Miesiąc wcześniej...
1. Korytarz śmierci
Wtorek, 3 kwietnia: Niemcy
Gdyby nazistowski orzeł zdobiący fasadę Kancelarii Rzeszy mógł ożyć i odlecieć, zobaczyłby wstrząsającą scenę: wypalona skorupa Kancelarii - pod którą w klaustrofobicznym bunkrze ukrywał się Führer ze swoim sztabem - a wokół, jak okiem sięgnąć, zrujnowane ulice niemieckiej stolicy.
Lecąc z Berlina na północny zachód, w kierunku przeciwnym do zbliżających się wojsk sowieckich, orzeł przeleciałby nad lasem Lehnitz i błękitnymi wodami Lehnitzsee. Między jeziorem a przedmieściami miasteczka Oranienburg, zobaczyłby dziwny kształt. Trójkąt o boku sześciuset metrów, niczym wielka strzałka wskazująca na północny zachód. Jest otoczony murem z drutem kolczastym pod napięciem i wieżyczkami strażniczymi. Wewnątrz znajdują się rozmieszczone na planie wachlarza baraki i "pas śmierci" między wewnętrznym i zewnętrznym ogrodzeniem. Bystry wzrok orła dostrzegłby szafot ustawiony między barakami a wierzchołkiem trójkąta mieszczącym budynki administracji SS i biura Gestapo. Wzdłuż zachodniego boku do trójkąta przylegały mniejsze ogrodzone obszary: warsztaty, strzelnica, blok egzekucyjny i komory gazowe.
To obóz koncentracyjny Sachsenhausen - jeden z ostatecznych przejawów systemu, którego symbolem był nazistowski orzeł, machina wytwarzająca ludzkie nieszczęście. Zostało tu zamordowanych niemal czterdzieści tysięcy więźniów: Żydów, więźniów politycznych i rosyjskich jeńców wojennych1.
Do jednego z boków trójkąta przylegają jeszcze dwa ogrodzone okręgi, ledwie widoczne przy ogromnym głównym obozie. Jeden z nich jest podzielony na cztery mniejsze części, każda z pojedynczym budynkiem, niemal jak podmiejskie wille w ogrodach, ale otoczone wieżyczkami strażniczymi i niezwykle wysokimi murami. W drugim okręgu znajduje się kilka baraków.
To Sonderlager A i Sonderlager B - "specjalne okręgi" Sachsenhausen. Tutaj i w podobnych miejscach w obozach koncentracyjnych w Buchenwaldzie i Dachau, Trzecia Rzesza umieściła swoich najcenniejszych więźniów: prezydentów i premierów podbitych państw, antynazistowskich spiskowców, szpiegów, oficerów wroga, którzy uciekali z obozów jenieckich. Niemcy nazywali ich Prominenten. Niektórzy z nich przebywali w niewoli od lat, inni trafili do niej dopiero niedawno. Führer, szalejący z wściekłości w bunkrze pod rozpadającym się trupem Rzeszy, zaakceptował okrutny, mściwy plan z ich udziałem. Heinrich Himmler i inni wysoko postawieni nazistowscy urzędnicy wierzyli, że będzie ich można wykorzystać jako kartę przetargową w rozmowach z aliantami. Jeśli rozmowy zawiodą, więźniowie będą dobrym obiektem zemsty2.
Tuż przed świtem przystojny, o poważnej twarzy, podpułkownik Harry "Wings" Day patrzył w niebo zza kolczastego drutu otaczającego Sonderlager A. W ostatnich dniach ruch w powietrzu był nieco mniejszy. Bomby spadały na pobliski Oranienburg, ale naprawdę wielkie naloty na Berlin były rzadkie, odkąd alianci skierowali gdzie indziej główną siłę ataku z powietrza. W poprzednim tygodniu miał miejsce dzienny nalot na stolicę setek amerykańskich bombowców, ale od tamtej pory zdarzały się tylko niewielkie nocne rajdy RAF-u - błyskawiczne uderzenia dwusilnikowych Mosquito3.
