Recenzje
Pozornie wolny umysł. Psychologia wpływu i manipulacji. Wydanie drugie rozszerzone
Czy wy również zadaliście sobie kiedyś pytanie: czy łatwo mną manipulować? Ja dość często się nad tym zastanawiam. Mimo że czasami zauważam, że ktoś próbuje wywrzeć na mnie wpływ, i tak zdarza mi się zgadzać na rzeczy, na które wcale nie mam ochoty. Niby wiem, czego chcę, a jednak trudno mi odmówić. Książka jest napisana lekkim i przystępnym językiem, dzięki czemu bardzo szybko się ją czyta, mimo około 250 stron ciągłego tekstu. Szczególnie podobały mi się przykładowe dialogi, które pomagają lepiej zrozumieć opisywane mechanizmy i odnieść je do codziennych sytuacji. Książka pokazuje, jak inni ludzie potrafią wpływać na nasze myślenie, decyzje i zachowanie. Nie tylko za pomocą słów, ale również gestów, działań i umiejętnego wykorzystywania naszych emocji. Podczas czytania niejednokrotnie łapałam się na myśli, że przecież sama znalazłam się kiedyś w podobnej sytuacji. To właśnie sprawia, że treść jest tak ciekawa i skłania do refleksji. Myślę, że warto ją przeczytać, aby lepiej rozumieć mechanizmy manipulacji, ale przede wszystkim nauczyć się bardziej świadomie podejmować decyzje i stawiać granice. Polecam! ❤
Jingle Bells & Royal Kisses
Święta w angielskiej posiadłości, rodzinny spadek, romantyczne pomyłki i mężczyzna, który zdecydowanie nie powinien wpaść Ci w oko. „Jingle Bells & Royal Kisses” Ludki Skrzydlewskiej to jedna z tych historii, przy których naprawdę dobrze się bawiłam! Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że oprócz romansu dostałam również zagadki i rywalizację o rodzinny majątek. Przyznam, że właśnie ten wątek sprawił, że z jeszcze większym zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia. Uwielbiam, kiedy historia romantyczna nie ogranicza się wyłącznie do relacji bohaterów, a tutaj było co odkrywać i komu kibicować! Belle i Rhys to duet, który zdecydowanie przypadł mi do gustu. Nieporozumienia, wzajemne docinki i cała sytuacja związana z udawaniem narzeczonej dostarczyły mi mnóstwo rozrywki. Do tego dochodzi chemia między bohaterami i romantyczne zamieszanie, które tylko napędza całą historię. Ogromnym plusem jest również zimowa Anglia. Urokliwe miasteczko, rodzinne tajemnice, świąteczna atmosfera i odrobina arystokratycznego klimatu sprawiły, że z przyjemnością przeniosłam się do tego świata. To świetne połączenie świątecznego romansu, komedii pomyłek i rodzinnej intrygi. Nie będę szukać dziury w całym, bo po prostu świetnie się bawiłam! Historia wciągnęła mnie, rozbawiła i dostarczyła dokładnie tego, czego oczekuję od lekkiego, ale niebanalnego romansu. Jeśli lubicie świąteczne romanse z motywem enemies to lovers, udawanym związkiem, rywalizacją o spadek i zagadkami, koniecznie dopiszcie „Jingle Bells & Royal Kisses” do swojej zimowej listy. Dla mnie to zdecydowanie jedna z przyjemniejszych świątecznych lektur! 🧡
Świąteczna wojna serc. Magiczne święta w Kolorado #1
Czy można jednocześnie nie znosić swojego sąsiada i mieć nieodpartą ochotę go pocałować? A co, jeśli dorzucimy do tego świąteczny konkurs, mnóstwo złośliwości, nieczystych zagrywek i miasteczko, w którym Boże Narodzenie trwa przez cały rok? Brzmi jak przepis na niezłe zamieszanie? Zdecydowanie tak! Oficjalnie otwieram sezon na świąteczne historie, a „Świąteczna wojna serc” Meghan Quinn okazała się naprawdę udanym początkiem! Przenosimy się do Kringle w Kolorado - niezwykłego miasteczka, w którym świąteczne dekoracje, kolorowe światełka, kolędy i bożonarodzeniowe tradycje są codziennością. Tutaj miłość do świąt jest niemal religią, a mieszkańcy z ogromnym zaangażowaniem celebrują ten wyjątkowy czas. Jednym z najważniejszych wydarzeń jest konkurs na najbardziej świąteczną osobę, który co roku dostarcza mnóstwa emocji. Po dziesięciu latach nieobecności do rodzinnego Kringle wraca Storee Taylor. Przyjeżdża wraz z siostrą, aby zaopiekować się ciocią Cindy, która po wypadku potrzebuje pomocy. Nie planuje jednak ponownego angażowania się w życie miasteczka, a już na pewno nie zamierza brać udziału w konkursie, który przed laty przyniósł jej niemałe upokorzenie. Sytuacja szybko się komplikuje, kiedy na jej drodze ponownie staje Cole Black - dawny przyjaciel, a obecnie sąsiad, który najwyraźniej ma z nią kilka niewyrównanych rachunków. Kiedy oboje postanawiają zawalczyć o zwycięstwo, rozpoczyna się prawdziwa świąteczna wojna. A w niej wszystkie chwyty są dozwolone! Storee to bohaterka, którą trudno przeoczyć. Energiczna, wygadana, roztrzepana i pełna szalonych pomysłów, zdecydowanie nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cole jest jej całkowitym przeciwieństwem. Mrukliwy, zamknięty w sobie i daleki od świątecznego entuzjazmu, sprawia wrażenie człowieka, któremu nawet renifery działają na nerwy. Ich wzajemne przekomarzania, cięte riposty i próby uprzykrzania sobie życia to zdecydowanie jeden z największych atutów tej historii. Nie raz parskałam śmiechem, obserwując ich kolejne pomysły i desperackie próby przechytrzenia przeciwnika. Do tego dochodzą absurdalne konkurencje, sabotaże, pomocników zaangażowanych w rywalizację i udawany związek, który z czasem zaczyna wymykać się spod kontroli. Ich relacja to mieszanka enemies to lovers, drugiej szansy i przyjaźni sprzed lat. Początkowa niechęć stopniowo ustępuje miejsca coraz większemu przyciąganiu, a pod kolejnymi docinkami zaczynają pojawiać się uczucia, których oboje niekoniecznie chcą przed sobą przyznać. Podobało mi się obserwowanie, jak na nowo odkrywają siebie, wyjaśniają nieporozumienia i powoli odbudowują więź, która kiedyś była dla nich ważna. Chemii zdecydowanie im nie brakuje, a romantyczne momenty potrafią podnieść temperaturę znacznie bardziej niż świąteczny kominek! Bardzo podobał mi się również pomysł na samo Kringle. To miejsce przypomina trochę Ktosiowo z „Grincha” - jest kolorowe, zwariowane, pełne świątecznego szaleństwa i mieszkańców, którzy czasami zdecydowanie za bardzo interesują się cudzym życiem. Autorka świetnie oddała atmosferę małej społeczności, lokalnych tradycji i konkursowej gorączki. Miałam wrażenie, jakbym oglądała szaloną świąteczną komedię romantyczną, w której nie brakuje hałasu, światełek, zabawnych sytuacji i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jednak pod tą ogromną warstwą humoru i świątecznego lukru kryje się również znacznie bardziej emocjonalna historia. Szczególnie Cole pokazuje, że Boże Narodzenie nie dla każdego jest czasem beztroski i radości. Mężczyzna od lat zmaga się z bólem po stracie rodziców, a jego niechęć do świąt i dystans wobec innych są sposobem na radzenie sobie z trudną przeszłością. Za maską zrzędliwego sąsiada kryje się ktoś, kto wciąż nie potrafi pogodzić się z tym, co go spotkało. Storee natomiast przypomina, że czasami nawet bez wielkich życiowych tragedii można utknąć w miejscu i stracić poczucie kierunku. Bardzo doceniam, że autorka nie ograniczyła się wyłącznie do zabawnych przepychanek, ale pozwoliła bohaterom zmierzyć się z własnymi emocjami, dawnymi urazami i niewypowiedzianymi słowami. Nie zabrakło również świetnych postaci drugoplanowych. Ciocia Cindy i Atlas wnoszą do fabuły mnóstwo dodatkowego humoru i uroku. Ich obecność sprawia, że historia nie skupia się wyłącznie na głównej parze, a samo miasteczko nabiera jeszcze więcej charakteru. Na dodatkową uwagę zasługuje również sposób prowadzenia narracji. Wierszowane początki rozdziałów oraz narrator, który od czasu do czasu wdaje się w zabawne przepychanki z Cole'em, okazały się ciekawym i nieco nietypowym rozwiązaniem. Warto też wspomnieć o tłumaczeniu, które świetnie oddaje humor, rytm i charakterystyczne rymowanki pojawiające się w książce. Czy wszystko mnie przekonało? Nie do końca. Momentami zachowanie bohaterów bywało mocno przerysowane, a niektóre przepychanki i nieporozumienia można było zakończyć znacznie wcześniej. Początek wydał mi się nieco chaotyczny i chwilami infantylny, a konkurs, choć sam pomysł bardzo mi się podobał, nie zawsze wykorzystywał swój potencjał. Zdarzały się też momenty, w których humor ocierał się o kicz. Jednak z czasem coraz bardziej wciągałam się w tę historię, a jej emocjonalna strona sprawiła, że spojrzałam na nią znacznie przychylniej. „Świąteczna wojna serc” to dla mnie bardzo udane połączenie zwariowanej komedii romantycznej, świątecznej magii i historii o ludziach, którzy próbują zostawić przeszłość za sobą. Bawi, rozczula, momentami wzrusza, a przede wszystkim pozwala na kilka godzin oderwać się od codzienności. Nie jest to subtelna opowieść o spokojnych świętach przy kominku. Tutaj mamy prawdziwą lawinę świątecznego szaleństwa, złośliwości, rywalizacji i romantycznych iskier! Jeśli lubicie motyw enemies to lovers, udawane związki, dawnych przyjaciół, którzie potrafią przestać sobie dogryzać, oraz małomiasteczkowy klimat rodem z bożonarodzeniowych filmów, koniecznie dopiszcie ten tytuł do swojej listy. Ja bawiłam się świetnie i już wiem, że Kringle jeszcze nie raz zagości w moich czytelniczych planach. Tym bardziej że historia Atlasa już czeka w kolejce!
Świąteczna wojna serc. Magiczne święta w Kolorado #1
Meghan Quinn to moje książkowe guilty pleasure i nawet nie zamierzam z tym walczyć. Sięgając po jej książki, doskonale wiem, na co się piszę. Wiem, że będę się śmiać, wzdychać, czasami przewracać oczami tak intensywnie, że przez chwilę zobaczę własny mózg, a mimo wszystko będę czytać dalej, bo ta kobieta ma jakiś wyjątkowo irytujący talent do pisania historii, od których trudno się oderwać. „Świąteczna wojna serc” idealnie wpisuje się w ten schemat, chociaż tym razem Quinn zamiast zwykłego chaosu dorzuciła mi jeszcze choinki, światełka, świąteczne konkursy i miasteczko, w którym Boże Narodzenie najwyraźniej jest religią. Kringle w Kolorado to miejsce, do którego Storee wraca po dziesięciu latach, żeby zaopiekować się chorą ciotką. Powrót do rodzinnych stron sam w sobie mógłby być wystarczająco skomplikowany, ale przecież byłoby zdecydowanie zbyt spokojnie, gdyby na jej drodze nie pojawił się Cole. Dawny przyjaciel, obecnie największy przeciwnik i człowiek, którego Storee najchętniej udusiłaby własnymi rękami, chociaż podejrzewam, że znacznie chętniej zrobiłaby z nim coś zupełnie innego. Do tego dochodzi konkurs na najbardziej świąteczną osobę w Kringle i tutaj zaczyna się prawdziwy cyrk. Rywalizacja szybko wymyka się spod kontroli, a Storee i Cole udowadniają, że kiedy dwoje dorosłych ludzi ma do siebie pretensje, zdecydowanie łatwiej urządzić serię absurdalnych wojenek niż po prostu usiąść i porozmawiać. I właśnie te ich potyczki dostarczyły mi chyba najwięcej rozrywki. Ich relacja ma w sobie ten rodzaj napięcia, przy którym człowiek doskonale wie, że za kolejną złośliwością kryje się coś więcej, ale bohaterowie będą oczywiście ostatnimi osobami, które się do tego przyznają. Quinn bardzo sprawnie bawi się schematem enemies to lovers, dorzucając do niego wspólną przeszłość, dawne emocje, udawanie związku i oczywiście obowiązkową porcję sytuacji, przy których można zapytać: „czy oni naprawdę to właśnie zrobili?”. I właśnie za to lubię jej książki. Nie zawsze są idealnie wyważone, czasami bohaterowie podejmują decyzje, przy których mam ochotę wejść do książki i potrząsnąć nimi jak workiem ziemniaków, ale jednocześnie trudno odmówić tej historii rozrywkowości. Nie będę też udawać, że Storee od początku skradła moje serce. Momentami jej sposób bycia mocno działał mi na nerwy, szczególnie wtedy, gdy zamiast powiedzieć wprost, o co jej chodzi, wybierała drogę prowadzącą przez trzy ronda, dwa zakręty i emocjonalną katastrofę. Cole wypadał u mnie znacznie lepiej. Ten mrukliwy, zamknięty w sobie facet, który za niechęcią do świąt skrywa znacznie więcej, niż początkowo można przypuszczać, z czasem pokazuje zupełnie inną twarz. I właśnie ta poważniejsza warstwa historii była dla mnie dużym plusem. Pod całą świąteczną otoczką, żartami i rywalizacją kryje się opowieść o stracie, żałobie, poczuciu utknięcia i próbie pogodzenia się z tym, czego nie da się już zmienić. Cole nie jest po prostu facetem, który nie lubi świąt. Za jego zachowaniem stoi ból, który przez lata skutecznie odcinał go od ludzi i od możliwości ponownego poczucia szczęścia. Storee również musi zmierzyć się z własnym życiem i pytaniem, czy naprawdę jest w miejscu, w którym chce być. I chyba właśnie ten kontrast najbardziej mnie kupił. Z jednej strony mamy świąteczny absurd, konkursy, dekoracje, rywalizację i bohaterów, którzy najwyraźniej uznali, że zwyczajna rozmowa jest zdecydowanie zbyt nudnym rozwiązaniem. Z drugiej dostajemy historię ludzi, którzy próbują poukładać sobie przeszłość i w końcu przestać pozwalać jej decydować o przyszłości. Czy wszystko zagrało? Oczywiście, że nie. To byłaby książka Meghan Quinn pozbawiona części swojej magii. 😂 Momentami było zbyt dużo, momentami za mało, niektóre zachowania bohaterów wymagały ode mnie bardzo głębokiego oddechu, a część konfliktów spokojnie można było rozwiązać jednym szczerym zdaniem. Tylko że ja doskonale wiedziałam, po co sięgam. To nie miała być wielowątkowa literatura piękna, tylko świąteczny romans, który ma mnie bawić, irytować, rozczulać i sprawić, że zamiast odkładać książkę, będę czytać kolejny rozdział. No i ten klimat! Kringle jest tak absurdalnie zakochane w Bożym Narodzeniu, że po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać, że mieszkańcy dekorują choinki kiedy tylko mogą. Światełka, konkursy, świąteczne tradycje i społeczność, która zdecydowanie za bardzo interesuje się życiem innych, tworzą idealne tło dla całego tego romantycznego chaosu. To jedna z tych historii, które potrafią wcisnąć czytelnika w świąteczny nastrój nawet wtedy, kiedy kalendarz dopiero przypomina, że mamy jesień. A romans? Jest chemia, jest napięcie, jest wzajemne przyciąganie i jest również sporo scen, przy których temperatura zdecydowanie przestaje pasować do grudniowej pogody. 🔥 Quinn nie zapomniała, że pisze romans 18+, więc jeśli szukacie grzecznej historii o wymianie spojrzeń przy choince, możecie się lekko zdziwić. „Świąteczna wojna serc” nie jest książką bez wad, ale też absolutnie nie tego od niej oczekiwałam. Czy będę dalej sięgać po Meghan Quinn, świadoma, że istnieje spore ryzyko uszkodzenia gałek ocznych od ich przewracania? Oczywiście. To moje guilty pleasure. A z guilty pleasure się nie dyskutuje. Po prostu bierze się kolejną książkę i czyta. ❤️🎄
Wesołych świąt, świntuchu! Magiczne święta w Kolorado #2
