Recenzje
Jingle Bells & Royal Kisses
Święta w angielskiej posiadłości, rodzinny spadek, romantyczne pomyłki i mężczyzna, który zdecydowanie nie powinien wpaść Ci w oko. „Jingle Bells & Royal Kisses” Ludki Skrzydlewskiej to jedna z tych historii, przy których naprawdę dobrze się bawiłam! Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że oprócz romansu dostałam również zagadki i rywalizację o rodzinny majątek. Przyznam, że właśnie ten wątek sprawił, że z jeszcze większym zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia. Uwielbiam, kiedy historia romantyczna nie ogranicza się wyłącznie do relacji bohaterów, a tutaj było co odkrywać i komu kibicować! Belle i Rhys to duet, który zdecydowanie przypadł mi do gustu. Nieporozumienia, wzajemne docinki i cała sytuacja związana z udawaniem narzeczonej dostarczyły mi mnóstwo rozrywki. Do tego dochodzi chemia między bohaterami i romantyczne zamieszanie, które tylko napędza całą historię. Ogromnym plusem jest również zimowa Anglia. Urokliwe miasteczko, rodzinne tajemnice, świąteczna atmosfera i odrobina arystokratycznego klimatu sprawiły, że z przyjemnością przeniosłam się do tego świata. To świetne połączenie świątecznego romansu, komedii pomyłek i rodzinnej intrygi. Nie będę szukać dziury w całym, bo po prostu świetnie się bawiłam! Historia wciągnęła mnie, rozbawiła i dostarczyła dokładnie tego, czego oczekuję od lekkiego, ale niebanalnego romansu. Jeśli lubicie świąteczne romanse z motywem enemies to lovers, udawanym związkiem, rywalizacją o spadek i zagadkami, koniecznie dopiszcie „Jingle Bells & Royal Kisses” do swojej zimowej listy. Dla mnie to zdecydowanie jedna z przyjemniejszych świątecznych lektur! 🧡
Świąteczna wojna serc. Magiczne święta w Kolorado #1
Meghan Quinn to moje książkowe guilty pleasure i nawet nie zamierzam z tym walczyć. Sięgając po jej książki, doskonale wiem, na co się piszę. Wiem, że będę się śmiać, wzdychać, czasami przewracać oczami tak intensywnie, że przez chwilę zobaczę własny mózg, a mimo wszystko będę czytać dalej, bo ta kobieta ma jakiś wyjątkowo irytujący talent do pisania historii, od których trudno się oderwać. „Świąteczna wojna serc” idealnie wpisuje się w ten schemat, chociaż tym razem Quinn zamiast zwykłego chaosu dorzuciła mi jeszcze choinki, światełka, świąteczne konkursy i miasteczko, w którym Boże Narodzenie najwyraźniej jest religią. Kringle w Kolorado to miejsce, do którego Storee wraca po dziesięciu latach, żeby zaopiekować się chorą ciotką. Powrót do rodzinnych stron sam w sobie mógłby być wystarczająco skomplikowany, ale przecież byłoby zdecydowanie zbyt spokojnie, gdyby na jej drodze nie pojawił się Cole. Dawny przyjaciel, obecnie największy przeciwnik i człowiek, którego Storee najchętniej udusiłaby własnymi rękami, chociaż podejrzewam, że znacznie chętniej zrobiłaby z nim coś zupełnie innego. Do tego dochodzi konkurs na najbardziej świąteczną osobę w Kringle i tutaj zaczyna się prawdziwy cyrk. Rywalizacja szybko wymyka się spod kontroli, a Storee i Cole udowadniają, że kiedy dwoje dorosłych ludzi ma do siebie pretensje, zdecydowanie łatwiej urządzić serię absurdalnych wojenek niż po prostu usiąść i porozmawiać. I właśnie te ich potyczki dostarczyły mi chyba najwięcej rozrywki. Ich relacja ma w sobie ten rodzaj napięcia, przy którym człowiek doskonale wie, że za kolejną złośliwością kryje się coś więcej, ale bohaterowie będą oczywiście ostatnimi osobami, które się do tego przyznają. Quinn bardzo sprawnie bawi się schematem enemies to lovers, dorzucając do niego wspólną przeszłość, dawne emocje, udawanie związku i oczywiście obowiązkową porcję sytuacji, przy których można zapytać: „czy oni naprawdę to właśnie zrobili?”