, tylko następna minuta.
Bez oczekiwań.
Dwadzieścia minut po północy, sobota. Nie jestem znowu tak daleko od miasta. Zaraz się jakiś transport przytrafi. Z całą pewnością życzliwa dusza pojawi się znikąd i podwiezie hen aż do centrum.
Idę poboczem, zacnie jest, księżyc świeci, wietrzyk wieje, cisza, błogostan, o, jedzie coś. Cudownie.
Zatem odwracam się, uśmiecham, macham, mój komunikat najwyraźniej nie został stosownie odczytany, ewentualnie nie było miejsca w pojeździe, przejechał. Trudno. Idziemy dalej, niczym się nie przejmujemy. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż mogę nie wyglądać jak osoba, o której zabranie z pobocza toczono by jakieś poważniejsze bitwy. Wymięty, trochę pobrudzony, lekko zapijaczona twarz, ciemna kreacja, nade wszystko zaś niemożliwy aktualnie do usunięcia z oblicza uśmiech psychopaty. Nieszczęście w szczęściu.
Konfiguracja: wędrujący ja, machanie, samochód, brak odzewu, zniknięcie pojazdu za widnokręgiem beze mnie na pokładzie, powtórzyła się kilkukrotnie. Trochę przykro, ale czymże jest taki zawód przy ciągle pulsującej świadomości uniknięcia konsekwencji najgłupszej decyzji w życiu.
Także maszerujemy dalej, bez stresu, melodię wesołą nucąc. Wtem nadjeżdża ciężarówka. Znając wrażliwość tirowców w tym kraju, daję na wstrzymanie i dziarsko podążam z rękoma wzdłuż ciała. Niech sobie jedzie, szerokiej i udanego wyprzedzania kolegów po fachu. Słyszę pisk. Czuję spaliny. Maszyna zatrzymuje się.
- Podwieźć? - Być może jestem uprzedzony, ale kierowca brzmiał jakby zaraz miał mnie zgwałcić. Może śmierć to jednak jest jakieś rozwiązanie.
- Wie pan co, ja...
- Pan wsiada. - No i masz. Pan wsiada.
Ok, jak tak, to tak jak - Tak stwierdził niedawno mój wybawca i tego się trzymajmy. Wgramoliłem się do środka, podałem wyciągniętą dłoń, Maciek, Edward, miło mi, dokąd, do miasta, jeśli to nie kłopot, żaden, proszę zapiąć pasy, jasne, bardzo dziękuję, nie ma sprawy.
Powitanie upłynęło przyjemnie. Zobaczymy, co dalej. Czy raczej, jak się zaraz okazało, usłyszymy.
Dalej znaczyło piękniej.
Myślałem, że to on będzie prowodyrem. Samotny jeździec przemierzający bezdroża (bo inaczej nie da się określić stanu polskich dróg) zapragnie skorzystać z towarzystwa gościa i wylać z siebie obiekcje wobec polityki, społeczeństwa, gospodarki, złodziejstwa, Żydów, Niemców, ogólnie walącego się świata.
Nie.
Jechał w milczeniu z lekkim uśmiechem na pooranej bliznami twarzy.
Z kolei ja nie potrafiłem powstrzymać się od komentarza do zaserwowanej przez niego muzyki.
- Zeppelini rządzą, prawda? - Może role i oczekiwania właśnie się odwróciły. On chciał jechać sobie w ciszy, a tu wsiadł natręt i przeszkadza? Mniej więcej tego obawiałem się z jego strony. Cicho bądź, skarciłem się w myślach. Daj człowiekowi spokojnie prowadzić.
- Jak najbardziej. Powiem panu, że rozgrywałem Bonza dniami i nocami, żeby rozkminić, jak on wchodzi w ten trans. Sam pan wie, skoro pan słucha. Lajwy w jego wykonaniu to jeden wielki trans.
- Prawda. - Poczułem się głupio, jak chyba nigdy dotąd. Skąd pomysł, że każdy kierowca tira musi być debilem, chamem i nosić żonobijkę? - Gra pan?
- Grałem. Pięć lat. Ale w tym kraju ciężko być artystą. Zresztą, może to nie kwestia kraju, może takie czasy. Dałem sobie pięć lat już na początku. Że spróbuję. Jak się nie uda, poszukam normalnej pracy i tyle. Jak pan się domyśla, nie udało się. Lubię jeździć i samotnie słuchać muzyki. Wyobrażam sobie, jak tak jadę w nocy i słucham, że to ja tam gram. Takie głupoty. Pan co robi?
Co ja robię? Aktualnie? Kajam się. Walę twarzą w ziemię przed panem. "Ciężko być artystą. Jak się nie uda, poszukam normalnej pracy i tyle." Kurwa mać. Nie żadne tam, jak się nie uda to walnę samobója, bo życie nie ma sensu. Kurwa. Ile normalnej, zwykłej pokory wobec życia. Nie tędy, to inaczej, jakoś trzeba sobie dawać radę.
Kurwa.
Czułem złość. Ogromną potrzebę potępienia siebie, swojej pseudo wrażliwości, biadolenia, użalania, bycia po prostu miękką pałką. Facet zaakceptował rzeczywistość bez zbędnego pieprzenia, że o nie, jak to, ale czemu, przecież mam talent, marzenia, energię, gówno, gówno, gówno. Nie to nie. Lecimy z życiem dalej, inną ścieżką.
- Proszę pana? Wszystko dobrze? - Spojrzał z troską na moją samobiczującą się sylwetkę.
- Tak. Ma pan papierosa?
- Mam. Tylko wie pan. Tu nie można palić. - Kiedy ostatnio jechałem stopem, można było palić. I nie mówimy tylko o papierosach.
- Nie chcę nadużywać gościnności, ale mógłby się pan na chwilkę zatrzymać?
- Przykro mi. Naprawdę zrobiłem dla pana wyjątek, że pana wziąłem. My tu mamy wszystko na sekundy. Stąd to wpieniające każdego kierowcę wyprzedzanie się tirów. Głupota jakiej świat nie widział, ale tak niestety jest. Jedna ciężarówka ma limit prędkości osiemdziesiąt na godzinę i więcej nie pojedzie. Druga, osiemdziesiąt pięć. Ta pierwsza wiezie towar, który psuje się trochę wolniej niż ten w drugiej. I druga ma obowiązek być wcześniej, czyli ma obowiązek wyprzedzić pierwszą. To nie jest nasze widzi mi się. Niestety niewielu rozumie, że nie mamy z tym nic wspólnego. Każdy ma nad sobą jakieś zasady i zobowiązania, prawda?
***
- Marlboro Light poproszę, dwie paczki. - Na wszelki wypadek, bo wypadki chodzą po mnie ostatnio za często. - I tego Jacka Danielsa, nie tego, o tego, tego większego. - Bo mam tych wypadków aktualnie powyżej. - Dziękuję, dobranoc. - Wychodzę w mrok. Dochodzi druga, odchodzi entuzjazm. Może trzeba było wykorzystać szansę na nieistnienie. Zanim jednak zdążyłem się nad tym zasępić, pojawił się dobry duch kloszard.
- Panie Edwardzie. - Mieczysław, Mietek, Miecio. Ilomaż to złotymi polskimi zasiliłem jego budżet przez ostatnie lata. Machinalnie wygrzebałem solidny bilon. Błąd. Najpierw pytaj, potem oceniaj, niezależnie od przyzwyczajeń. - Mam coś dla pana.
- Doprawdy? Co pan dla mnie ma, panie Mieczysławie? Miecz czy sławę? - Tak piękne imię, a tak średnio wyeksploatowane literacko. Sami są sobie winni. Ci Mieczysławowie.
- Nie wiem, nie czytałem. - Podał mi kartkę i jął oddalać się pospiesznie.
- Co, dzisiaj bez jałmużny? - zagadnąłem wesoło, lekko zaniepokojony.
- Już dostałem. Dziękuję. - Jak tak, to tak. Rozwinąłem zmięty papier.
Coś mnie tknęło i uznałem, że zostawienie tego liściku u ekspedientki byłoby zbyt banalne. Pojedziesz jutro o piętnastej piętnaście autobusem numer sto pięć z dworca głównego i wysiądziesz na ósmym przystanku. Szerokiej drogi.
Pamiętaj. Ósmy.
Jak tak, to tak.
Usiadłem na ławce i zagapiłem się na opustoszały Rynek Podgórski. Dzwon kościelny obwieścił drugą. Jak na zawołanie zaczęły pojawiać się niedobitki imprezowe z nocnej wracające wycieczki. Mnie też czas wracać. Minąłem kościół i, nadkładając drogi, przeszedłem parkiem do domu. Stanąłem przed kamienicą i zadarłem głowę w nadziei na ulubiony widok. Taki, który sprawia, że chce się wracać. Miło się nie zawieść. Chociaż nie powiem, żebym był zaskoczony. W przeciwieństwie do ludzi, na zwierzęta naprawdę można liczyć. Przerośnięta mieszanka a la spaniel wyglądała z okna ze spokojem. Pozory. Nie widziałem, ale wiedziałem, że ogon odtańcowuje szalony taniec szczęścia. W tej jednej chwili w pełni pojąłem, jak bardzo bezsensowna była moja dzisiejsza eskapada.
Wszedłem powoli na górę, jakby niewzruszony. Pozory. Chciałem wbiec, ale nie możemy sobie pozwolić na nadmierne okazywanie entuzjazmu, bo w miłości jest tak, że od przesady czar pryska. On to wie, ja to wiem, jesteśmy kochającymi się dżentelmenami. Idąc dalej tym tropem, przekręciłem niby od niechcenia klucz w zamku, on równie leniwie zszedł z parapetu i niespiesznie dotarł na swoje legowisko w przedsionku. Otworzyłem, próbując się nie uśmiechnąć. On usiadł, chowając rozweselony do granic obłędu ogon. Smycz, gwizd, już można przestać udawać. Runęliśmy na klatkę schodową z radosnym okrzykiem, pobiegliśmy do parku, wybawiliśmy się, wyszaleliśmy, wytarzaliśmy jak dawno już nie, gdyż obaj mieliśmy świadomość, że niewiele brakowało, żebyśmy nie zobaczyli się już nigdy.
Opadłem zziajany na ławkę, on usiadł przy nodze, nastał czas bolesnej zadumy nad przyszłością. Odwlekaliśmy ów moment najdłużej jak się dało.
- No, i co głupie pytania zadajesz. Nie wiem, na ile. Dzień, tydzień, miesiąc. Pojadę, to się dowiem.
Szczek.
- Boże. Bo to pierwszy raz sam zostajesz? Nie rozklejaj się, proszę cię.
Szczek.
Jest druga dwadzieścia.
Jakaś parka w alejce obok zaczyna uprawiać seks.
- Chodź. Nie przeszkadzajmy państwu. - Wyszliśmy grzecznie z parku, przeszliśmy przez rynek i dalej wąską uliczką między rzędami starych czteropiętrowych kamienic nad rzekę. Tam zaś znajdował się przybytek, w którym zaczęła się cała historia mojej niedoszłej śmierci. Ogródek, szumnie powiedziane, cztery rozpadające się stoliki i krzesła pamiętające wielkie konflikty ludzkości, zasiedlali pijani młodzi ludzie i mitrężyli noc. Lub wręcz przeciwnie. Maksymalnie wykorzystywali kapitał czasu, który im dano. Sam już nie wiem, co jest konstruktywne, a co jest marnotrawieniem. W środku zaś zadymione i gwarno. Tom Waits smęci z głośników (myślę - smęci, a przecież go kocham), te same gęby gadają o tym samym (skąd ta niechęć, skoro lubię z nimi rozmawiać i jawią mi się jako ludzie pod wieloma względami ładni), wszystko beznadziejnie takie same (powtarzalność knajpiana nigdy dotąd mi nie przeszkadzała), kobiety siadają na kolanach pijanych samców jak kurtyzany (odwieczny szacunek do płci pięknej, nawet do elementu upadłego, nagle pierzchł), barman leje alkohol, żeby ogłupić i tak już głupich klientów (dość, koniec męczarni).
