Rozdział 1
W przytulnej chatce ukrytej w sercu lasu
siedemnastoletnia Asha pomagała dziadkowi założyć pelerynę. Zapinając mu
guzik pod szyją, zaczęła snuć opowieść o Rosas, pięknym miejscu, które
było ich domem.
- Dawno, dawno temu - zaczęła - na odległej wyspie istniało magiczne
królestwo, którego twórca i władca miał moc spełniania życzeń. Ludzie
przybywali tam ze wszystkich krańców świata i osiedlali się w nadziei,
że i ich marzenia w końcu staną się rzeczywistością.
Asha miała już wiele okazji widzieć, jak król Magnifico spełnia życzenia
- co miesiąc odbywała się specjalna ceremonia, podczas której jeden
szczęśliwiec otrzymywał to, czego najbardziej pragnął. Lecz dziś
dziewczyna myślała tylko o jednym życzeniu i jednym człowieku, do
którego życzenie to należało: swoim ukochanym dziadku Sabinie.
- I nikt nie miał wątpliwości - ciągnęła opowieść - że istnieje ktoś,
kto najbardziej na świecie zasługuje na to, by spełniło się jego
życzenie... To mój dziadek - najwspanialszy, najcudowniejszy,
najprzystojniejszy dżentelmen, który kończy dziś równe sto lat! -
dokończyła ze swadą.
Coś poruszyło się za jej plecami. Młody koziołek w żółtej piżamie zaczął
gramolić się na półkę, lecz Asha ledwo zwróciła na niego uwagę, zbyt
zajęta zapinaniem ostatnich guzików dziadkowej peleryny. Na koniec
podniosła lusterko i przytrzymała je, by staruszek mógł się w nim
przejrzeć.
Sabino uśmiechnął się do swojego odbicia, a w oczach ukrytych pod
kępkami siwych brwi, równie krzaczastych jak jego czupryna, pojawił się
błysk.
- A do tego wciąż mam wszystkie ulubione zęby - pochwalił się.
Asha parsknęła śmiechem i sięgnęła po skórzaną torbę, do której wsunęła
swój nieodłączny szkicownik.
- To nie może być przypadek, że król zaplanował ceremonię życzeń właśnie
na dziś - stwierdziła z przekonaniem. Wiedziała, jak bardzo Sabino
pragnie, by jego marzenie się spełniło.
Stuknął teraz knykciami w głowę, żeby odpukać.
- Oj, bo przyjdzie pech - mruknął - i skończy się śmiech.
- Nie wygłupiaj się, dziadku - żachnęła się Asha. - Dziś twój wielki
dzień. Czuję to - dodała rozpromieniona i pocałowała Sabina w policzek.
- Cóż, wiesz, co mówią - odparł staruszek. - Wszystko jest możliwe...
W tym momencie do izby weszła mama Ashy, Sakina, z koszem przędzy.
- ... w Królestwie Życzeń! - dokończyli we troje.
Sakina zaśmiała się, a czarne loki wymykające się spod jej lawendowej
chustki zatańczyły, gdy rozejrzała się dokoła.
- A gdzie Valentino?
Asha i Sabino odwrócili się, by spojrzeć na wiszące na ścianie półki,
gdy Valentino właśnie koziołkował z najwyższej z nich prosto do kosza
Sakiny.
- Ach, tu jesteś! - rzuciła kobieta ze śmiechem.
Asha wyciągnęła ręce po koziołka, który protestował ochrypłym meczeniem.
- Wybacz, nie mówię po koziemu - tłumaczyła, ostrożnie stawiając
Valentina na podłodze, lecz ten natychmiast wdrapał się na gzyms
kominka.
- Pomożesz mi przy torcie dla dziadka? - zwróciła się do córki Sakina.
- Oj, nie mogę. Prowadzę wycieczkę - odparła szybko Asha, która w Rosas
miała specjalne zadanie. Gdy zjawiali się w nim turyści, oprowadzała ich
po królestwie. - A potem... eee... pomagam Dahlii - bąknęła niewyraźnie,
pozwalając kurtynie ciemnych warkoczyków opaść na twarz, żeby schować
się przed spojrzeniem mamy. Asha rzeczywiście zamierzała wybrać się do
zamku, gdzie pracowała jej najlepsza przyjaciółka, ale bynajmniej nie po
to, żeby jej pomagać. Była umówiona na pewne spotkanie, o którym nie
mogła powiedzieć rodzinie... przynajmniej jeszcze nie teraz. - No właśnie,
więc...
- Jakoś dziwnie to mówisz. - Mama zmrużyła oczy i wzięła się pod boki.
Coś podejrzewała.
- To znaczy jak? - spytała Asha niewinnie.
- Co ty znowu knujesz? - odpowiedziała pytaniem Sakina, celując w córkę
palcem.
Asha wzruszyła ramionami.
- Niby skąd taki pomysł?
- Bo dobrze wiem, co to znaczy, gdy tak zawieszasz głos - odparła
Sakina.
- Cóż, dojrzewam - odparła Asha wymijająco. - A razem ze mną moja
elokwencja. - Dała mamie szybkiego całusa.
- Asha... - próbowała jeszcze zagaić Sakina.
- Nie mam czasu na pogaduchy - ucięła dziewczyna. - Spóźnię się. Widzimy
się na ceremonii życzeń! - rzuciła jeszcze przez ramię i wybiegła na
dwór.
Pomknęła w dół zbocza w kierunku zamku, a Valentino deptał jej po
piętach. Do portu właśnie zawinął statek i na pomoście zaczynali się już
tłoczyć turyści.
Asha minęła znak z napisem "WITAMY W ROSAS!".
- Jestem. Już jestem - wysapała. - Sekundkę. Dajcie mi odetchnąć. - Po
czym przywitała gości w kilku językach, tak by wszyscy poczuli się
komfortowo: - Hola! Szalom! Salam! Wszyscy gotowi?
Dziewczyna poprowadziła grupę przez wielki łuk bramy. Idąc główną aleją
w stronę zamku, mijali uśmiechniętych od ucha do ucha piekarzy,
kwiaciarzy i muzyków. Valentino wskoczył na kamienny murek, żeby lepiej
widzieć.
Turyści szeroko otwartymi oczami patrzyli na zadowolonych mieszkańców
miasta, których najskrytsze pragnienia za sprawą króla Magnifica stały
się rzeczywistością. Jak wyjaśniła im Asha, spełnić się mogło d o w o l
n e życzenie - nieważne, czy marzyło się o tym, by zostać utalentowanym
tancerzem, mieć długie bujne włosy czy wybrać się w podróż kosmiczną.
Asha przystanęła, żeby zaprezentować niezwykłe owoce i kwiaty, które
można było spotkać wyłącznie w Rosas - one także były efektem
spełnionego życzenia. W końcu otworzyła bogato zdobione wrota, które
prowadziły na tętniący życiem bazar.
Przybysze z zachwytem wpatrywali się w przepiękny zamek i chorągwie, na
których widniała podobizna przystojnego mężczyzny. To właśnie on, król
Magnifico, wiele lat temu założył miasto Rosas. Dziewczyna nie
omieszkała dodać czegoś, co wydawało się oczywiste: władca był hojnym i potężnym czarodziejem.
- Takiemu to nie odmówiłabym całusa - rzuciła jakaś turystka, wdzięcząc
się do posągu króla.
- Ojeja - mruknęła Asha pod nosem.
Zwróciła uwagę oprowadzanych przez siebie gości na spektakl teatrzyku
lalek przedstawiający sposób, w jaki dokonywało się spełnianie życzeń:
po ukończeniu osiemnastu lat każdy mieszkaniec Rosas przekazywał swoje
życzenie królowi podczas specjalnej ceremonii.
- Czy to boli? - spytał ktoś.
- Pewnie trochę się płacze, co? - dodał ktoś inny.
Asha zapewniła turystów, że przekazywanie życzeń to operacja całkowicie
bezbolesna. Wszyscy, którzy oddali królowi swoje marzenie, zrobili to
chętnie i wcale za nim nie tęsknili. Bo zupełnie go nie pamiętali! A do
tego mogli mieć pewność, że władca czuwa nad ich życzeniami, strzeże ich
swoimi magicznymi mocami i każdego miesiąca wybierze kolejną szczęśliwą
osobę, której marzenie po prostu się ziści.
Dziewczyna prowadziła wycieczkę w stronę mostu, z którego rozciągał się
widok na port. Gdy się zatrzymali, żeby go popodziwiać, Asha z przekonaniem oświadczyła, że w Rosas wszystko jest możliwe. Choć sama
nie oddała jeszcze swojego marzenia królowi, wiedziała, że gdy nadejdzie
ta chwila, będzie mogła sobie zażyczyć naprawdę czegokolwiek.
Zbliżał się kulminacyjny punkt programu; Asha dała sygnał Valentinowi.
Koziołek dyskretnym kopniakiem przesunął dźwignię i w jednej chwili na
stopniach schodów rozwinął się dywan, a nad głowami zebranych podniósł
obłok konfetti.