. I właśnie za to lubię jej książki. Nie zawsze są idealnie wyważone, czasami bohaterowie podejmują decyzje, przy których mam ochotę wejść do książki i potrząsnąć nimi jak workiem ziemniaków, ale jednocześnie trudno odmówić tej historii rozrywkowości. Nie będę też udawać, że Storee od początku skradła moje serce. Momentami jej sposób bycia mocno działał mi na nerwy, szczególnie wtedy, gdy zamiast powiedzieć wprost, o co jej chodzi, wybierała drogę prowadzącą przez trzy ronda, dwa zakręty i emocjonalną katastrofę. Cole wypadał u mnie znacznie lepiej. Ten mrukliwy, zamknięty w sobie facet, który za niechęcią do świąt skrywa znacznie więcej, niż początkowo można przypuszczać, z czasem pokazuje zupełnie inną twarz. I właśnie ta poważniejsza warstwa historii była dla mnie dużym plusem. Pod całą świąteczną otoczką, żartami i rywalizacją kryje się opowieść o stracie, żałobie, poczuciu utknięcia i próbie pogodzenia się z tym, czego nie da się już zmienić. Cole nie jest po prostu facetem, który nie lubi świąt. Za jego zachowaniem stoi ból, który przez lata skutecznie odcinał go od ludzi i od możliwości ponownego poczucia szczęścia. Storee również musi zmierzyć się z własnym życiem i pytaniem, czy naprawdę jest w miejscu, w którym chce być. I chyba właśnie ten kontrast najbardziej mnie kupił. Z jednej strony mamy świąteczny absurd, konkursy, dekoracje, rywalizację i bohaterów, którzy najwyraźniej uznali, że zwyczajna rozmowa jest zdecydowanie zbyt nudnym rozwiązaniem. Z drugiej dostajemy historię ludzi, którzy próbują poukładać sobie przeszłość i w końcu przestać pozwalać jej decydować o przyszłości. Czy wszystko zagrało? Oczywiście, że nie. To byłaby książka Meghan Quinn pozbawiona części swojej magii. 😂 Momentami było zbyt dużo, momentami za mało, niektóre zachowania bohaterów wymagały ode mnie bardzo głębokiego oddechu, a część konfliktów spokojnie można było rozwiązać jednym szczerym zdaniem. Tylko że ja doskonale wiedziałam, po co sięgam. To nie miała być wielowątkowa literatura piękna, tylko świąteczny romans, który ma mnie bawić, irytować, rozczulać i sprawić, że zamiast odkładać książkę, będę czytać kolejny rozdział. No i ten klimat! Kringle jest tak absurdalnie zakochane w Bożym Narodzeniu, że po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać, że mieszkańcy dekorują choinki kiedy tylko mogą. Światełka, konkursy, świąteczne tradycje i społeczność, która zdecydowanie za bardzo interesuje się życiem innych, tworzą idealne tło dla całego tego romantycznego chaosu. To jedna z tych historii, które potrafią wcisnąć czytelnika w świąteczny nastrój nawet wtedy, kiedy kalendarz dopiero przypomina, że mamy jesień. A romans? Jest chemia, jest napięcie, jest wzajemne przyciąganie i jest również sporo scen, przy których temperatura zdecydowanie przestaje pasować do grudniowej pogody. 🔥 Quinn nie zapomniała, że pisze romans 18+, więc jeśli szukacie grzecznej historii o wymianie spojrzeń przy choince, możecie się lekko zdziwić. „Świąteczna wojna serc” nie jest książką bez wad, ale też absolutnie nie tego od niej oczekiwałam. Czy będę dalej sięgać po Meghan Quinn, świadoma, że istnieje spore ryzyko uszkodzenia gałek ocznych od ich przewracania? Oczywiście. To moje guilty pleasure. A z guilty pleasure się nie dyskutuje. Po prostu bierze się kolejną książkę i czyta. ❤️🎄