Wyminąłem towarzystwo, obszedłem ladę i stanąłem po usługodawczej stronie baru. Rzuciłem klucze, podałem smycz oniemiałemu Piotrowi, który, widząc moje zdeterminowane ruchy, olał polewanie spragnionemu tłumowi i przejął psa z rozdziawioną gębą.
- Pilnuj Klakiera. Wyjeżdżam.
- Na...
- Wyjeżdżam. Czasem lepiej nie wiedzieć na jak długo. Będę jak wrócę. - Piotr nie był z pierwszej łapanki i potrafił odróżnić poważne od niepoważnego. Lata pracy w zawodzie. Dlatego teraz, bez zbędnych dywagacji, podał Klakierowi miskę, pogłaskał i spojrzał na mnie ze zrozumieniem.
- Powodzenia.
***
- Przykro mi, nie mamy w tej chwili żadnej wolnej taksówki, proszę spróbować później. - Co mi z tego, że pani jest przykro, jak mi zaraz autobus w nieznane odjedzie. Tę samą przykrość wyraziło jeszcze kilka innych pań. Kto zamawia taryfę o czternastej w sobotę? Jaki to jest gatunek ludzi? Chciałbym ich poznać. Albo lepiej nie.
Cóż, trudno, czas zmierzyć się z piekielną organizacją, która istnieje, by pokazywać ludziom, czym jest dyskomfort.
Władowałem się z dwiema walizami do otchłani komunikacji miejskiej, próbując zlekceważyć nienawistne spojrzenia współpasażerów, współuczestników zbiorowej rzezi na pojęciu przestrzeni osobistej. Patrzyłem na czubki swoich butów tak intensywnie, że aż czułem ich skrępowanie. Słuchajcie, lepiej wy niż ja.
- Dworzec Główny, możliwość przesiadki na inne linie tramwajowe lub autobusowe - powiedział nagrany męski głos, a każdy wysiadający usłyszał samego Boga odpowiadającego na żarliwie powtarzaną w duchu modlitwę.
Utrzymawszy z trudem równowagę nie tyle wysiadłem, co zostałem przeniesiony przez wiwatujący tłum wyzwolonych z tramwajowych okowów. Pulsując razem z beznamiętną, apatyczną, rozpędzoną strukturą gawiedzi uznałem, że przestaje mieć znaczenie, dokąd wywiezie mnie tajemniczy autobus, najważniejsze, że daleko stąd.
Komórki, słuchawki, wózki, hulajnogi, marsz, przepychanki, bieg, wrogie spojrzenia, setki ludzików gadających do siebie, już pamiętam, co tak mocno trzymało mnie z dala od skupisk tych istot będących przeciwieństwem człowieczeństwa.
Przejściem podziemnym na deptak pod galerią, dalej do kolejnego przejścia prowadzącego na perony, iść, nie rozglądać się, nie zwracać uwagi dokładnie tak, jak oni, jeszcze kilka metrów, autobusy, za piętnaście trzecia, platforma ta i ta, pojazd numer taki i taki, w końcu, zziajany i zadowolony. Dotarłem, mimo przeciwności losu, nikogo jeszcze nie ma, tylko kierowca wiernie czeka, jakby na mnie czekał. Misja zakończona sukcesem. Co może pójść źle?
- Tylko jeden bagaż. - Poniósł się pomruk spod gęstego wąsa. Omiotłem wzrokiem przednią szybę w poszukiwaniu od zawsze bawiącej mnie kartki z imieniem prowadzącego. Nie zawiodłem się.
- Panie Januszu, bardzo pana proszę, ja...
- Tylko jeden bagaż. - Początkowo spore pole do negocjacji zwęziło się do rozmiarów niewidzialnych.
- To co ja mam z nim zrobić?
- Dać do przechowalni. Tylko przy tych tłumach spóźni się pan na autobus. - Jakim trzeba być zimnym i wyrachowanym, by z takim spokojem powiedzieć komuś, żeby porzucił nadzieję.
- Nie może pan zaczekać?
- Nie. Każdy ma nad sobą jakieś zasady i zobowiązania. - Wyrzucił papierosa, przygniótł i posłał mi spojrzenie pełne pogardy. - Prawda? - Uznałem, że na tym nasz kontakt powinien się urwać, więc nie zważając na fakt, iż wyglądałem jak ostatni pajac, padłem na kolana i zacząłem przepakowywać walizki. Kierowca wzruszył ramionami i wsiadł za ster, zostawiając mnie z rozterkami typu, do których spodni bardziej się przyzwyczaiłem.
Szybko pomógł mi podjąć decyzję. Zagrzmiał stary silnik, buchnęło spaliną, zatrzęsła się cała maszyna. Coś tam powybierałem, ledwo domknąłem bagaż, symbolicznie kopnąłem pozostawioną walizkę i wsiadłem.
- Bilet poproszę.
- Nie mam. Jest napisane, że można kupić bezpośrednio u kierowcy, więc niech pan nawet nie próbuje...
- Oczywiście, że można. Nie jest za to napisane, ile u kierowcy kosztuje.
- Chyba oczywiste, że...
- Dla pana sto pięćdziesiąt złotych.
- Co? Jak? Jakie znowu sto pięćdziesiąt, skoro normalnie kosztuje dwadzieścia pięć? I co to znaczy "dla pana"? Są chyba jakieś stawki dla wszystkich ustalone prawda? Pan poczeka. Już znajdę w internecie, już dzwonię do waszej firmy, zaraz się wszystkiego dowiemy.
- Tu nie ma zasięgu. Może pan wyjść i zadzwonić, ale wtedy nie zdąży pan na autobus. - Wrzucił jedynkę i zamknął tylne drzwi. - Radzę pospieszyć się z decyzją. - Wygrzebałem te cholerne dwie stówy i pieprznąłem nimi o deskę rozdzielczą.
- Proszę, ale niech pan będzie pewien, że ja tego tak nie zostawię. Może pan powoli żegnać się z zawodem.
- Nie będę panu miał wydać z dwustu.
- Proszę to potraktować jako napiwek, z którego będzie pan zadowolony przez bardzo krótki czas. Jakieś rezerwacje na miejsca, czy mogę sobie wybrać?
- Cały autobus jest do pańskiej dyspozycji.
- Znakomicie. - Jak nietrudno się domyślić, przeszedłem cały autobus i... a nie, właśnie że, kurwa, nie. Wróciłem się i usiadłem tuż za nim. Będę się na ciebie gapił przez całą drogę złamasie. Każdemu kiedyś puszczają nerwy, a moją życiową misją na dziś jest sprawdzenie twoich granic. Szkoda, że nie jadłem niczego z czosnkiem. Jedźmy. Jedźmy i walczmy ze sobą w milczeniu.
Ruszył.
Chociaż nie, dlaczego w milczeniu. Przecież mogę sobie mówić. Sam do siebie, to nie jest zagadywanie kierowcy.
- Nie dziwię się, że jestem tu sam. Nikt normalny nie chciałby jechać z takim kierowcą. Ale to już nie potrwa długo. Zadbam, żeby nigdy nie znalazł pan pracy w tej branży. Każdy przewoźnik będzie zamykał przed panem drzwi biura. Będzie pan jak trędowaty w świecie autobusów. Potem pójdę do Rzecznika Konsumenta albo Praw Obywatelskich, a potem do sądu. Nie wypłaci się pan do końca życia. - Już ja cię sprowokuję, skurwielu, wyjdziesz z siebie i staniesz obok.
- Proszę wysiąść. - Zatrzymał się, wyszedł z kabiny i stanął nade mną. Wielki, silny, spocony, wąsaty Janusz.
Pyrrusowe zwycięstwo.
- Chyba pan żartuje, mam prawo...
- Wypierdalaj. - Położył swoją ciężką łapę na moim ramieniu, posyłając mi spojrzenie, które tym razem świadczyło o utracie cierpliwości i dogorywającej mikroskopijnej sile, która nie wiadomo jak długo będzie powstrzymywać go przed ingerencją w układ mojego oblicza.
- Dobrze, już dobrze. Nie odezwę się słowem przez całą drogę i w ogóle... wszystko jest ok, jeszcze stówkę panu dopłacę, dobrze? Za to że tak głupio gadałem. - Ta sama dłoń, która objęła w zasadzie połowę mnie odwróciła się wierzchem do góry. Pięć sekund później zwieńczyłem jej chropowatą fakturę wizerunkiem Władysława II Jagiełły. Król załatwił sprawę bezkrwawo, pan Janusz wsiadł do kabiny, ruszył, skontrolował mnie w lusterku, skupił się na drodze, żyjemy.
Wyjechaliśmy z dworca, z mroku ku światłu, dosłownie i metaforycznie. Sytuacja w pojeździe się ustabilizowała, a ciemność podziemi zastąpiło popołudniowe majowe słońce. Najważniejszą dokonującą się przemianą była jednak ta zmieniająca bloki, anteny, tłok, smog, hałas i nienaturalną dynamikę, w krajobraz znacznie bliższy moim aktualnym pragnieniom.
Zatem jedziemy. Nie za szybko, nie za wolno, niezbyt przyjaźnie, niedostatecznie wrogo. Za oknem lasy, łąki, wioski, wszystko leniwie się przesuwa. Trochę nuda.
Dobrze.
Skoro mamy trochę wolnego czasu, porozmawiajmy o ludziach.
PRZYSTANEK I
Piętnaście minut, tyle trwał mój spokój. Znaczy spokój. Dychotomia przyjaznego widoku mijanych drzew w promieniach skąpanych i napięcia wytwarzanego nieustannie przez tego za kierownicą. Niby nic nie robił, ale był. I zagęszczał niepotrzebnie atmosferę. Bo chciałem na niego spojrzeć, czy się nie gapi, ale wtedy może akurat on wpadłby na podobny pomysł i pomyślałby, że ja się gapię, choć wcale nie, bo tylko chciałem sprawdzić, czy on nie. Generalnie spierdolił mi ten wyjazd dokumentnie.
Dramat ciągnął się jak makaron do pierwszego postoju. Ktoś patrzący na sytuację z boku mógłby stwierdzić, że to właśnie wsiadający pasażerowie mogą zmącić mój spokój. Zawsze to lepiej samemu przy oknie niż w zgiełku. Wręcz przeciwnie. Nie tym razem.
Powitałem te osiem osób ze szczerze serdecznym uśmiechem. Przybyli wybawcy. Nawet nie miałbym nic przeciwko, gdyby ktoś usiadł obok, co w normalnych warunkach byłoby wykluczone.
Kiedy zobaczyłem, kto wsiadł, ucieszyłem się podwójnie. Była to bowiem całkiem energetyczna i ożywcza grupa. Sam kiedyś do niej należałem i miło wspominam ów czas. Ich obecność przywołała tę dawną aurę entuzjazmu, humoru oraz tej pięknej i jakże głupiej nadziei na spełnienie marzeń.
Tak jest.
Wsiedli studenci.
Cóż za świeżość, jakaż moc, ileż woli działania.