Turyści wydali zgodny okrzyk zachwytu.
- Chciałbym tu mieszkać! - westchnął wysoki mężczyzna.
- Naprawdę po wypowiedzeniu życzenia całkiem się je zapomina? - spytała
kobieta podróżująca z córką.
- Puść marzenie w zapomnienie! - odpowiedziała Asha. - To takie nasze
powiedzonko.
- Też chcę wypowiedzieć życzenie! - wykrzyknęła córka kobiety.
- A ja spotkać króla! - wtrąciła turystka, która wcześniej omdlewała
przy posągu władcy.
- Macie szczęście - odparła na to Asha. - Bo ceremonia życzeń odbędzie
się dziś wieczorem! Wszyscy są zaproszeni. No dobrze, kto zgłodniał?
Jak na sygnał zjawili się kelnerzy niosący tace pełne pieczywa, owoców,
mięs i deserów.
- Dziękujcie Marianie, szefowej kuchni - rzuciła Asha. - Tak się składa,
że życzyła sobie zostać najlepszą kucharką na świecie!
- Palce lizać! - zachwycił się ktoś.
Turyści stłoczyli się wokół przekąsek, a Asha wykorzystała ten moment,
żeby się oddalić.
- Smacznego! - krzyknęła na pożegnanie i potruchtała w stronę zamku.
Do jej arcyważnego spotkania zostało niewiele czasu. Tym razem nie mogła
się spóźnić.
Rozdział 2
Asha wbiegła do zamkowej kuchni z Valentinem u boku. Na półkach piętrzyły się tu bochenki chleba i pięknie
zdobione ciasta. Dahlia w czystym czerwonym fartuchu i okularach z drucianymi oprawkami na nosie zagniatała ciasto na kuchennym blacie.
Skończyła dopiero szesnaście lat, ale w sztuce cukiernictwa nie miała
sobie równych.
- No hej, cześć, się masz, najlepsza przyjaciółko i fontanno zdrowego
rozsądku! - Asha przywitała się potokiem słów, czując na widok koleżanki
niewypowiedzianą ulgę. - Rozmowa już za godzinę. Trema tak mnie zżera,
że zaraz zostanie ze mnie ogryzek. - Jakby na dowód tego zaczęła krążyć
niespokojnie wokół kuchennego stołu.
Właśnie to tajne spotkanie chciała ukryć przed rodziną: starała się o posadę uczennicy króla. I potwornie się denerwowała!
- Rozmowa? - powtórzyła Dahlia, ucierając zioła w moździerzu. - Jaka
rozmowa?
- Dahlia! - fuknęła Asha. Nie wierzyła, że przyjaciółka żartuje w takiej
chwili.
- Ahaaa, chodzi o rozmowę z naszym kochanym i milusim jak puchaty kotek
królem - podjęła Dahlia rozmarzonym tonem i uśmiechnęła się szeroko.
- Proszę cię, nie mów tak.
- Moja najlepsza przyjaciółka uczennicą króla - zaćwierkała Dahlia. -
Będę sławna.
- Język kołkiem mi staje - rzuciła zrozpaczona Asha. - Nie pamiętam ani
jednego słowa. Opada mi warga? - Mówiąc to, podciągnęła sobie kącik ust.
- Tylko kiedy ciągniesz ją w dół - odparła Dahlia. - Wypij to. Róża z lawendą. Koi nerwy. - Podała Ashy kubek.
Asha wzięła łyk, podczas gdy jej rozbiegany wzrok wędrował po całej
kuchni.
- Szybko - powiedziała, przełknąwszy napar. - Zadaj mi jakieś zawodowe
pytanie.
- Dobra. - Dahlia zamyśliła się na chwilę. - Co jest twoją największą
słabością?
- Słabością? - powtórzyła Asha. - Eee... Gdy zżera mnie trema, zaczynam
zachowywać się irracjonalnie.
- Nie, nie - poprawiła ją Dahlia. - Za bardzo się troszczysz.
- Naprawdę? - zdziwiła się Asha. - A to wada?
- Właśnie dlatego to najlepsza odpowiedź - oświadczyła Dahlia z dumą. -
Nie ma za co.
- Rany, zaraz zwymiotuję - mruknęła Asha.
Dahlia pospiesznie przesunęła miskę z ciastem z dala od przyjaciółki.
- Tu jest kuchnia, nawet tak nie żartuj - powiedziała. - Spokojnie.
Jesteś wśród przyjaciół.
