9 maja
Płynę rzeką Supraśl. Cisza jak przed wiekami. W Złotorii, do której
zmierzam, porwano kiedyś księcia Janusza. Chciałbym wam to opisać, ale
jak? Przecież wiosło w rękach trzymam. Może by tak wiosło na moment
odłożyć? Co się stanie? Rzeka w jednym kierunku przecież płynie. No
przecież nie zabłądzę. Odłożyłem wiosło. Kajak dalej płynie. Może
wolniej, może trochę bokiem, ale pisać mogę. Pozwól rzece płynąć, jak
mawia kolega Michał Cichy.
Janusz I był najstarszym synem księcia mazowieckiego Siemowita III. Po
śmierci ojca doszło do podziału dzielnicy pomiędzy Janusza a jego brata
Siemowita IV. Wtedy też Janusz otrzymał w posiadanie ziemie: warszawską,
nurską, liwską, łomżyńską, ciechanowską, wyszogrodzką i zakroczymską.
Jego brat miał chrapkę na koronę polską. Ale Janusz uznał prawa Jadwigi
do korony. Złożył hołd lenny i został za to wynagrodzony. 24 tysiące
florenów pensji rocznej. Dochód z żup solnych w Bochni. Można się
ustawić? Z Jagiełłą miał początkowo zatarg o ziemię drohiczyńską, ale -
bez wdawania się w szczegóły - sprawę udało się szybko wyjaśnić i załagodzić. W 1387 roku Janusz I, ksywa Warszawski, bo i Warszawę on
ponoć założył, uznał prawa Jagiełły do tronu. W 1389 roku, gdy na dwór
Janusza przybył książę litewski Witold, ten po kolacji odmówił mu
złotego pucharu. A przecież książę Janusz był żonaty z siostrą Witolda.
Szwagrowi pucharu odmówił? Witold uznał to za zniewagę. Ale Jagielle
widoczne to nie przeszkadzało. Nie przepadali wówczas za sobą. Rok potem
ofiarował Januszowi ziemie podlaskie z Drohiczynem, Mielnikiem,
Bielskiem Podlaskim i Surażem. Można się ustawić?
W 1393 r. z nieznanych bliżej powodów doszło do porwania księcia, z budowanego nad granicą zamku w Złotorii nad Narwią, przez krzyżackiego
komtura Bałgi Rudolfa i Walrodora, komtura Ragnety i odstawienia go do
Malborka przed oblicze wielkiego mistrza Konrada von Jungingen.
A ja właśnie do Złotorii płynę! Co Janusz, książę mazowiecki, robił w Złotorii? Dlaczego tam zamek stawiał? Toż Narwią szedł wówczas cały
transport. Drewno z Puszczy Białowieskiej, dziczyzna, skóry, miód. No i zboże. Rzeka Supraśl do Narwi w Złotorii właśnie wpada. Supraślą zaś
szło to samo z Puszczy Knyszyńskiej. Zamek w Złotorii przydałby się więc
jak nic. Buduje zatem Janusz zamek. Kamień węgielny kładzie, kłody
drewna zwozi, cegły równo układa. A tu nagle z krzaków Krzyżacy
wypadają. Dlaczego z krzaków? Tak to sobie wyobrażam. Wypadają Krzyżacy
z krzaków i łaps Janusza do wora. I wór do łodzi wrzucają. Dlaczego do
łodzi? No bo przecież łodziami tu przybyli. Dlatego ich nikt nie
zauważył. Jakby drogą jechali, zaraz by księcia Janusza ktoś ostrzegł.
Jakie to drogi wówczas były! Piaszczyste i dziurawe. Dwa tygodnie do
tego Malborka musieliby się turlać, a tak cap za łódkę ze zbożem lub
dziczyzną i nie dość, że Janusza, to jeszcze trochę dobra do Malborka
przywieźli.
A Janusz? Co na to Janusz? Zachwycony pewnie nie był.
- Panowie Krzyżacy! Za co wy mnie tak do wora? Przecież ja namiotu
żadnego ze sobą nie mam, ani karimaty, ani śpiwora, ani - co najgorsze -
kapoka nie wziąłem. Jak nas policja na Wiśle złapie, problemy mieć
będziecie!
Patrzę, wędkarz na brzegu stoi. Pióro zatem odkładam i za wiosło łapię.
Dosyć tego obijania się o brzeg i bokiem płynięcia. Wstyd bowiem będzie.
