Życzenie. Biblioteczka Przygody. Disney - Erin Falligant

Kup ebooka

22.50 zł
19.13 zł (17,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W przy­tul­nej chatce ukry­tej w sercu lasu sie­dem­na­sto­let­nia Asha poma­gała dziad­kowi zało­żyć pele­rynę. Zapi­na­jąc mu guzik pod szyją, zaczęła snuć opo­wieść o Rosas, pięk­nym miej­scu, które było ich domem.

- Dawno, dawno temu - zaczęła - na odle­głej wyspie ist­niało magiczne kró­le­stwo, któ­rego twórca i władca miał moc speł­nia­nia życzeń. Ludzie przy­by­wali tam ze wszyst­kich krań­ców świata i osie­dlali się w nadziei, że i ich marze­nia w końcu staną się rze­czy­wi­sto­ścią.

Asha miała już wiele oka­zji widzieć, jak król Magni­fico speł­nia życze­nia - co mie­siąc odby­wała się spe­cjalna cere­mo­nia, pod­czas któ­rej jeden szczę­śli­wiec otrzy­my­wał to, czego naj­bar­dziej pra­gnął. Lecz dziś dziew­czyna myślała tylko o jed­nym życze­niu i jed­nym czło­wieku, do któ­rego życze­nie to nale­żało: swoim uko­cha­nym dziadku Sabi­nie.

- I nikt nie miał wąt­pli­wo­ści - cią­gnęła opo­wieść - że ist­nieje ktoś, kto naj­bar­dziej na świe­cie zasłu­guje na to, by speł­niło się jego życze­nie... To mój dzia­dek - naj­wspa­nial­szy, naj­cu­dow­niej­szy, naj­przy­stoj­niej­szy dżen­tel­men, który koń­czy dziś równe sto lat! - dokoń­czyła ze swadą.

Coś poru­szyło się za jej ple­cami. Młody kozio­łek w żół­tej piża­mie zaczął gra­mo­lić się na półkę, lecz Asha ledwo zwró­ciła na niego uwagę, zbyt zajęta zapi­na­niem ostat­nich guzi­ków dziad­ko­wej pele­ryny. Na koniec pod­nio­sła lusterko i przy­trzy­mała je, by sta­ru­szek mógł się w nim przej­rzeć.

Sabino uśmiech­nął się do swo­jego odbi­cia, a w oczach ukry­tych pod kęp­kami siwych brwi, rów­nie krza­cza­stych jak jego czu­pryna, poja­wił się błysk.

- A do tego wciąż mam wszyst­kie ulu­bione zęby - pochwa­lił się.

Asha par­sk­nęła śmie­chem i się­gnęła po skó­rzaną torbę, do któ­rej wsu­nęła swój nie­od­łączny szki­cow­nik.

- To nie może być przy­pa­dek, że król zapla­no­wał cere­mo­nię życzeń wła­śnie na dziś - stwier­dziła z prze­ko­na­niem. Wie­działa, jak bar­dzo Sabino pra­gnie, by jego marze­nie się speł­niło.

Stuk­nął teraz knyk­ciami w głowę, żeby odpu­kać.

- Oj, bo przyj­dzie pech - mruk­nął - i skoń­czy się śmiech.

- Nie wygłu­piaj się, dziadku - żach­nęła się Asha. - Dziś twój wielki dzień. Czuję to - dodała roz­pro­mie­niona i poca­ło­wała Sabina w poli­czek.

- Cóż, wiesz, co mówią - odparł sta­ru­szek. - Wszystko jest moż­liwe...

W tym momen­cie do izby weszła mama Ashy, Sakina, z koszem przę­dzy.

- ... w Kró­le­stwie Życzeń! - dokoń­czyli we troje.

Sakina zaśmiała się, a czarne loki wymy­ka­jące się spod jej lawen­do­wej chustki zatań­czyły, gdy rozej­rzała się dokoła.

- A gdzie Valen­tino?