"Naprawdę?", odparła Asha w myślach i rozejrzała się po pomieszczeniu.
Dahlia posłała jej przebiegły uśmieszek i zdjęła ścierkę z tacy pełnej
wciąż ciepłych ciasteczek ozdobionych podobizną urodziwego króla. Ich
aromat podryfował do Simona, który drzemał na worku mąki.
- Mmm, ciasteczka? - mruknął, ziewając. Osiemnastoletni Simon był
łagodnym rudzielcem, który zawsze sprawiał wrażenie, jakby właśnie miał
zapaść w drzemkę.
Chwilę później kuszący zapach ciastek Dahlii zwabił do kuchni jeszcze
czworo nastolatków. Hal, Safi i Gabo zaczęli się przepychać, wbijając
wzrok w pyszny cel i rywalizując o najbardziej strategiczną pozycję.
- Ciacha! - pokrzykiwali.
- Uważaj!
- Moje!
- Ciacha! - powtórzył Dario. Ale w przeciwieństwie do towarzyszy wysoki,
tyczkowaty blondyn przebiegł obok stołu i wypadł z pomieszczenia. Inni
odprowadzili go wzrokiem i wzruszyli ramionami.
Trzynastoletni Gabo, który nie dorównywał innym wzrostem, musiał
walczyć, żeby dorwać się do ciastek.
- Uważaj, Safi! - Dahlia ostrzegła chłopaka o kręconych włosach. - Jest
w nich cytryna...
Safi, który miał uczulenie na niemalże wszystko, kichnął prosto na tacę
z wypiekami.
Gabo cofnął rękę.
- O nie! - jęknął. - Życie jest niesprawiedliwe.
- Możesz zjeść moje, Gabo - zaoferował ktoś pełnym słodyczy głosem.
Gabo okręcił się na pięcie i stanął twarzą w twarz z Bazeemą, szczupłą
dziewczyną w żółtej sukience, która pojawiła się za jego plecami nie
wiadomo skąd.
- Bazeema, aaaa! - wrzasnął, przestraszony. - Skąd się tu u licha
wzięłaś?!
Nieśmiała nastolatka miała zwyczaj zakradać się niezauważona i równie
niepostrzeżenie znikać. Uśmiechnęła się.
- Cały czas tu byłam.
Gabo wziął od niej ciastko i odgryzł kęs.
- Blee, paskudztwo! - stwierdził, wypluwając okruszki. - Zdrowe są, czy
co?
- Oczywiście - przyznała Dahlia. - Właśnie takie lubi król.
- No dzięki, a ja się właśnie uspokoiłam - jęknęła Asha na wspomnienie
króla. Przełknęła kolejny łyk naparu, licząc na to, że pomoże jej
opanować tremę.
- No tak - mruknął Gabo. - Masz rozmowę z królem. Nie martw się. Po
wszystkim chętnie użyczę ci rękawa, żebyś miała się w co wypłakać.
- Gabo! - ofuknęła go Hal. Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna z lśniącymi
kolczykami w kształcie kół była dokładnym przeciwieństwem ponurego Gaba.
- No co? - obruszył się chłopak. - Większość ludzi daje ciała na każdym
polu.
W tym momencie w kuchni ponownie zjawił się Dario.
- Aaa, tu są ciacha! - ucieszył się i sięgnął do tacy.
- Dario, czekaj! - ostrzegła go Dahlia. - Safi na nie kichnął.
- Aha - odparł Dario. - Okej, spoko, dzięki. - I bez wahania odgryzł
kawałek herbatnika.
Gabo wzdrygnął się na ten widok.
- Kontynuując... - powiedział, ponownie odwracając się do Ashy - ...nie
żebym cię winił za chęć ogrania systemu.
Asha uniosła brew.
- Słucham? - zdziwiła się. - Niczego nie próbuję ograć.
- Daj spokój - żachnął się Gabo. - Wszyscy wiedzą, że król spełnia
życzenia swoich uczniów. I zwykle też ich krewnych.
Asha otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale w duchu musiała
przyznać, że Gabo nie do końca się mylił. Rzeczywiście liczyła na to, że
poznawszy ją, władca spełni życzenie jej dziadka.
- Nie zawsze - wtrąciła Dahlia, spiesząc Ashy z odsieczą. Spróbowała
przypomnieć sobie jakiegoś ucznia, którego życzenie nie zostało
spełnione, ale nikt nie przychodził jej do głowy. - No dobra, może i zawsze.
- Twój dziadek kończy dziś stówkę i ciągle się nie doczekał - zauważył
kwaśno Gabo.