Dupa nie kajakarz. Zaraz, jaki wstyd? Przecież ja tego wędkarza nawet
nie znam. Pierwszy raz na oczy go widzę. I pewnie też po raz ostatni.
Ani ja jego znam, ani on mnie. Czym się zatem przejmować? Ale wiosłuję
rzetelnie aż do zakrętu. I znikam z oczu jako kajakarz doskonały.
Okazuje się, że i ja mam z tym problem. Co też ludzie powiedzą.
Tymczasem Krzyżacy takich problemów nie mieli zupełnie. Porywamy księcia
Janusza i już. Co nam kto zrobi? Wędkarz? W dupie mamy wędkarzy. Jak się
będzie stawiał, to się bełta z kuszy puści. Być może nawet nie musieli z krzaków wypadać. Wzięli go metodą na Helenę Trojańską. W gości
oficjalnie do Złotorii przybyli. Patrzą, zamek dopiero ledwo nad ziemię
wystaje, straże zaś zajęte czytaniem wierszy, wsadzili Janusza do wora i nikt nawet tego nie zauważył.
Zapytacie, skąd rycerze Janusza wiersze mieli? Toż od Elżbiety
Michalskiej. Miejscowej poetki. Związana ze Złotorią od urodzenia.
Uwielbiam jej wiersz, zatytułowany Motyl. Ela wraca umordowana z sianokosów, jest tak zmęczona, że nie czuje już rąk. Nagle zauważa, że
na płocie usiadł motyl. "Dziękuję ci Panie Boże/ Ty jeden pamiętałeś o moich urodzinach".
Ela mieszka w pierwszym domu za szkołą. Podwórko starannie wykoszone,
choć jest przecież początek maja.
- Ooooo! Któż to mnie odwiedził! - woła Ela.
- Ależ masz ładnie wykoszone - odpowiadam. - Kto tak równiutko ci trawę
wykosił?
- Ja sama - mówi Ela. - Ale podczas koszenia kamień wypadł spod kosiarki
i tak mnie uderzył, że już myślałam, że nadchodzi koniec.
Zaprasza do kuchni i już robi kawę. Podsuwa ryżowe ciasteczka.
- Elu, piszesz coś jeszcze? - pytam.
- No pewnie - śmieje się Ela. - Czasem mam problem z wydaniem. Ale
zawsze znajdzie się jakiś dobry człowiek i przyzna stypendium.
Ela kładzie na stole swoje najnowsze tomiki. Dobra, dobra, wierszyki
dla dzieci W domu, jak to w domu i tomik Sejpak napisany wspólnie z Katarzyną Ewą Zdanowicz. W oknie siedzi rudy kot. To Murełkin.
- Mam dwa koty i kotkę - chwali się Ela. - Czyli taką wiejską
inteligencję. Tak się kiedyś mówiło. Bo koń czy krowa to już na
gospodarstwie pracowały. Kiedyś każdy gospodarz nad Narwią miał łódkę i jak krowy pasły się na drugim brzegu rzeki, to wieczorem i rano pływało
się je doić. Jedna gospodyni miała kota, który wszędzie za nią chodził.
Raz popłynęła łódką na drugi brzeg, by doić krowy, a kot nie mógł się
doczekać i popłynął za nią wpław.
Pytam Eli, czy słyszała opowieść o tym, jak to Krzyżacy porwali ze
Złotorii księcia Janusza. Nic na ten temat nie wie. Ale wie, gdzie jest
mogiła człowieka zabitego przez partyzantów. Partyzanci zrobili
zasadzkę, szedł człowiek, zastrzelili. Podchodzą i patrzą, to nie ten.
Szukają dokumentów - nie ma. Kto to być zatem może? Ale zobaczyli
wojskową pieczątkę na kalesonach. Znaczy się, ubek - stwierdzili.
- A wiesz, że archeolodzy znaleźli na moim polu garnek złotych i srebrnych monet? - pyta. - Ja oczywiście nic z tego nie dostałam. Nie
obowiązuje znaleźne w takich wypadkach. Ale jako że udostępniałam
archeologom chlewik, więc trochę jednak zarobiłam. Za te pieniądze
kupiłam kosiarkę.
- Tą spod której wyskoczył kamień i omal cię nie zabił? - pytam.
- Tę samą - mówi Ela.