Asha i Sabino odwró­cili się, by spoj­rzeć na wiszące na ścia­nie półki, gdy Valen­tino wła­śnie kozioł­ko­wał z naj­wyż­szej z nich pro­sto do kosza Sakiny.

- Ach, tu jesteś! - rzu­ciła kobieta ze śmie­chem.

Asha wycią­gnęła ręce po koziołka, który pro­te­sto­wał ochry­płym mecze­niem.

- Wybacz, nie mówię po koziemu - tłu­ma­czyła, ostroż­nie sta­wia­jąc Valen­tina na pod­ło­dze, lecz ten natych­miast wdra­pał się na gzyms kominka.

- Pomo­żesz mi przy tor­cie dla dziadka? - zwró­ciła się do córki Sakina.

- Oj, nie mogę. Pro­wa­dzę wycieczkę - odparła szybko Asha, która w Rosas miała spe­cjalne zada­nie. Gdy zja­wiali się w nim tury­ści, opro­wa­dzała ich po kró­le­stwie. - A potem... eee... poma­gam Dah­lii - bąk­nęła nie­wy­raź­nie, pozwa­la­jąc kur­ty­nie ciem­nych war­ko­czy­ków opaść na twarz, żeby scho­wać się przed spoj­rze­niem mamy. Asha rze­czy­wi­ście zamie­rzała wybrać się do zamku, gdzie pra­co­wała jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, ale by­naj­mniej nie po to, żeby jej poma­gać. Była umó­wiona na pewne spo­tka­nie, o któ­rym nie mogła powie­dzieć rodzi­nie... przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz. - No wła­śnie, więc...

- Jakoś dziw­nie to mówisz. - Mama zmru­żyła oczy i wzięła się pod boki. Coś podej­rze­wała.

- To zna­czy jak? - spy­tała Asha nie­win­nie.

- Co ty znowu knu­jesz? - odpo­wie­działa pyta­niem Sakina, celu­jąc w córkę pal­cem.

Asha wzru­szyła ramio­nami.

- Niby skąd taki pomysł?

- Bo dobrze wiem, co to zna­czy, gdy tak zawie­szasz głos - odparła Sakina.

- Cóż, doj­rze­wam - odparła Asha wymi­ja­jąco. - A razem ze mną moja elo­kwen­cja. - Dała mamie szyb­kiego całusa.

- Asha... - pró­bo­wała jesz­cze zagaić Sakina.

- Nie mam czasu na poga­du­chy - ucięła dziew­czyna. - Spóź­nię się. Widzimy się na cere­mo­nii życzeń! - rzu­ciła jesz­cze przez ramię i wybie­gła na dwór.

Pomknęła w dół zbo­cza w kie­runku zamku, a Valen­tino dep­tał jej po pię­tach. Do portu wła­śnie zawi­nął sta­tek i na pomo­ście zaczy­nali się już tło­czyć tury­ści.

Asha minęła znak z napi­sem "WITAMY W ROSAS!".

- Jestem. Już jestem - wysa­pała. - Sekundkę. Daj­cie mi ode­tchnąć. - Po czym przy­wi­tała gości w kilku języ­kach, tak by wszy­scy poczuli się kom­for­towo: - Hola! Sza­lom! Salam! Wszy­scy gotowi?

Dziew­czyna popro­wa­dziła grupę przez wielki łuk bramy. Idąc główną aleją w stronę zamku, mijali uśmiech­nię­tych od ucha do ucha pie­ka­rzy, kwia­cia­rzy i muzy­ków. Valen­tino wsko­czył na kamienny murek, żeby lepiej widzieć.

Tury­ści sze­roko otwar­tymi oczami patrzyli na zado­wo­lo­nych miesz­kań­ców mia­sta, któ­rych naj­skryt­sze pra­gnie­nia za sprawą króla Magni­fica stały się rze­czy­wi­sto­ścią. Jak wyja­śniła im Asha, speł­nić się mogło d o w o l n e życze­nie - nie­ważne, czy marzyło się o tym, by zostać uta­len­to­wa­nym tan­ce­rzem, mieć dłu­gie bujne włosy czy wybrać się w podróż kosmiczną.