Inni stłoczyli się wokół Ashy, starając się ją pocieszyć:
- To się dziś zmieni.
- Czuję to w kościach.
- Wszyscy tak myślą.
- Olej go.
Ale Gabo jeszcze nie skończył:
- Nie wspominając o twojej osiemnastce...
- Wszystkiego najlepszego! - palnął Dario.
- ...za parę miesięcy - ciągnął Gabo. - Przecież nie chcesz skończyć jak
ten nasz Simon, kiedy już zdradzisz swoje życzenie królowi.
Simon uchylił powieki, moszcząc się wygodniej na swoim miękkim
siedzisku.
- A co jest nie tak z naszym Simonem? - spytał sennie.
- To nie twoja wina - zbył go Gabo. - Wypowiedzenie życzenia ze
wszystkich robi nudziarzy.
Simon wyprostował się jak struna.
- Zrobiłem się nudny? - spytał z urazą. - Wszyscy tak myślicie?
Safi przerwał niezręczną ciszę nagłym kichnięciem, jakby chciał w ten
sposób zmienić temat.
- Wcale nie nudny - zapewniła Asha pospiesznie. - Nie, tylko taki...
- Bardziej wyciszony - podjęła Hal.
- Spokojniejszy - dodała Dahlia.
- Bardziej... ukontentowany? - podsunęła Bazeema niepewnie.
Simon spochmurniał. Widział, że przyjaciele starają się być mili.
- Simon, nie przejmuj się - powiedziała Asha. - Wciąż jesteś sobą i założę się, że twoje życzenie niedługo się spełni.
- Nie tak jak z twoim biednym dziadkiem - burknął Gabo. - Który czeka i czeka...
Asha, która miała już serdecznie dość kąśliwego kolegi, wzięła garść
mąki i dmuchnęła mu nią prosto w twarz.
- Asha? - odezwał się jakiś głos.
W kuchni pojawiła się królowa Amaya. Jej elegancka suknia w kolorze
złamanej bieli i lśniąca peleryna sprawiały, że wydawała się zupełnie
nie na miejscu w przyprószonej mąką kuchni.
- Królowa... - wyrwało się Ashy szeptem.
Wszyscy rzucili się, by ją powitać.
- O rety, o rety - mruknęła Dahlia, gorączkowo ustawiając przyjaciół w równym rządku. - Prędko.
- Ale jazda! - rzuciła podekscytowana Hal.
- Tylko nie kichaj - mruknął Safi do siebie. - Tylko nie kichaj!
Gabo jęknął, obserwując szamoczących się przyjaciół.
- Matko, co za wiocha - szepnął pod nosem.
Gdy rozgardiasz został opanowany, każde z nich zbliżyło się do
niecodziennego gościa, by złożyć mu ukłon lub dygnąć. Nawet Valentino
skłonił głowę z szacunkiem.
- Ciasteczko? - zaoferował Dario, podsuwając królowej pod nos jeden z łakoci, na które nakichał Safi. Dahlia prędko złapała go za rękę i pociągnęła ją w dół.
- Nie, dziękuję - odparła Amaya rzeczowo. W obecnej chwili była skupiona
wyłącznie na tym, by pomóc mężowi w znalezieniu nowej uczennicy lub
ucznia. - Asho, król już na ciebie czeka.
- Teraz? - spłoszyła się Asha. - Spóźniam się? Wydawało mi się...
- Jesteś na czas - zapewniła ją królowa. - Ostatnia rozmowa...
Ze schodów za jej plecami dobiegł pełen żałości szloch.
- ...była katastrofą! - wykrzyknął jakiś zapłakany mężczyzna, wybiegając z zamku.
- ...skończyła się wcześniej - gładko podjęła Amaya. - Idziemy? -
Odwróciła się w stronę drzwi.
- Aha, w porządku - odparła Asha. - Jestem gotowa! - W jej oczach
błysnęła panika. - Absolutnie nie jestem gotowa - szepnęła do Dahlii.
- Świetnie sobie poradzisz - zapewniła ją przyjaciółka równie cicho. -
Tylko niczego nie dotykaj, nie zapomnij dygnąć i powiedz mu, że go
kochasz. - Zawahała się. - Żartuję. Tego mu nie mów.
Asha zdobyła się tylko na słabe kiwnięcie głową i z oczami
wytrzeszczonymi ze strachu podreptała za królową.
- To pa! Nie rób sobie nadziei! - zawołał za nią Gabo.
Tym razem Dahlia go nie ofuknęła. Zostawiła to Valentinowi:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki