--- DARIUSZ ROSIAKŚWIAT TADEUSZA JAGODZIŃSKIEGO
Mówi się czasem, że w tłumaczeniu literackim najważniejsze jest to, czego nie da się przełożyć. Istota rzeczy mieści się gdzieś poza tekstem, nie sposób ująć jej w słowa, choć można próbować się do niej zbliżyć. Podobnie chyba jest przy pisaniu o dziełach osób bliskich, zwłaszcza tych, które odeszły tak brutalnie przedwcześnie jak Tadeusz Jagodziński. Istnieje w nas doświadczenie spotkania przerwanego w niezrozumiały sposób, a na stole czy raczej na pulpicie komputera leży plik tekstów. Jak połączyć obie rzeczy?
Dokonany przez Janusza Poniewierskiego wybór tekstów Tadeusza Jagodzińskiego jest ledwie śladem jego myśli, wrażliwości, temperamentu, zainteresowań. Jednak nawet ten bardzo ograniczony zbiór pokazuje kilka cech autora jako pisarza i człowieka. Pamiętać należy, że Tadeusz był przede wszystkim radiowcem, lepił świat z dźwięków, co zresztą widać w jego pisaniu. On rejestrował, analizował, pochylał się nad szczegółem, szukał niekoniecznie tego, co najgłośniejsze, ale tego, co stanowi jądro opowieści.
Pracując przez prawie dwadzieścia lat w najlepszej organizacji medialnej na świecie (doskonale dostrzegał błędy BBC i pytany mówił o nich publicznie, jednak był pod jej przemożnym wpływem tak jak każdy, kto ją poznał wystarczająco dobrze), Tadeusz był umiejscowiony idealnie, by rejestrować najważniejsze wydarzenia i procesy lat 90. XX i początku XXI wieku. W przypadku radiowca i korespondenta ta rejestracja odbywa się w czasie rzeczywistym - efekt pracy znika po nadaniu przez radio albo po publikacji w gazecie. Na szczęście zawarte w tym zbiorze teksty pokazują, jak rozległe były zainteresowania i skala obserwacji autora.
Nie wiem, czy Tadeusz znał się na wszystkim, ale jeśli o czymś mówił albo pisał, to znaczy, że znał temat. To chyba wynikało z jego podejścia do mediów i roli dziennikarza, które w tym zbiorze najlepiej ilustruje wywiad przeprowadzony z nim w 2007 roku dla miesięcznika "Znak" przez Krystynę Strączek i Marcina Żyłę. Tadeusz naprawdę wierzył w posłannictwo dziennikarza i misyjność tego zawodu. Każdy temat, za który się brał, musiał zostać przez niego solidnie udokumentowany, każda strona debaty musiała dostać głos, każdy argument musiał być opatrzony kontrargumentem.
Zapewne ogromne znaczenie w takim podejściu do swojej roli miała szkoła BBC, ale nie tylko. Przez lata pobytu na Wyspach Tadeusz przesiąkł zasadami i tonacją brytyjskiej debaty publicznej. Był nią zafascynowany, tak jak wielu z nas - ludzi, którzy do świata pełnego niedomówień, nieskończonej gamy barw i szarości przybywali w latach 80. z wyobraźnią wypraną w komunistycznej zero-jedynkowej bezalternatywie. Wydaje mi się jednak, że akurat w jego przypadku chodziło o coś więcej. Tadeusz pochodził z pokolenia pierwszej Solidarności, był człowiekiem bardzo silnie ukształtowanym przez ideały wielkiego przełomu 1981 roku, które poddane zostały ostatecznej próbie w wojnie polsko-jaruzelskiej. Wielu z nas nie przetrwało tej próby, co najlepiej widać było po tempie, w jakim kruszyły się kręgosłupy moralne i zmysł estetyczny ludzi po 1989 roku. Tadeusz do końca życia pozostał idealistą, i to nie tylko na poziomie politycznym, ale też praktycznym, o czym warto pamiętać. Po przyjeździe do Anglii, zanim jeszcze trafił do BBC, pracował w Londynie w firmie remontowo-budowlanej prowadzonej przez Tadeusza Warszę, legendarnego działacza Solidarności Walczącej, i dobrowolnie się opodatkował na rzecz opozycji demokratycznej w PRL. Oczywiście Tadeusz Jagodziński dostrzegł z czasem (zresztą nie wymagało to nadludzkiej spostrzegawczości), że nasze, czyli młodych ludzi z drugiego szeregu NZS-u, wyidealizowane spojrzenie na Solidarność jest bardziej odbiciem naszych potrzeb duchowych niż stanu faktycznego. Trzymał się jednak, wszyscyśmy się trzymali tego ideału jak pijany płotu i gotowi byliśmy go bronić jeszcze długo po tym, jak dorośliśmy. Lepszego wyboru postawy nie było.
Polityka, zwłaszcza polska polityka wewnętrzna, interesowała go mniej niż kultura czy procesy cywilizacyjne, które od lat 90. XX wieku zaczęły nabierać tempa i kształtować świat w sposób wymykający się pobieżnej analizie. Tadeusz - idealista - nie szedł na łatwiznę być może dlatego, że właśnie z lat młodości wyniósł przekonanie o poszukiwaniu prawdy nie jako intelektualno-moralistycznym kaprysie lekkoducha, ale życiowym zadaniu, które zwłaszcza dla dziennikarza jest podstawą podejścia do rzeczywistości.
Tadeusz pochodził z czasów i miejsc, w których ludzie interesowali się tym, co myślą inni, w których celem dyskusji nie jest zniszczenie przeciwnika, ale zrozumienie go, być może nawet poszerzenie własnych horyzontów, wrażliwości, skali ocen. Nie dzielił, ale szukał połączeń. W tym sensie Tadeusz był wspaniałym przekaźnikiem duchowej spuścizny Solidarności pogrzebanej po grudniu 1981 roku przez generała Jaruzelskiego, a po czerwcu 1989 roku przez nasze własne demony i słabości.
Chyba dlatego ciągnęło go do tematów z pogranicza: pisał o eutanazji - sam będąc jej przeciwnikiem, próbował zrozumieć motywacje jej zwolenników; ceniąc Orwella z jego antykomunizmem, rejestrował wątpliwości po ujawnieniu dokumentów o współpracy pisarza z brytyjskimi służbami bezpieczeństwa. Pisząc o Irlandii czy o polskich Żydach, wchodził w meandry świata pamięci, w których jednoznaczne oceny moralne były nie na miejscu.
W tym sensie Tadeusz Jagodziński, choć wyrastał z polskiego doświadczenia politycznego 1981 roku, wystawał ponad politykę. "Niecierpliwy w nim ciskał się duch", nie godził się na przeciętniactwo, na akceptację miernoty jako stylu życia i pracy. Stawiał sobie wysokie wymagania moralne - niektórzy mówili, że zbyt wysokie, za co zresztą płacił dużą cenę w życiu. Akceptował to, pewnie dlatego że - jak jeden z jego rozmówców z tego zbioru, podróżnik Ranulph Fiennes - wierzył w "triumf ducha nad materią".
Pociągały go postaci kanoniczne, o ogromnej wadze dla kultury: George Orwell, Arthur Koestler, Salman Rushdie, Ted Hughes, William Blake, Aung San Suu Kyi. Pisał dużo o religii, zawarty w tym tomie reportaż, napisany po spotkaniu z księdzem Tissą Balasuriyą ze Sri Lanki, jest ilustracją precyzyjnego stylu, dociekliwości, zmysłu obserwacji Jagodzińskiego.
Pociągała go tradycyjna forma, nawet w krótkich omówieniach książek wolał uprawiać ginącą w Polsce sztukę krytyki literackiej, a nie znacznie popularniejszą formułę "pisz, co ci się wydaje". Równocześnie Jagodziński był znakomitym obserwatorem kultury masowej: zawarte w tym tomie szkice o angielskich kibicach czy rozwoju brytyjskiego filmu dokumentalnego to perełki oprawione przez znakomitego obserwatora i zajmującego opowiadacza. Tadeusz wiedział, że należy do wybrańców losu - jako polski emigrant znalazł się w znakomitej firmie i miał luksus mówienia i pisania o rzeczach, które go interesowały. A wachlarz tematów był ogromny. W sposób autentyczny i dogłębny znał się na Wielkiej Brytanii, jej historii, kulturze, muzyce, malarstwie, literaturze. Znał się również na polityce brytyjskiej, ale to kultura była dla niego narzędziem do opowiadania o człowieku. Bo Tadeusz był również, a może przede wszystkim, opowiadaczem.
Przez prawie dziesięć lat pracowałem wspólnie z nim, widywaliśmy się niemal codziennie, rozmawialiśmy na przeróżne tematy związane i niezwiązane z pracą, czasem spotykaliśmy się na gruncie towarzyskim, graliśmy w piłkę nożną, chodziliśmy po sklepach płytowych, jedliśmy razem obiady w kantynie i piliśmy piwo w klubie BBC. Tadeusz był człowiekiem bez przerwy szukającym nowych wyzwań, stawiającym nowe pytania, zgłębiającym nowe fascynacje literackie, filmowe czy teatralne.