Wokół Daya zebrało się kilku innych Prominentów, w upiornym świetle elektrycznych lamp trzymanych przez uzbrojonych w pistolety maszynowe strażników z SS. Prominenci z Sonderlager A stanowili dziwną gromadę: międzynarodową grupę ludzi w podartych mundurach RAF-u, Armii Czerwonej oraz innych wojskowych uniformach, między innymi brytyjskich, włoskich i greckich. Zwykle słychać było ich ożywioną paplaninę, od ciężkiego irlandzkiego akcentu po włoską fanfaronadę, ale tego ranka milczeli.
Zostali wyrwani ze swoich prycz nieprzyzwoicie wcześnie i rozkazano im spakować swoje rzeczy. Wielu spodziewało się najgorszego i do atmosfery pełnej znużenia rezygnacji dołączył strach przed nadciągającą śmiercią. Zwłaszcza radzieccy jeńcy byli przekonani, że za chwilę zostaną rozstrzelani. Trzecia Rzesza dogorywała, a ci, którzy służyli jej niewolniczo przez lata, zdradzali wszelkie oznaki, że zamierzają pociągnąć za sobą wszystkich innych4.
Dobiegające ze wschodu, z odległości niecałych stu kilometrów, głuche, uporczywe dudnienie radzieckich dział było coraz wyraźniejsze. Napływające z zachodu i południa doniesienia o postępach aliantów były coraz bardziej naglące. W całych Niemczech niekończące się fale alianckich bombowców podsycały ogień płonącej Rzeszy. W przepełnionym szpitalu w Sachsenhausen personel medyczny pracował nieprzerwanie, żeby poradzić sobie z nieustającym napływem cywilnych ofiar z Oranienburga. Tymczasem nieszczęśni więźniowie głównego obozu umierali od szalejących chorób, niedożywienia i złego traktowania - albo rozstrzelani w "dołach śmierci", gdzie przed nimi zginęły już tysiące. Ich ciała były układane w stosy, czekały na kremację. Z kominów unosiły się kłęby cuchnącego dymu, od którego woni nie sposób było uciec. Załoga SS zaczynała wpadać w panikę i znad budynków administracyjnych popłynęły dodatkowe smugi czarnego dymu z palonych w pośpiechu dokumentów.
Krążyły pogłoski o planach likwidacji ocalałych świadków najmroczniejszych sekretów Sachsenhausen5. Czekając, aż usłyszą, co się z nimi stanie, Wings Day i inni Prominenci zastanawiali się, czy jako następni trafią do krematorium.
Stojący obok Daya kapitan Bertram "Jimmy" James otulił się szczelniej płaszczem - tym samym wiernym, znoszonym, szarobłękitnym płaszczem RAF-u, który towarzyszył mu przez prawie pięć lat niewoli (z których ostatnie jedenaście miesięcy spędził tu, w Sachsenhausen) i w pięciu próbach ucieczki. Przez ramię miał przerzucony chlebak zawierający jego skromny dobytek. Na twarzy Jamesa, który za kilka tygodni miał skończyć trzydzieści lat, malował się wyraz dobrego humoru i niepohamowanego optymizmu, który rzadko go opuszczał. W czasie niewoli on i Day kilkakrotnie omal nie zostali zastrzeleni i ryzykowali zasypanie tonami ziemi w licznych tunelach, w których kopaniu uczestniczyli w różnych obozach jenieckich. Byli przesłuchiwani przez Gestapo i na własne oczy widzieli okrucieństwa nazistowskiego reżimu.
W kontraście do młodości i radości życia Jamesa, Day był czterdziestosześciolatkiem o spokojniejszym, bardziej ironicznym usposobieniu i uprzejmym, zwodniczo flegmatycznym zachowaniu. Został zestrzelony i trafił do niewoli po zaledwie sześciu tygodniach wojny i jako wyższy rangą oficer był de facto dowódcą innych jeńców z RAF-u przez większość czasu spędzonego w obozach6. Podobnie jak James, Day był weteranem - i jednym z głównych organizatorów - legendarnej Wielkiej ucieczki w marcu 1944 roku, kiedy siedemdziesięciu jeńców wydostało się tunelem ze Stalagu Luft III. Podobnie jak niemal wszyscy pozostali uciekinierzy, James i Day zostali schwytani, ale w odróżnieniu od większości uniknęli egzekucji. Wraz z dwoma innymi ocalałymi zamknięto ich w specjalnej części Sachsenhausen. Ponownie uciekli, znowu zostali złapani, ponownie uniknęli egzekucji i trafili do Sonderlager A.
W porównaniu z bestialstwem w głównym obozie koncentracyjnym, dwa okręgi dla VIP-ów były oazami spokoju7. Oprócz uczestników Wielkiej ucieczki, w Sonderlager A przebywało wielu brytyjskich, francuskich, polskich i rosyjskich oficerów, ich włoscy ordynansi i czterej irlandzcy żołnierze. Było wśród nich kilku wyższych dowódców Stalina, trzej tajni agenci brytyjskiego Zarządu Operacji Specjalnych (Special Operations Executive - SOE), agencji znanej ze śmiałych akcji dywersyjnych i sabotażowych, oraz kilku oficerów RAF-u. Mieszkali w całkiem wygodnych, przestronnych kwaterach w drewnianych barakach, dostawali znośne racje żywnościowe i mieli podstawową opiekę lekarską. Pomijając nieliczne animozje (Polacy i Rosjanie nie rozmawiali ze sobą), ta różnorodna grupa generalnie dobrze czuła się w swoim towarzystwie - jedli wspólne posiłki, prowadzili życie towarzyskie i toczyli ożywione dyskusje o wojnie i polityce8.
Nigdy nie widzieli wnętrza sąsiedniego obozu specjalnego. Sonderlager B był jeszcze bardziej komfortowy, składał się z czterech "willi" (w rzeczywistości dużych, sześciopokojowych baraków), każda otoczona wysokimi murami. Przetrzymywano w nich prawdziwych VIP-ów, którymi byli na przestrzeni czasu prezydenci i premierzy podbitych państw. Więźniom zapewniano udogodnienia wręcz luksusowe. Wolno im było nawet mieć odbiorniki radiowe, a władze obozu przymykały oko, kiedy słuchali BBC, co w calej Rzeszy było zbrodnią karaną śmiercią. Mogli mieć książki i gazety, a niektórzy przywozili swoje własne meble, obrazy i inne ozdoby9.
Nikt - ani w obozie, ani poza nim - nie miał wiedzieć, że przebywają tam VIP-owie. Niektórzy byli zarejestrowani pod fałszywymi nazwiskami, a esesmani zabraniali im wyjawiać prawdziwą tożsamość komukolwiek - czy to strażnikom, czy współwięźniom. Byli ofiarami wydanej przez Adolfa Hitlera w 1941 roku dyrektywy Nacht und Nebel, na mocy której niewygodni oponenci znikali10. Całkowita tajemnica była jednak niemożliwa do utrzymania, nawet przez wszechpotężne SS.
W chwili, gdy oficerowie z Sonderlager A zgromadzili się o świcie 3 kwietnia, ostatni z wielkich mężów stanu opuścili Sachsenhausen, zabrani ze swoich kwater bez ostrzeżenia kilka tygodni wcześniej i wywiezieni w nieznanym kierunku. Teraz wille zajmowali wyżsi oficerowie radzieckiego i greckiego sztabu generalnego, wśród nich sławny generał Aleksandros Papagos, były głównodowodzący greckich sił zbrojnych. Chudy, o haczykowatym nosie Papagos dowodził zaciekłą obroną przeciwko włoskiej inwazji w 1940 i 1941 roku, a dzięki wojennej sławie jego romantyczny wizerunek trafił na okładkę magazynu "Time"11. Wprawdzie Wings Day poznał tożsamość Papagosa od swoich greckich ordynansów, lecz SS uparcie zachowywało pozory tajemnicy i co tydzień odbywało się to samo małe przedstawienie, kiedy generałowie byli prowadzeni przez Sonderlager A do pryszniców w głównym obozie12. Brytyjscy i inni oficerowie byli zamknięci pod strażą w swoich barakach i dopiero gdy Grecy zakończyli ablucje i wrócili do swoich willi, więźniowe Sonderlager A mogli wyjść na zewnątrz13.