- W ogóle zrobiłaś ten projekt na interpretację tekstu do profesora Bogusia? - Uśmiech pytającego rudego dryblasa był szczery i w żaden sposób niezmącony czymś, co mentalni starcy nazywają cynizmem. Więcej, zachowywał się jak człowiek, który nie wie co to znaczy. Przynajmniej życiowo. Bo z książek musiał znać pojęcie.
- Daj spokój. - Klapnęli na miejscach za mną. Bezpretensjonalnie, naturalnie, pochłonięci swoim światem, klapnęli na zasadzie: każde miejsce dobre, każde, jakiekolwiek, a co to ma za znaczenie, czy tu czy tam? Przeciwieństwo małostkowości, że od okna, że z tyłu, że tam lepiej, a tam trochę gorzej. Cudowni. - Wziął mnie na bok i mówi: pani Malwino, czy uważa pani, że miejskie może istnieć bez wiejskiego? Tak wiesz, wprost do mnie. Ja mu na to, że...
W międzyczasie przyjrzałem się dwóm młodzieńcom, którzy zajęli miejsca obok mnie. Koguciki. Jakże zacne. Zdrowe ego, miłe uchu przechwałki, zuchwałość przypominająca niewinne plucie na odległość. Naturalni i odważni. Tak wyobrażałem sobie zawsze młodych męskich wrażliwców, którzy nie wahali się, kiedy trzeba było skonfrontować się ze złym.
Tak wyobrażałem sobie pobratymców Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i innych.
Szczerzy, nieopierzeni, wierzący, pełni ognia.
Pozbawieni nienawiści, ale nie wściekłości.
I choć łaskawy los uraczył ich czasami pokoju, patrząc na tę nieposkromioną energię wierzyłem, że byliby skłonni do największych poświęceń w imię słusznej sprawy.
Tak mi się jawili. Jako młodzi, niczego nie rozumiejący herosi. Bo co tu rozumieć. Koniec końców, jedyne do czego wracamy ze szczerym uśmiechem wyzierającym spod zmarszczek, to właśnie do bycia nimi.
- No ale co na tej impostacji? - zapytał młody blondyn młodego bruneta z zawadiackim uśmiechem.
- Nic co, powiedział, że chujowo pracuję krtanią.
- To dokładny cytat?
- Tak. I oznajmił jeszcze, że lubi młodych chłopców. Kurwa, powiedział, że mnie nie przepuści, jeśli nie popracuję nad krtanią.
- Są pewne ćwiczenia. Podeślę ci link do fajnej strony. Teraz nie pamiętam. Coś z blow w tytule.
- A propos job. Jak tam się jeździ na Uberku?
- Kapitalnie. Ostatnio wiozłem pewną wdowę...
- Nie, nie. Ja nie pytam o twój ostatni mokry sen, tylko jak się odwozi pijanych Angoli o drugiej w nocy.
Piękny świergot młodych ptaków. Szkoda, że to, co piękne najczęściej trwa bardzo krótko.
PRZYSTANEK II
Trzy czwarte młodości pierzchło, reszta przeszła na tył, ustępując miejsca grupie robotników z pobliskiej fabryki, którzy w naturalny sposób (bo każdy miał rękę jak cały student i pół) wyglądali jak czołgi jadące ku rowerom. Dlaczego? Dlaczego od zarania proletariat przegania inteligencję?
Weszli, faktycznie jak do siebie, rozsiedli jakby w sposób oczywisty te miejsca im się należały, opanowali autobus, jakby wchodzili do swoich domów na oczekujący ich żołądków obiad. Przysposobili, ba, zdominowali przestrzeń w sposób absolutny w ciągu sekundy. Bez negocjacji. Wyglądali jak ludzie, którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Ja sam od roku nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc w pewnym sensie poczułem się z nimi tożsamy, bliższy, jakby spowinowacony. Bo bardziej reprezentowali mnie dziś, w przeciwieństwie do tamtych, przypominających o tamtym, a nie tym, tu i teraz Edwardzie.
Byli mi bliscy i dalecy jednocześnie. Gdyż tak: nie mają złudzeń, szerokich i szumnych perspektyw, wymagań od życia, ale mają swój constans, którego się trzymają, swoją rutynę, która im nie przeszkadza. Przeciwnie. Nadaje sens ich działaniom, usprawiedliwia schemat, uzbraja pozorną beznadzieję powtarzalności w powłokę istotności działań.
Bo tak, a nie inaczej, musi być. Cudowne w swojej prostocie. Pomyśleć "bo tak musi być" i jeszcze w to uwierzyć. Bajka. Bez rozbijania atomów sensu, bez uzurpowania sobie prawa do nadwiedzy, wreszcie bez uważania siebie za jakiegoś odkrywcę, nowatora, nawigatora statku o nazwie "jestem wyjątkowy, widzę i czuję więcej, moje bycie na ziemi jest jakąś nie do końca zrozumiałą przeze mnie misją".
Nie, nie, nie. Żona, dzieci, praca, dom. Koniec tematu. Kanapka w autobusie, bo ciepły posiłek za półtorej godziny. I rozmowa o - zależnie od branży - odwiertach, spawaniu, kopaniu, wydobywaniu, łataniu, mieszaniu, cerowaniu, nieważne. O czymś. Czymś realnym, potrzebnym, pryncypialnym i niezbędnym tu i teraz. Dlatego wygrywają. Bo w gruncie rzeczy naprawienie pieca jest ważniejsze od naprawienia idei. Gdyż zamarznięcie jest większym problemem niż brak solidnej demokracji, edukacji, sracji.
- Ale mnie wkurwia Janek. Ten nowy z produkcji. Nic nie umie, a przez to, że jest bratankiem szefowej może się opierdalać i dostaje więcej niż my. Ehh, jebał go pies. - Tak oto rozpoczął dysputę generał tej szychty, władca zmiany, wezyr brygady, dowódca legionu tak zwanej piątej grupy. Środowisko jak od razu widać zwarte i silne.
- Nauczy się. Przynajmniej nie sra wyżej niż ma dupę jak ten, co był wcześniej. Ten. No. Jacek. Z tym to dopiero nie było roboty. Mówię mu wejdź na beczkę, a ten się patrzy jak ciele w malowane wrota. Nikomu źle nie życzę, ale chyba lepiej, że nogę złamał. I dla niego i dla nas. Znalazł robotę w jakiejś korporacji, słyszałem, i telefony odbiera. Lepsze to niż u nas.
Nie powiem, studenci napełnili mnie większym entuzjazmem, jak również zaprezentowali znacznie szerszą ofertę intelektualną, ale... Duże "ale" zauważyłem. Zamyka się ono w słowie "opierzenie". W przeciwieństwie do poprzedników, ci ludzie potrafią faktycznie działać, kiedy zajdzie potrzeba i do tego wiedzą jak.
Wyobraźmy sobie sytuację jak z serialu "The Lost".
Samolot rozbija się na bezludnej wyspie. Ocaleli chcą przeżyć.
Kto wówczas jest bardziej wartościowy? Ten, który potrafi z pamięci przywołać Kirkegaarda, czy ten, który wie jak na szybkości, z niczego, zbudować szałas?
Dlaczego? Dlaczego od zarania proletariat przegania inteligencję?
Właśnie dlatego. Bo koniec końców praktyki potrzeba, i dopiero kiedy jest w pełni zaspokojona, wznosimy się ku dociekliwości wykraczającej poza młotki i gwoździe.
PRZYSTANEK III
Szturm podjęła kasta, której obecności nawet najtwardsi robotnicy nie byli w stanie unieść. Podobnie jak studenci przed nimi, tak te silne drągale w popłochu jęły wycofywać się ze miękką ziemię okopów. Dwumetrowe chłopy, co życie dobrze znają, zaczęły chować się za oparciami, udawać, że ich nie ma i odwracać wzrok od wsiadających do pojazdu dwu, maksymalnie trzyosobowych oddziałów.
Jedna kobieta i jej potomkowie.
Zaiste. Był to przystanek, który uzupełniał i tak już niedopasowaną grupę, o kolejną szaloną dystrakcję.
Matki z dziećmi.
Odwieczne pytanie dzwoniło w głowie tysiącem dzwonów. Jak pozyskać choćby cień sympatii dla potencjalnej soli tej ziemi? Jak usunąć w sobie namacalną potrzebę wymordowania przyszłego pokolenia w zarodku? Czym usprawiedliwić tę przemożną niechęć do tych małych potworków?
Wreszcie, czy zawsze starzy ludzie zadawali sobie te pytania?
Otóż.
Tak i nie.
Dziecko płacze, sra, sika, beka, pierdzi, czka, ulewa mu się, nie wie, nie zna, jest na początku zwierzątkiem. Kochanym, ale jednak stworzeniem, umówmy się, niewiele różniącym się od małego szympansa. I to jest ok, wszyscy tacy byliśmy (swoją drogą warto o tym pamiętać kiedy kogoś gloryfikujemy, kiedy się zakochujemy, stajemy przed szefem albo kiedy zaczynamy uznawać kogoś za autorytet. Pamiętać, że ten ktoś nadal robi kupę, pryka i beka, a jedyna różnica polega na tym, że robi to niejawnie), więc hipokryzją jest obruszanie się na takie zachowania.
Ale.
But.
Butt. Może czasem to jest lepsze rozwiązanie.
Żart.
Wracając.
Nawet twardzi zawodnicy wprost z fabryki nie unieśli ciężaru decybeli produkowanych przez osoby i osóbki wsiadające na tym przystanku. Pochowali się szybciej niż studenci przed nimi. Przy czym nie chodziło o niewiasty same w sobie, tylko o te małe, kochane, pociechy.
Najbardziej zaś o relację jednych z drugimi.
I tu zaczęło mi być blisko do panów z fabryki, a jakby dalej do studenciaków. Blisko w ramach hołdowania pewnej skostniałości modelu funkcjonowania.
Kategoria: Wychowanie.
"Kiedyś vs. Teraz".
Drzewiej się z nami w tańcu nie pierdolili. I to było poniekąd dobre. Choć miało swoje minusy.
Aktualnie widzę tendencję do tańczenia jak dziecko zagra, co ma swoje minusy.
Co jest poniekąd dobre i ma najmniej minusów?
Co ja mogę na ten temat powiedzieć?
Ujmę to tak, nie napisałeś książki, nie gadaj o literaturze.
Ale że "nie wiem, to się wypowiem" jest na topie, wypowiem się tak:
Generalnie wydaje mi się, że idea złotego środka realizuje się w pełni i w pełni wyraża swoją wartość, kiedy przychodzi do dzieci. Wiadomo, bijesz - źle, zagłaskujesz na śmierć - drugie źle. Jesteś kumplem - super, pozwalasz na zbyt wiele - do dupy.
Wypośrodkowanie.
Szybki strzał oznajmiający, że nie jesteś pępkiem świata, młody człowieku, ale, z drugiej strony, jesteś wolny, możesz ten świat postrzegać, modyfikować, rozważać jak tylko chcesz, po swojemu. Kiedy zaś pojawią się jakiekolwiek wątpliwości, masz mnie, rodzica, który, żeby była jasność, wszystkich rozumów nie pozjadał, ale coś tam więcej wie, więc pytaj śmiało.
Tyle idealizmu, wróćmy do autobusu.
Która to sytuacja nie ma nic wspólnego z powyższym. Ja nie wiem. Nie rozumiem. Mogłyby się zrzygać na matkę te bachory, a ona by powiedziała, że to dobrze, bo jak zwraca, to zdrowy, wytarła się i jechała dalej. Może i racja przy dwulatku.
Przy dziewięciolatku to już tak średnio.