Podział książki ilustruje przedmiot zainteresowań autora: media, kultura i cywilizacja, oraz fascynacja ostatnich lat, czyli Azja. Pokaźną częścią tego zbioru są teksty o sztuce, w których oprócz imponującej erudycji w oczy rzuca się jeszcze jedna cecha pisarstwa Jagodzińskiego. Tadeusz nie pisał przeciwko komukolwiek. W jego recenzjach książek czy filmów nie chodzi o ośmieszenie autora albo jego fanów ani o wykazanie, jaki krytyk jest mądry. On w zasadzie nie pisał o rzeczach, które mu się nie podobały, choć z rozmów z nim wiem, że było ich więcej niż tych, które go fascynowały.
Czy był staroświecki? Pewnie tak, dziś każda postawa pochodząca ze świata sprzed Google'a i Facebooka uważana jest za staroświecką, i to nie tylko wtedy, gdy ktoś, tak jak Tadeusz, potrafi kojarzyć fakty i procesy bez konsultacji z komputerem. Był przeciwieństwem nie tylko dzisiejszych ofiar cyfrowego ADHD, niezdolnych do skupienia uwagi na dłużej niż 15 sekund, ale też Tuwimowskiego mieszczanina - rzeczy mu się składały w całość.
A równocześnie jego idealizm nie przeradzał się w chorobliwą naiwność. W każdej z dziedzin, którą się zajmował, Tadeusz potrafił dostrzec zagrożenia i trafnie je nazywał. Nie miał złudzeń co do kierunku, w którym zmierza dziennikarstwo, pisał o mediach nieprofesjonalnych, bezmyślnych i czyniących krzywdę, dostrzegał zagrożenie związane z poddawaniem się dziennikarzy i instytucji medialnych wpływom polityków. Znał funkcje i zależności w obrębie systemu medialnego, wiedział, że nawet takie instytucje jak BBC nie są wolne od wpływów politycznych, i dawał wyraz swoim niepokojom.
Przez długi czas miałem wrażenie, że pisanie było dla niego działalnością podrzędną wobec pracy w radiu - i pewnie tak było. Był krótko londyńskim korespondentem "Gazety Wyborczej", ale naprawdę wypisywał się jako stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Znak". W latach 2008-11 prowadził w nim rubrykę "Powiększenia", poświęconą analizie sytuacji międzynarodowej. Dzisiaj wydaje mi się jednak, że nie chodziło mu o spychanie pisania na drugi plan, ale raczej o przygotowywanie się do podjęcia nowego wyzwania w pełni i bez kompromisów. Po zamknięciu Sekcji Polskiej BBC, w której pracował od 1987 roku, Tadeusz zaczął studia na London School of Economics. Uczył się arabskiego po to, by dogłębnie poznać islam. Fascynował go Bliski Wschód, związki chrześcijaństwa z judaizmem. Jeździł regularnie do Birmy, która w ostatnich latach stała się mu szczególnie bliska. Miał o niej napisać książkę.
Nie napisze jej, nie poznamy jego opinii na temat politycznych przemian jednej z jego duchowych bohaterek, Aung San Suu Kyi. Nie dowiemy się, co myśli o papieżu Franciszku, jak ocenia Brexit czy Nobla dla Kazuo Ishigury.
A ja podczas najbliższej wizyty w Londynie nie spotkam się z Tadkiem w Pizza Express pod Broadcasting House i nie pogadamy o tym, jakie szanse mają Polska i Anglia na mistrzostwach świata w Rosji.
"Jesteśmy surowcem,
Z którego sny się wyrabia, a życie
To chwila jawy między dwoma snami".
Cytat z ulubionej sztuki Tadeusza, "Burzy" Szekspira (w przekładzie Stanisława Barańczaka), znalazł się na odwrocie jego zdjęcia rozdawanego podczas pogrzebu w Częstochowie w 2013 roku. Ten wybór tekstów Tadeusza będzie szczątkowym świadectwem chwili jawy. Tego, co najważniejsze, i tak nie da się wyrazić. -
1. PRZEKLEŃSTWO INFOROZRYWKI, CZYLI MEDIA W NASZYM ŚWIECIE
--- PIOTR MUCHARSKI DAĆ GŁOS SKAZANYM NA MILCZENIE
Tadeusz Jagodziński był powściągliwy w sądach, nawet jeśli dotyczyły one jego największych fascynacji. Nie przeszkadzało nam to, choć wiele z tych fascynacji dzieliliśmy wraz z nim. Może tylko czasem czuliśmy jakiś niedosyt, jeśli chodzi o wsparcie dla naszych entuzjazmów.
Bo kiedy już zaraził nas muzyką z "Buena Vista Social Club", którą puścił w swojej radiowej audycji, a potem okazało się, że na punkcie Kubańczyków oszaleliśmy nie tylko my, ale i cała Polska, to trudno nam było później słuchać "na żywo" jego sceptycznych i trzeźwych uwag o pomysłodawcach owego projektu.
Jeszcze gorzej było w przypadku, który najbardziej nas zajmował, bo przecież łączyła nas z Tadeuszem profesja.
Tak bardzo chcieliśmy usłyszeć, jak idealne i bez skazy jest BBC. To był dla nas ostateczny argument w dyskusjach, że możliwe są wolne - niezależne od nacisków politycznych i biznesowych -publiczne media. Tak je tu sobie wyobrażaliśmy: z bezwzględnie przestrzeganym kodeksem etycznym, informacjami pochodzącymi z "przynajmniej dwóch niezależnych źródeł" i ekspertami po trzech fakultetach na Cambridge. No i każdy z nas chciał mówić po angielsku tak właśnie jak oni - to był jeszcze jeden podprogowy element mozaiki, dopełniający potęgę mitu instytucji, w której pracował Tadeusz.
Wiedział, że jeśli chodzi o media, nie mógł trafić lepiej. Ale dobrze też wiedział, jak ostudzić nasze emocje. Po prostu rozumiał, co nadchodzi. My jeszcze nie.
Infotainment sprzed czasów globalnej sieci był dla niego zarazą, ale przecież malutką w porównaniu z tym, co przyniosły nam dzisiejsze czasy fake newsów i postprawdy (cokolwiek ona znaczy). Dlatego jego sądy o mediach, zawarte w tej książce, czyta się jak zapis ostatniego momentu, w którym czwartą władzę sprawowały jeszcze instytucje obdarzone kulturowym autorytetem.
Brał się on z prostej przyczyny - instytucje te same dbały o to, by przede wszystkim nie kłamać. Dlatego im ufano, po prostu. Pole, które Tadeusz tu zakreśla, odróżniając media od pseudomediów, jest - mimo dystansu czasowego - wciąż aktualne, choć dramatycznie zawężone, by nie powiedzieć: zmarginalizowane w morzu samoreprodukujących się treści o niewiadomym pochodzeniu.
Dla Tadeusza było to (i byłoby dzisiaj) bolesne, ponieważ uważał, że jakkolwiek jesteśmy związani ze swoim partykularnym punktem widzenia, swoją kulturą, krajem, tradycją, to media są po to, żeby uczynić cały świat widzialnym i słyszalnym. Czy raczej: udzielić mu głosu. Niezależnie od bezwzględnej miary medialnych "trupokilometrów", mówiącej, że jedna ofiara, która zginęła w zasięgu stu kilometrów od nas, znaczy dla medialnej publiczności tyle, co tysiąc ofiar w miejscu odległym o kilka tysięcy kilometrów. Z tym nie mógł - nie chciał! - się pogodzić. Choć jednocześnie wiedział, że nigdy nie zepniemy naszej partykularnej wrażliwości z całym globalnym bezmiarem cierpienia.
Jego ostatnie marzenie, którym się z nami dzielił, jakoś się z tym wiązało.
Już nie pracował w BBC. Jeździł do Azji, bo też pewnie przeczuwał, jak wielu, że tam właśnie przesuwa się pępek świata. Mało, coraz mniej europejskich redakcji stać na korespondentów stamtąd, muszą więc czerpać wiedzę z niepewnych źródeł. Marzyło mu się zatem zbudowanie agencji, złożonej pewnie z korespondentów o podobnym statusie co on. Nie "specjalistów od Azji", tylko specjalistów od każdego z niezliczonej ilości azjatyckich światów. Dla siebie zapewne wybrałby Birmę. Nie wiem, do jakiego stadium doprowadził swój pomysł. Nie wiem nawet, czy zaczął go realizować.
Tym pewnie chciał być: kimś, kto daje głos skazanym na milczenie.-
PRZEKLEŃSTWO INFOROZRYWKI