Teraz przestano zachowywać pozory i kiedy więźniowie Sonderlager A zebrali się w chłodny poranek, dołączyli do nich tajemniczy Grecy. Wyniosły Papagos i jego świta trzymali pogardliwie dystans do swoich obdartych sąsiadów w starych płaszczach, ze skromnymi chlebakami. Stojąc obok swoich zaskakująco licznych bagaży, Grecy wydawali się mniej niepokoić tym, że mogą zostać zastrzeleni przez Niemców, niż tym, że mogą ich obrabować sojusznicy14.
Kiedy słońce wzeszło - a im było wyżej, tym bardziej narastał ich niepokój o to, co się z nimi stanie - brytyjscy oficerowie zauważyli idącą w ich kierunku przez linię esesmanów znajomą, przyjazną postać: inspektora Petera Mohra z berlińskiej policji kryminalnej15.
Pięć miesięcy wcześniej Mohr niemal na pewno uratował niektórych spośród nich przed egzekucją. Pięciu oficerów - między innymi Wings Day i Jimmy James - przygotowali niezwykłą ucieczkę. Nie mając do dyspozycji niczego poza obozowymi sztućcami, wykopali długi na 36 metrów tunel prowadzący na zewnątrz Sonderlager A - prawdopodobnie jedyny tunel ucieczkowy, jaki kiedykolwiek wykopano z nazistowskiego obozu koncentracyjnego16. Ucieczka wywołała ogromne zamieszanie i dała powód do zorganizowania w całej Rzeszy poszukiwań, w których wzięły miliony policjantów, ludzi z Volkssturmu i Hitlerjugend oraz zwykłych Niemców. Ucieczka całkowicie zaskoczyła dowództwo SS, a pod względem problemów, jakie sprawiła Trzeciej Rzeszy, przewyższała nawet Wielką ucieczkę17. Wywołała ledwie maskowaną radość w Sachsenhausen, nawet wśród wycieńczonych więźniów, którzy za taką niesubordynację mogli oczekiwać krwawego odwetu ze strony strażników.
SS zareagowało z zimną furią. Brytyjscy oficerowie zostali ostrzeżeni, że jeśli kiedykolwiek znowu uciekną, czeka ich śmierć. Dlatego kiedy wszyscy zostali schwytani i przykuci w karnym bloku w Sachsenhausen, spodziewali się najgorszego. Himmler osobiście zadecydował, że mają być torturowani, zanim zostaną zabici18. To właśnie inspektor Mohr do tego nie dopuścił. Oznajmił, że jeśli więźniowie popełnili jakiekolwiek przestępstwo, to podlegają jego jurysdykcji, a nie Gestapo. Nalegał, aby uczciwy sąd kryminalny ocenił, czy uciekinierzy popełnili jakieś przestępstwo. Po wielogodzinnych zeznaniach Wingsa Daya trybunał uznał, że nie złamali żadnego prawa.
Od tamtej pory inspektor Mohr zajmował ciepłe miejsce w sercach brytyjskich oficerów19. Kiedy stali w ten kwietniowy poranek czekając, aż poznają swój los, widok jego twarzy dodał im otuchy. Mohr zapewnił Daya, że więźniowie nie zostaną zastrzeleni, ale będą przewiezieni pociągiem w jakieś miejsce na południe od Berlina. Nie wyjawił dokładnego celu, ale powiedział, że oprócz około dwudziestu esesmanów, Prominenci będą podróżować pod jego nadzorem.
Krótko później, kiedy niebo zaczęło się rozjaśniać, nadszedł rozkaz: szykować się do drogi. Wzięto chlebaki, służący podnieśli bagaże Greków - pilnowani przez oddział SS pod dowództwem przyjaznego kaprala zwanego George'em - więźniowie wymaszerowali z obozu. Za bramą czekały na nich dwa wygodne autobusy. Wsiedli do nich, z ulgą opuszczając upiorny krajobraz Sachsenhausen20.
