Życie w samotności 2 - Henryk Langner
Kup ebooka
10.10 zł
8.38 zł
(10,10 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Sonia i ja z powrotem w mojej głowie
Wiatr w dłoniach
Wiatr poczułem, rękę miałem.
Czego bym się nie spodziewał.
Pociągnęła mnie - za nią byłem wszędzie.
Inaczej się czułem...
Z dala od śpiewających ptaków.
Nie zauważeni przez nikogo.
W oddali cisza - wokół nas.
Tylko ona i ja.
Tylko ona i ja...
SONIA: Kordian, bardzo cię przepraszam, ale raczej nic z tego nie będzie. Wiem, wszystko o tym, że pragnąłeś, żebym została twoją jedyną dziewczyną, ale to nam niestety nie wyjdzie. Na takie rzeczy trzeba być gotowym, a ja jeszcze nie jestem na to gotowa... by mieć swojego własnego chłopaka. Przepraszam...
- Nic się nie stało...
SONIA: Przepraszam, jeszcze raz bardzo...
Po chwili jeszcze dodała:
- Pa!
- Pa!
Tego samego dnia, mimo że jeszcze parę razy się widzieliśmy, to już ze sobą nie rozmawialiśmy.
Przepraszam inaczej
Przepraszam - wystarczy.
Przecież każdy to zrozumie.
Nikt na ciebie zły nie zostanie.
To może i trudne zadanie,
Ale rzecz to, która przyniesie wiele radości.
Oczywiście, że chodzi o tą miłość jedyną!
Te uczucie było niezwykle silne! Trudno to opisać, nie wiem, jak to wyjaśnić. Ale poczułem pierwsze czucie miłości do Sonii. To się stało od razu, już jak wróciłem do domu! To było coś naprawdę niesamowitego! Nigdy wcześniej się tak nie czułem! Mimo, że Sonia jednak mi odmówiła, to musiałem spróbować jeszcze choćby ostatni raz. Wiedziałem, że drugiej takiej dziewczyny jak ona po prostu nigdy już nie znajdę! Minęła tylko bardzo krótka chwila, a ona już rozpaliła we mnie tak bardzo potężne miłosne uczucie... Dlatego musiałem szybko działać!
Choć zdarzyło mi się to pierwszy raz
Było to coś niezwykłego, jakby nie z tego świata,
To ja już wiedziałem co we mnie wstąpiło...
Niezwykle silne!
Trudne do opisania!
O wyjaśnieniu - wolę mowy nie ma!
Tak jest dla wszystkich.
Lecz co to jest?
Powinien wiedzieć każdy, kto w to poszedł.
Jest to miłość napisana na nowo.
Po raz pierwszy i ostatni.
Już więcej razy się nie zjawi.
Chwila i moment...
Taniec śmierci
Na Westerplatte, niemal tuż morza kiedyś znajdywały się domy jednorodzinne. Każda z zamieszkujących tam rodzin, wybudowała swój dom samodzielnie. Mieszkali tam zwykli ludzie. W jednym domu młoda para, która dopiero co założyła rodzinę wraz z dwójką dzieci, w drugim mieszkała za to starsza dwuosobowa rodzina; Pan Kazimierski oraz Pani Kazimierska. W trzecim zamieszkiwał samotny, bezrobotny pijak. W dalszej części zameldowany był prawnik. Piąty dom należał do księdza proboszcza, który codziennie odprawiał Mszę Świętą w kościółku.
Należy wspomnieć jeszcze o jednej osobie. Ta osoba tam nigdy nie mieszkała, nigdzie nie zamieszkiwała. Tą osobą jest bezdomny Łucjan.
Łucjan, ukończył wszystkie potrzebne szkoły, by zdobyć wykształcenie, o którym marzył. Chciał został fryzjerem. Jego marzenie się spełniło. Założył swój własnym salon fryzjerski i nazwał go "Westerplatte fryzjer". Miał codziennie kilka klientów. Interes kwitł. Po krótce do salonu fryzjerskiego przyszedła piękna Pani Malina. Łucjanowi od razu spodobała się Pani Malina. Malina zażyczyła mieć sobie kręcone włosy. Dla takiej pięknej księżniczki, jak Pani, może być wszystko - powiedział z uśmiechem Łucjan, chciał poderwać Panią Malinę. Po wykonanej usłudze fryzjerskiej, Pani Malina jeszcze bardziej spodobała się Łucjanowi, aż do takiego stopnia, że zapomniał o zapłacie pieniędzy za wykonaną pracę od jego klientki, nie upomniał się. Na szczęście Malina była dobrą dziewczyną i zostawiła na stole trzy złote, zgodnie ze cennikiem. Od tamtej pory Pani Malina przychodziła co tydzień do salonu fryzjerskiego Łucjana, by mieć kręcone włosy. Za czternastą wizytą Maliny u Łucjana, on w końcu zebrał wszystkie siły, by zadać najważniejsze pytanie w swoim życiu. Zapytał się Pani Maliny, czy umówi się z nim na randkę. Malina bez zastanowienia się powiedziała od razu tak. Od tamtej pory Malina pomagała Łucjanowi w fryzjerskim interesie. Między czasie Pani Malina była w ciąży. Obaj byli bardzo szczęśliwi. Niestety podczas ciąży Malina zmarła. Jedynie dziecko przeżyło.
Mały malec został nazwany, tak jak chciała Malina, czyli Krzysiek. Każdego dnia Łucjan ciężko pracował, by móc pomóc swojemu dziecku, wykształcić go, ubrać i wykarmić. Praca w salonie fryzjerskim okazała się mało przychodowa, dlatego Łucjan zaczął chodzić również do drugiej pracy. Dorabiał jako ochroniarz obiektu sklepowego. Mały Krzysztof każdym następnym rokiem rósł. Łucjan, gdy Krzysztof miał trzydzieści lat, poszedł do notariusza i zapisał swojemu synowi cały dom w spadku. Po podpisie, na testamencie Krzysztof wyrzucił swojego tatę z domu. W końcu to już nie był dom Łucjana, tylko Krzysztofa. Łucjan został wyrzucony z domu, tak samo ubrany jak wtedy stał ubrany w pokoju swojej byłej żony, Maliny. Zdążył wziąć tylko jej zdjęcie ze sobą. Od tamtej chwili Łucjan podróżował po Polsce w samych kapciach na swoich nogach i zdjęciem swojej ukochanej Maliny. Powtarzał sobie przez całe życie jako bezdomny, że te zdjęcie go uratowało. Z Gdańska przemaszerował w kapciach na Westerplatte.
Na Westerplatte często mieszkał u księdza, z którym uwielbiał grać w karty. W domu księdza chronił się tylko przed zimnem. Jako bezdomny człowiek przeżył aż 3 457 dni. Łucjan liczył każdy dzień ze łzami w swoich oczach, patrząc się na zdjęcie Maliny. Dożył sześćdziesięciu swoich lat. Zginął 1 września 1939 roku, na Westerplatte od niemieckich pocisków wystrzelonych w domy jednorodzinne przez niemiecką marynarkę wojenną. Siedział wówczas na schodach domu, w którym często bywał, czekając na proboszcza.