Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki - Beata Biały

-
Proszę czekać

Zamiast wstępu

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Stanisława Soykę. Pamiętam za to uczucie. Jakby ktoś śpiewał nie tylko do mnie, ale także za mnie. Jakby potrafił nazwać coś, czego sama jeszcze nie umiałam ubrać w słowa. Są artyści, których podziwiamy za talent. Są tacy, których cenimy za dorobek. I są nieliczni, którzy towarzyszą nam przez życie. Nie dlatego, że są wszędzie. Dlatego, że pojawiają się wtedy, kiedy są potrzebni. Taki jest dla mnie Stanisław Soyka.

Pisząc tę książkę, wielokrotnie miałam poczucie, że Soyka wymyka mi się z rąk. Nie dlatego, że brakowało faktów. Przeciwnie. Były koncerty, płyty, wywiady, nagrody, wielkie sukcesy, bolesne porażki, miłości, rozstania, przyjaźnie i powroty. Były opowieści ludzi, którzy znali go kilkadziesiąt lat. Były wspomnienia pełne śmiechu i takie, przy których głos nagle cichł. A jednak za każdym razem, gdy wydawało mi się, że już wiem, kim był Stanisław Soyka, odkrywałam kolejną warstwę. Bo jak opisać człowieka, który całe życie uciekał od łatwych definicji? Jazzman? Tak. Poeta? Z pewnością. Piosenkarz? Oczywiście. Kompozytor? Bez wątpienia. Ale żadne z tych słów nie wystarcza. Im dłużej rozmawiałam z jego przyjaciółmi, tym częściej słyszałam nie o muzyku, lecz o człowieku. O Staszku. O kimś, kto po koncercie wolał usiąść przy kawie niż świętować sukces. O kimś, kto bardziej interesował się drugim człowiekiem niż własną sławą. O kimś, kto potrafił godzinami rozmawiać o poezji, a jednocześnie śmiać się jak chłopak ze Śląska.

Zaskoczyło mnie, jak często w tych rozmowach wracało jedno słowo: cisza. Nie sukces. Nie kariera. Nie popularność. Cisza, w której czytał. Komponował. Myślał. Modlił się. Wracał do siebie. Może dlatego tak trudno pisać o Soyce tradycyjną biografię. Jego życie nie układa się w prostą historię o drodze na szczyt. Znacznie bardziej przypomina rzekę. Czasem spokojną, czasem gwałtowną. Pełną zakoli, powrotów i niespodziewanych nurtów. Jest tu chłopak z Żor, który zakochał się w muzyce szybciej niż w świecie. Jest młody artysta zachwycający publiczność jazzową. Jest mężczyzna, który kocha za mocno. Ojciec, który próbuje ocalić rodzinę. Człowiek przechodzący kryzysy. Przyjaciel. Wierzący. Poszukujący. I jest ktoś jeszcze. Człowiek, który przez całe życie starał się pozostać wierny własnemu głosowi. Nie temu muzycznemu. Temu wewnętrznemu. Dlatego ta książka nie jest opowieścią wyłącznie o karierze. Nie jest katalogiem sukcesów ani kroniką kolejnych płyt. Znacznie bardziej interesowało mnie pytanie, kim jest człowiek, który śpiewał Tolerancję. Co go ukształtowało. Co go raniło. Co ocaliło. I dlaczego po tylu latach jego głos wciąż brzmi tak prawdziwie.

Podczas pracy nad tą książką często wracałam do jednego obrazu. Stanisław Soyka siedzi na ławce. Nie spieszy się. Patrzy na przechodzących ludzi. Słucha świata. Jest w tym coś niezwykle soykowskiego. Bo mam wrażenie, że przez całe życie Soyka był przede wszystkim uważnym obserwatorem. Człowiekiem ciekawym drugiego człowieka. Może dlatego tyle osób - wszystkim z serca dziękuję - zgodziło się opowiedzieć mi o nim swoje historie. A może dlatego, że wiedziały, że to nie będzie próba budowania pomnika. Pomniki interesowały Soykę najmniej. Interesowali go ludzie. Ta książka jest właśnie o człowieku. O Staszku. I o muzyce, która była jego sposobem rozmawiania ze światem.

Rozdział 1 | Życie to krótki sen

Sierpień w Sopocie ma w sobie coś z końca i początku jednocześnie. Powietrze jest jeszcze ciepłe, ale już cięższe, jakby lato powoli przestawało wierzyć, że potrwa dłużej. Nad Operą Leśną unosi się zapach wilgotnych igieł i nagrzanego drewna, a las za sceną oddycha głęboko, spokojnie, jakby znał wszystkie zakończenia. Dwudziesty pierwszy sierpnia nie jest już pełnią lata. To jego schyłek. Czas, kiedy dni są jeszcze jasne, ale światło zaczyna się łamać inaczej, ostrzej, bardziej pożegnalnie. Stanisław Soyka stoi na scenie podczas ostatniej próby. Nie ma jeszcze publiczności, nie ma szumu, tylko rozrzucone dźwięki przygotowań i cisza, która co chwilę wraca, jak przypływ. Artysta ma wykonać kilka najpopularniejszych utworów: Tolerancja, Absolutnie nic, Cud niepamięci, Życie to krótki sen... Ale to Życie to krótki sen zostanie potem w pamięci najmocniej. Jak proroczy sen. Soyka zaczyna tak, jak zaczyna się myśl, która wraca od lat i nie daje spokoju.

Kiedy myślę o moich latach

które odeszły i nie wrócą nigdy już

Te słowa nie idą w przestrzeń, one zapadają się w niego. Jakby sprawdzał, czy jeszcze są jego, czy jeszcze je rozumie. Głos ma miękki, lekko przygaszony. Nie szuka efektu, nie szuka barwy. Szuka sensu.

i o ludziach, którzy na drugą stronę przeszli

a nadal są tuż, tuż

Na tym "tuż, tuż" coś się zatrzymuje. Niewidoczne, ale obecne. Jakby ktoś rzeczywiście stał obok. Jakby to nie była metafora. Technika idzie swoim tempem, nie zatrzymuje się z powodu emocji. A jednak coś się wydarzyło. Kontrabasista uśmiecha się delikatnie do miękkiej, otulającej muzyki i kojącego głosu Soyki.

i tak wiele się stało i nie stało się nic

milion twarzy i zdarzeń

i to wszystko zaledwie szkic

To brzmi jak pogodzenie się z czymś, czego nie da się już zmienić. Bez goryczy. Bez dramatyzmu. Raczej jak cicha zgoda na to, że życie nie jest opowieścią zamkniętą, tylko niedokończonym rysunkiem. Refren przychodzi niemal mimochodem, bez sygnału, bez przygotowania.

życie to krótki sen

Soyka nie podnosi głosu. Nie podkreśla. Jakby mówił coś, co nie wymaga przekonywania, tylko przyjęcia do wiadomości. W tych kilku słowach zbiera się wszystko, ale on nie robi z tego puenty. Idzie dalej. Wraca do konkretu, do tego, co ma kształt i imię.

kiedy patrzę na moje dzieci

które niebawem pójdą sobie w świat

W jego głosie pojawia się czułość. Ale nie pokazuje jej, nie zatrzymuje na niej uwagi. Jest jak oddech między słowami.

toż to całkiem niedawno było

kiedy ledwo chodził jeden z drugim skrzat

Na moment pojawia się cień uśmiechu.

matki mojej siwizna

jak dobrze, że jeszcze tu jest

To zdanie brzmi jak wdzięczność, wypowiedziana półgłosem, żeby jej nie spłoszyć. Nie ma w nim teatralności, jest prostota, która boli bardziej niż patos.

ojciec mój i ojczyzna

i gest, i szelest, i cisza

Po słowie "cisza" rzeczywiście zapada cisza, jakby obecne na próbie osoby na moment zrozumiały, że to nie jest tylko część tekstu. Jakby ktoś wyłączył świat. Potem wszystko rusza dalej.

tej nuty sentymentalnej

ja się nie wstydzę

I rzeczywiście - jest w nim zgoda na to, co miękkie, na pamięć, na wzruszenie.

piękno jest piękne na wieki

ja to wiem i ja to widzę

Tu nie trzeba już niczego dopowiadać. To zdanie stoi samo, jak coś, co nie wymaga uzasadnienia. Ktoś mówi: "Dobrze, mamy to".

Po próbie Stanisław Soyka ma jechać do hotelu, a kilka godzin później wrócić na tę scenę, już do publiczności, do świateł, do oklasków, które nadają sens wydarzeniu. Nie wróci. Zostaje ta próba. Ten moment bez publiczności, bez finału. Jakby wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się właśnie tutaj, zanim ktoś zdążył to zobaczyć.

słowa już niepotrzebne

tylko gest - cisza - i ty1

Las za sceną nie porusza się ani trochę. Jakby słuchał. Jakby wiedział pierwszy. Jakby ostatni raz chciał powiedzieć, że... życie to krótki sen.

Po próbie Soyka nie od razu wraca do hotelu. Zostaje jeszcze na chwilę w świecie pomiędzy sceną a kulisami, pracą a odpoczynkiem. Przy schodach prowadzących na scenę jest niewysoki murek. Siada na nim ze swoim menedżerem. Palą papierosy. Wokół trwa zwyczajny festiwalowy ruch: techniczni coś przenoszą, muzycy wchodzą na scenę i z niej schodzą, ktoś, przechodząc, rzuca: "Cześć, Staszek". Anna Rusowicz jest już po swojej próbie.

- To było przedziwne, bo nigdy nie mieliśmy czasu, żeby chwilę pogadać, a nagle tego czasu zrobiło się bardzo dużo - wspomina. - Widywałam Staszka przez lata na koncertach i festiwalach, ale zawsze wyglądało to podobnie. "Co u ciebie?", "A co u ciebie?", taka amerykańska wymiana zdań, i każde biegnie dalej. A tamtego dnia usiedliśmy i zaczęliśmy naprawdę rozmawiać.

Festiwal toczy się swoim rytmem, oni z niego na moment wypadają.

- Zapytał mnie: "A co ty myślisz o współczesnej muzyce? Jak z twojej perspektywy wygląda dzisiaj ta branża?" - opowiada Ania.