Zawieziono ich na główną stację kolejową w zniszczonym przez bombardowania Oranienburgu, gdzie na bocznym torze już czekał pociąg z dwoma wagonami. Pod dobrodusznym nadzorem kaprala George'a niewielka grupka wsiadła do środka i zajęła miejsca. Wszystko odbywało się w nadzwyczaj cywilizowany i uprzejmy sposób, bez zwykłych gróźb i zniecierpliwionych wrzasków. Day zwrócił uwagę, że Mohr starał się zadbać, by więźniom było wygodnie i miło21. Jednak siadając na zaskakująco miękkim siedzeniu Wings postanowił, że nie da się zwieść i wprawić w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Doświadczenie nauczyło go, że Niemcy są dwulicowi i w jednej chwili mogą przejść od uprzejmości do niepohamowanego okrucieństwa. Wojna nadal trwała i Day postanowił zachować czujność.
Kiedy pociąg ruszył, Prominenci zostali ostrzeżeni, że alianckie samoloty mają zwyczaj ostrzeliwać linie kolejowe. Brytyjczyków ta wiadomość zupełnie nie zaniepokoiła; wręcz przeciwnie - ucieszyła ich. Ucieczki weszły im w krew i nie mieli wątpliwości, że panika i zamieszanie dadzą im dogodną okazję, by czmychnąć.
Żaden z więźniów nie pozwolił, by lata spędzone w niewoli zmniejszyły jego entuzjazm do sprawiania kłopotów. Oprócz Daya i Jimmy'ego Daya w pociągu znaleźli się inni uczestnicy Wielkiej ucieczki: kapitan Sydney Dowse, dziarski, jasnowłosy pilot zwiadowczego spitfire'a, i kapitan Raymond van Wymeersch, ekstrawagancki pilot hurricane'a z sił powietrznych Wolnej Francji Charlesa de Gaulle'a. W miarę jak powoli toczyli się przez niemiecką prowincję, van Wymeersch nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł spłatać jakiegoś figla strażnikom. Jego twarz: wąskie usta i przenikliwe spojrzenie spod szopy ciemnych loków, dużo mówiła o jego charakterze. Obdarzony niespożytą energią, przedostał się do Anglii po upadku Francji i wstąpił do 174 dywizjonu RAF-u. Van Wymeersch dużo wycierpiał po Wielkiej ucieczce - był przesłuchiwany przez Gestapo i usłyszał, że jego rodzice - matka mieszkała we Francji, a ojciec był w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie - zginą22. Ale te przeżycia nie osłabiły jego ducha i teraz, w pociągu jadącym na południe, van Wymeersch był pełen optymizmu.
Podpułkownik John Churchill był brytyjskim komandosem. Trzydziestoośmioletni, agresywny, o zaciętej twarzy, miał przezwisko Mad Jack i słynął z tego, że na akcje zabierał szkocki pałasz. Uważał, że oficer nie jest odpowiednio ubrany bez miecza i naprawdę używał go w walce wręcz z wrogiem. W czasie odwrotu z Dunkierki w 1940 roku, Mad Jack Churchill zyskał sławę jedynego żołnierza, który w czasie II wojny światowej zabił przeciwnika z łuku23. Wzięty do niewoli w 1944 roku, został jednym z Prominentów przez pomyłkę, ponieważ Niemcy wzięli go za Randolpha Churchilla, syna brytyjskiego premiera. Niezależnie od okoliczności, Mad Jack nie był człowiekiem dobrze znoszącym niewolę.
W odróżnieniu od swoich bardziej zapalczywych współwięźniów, Wings Day był spokojny, poważny, wręcz posępny i wyglądał raczej na przywykłego do wydawania rozkazów oficera, niż na awanturnika. W czasie spędzonym w niewoli, jego stosunek do Niemców stał się ambiwalentny: nienawidził tych, którzy dobrowolnie służyli nazistowskiemu reżimowi, ale widział różnicę między nimi a oficerami Wehrmachtu, a zwłaszcza Luftwaffe. Wywodził się z rodziny o wojskowych tradycjach i służył w obu wojnach światowych - najpierw w Królewskiej Marynarce Wojennej, a potem w Królewskich Siłach Powietrznych. Podobnie jak wielu brytyjskich i niemieckich oficerów - zwłaszcza lotników - uważał się za kogoś odmiennego i lepszego od reszty ludzkości. Day zawsze nalegał, żeby jego ludzie traktowali niemieckich oficerów zgodnie z wojskowym obyczajem i oczekiwał, że Niemcy odwzajemnią się tym samym. Niemniej, przez cały czas w niewoli jego główną zasadą było zachęcanie swoich podwładnych, by prowadzili wojnę zza drutów. Do ucieczek zawsze podchodził strategicznie; nawet jeśli szanse dotarcia na przyjazne terytorium były niewielkie, ucieczka sprawiała kłopot wrogowi, odciągała ludzi i zasoby od walki na froncie. Day przeczuwał, że podróż z Sachsenhausen miała być najważniejszym wydarzeniem w ciągu całych pięciu i pół roku jego jenieckiego życia; obserwował i czekał na rozwój wypadków.
Droga mijała powoli, przerywana licznymi przystankami24. Klekocząc na uszkodzonych szynach, pociąg przetoczył się przez zachodnie przedmieścia Berlina, pustkowie ruin. Jeńcy patrzyli na zniszczenia i spustoszenie, jakich nie widzieli nigdy wcześniej. Z całych dzielnic zostały zgliszcza, niekiedy wciąż jeszcze dymiące. Drogi, usiane lejami po bombach i gruzem, roiły się od żołnierzy, czołgów i cywilów uciekających przed linią frontu. Staruszkowie i kobiety szli razem z bosymi dziećmi w łachmanach, niosąc resztki swojego dobytku upchane w walizkach albo załadowane na wózki. Wielu prowadziło krowy, owce, świnie i kury. Niektórzy nieśli własnoręcznie zrobione trumny niedawno zmarłych bliskich. Kobiety biły się o ziemniaki albo kawałki węgla, które znajdowały przy drodze. Dla nazistowskich Niemiec nadszedł armagedon25.
Jimmy James "snuł rozważania na temat końca tej niezwykłej podróży rozpadającym się tunelem, który był wszystkim, co zostało z szalonego snu Hitlera"26. Mohr i eskorta esesmanów - łącznie z kapralem George'em - zachowywali się ze skrupulatną poprawnością, ale żaden z nich nie wyjawił celu podróży, ani przyczyny, dla której więźniowie byli przewożeni właśnie tam. Krążyły niepokojące pogłoski, że są zabierani do jakiejś górskiej reduty, być może w Bawarii, gdzie będą przetrzymywani jako zakładnicy - a jeśli okaże się to konieczne - zostaną straceni.
Jednym z jeńców, którzy widzieli przyszłość w czarnych barwach, był generał Iwan Georgiewicz Biessonow, gadatliwy radziecki oficer, który przyjaźnił się z Brytyjczykami. Antykomunista, który gorliwie współpracował z nazistami (w pewnym momencie sformował z rosyjskich jeńców oddział, który miał prowadzić walkę za linią wroga), nie był człowiekiem godnym zaufania27. Wings Day, który z czasem dobrze go poznał, opisał go jako "człowieka, który równie dobrze może cię zastrzelić, co ucałować"28. Biessonow wierzył pogłoskom, że mają zostać wykorzystani jako zakładnicy. "Ja - powiedział, wyrażając myśl, która nie dawała spokoju im wszystkim. - Jeżeli alianci nie spełnią ich żądań, rozstrzelają nas"29.
Cokolwiek planowali, Niemcy z całą pewnością nie zamierzali dopuścić, by tak ważni jeńcy wpadli w ręce aliantów. Dlatego przewozili ich po wąskim pasie między zbliżającymi się z dwóch stron armiami aliantów, do kurczącego się serca Trzeciej Rzeszy. Day zastanawiał się, co się stanie, kiedy nie będą już mieli dokąd się wycofać. Jaki los czeka ich na końcu tego korytarza śmierci30?
Koniec wersji demonstracyjnej.