Asha przy­sta­nęła, żeby zapre­zen­to­wać nie­zwy­kłe owoce i kwiaty, które można było spo­tkać wyłącz­nie w Rosas - one także były efek­tem speł­nio­nego życze­nia. W końcu otwo­rzyła bogato zdo­bione wrota, które pro­wa­dziły na tęt­niący życiem bazar.

Przy­by­sze z zachwy­tem wpa­try­wali się w prze­piękny zamek i cho­rą­gwie, na któ­rych wid­niała podo­bi­zna przy­stoj­nego męż­czy­zny. To wła­śnie on, król Magni­fico, wiele lat temu zało­żył mia­sto Rosas. Dziew­czyna nie omiesz­kała dodać cze­goś, co wyda­wało się oczy­wi­ste: władca był hoj­nym i potęż­nym cza­ro­dzie­jem.

- Takiemu to nie odmó­wi­ła­bym całusa - rzu­ciła jakaś turystka, wdzię­cząc się do posągu króla.

- Ojeja - mruk­nęła Asha pod nosem.

Zwró­ciła uwagę opro­wa­dza­nych przez sie­bie gości na spek­takl teatrzyku lalek przed­sta­wia­jący spo­sób, w jaki doko­ny­wało się speł­nia­nie życzeń: po ukoń­cze­niu osiem­na­stu lat każdy miesz­ka­niec Rosas prze­ka­zy­wał swoje życze­nie kró­lowi pod­czas spe­cjal­nej cere­mo­nii.

- Czy to boli? - spy­tał ktoś.

- Pew­nie tro­chę się pła­cze, co? - dodał ktoś inny.

Asha zapew­niła tury­stów, że prze­ka­zy­wa­nie życzeń to ope­ra­cja cał­ko­wi­cie bez­bo­le­sna. Wszy­scy, któ­rzy oddali kró­lowi swoje marze­nie, zro­bili to chęt­nie i wcale za nim nie tęsk­nili. Bo zupeł­nie go nie pamię­tali! A do tego mogli mieć pew­ność, że władca czuwa nad ich życze­niami, strzeże ich swo­imi magicz­nymi mocami i każ­dego mie­siąca wybie­rze kolejną szczę­śliwą osobę, któ­rej marze­nie po pro­stu się ziści.

Dziew­czyna pro­wa­dziła wycieczkę w stronę mostu, z któ­rego roz­cią­gał się widok na port. Gdy się zatrzy­mali, żeby go popo­dzi­wiać, Asha z prze­ko­na­niem oświad­czyła, że w Rosas wszystko jest moż­liwe. Choć sama nie oddała jesz­cze swo­jego marze­nia kró­lowi, wie­działa, że gdy nadej­dzie ta chwila, będzie mogła sobie zaży­czyć naprawdę cze­go­kol­wiek.

Zbli­żał się kul­mi­na­cyjny punkt pro­gramu; Asha dała sygnał Valen­ti­nowi. Kozio­łek dys­kret­nym kop­nia­kiem prze­su­nął dźwi­gnię i w jed­nej chwili na stop­niach scho­dów roz­wi­nął się dywan, a nad gło­wami zebra­nych pod­niósł obłok kon­fetti.

Tury­ści wydali zgodny okrzyk zachwytu.

- Chciał­bym tu miesz­kać! - wes­tchnął wysoki męż­czy­zna.

- Naprawdę po wypo­wie­dze­niu życze­nia cał­kiem się je zapo­mina? - spy­tała kobieta podró­żu­jąca z córką.

- Puść marze­nie w zapo­mnie­nie! - odpo­wie­działa Asha. - To takie nasze powie­dzonko.

- Też chcę wypo­wie­dzieć życze­nie! - wykrzyk­nęła córka kobiety.

- A ja spo­tkać króla! - wtrą­ciła turystka, która wcze­śniej omdle­wała przy posągu władcy.

- Macie szczę­ście - odparła na to Asha. - Bo cere­mo­nia życzeń odbę­dzie się dziś wie­czo­rem! Wszy­scy są zapro­szeni. No dobrze, kto zgłod­niał?

Jak na sygnał zja­wili się kel­ne­rzy nio­sący tace pełne pie­czywa, owo­ców, mięs i dese­rów.

- Dzię­kuj­cie Maria­nie, sze­fo­wej kuchni - rzu­ciła Asha. - Tak się składa, że życzyła sobie zostać naj­lep­szą kucharką na świe­cie!

- Palce lizać! - zachwy­cił się ktoś.

Tury­ści stło­czyli się wokół prze­ką­sek, a Asha wyko­rzy­stała ten moment, żeby się odda­lić.

- Smacz­nego! - krzyk­nęła na poże­gna­nie i potruch­tała w stronę zamku.

Do jej arcy­waż­nego spo­tka­nia zostało nie­wiele czasu. Tym razem nie mogła się spóź­nić.

Rozdział 2

Asha wbie­gła do zam­ko­wej kuchni z Valen­ti­nem u boku. Na pół­kach pię­trzyły się tu bochenki chleba i pięk­nie zdo­bione cia­sta. Dah­lia w czy­stym czer­wo­nym far­tu­chu i oku­la­rach z dru­cia­nymi opraw­kami na nosie zagnia­tała cia­sto na kuchen­nym bla­cie. Skoń­czyła dopiero szes­na­ście lat, ale w sztuce cukier­nic­twa nie miała sobie rów­nych.

- No hej, cześć, się masz, naj­lep­sza przy­ja­ciółko i fon­tanno zdro­wego roz­sądku! - Asha przy­wi­tała się poto­kiem słów, czu­jąc na widok kole­żanki nie­wy­po­wie­dzianą ulgę. - Roz­mowa już za godzinę. Trema tak mnie zżera, że zaraz zosta­nie ze mnie ogry­zek. - Jakby na dowód tego zaczęła krą­żyć nie­spo­koj­nie wokół kuchen­nego stołu.

Wła­śnie to tajne spo­tka­nie chciała ukryć przed rodziną: sta­rała się o posadę uczen­nicy króla. I potwor­nie się dener­wo­wała!

- Roz­mowa? - powtó­rzyła Dah­lia, ucie­ra­jąc zioła w moź­dzie­rzu. - Jaka roz­mowa?

- Dah­lia! - fuk­nęła Asha. Nie wie­rzyła, że przy­ja­ciółka żar­tuje w takiej chwili.

- Ahaaa, cho­dzi o roz­mowę z naszym kocha­nym i milu­sim jak puchaty kotek kró­lem - pod­jęła Dah­lia roz­ma­rzo­nym tonem i uśmiech­nęła się sze­roko.

- Pro­szę cię, nie mów tak.

- Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka uczen­nicą króla - zaćwier­kała Dah­lia. - Będę sławna.

- Język koł­kiem mi staje - rzu­ciła zroz­pa­czona Asha. - Nie pamię­tam ani jed­nego słowa. Opada mi warga? - Mówiąc to, pod­cią­gnęła sobie kącik ust.

- Tylko kiedy cią­gniesz ją w dół - odparła Dah­lia. - Wypij to. Róża z lawendą. Koi nerwy. - Podała Ashy kubek.

Asha wzięła łyk, pod­czas gdy jej roz­bie­gany wzrok wędro­wał po całej kuchni.

- Szybko - powie­działa, prze­łknąw­szy napar. - Zadaj mi jakieś zawo­dowe pyta­nie.

- Dobra. - Dah­lia zamy­śliła się na chwilę. - Co jest twoją naj­więk­szą sła­bo­ścią?

- Sła­bo­ścią? - powtó­rzyła Asha. - Eee... Gdy zżera mnie trema, zaczy­nam zacho­wy­wać się irra­cjo­nal­nie.

- Nie, nie - popra­wiła ją Dah­lia. - Za bar­dzo się trosz­czysz.

- Naprawdę? - zdzi­wiła się Asha. - A to wada?

- Wła­śnie dla­tego to naj­lep­sza odpo­wiedź - oświad­czyła Dah­lia z dumą. - Nie ma za co.

- Rany, zaraz zwy­mio­tuję - mruk­nęła Asha.

Dah­lia pospiesz­nie prze­su­nęła miskę z cia­stem z dala od przy­ja­ciółki.

- Tu jest kuch­nia, nawet tak nie żar­tuj - powie­działa. - Spo­koj­nie. Jesteś wśród przy­ja­ciół.

"Naprawdę?", odparła Asha w myślach i rozej­rzała się po pomiesz­cze­niu.

Dah­lia posłała jej prze­bie­gły uśmie­szek i zdjęła ścierkę z tacy peł­nej wciąż cie­płych cia­ste­czek ozdo­bio­nych podo­bi­zną uro­dzi­wego króla. Ich aro­mat pod­ry­fo­wał do Simona, który drze­mał na worku mąki.

- Mmm, cia­steczka? - mruk­nął, zie­wa­jąc. Osiem­na­sto­letni Simon był łagod­nym rudziel­cem, który zawsze spra­wiał wra­że­nie, jakby wła­śnie miał zapaść w drzemkę.

Chwilę póź­niej kuszący zapach cia­stek Dah­lii zwa­bił do kuchni jesz­cze czworo nasto­lat­ków. Hal, Safi i Gabo zaczęli się prze­py­chać, wbi­ja­jąc wzrok w pyszny cel i rywa­li­zu­jąc o naj­bar­dziej stra­te­giczną pozy­cję.

- Cia­cha! - pokrzy­ki­wali.

- Uwa­żaj!

- Moje!

- Cia­cha! - powtó­rzył Dario. Ale w prze­ci­wień­stwie do towa­rzy­szy wysoki, tycz­ko­waty blon­dyn prze­biegł obok stołu i wypadł z pomiesz­cze­nia. Inni odpro­wa­dzili go wzro­kiem i wzru­szyli ramio­nami.

Trzy­na­sto­letni Gabo, który nie dorów­ny­wał innym wzro­stem, musiał wal­czyć, żeby dorwać się do cia­stek.

- Uwa­żaj, Safi! - Dah­lia ostrze­gła chło­paka o krę­co­nych wło­sach. - Jest w nich cytryna...

Safi, który miał uczu­le­nie na nie­malże wszystko, kich­nął pro­sto na tacę z wypie­kami.

Gabo cof­nął rękę.

- O nie! - jęk­nął. - Życie jest nie­spra­wie­dliwe.

- Możesz zjeść moje, Gabo - zaofe­ro­wał ktoś peł­nym sło­dy­czy gło­sem.

Gabo okrę­cił się na pię­cie i sta­nął twa­rzą w twarz z Baze­emą, szczu­płą dziew­czyną w żół­tej sukience, która poja­wiła się za jego ple­cami nie wia­domo skąd.

- Baze­ema, aaaa! - wrza­snął, prze­stra­szony. - Skąd się tu u licha wzię­łaś?!

Nie­śmiała nasto­latka miała zwy­czaj zakra­dać się nie­zau­wa­żona i rów­nie nie­po­strze­że­nie zni­kać. Uśmiech­nęła się.

- Cały czas tu byłam.

Gabo wziął od niej ciastko i odgryzł kęs.

- Blee, paskudz­two! - stwier­dził, wyplu­wa­jąc okruszki. - Zdrowe są, czy co?

- Oczy­wi­ście - przy­znała Dah­lia. - Wła­śnie takie lubi król.

- No dzięki, a ja się wła­śnie uspo­ko­iłam - jęk­nęła Asha na wspo­mnie­nie króla. Prze­łknęła kolejny łyk naparu, licząc na to, że pomoże jej opa­no­wać tremę.

- No tak - mruk­nął Gabo. - Masz roz­mowę z kró­lem. Nie martw się. Po wszyst­kim chęt­nie uży­czę ci rękawa, żebyś miała się w co wypła­kać.

- Gabo! - ofuk­nęła go Hal. Wiecz­nie uśmiech­nięta dziew­czyna z lśnią­cymi kol­czy­kami w kształ­cie kół była dokład­nym prze­ci­wień­stwem ponu­rego Gaba.

- No co? - obru­szył się chło­pak. - Więk­szość ludzi daje ciała na każ­dym polu.

W tym momen­cie w kuchni ponow­nie zja­wił się Dario.

- Aaa, tu są cia­cha! - ucie­szył się i się­gnął do tacy.

- Dario, cze­kaj! - ostrze­gła go Dah­lia. - Safi na nie kich­nął.

- Aha - odparł Dario. - Okej, spoko, dzięki. - I bez waha­nia odgryzł kawa­łek her­bat­nika.

Gabo wzdry­gnął się na ten widok.

- Kon­ty­nu­ując... - powie­dział, ponow­nie odwra­ca­jąc się do Ashy - ...nie żebym cię winił za chęć ogra­nia sys­temu.

Asha unio­sła brew.

- Słu­cham? - zdzi­wiła się. - Niczego nie pró­buję ograć.

- Daj spo­kój - żach­nął się Gabo. - Wszy­scy wie­dzą, że król speł­nia życze­nia swo­ich uczniów. I zwy­kle też ich krew­nych.

Asha otwo­rzyła usta, żeby coś odpo­wie­dzieć, ale w duchu musiała przy­znać, że Gabo nie do końca się mylił. Rze­czy­wi­ście liczyła na to, że poznaw­szy ją, władca spełni życze­nie jej dziadka.

- Nie zawsze - wtrą­ciła Dah­lia, spie­sząc Ashy z odsie­czą. Spró­bo­wała przy­po­mnieć sobie jakie­goś ucznia, któ­rego życze­nie nie zostało speł­nione, ale nikt nie przy­cho­dził jej do głowy. - No dobra, może i zawsze.

- Twój dzia­dek koń­czy dziś stówkę i cią­gle się nie docze­kał - zauwa­żył kwa­śno Gabo.

Inni stło­czyli się wokół Ashy, sta­ra­jąc się ją pocie­szyć:

- To się dziś zmieni.

- Czuję to w kościach.

- Wszy­scy tak myślą.

- Olej go.

Ale Gabo jesz­cze nie skoń­czył:

- Nie wspo­mi­na­jąc o two­jej osiem­na­stce...

- Wszyst­kiego naj­lep­szego! - pal­nął Dario.

- ...za parę mie­sięcy - cią­gnął Gabo. - Prze­cież nie chcesz skoń­czyć jak ten nasz Simon, kiedy już zdra­dzisz swoje życze­nie kró­lowi.

Simon uchy­lił powieki, mosz­cząc się wygod­niej na swoim mięk­kim sie­dzi­sku.

- A co jest nie tak z naszym Simo­nem? - spy­tał sen­nie.

- To nie twoja wina - zbył go Gabo. - Wypo­wie­dze­nie życze­nia ze wszyst­kich robi nudzia­rzy.

Simon wypro­sto­wał się jak struna.

- Zro­bi­łem się nudny? - spy­tał z urazą. - Wszy­scy tak myśli­cie?

Safi prze­rwał nie­zręczną ciszę nagłym kich­nię­ciem, jakby chciał w ten spo­sób zmie­nić temat.

- Wcale nie nudny - zapew­niła Asha pospiesz­nie. - Nie, tylko taki...

- Bar­dziej wyci­szony - pod­jęła Hal.

