Żywot szczęśliwego - Jerzy Kaśków

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chodzą

po mnie robaki i glisty

albo popiół rozwiany na wietrze

gryzie w oczy Co ze mną zrobicie? Komu

truchło odda swe soki?

Pomnik? Tak, ale pod drzewem

Niech drzewo się mną naje

nasyci do końca. Drzewa były

mi zawsze dobrymi kompanami.

Niczyje

niezdolne do pochlebstw

bezimienne ciche

spokojne życie Tylko

co ze mną zrobicie?

Nie myjcie mnie. Nie ubierajcie.

Ale umyliście mnie. Ubraliście

w marynarkę. W koronę powszechnych

złudzeń. Będziecie nosić mnie

w pamięci i sercach nie znając mego imienia.

Odejdźcie

Nie odejdziecie

dlatego sam odejdę

zgubię się na zawsze

Byliśmy

(pojechałem kiedyś z rodzicami i świętą siostrą na Mazury.

Zawieźliśmy tam w przyczepce i na dachu samochodu oraz

w każdym wolnym miejscu cały dom. Kołdry, garnki, talerze,

rozkładane

stoły, krzesła, lustra, wszystkie przybory codziennego użytku,

bez których normalni ludzie mogliby się obejść. Tylko ściany

były z namiotu. Podróż

trwała osiemnaście godzin, bo maluch po drodze zepsuł się dwukrotnie,

lecz tata miał do perfekcji opanowaną książkę napraw "Fiat 126p" i ratował

swoje stado od zguby, to znaczy dzielnie stawiał czoła zadaniom

praktycznym tak jak mama, która wychodząc naprzeciw

problemom i czającej się grozie przygotowała trzydzieści

pasteryzowanych słoików z mięsem, spoczywających pod

stopami siostry i moimi.)

byliśmy

kiedyś rodziną? łowiłem ryby na wędkę zrobioną z patyka.

Małe płotki,

leszcze, okonie, karasie, a w nocy raki

z latarką

z rodziną

Kiedy

się urodziłem, myślano, że jestem dobry,

ale gdy zacząłem parę lat później pisać

lewą ręką, okazało się, że jestem jednak zły.

Pani psycholog powiedziała, że zło można

leczyć, trzeba tylko wiązać lewą rękę

z tyłu do paska u spodni. Wierzyłem, że

ja też mogę być dobry jak oni, lecz śmiali

się, że nie jestem tak dobry jak trzeba,

bo słoneczko nierównym okręgiem, bo

szlaczek poza linijkę, bo lewą ręką wyciera się

dupę,

lecz ja do dziś wycieram prawą, żeby

usprawiedliwić zło przed światem,

nie noszę już paska do spodni, przestałem

malować słoneczka i szlaczkiem chodzę

[jak najdalej od ludzi dobrych...

Na szybie

komar tańczy życie. Jednak cisza.

Nic się nie dzieje. Samiec żyje tylko dziesięć dni.

Potem wolność. Potem już tylko sen.

Wszystko mu jedno, ale do końca

pozostaje sobą. Milczy. Który to dzień tańca?

Może zaraz odejdzie? Spadnie z hukiem

na parapet. Wtedy nawet pająk go nie tknie.

Jednak cisza. Nic się nie dzieje. Koty

już straciły ochotę na przekąskę. Przychodzą

tylko do michy. Komar ma tu spokojne życie.

Nikt mu nie przeszkadza. Nie czyha na niego.

Dziś jest moim jedynym przyjacielem.

Jednak cisza.

Komar nie będzie miał nigdy pogrzebu.

Zazdroszczę mu. Nie zbierze się tłum komarów.

Komary są mądre. Nikt nie będzie mył ciała

pana komara. Jakże musi być szczęśliwy.

Nikt mu nie zaklei oczu kropelką, nikt nie

będzie pudrował komarzej twarzy. Myślę o tym, by

umrzeć gdzieś z dala od tego ludzkiego absurdu.

Żyje nadal. Bez wytchnienia

obskakuje każdy milimetr szyby po tysiąc

razy. Gdyby można było spocząć z nim

w jednym grobie, cisza jednak. Gdyby

można było liczyć na to, że nikt nie przyjdzie

na nasz pogrzeb, jaka radość wielka kryłaby się

w umieraniu. Komarzyca lubi CO2, ale człowiek

nie lubi ludzi, komarzyc i dwutlenku węgla. Dwutlenek

węgla niszczy ozon. Krowy podobno produkują najwięcej

dwutlenku węgla. Więcej niż przemysł i wszystkie

samochody. Krowy dużo pierdzą i z tego ten problem.

Nie obchodzi nas życie planety. Nic nas nie obchodzi.

Popyt na wołowinę jest duży i biedne krowy nie wiedzą,

że wypierdzą naszą zagładę.

Ale to my - ludzie - wyznawcy beznadziejności - pragniemy

własnej zguby. Czemu mogą być winne krowy?

Komar wciąż tu jest. Nie zauważa mnie. Jakiś

bachor woła: babcia, babcia, babcia! Już po ciszy,

a było tak przyjemnie. Babcia się nie odezwała.

Może przyszła jej pora? Który to dzień?

życie, zastanawiam się. Czego chciał ten bachor?

Kim jest człowiek?

Nie mam nic oprócz pisania. Nic. Kiedy nie piszę,

umieram, kiedy piszę, umieram. Kiedy umrę, żyć

zamierzam.

Gdzie śpią komary?

Mijały lata, a ja pisałem ze sportowym zacięciem.

Bez ustanku jak komar. Dziesięć lat zleciało.

Życie komara jest więcej warte ode mnie. Zapragnąłem

być sam, żeby zobaczyć, kim jestem. Gdy zobaczyłem

siebie, stwierdziłem, że dla świata będzie lepiej, gdy tu

pozostanę. Miałem prosty wybór. Albo mordowanie,

albo umieranie. W sobie. Wybrałem życie. Oni tak mało

wiedzą. Jednak cisza. Komar tańczy.

Jednak boli, jednak dobrze jest tu zostać.

[... Zmarł.

Komar odszedł. Spadł. Z impetem. Tak po cichu

przez wąskie dróżki, odchodzę jak wypalony papieros,

niczym zaklęcie

na szczyt serca