Bloody Revenge
Nie każdy potwór rodzi się potworem. Nie każda ofiara pozostaje bezbronna. Powiedzmy sobie szczerze: w mafijnych romansach widzieliśmy już niejednego przystojnego psychopatę, niejedną kobietę wpakowaną w układ, z którego nie da się wyjść bez szwanku, i niejedną miłość, która podobno miała pokonać wszystko. Ale „Bloody Revenge” przypomina, że kiedy mafia wchodzi do gry, nie ma miejsca na pieprzenie o motylkach w brzuchu i miłości, która magicznie naprawi cały świat. Tutaj rachunki płaci się krwią, zaufanie jest towarem deficytowym, a niektóre krzywdy zostawiają po sobie taki burdel, że nawet sam diabeł rozkłada ręce. Hope zabrała mnie do świata, w którym szczęśliwe zakończenie nie jest obietnicą, tylko czymś, na co bohaterowie muszą sobie dopiero zapracować. I cholera, właśnie za to lubię takie historie! Bo za tym całym mafijnym blichtrem, niebezpiecznymi układami i mężczyznami, którzy jednym spojrzeniem potrafią zamrozić krew w żyłach, kryje się coś znacznie bardziej brutalnego niż kolejna wojna między rodzinami. Kryje się historia dwojga ludzi, którym życie urządziło taki rollercoaster, że po wszystkim trudno nawet rozpoznać, kim byli, zanim ktoś postanowił zniszczyć im przyszłość. 🔥 Marcello De Angelis. Mężczyzna, któremu lepiej nie nadepnąć na odcisk. Syn mafijnego bossa. Następca tronu. Człowiek, którego reputacja mówi sama za siebie. Marcello nie należy do tych bohaterów, którzy najpierw przepraszają, a potem zastanawiają się, czy przypadkiem nie urazili czyichś uczuć. To facet, który funkcjonuje w świecie, gdzie słabość może kosztować życie, a litość niekoniecznie jest cnotą. Krótko mówiąc: green flagę to on widział chyba tylko na obrazku. Ale wiecie, co jest w nim najciekawsze? Nie to, że jest niebezpieczny. Nie to, że potrafi być bezwzględny. Nawet nie to, że w mafijnym świecie jego nazwisko otwiera drzwi, które dla innych pozostają zamknięte. Najciekawsze jest to, co zostało w nim z człowieka, którym był kiedyś. Bo Marcello miał mieć przyszłość. Miał mieć Valentinę, wspólne życie i coś, co w jego świecie być może było znacznie cenniejsze niż władza - własny kawałek szczęścia. A potem wystarczyło jedno tragiczne wydarzenie, żeby wszystko poszło w diabły. I nagle człowiek, który miał kochać, zaczął żyć w świecie, w którym łatwiej było nauczyć się zabijać, niż przyznać, że coś go złamało. Nie będę go wybielać. To nie ten typ bohatera, któremu wystarczy założyć garnitur, dodać kilka czułych spojrzeń i ogłosić, że pod twardą skorupą kryje się złote serce. Marcello ma swoje ciemne strony i nie zamierzam udawać, że ich nie ma. Ale właśnie dlatego tak dobrze pasuje do tej historii. Bo nie każdy bohater musi być kimś, kogo zaprosilibyśmy na niedzielny obiad do rodziców. Czasami wystarczy, że jest postacią, od której trudno oderwać wzrok, nawet kiedy doskonale wiemy, że rozsądek podpowiada nam zachować dystans. A Marcello? Cóż. Rozsądek może sobie pogadać. 🖤 🥀 Valentina. Bo przetrwanie to nie to samo co życie. I teraz przechodzimy do kobiety, której historia zdecydowanie nie należy do tych, przy których można spokojnie popijać kawę i wzdychać do kolejnego przystojnego mafiosa. Valentina miała zostać żoną mężczyzny, którego kochała. Miała mieć przyszłość, plany i prawo do decydowania o własnym życiu. Zamiast tego dostała rzeczywistość, której nie życzyłabym nawet największemu wrogowi. To, co ją spotyka, jest brutalnym przypomnieniem, że w świecie zdominowanym przez władzę i interesy innych ludzi kobieta może zostać sprowadzona do roli pionka. Kogoś, kogo losem można rozporządzać, kogo głos można zignorować, a cierpienie zamieść pod dywan, jeśli tylko komuś będzie to na rękę. I właśnie to w jej historii wkurza mnie najbardziej. Nie sama jej bezsilność, ale fakt, że ktoś w ogóle uznał, iż ma prawo jej tę bezsilność narzucić. Valentina nie jest już dziewczyną, którą Marcello pamięta. I jak miałaby nią być? Życie nie zapytało jej, czy jest gotowa na to, co ją spotka. Nie dało jej czasu na przygotowanie się do bólu. Nie zaoferowało instrukcji obsługi traumy ani magicznego przycisku, który pozwoliłby wrócić do ustawień fabrycznych. Dostała swoje piekło i musiała znaleźć sposób, żeby w nim przetrwać. Dlatego nie patrzę na nią jak na słabą kobietę, którą trzeba uratować. Widzę w niej człowieka, któremu odebrano zbyt wiele, a mimo to jego historia nie kończy się w chwili, gdy inni uznają go za przegranego. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które naprawdę mnie interesuje: czy można odzyskać siebie, kiedy ktoś przez długi czas odbierał ci prawo do bycia sobą? Nie oczekuję, że Valentina nagle stanie się niezniszczalna. Nie potrzebuję bohaterki, która po wszystkim otrzepuje sukienkę, poprawia makijaż i rzuca światu tekstem, że nic jej nie rusza. Chcę prawdziwych emocji, konsekwencji i postaci, która nie musi udowadniać swojej siły spektakularnymi gestami. Bo czasami największym aktem odwagi jest po prostu nie pozwolić, by cudze okrucieństwo odebrało nam resztki własnej tożsamości. ⚔️ A kiedy przeszłość wraca, zaczyna się prawdziwy bałagan. Wyobraźcie sobie, że tracicie kogoś, kto miał być waszym całym światem. Nie znacie wszystkich odpowiedzi. Zostają wam wspomnienia, gniew i pustka, której nie da się niczym zapełnić. Z czasem uczycie się żyć inaczej, stajecie się kimś zupełnie nowym, aż pewnego dnia los stawia przed wami osobę, którą kiedyś kochaliście. Tylko że ona już nie jest tą samą osobą. A wy też nie jesteście już sobą. No i co teraz? Właśnie za takie emocjonalne pole minowe cenię relację Marcella i Valentiny. Ich historia nie opiera się na prostym schemacie, w którym wystarczy jedno spojrzenie, kilka wspomnień i nagle wszystko wraca na właściwe tory. Nie, kochani. Tutaj życie zdążyło napisać własny scenariusz, a najwyraźniej nie miało zamiaru konsultować go z głównymi zainteresowanymi. Między tym dwojgiem stoi nie tylko przeszłość. Stoi wszystko, co zrobili z nimi inni ludzie, wszystkie zmiany, których nie mogli zatrzymać, i wszystkie emocje, z którymi muszą zmierzyć się na nowo. Marcello może chcieć odzyskać to, co utracił, ale czy potrafi zrozumieć, że nie da się odzyskać człowieka tak, jak odzyskuje się zgubiony przedmiot? Valentina może pamiętać dawne uczucie, ale czy wspomnienia wystarczą, by zaufać komuś, kto dziś jest częścią zupełnie innego świata? I tutaj właśnie kończy się romantyczne wyobrażenie, a zaczyna prawdziwa robota. Bo kochać kogoś, kiedy wszystko układa się po naszej myśli, to jedno. Kochać kogoś, kiedy trzeba zmierzyć się z tym, kim się stał, i zaakceptować, że samemu również nie jest się już dawną wersją siebie, to zupełnie inna liga. Nie wystarczy powiedzieć „kocham”. Czasami trzeba jeszcze udowodnić, że rozumie się, ile kosztowało drugiego człowieka to, że wciąż stoi przed nami. 🩸 Mafia, która nie jest dekoracją do romantycznych uniesień. Tutaj nie dostajemy mafii wyłącznie po to, żeby bohater mógł groźnie wyglądać w czarnym garniturze, rzucić kilka chłodnych zdań i wzbudzić zachwyt czytelniczek. Ten świat ma swoje zasady, brutalność i konsekwencje. Władza nie daje gwarancji bezpieczeństwa, nazwisko nie chroni przed każdą tragedią, a rodzinne układy potrafią zniszczyć ludzi, którzy nigdy nie powinni byli stać się częścią cudzej gry. I to jest coś, co bardzo mi odpowiada. Lubię, kiedy mafijny romans ma pazury. Kiedy niebezpieczeństwo nie znika tylko dlatego, że bohaterowie akurat mają ochotę na romantyczną scenę. Kiedy świat przedstawiony naprawdę wpływa na ich decyzje, zamiast być jedynie efektownym tłem. Hope połączyła brutalność tego środowiska z historią, w której emocje mają ogromne znaczenie. Nie chodzi wyłącznie o to, kto komu zagrozi, kto z kim wygra i kto ostatecznie będzie miał ostatnie słowo. Chodzi też o cenę, jaką bohaterowie płacą za życie w świecie, w którym nie każdy może sobie pozwolić na słabość. A przecież nawet najgroźniejszy człowiek ma coś, czego nie chce stracić. I czasami właśnie to staje się jego największą siłą. Albo najłatwiejszym sposobem, żeby go zniszczyć. 🖤 Czy „Bloody Revenge” mnie kupiło? Tak. I zdecydowanie nie dlatego, że dostałam kolejną historię, w której przystojny mafioso postanawia zrobić wyjątek dla jednej kobiety. Kupuje mnie tutaj zderzenie dwóch światów: człowieka, który nauczył się funkcjonować w mroku, i kobiety, która została zmuszona do życia z konsekwencjami cudzej przemocy. Ich przeszłość nie jest tylko romantycznym dodatkiem. To ciężar, z którym oboje muszą się mierzyć, nawet jeśli każde z nich robi to na swój sposób. Podoba mi się mroczny klimat, niebezpieczne środowisko i to, że ta historia nie próbuje udawać słodkiej bajki. Są emocje, jest napięcie, jest brutalność, a pomiędzy tym wszystkim pozostaje relacja, której nie da się rozwiązać jednym pięknym wyznaniem. I choć nie jest to opowieść dla każdego, fanki mocniejszych romansów mafijnych zdecydowanie powinny zwrócić na nią uwagę. Uprzedzam jednak: ze względu na poruszane tematy warto wcześniej przeczytać ostrzeżenia dotyczące treści. Hope przypomina, że w mafijnym świecie nie zawsze wygrywa ten, kto ma największą władzę. Czasami najtrudniejsza walka toczy się w człowieku, który nie potrafi pogodzić się z tym, co stracił, albo w kobiecie, która musi odnaleźć siebie po tym, jak odebrano jej niemal wszystko. A ja lubię historie, które nie dają prostych odpowiedzi. Takie, w których bohaterowie nie są idealni, decyzje mają konsekwencje, a miłość nie zwalnia nikogo z odpowiedzialności za własne czyny. Bo czasami zemsta daje złudzenie kontroli. Władza daje złudzenie siły. A miłość? Miłość potrafi wyciągnąć na światło dzienne dokładnie to, co człowiek najstaranniej próbował w sobie zakopać. I właśnie dlatego „Bloody Revenge” zostaje na mojej liście historii, którym warto dać szansę. 🖤 Hope, tym razem naprawdę weszłaś w mrok. I zdecydowanie nie zabrałaś ze sobą latarki.
Malbat znaczy grzech
🔥🔥🔥RECENZJA 🔥🔥🔥 Witajcie Kochani. Zapraszam Was dzisiaj na moją recenzję książki Zuzanny Gromadzińskiej pt. ,,Malbat znaczy grzech". Po ostatnich wydarzeniach członkowie Malbatu znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji. Strach, niepewność i poczucie zagrożenia sprawiają, że muszą zamknąć się w murach willi i odciąć od świata zewnętrznego. Doskonale wiedzą, że tym razem sami nie poradzą sobie z niebezpieczeństwem. Potrzebują pomocy kogoś, kto zna ich świat i będzie w stanie stanąć po ich stronie. Decydują się więc skontaktować z dawnym znajomym. Mężczyzna bez wahania wkracza w mafijne środowisko i przejmuje odpowiedzialność za grupę. Alice początkowo podchodzi do niego z dystansem i nie potrafi w pełni mu zaufać. Z czasem jednak dostrzega, że nie jest to kolejna osoba, która chce wykorzystać ich słabość. Nowy opiekun traktuje członków Malbatu jak własne dzieci i jest gotowy zrobić wszystko, by zapewnić im bezpieczeństwo. Tymczasem przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, a w odrodzonej mafii budzą się najmroczniejsze demony. Niebezpieczeństwo może czaić się bliżej, niż ktokolwiek przypuszcza. Zaufanie zostaje wystawione na próbę, a bohaterowie muszą zmierzyć się nie tylko z zewnętrznymi zagrożeniami, ale również z własnymi lękami i trudnymi decyzjami. Komu można zaufać, kiedy granica między przyjacielem a wrogiem zaczyna się zacierać? Czy Malbat zdoła ochronić tych, których uważa za swoją rodzinę? I czy tym razem uda się uniknąć kolejnych bolesnych konsekwencji? „Malbat znaczy grzech” to kolejna odsłona historii, w której mafijny świat przeplata się z emocjami, relacjami międzyludzkimi i trudną walką o bezpieczeństwo najbliższych. Autorka pokazuje, że rodzina nie zawsze musi łączyć się więzami krwi. Czasami tworzą ją ludzie, którzy mimo własnych problemów potrafią stanąć za sobą murem. Na szczególną uwagę zasługuje sam pomysł na fabułę, w której obok niebezpiecznych wydarzeń ważne miejsce zajmują lojalność, przyjaźń i wzajemne zaufanie. To właśnie relacje między bohaterami nadają tej historii dodatkowego wymiaru. Nie jest to wyłącznie opowieść o mafijnych rozgrywkach, ale również o ludziach, którzy próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie pełnym trudnych wyborów. Ogromnym atutem jest także tytuł, który doskonale współgra z mrocznym klimatem historii. A okładka? Jest naprawdę przepiękna! Połączenie ciemnych barw, fioletowych akcentów i motywów kwiatowych tworzy wyjątkową, przyciągającą wzrok kompozycję. 😍 Książka liczy 504 strony i jest trzecim tomem serii „Malbat”, dlatego znajomość poprzednich części jest istotna, aby w pełni zrozumieć relacje między bohaterami i wydarzenia, które doprowadziły ich do obecnej sytuacji. To propozycja dla dorosłych czytelników lubiących mroczne historie, mafijne klimaty, skomplikowane relacje i fabuły pełne napięcia. A Wy znacie już serię „Malbat” Zuzanny Gromadzińskiej? Czy lubicie historie, w których rodzina to przede wszystkim ludzie, na których można polegać? Dajcie znać w komentarzach! ❤️
Jingle Bells & Royal Kisses
"- Idź spać, zanim zrobisz coś głupiego, Belle - mruczy. Oblizuję wargi, co sprawia, że jego spojrzenie natychmiast się na nie zsuwa. - Skąd wiesz, że to byłoby głupie?" 5/5 🎄 Ona leci z przyjacielem do Anglii, by udawać jego narzeczoną.. A on jest jego starszym bratem.. Wspominałam, że pierwszego dnia się pocałowali? Belle i Rhys 🤍 Belle od zawsze mieszka w Miami. A co więcej, nigdy nie wyjechała z niego nawet na kilka dni. Dlatego, kiedy jej przyjaciel Tristan proponuje, żeby spędziła cały grudzień z nim i jego rodziną w Anglii, dziewczyna jest zachwycona. W końcu nie będzie na święta sama.. i zobaczy śnieg na żywo! Jednak.. wszystko idzie nie tak. Tristan nie pojawia się na pokładzie samolotu, w Anglii jest ZA DUŻO śniegu i zero słońca, kierownica w samochodzie znajduje się nie po tej stronie, zamiast skrzyżowań są same ronda.. a wisienką na torcie staje się wjazd do rowu. Czy może być gorzej? A no może! Belle całuje właściciela tawerny, w której się zatrzymała. Dosłownie rzuciła się na niego, ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze jest to, że.. ten facet okazuje się bratem Tristana. Tego samego Tristana, którego narzeczoną ma udawać Belle, żeby rodzice chłopaka przepisali mu majątek. I o czym przyjaciel poinformował ją dopiero na miejscu.. I gdyby tylko ona mogła wyznać Rhysowi prawdę, że tak naprawdę jest tylko przyjaciółką jego brata, byłoby z górki.. Ale nie może. Bo bracia nie mają najlepszych stosunków i z pewnością starszy z nich wykorzystałby to przeciwko Tristanowi.. A przynajmniej tak im się wydaje. A Rhys? Jest na nią wściekły za to, że go pocałowała, będąc "narzeczoną" Tristana. I dogryza jej. Na każdym, cholernym kroku.. A JA TO KOCHAM!!! "- To był tylko jeden pocałunek, który nic nie znaczył. Nic więcej. Rhys prycha lekceważąco. - Gdybym sam się od ciebie nie odsunął, zaciągnęłabyś mnie do łóżka - oznajmia arogancko i najgorsze jest to, że ma rację. - Zaprzecz, jeśli się odważysz." Ich przekomarzanki to jest moje totalne uzależnienie! A kiedy Rhys włożył świąteczny sweter specjalnie dla Belle? GAAAAAAAAAAH 🫠 No i oczywiście on ma też uroczego psa typu corgi, który generalnie nie za bardzo lubi obcych, ale ją uwielbia, zdrajca jeden XD Uwielbiam relację tej dwójki! Nawet, kiedy się na siebie wściekają, nie potrafią bez siebie wytrzymać, a chemia między nimi doprowadzała mnie do frustracji przez ponad trzysta stron! Jednak, kiedy Rhys dowiaduje się prawdy i postanawiają z Belle być razem, ale w tajemnicy przed jego rodziną (poza Tristanem rzecz jasna).. wtedy dopiero robi się spicy! Boże kochany, co ten mężczyzna robił nie tylko z Belle, ale i ze mną.. 🥵 "- Udawajcie, jak długo musicie, ale w nocy jesteś tylko moja, jasne?" Musicie wiedzieć, że Rhys jest wielką zieloną flagą. Z wyglądu totalnie przypomina bad boya, ale w środku.. jest wielkim, troskliwym misiem. Potrafi dochować sekretów (a w ich rodzinie ich nie brakuje XD), a Belle traktuje jak księżniczkę.. No i mówi do niej bezustannie DZWONECZKU 😭 Przepraszam, ale czy istnieje lepsze określenie? No a Belle? To jest tak przeurocza bohaterka, że ja nie mogę! Zakochałam się w niej już od pierwszych stron i ta miłość pogłębiała się tylko bardziej i bardziej.. Ona jest.. na maksa pozytywna. No i urocza, mówiłam już, że jest urocza? XD Ale poważnie, dawno nie czułam takiej miłości względem głównych bohaterów.. Podobała mi się też ta zimowa otoczka. Anglia zasypana śniegiem, małe miasteczko, jarmark bożonarodzeniowy, bitwa na śnieżki.. wiecie, autorka wcisnęła chyba wszystko, co kojarzy się ze świętami w jedną książkę, dzięki czemu już w końcówce października mogłam poczuć świąteczny klimat 🤍 A musicie wiedzieć, że ja jestem chyba największą fanką świąt.. Sama walka o spadek również była świetna. Zabawna, a przy okazji co rusz na jaw wychodziły kolejne sekrety rodziny Montgomerych, co jeden to lepszy.. Trochę ta rodzinka taka toksyczna, ale i tak ich polubiłam 🤍 Wiecie.. to jest najbardziej urocza i zabawna komedia romantyczna w klimacie świąt, jaką kiedykolwiek czytałam. I gdybym miała wam polecić jedną jedyną książkę świąteczną, jaką musicie przeczytać w tym roku, to właśnie byłaby ta książka. I tym samym absolutnie zakochałam się w autorce. Chcę teraz przeczytać każdą historię, która wyszła spod jej ręki żeby sprawdzić, czy każda jest tak dobra, jak "Jingle Bells & Royal Kisses". A czuję, że tak może być! Oczywiście OGROMNA POLECAJKA. Czytajcie, chłońcie ten świąteczny klimat, ale pod żadnym pozorem nie zakochujcie się w Rhysie, bo żadnej z was go nie oddam, nawet na święta! "- Powiedziałem ci, że się w tobie zakochuję, jeszcze we Francji, a ty wcale nie odpowiedziałaś mi tym samym. Nie chciałem zwracać na to uwagi, ale teraz... Nie masz pojęcia, jak bardzo czekałem na te słowa. Chcę cię pocałować, Dzwoneczku." 🤍