Chodzą
po mnie robaki i glisty
albo popiół rozwiany na wietrze
gryzie w oczy Co ze mną zrobicie? Komu
truchło odda swe soki?
Pomnik? Tak, ale pod drzewem
Niech drzewo się mną naje
nasyci do końca. Drzewa były
mi zawsze dobrymi kompanami.
Niczyje
niezdolne do pochlebstw
bezimienne ciche
spokojne życie Tylko
co ze mną zrobicie?
Nie myjcie mnie. Nie ubierajcie.
Ale umyliście mnie. Ubraliście
w marynarkę. W koronę powszechnych
złudzeń. Będziecie nosić mnie
w pamięci i sercach nie znając mego imienia.
Odejdźcie
Nie odejdziecie
dlatego sam odejdę
zgubię się na zawsze
Byliśmy
(pojechałem kiedyś z rodzicami i świętą siostrą na Mazury.
Zawieźliśmy tam w przyczepce i na dachu samochodu oraz
w każdym wolnym miejscu cały dom. Kołdry, garnki, talerze,
rozkładane
stoły, krzesła, lustra, wszystkie przybory codziennego użytku,
bez których normalni ludzie mogliby się obejść. Tylko ściany
były z namiotu. Podróż
trwała osiemnaście godzin, bo maluch po drodze zepsuł się dwukrotnie,
lecz tata miał do perfekcji opanowaną książkę napraw "Fiat 126p" i ratował
swoje stado od zguby, to znaczy dzielnie stawiał czoła zadaniom
praktycznym tak jak mama, która wychodząc naprzeciw
problemom i czającej się grozie przygotowała trzydzieści
pasteryzowanych słoików z mięsem, spoczywających pod
stopami siostry i moimi.)
byliśmy
kiedyś rodziną? łowiłem ryby na wędkę zrobioną z patyka.
Małe płotki,
leszcze, okonie, karasie, a w nocy raki
z latarką
z rodziną
Kiedy
się urodziłem, myślano, że jestem dobry,
ale gdy zacząłem parę lat później pisać
lewą ręką, okazało się, że jestem jednak zły.
Pani psycholog powiedziała, że zło można
leczyć, trzeba tylko wiązać lewą rękę
z tyłu do paska u spodni. Wierzyłem, że
ja też mogę być dobry jak oni, lecz śmiali
się, że nie jestem tak dobry jak trzeba,
bo słoneczko nierównym okręgiem, bo
szlaczek poza linijkę, bo lewą ręką wyciera się
dupę,
lecz ja do dziś wycieram prawą, żeby
usprawiedliwić zło przed światem,
nie noszę już paska do spodni, przestałem
malować słoneczka i szlaczkiem chodzę
[jak najdalej od ludzi dobrych...
Na szybie
komar tańczy życie. Jednak cisza.
Nic się nie dzieje. Samiec żyje tylko dziesięć dni.
Potem wolność. Potem już tylko sen.
Wszystko mu jedno, ale do końca
pozostaje sobą. Milczy. Który to dzień tańca?
Może zaraz odejdzie? Spadnie z hukiem
na parapet. Wtedy nawet pająk go nie tknie.
Jednak cisza. Nic się nie dzieje. Koty
już straciły ochotę na przekąskę. Przychodzą
tylko do michy. Komar ma tu spokojne życie.
Nikt mu nie przeszkadza. Nie czyha na niego.
Dziś jest moim jedynym przyjacielem.
Jednak cisza.
Komar nie będzie miał nigdy pogrzebu.
Zazdroszczę mu. Nie zbierze się tłum komarów.
Komary są mądre. Nikt nie będzie mył ciała
pana komara. Jakże musi być szczęśliwy.
Nikt mu nie zaklei oczu kropelką, nikt nie
będzie pudrował komarzej twarzy. Myślę o tym, by
umrzeć gdzieś z dala od tego ludzkiego absurdu.
Żyje nadal. Bez wytchnienia
obskakuje każdy milimetr szyby po tysiąc
razy. Gdyby można było spocząć z nim
w jednym grobie, cisza jednak. Gdyby
można było liczyć na to, że nikt nie przyjdzie
na nasz pogrzeb, jaka radość wielka kryłaby się
w umieraniu. Komarzyca lubi CO2, ale człowiek
nie lubi ludzi, komarzyc i dwutlenku węgla. Dwutlenek
węgla niszczy ozon. Krowy podobno produkują najwięcej
dwutlenku węgla. Więcej niż przemysł i wszystkie
samochody. Krowy dużo pierdzą i z tego ten problem.
Nie obchodzi nas życie planety. Nic nas nie obchodzi.
Popyt na wołowinę jest duży i biedne krowy nie wiedzą,
że wypierdzą naszą zagładę.
Ale to my - ludzie - wyznawcy beznadziejności - pragniemy
własnej zguby. Czemu mogą być winne krowy?
Komar wciąż tu jest. Nie zauważa mnie. Jakiś
bachor woła: babcia, babcia, babcia! Już po ciszy,
a było tak przyjemnie. Babcia się nie odezwała.
Może przyszła jej pora? Który to dzień?
życie, zastanawiam się. Czego chciał ten bachor?
Kim jest człowiek?
Nie mam nic oprócz pisania. Nic. Kiedy nie piszę,
umieram, kiedy piszę, umieram. Kiedy umrę, żyć
zamierzam.
Gdzie śpią komary?
Mijały lata, a ja pisałem ze sportowym zacięciem.
Bez ustanku jak komar. Dziesięć lat zleciało.
Życie komara jest więcej warte ode mnie. Zapragnąłem
być sam, żeby zobaczyć, kim jestem. Gdy zobaczyłem
siebie, stwierdziłem, że dla świata będzie lepiej, gdy tu
pozostanę. Miałem prosty wybór. Albo mordowanie,
albo umieranie. W sobie. Wybrałem życie. Oni tak mało
wiedzą. Jednak cisza. Komar tańczy.
Jednak boli, jednak dobrze jest tu zostać.
[... Zmarł.
Komar odszedł. Spadł. Z impetem. Tak po cichu
przez wąskie dróżki, odchodzę jak wypalony papieros,
niczym zaklęcie
na szczyt serca