Nie było to pytanie rzucone dla podtrzymania rozmowy. Soyka sam od pewnego czasu szukał na nie odpowiedzi. Zastanawiał się, co się stało z muzyką. Mówił, że dobre piosenki jakby przestały być potrzebne, mądre teksty nie są już w cenie, odbiorcy coraz rzadziej naprawdę słuchają słów. Nie obrażał się na nowe czasy. Raczej próbował zrozumieć, czy wciąż jest w nich miejsce na to, czemu poświęcił życie.

- Powiedziałam: "Staszek, ale twoich piosenek słuchają". A on: "Wiesz, bo ja się zastanawiam, czy jest jeszcze sens grania koncertów". Odparłam, że nie może tak po prostu zejść ze sceny. Że dla młodszych artystów jest drogowskazem. Jeśli on uzna, że to wszystko nie ma już sensu, co mają zrobić oni? Powiedział: "No dobrze. Skoro tak mówisz, to jeszcze trochę tych koncertów pogram".

Nie ma w tym kokieterii ani dramatyzmu. Jest człowiek, który po dziesięcioleciach spędzonych w świetle reflektorów zaczyna coraz uważniej patrzeć w stronę tego, co znajduje się poza ich zasięgiem. Mówi Ani, że ma chyba inną wizję dalszego życia. Coraz mniej pociąga go następny koncert, następne miasto, następna garderoba. Coraz bardziej natura rzeczy. Rozmowa. Opowiada o przyjacielu, mechaniku, człowieku spoza show-biznesu, z którym rozmawiają godzinami i, jak mówi Staszek, bawią się trochę w filozofów. W tych spotkaniach odnajduje coś, czego najwyraźniej zaczyna mu brakować. Człowiek siedzi naprzeciwko człowieka. Nikt nie patrzy na zegarek. Nie trzeba kończyć zdania, bo za trzy minuty wejście na scenę. Można zadać pytanie i poczekać na odpowiedź.

A potem Soyka zaczyna mówić o ławkach.

- Zapytał, czy zauważyłam, że nie ma już kultury ławeczek. Podeszła do nas Natalia Grosiak. "O czym gadacie?" "O ławeczkach". Natalia zażartowała, że dzisiaj ławki należą chyba tylko do żuli. Ale Staszek się nie zaśmiał. Powiedział: "Kiedyś taka ławeczka była centrum rozmów. Ludzie siadali i spotykali się ze sobą. Zauważyłyście, że w centrum Warszawy polikwidowano ławki? Przecież człowiek w moim wieku, kiedy idzie z punktu A do punktu B, chciałby czasem po drodze przysiąść". Jestem pewna, że nie chodziło mu tylko o to, żeby było gdzie odpocząć - mówi Rusowicz. - Ławeczka była dla niego miejscem spotkania. Ktoś siedzi, ktoś drugi się przysiada i nagle zaczyna się dialog. Człowiek spotyka człowieka.

Może dlatego tak dobrze rozmawia im się właśnie tutaj, na murku przy schodach. Życie nie znalazło dla nich ławki, więc podsunęło najprostszą jej namiastkę.

Od ławek przechodzą do świata. Od świata do muzyki. Od muzyki do wojen i ludzi. Soyka mówi o piosence, która powinna nieść słowo i znaczenie, a coraz częściej staje się produktem podporządkowanym prawom rynku. Wraca pytanie, które tego popołudnia pojawia się w różnych postaciach: po co właściwie jest muzyka, jeśli nie pomaga człowiekowi zobaczyć drugiego człowieka?

- W pewnej chwili zatrzymała się koło nas Kayah. Zapytała: "To co, Staszek? Będzie w końcu ta Tolerancja czy nie będzie?" - opowiada Rusowicz. Pytanie brzmi lekko, niemal zaczepnie. Dopiero później nabierze innego ciężaru. - Staszek odparł: "Wiesz co, Kasia? Chyba nie będzie. Marne szanse".

Kayah odchodzi. Rozmowa toczy się dalej. Rusowicz obserwuje Soykę. Jest spokojny, ale pod tym spokojem Ania wyczuwa coś, czego wcześniej u niego nie widziała.

- Smutek - mówi. - Spokój pomieszany ze smutkiem.

Zapytał ją jeszcze, czy warto tworzyć, czy warto pisać, czy to jeszcze ma sens. Nigdy wcześniej nie rozmawiali w ten sposób. Tego dnia Soyka mówi o zmęczeniu. O wątpliwościach.

- W pewnym momencie powiedział: "Tak mi się nie chce wychodzić na tę scenę dzisiaj. Tak mi się nie chce" - wspomina Ania.

Nie powiedział, że źle się czuje. Nie powiedział, że się boi. Po prostu mu się nie chce. Rusowicz nie słyszy w tych słowach niczego niepokojącego, bo ten zawód potrafi wyczerpać. Publiczność chce artysty w chwale, gotowego na światła, oklaski i bis. Chce wierzyć, że wychodzenie na scenę zawsze jest szczęściem. A przecież po tylu latach Soyka ma prawo być zmęczony. Ma prawo któregoś dnia zapytać: czy ja jeszcze tego chcę? Ania zapamiętuje jednak jego twarz.

- Był tego dnia bardzo spokojny. I smutny. Nie było w nim żadnego dramatyzmu. Raczej coś cichego, jakby patrzył na pewne rzeczy z większego oddalenia.

W końcu wstają. Na scenie wciąż trwają próby. Ktoś coś wnosi, ktoś kogoś woła, kolejny muzyk wchodzi po schodkach na scenę. Festiwal nie ma powodu, żeby się zatrzymać.

Soyka jedzie do hotelu. Ma się przebrać i wrócić na wieczorny koncert. Ania nie wie jeszcze, że będzie wracała do tej rozmowy zdanie po zdaniu. Nie wie, dlaczego właśnie tego dnia, po latach krótkich spotkań, dostali dla siebie godzinę, może półtorej. Dlaczego człowiek, z którym zwykle zdążyła wymienić kilka zdań, nagle chciał usiąść i rozmawiać o tym, co zostaje, kiedy ucichnie muzyka. Na razie jest jeszcze popołudnie. Murek przy schodach. Papieros. Ludzie przechodzący obok. I kilka godzin, o których nikt jeszcze nie wie, że są ostatnie.

Wieczorem Opera Leśna ma już należeć do ludzi. Do światła, które oślepia, do oklasków. Do święta. Na scenie w koncercie Orkiestra Mistrzom wszystko idzie swoim rytmem. Światła, wejścia, kolejne utwory, prowadzący, którzy pilnują czasu i energii wieczoru. Publiczność wypełnia amfiteatr, ktoś jeszcze szuka miejsca, ktoś nagrywa telefonem, ktoś śmieje się półgłosem. Letni festiwal - dokładnie taki, jaki ma być.

- Stanisław Soyka miał wystąpić po Ewie Bem. Oboje bardzo się lubili. Łączyła ich muzyczna i ludzka bliskość - opowiada Grzegorz Betlej, ówczesny dyrektor PR Top of the Top Sopot Festival. - Gdzieś na początku koncertu ktoś rzucił mi informację, że Staszek gorzej się czuje. Ale to była informacja bez żadnych szczegółów. Bez żadnego konkretu. Nie było mowy o śmierci. Nie było nawet mowy o tym, że nie wystąpi. Po prostu: gorzej się czuje. W tym momencie na zaplecze Opery Leśnej podjechała Ewa Bem. Pamiętam ten obraz bardzo dokładnie. Ewa wysiada z samochodu, idzie do garderoby, a ja myślę, że nie chciałbym, żeby wiedziała o tym gorszym stanie Staszka, bo przecież darzą się sympatią. Nie chcieliśmy jej niepotrzebnie stresować. Zwłaszcza że sami nic jeszcze nie wiedzieliśmy.

Ewa Bem kończy piosenkę, kiedy wszystko jeszcze jest na swoim miejscu. Stoi w świetle, które jest dla niej ustawione - ciepłym, miękkim, dokładnie takim, jakie lubi scena w Operze Leśnej. Orkiestra trzyma ją spokojnie, bez jednego nerwowego wejścia, bez napięcia. Publiczność słucha uważnie. To środek koncertu, ten fragment wieczoru, w którym nie myśli się już o początku i jeszcze nie czuje końca. Brawa przychodzą natychmiast - pełne, równe, wdzięczne. Ewa kłania się lekko, robi pół kroku w tył i schodzi ze sceny.

Soyki nie ma. Za kulisami zaczynają krążyć coraz bardziej niepokojące informacje.

- Krążyły półprawdy i nieprawdy, a na nich nikt nie chciał bazować. Sprawdzone informacje przepływały pomiędzy decyzyjnymi osobami, które dbały o to, żeby nie powielać plotek, w tamtym momencie niezwykle krzywdzących, może nawet szkodliwych. Kontaktowano się ze sobą przez telefony, krótkofalówki, w biegu, i obowiązywała zasada, by żadnej postronnej osobie, nawet za kulisami, nie mówić nic, czego nie wiedzielibyśmy na pewno - opowiada Betlej. Nie chcieli wywoływać paniki, rozpraszać artystów, którzy za chwilę mieli wyjść na scenę. Nie chcieli uruchamiać plotek. - Cały czas zakładaliśmy, że być może trzeba będzie tylko przełożyć występ, zmienić kolejność, powiedzieć publiczności, że Staszek źle się poczuł. Rozmowy dotyczyły raczej tego, jak przestawić grafik, żeby wszystko się zgadzało. Kto wystąpi wcześniej. Jak to technicznie rozwiązać.

Przez długi czas nikt nie dopuszcza innego scenariusza.

I nagle coś się zatrzymuje. Nie na scenie. Na scenie przez kilka sekund wszystko jeszcze wygląda normalnie. Zatrzymuje się gdzie indziej - w słuchawkach prowadzących, w tym obiegu informacji, którego publiczność nie widzi, ale który zawsze działa szybciej niż światło i dźwięk. Ktoś mówi coś do ucha. Prowadzący nie wychodzą od razu. To trwa kilka sekund, ale to są właśnie te sekundy, w których rzeczywistość już się zmieniła, tylko jeszcze nikt tego nie nazwał. Publiczność zaczyna się poruszać - ktoś jeszcze klaszcze odruchowo, ktoś sięga po telefon, ktoś patrzy na scenę, jakby czekał na zapowiedź kolejnego artysty. Muzycy są na swoich miejscach, nie wiedząc, czy to pauza techniczna, czy coś więcej. Za kulisami nikt już nie mówi normalnym głosem. Telefony wibrują częściej niż zwykle, ktoś wychodzi na chwilę i wraca odmieniony, ktoś inny stoi w miejscu, jakby próbował zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. "Staszek nie żyje". "Jak to nie żyje?" "Niemożliwe". Niedowierzanie ma w sobie coś fizycznego - jakby nie chciało się zmieścić w ciele. Do tego żal, który przychodzi szybko, ale nie ma jeszcze formy.

Organizatorzy zbierają się w małych grupach, półgłosem ustalają kolejne kroki. Scenariusz wieczoru, dopięty wcześniej co do sekundy, nagle przestaje obowiązywać. Trzeba go przepisać na nowo - nie po to, żeby uratować program, tylko żeby nie zgubić sensu tej chwili.

- Kiedy przyszła pewna informacja, taka, co do której nie było już żadnych wątpliwości, że Staszek nie żyje - wspomina Betlej - pojawiło się pytanie, jak powiedzieć o tym artystom. Jak powiedzieć publiczności. Co zrobić dalej. Ale jednocześnie cały czas czekaliśmy na sygnał od rodziny. To było dla wszystkich najważniejsze. Dyrekcja nie chciała niczego ogłaszać bez ich zgody. To już nie był festiwal. To był moment, w którym wszyscy próbowali po prostu zachować się przyzwoicie.

Najbardziej utkwił mu jednak w pamięci moment, w którym sam dowiedział się prawdy.

- Pamiętam to bardzo dokładnie. Biegaliśmy po zapleczu, załatwiając różne rzeczy. W pewnym momencie przechodziłem korytarzem za sceną. Opera Leśna jest w istocie obiektem dość ciasnym, przejście z garderoby na scenę podczas takiej imprezy wymaga schylania głowy, uważania na kable, przeciskania się pomiędzy setkami skrzyń, instrumentów, omijania ludzi i sprzętu. I właśnie tam, w tym wąskim przesmyku, zadzwonił telefon. Ktoś powiedział tylko jedno zdanie: "Staszek umarł". I się rozłączył. Na kilka sekund świat się zatrzymał - wspomina Betlej. - Zastygłem. Dosłownie. Oblał mnie zimny pot. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Przede mną było wejście na scenę. Właśnie wychodziła Ania Rusowicz. Miała na sobie piękną białą suknię. Ktoś podpinał jej mikrofon, ktoś poprawiał odsłuch. A ja stałem i nie mogłem się ruszyć. Wszystkie światła, wszystkie dźwięki nagle mi się zlały. Ania coś do mnie mówiła. Pamiętam, że powiedziała: "Halo, mówię do ciebie, nie słuchasz mnie?". A ja wiedziałem, że nie mogę powiedzieć jej prawdy. Odpowiedziałem tylko: "Przepraszam, Aniu. Tak pięknie wyglądasz, że ten blask mnie oślepił".

Ania Rusowicz pamięta więcej. Jest już za kulisami, w białej sukni, gotowa do występu. Jeszcze przed chwilą Grzegorz Betlej patrzył na nią jakoś dziwnie, ale nic nie powiedział. Prawdę mówi jej Paulina Krupińska. Dwie, może trzy minuty przed wyjściem na scenę. "Słyszałaś? Staszek nie żyje". I w jednej chwili do Ani wraca całe popołudnie. Murek. Papierosy. Ławeczki. "Czy jest jeszcze sens grania koncertów?" "Może już powinienem przestać śpiewać". "Tak mi się nie chce wychodzić na tę scenę dzisiaj". I ten spokój pomieszany ze smutkiem, którego kilka godzin wcześniej nie trzeba było rozumieć. Teraz każde zdanie waży inaczej.

- To był wulkan. Nie potrafię znaleźć lepszego słowa - opowiada Rusowicz. - Przecież dopiero co z nim siedziałam. Rozmawialiśmy godzinę, może półtorej. Byłam jedną z ostatnich osób, które spędziły z nim tyle czasu, słuchałam, jak opowiada o życiu, muzyce, swoich wątpliwościach. I nagle ktoś mi mówi, że Staszka nie ma. A ja za dwie minuty mam wejść na scenę i zaśpiewać piosenkę, która ma ludzi rozweselić. Musiałam się zamrozić. Odłożyć to gdzieś w sobie. Bo zaraz zapalą się światła.

Wychodzi. Śpiewa z Liroyem Kiedyś przyjdzie taki dzień. Ciało robi to, czego nauczyło się przez lata. Pamięta słowa, melodię, wejścia. Wie, gdzie stanąć i kiedy się uśmiechnąć. Tylko gdzieś pod tym wszystkim, pod światłem, muzyką i zawodowym automatyzmem, tkwi zdanie, którego jeszcze nie sposób dopuścić do siebie: Staszek nie żyje. Na to przyjdzie czas potem.

Później zacznie się także powrót do ich rozmowy. Powolny, ostrożny. Rusowicz długo nie opowiadała publicznie o tym, co wydarzyło się między nimi w ostatnich godzinach życia Soyki. Ma poczucie, że ta rozmowa nie należy jeszcze do świata. Najpierw dzwoni do jego syna Kuby.

- Powiedziałam mu: "Kuba, spędziłam naprawdę ostatnie chwile z twoim tatą i chcę, żebyś wiedział, jak było". Nie chciałam biec z tym do mediów ani opowiadać w social mediach: "Słuchajcie, byłam jedną z ostatnich osób, które z nim rozmawiały". Po co? Są rzeczy, które najpierw trzeba w sobie pomieścić. Kurz emocjonalny musi opaść. Żałoba musi się wydarzyć. Dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć, co właściwie dostał.

Rusowicz od lat przyjmuje cudze opowieści. Ludzie powierzają jej rzeczy intymne, czasem trudne do wypowiedzenia. Może dlatego została psycholożką. Może ma w sobie rodzaj ciszy, w której drugi człowiek czuje się bezpiecznie.

- Być może Staszek tamtego dnia to wyczuł. Nie wiem, dlaczego właśnie mnie opowiedział o swoich wątpliwościach, zmęczeniu światem. Wiem tylko, że bardzo się przede mną otworzył. I że ja z tym zostałam.

Śmierć niczego w przeszłości nie zmienia, a jednak zmienia pamięć. Przesuwa światło. To, co jeszcze wczoraj było zwyczajnym zdaniem, zaczyna brzmieć jak zapowiedź. Gest, którego niemal się nie zauważyło, nagle domaga się znaczenia. Wracamy do pauz, spojrzeń, słów rzuconych mimochodem i pytamy: czy tam już coś było? Czy można było coś usłyszeć? Zobaczyć? Przeczuć? To pytania zdradliwe, bo zadajemy je, znając zakończenie. Anna Rusowicz również je zna. Nie twierdzi, że Stanisław Soyka wiedział, że umrze. Ale nie potrafi też uznać tamtej rozmowy za jedną z wielu.

- Zastanawiałam się później: dlaczego właśnie wtedy? Przez tyle lat spotykaliśmy się w biegu i nigdy nie mieliśmy dla siebie czasu. A tamtego dnia nagle czas był. On miał czas dla mnie, ja dla niego. I zamiast porozmawiać o koncercie, o tym, co kto śpiewa, zaczęliśmy rozmawiać o życiu. O świecie. O sensie tworzenia. O tym, że może już nie chce grać. O naturze rzeczy.

Rusowicz nie szuka jednej odpowiedzi. Dopuszcza istnienie spraw, których nie da się zamknąć w racjonalnym porządku.

- Można powiedzieć: zbieg okoliczności. Można nadać temu znaczenie metafizyczne - mówi. - Ja nie muszę tego rozstrzygać. Ale od tamtego dnia wiem jedno: nigdy nie wiesz, czy nie rozmawiasz z człowiekiem po raz ostatni. Czy chwila, która wydaje ci się jedną z wielu, nie okaże się tą ostatnią. Dlatego trzeba słuchać. Naprawdę słuchać. Bo może ktoś próbuje powiedzieć ci coś, co długo w sobie nosił. Może chce podzielić się lękiem. Może zostawić jakąś myśl. A może po prostu prosi: wysłuchaj mnie.

Kiedy dzwoniła do Kuby, chciała przekazać mu jeszcze jedną rzecz. W jego ojcu nie zobaczyła tamtego dnia rozpaczy ani buntu przeciwko życiu. Przeciwnie.

- Czułam w nim ogromny spokój. Widziałam człowieka, który dużo przeżył, dużo zobaczył i zaczął się zastanawiać, czy jest jeszcze dla niego miejsce w świecie, który tak bardzo się zmienił. Czy jest miejsce dla jego wrażliwości. I może dlatego sama później przyjęłam jego śmierć z jakimś przedziwnym spokojem. Bo Staszek tą rozmową trochę mnie wyposażył. Jakby zostawił mi coś, co kilka godzin później okazało się potrzebne. Wiedziałam, jaki był. Wiedziałam, co mi powiedział. I dzisiaj mam takie poczucie, choć nie potrafię go udowodnić, że on się wtedy ze mną żegnał. Może sam o tym nie wiedział. Ale ja właśnie tak to czuję.

Może są ludzie, którzy wiedzą. Może ciało wie wcześniej niż świadomość. Człowiek zwalnia, cichnie, niespodziewanie chce powiedzieć to, na co przez lata nie było czasu. A może jest dokładnie odwrotnie: to ci, którzy zostają, zbierają później rozsypane zdania i gesty, układając z nich wzór, bo przypadkowość końca jest zbyt trudna do przyjęcia. Nie sposób tego rozstrzygnąć. I chyba nie trzeba. Tamtego popołudnia wydarzyło się coś znacznie prostszego. Dwoje ludzi usiadło obok siebie na murku i miało dla siebie czas. Wieczorem okazało się, że więcej czasu już nie będzie.

Kilkadziesiąt minut później rodzina zgodziła się, by poinformować publiczność. Decyzja o przerwaniu transmisji zapada szybko, ale nie jest mechaniczna. W takich momentach nie chodzi o tempo, tylko o ciężar. Władze TVN-u doskonale wiedzą, że nie da się po prostu "zagrać dalej". Że trzeba zatrzymać wieczór w pół zdania. To, co działo się na scenie, i to, co działo się za nią, zaczęło się rozchodzić - jak dwa różne światy, które jeszcze przed chwilą były jednym. "Trzeba było tak naprawdę "szyć" na bieżąco. W pewnym momencie władze stacji podjęły decyzję, by publiczność zgromadzoną w Operze Leśnej poinformować o śmierci artysty i dodatkowo wykonać jeszcze jeden z utworów, który pan Stanisław miał zaśpiewać"2 - mówił Grzegorz Betlej na antenie TVN24 zaraz po zakończeniu transmisji.

Ten wieczór miał mieć inną puentę. Finałowy koncert - Orkiestra Mistrzom - był pomyślany jako hołd, ale hołd składany żyjącym legendom. Stanisław Soyka miał być jego osią, jednym z tych, wokół których buduje się opowieść o muzyce, pamięci i ciągłości. Wszystko było gotowe - repertuar, kolejność, sens. W jednej chwili sens się zmienił. To, co miało być celebracją, stało się pożegnaniem. Niezaplanowanym, niewyreżyserowanym. Prawdziwym.

Tuż przed godziną dwudziestą trzecią prowadzący wchodzą na scenę. Nie ma w tym rytmu programu ani lekkości, która zwykle towarzyszy zapowiedziom. Stoją obok siebie, bliżej niż zwykle. I nie zaczynają mówić. To zawsze zdradza prawdę - ta chwila ciszy, która nie jest zaplanowana. Spojrzenie, krótkie zawahanie. Prowadzący koncert Mateusz Hładki patrzy przed siebie inaczej niż wcześniej. Jakby musiał w jednej sekundzie zdecydować, jak powiedzieć coś, czego nie da się powiedzieć dobrze. Głos ma opanowany, ale już nie "sceniczny". Bardziej prywatny. "Dziś wśród znakomitych artystów, którzy mieli wystąpić na tej scenie, był także Stanisław Soyka. Kiedy koncert już trwał, dotarła do nas informacja, że Stanisław Soyka nie żyje. Z szacunku dla artysty, ale także jego rodziny, bliskich, z szacunku dla państwa zdecydowaliśmy o przerwaniu transmisji z Opery Leśnej" - mówi. Nikt nie reaguje. Jakby te słowa potrzebowały czasu, żeby dotrzeć. Szmer przechodzi przez rzędy na widowni. Obok stoi Maciej Dowbor. Widać, że trzyma się tekstu, ale jednocześnie próbuje utrzymać coś więcej - spokój, który w takiej chwili jest kruchy. "W imieniu wszystkich artystów obecnych dzisiaj w Operze Leśnej, w imieniu organizatorów tego koncertu i stacji TVN chcielibyśmy złożyć wyrazy najserdeczniejszego współczucia rodzinie pana Stanisława. Łączymy się w bólu i smutku. To dla nas naprawdę bardzo trudny moment" - mówi. Ten "trudny moment" nie jest już formułą. Widać go w oczach, w tym, jak ktoś odwraca wzrok, jak ktoś inny zaciska dłonie na mikrofonie trochę mocniej niż zwykle. To zdanie nie pasuje do tej przestrzeni. Do światła, które wciąż świeci, do sceny, która jest gotowa na kolejny utwór, do ludzi, którzy jeszcze przed chwilą klaskali. A jednak zostaje wypowiedziane - krótko, bez komentarza, bez próby oswojenia.

Koncert zostaje przerwany.

Przez chwilę nikt się nie rusza. Ale to nie jest cisza po piosence. To cisza, w której ludzie próbują zrozumieć, co usłyszeli. Bo jeszcze kilka godzin wcześniej był tutaj. Na tej scenie. Na próbie. Śpiewał, poprawiał mikrofon, rozmawiał. Miał wyjść. Te słowa zaczynają krążyć natychmiast - najpierw w kulisach, potem między ludźmi, potem już wszędzie. "Miał wyjść". Nie wyszedł. Paulina Krupińska mówi spokojnie, ale wolniej niż wcześniej, jakby każde zdanie ważyło więcej: "Są takie momenty, kiedy brakuje słów. Kiedy łzy spływają do oczu. Ale po takich artystach, jakim był Stanisław Soyka, zostaje muzyka. Artyści, którzy zostali dzisiaj z nami w Operze Leśnej, postanowili oddać mu hołd. Mamy nadzieję, że państwo również przyłączą się do tego pięknego hymnu. To będzie Tolerancja, czyli hymn o miłości i szacunku".

Wtedy dzieje się coś bardzo prostego. Artyści podchodzą bliżej siebie. Nie ustawiają się już "do występu". Stoją obok, trochę ciasno, trochę bez planu. Ktoś poprawia słuchawkę w uchu, ktoś ociera oczy, ktoś patrzy w dół, żeby złapać oddech. Pierwsze dźwięki Tolerancji nie są idealne. Są prawdziwe. Publiczność dołącza nie od razu. Najpierw słucha. Potem pojedyncze głosy. Ktoś śpiewa niepewnie, ktoś zna każdy wers. Telefony, które przed chwilą nagrywały koncert, teraz unoszą się inaczej - nie po to, żeby złapać moment, tylko żeby go zatrzymać. W świetle ekranów widać twarze - skupione, poruszone, czasem zaskoczone własnymi łzami. To już nie jest koncert. To wspólne bycie w czymś, co wydarzyło się za szybko. To nie "genialny numer", tylko gest. Trochę niepewny, trochę poskładany z emocji, które jeszcze nie zdążyły się ułożyć. I może właśnie dlatego prawdziwy. Bo czasem muzyka przestaje być występem. Zostaje tym, czym była na początku - sposobem, żeby coś unieść, kiedy słów już nie wystarcza. Ten wspólny występ - hołd złożony artyście - przecina wieczór na pół. Nie ma muzyki, nie ma dalszego ciągu. Jest cisza, która nie jest ciszą sceniczną. Jest ciszą po czymś, czego nie da się cofnąć.

- Tolerancja miała zamykać cały koncert. Młodsi artyści mieli towarzyszyć Stanisławowi. To miał być wspólny finał - opowiada Grzegorz Betlej. - Po jego śmierci ten plan częściowo pozostał, ale już nic nie było takie samo.

Bo kiedy dotarła wiadomość o śmierci Soyki, wielu artystów nie było w stanie wyjść na scenę. Było bardzo dużo płaczu w garderobach. Ludziom łamał się głos. Nie wszyscy byli w stanie zaśpiewać. Początkowo rozważano nawet, czy Tolerancja nie powinna wybrzmieć wyłącznie instrumentalnie.

- Był taki pomysł, żeby został tylko fortepian - wspomina Betlej. - Potem artyści zaczęli decydować, że jednak wyjdą i zaśpiewają. Wyszli ci, którzy czuli się na siłach.

A za kulisami wydarzyło się coś, czego przez wszystkie lata pracy przy festiwalu nikt nigdy wcześniej nie widział.

- Absolutna cisza. Na takich festiwalach za kulisami jest nieustanny ruch. Ktoś biegnie, ktoś coś mówi, ktoś coś organizuje. A wtedy wszyscy się zatrzymali. Wszyscy - opowiada Betlej. - Przy wyjściu na scenę wiszą dwa telewizory, na których zawsze organizatorzy mają podgląd na to, co dzieje się na scenie. Normalnie nic z nich nie słychać, bo wokół jest taki hałas. A wtedy panowała taka cisza, że słyszeliśmy każde słowo. Staliśmy i patrzyliśmy. Nikt nic nie mówił. W milczeniu oglądaliśmy artystów śpiewających Tolerancję. Dopiero kiedy piosenka się skończyła, ludzie zaczęli wpadać sobie w ramiona. Pojawiły się łzy. Płacz. Wcześniej wszystkich trzymała adrenalina. Ale kiedy wybrzmiała ostatnia nuta, przyszło już tylko poczucie straty. I cisza, której nikt z obecnych tamtego wieczoru nigdy nie zapomni.

Dziś wracają słowa z próby. Te same, które kilka godzin wcześniej wybrzmiały w pustym amfiteatrze, bez świadków, jakby mimochodem.

Życie to krótki sen...

To zdanie nagle przestaje być metaforą. Przestaje być refleksją artysty, jednym z wielu jego lirycznych zdań. Staje się czymś dosłownym. Niewygodnie prawdziwym. Jakby wypowiedzianym z miejsca, którego nie rozumiemy, a które nag­­le nas dosięga. Soyka śpiewał tę piosenkę wcześniej. W innych miastach, na innych scenach. Była częścią jego języka, jego opowieści o świecie. Można ją było usłyszeć, wzruszyć się, zapomnieć, wrócić do niej po czasie. Miała swój kontekst, swoje miejsce. A teraz nie ma już "kontekstu". Teraz słuchamy jej inaczej, bo wiemy więcej. Bo słowo "krótki" przestaje być poetyckie, a zaczyna być konkretne. Bo "sen" nie jest już figurą, tylko czymś, co się wydarzyło naprawdę - bez ostrzeżenia, bez finału, bez ostatniego ukłonu. To nie piosenka się zmieniła. To my się zmieniliśmy wobec niej. Jakby nagle odsłoniła drugie dno, które zawsze tam było, ale którego nie chcieliśmy widzieć. Jakby sens przyszedł dopiero wtedy, kiedy nie było już komu go dopowiedzieć. I może dlatego ta próba wraca dziś z taką siłą. Bo była bez oklasków. Bez publiczności. Bez świadomości końca. Najbardziej prawdziwa. Jakby los pozwolił Soyce powiedzieć wszystko wcześniej, spokojniej, ciszej.

słowa już niepotrzebne,

tylko gest - cisza - i ty...

Zostaje gest. Zostaje cisza. I piosenka, której już nie da się słuchać tak jak kiedyś.

Dalsza część w wersji pełnej