Muszę się już zbierać. Chciałbym dziś przepłynąć jak najwięcej. Może uda
się rozbić na nocleg już gdzieś za Tykocinem. Ela daje mi w prezencie
swoje wiersze. Wśród nich jest tomik Sejpak. Dwugłos kobiecy. Ela
uśmiecha się i mówi, że to erotyki, ale kiedy czytam, ciarki przechodzą
mi po plecach. Bo to nie erotyki wcale, lecz wiersze o samotności kobiet
na wsi. W kolejnym tomiku - Dobra, dobra - jest i o Marsjanach, i o Archiwum X, ale głównie także o przejmującej samotności kobiet. W przejmującym wierszu Szeherezada opowiada baśń mowa o tym jak jego
bohaterka po drodze do sklepu znalazła sto złotych, oddała banknot
mężczyźnie, bo przecież ma on swoje wydatki i też musi zaszaleć, i prosi
go, by został na jeszcze jedną noc, to jutro znów postara się coś
znaleźć.
Nikt nie pisze o samotności tak jak Ela.
- Trochę tych tomików już napisałam - mówi. - Ale na spotkania autorskie
nikt już mnie nie zaprasza. Ani do Białegostoku, ani do Choroszczy
nawet.
Było, minęło.
Płynę przez Złotorię i za łódkami się rozglądam. Gdzież się podziały owe
łódki wszystkich gospodarzy? I już myślałem, że żadnej nie zobaczę, gdy
oto za Złotorią dwie na brzegu leżały. Tylko dwie... Nie ma krów, nie ma
łódek. Po cóż na drugą stronę pływać? Komu łódki potrzebne? Wędkarzom?
Wszyscy wędkarze, jakich po drodze spotkałem, obok samochodów otwartych
siedzieli. Autem się teraz na ryby jeździ.
Dopływam do pierwszego jazu.
- Was ist das? - wołają Krzyżacy.
- Das ist jaz - odpowiadam po krzyżacku najlepiej jak umiem.
- Was ist jaz? - wołają znowu.
No i wytłumacz im teraz w staroniemiecko-krzyżackim, że jaz to takie
urządzenie, które całkowicie uniemożliwia żeglugę po rzece. Kajak się
może jakoś bokiem przemknie, ale już żadne większe jednostki nie mają
szans. Nie popłyniesz. Przenosić trzeba wszystko. Do tego wózek właśnie
mam, od kumpla Radka pożyczony. Przyglądam się brzegom. Gdzie by tu
kajak najlepiej wyciągnąć? Ale co to? Patrzę, a wiaterek wodę na rzece
burzy. I burzy zarówno przed jazem, jak i za! Szumu spadającej wody nie
słychać wcale! No to dawaj! Przemknąłem kajakiem przez jaz, nie
wysiadając wcale.
- Dzięki Ci, Przenajświętsza Panienko! - wołają rycerze Zakonu
Przenajświętszej Marii Panny.
Wszyscy się cieszą. Tylko Janusz łzy gorzkie łyka!
Ciekaw jestem, jak szybko ci Krzyżacy pływali? Łodzie pewnie mieli
szerokie, mniej zgrabne niż mój kajak pradawny. Ale wioślarzy pewnie
mieli kilku. Na rzece zaprawionych. Cóż to dla takich w dół z prądem
spłynąć?
Na brzegach pusto. Raz tylko auto przejechało. Wędkarz to był zapewne
lub zboczeń jaki, co ciało chciał do rzeki wrzucić. Bo kto ciało w Narwi
znajdzie? Pusto, kaczki się jeno zrywają, dwa łabędzie.
Tymczasem wieś Góra pojawia się na prawym brzegu, za wsią zaś jaz
kolejny. Tym razem szum wody słychać. Znaczy się, trzeba kajak brzegiem
przenosić. No i zaczęły się przygody. Przywiązuję wózek do kajaka, ale
wózek jest do kajaków współczesnych. Plastikowych. Pod moim drewnianym
kajakiem wózek się składa! Raz jeszcze przywiązuję. I znów nic z tego.
Po trawie wózek się biesi. Bokiem staje. Okoniem. Nic z tego nie będzie!
Trzecia próba też na nic. Całe szczęście, że obok jazu droga do wsi
wiedzie. Wyjdę na drogę, może ktoś jechać będzie? Zatrzymam, o pomoc
poproszę. Jedzie rowerzysta. Na pytanie o pomoc tylko się roześmiał i z roweru zsiada.
- No jasne że pomogę - mówi śpiewną mową.
Ma na imię Aleksij. Pochodzi z Białorusi, ale od kilku już lat w Dobrzyniewie mieszka. Raz nawet spływał kajakiem z Dobrzyniewa. Teraz
zaś rowerem na wycieczkę się wybrał. Przenieśliśmy kajak raz-dwa.
Aleksij na rower wsiadł, roześmiał się i pojechał dalej brzegiem rzeki.
Jakże mnie kajakiem rowerzystę ścigać? Nie ma szans. Zniknął Aleksij po
chwili. Spotkam go dopiero, gdy już z Tykocina będzie wracał. Ale do
Tykocina jeszcze kawałek.
- Tak daleko to chyba jeszcze nie byłeś - mówię do kajaka.
Ojciec opowiadał, że pływali z Mirkiem Dąbrowskim pod Tykocin do jednej
panny. Opis jak ulał pasuje do wsi Góra, bo innej wsi tu nie ma. A więc
tutaj chłopaki pływali. W sobotę po południu ruszali, aby na wieczór
dopłynąć i namiot rozbić, a następnego dnia wrócić. Co oznacza, że
wiosłować musieli pod prąd. A cóż w tym dziwnego, zapytacie? Przecież
Indianie w Puszczy Amazońskiej przez dwa tygodnie nieraz wiosłują pod
prąd, aby do swej wioski trafić. Indianie w Kanadzie takoż rzekami skóry
do faktorii wieźli, a potem z powrotem pod prąd przez kilka tygodni
wiosłowali. Nic w tym niezwyczajnego. Ano może nic. Pamiętam jednak ten
dzień, gdy z Adasiem Ogijewiczem, moim kumplem z podstawówki,
próbowaliśmy kajakiem ze Złotorii do Dzikich wrócić. Jakaż to była
wówczas mordęga. Ile nas to wówczas potu kosztowało! Tymczasem chłopaki
pokonywali drogę dwa lub trzy razy dłuższą! Kim była ta dziewczyna?
Klaudią Schiffer? W latach 50. pewnie Sophią Loren. Coś w sobie musiała
mieć. Ciekawe, czy żyje jeszcze? I ciekaw jestem, czy raz tylko na taką
wyprawę się udali i po powrocie ręce mieli do kolan. Na kajak nie mogli
już więcej patrzeć. Co by tłumaczyło te 70 lat leżenia w stodole.
Ale może było całkiem inaczej. Może pływali tam regularnie. Krzepę
bowiem mieli i fantazję kawalerską. W latach 50. siedemnastolatek pływał
kajakiem jak chciał. W dół i w górę. Cóż ja mogę na ten temat wiedzieć?
Będę musiał ojca dopytać. Jak to dobrze mieć ciągle ojca i o takie
szczegóły dopytywać.
- Pływaliście do tej wioski pod Tykocin raz czy też kilka razy?
- Kilka razy - ojciec odpowiada. - Ze trzy to na pewno. Raz nas deszcz
złapał, to przenocowaliśmy w stodole i dopiero na poniedziałek
wróciliśmy.
- Z tą dziewczyną? - mama dopytuje.
Tymczasem już Tykocin widać. Miasto królewskie. Skarbiec tu był, arrasy
wawelskie już przywieziono, Zygmunt August stolicę chciał bowiem tu
zrobić. Bo jakże tak z Krakowa rządzić Królestwem Polskim i Litwą? W środku gdzieś stolicę trza zrobić. W Tykocinie zamek stał, w Knyszynie
zaś dwór królewski drewniany. Ale w Knyszynie rzeki nie ma, a jakże tak
bez rzeki rządzić?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
5 maja
Zacząłem malować. Zamówiłem tę farbę cudowną w internecie, ale doczekać
się nie mogę. Czekam dzień, czekam drugi, trzeciego dnia do sklepu
poszedłem i zwykłą olejną farbę wziąłem. Kolor niebieski. Trzeba tylko
kajak z sadu pod dach przenieść, bo jak zacznie padać, to całe malowanie
na nic. Słyszę u sąsiada, że ktoś drewno układa. Pójdę i o pomoc
poproszę.
Ale sąsiada nie ma. Jest tylko jego matka.
- Co potrzeba? - pyta.
- Faceta jakiegoś szukam dorosłego - mówię. - Kajak chciałem pod dach
położyć. Ale jak nie ma, to ja wieczorem może przyjdę.
- To ja pomogę - sąsiadka odpowiada i już do mego ogrodu zmierza.
Zaraz! Zaraz! To przecież kajak drewniany. To nie przelewki są. On waży
tyle co pancerna szafa! Jakże tak? Jak mi sąsiadka upadnie kajakiem
przygnieciona, to już naprawdę będę musiał ze wsi zniknąć. Uciekać chyba
aż za morze! Tymczasem kajak jeszcze niepomalowany!
Ale uporaliśmy się szast-prast. Kajak już na tarasie pod dachem.
Pogadaliśmy jeszcze z sąsiadką o dzieciach. Chrzanu może listków kilka?
Do ogórków? Nie, dziękuję. Ogórki jeszcze nawet nieposadzone. Bo noce
zimne. Temperatura wciąż poniżej zera spada. Poszła sąsiadka do siebie.
Ja zaś szpachelką warstwy farby zdzieram. Za pędzel łapię. Do malowania
się biorę. A wiecie, że w naszej wiosce dwóch sławnych malarzy
mieszkało? Może nie byli to Leonardo da Vinci i Michał Anioł, ale też
kilka kościołów w okolicy pomalowali.
Jeden nazywał się Aleksander Wels, a drugi Józef Łotowski. Nasza wioska
bardzo jest z nich dumna. Aleksandrowi nawet kilka lat temu wystawę w Białymstoku zrobili. Przyjechali z muzeum i chodzili po wsi, o obrazy
pytali. Na wystawę, potem oddamy. Nasz obraz też tam wisiał. Rzeka
widziana z mostu. Bo w Dzikich kiedyś most był. I miejscowy artysta
obrazek z mostu namalował. Teraz zaś ani artysty, ani mostu. Tymczasem
obrazek jest. Na honorowym miejscu wisi. Ładnie oświetlony. Na wernisaż
przyjechali ludzie z całej wioski. Tego dnia nasz artysta miał w mieście
wystawę. Piliśmy wino i byliśmy bardzo z siebie dumni.
W rodzinnych zbiorach jest zdjęcie żaglówki.
- To Aleksander Wels ją zbudował w bocznej nawie białostockiego kościoła
Świętego Wojciecha - zawołał ojciec. - Po zbudowaniu okazało się, że
żaglówka jest zbyt szeroka, aby wynieść ją drzwiami. Rozebrano więc
kawałek ściany i po wyniesieniu łódki, ścianę na powrót zamurowano.
Łódką tą popłynął potem na jeziora.
- Ale na augustowskie czy mazurskie? - zapytałem.
- Do Augustowa - powiedział ojciec. - Chciał też mnie zabrać w podróż,
ale dziadek się nie zgodził.
Normalnie Leonardo da Vinci. Obrazy malował. Łódki budował. Kościoły
przerabiał. Alembik do pędzenia bimberku też podobno miał.
O Józefie Łotowskim niewiele mogę powiedzieć. Choć jego córka do dziś
mieszka w Dzikich i mnóstwo obrazów ojca posiada. Malował kościoły w Choroszczy i Różanymstoku. U sąsiada wiszą dwa jego obrazy. Na jednym
jakiś Wawel chyba. Na drugim nasz młyn. Młyna też już nie ma. Ojciec
opowiada, że był most i była zapora, która kierowała wodę na młyńskie
koło. Koło się kręciło i dawało prąd do żarówek wiszących na plaży. Bo
plaża też była. I orkiestra grała. Po zalewie zaś śmigały kajaki. W tę i we w tę. Pewnego zaś dnia padło to wszystko. Nie ma już tamy i mostu, i młyńskiego koła. Młyn się zamienił w garaż. Sąsiad traktor tam trzyma.
- A wiesz, że widziałem ostatnio nasze młyńskie koło? - mówi sąsiad.
- Jak? Gdzie? - pytam, bo sąsiad ma zaledwie 30 lat. Jak on koło mógł
zatem widzieć?
- Byłem pod Krakowem - mówi. - Tam nasze koło trafiło. Specjalnie
pojechałem zobaczyć. Pięknie się kręci, naprawdę pięknie!
Kajak już pomalowany. Opowiadając o artystach i młynach, ani się
obejrzałem, a już pierwsza warstwa farby leży. Następnego dnia nadeszła
farba z internetu. Położyłem więc warstwę drugą. Patrzę, a tu jeszcze
sporo farby zostało. Co robić? Szkoda przecież taką ekskluzywną farbę do
łódek, jachtów i okrętów wywalać. Przypomniałem sobie, że to jest farba
również do wanien i brodzików. Wszedłem zatem pod kajak i od spodu go
wymalowałem. Czapki żadnej nie założyłem i do końca dnia paradowałem z niebieskimi plamami we włosach. Rękawiczek też żadnych nie miałem. Łapy
całe w farbie. Jak będę płynął, to ludzie pomyślą, że malarz jakiś pracy
szuka.