Marsha Linehan osobiście wyleczyła wielu pacjentów, ale jej pierwszy przypadek był najtrudniejszy. Była to sprawiająca problemy dziewczyna z zaburzeniami, która od ponad dwóch lat przebywała w szpitalu, przez większą część tego czasu odizolowana od innych. Jej życie ograniczało się do kolejnych prób samookaleczeń, poczynając od przypalania, cięcia, uderzania głową o ścianę, aż po próby samobójcze. Ani olbrzymie dawki wszelkich możliwych leków - oddzielnie i w kombinacjach - ani próby terapii elektrowstrząsami nie dały żadnych rezultatów. Wydawało się też, że nie można skorzystać z psychoterapii, bo dziewczyna była tak wściekła i nieufna. Jej dokumentacja pokazuje, jak bardzo bezradni, sfrustrowani i źli byli z jej powodu pracownicy szpitala. Uznano ją w końcu za nieuleczalnie chorą i bez skrupułów zwolniono do domu.
Jednak jej losy potoczyły się inaczej, niż można się tego spodziewać. Ta dziewczyna z zamętem w głowie wyrosła na kobietę sukcesu i została psychoterapeutką oraz badaczką, a także wynalazła niezwykłą terapię behawioralną, która pomogła setkom tysięcy ludzi na całym świecie. Chodzi oczywiście o Marshę Linehan. To ona odkryła, jak można wyjść ze strasznej choroby, tak by innym też wskazywać tę drogę. Udało jej się znaleźć praktyczne sposoby na to, jak hamować swoje autodestrukcyjne i prowokacyjne zachowania, a następnie opracować je teoretycznie i zacząć upowszechniać.
Niewiele osób znało przeszłość Marshy przed tym, jak zdecydowała się o niej opowiedzieć parę lat temu w trakcie ważnego wystąpienia, opisanego później w "New York Timesie". Wymagało to wielkiej odwagi, gdyż musiała wyjawić najbardziej bolesne i intymne szczegóły dotyczące jej życia, takie, które zwykle chcemy zapomnieć albo przynajmniej zachować dla siebie. Mój olbrzymi już wówczas podziw wzrósł jeszcze po tym zdarzeniu. Marsha nigdy nie należała do osób bojaźliwych, a to odważne wystąpienie wyzwoliło ją nie tylko w sensie osobistym, ale też, co ważniejsze, było wyzwalające dla wielu, którzy cierpieli, cierpią lub będą cierpieć z powodu tej choroby. Okazało się bowiem, że zawsze jest nadzieja - nawet w tych pozornie "nieuleczalnych" przypadkach. Marsha nie tylko potrafiła doradzać innym, ale też sama wyszła z choroby. Pokazała pacjentom i terapeutom, że nigdy nie wolno się poddawać, nawet jeśli wydaje się, że jesteśmy skazani na wyjątkowo ponurą przyszłość.
Jej metoda nosi nazwę: terapia dialektyczno-behawioralna (DBT). DBT daje dobre rezultaty w przypadku osób z tendencjami samobójczymi i autodestrukcyjnymi oraz cierpiących na zaburzenie osobowości z pogranicza (okropna nazwa, ale wygląda na to, że się przyjęła). Chodzi o osoby, które bardzo cierpią, ale też wywołują wiele cierpień w swoim otoczeniu, jeśli chodzi o rodzinę, przyjaciół, a także terapeutów. To one mają największy wskaźnik samobójstw i prób samobójczych. Często też ich złożone, nieprzewidywalne, a także emocjonalnie i fizycznie gwałtowne reakcje wywołują konsternację wśród terapeutów.
Przed tym, jak Marsha opracowała DBT, terapeuci często rezygnowali z pacjentów, którzy nie rokowali nadziei, a ci zwykle kończyli w szpitalach lub kostnicach. Trudno było za maską smoka znaleźć cierpiącą księżniczkę. Na szczęście tak już nie jest. W ciągu ostatnich dwudziestu lat około dziesięciu tysięcy terapeutów odbyło szkolenia z DBT, dzięki czemu mogło pomóc setkom tysięcy ciężko doświadczonych pacjentów oddziałów psychiatrycznych. A w 2011 roku magazyn "Time" uznał tę terapię za jedną ze stu najważniejszych pomysłów naukowych naszych czasów.
W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat mieliśmy tylko dwoje klinicznych rewolucjonistów w dziedzinie zdrowia psychicznego. Pierwszy to Aaron "Tim" Beck, który opracował terapię poznawczą w latach sześćdziesiątych. A drugą jest Marsha. Zaś to, że wyróżniła się w do niedawna zdominowanej przez mężczyzn psychiatrii, stanowi świadectwo nie tylko jej intelektu, ale też determinacji, by pokonać wszelkie przeszkody.
A było ich całkiem sporo. Poznałem Marshę na początku lat osiemdziesiątych, kiedy byłem członkiem komitetu Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego, który decydował o subsydiowaniu badań psychoterapeutycznych. Badania nad zaburzeniem osobowości z pogranicza, borderline personality disorder (BPD) trudno tak naprawdę wypromować. Ich potencjalne wady dają ich przeciwnikom pretekst do sprzeciwu. Tak też się stało w przypadku projektu Marshy. Ale ona nie poddała się i wciąż przedstawiała coraz ciekawsze propozycje, tak że w końcu przekonała nawet najbardziej zatwardziałych oponentów.
Wiele osób ma dobre pomysły, ale brakuje im czegoś, co pozwala wcielić je w życie. Ale Marshy nie brakuje charyzmy, energii, zaangażowania czy umiejętności, by dopiąć swego.
W pierwotnych mitach bohaterowie muszą zejść do podziemnego świata, gdzie poddawani są najtrudniejszym próbom przed podjęciem zadania swego życia. Kiedy je wykonają, wracają do rodzinnych krajów, niosąc sekret nowego życia. Marsha musiała zejść do świata, w którym bez wsparcia bliskich poznawała swe mroczne tajemnice, ale powróciła, niosąc pomysły na to, jak zamienić koszmar w życie warte przeżycia.
Dziękujemy Ci, Marsho, za to, że zawsze byłaś sobą i miałaś tyle odwagi, by podzielić się swoją historią i mądrością, którą osiągnęłaś dzięki cierpieniu, poszukiwaniom i miłości.
dr Allen Frances, prof. em.
Instytut Psychiatrii i Nauk Behawioralnych,Uniwersytet Duke'a