PRZYSTANEK IV
Na pokład naszego magicznego autobusu wtargnęło niespodziewanie kolejne barwne ugrupowanie. Wchodzące w jej skład osobniki, bo z nazwaniem ich ludźmi mam pewne opory, łączyły w sobie najważniejsze cechy pozostałych trzech. Robiły to w sposób chujowy. Ze studentami dzieliły energię i brawurę, z robotnikami uświęcenie pracy, wreszcie z matkami miłość do swoich dzieci. W tym wypadku ich oczkami w głowie, tymi malutkimi tworami, za które życie oddać by mogli, były tak zwane "projekty".
- Nie "projekty", tylko PROJEKTY, ok?
Przepraszam, PROJEKTY.
Tak. Pracownicy korporacji, witamy serdecznie.
Były uniwersytety, fabryki i przedszkola, czas na biurowce... jakie biurowce, przecież wyjechaliśmy z miasta. Co oni tu w ogóle robią?
Aha. Szkolenie mieli w podmiejskiej rezydencji. Tylko dlaczego jadą autobusem? Chcą się zbratać z proletariatem? Taki performens? Cóż, skoro już są, zacząłem im się przysłuchiwać.
Ja nie wiem, czy jest sens przytaczać choćby niewielkie fragmenty czegoś, co w ich pokrętnym mniemaniu nadal można nazwać konwersacją. Obiecałem sobie, że będę dokumentował tę podróż, więc niechętnie, ale... proszę bardzo, oto ona, korpomowa:
- Asapem kurwa, rozumiesz to, Jacek? Taki case? Ja przez Crunchtime w domu nie bywam, bo deadline jest chory, a on, że, kurczę, sorry, ale sam CEO tak zarządził. To go briefuję, pokazuję, jak komu dobremu efekty brainstormu z Maćkiem, Agatą i Pawłem, mówię, stary, za mało searchu, będzie fakap.
- Mi to mówisz? Dobrze, że mnie przenieśli, bo workflow u tego kretyna jest słaby jak feedback nowego projektu naszego Don Arturro.
- Ha ha.
- Ha ha. Jogging wieczorem?
- Ta.
Serio, czy to jeszcze ludzie?
Patrzę na te paradoksalnie ożywione i wymęczone jednocześnie oblicza tych trzydziestolatków i mam problem z ujrzeniem w nich człowieka.
Przy czym zaznaczam, że patrząc na funkcjonowanie świata z szerszej perspektywy, jestem wielkim fanem korporacji. Make Money, not war. Istnieją wiarygodne przesłanki, że właśnie te finansowe molochy powstrzymują poważniejsze konflikty zbrojne, bo spokój oznacza konsumpcję pełną gębą i pełną kiesę. Także z dwojga złego, jak najbardziej, projekty, i jeszcze raz projekty.
Tylko po cholerę cała ta otoczka? Pielęgnowanie etosu bycia częścią czegoś ważnego, robienia różnicy, potwierdzania na każdym kroku wyjątkowości swoich poczynań? Budowanie świątyni pracy, nowomowa, subkultura, kult pierdół, beznadziejne nadawanie zwykłym sprawom niebotycznego znaczenia. Po co?
- Pewnie zastanawia się pan po cholerę cała ta otoczka? - Jeden z osobników odłączył się od stada i dosiadł do mnie. Jak się okazało, ów osobnik potrafi czytać w myślach bez większych problemów.
- Tak.
- Pan pewnie jest jakimś pisarzem, czy innym artystą, no nie?
- No tak.
- Dlatego pan nic nie rozumie.
- Pewnie dlatego.
- Pisał pan kiedyś na maszynie, ale przerzucił się na laptopa?
- Tak.
- Woli pan czasem wierzyć, że po śmierci coś jest, zamiast myśleć, że na pewno zgnijemy i nic więcej się nie wydarzy?
- Tak - odparłem na potrzeby tej jednak zaskakującej konwersacji. Bo tak serio, to nie.
- Dlaczego?
- Bo tak jest wygodniej.
- Dokładnie. Po co ta cała forma? Własny język, kod zachowań, kolektywizm w podejściu do rzeczywistości? Bo tak jest wygodniej. Wymykamy się tej cholernej koncepcji wyskoczenia z dziesiątego piętra jako jedynego słusznego rozwiązania. Tworzymy całą strukturę pojęciową, która nas określa, dzięki której czujemy się choć trochę bezpieczniej jako jednostki tak mocno zagrożone napadami poczucia beznadziei. Uciekał pan kiedyś, ale naprawdę, przed myślą samobójczą?
O synu.
Ja ją goniłem.
- Tylko czemu tak głośno? Po co się eksponujecie, wyróżniacie, po co ta poza ważniaka z wielkiej firmy?
- Bo musimy w to wierzyć, żeby nie zwariować. Że jesteśmy ważni i wyjątkowi. Nikt nie chce być nijaki. - Tu spojrzałem na wykruszających się z przystanku na przystanek panów z fabryki. Co mikroświat, to obyczaj. U nich jakby wręcz nie uchodzi być kimś ponad zwyczajność. W nagrodę dostają spokój i życie takie jakim jest, bez zbędnych ozdobników.
- A życie?
- Życie? PROJEKT jak każdy inny.
PRZYSTANEK V
Nasza karawana wesoła, jak karnawał kolorowa, zatrzymała się w sercu małego miasteczka. Tam zaś, obowiązkowo górujący nad zabudowaniami akolitów, stał kościół. Autobus przybył punktualnie, by móc zgarnąć uczestników popołudniowej mszy, którzy przybyli z mniejszych miejscowości celem czczenia bóstwa, wyznawania grzechów oraz otrzymywania błogosławieństw.
Atmosfera gęstniała. Uszedł gdzieś studencki luz, schowała się kojąca robotnicza obojętność, ucichły wesołe wrzaski tych rozwydrzonych małych kurwiów, a i korporacjusze przenieśli się ze swoimi projektami nie wiadomo gdzie.
Pojazd opanowali beneficjenci eucharystii. Miny poważne, spojrzenia jasne, twarze ni to pochmurne ni zamyślone. Wyglądali jakby wyszli z Festiwalu Katharsis. Full karnet. Tu uświęcenie wodą, tam klęczenie, by spokornieć, ówdzie odczyt fragmentu książki, by pojąć, indziej konkurs pukania w drewno po zakończonym akcie zrzucenia z siebie ciężaru własnych słabości. Na koniec obowiązkowy koncert finałowy zwieńczony stagedivingiem Ciała Chrystusa.
Teraz wracali do swych domostw napompowani mistyczną siłą, dzięki której wiedzą i czują, co i jak.
Silni jednością, dzięki czemu miałem spokój, bo nikt nie chciał się dosiąść do jakiegoś obcego, pewnie ateisty, nie ufamy, nie zbliżamy się, mamy siebie, spierdalaj.
Korzystając z faktu, iż nie ma prawa zaistnieć żadna interakcja o poziomie wyższym niż rzucenie nienawistnego spojrzenia (jakbym chciał im ukraść tę niezwykłą moc, którą przed chwilą posiedli), zacząłem zastanawiać się nad fenomenem tej supergrupy, jaką tworzą radykalnie wierzący.
W tym wypadku - katolicy.
Niepojęte.
Głośno o pedofilii, mercedesach, włościach, oszustwach, a jednak wiara uczyniła cud w postaci masowego wyeliminowania podstawowej biologicznej i społecznej funkcji ludzkiego myślenia.
Krytycyzmu.
Kościół w odwrocie? Nic bardziej mylnego.
Bo mimo wszystko w tej aurze, która towarzyszy spotkaniu z przedstawicielami siły wyższej tyle jest mocy porządkującej i podporządkowującej, że nikomu nawet przez myśl nie przejdzie bunt. W związku z tym, że "bunt jest opoką, na której postęp buduje kościół swój", jest on koncepcją skrajnie niepożądaną przez rzeczoną instytucję. A bunt rodzi się z indywidualizmu, zatem wtłoczenie mentalnego obowiązku bezrefleksyjnego odczuwania siebie jako części zbiorowości jest dla klerykałów absolutnym priorytetem.
W tym sensie niewielka jest różnica między kościołem a korporacją. Zgadza się również idea wspólnego dla wszystkich zainteresowanych kodu, z którym wspólnie się utożsamiają. Różnica polega w zasadzie tylko na świadomości tego wyboru.
Patrzę na te nabożnie skupione twarze i widzę, że coś im ta godzina w Domu Bożym dała. Nie potrafię dokładnie określić, czym jest to coś. Z jednej strony spokój i bezpieczeństwo, jakie dają poczucie przynależności do stada oraz świadomość istnienia istoty kontrolującej całą sytuację.
Z drugiej, poczucie sprowadzenia do roli małego, pozbawionego samodzielności robaczka. I im to pasuje.
Pytanie, czy kiedy ich, (czyli również moje) pokolenie wymrze, a po nim wymrą jeszcze ich dzieci noszące w sobie śladowe już ilości bogobojnego stylu życia, kościół się utrzyma?
Czy religia będzie miała rację bytu w świecie przyszłości?
Tu widzę dwa warianty odpowiedzi:
Pierwszy, teoretycznie bardziej logiczny - nie. Wiara w niepotwierdzone przegra z nauką, technologią, powszechnym dostępem do wiedzy, przepływem informacji, laicką argumentacją oraz pojawieniem się wielu alternatywnych świątyń wspólnoty, jak choćby wspomniana korporacja.
Drugi, zdecydowanie bardziej prawdopodobny - tak. Bo człowiek nie jest logiczny.
Jeśli naukowcy na podstawie niezbitych, empirycznych dowodów oświecą ludzkość, ujawniając fakt, iż nie ma duszy, życia po śmierci, nadrzędnej siły sprawczej, etc. Zawsze znajdzie się ktoś, kto to podważy, mówiąc, że Bóg tego właśnie chciał, że to jest próba siły wiary i ci, którzy nie dadzą się zwieść owym sensacjom, zostaną nagrodzeni.
Amen.
I ludzie - te asy - w to pójdą jak w dym.
Zakład Pascala nie ma terminu ważności.
PRZYSTANEK VI
Co tak naprawdę oznaczają stwierdzenia, że ktoś jest "oderwany od pługa" albo że mu "słoma z butów wystaje?"
Do tego dojdziemy, ale na razie o przemijaniu.
Kiedy wsiedli, narosło we mnie przeświadczenie, że świadkuję obecności grupy społecznej, która niebawem zniknie i zostanie po niej chyba tylko niezrozumienie dla praw jakimi się rządziła. Jakbym obserwował ostatnie podrygi żywego skansenu, jakim jest prawdziwa polska wieś. Siłą rzeczy punktem porównawczym dla mieszkańców małej wioski, którzy zajmowali teraz miejsca w autobusie, byli pracownicy fabryki. Bo przecież nie korpo, którego przedstawiciele i im podobne warstwy pseudointelektualne nadały pejoratywny ton pojęciom takim jak "wieśniak", czy "robotnik". Ci pierwsi już dawno nie kojarzą się z mieszkańcami niewielkich skupisk gospodarstw domowych. Zaś wokół tych drugich, nie unosi się aura szacunku dla ciężkiej pracy. Wieśniak, bo się zachować nie umie. Robol zapierdala, bo mu się uczyć nie chciało.
Ale to działa w dwie strony: "inteligent pierdolony".
Ergo, często nie lubi się, czego się nie zna. Stare, a wciąż większość nie wyciągnęła z tego odpowiednich wniosków.
Odnoszę wrażenie, że od piątego przystanku spadła mi trochę empatia, a narracja stała się ciężka i ciemna jak, właśnie, jesień średniowiecza. Zupełnie niepotrzebnie, wiosna, słońce świeci, zabudowania ustępują naturze. Zatem, spokojnie, po kolei. Kim są ci, którzy się właśnie pojawili, roztaczając kompozycję woni pracy i wypoczynku jednocześnie? Zapach potu, zwierząt, tego, co zwierzęta produkują, roślin oraz tego, co ludzie produkują - z aromatem wędzonki i bimbru na czele.
Zanim spojrzenie, analiza, wnioski - wdech nosem.
By poczuć niezmąconą wyrazistość tych ludzi. Tej części nas, która coraz częściej jawi się tak odległą. Tej najbliższej natury. Pięć kobiet i sześciu mężczyzn. Żadnych dzieci. Bo one wyjechały, nie rozumiejąc, że chcą wyrwać się z materii deficytowej, do której już mogą nie wrócić.
Wymierający gatunek, będący blisko ziemi w sensie metaforycznym i dosłownym. Oni ziemię czują pod palcami codziennie, karmią ją i pielęgnują, by później z szacunkiem wziąć to, co dała. Tkwiący w symbiozie z naturalnym porządkiem pór roku, ciepła i zimna, jasności i ciemności, życia i śmierci. Ilu jeszcze ich zostało? Czy ktoś ich zastąpi?
Wątpliwe.
Technologia i dynamika naszej epoki stoją w sprzeczności z pielęgnacją ziarna, przystankiem na gapienie się w słońce, rąbaniem drewna i dojeniem krowy. W końcu są od tego maszyny, a słońce można zobaczyć w telewizji. Kariera... słyszał ktoś kiedyś we wsi prawdziwej o depresji? Nie. I z całym szacunkiem dla depresji, bo to poważna choroba, ale nie. Ponieważ deprecha to najczęściej objaw braku gotowości na nadmiar. Myśli, ambicji, wyobrażeń siebie, planów, koncepcji, wieści o stanie świata, małych wkurwiających bodźców, bo ile można wytrzymać.
Na wsi, która niedawno dostała prąd i używa tego dobrodziejstwa (bez którego przecież można się obejść) tylko do oświetlenia, nie ma nadmiaru. Jest rytm dyktowany przez mechanikę współpracy człowieka z naturą. Umiar rzadko może okazać się przyczynkiem do depresji, jeśli w ogóle. Rzecz jasna wszystko działa w dwie strony, w związku z tym euforii tu też specjalnie nie zaznasz, bo to z kolei niepotrzebny ubytek energetyczny.
Tak, skansen.
Ostatni z tych, którzy nie rozumieją współczesnych dążeń. Żyją i umierają na przestrzeni swojego pola, czasem zapuszczając się do miasta, gdyż niezbędne sprawunki muszą tam załatwić.
Wyobrażam sobie już dziś, jak kiedyś będzie się odtwarzało symulację funkcjonowania wsi, a dzieci w szkołach będą pytały, po co ktoś coś robi, skoro robią to za nas maszyny. Właśnie w tym tkwi całe piękno mijającego kultu pracy.
Robienie dla samego robienia.
You wouldn't get it.
PRZYSTANEK VII
Boję się.
I z całych sił staram się pojąć, ale nie pojmuję, dlaczego oni się nie boją, czemu nie panikują, skąd ten nieuzasadniony spokój? Fakt, iż targnąłem się na życie, paradoksalnie nie ma z tym nic wspólnego, ponieważ to był mój wybór. Ci ludzie po prostu funkcjonują ze świadomością, że bliżej niż dalej, wręcz niebawem, w zasadzie może jutro i w dniach należy liczyć przyjście kostuchy, raczej nie w latach.
Zatem: skąd spokój?
Do autobusu doczłapali się wkraczający w zimę życia.
Skoro mamy wolną chwilę, porozmawiajmy o Bogu i końcu.
Mam czterdzieści trzy lata. Śmierci mniej lub bardziej panicznie boję się od dziesięciu. Ostatni rok nie oznacza, że przestałem się bać. Z tym strachem nie pomogła mi się uporać jak na razie żadna filozofia, nic końca nie oswoiło. Wręcz przeciwnie. Im dalej w las, tym bardziej nużące wydawały mi się opowieści o byciu częścią kosmosu, energią, etapem reinkarnacji czy nawet, niech już będzie, posiadaczem duszy.
W wieku, litości, chrystusowym, odkryłem w sobie ateistę. Wtedy poczułem dwie siły, które, drzemiące od jakiegoś czasu, w końcu narosły i eksplodowały niczym wulkan, pod którym się znalazłem. Zalały wszystko, każdy młodzieńczy ideał, wszelką wiarę i naiwne tłumaczenia. Zrobiły z nich Pompeje, na których to zgliszczach wyrosły.
Te siły to wolność i strach.
Kartezjańsko zwątpiłem, obaliłem, zbudowałem i przeraziłem się jak nigdy dotąd. Nie że ktoś mnie przekonał solidnymi argumentami, że nie ma nic ponad to, co jest. Jeśli wierzysz, znajdziesz kontrargumenty (nawet absurdalne, ale to bez znaczenia, dopóki w nie wierzysz). We mnie samym, bez żadnego przymusu, nastąpiło pełne i nieodwracalne objawienie. Wstrząsająca epifania, poczucie najsmutniejszej, największej, ba, absolutnej i niezbywalnej tragicznej pewności.
Życie, śmierć, robaki.
Pokrętnym, (ale też sensownym, jakby się nad tym zastanowić) następstwem tej zmiany - był głód życia. Ssanie w środku mnie, napędzane obawą przecięcia biografii przez pijanego kierowcę, bombę atomową, spadający samolot, ugryzienie tropikalnego owada, poślizgnięcie się pod prysznicem.
Z drugiej strony - ścigałem życie. Zacząłem wyciskać je jak cytrynę i pławić się w sokach. Pisałem jak szalony, chodziłem wszędzie, na spotkania literackie, wykłady, rozmowy, pędziłem do każdego możliwego wydawnictwa z powieściami, wierszami, zbiorami opowiadań, felietonami, publikowałem gdzie się da.
Wygłodniały byłem też w sferze damsko-męskiej, choć tu zaszła pewna ewolucja. Najpierw bzykałem się z każdą chętną kobietą, a po jakimś czasie głód przeniósł się z moszny do mózgu. Nastąpiło stadium zakochiwania się w co drugiej niewieście, która stawała się obiektem fascynacji absolutnej i nie do powstrzymania. Pochłaniała mnie wizja tworzenia z nią więzi niewyobrażalnej, wspaniałej, wręcz epickiej. Następnie przychodził zawód, bo nie da się sprostać takim wymaganiom, i następna strzała amora trafiała mnie prosto w serce. I tak to się obracało w wirze aktywności, namiętności, celu, po prostu bycia. Trwało to dziesięć lat.
Dekada walki ze śmiercią poprzez nadużywanie życia.
Problem w tym, że teraźniejszość przestała wystarczać, a ja już odarty byłem od dawna z patrzenia w przyszłość i zaglądania w przeszłość. Kiedy uczucie pustki osiągnęło apogeum, stało się, co się stało.
Wracając do siedzącej w milczeniu grupy starców - czułem, że są dokładnie na przeciwległym biegunie do mojego.
Powoli, nieco nieudolnie, jakby celebrowali trud czynności, zajęli miejsca. Jechali w nieustającej ciszy, ewentualnie posapując. Patrząc na nich, zastanawiałem się, czy pogrążeni są w refleksji czy w demencji. Na ich obliczach nie odnalazłem żadnej wskazówki. Nie potrafiłem rozstrzygnąć, czy tkwią w przytomnym zawieszeniu niczym spauzowani, czy rozmyślają o dniu dzisiejszym, o przeżytym już niemal w całości życiu, czy o cieniu końca padającym na ich istnienia.
Śmierć. Wyobrażam sobie tylko jedną możliwość w podejściu do tego faktu. Mianowicie progres w tolerancji. Cholera, musi być tak, że im człowiek starszy, tym więcej ma w sobie jakiejś przedziwnej akceptacji na dokańczanie, na wygasanie światełka (a przecież widzi jak wygasa! Jak kruszy się sprawność, zdrowie, pamięć, wręcz widzi swoją końcówkę, jakby patrzył z lotu ptaka na muchę w sieci pająka, do której ów właśnie nieuniknienie się zbliża) i jakimś cudem nie ma tendencji do masowych samobójstw u ludzi w wieku lat siedemdziesięciu paru, osiemdziesięciu paru, nawet dziewięćdziesięciu, kiedy to w człowieku na dobre zadomawia się ów proces.
Jak oni to robią? Czemu chcą jechać do końca korodującym do rozpadu pociągiem?
Bo mimo wszystko chcą zobaczyć tunel, zamiast wysiąść z gruchota trzy przystanki przed odczuwaniem jego wyniszczania? Nie uwzględniam zaawansowanej rzeczonej demencji, bo to są pasażerowie na gapę, którzy nie wiedzą, na której są stacji. Mówię o siedzących w Warsie damach i dżentelmenach, którym dania już przez gardło przejść nie chcą, części pociągu odpadają, a oni spokojnie patrzą przez okno i tylko podnoszą brew: już? A nie, jeszcze nie już.
Jak?! Czemu nie wyskoczą przed?
Nie dowiem się pewnie nigdy. Chyba że zostanę jednym z nich. Starców. Wątpię w to jednak w świetle ostatnich faktów. Jak ktoś raz potrzebuje narkotyku nowości, żeby przetrwać, zawsze będzie go potrzebował. A na każdy narkotyk się człowiek uodparnia. I niestety ich liczba jest ograniczona.
Chryste, na szczęście to mój przystanek, bo więcej nie wytrzymam.
PRZYBYCIE
Autobus wjechał na mały plac miasteczka, którego nazwa niewiele mi mówiła. Straciłem orientację do tego stopnia, że równie dobrze mogłem być w Bieszczadach, jak i pod Krynicą. Zaangażowanie w obserwację pasażerów sprawiło, że nie zarejestrowałem kierunku, w jakim zmierzamy. Była dziewiętnasta piętnaście. Jak się okazało, byłem jedynym wysiadającym na tym zadupiu. To gdzie jedzie ta garstka, która pozostała? Skoro gdzieś diabeł mówi dobranoc, pewnie jadą do piekła. Opuszczam pojazd pod naporem spojrzenia mojego nowego przyjaciela kierowcy. Nie mam nawet siły na niego zareagować, po prostu się ewakuuję. W ramach podziękowania za wspólną podróż, ruszył zanim postawiłem nogę na suchym lądzie, co zaowocowało spektakularnym wypadnięciem i wypierdoleniem się wraz z walizką na ślicznie odnowiony małomiasteczkowy bruk.
Kiedy opadł bitewny kurz w postaci drażniących oczy i nozdrza spalin pamiętającego upadek komuny środka transportu, podniosłem się, otrzepałem i... i w zasadzie tyle. Stanąłem i stałem. Zostałem z moim wykłóconym bagażem jak Himilsbach z angielskim. Majowy, ciepły wieczór, tak zwany rynek pośrodku małej mieścinki i jeden zdezorientowany pisarz. Odpaliłem papierosa i zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu oznak życia. Naprzeciwko mnie siedział czarny pies średniej wielkości rasy gangbang. Wyglądał jakby jego matka dostała materiał genetyczny od połowy schroniska. Patrzył może nie z politowaniem, ale ze spokojnym rodzajem zdziwienia. Trochę na zasadzie "o, kolejny, ciekawe, po co tu jest". Bardzo dobre pytanie, mój czworonożny kolego. To na jednym końcu smyczy. Na drugim zaś, nazwijmy to "pan", leżący na ławce, ewidentnie odpoczywający po nadmiarze C?H?OH. Ręce skrzyżowane, unoszone przez brzuch, ślina cieknąca po brodzie, chrap i ten intensywny, jakże charakterystyczny zapach. To już od psa więcej się dowiem. Bez sensu.
Co ja mam dalej robić? Tajemniczy nieznajomy powiedział wyraźnie. Ten i ten autobus, wysiądź na ósmym przystanku. No to jestem, a tu nic. Pusty plac, jeden pies, jeden zmęczony, jeden pisarz i żywego ducha. Niedługo się ściemni i w ogóle nie będzie wiadomo, co począć. Cóż, czas się rozejrzeć za jakąś chwilową przystanią.
Obszedłem tak zwany rynek i zobaczyłem światło.
Zobaczyłem światło, więc przyszedłem.
Światło neonu z napisem "Bar u Józka".
Czemu nie.
Podszedłem i ucieszyłem się, że przynajmniej tutaj nie ma zaskoczeń.
W drzwiach stał Józek i palił papierosa.
Skąd wiem, że to był Józek?
Bo się przedstawił.
- Józek. - Podał mi rękę.
- Edward.
- Proszę do środka, zaraz do pana przyjdę.
Jak przystało na jedyną knajpę w okolicy, właściciel miał wszystko w dupie. Bo przecież i tak przyjdą i tak. Trochę przestrzeni, parę stolików, coś na kształt baru, koncesja na alkohol, dart, telewizor i maszyna do gier. Aż nadto.
Wtarabaniłem się do środka z walizą i usiadłem na stołku barowym. Na ekranie, wiadomo, mecz. Nie znałem tych zespołów i, patrząc na jakość gry, niewiele straciłem. Przy stoliku w najciemniejszym kącie lokalu siedziało czterech gości w średnim wieku. Grali w karty, pili, i od czasu do czasu głośno komentowali poczynania piłkarzy. W oddali szczekał pies, zrobiła się nagle dwudziesta, co zakomunikowały dzwony, gdyż w tym kraju nawet w największej dziurze, obowiązkowo musi znajdować się kościół. Według moich obliczeń Józek palił papierosa przez pół godziny. Zleciało jak z bicza strzelił. W końcu spokojnym krokiem obszedł ladę, łypnął na mecz, na gości w rogu, wreszcie na mnie.
- Co podać? - zapytał z powagą i nieufnością. Podobnego tonu się zresztą spodziewałem. W takich miejscach nie lubi się obcych. Wracając do pytania. Dobre pytanie. Co podać... nie wiem, po co tu jestem, dlaczego, co dalej ze mną będzie, co robić, gdzie się podziać, zatrzymać, spać, wrócić, nie wiem absolutnie nic.
Kiedy zżerają wątpliwości, rozwiązanie jest tylko jedno.
- Poproszę dwie...
- Pan Edward? - Niewielkie stworzenie wyrosło spod ziemi. Blondynek, na oko piętnaście, szesnaście lat, o bystrym spojrzeniu i wesołym obliczu zagadnął śmiało.
- Tak. - Odwzajemniłem uśmiech. Zawsze rozczulali mnie mali, weseli zuchwalcy. - W czym mogę pomóc?
- Ja jestem tutaj, żeby panu pomóc. Proszę za mną - wypowiedział tonem jakby radosnego rozkazu i bez dalszych wstępów wyszedł, zabierając ze sobą mój bagaż. Jak tak, to tak. Żegnaj ponury alkoholu, witaj ożywcza przygodo. Odruchowo, a może również pod naporem pochmurnego oblicza Józka skierowanego w moją stronę, zostawiłem dychę na ladzie. Za wtargnięcie, fatygę i pozostawienie w skonfundowaniu. Wyszedłem przed lokal z poczuciem ulgi, a czynności tej towarzyszył dźwięk odpalania małego silnika.
Powitał mnie widok młodzieńca siłującego się z motorynką przerobioną na motor dostawczy. Po którejś próbie pojazd zaczął współpracować i młody kowboj usadowił się, po czym zamaszystym gestem wskazał mi przyczepę.
- Zapraszam!
Wskoczyłem i zająłem miejsce obok mojej walizki. Złapałem się na tym, że niewiele mnie obchodzi, kim jest, dokąd jedziemy i po co. Mimo hulaszczego trybu życia, zawsze, paradoksalnie, potrzebowałem punktu odniesienia, kontroli i pewnej dozy wiedzy na temat tego, co się dzieje. Teraz nie wiedziałem nic i było mi z tym zaskakująco dobrze. Pewnie przypadłość ludzi po nieudanych samobójstwach. Nie mylić z próbami samobójczymi.
***
Było już całkiem ciemno, kiedy wyjechaliśmy z usypiającego miasteczka w nicość. Ostatnia mijana przez nas latarnia symbolizowała pożegnanie z jakąkolwiek urbanizacją. Żadnych okolicznych wsi, brak cywilizacyjnej ciągłości, ciemność oświetlana groteskowo przez lampkę motorynki. Przyznaję, poczułem lekki dreszczyk wycieczki w nieznane, pod przewodnictwem szesnastoletniego na oko blondynka. Zapaliłem papierosa i zapatrzyłem się w majaczące w ciemności lasy. Płynąć z prądem i nie zaprzątać sobie głowy pytaniem, które tyle razy doprowadzało mnie na skraj rozpaczy.
Quo Vadis?
W którymś momencie Młody (piszę wielką literą, bo stał się bohaterem tej historii, a imienia jeszcze nie poznałem) zatrzymał pojazd. Nie wiem, jak długo jechaliśmy. Rozładował się telefon (co dziwne, bo wychodziłem z domu z pełną baterią, a i u Józka miałem jej ponad połowę), zegarka zapomniałem, a ja sam oddałem się kontemplacji, zamiast się choć trochę orientować. Odwróciłem się do przewodnika wycieczki z pytającą miną.
- Dalej nie pojedziemy. Wichura przewróciła drzewa. Ale już niedaleko, przejdziemy lasem.
- Ok. - Zeskoczyłem z paki, wziąłem walizkę, jąłem czekać na instrukcje. Blondynek zgasił silnik, zsiadł, spojrzał na mnie i uczynił podobny gest do tego zapraszającego.
- Chodźmy.
- Zostawiasz to tutaj? - Wskazałem na motorynkę.
- Tu nie miasto. Nikt tego nie weźmie. - Poczułem się trochę jak naiwniak. Nie przemyślałem tego. Typowa reakcja mieszczucha. Kto zapieprzy ledwie zipiącą motorynkę stojącą na leśnej drodze w środku nikąd?
Ruszyliśmy w głąb lasu.
- Słuchaj, jak masz na imię? - Skrępowanie kilkuminutową ciszą wzięło górę nad napiętym w ciszy oczekiwaniem.
- Antek, proszę pana.
- Mów do mnie Edward, żaden ze mnie pan. Daleko jeszcze?
- Nie, Edward. Kawałek. - Spojrzał na taszczącego swój mandżur przez las pisarza z obawą. Od początku wydawał mi się młodzieńcem, któremu obce jest politowanie, szyderstwo, czy cynizm. W jego twarzy widziałem, że te płytkie naleciałości się go nie imają. - Pomóc? - Aura szczerości i bezpretensjonalności, która niechybnie go otaczała, rozbroiła moje samcze poczucie dumy.
- Gdybyś był tak uprzejmy.
- Jasne, proszę to dać. - Przejął walizkę i ruszył. Ja zaś, napędzany niecierpiącą zwłoki potrzebą fizjologiczną, zapytałem.
- Poczekasz sekundkę? Muszę iść pod drzewo.
- Jasne. - Choć nie dane mi było spożycie, z każdym etapem przygody czułem się jakbym był coraz bardziej pijany. Uczucie wchodzenia w inny niż normalny wymiar, płynięcie z prądem nieznanego i nowego - zasadniczo tak się upija. Nawet bez alkoholu jak widać. Zacząłem absurdalnie gibać się pod drzewem niby niesiony rytmem szumiących wokół drzew. Jak ostatni debil, ale właśnie ów stan sprawiał, że nic mi nie przeszkadzało. Chwilę jakąś błądziłem w meandrach połączenia jaźni i mocy nieznanej, która podsuwała mojej głowie przeróżne abstrakcyjne skojarzenia.
W końcu powróciłem do pryncypiów, strzepnąłem, włożyłem, zapiąłem rozporek i odwróciłem się do towarzysza podróży, nie mogąc doczekać się dalszego ciągu naszej wyprawy. Trans, który przed chwilą mnie przygarnął, uśpił moją czujność. Zapomniałem, że po dobrym przychodzi złe, po ekscytującym przygnębiające, a podniecenie łatwo zamienia się w strach.
- Antek? Antek! - Zniknął, po prostu rozpłynął się bezszelestnie w leśnym gąszczu. Jak wyrósł, tak się zapadł. Teraz rozumiem, co czuł komisarz Gordon. - Młody, nie rób sobie jaj. Antek! Kurwa. - Pieprzony cherubinkowaty pomocnik diabła. Gierek im się zachciało, testów, kurwa. Sprawdzają, czy pisarz mieszczuch poradzi sobie w samym środku ciemnej dupy bez latarki. Otóż nie. Oparłem się o drzewo i osunąłem na ziemię w poczuciu beznadziei. Schowałem twarz w dłoniach i zastygłem tak z głową emocjonalnie przepełnioną i racjonalnie pustą. Z letargu wybiła mnie wilgoć pod tyłkiem oraz charakterystyczny zapach uryny.
- Kurwa mać. - Nie chciało mi się już nawet zmieniać tego stanu rzeczy. Przewróciło się, niech leży. Księżyc zniknął za chmurami, zrobiło się wręcz czarno. Widoczność na trzy metry maksimum. Wszystko mi jedno, zaraz przyjdą pewnie jakieś wilki i mnie rozszarpią. Czy tam dziki, czy inne niedźwiedzie. Zresztą, co ja tam wiem. Może uchla mnie jakiś wąż albo owad. W każdym razie nie widzę tego. Nie widzę prawie nic.
Może właśnie z tego trzeba uczynić walor? Może należy w to iść? Po prostu pogłębić upośledzenie?
Tak.
Jedyny pomysł, jaki przyszedł mi do głowy.
Zamknąłem oczy i czekałem, aż organizm zrobi swoje. Bowiem głęboko wierzę, że natura to balans, równowaga, wypełnianie niedoborów, sprawiedliwość absolutna, matematyczna, niepojęta. Zanik jednego zmysłu spotęguje inny. Wsłuchałem się w swój oddech i w szum drzew, w organizm mój i lasu, powoli, spokojnie, skup się, chłopie. Może tak było, a może to placebo, ale z każdą minutą wydawało mi się, że do moich uszu dochodzi coraz więcej i coraz wyraźniej. Pierwszy sukces pojawił się szybciej niż myślałem. Oznaka cywilizacji, udomowiona dzikość. Nie należy jednak cieszyć się przedwcześnie. Sam dźwięk jeszcze niewiele oznaczał, bo nie miałem pojęcia, skąd dochodzi. Skup się, chłopie, wytęż co tam masz do wytężenia. Możesz już teraz nawet popuścić. Wsłuchaj się, wyobraź sobie przestrzeń, zlokalizuj źródło ujadania. Na prawo ode mnie. Chyba. Tak, raczej tak, nie, na pewno tak. Otwórz oczy, wstań, maszeruj.
Pies przestał szczekać.
No masz.
Trudno, podążam w wybranym przez słuch kierunku, pokładając zaufanie w pamięci i nadzieję w fakcie, że zwierzę jeszcze się odezwie. Dobrze, że szczekał, a nie wył, bo wtedy nie byłbym taki dziarski. Przecież tu naprawdę mogą być wilki. Chyba. Boże, jak ja bardzo nic nie wiem o swojej sytuacji. Brnijmy. Stawiam powoli duże kroki, łapiąc się kolejnych drzew i starając przedzierać przez krzaki możliwie najciszej, mając w głowie obawę, że faktycznie stworzenie symbolizujące najpopularniejszy z cechów wiedźmińskich może gdzieś tu być. Chociaż to chyba bez znaczenia, bo one po węchu namierzają. Chyba. Za dużo tych chyba.
W poczuciu pełnego dyletanctwa, nagości i upokorzenia doszedłem na skraj lasu. Jakaż ulga. I oczywiście w tym samym momencie zza chmur wyłonił się księżyc, a pies ponowił swój koncert. Teraz to mnie w dupę pocałujcie, jak już widzę dom w dolinie i jasne światło latarni stojącej przy bramie. Znaczy dom... wielki dwór, a w zasadzie folwark, gdyż otaczało go kilka mniejszych budynków. Wokół niego zaś pustka. Pola, łąki i las otaczający całą przestrzeń.
Jeśli nie tutaj miałem trafić, naprawdę, poddaję się. Zszedłem lekkim zboczem w asyście ujadania psa, którego ekspresja wskazywała na wyczucie mojej osoby i niezwykłe nią zainteresowanie. Intruz nadciągał. Poza rzeczoną samotną latarnią przy furtce i dającym coraz to wyraźniejsze znaki życia zwierzęciem, posesja wyglądała na nie tyle opuszczoną, co martwą. Bez światła, ruchu, jakiejkolwiek dynamiki wskazującej na funkcjonowanie. Pomyślałbym wręcz, że szczekająca istota jest ułudą, gdyby nie ukazała mi właśnie swojego oblicza. Szczerzący kły, śliniący się, żądny ofiary ogromny ogar. Cóż, że na łańcuchu, skoro ów sięgał idealnie do wrót posiadłości. Stanąłem i jak Franz Maurer w pierwszej scenie, nomen omen, "Psów", wyeksponowałem uzębienie w ramach rozpoczęcia znajomości z czworonogiem. Wszystko wskazywało, że będzie to znajomość na dystans. Obaj mieliśmy ku temu powody. Lecz zawsze warto próbować oswoić interlokutora. Tak mnie wychowano.
- Heeej... spokojnie, stary... nie zrobię ci krzywdy. - Przy czym ty mi raczej chętnie. Cholera. Jestem zmęczony, mokry, zobojętniały i w ogóle postsamobójczy. Jeśli ostatnie kilka godzin stanowi jakąś pokrętną formę egzaminu czy gry, ty również, piesku, jesteś tego częścią.
- Pieprzyć to - oznajmił pisarz, po czym przeskoczył przez ogrodzenie i wypierdolił się twarzą w stronę błota tuż pod budą kipiącego od agresji strażnika posesji. Ha, rym przedśmiertny. Zaraz mnie połknie ta kupa mięśni i ostrych kłów.
Żegnaj świecie.
Lecz nie. Stało się inaczej. Faktycznie, doskoczył do mnie jednym susem, ale skończyło się na lizaniu. Gdyby chodziło o kobietę, ten tekst miałby zupełnie inny wydźwięk. Tu chodziło jednak o rozwścieczonego, wielkiego, czarnego potwora. Jego zimny nos i mokry jęzor buszujące wespół po całej powierzchni mego literackiego ciała dawały poczucie ulgi na granicy z błogością.
Ha, i co, Kostucho? Znowu kulą w płot.
Podnieś się, kretynie, i nie gadaj głupot. Nawet jeśli jesteś ich jedynym odbiorcą. Dawałem się poznawać smakiem i zapachem przez kilka ładnych minut po czym, zwiedziony wstępną polubownością zwierzęcia, podjąłem próbę się podźwignięcia. Dlaczego absurdalne i nieprzystające pisarzowi rymy pojawiają się same, kiedy sytuacja przybiera niekorzystny obrót? Tego nie wiem. Niemniej mój ruch zaowocował wyszarpaniem całego rękawa marynarki z minimalnym ominięciem odgryzienia mi ramienia. Ok, nie ruszamy się. Tylko na jak długo? I w czym jest to lepsze od śmierci?
- Wiesz co? Pierdol się - oznajmiłem i radykalnie przyjąłem pozycję półpompki. W odpowiedzi na niesubordynację, zwierz objął szczęką mój kark.
Przynajmniej umrę jako człowiek odważny, zbuntowany, w półpompce wśród tych, co na kolanach.
Co?
- Co jest?! Cerber spokój! - zarządził spokojny męski baryton, którego umiejscowienia nie byłem w stanie określić, mimo nadal trwającego wyczulenia słuchu. Cerber? Naprawdę? Nie mogłeś się bardziej wysilić?
- Feliks? To ty? - W odpowiedzi usłyszałem kroki. Obcas uderzał najpierw o schody, po czym nastąpiło chlupanie świadczące o zderzeniu podeszwy z podwórkowym podłożem. - Halo!
- Cerber, do budy. A ty się tak nie drzyj, płoszysz Mojrę.
- Cerber? Płoszę Mojrę? Cudownie. Uprzedziłeś Ifryta? Czy nie dałeś rady go namierzyć, bo gra w dwa ognie z Belzebubem o hajs, który postawił Baal? Przy okazji, Odys już wrócił? - Adresat moich mitologicznych pytań pstryknął palcami, na co Cerber natychmiast wskoczył do swego Siedliszcza.
- Wstawaj. - Przed moją zadartą głową pojawiła się wypielęgnowana dłoń pana tego całego rozgardiaszu. - Już dobrze, chodź ze mną. - Majacząca początkowo postać wyostrzyła się finalnie i ujrzałem diabła we własnej osobie.
- Feliks. - Pomógł mi podnieść się z tego przedziwnego gnoju i spojrzał na mnie z grymasem. - Chcesz coś powiedzieć?
- Wyglądasz jak gówno i śmierdzisz jak mocz. Chodź. - Ruszył wybrukowaną ścieżką w kierunku dworu, oglądając się przez ramię w stronę niepokojów panujących w obszarze budy. - Cerber, spokój powiedziałem.
- Słuchaj, a to nie jest tak, że powinienem zaczekać na Charona, który przeprawi mnie na drugą stronę za parę groszy? Jak to wygląda, tak wiesz, od strony technicznej? - mówię, bo cóż mam do stracenia. Rozszarpią mnie harpie?
- Chodź, chodź. W jednym się raczej zgadzamy. Potrzebna ci kąpiel. Na pytania, również te absurdalne i niedorzeczne, odpowiem ci jak człowiek człowiekowi, kiedy tylko zaczniesz przypominać człowieka.
Oglądając się w kierunku leża bestii podążałem za gospodarzem tych zmitologizowanych, przynajmniej na poziomie nomenklatury trzody, włości. Kiedy zbliżyliśmy się do wrót dworu, pokazałem jeszcze Cerberowi przekraczający granice kulturowe, wiekowe i eschatologiczne znak pokoju.
- Hau! - Wyskoczył z budy i rzucił się ku mnie. Nie szafuj środkowym palcem, jeśli nie jesteś pewien bezpieczeństwa swojej pozycji. Tyle bójek na mieście, a ja się ciągle nie nauczyłem.
- Wchodź. - Przecisnąłem się w panice przez uchylane dopiero drzwi, potknąłem się i wpadłem do sieni. Drugi upadek podczas tej popieprzonej drogi ku nie wiadomo czemu. Wszak zmartwychwstanie miałem już za sobą. - Musisz pajacować? - Wyjął zapalniczkę i zapalił dużą świecę, która rozświetliła niewielkie pomieszczenie. Po obu stronach stały niskie, masywne dębowe komody. Nad jedną wisiało stylizowane na koniec osiemnastego wieku lustro, nad drugą poroże jelenia. Obok jednej stała miotła. Obok drugiej strzelba. Ja zaś leżałem na ciemnobordowym dywanie jako ten pajac ostatni.
- Wybacz. Miałem dziwny dzień. - Podniosłem się i westchnąłem w ramach poczucia niemocy na granicy z ubezwłasnowolnieniem. - Co dalej?
***
Skończyłem, leżąc nad jeziorem w ciepłym miejscu, otoczony na pierwszy rzut oka puszczą. Po dokładniejszym przyjrzeniu się, bardziej lasem tropikalnym.
Ale od początku.
Zanim tam poszedłem, obudziłem się w jasnym pokoju, na wygodnym łóżku. Przezroczyste firany falowały niesione wiatrem. Na parapecie siedział elegancko, acz odpowiednio do strefy klimatycznej ubrany, Afroamerykanin i grał na trąbce trochę nostalgiczny, a trochę optymistyczny hymn łączący to, co było, z tym, co zaraz może nadejść. Przy czym dźwięki symbolizujące w moim odczuciu przeszłość były silne, stabilne i umiejscowione na stałe w czasoprzestrzeni. Te partie zaś, które jawiły mi się jako zwiastuny nieznanej energii przyszłości, pojawiały się czasem, nieśmiało i nieoczywiście. Jakby mogły, ale nie musiały się wydarzać. Wybrzmiewały mgliście i niespodziewanie. Dokładnie jak przyszłość przeszywająca to, co już znane i okiełznane.
Promienie słońca okalają go z każdej strony. Budzę się, on gra, świat wokół istnieje minimalistycznie. Powoli pozwala się eksplorować. Od szczegółów typu zapach czystej i tylko trochę przeszłej potem mojej niespokojnej nocy pościeli, dotyku miękkiej kołdry, powiewu bryzy czy niezwykłemu załamaniu światła na suficie, aż po ogół refleksji (zapewne zbudowanej na fundamencie tych odczuć), że jestem w najpiękniejszym miejscu w najlepszym czasie. Po niemożliwym do policzenia czasie, wstaję z łóżka, trębacz gra nadal niewzruszony, a ja mam tylko jedną myśl w głowie.
Że muszę kogoś poszukać.
Pamiętam bowiem tylko to, że w tym łożu ległem z kimś jedynym i ostatecznym. Teraz zaś mam tylko wyobrażenie owej sytuacji i osoby, ale nic więcej.
Zatem wstaję, ubieram się i szukam.
Docierają zmysły i strzępki wspomnień. Zaczynam wkraczać w realność i zdawać sobie sprawę, że każda moja nieokiełznana myśl ma kształt, głos, wygląd, jest zakorzeniona w rzeczywistości.
Schodzę na parter domku nad jeziorem, w którym przebywam. Teraz rozpoznaję tę przemiłą recepcjonistkę, a ona w sposób oczywisty poznaje mnie.
- Przepraszam. Czy mogę tak pójść nad jezioro? - Patrzy na mnie z uśmiechem i tym rodzajem zrozumienia ludzkich celów i pragnień, który implikuje absolutne zaufanie.
- Tak. Proszę tam iść.
Więc poszedłem. A to, co zobaczyłem...
***
- Oż, kurwa, ale piękny sen! Przecież ja nie pamiętam snów! Ale numer. Kartka, długopis! Zapisać. Czymkolwiek, na czymkolwiek. Kurwa! - Dopiero po paru sekundach przypomniałem sobie o moim położeniu. Życie zaczęło wracać. Czy raczej post życie. Ok, samobójstwo (nie mylić z próbą samobójczą), dziwny gość, nowe zasady, pożegnanie starego, podróż, miasteczko, "Bar u Józka", Antek, zagubienie, jakiś dwór, znowu tajemniczy gość, wielki czarny potwór, kąpiel.
Oto jestem. Woda leci dalej, gorąca, pomieszczenie paruje, moja skóra paruje, para się unosi, nie, nie jestem na plaży, jestem w środku nikąd i się kąpię. U obcego pojeba w jego przedziwnej rezydencji, uniknąwszy zostania spożytym przez jego psa, co wabi się Cerber.
Dobrze, koniec fajnych marzeń i snów. Wystarczy alternatywnej rzeczywistości. Skupmy się na faktach. Dlaczego tu jestem. Tak poważnie. Leżąc w tej wannie, przemyśl chłopie jak do niej trafiłeś. Teraz, zaraz. Bez ściemy.
Czemu tu jesteś?
Żeby poznać odpowiedź na to pytanie, wypadałoby zacząć od początku.
KRAKÓW DZIESIĘĆ LAT TEMU
Na początku był brak właściwej korelacji z czasem, modniej zaś mówiąc - timingu, tak określiłbym cień, jaki padł na moje dorosłe z górką życie. Kiedy moi rówieśnicy uznawali, że są w stanie opanować świat, ja zaczynałem rozumieć, że nie mam takiej możliwości. W związku z tym jako człowiek wygodny, który lubi otaczać się tym, z czego sam jest zbudowany, zacząłem zadawać się z pokoleniem moich rodziców. Liczyłem na to, że podzielą mój defetyzm i będę się wśród nich czuł komfortowo. O ironio i na szczęście, kiedy poznałem ludzi starszych, którzy wiedzieli, że ich czas zdobywania prawdopodobnie już minął, okazało się, że właśnie dlatego ciągle próbują. Bo co im szkodzi.
- Wszystko jest tylko kwestią siły - powiedział mi któregoś wieczoru w piotrowej knajpie jeden z przedstawicieli tej grupy wiekowej. Malarz, jesli to ma znaczenie. - Masz ją, żeby się szarpać, droga wolna, nie masz - odpuść. Przy czym bywa tak, że liczba jesieni na koncie nie ma znaczenia. Są dwudziestolatkowie, którzy nie mają siły i osiemdziesięciolatkowie, którzy szarpią się dalej. Wtedy decyduje charakter, geny, hart ducha, wewnętrzna energia, jak zwał tak zwał. Oczywiście najczęściej siła biegnie zgodnie z linią życia i z upływem czasu zaczyna słabnąć. Ale wiesz... nie ma reguły na to, kiedy siła objawi się najpełniej i najmocniej i co to dla każdego z osobna oznacza. Pójście na siłkę, budowę domu, przerwanie picia, wygraną w wyborach, nagrodę Nobla. Zdobycie świata niejedno ma imię. Indywidualna i tajemnicza sprawa, która odróżnia od siebie pozornie podobny gatunek człowieczy.
Skoro więc gość pod siedemdziesiątkę mówił trzydziestolatkowi, że z tym wykrajaniem swojej części tortu jest bardzo różnie i do końca się nigdy nie wie czy już, czy można jeszcze, na jaki kawałek cię stać, a jaki wydaje ci się, że powinieneś nałożyć na talerz - wypada przestać się mazać i zacząć po prostu kroić i nie zastanawiać się zbytnio, co podda się narzędziu, co będzie oporne, a co niemożliwe do odcięcia. Krój. Jeśli masz duże ambicje - OK - krój zapalczywie i często ostrz. Masz mniejsze? To też ok, jeśli twoje porcje cię zadowalają, nie dawaj się zwieść presji bliższych i dalszych siedzących przy tym samym stole, że jeszcze więcej zmieścisz na talerzu.
Ja nie potrzebowałem żadnych nacisków. Byłem cholernie głodny, a mój trzydziestoparoletni talerz zawierał wówczas okruchy tego, co chciałem na nim docelowo zmieścić.
Bo mój defetyzm nie paraliżował działania i nie hamował apetytu. Po prostu mnie wkurwiał. Szczęśliwie czasem wystarczy jedna dobra rozmowa w barze, żeby zmienić perspektywę.
Zatem w związku z powyższą radą, przestałem myśleć o tym czy zdobędę świat i co to dla mnie w ogóle znaczy. Zacząłem go zdobywać. Mozolnie, początkowo bez większych sukcesów, zapadłem się w jedyną sensowną kategorię czasową - teraźniejszość. Bez zastanawiania się, ile czasu zmarnowałem i zadawania pytań o to, czy w przyszłości nie obudzę się z palcem w dupie. Działanie tu i teraz. Tak przez dziesięć lat.
***
Z rozmyślań o przeszłości wyrwało mnie pukanie do drzwi łazienki.
- Tak? - Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi, więc podjąłem raz jeszcze, głośniej, cholera wie, z czego są zrobione drzwi w tym dworzysku. - Tak?! - Nic. Dobra, czas opuścić krainę łagodności i dowiedzieć się co dalej, po tym ciepłym i mokrym, jak wszystko co dobre, przystanku. Wynurzyłem się, wytarłem, odziałem w biały szlafrok, założyłem przygotowane klapki, osuszyłem włosy. Otworzyłem okno, żeby wygonić parę i świeżym okiem spojrzeć na okolicę. Niewiele uzyskałem. Z tej strony nic nie oświetlało przestrzeni, a księżyc znowu gdzieś się zgubił. Jedynie świerszcze. Albo aż. Piękny, dawno nie słyszany dźwięk.
Wystarczy tego zachwytu. Zobaczmy, dokąd to wszystko prowadzi. Przeczeszemy się i jedziemy.
Wyszedłem na korytarz.
Pusto.
No jasne, diabły potrafią znikać.
Jeśli w ogóle istnieją. Może ja sobie tego całego pana w czerni wymyśliłem, a to jest sen albo jakaś jazda po dosypanych mi przez jakiegoś złoczyńcę do drinka złych substancjach?
OK. Załóżmy przez chwilę, że skrzypienie starego parkietu pod moimi nogami jest prawdziwe. Przyjmijmy również - na nieco dłużej - że nie zwariowałem, nie umarłem, nie zostałem odurzony, wreszcie - nie jest to wspomniany, trwający w nieskończoność sen.
Zatem idę w głąb domostwa, mijając przeróżne, choć w gruncie rzeczy takie same reprodukcje Kossaka. Koń na koniu, konia pogania. Z bordowych ścian co kilka metrów wystaje płonąca świeca. Muszę przyznać, jest klimat - powiedziałbym jako człowiek. Jako pisarz stwierdzam, że "maestria z jaką utkano atmosferę enigmy i mistyczności jedynie pozornie sprawiającą wrażenie sztampowej, budzi we mnie niemy zachwyt, gdyż głosu nie mogę z siebie wydobyć".
Kurwa. Ja się nie dziwię zrealizowanym niemal planom samobójczym. Tak literacko źle to ja nigdy nie myślałem.
Mijając pięcioro drzwi z każdej strony, wchodzę do pokoju gościnnego, gdzie ogień wesoło tańczyć zaczął już w kominie. Nieodzownym jednak elementem wypoczynku tego rodzaju zawsze jest szklaneczka czegoś rozgrzewającego i nie mówimy o herbacie. Rozglądam się po ogromnym salonie w poszukiwaniu barku. Duży dębowy stół, osiem krzeseł, witryna, komoda, sofa, sekretarzyk, doniczki z kwiatami, wszystko ładnie na swoim miejscu, a alkoholu ani widu. Papierosy również się skończyły. Do dopełnienia rytuału wypoczynku przy płomieniach zabrakło więc dwóch kluczowych elementów. Podchodzę do witryny. Przynajmniej jeden czynnik można jeszcze uratować. Tak jest. Literatura, a jakżeby inaczej. Za szybą stoi jedna książka. Wyjmuję. Ok, poczucia humoru nie można Feliksowi odmówić kimkolwiek, lub czymkolwiek jest.
"Mistrz i Małgorzata". Niech i tak będzie. Rozsiadam się w fotelu przy kominku i rozpoczynam lekturę tego dzieła, z którym od dawna nie miałem styczności, a jednak czułem, że jest starym dobrym znajomym niemającym przede mną tajemnic.
- "Więc kimże w końcu jesteś?" - odczytałem na głos z rozbawieniem, nie spodziewając się odpowiedzi.
- "Jam jest tej siły cząstką drobną, która wiecznie złego pragnąc, wiecznie czyni dobro." - Usłyszałem zza pleców głos gospodarza. - Jak ci się podoba nowe miejsce?
- W porządku. Chociaż te Kossaki... sam nie wiem. Wszystko na jedno kopyto. - Feliks uśmiechnął się, dołożył do kominka i usiadł na fotelu naprzeciwko.
- Ja też nie jestem fanem, ale to nie moja decyzja. - Wyjął z marynarki fajkę oraz tytoń i zaczął nabijać.
- Nie? A czyja? - Przyjemny wieczór. W końcu przyjemny wieczór. Mimo kiepskiego rozpoczęcia tej przygody, czułem się w końcu dobrze i bezpiecznie.
- Poprzednich właścicieli. Poza tym aktualnemu majordomusowi się podoba, a ja już się przyzwyczaiłem. - Majordomus. Piękne słowo, czemu tak rzadko się go używa? - Jak kąpiel? - Nie mogłem go wyczuć. Trochę ciepły, trochę zachowawczy, humor niby dopisuje, ale cholera wie, co się stanie, jak przestanie.
- Rewelacja. Miałem ciekawy sen. Chciałem zapisać, ale nie miałem czym ani na czym.
- Zero pomyślunku - oznajmił z wyższością na tyle wyraźną, że bolesną. Co, już przestał?
- Słucham, co proszę?
- Mogłeś zapisać na lustrze - odpalił i zaczął pykać, a intensywny aromat rozniósł się po pomieszczeniu.
- Faktycznie, nie pomyślałem. Słuchaj, masz może papierosa? - Paląca potrzeba palenia uruchomiła się natychmiast po pojawieniu się dymu. Klasyczny Pawłow. - Bardzo bym zapalił.
- Przykro mi. Musisz obejść się bez. - Zgasił zapałkę w popielniczce i pykał dalej ogarniając wzrokiem sufit.
- Niedobrze, niedobrze. Jakiś nocny w okolicy? Stacja benzynowa? Cokolwiek? - Wielkimi krokami nadchodziła desperacja. Niewolnictwo przemówiło. - Nie wiem, jakiś bar, coś?
- Przykro mi. Najbliższe miejsce, w którym być może udałoby się nabyć wyroby tytoniowe znajduje się dwadzieścia kilometrów stąd. - Ile? Czy ja właśnie wylądowałem na księżycu?
- W takim układzie... pożyczysz mi samochód?
- Nie mam. Przykro mi.
- Jak to nie masz samochodu? Przecież... - Jakby jakiekolwiek znaczenie miało w przypadku tego człowieka, jeśli to w ogóle człowiek, co było albo nie było pięć sekund temu. - Zresztą nieważne. To może chociaż jakiś alkohol się znajdzie?
- Przykro mi. Najbliższe miejsce, w którym być może udałoby się nabyć wysokoprocentowe napoje znajduje się dwadzieścia kilometrów stąd. - Owe wybitnie nieprzyjemne komunikaty wygłaszał niczym stoik, bez cienia ironii. Zwyczajnie stwierdzał fakty, a zwyczajnie stwierdzane fakty w takich sytuacjach bolą najbardziej.
- Jest cokolwiek sensownego nieoddalonego o dwadzieścia kilometrów?
- Mhm. Twój pokój. Pierwszy po prawej od strony salonu. - Monumentalny stojący zegar wybił drugą w nocy. - Polecam wypocząć. Jutro ważny dzień.
- Tak? Niby dlaczego?
- Ponieważ jutro zaczynasz pierwszy dzień reszty swojego życia.