❤️ Czy można zakochać się w kimś, kogo najchętniej wysłałoby się na drugi koniec miasteczka? I to najlepiej pierwszymi saniami Świętego Mikołaja? 😂🎄 ❤️ Meghan Quinn ponownie zabiera nas do Kringle, gdzie Boże Narodzenie traktowane jest niemal jak świętość, a mieszkańcy potrafią zamienić najdrobniejsze nieporozumienie w widowisko godne największych scen teatralnych. Tym razem poznajemy historię Maxa i Betty, których drogi krzyżują się za sprawą konkurujących ze sobą farm choinek. On zrobi wszystko, żeby ochronić rodzinny interes. Ona zamierza pomóc wujkowi rozkręcić własne przedsięwzięcie. Problem w tym, że żadne z nich nie przewidziało, jak bardzo ta rywalizacja skomplikuje im życie! ❤️ Max to prawdziwy żywioł! Gadatliwy, impulsywny, momentami absurdalnie niedojrzały, a przy tym rozbrajająco zabawny. Jego pomysły bywają tak niedorzeczne, że człowiek zastanawia się, jakim cudem ten facet funkcjonuje bez stałego nadzoru. 😂 Jednak pod warstwą wygłupów kryje się ktoś, komu naprawdę zależy na rodzinie i kto rozpaczliwie pragnie udowodnić swoją wartość. Betty natomiast wcale nie pozostaje mu dłużna! Jest uparta, wygadana i potrafi wpakować się w równie niezręczne sytuacje. Uwielbiam to, że autorka nie stworzyła kolejnej pary o skrajnie przeciwnych charakterach. Tutaj jedno jest warte drugiego! ❤️ Ich słowne potyczki, nieudolne intrygi i wzajemne prowokacje dostarczają mnóstwa rozrywki. Poczucie humoru Meghan Quinn jest dość specyficzne, chwilami przerysowane, pełne dwuznaczności i absurdalnych sytuacji. Rozumiem, że nie każdemu przypadnie do gustu, ale mnie takie szaleństwo zupełnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, ubawiłam się znakomicie! 🤭 A kiedy między bohaterami zaczyna iskrzyć, robi się naprawdę gorąco. Uprzedzam więc, że pomimo świątecznej otoczki nie jest to grzeczny romansik z pocałunkiem pod jemiołą. 🔥 ❤️ Na szczególną uwagę zasługuje narrator, który nie ogranicza się wyłącznie do opisywania wydarzeń, ale pozwala sobie również na ich komentowanie, a nawet wchodzenie w interakcje z bohaterami! To niezwykle ciekawy zabieg, z którym dawno nie spotkałam się w książce. Dodaje historii charakteru i sprawia, że momentami miałam wrażenie, jakbym oglądała zwariowaną komedię romantyczną, w której ktoś zza kulis nie potrafi powstrzymać się od dorzucenia własnych trzech groszy. 😂 ❤️ Pod całą tą komediową otoczką znalazło się również miejsce na poważniejsze emocje. Rodzinne oczekiwania, strach przed porażką, potrzeba akceptacji czy trudności z zaufaniem drugiej osobie sprawiają, że Max i Betty mają do zaoferowania znacznie więcej niż serię zabawnych dialogów. Podoba mi się także atmosfera małego miasteczka, jego ekscentryczni mieszkańcy oraz możliwość ponownego spotkania bohaterów znanych z pierwszego tomu. ❤️ Czy wszystko zagrało idealnie? Nie do końca. Momentami miałam wrażenie, że niektóre żarty i sceny są przeciągnięte, a autorka tak dobrze bawi się wymyślaniem kolejnych absurdów, że zapomina, kiedy powiedzieć „dość”. Przy tak obszernej historii odrobina skrócenia wyszłaby jej na dobre. Nie zmienia to jednak faktu, że dostałam dokładnie taką porcję romantycznego chaosu, na jaką liczyłam! ❤️ I koniecznie muszę wspomnieć o wydaniu! 😍 Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, oprawa książki zachwyca. Kolorowa okładka przyciąga wzrok, ale to cudowne barwione brzegi skradły moje serce! Uwielbiam, kiedy wydawnictwo dopieszcza takie szczegóły, bo dzięki nim książka staje się również małą ozdobą biblioteczki. ❤️ „Wesołych świąt, świntuchu!” to szalona mieszanka rywalizacji, nieporozumień, namiętności i świątecznego zamieszania. Jeśli lubicie romanse, które nie traktują siebie zbyt poważnie, bohaterów z niewyparzonym językiem i humor balansujący na granicy absurdu, koniecznie wybierzcie się do Kringle!