- Spo­koj­niej­szy - dodała Dah­lia.

- Bar­dziej... ukon­ten­to­wany? - pod­su­nęła Baze­ema nie­pew­nie.

Simon spo­chmur­niał. Widział, że przy­ja­ciele sta­rają się być mili.

- Simon, nie przej­muj się - powie­działa Asha. - Wciąż jesteś sobą i założę się, że twoje życze­nie nie­długo się spełni.

- Nie tak jak z twoim bied­nym dziad­kiem - burk­nął Gabo. - Który czeka i czeka...

Asha, która miała już ser­decz­nie dość kąśli­wego kolegi, wzięła garść mąki i dmuch­nęła mu nią pro­sto w twarz.

- Asha? - ode­zwał się jakiś głos.

W kuchni poja­wiła się kró­lowa Amaya. Jej ele­gancka suk­nia w kolo­rze zła­ma­nej bieli i lśniąca pele­ryna spra­wiały, że wyda­wała się zupeł­nie nie na miej­scu w przy­pró­szo­nej mąką kuchni.

- Kró­lowa... - wyrwało się Ashy szep­tem.

Wszy­scy rzu­cili się, by ją powi­tać.

- O rety, o rety - mruk­nęła Dah­lia, gorącz­kowo usta­wia­jąc przy­ja­ciół w rów­nym rządku. - Prędko.

- Ale jazda! - rzu­ciła pod­eks­cy­to­wana Hal.

- Tylko nie kichaj - mruk­nął Safi do sie­bie. - Tylko nie kichaj!

Gabo jęk­nął, obser­wu­jąc sza­mo­czą­cych się przy­ja­ciół.

- Matko, co za wio­cha - szep­nął pod nosem.

Gdy roz­gar­diasz został opa­no­wany, każde z nich zbli­żyło się do nie­co­dzien­nego gościa, by zło­żyć mu ukłon lub dygnąć. Nawet Valen­tino skło­nił głowę z sza­cun­kiem.

- Cia­steczko? - zaofe­ro­wał Dario, pod­su­wa­jąc kró­lo­wej pod nos jeden z łakoci, na które naki­chał Safi. Dah­lia prędko zła­pała go za rękę i pocią­gnęła ją w dół.

- Nie, dzię­kuję - odparła Amaya rze­czowo. W obec­nej chwili była sku­piona wyłącz­nie na tym, by pomóc mężowi w zna­le­zie­niu nowej uczen­nicy lub ucznia. - Asho, król już na cie­bie czeka.

- Teraz? - spło­szyła się Asha. - Spóź­niam się? Wyda­wało mi się...

- Jesteś na czas - zapew­niła ją kró­lowa. - Ostat­nia roz­mowa...

Ze scho­dów za jej ple­cami dobiegł pełen żało­ści szloch.

- ...była kata­strofą! - wykrzyk­nął jakiś zapła­kany męż­czy­zna, wybie­ga­jąc z zamku.

- ...skoń­czyła się wcze­śniej - gładko pod­jęła Amaya. - Idziemy? - Odwró­ciła się w stronę drzwi.

- Aha, w porządku - odparła Asha. - Jestem gotowa! - W jej oczach bły­snęła panika. - Abso­lut­nie nie jestem gotowa - szep­nęła do Dah­lii.

- Świet­nie sobie pora­dzisz - zapew­niła ją przy­ja­ciółka rów­nie cicho. - Tylko niczego nie doty­kaj, nie zapo­mnij dygnąć i powiedz mu, że go kochasz. - Zawa­hała się. - Żar­tuję. Tego mu nie mów.

Asha zdo­była się tylko na słabe kiw­nię­cie głową i z oczami wytrzesz­czo­nymi ze stra­chu podrep­tała za kró­lową.

- To pa! Nie rób sobie nadziei! - zawo­łał za nią Gabo.

Tym razem Dah­lia go nie ofuk­nęła. Zosta­wiła to Valen­ti­nowi:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki