TYLKO W GÓRĘ
W zespołach znali się świetnie - wspinasz się z tym, komu ufasz - ale wszyscy, całą ósemką, spotkali się dopiero na dworcu w Polsce, by niedługo potem pożegnać się na polanie Tapovan (4400 m). Ostatnią wspólną noc trzy teamy spędziły 26 września. Życzyli sobie wzajemnie powodzenia. Wymienili serdeczne uściski. Myśleli, że spotkają się dopiero w kraju, bo Grzesiek i Łukasz planowali swój powrót tydzień wcześniej od pozostałych. Zostali na tej polanie. Dzień później stanęła druga baza - Sundervan (4530 m).
Janusz, Kacper i Andrzej mieli w planach przejście Filaru Boningtona. Pokrzyżował je spory serak, zdecydowali więc, że wybiorą nieznacznie trudniejszą, za to bezpieczniejszą drogę japońską na południowo-wschodniej ścianie Shivlingu.
Maciej z Pawłem i Piotrem też mieli już wyznaczony swój cel wspinaczkowy - dwadzieścia dwa kilometry dalej, w rejonie lodowca Swachand Bamak, trafili na dziką dolinę i dziewiczy szczyt Pt. 6702, który ich zachwycił. Plany zakładały wytyczenie na nim nowej drogi. Dwa dni nosili tam sprzęt, aż założyli bazę wysuniętą. Gdyby się do niej przenieśli, nie mieliby z pozostałymi kontaktu radiowego. Szóstego października wrócili więc do bazy Tapovan. Postanowili spędzić jeszcze jakiś czas na kwiecistych łąkach. Jak mówili, na wszelki wypadek utrzymywali stałą łączność między zespołami.
Siódmego października w północną ścianę Shivlingu weszli Łukasz i Grzesiek. O takim podłożu mówi się wodny lód, w tym miejscu miał sześćdziesiąt do osiemdziesięciu stopni nachylenia. Ruszyli trudnym terenem, który sto metrów dalej, patrząc w prawo, przechodził w znacznie łagodniejszy śnieżny stok o nachyleniu trzydziestu stopni. Dlaczego więc nie poszli tamtędy? Już na etapie planowania przejścia, po konsultacjach z zespołami, które wspinały się drogą czeską, obawiali się dużego zagrożenia lawinami w tej części ściany. Zdecydowali się atakować tą trudniejszą drogą. Pierwszego dnia pokonali ledwie trzysta metrów. Na wysokości pięciu tysięcy dwustu metrów rozbili wygodny biwak i stamtąd nawiązali łączność radiową z bazą. Zespół z Sundervan był zaskoczony tym, że Łukasz i Grzesiek znajdują się wciąż tak nisko. Nadrobili to nazajutrz. Czuli się świetnie i parli w górę aż do pięciu tysięcy dziewięciuset. Trzeciego dnia, 9 października, dotarli o całe pięćset metrów wyżej, ale zaczęła pogarszać się pogoda. Pojawiły się przelotne, jednak dość intensywne opady konwekcyjne, związane z ruchem pionowym powietrza w górach. Powtarzały się regularnie, rano i po południu. Przed Łukaszem i Grzegorzem malował się niewdzięczny biwak na wysokości powyżej sześciu tysięcy metrów.
Kiedy o osiemnastej łączyli się z bazą Sundervan, Grzegorz raportował, że znów sypie, a kominem płynie szeroka rzeka śniegu. Zdecydowali się trawersować w prawo w kierunku grani północno-zachodniej, by zejść z jej toru. Grzegorz narzekał też na problemy z asekuracją. Musieli pokonać skalne płyty przysypane miałkim śniegiem o konsystencji cukru. Z dołu Paweł Karczmarczyk zdecydowanie sugerował im powrót do linii drogi. Gdy trzy godziny później łączyli się z nim ponownie, byli w linii, ale w miejscu, do którego doszli, stromizna uniemożliwiała wykopanie jamy śnieżnej. Nachylenie sięgało siedemdziesięciu stopni. O tym, że w tej części ściany nie ma dobrych miejsc na biwaki, wiedzieli już od Czechów, którzy zdobywając szczyt, musieli przetrwać do rana, stojąc w uprzężach. Biwaki Polaków i Czechów znajdowały się, z wyłączeniem pierwszego, na podobnych wysokościach.
Do wymiany zdań tamtego wieczoru włącza się Maciek Ciesielski, starając się nakłonić zespół do odwrotu zjazdami. Uniemożliwiają to słabe warunki lodowe - brzmi zgodna odpowiedź wspinaczy. Paweł Karczmarczyk sugeruje, że nie da się zrobić przejścia w takich warunkach. Zespół Janusza i Kacpra, nie zdobywszy szczytu, już rozpoczął zjazdy z południowej ściany Shivlingu. Paweł pyta ich jeszcze o to, jak się czują czy mają odmrożenia, i radzi, by mimo wszystko nie biwakowali na stojąco, ale wykopali niewielkie półki i spali z nogami w plecakach.
Zapada noc. Sezon jesienny w Himalajach oznacza zimno. Tam nawet za dnia było lodowato. Słońce z rzadka dzieliło się ciepłem ze wspinaczami. Temperatury na północnej ścianie Shivlingu są niższe niż na południowej, a wtedy nocami spadały do minus dwudziestu stopni. Biwak był podły i mróz kąsał. O tym, żeby wygodnie usiąść, nie mogło być mowy, a co dopiero, żeby się położyć. Każdy, kto ma za sobą podobne doświadczenie, wie, że podczas takiej nocy liczy się każdą godzinę do świtu.
Po wieczornym łączeniu na Sundervan odbyła się narada. Jeden zespół się wycofuje, drugi ma przed sobą trudny biwak, a oni - Paweł Karczmarczyk, Maciej Ciesielski i Piotr Sułowski - zamierzali opuścić nazajutrz bazę i ruszyć w kierunku swojej ściany. W tej sytuacji jednak decydują się na przełożenie wyjścia o dzień. Chcą być gotowi do udzielenia pomocy w razie takiej potrzeby. Sytuacja jest dynamiczna, kładą się pełni obaw. Tymczasem w trakcie porannego łączenia 10 października Grzegorz i Łukasz relacjonują, że co prawda spędzili biwak na stojąco, nie zmrużyli oka, są zmęczeni, ale teraz już spoglądają wyłącznie w górę, w kierunku komina. Na propozycję bazy, że chłopaki wyjdą im naprzeciw, Grzegorz reaguje zdziwieniem. Przez moment naradza się z Łukaszem i odpowiada za obu, że nie zamierzają w tym momencie podejmować próby wycofania się ze ściany. Dziękuje Pawłowi Karczmarczykowi, z którym rozmawia przez radiotelefon, za proponowane wsparcie. Zespół z polany może spokojnie ruszać w kierunku bazy pod ich drogą na dziewiczy Pt. 6702, ich team kontynuuje wspinanie. Paweł słucha i decyduje, że całym zespołem zostaną jednak na Sundervan, stanowiąc zabezpieczenie ewentualnej akcji ratunkowej. Tak kończą tę rozmowę.
Po ciężkiej nocy dwójka wspinaczy wyrywa w górę. Południe zastaje ich jeszcze pod kluczowymi trudnościami komina. Mimo to Grzegorz w trakcie łączenia jest pełen optymizmu. "Nie wygląda źle" - mówi do bazy. Rozłączają się, a potem na długie godziny zapada cisza. Słyszą się ponownie dopiero o dziewiątej wieczorem. Grzegorz brzmi słabo, choć na pytanie o samopoczucie rzuca krótkie: "W porządku".
Janusz Gołąb: "Pamiętam wieczorny kontakt przed feralnym dniem. Paweł Karczmarczyk rozmawiał z Grzegorzem Kukurowskim - miał bardzo słaby głos". Zaniepokojony tym Janusz Gołąb skomentował wtedy: "Paweł, on ma głos, jakby był na ośmiu tysiącach, a nie na sześciu trzysta".
Karczmarczyk poprosił więc do radiotelefonu Łukasza, a on czystym, spokojnym i świeżym głosem zapewnił ich, że biwak mają dobry, teren nad nimi wygląda już znacznie łatwiej. Oszacował osiągniętą wysokość na sześć tysięcy czterysta metrów. Wszystko jest w zupełnym porządku i jutro idą na szczyt.
Nazajutrz, 11 października, o dziewiątej rano, na dwie godziny przed ustalonym terminem kolejnego łączenia, znów usłyszeli Łukasza: "Mayday! Ratujcie!" - jego głos w słuchawce wibrował emocjami.
"Mayday", tego słowa się nie nadużywa. Na morzu czy w górach jest komunikatem o bezpośrednim zagrożeniu życia. Życie Grześka tam na wysokości było zagrożone. Obudził się skołowany. Nie potrafił policzyć palców u rąk. Godzinę później stracił przytomność. Łukasz, relacjonując stan partnera, nie panikuje, ale jest mocno zdenerwowany. Wszystkie zespoły naradzają się błyskawicznie. Przy podejrzeniu obrzęku płuc czy mózgu szansę na przeżycie daje natychmiastowe obniżenie wysokości. Ale Łukasz sam nie sprowadzi Grzegorza w trudnym terenie. Na polecenie Pawła podaje mu dexametazon, syntetyczny hormon steroidowy, który działa przeciwobrzękowo. Trwa to chwilę, przed zrobieniem zastrzyku musiał jeszcze ogrzać kompletnie zamarzniętą ampułkę z lekarstwem. I stara się go poić. Przyjmowanie płynów na tych wysokościach jest również ważne, ale Grzesiek nie jest już w stanie pić. Cokolwiek wtedy Łukasz wlał mu do ust, zaraz zwracał. Tracili go.
Grzegorz Kukurowski, wysportowany czterdziestolatek, w ciągu osiemnastu lat swojego wspinania pokonał niejedną wymagającą drogę. Zaczynał w polskich i słowackich Tatrach. Sporo czasu spędził w Alpach. Wiele razy wspinał się w zespole z Łukaszem Chrzanowskim. Razem zrobili Drogę Schmidtów na północnej ścianie Matterhornu (4478 m), Supercouloir Direct na Mont Blanc du Tacul czy liczącą tysiąc metrów Eugster Direct na północno-zachodniej ścianie Aiguille du Midi. Kukurowski wyjeżdżał też w Karakorum i Himalaje. Był w zespole, który w 2008 roku zaliczył pierwsze polskie wejście na Nirekhę (6159 m). Uczestniczył również w wyprawie na siedmiotysięcznik Pumori (7161 m). Wycofał się wtedy, posłuchał głosu rozsądku i zrezygnował z ataku szczytowego - nie każdy to potrafi. A teraz zasłabł na Shivlingu.
Łukasz zdecydował się zaporęczować trawers w lewo do - w jego ocenie - łatwiejszego terenu, którym można by dotrzeć do Grzegorza od strony wierzchołka. Działał z myślą o zorganizowaniu dla niego pomocy.
W południe sprawdziły się te najgorsze z rokowań. "Nie czuję tętna" - słyszą w radiotelefonie przejęty głos Łukasza i już wiedzą, że Grzegorz nie żyje.
Dlaczego Grzesiek stracił przytomność? Może miał niezaleczoną infekcję, był po grypie, osłabiony albo ujawniła się jakaś jego wada wrodzona. Nie wiadomo, co wywołało ten brak adaptacji do warunków panujących na wysokości. To nie pierwszy taki wypadek, którego nie sposób wyjaśnić. W 1982 roku na stokach K2 zmarła we śnie, bez jakichkolwiek wcześniejszych oznak choroby wysokościowej, Halina Krüger-Syrokomska. W 2011 roku Bernadeta Szczepańska, jedna z uczestniczek kobiecej wyprawy w Karakorum Centralne, zmarła w nocy w swoim namiocie w bazie rozbitej wcale nie tak wysoko - powyżej czterech tysięcy metrów. Jedenastego października stracił przytomność i już jej nie odzyskał Grzegorz Kukurowski. Ale w ścianie zostawił partnera. Łukasz Chrzanowski został sam na wysokości ponad sześciu tysięcy metrów i teraz to on potrzebował pomocy. Nikt nie musi pytać, co czuje wspinacz, któremu partner właśnie zmarł w ścianie. Nikt nie chce tego wiedzieć. To skrajny stres. O tym nie rozmawiali, emocje trzeba było trzymać na wodzy. Ustalili, że Łukasz spróbuje wejść na szczyt. Zdobywali go z Grześkiem w stylu alpejskim, nie poręczowali drogi, nie zakładali obozów. Szli od biwaku do biwaku, na lekko, z minimalną ilością sprzętu. Przy takim stylu wspinania nie sposób szybko i w miarę bezpieczny sposób wycofać się ze ściany. Wspinacze wiedzą, że takie wejście na ścianę śnieżno-lodową jest niczym bilet w jedną stronę. Można oczywiście powalczyć o wycofanie się, ale jest to zdecydowanie trudniejsze, niż gdyby przyszło mierzyć się ze skałą.
Poradzili mu więc, żeby się wspinał. To było najrozsądniejsze. Zostało jakieś dwieście, może nawet i sto pięćdziesiąt metrów do łatwiejszego terenu. Schodziłby wtedy drugą, bezpieczniejszą do pokonania stroną. Wymieniają kilka ważnych zdań o sprzęcie. Łukasz ma tylko jedną żyłę liny połówkowej. Drugą przywiązany jest do stanowiska Grzegorz. To delikatny temat, ale Paweł instruuje Łukasza, by odciął tę drugą linę i zabrał. Musi teraz myśleć o sobie. Nie odpowiedział na to. Ich pożegnanie było krótkie: "To idę" - trzask ukaefki i Łukasz ruszył. Wykonywał zadanie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI