Recenzje
Dźwięki marzeń. Reportaże i rozmowy
8 listopada b.r. w Warszawie odbyła się premiera książki „Dźwięki Marzeń. Reportaże i rozmowy” wydanej przez Fundację Orange we współpracy z Instytutem Reportażu i wydawnictwem Helion.
Publikacja poświęcona jest tematyce wad słuchu - opowiada o doświadczeniach i potrzebach osób niesłyszących oraz ich bliskich. W projekt charytatywnie włączyli się dziennikarze, którzy pod kierunkiem Mariusza Szczygła i Julianny Jonek z Instytutu Reportażu pracowali nad reportażami i wywiadami. Całkowity dochód ze sprzedaży książki jest przeznaczony na zakup aparatów słuchowych dla dzieci z wadą słuchu.
Fundacja Orange od wielu lat wspiera rozwój dzieci niesłyszących. Prowadzi dla nich bezpłatne wypożyczenia aparatów słuchowych oraz specjalistyczną rehabilitację w domu i w czasie letnich turnusów. Doświadczenia zebrane podczas realizacji programu, liczne, poruszające historie dzieci, rodziców, terapeutów i lekarzy były inspiracją do tego, aby wydać książkę. Dochód z jej sprzedaży wesprze prowadzoną właśnie zbiórkę środków na zakup nowych urządzeń do Banków Aparatów Słuchowych dla dzieci niesłyszących.
- Do przekazania Państwu tych opowieści wybraliśmy formę reportażu. Wierzymy bowiem, że ten gatunek pozwoli czytelnikom być blisko przeżyć bohaterów, ale jednocześnie pozostawi miejsce na własną refleksję. Tym bardziej, że autorzy przedstawiają różne spojrzenia na świat ciszy i świat dźwięków, a ich bohaterowie swymi historiami potwierdzają, że temat ten ma wiele wymiarów. - mówi Jadwiga Czartoryska, prezes Fundacji Orange.
Książka „Dźwięki Marzeń. Reportaże i rozmowy” powstała we współpracy z Instytutem Reportażu i wydawnictwem Helion - właścicielem marki Editio. Do projektu zaproszono dziesięciu dziennikarzy, którzy pod okiem Instytutu pracowali nad materiałami do książki, spotykając się z jej bohaterami i prowadząc wielogodzinne, trudne nieraz rozmowy. Autorami publikacji są: Marta Kowalczyk-Hernik (Radio PIN), Joanna Morga (Polska Agencja Prasowa), Ola Kurowska (Służba Zdrowia), Beata Kołakowska (Charaktery, Puls Medycyny), Aleksandra Pawlicka (Newsweek), Katarzyna Pinkosz (Mamo to ja), Marcelina Szumer (Przekrój, Tygodnik Powszechny), Paweł Wieczorek (Tygodnik Powszechny, Wprost), Kornelia Wróblewska (Polsat News), Agnieszka Rogal (TOK FM).
W efekcie tej współpracy powstało 10 wyjątkowych reportaży, które pokazują historie osób niesłyszących z szerokiej perspektywy. Temat wady słuchu poruszony został bowiem zarówno z punktu widzenia rodziców (słyszących i niesłyszących), specjalistów logopedów i nauczycieli, a także samych niesłyszących. Autorzy przedstawili dylematy związane z wychowaniem dziecka z wadą słuchu, czy pierwszym szokiem związanym z diagnozą ( Wymarzone pierwsze słowo, Kosmita z aparatem, Po drugiej stronie ciszy). W książce można znaleźć także niezwykłe rozmowy z osobami od wielu lat zaangażowanymi we wsparcie osób z wadą słuchu ( I głusi mogą śpiewać, Nieznane przez nieznane). Jest także wywiad z Olgą Bończyk o jej życiu w świecie ciszy i w świecie dźwięków ( Mama płakała gdy jej śpiewałam) oraz szczera rozmowa z Jurkiem Owsiakiem o trudach, ale przede wszystkim korzyściach podejmowania walki o słuch najmłodszych (Każde dziecko z wlepką od Owsiaka w książeczce).
Publikacja poświęcona jest tematyce wad słuchu - opowiada o doświadczeniach i potrzebach osób niesłyszących oraz ich bliskich. W projekt charytatywnie włączyli się dziennikarze, którzy pod kierunkiem Mariusza Szczygła i Julianny Jonek z Instytutu Reportażu pracowali nad reportażami i wywiadami. Całkowity dochód ze sprzedaży książki jest przeznaczony na zakup aparatów słuchowych dla dzieci z wadą słuchu.
Fundacja Orange od wielu lat wspiera rozwój dzieci niesłyszących. Prowadzi dla nich bezpłatne wypożyczenia aparatów słuchowych oraz specjalistyczną rehabilitację w domu i w czasie letnich turnusów. Doświadczenia zebrane podczas realizacji programu, liczne, poruszające historie dzieci, rodziców, terapeutów i lekarzy były inspiracją do tego, aby wydać książkę. Dochód z jej sprzedaży wesprze prowadzoną właśnie zbiórkę środków na zakup nowych urządzeń do Banków Aparatów Słuchowych dla dzieci niesłyszących.
- Do przekazania Państwu tych opowieści wybraliśmy formę reportażu. Wierzymy bowiem, że ten gatunek pozwoli czytelnikom być blisko przeżyć bohaterów, ale jednocześnie pozostawi miejsce na własną refleksję. Tym bardziej, że autorzy przedstawiają różne spojrzenia na świat ciszy i świat dźwięków, a ich bohaterowie swymi historiami potwierdzają, że temat ten ma wiele wymiarów. - mówi Jadwiga Czartoryska, prezes Fundacji Orange.
Książka „Dźwięki Marzeń. Reportaże i rozmowy” powstała we współpracy z Instytutem Reportażu i wydawnictwem Helion - właścicielem marki Editio. Do projektu zaproszono dziesięciu dziennikarzy, którzy pod okiem Instytutu pracowali nad materiałami do książki, spotykając się z jej bohaterami i prowadząc wielogodzinne, trudne nieraz rozmowy. Autorami publikacji są: Marta Kowalczyk-Hernik (Radio PIN), Joanna Morga (Polska Agencja Prasowa), Ola Kurowska (Służba Zdrowia), Beata Kołakowska (Charaktery, Puls Medycyny), Aleksandra Pawlicka (Newsweek), Katarzyna Pinkosz (Mamo to ja), Marcelina Szumer (Przekrój, Tygodnik Powszechny), Paweł Wieczorek (Tygodnik Powszechny, Wprost), Kornelia Wróblewska (Polsat News), Agnieszka Rogal (TOK FM).
W efekcie tej współpracy powstało 10 wyjątkowych reportaży, które pokazują historie osób niesłyszących z szerokiej perspektywy. Temat wady słuchu poruszony został bowiem zarówno z punktu widzenia rodziców (słyszących i niesłyszących), specjalistów logopedów i nauczycieli, a także samych niesłyszących. Autorzy przedstawili dylematy związane z wychowaniem dziecka z wadą słuchu, czy pierwszym szokiem związanym z diagnozą ( Wymarzone pierwsze słowo, Kosmita z aparatem, Po drugiej stronie ciszy). W książce można znaleźć także niezwykłe rozmowy z osobami od wielu lat zaangażowanymi we wsparcie osób z wadą słuchu ( I głusi mogą śpiewać, Nieznane przez nieznane). Jest także wywiad z Olgą Bończyk o jej życiu w świecie ciszy i w świecie dźwięków ( Mama płakała gdy jej śpiewałam) oraz szczera rozmowa z Jurkiem Owsiakiem o trudach, ale przede wszystkim korzyściach podejmowania walki o słuch najmłodszych (Każde dziecko z wlepką od Owsiaka w książeczce).
Wirtualna Polska 2012-12-20
Kulisy Kulinarnej Akademii
Śniadań nie jadam prawie nigdy. Wstaje wcześnie, zimą to jeszcze jest noc, ale za pierwszy posiłek zabieram się nie wcześniej niż o dziesiątej. Wcześniej żołądek śpi czyli trudno coś przełknąć, wszystko jest niesmaczne i suche. Był jednak taki moment, że jadłem około 7.30 rano. Nagle stawałem się makabrycznie głodny i nie było mowy o wyjściu z domu bez posiłku. Zapytacie co wywoływało u mnie taki poranny wilczy apetyt, już odpowiadam, emitowane w porannym „Zapraszamy do Trójki” mini reportaże Marka Brzezińskiego o wspólnym tytule „Kulisy Kulinarnej Akademii”. Chyba nikt nigdy wcześniej ani nigdy później nie opowiadał o jedzeniu w ten sposób. Wystarczyło 3 minuty i soki żołądkowe zaczynały wrzeć, pojawiało się ssanie i trzeba było coś przekąsić. Natychmiast.
Świadom ulotności radiowego eteru Marek Brzeziński postanowił swoim wspomnieniom z udziału w kursie paryskiej szkoły kulinarnej Le Cordon Bleu nadać bardziej materialną postać. Tak powstała książka o tytule tożsamym z radiowymi audycjami czyli „Kulisy Kulinarnej Akademii”. Zbiór gawęd dla których kuchnia jest powodem, gawędy jednak okraszone są, jak nie przymierzając kasza skwarkami, kontekstem historycznym i geograficznym. Tak naprawdę Akademii Le Cordon Bleu autor poświęcił pięć pierwszych rozdziałów. Na ich stronach przedstawia nam swoich nauczycieli, mistrzów, szefów, zasady działania akademii i innych uczestników kursu. Kolejne, z przedostatnim włącznie to wędrówka przez regiony Francji. Wszystko się tam kręci w około rozkoszy stołu, celowo nie piszę jedzenia, bo we Francji stół to jedzenie i wino. Zawsze więc opisowi lokalnych specjalności towarzyszy notka o lokalnych apelacjach i winie. Skoro jest stół to musi być tez rozmowa, słuchamy więc o książętach , księżniczkach czy koronowanych głowach i innych znakomitościach wywodzących się z tego regionu. Autor opisuje nam znaczne i interesujące budowle. Wszystko oczywiście w gastronomicznym sosie. Co kilka stron, wyraźnie zaznaczony kursywą przepis na lokalny specjał. I to nie przepis z Seri weź i wymieszaj a napisane barokowym niemalże stylem opowieści. Pozwólcie, że zacytuje fragment przepisu na sos z liści rzodkiewek.
„Liście należy odciąć od ich czerwonych główek i bardzo dobrze wypłukać, a potem „zblanszować” przez dziesięć minut w gotującej się wodzie. Jako że jest to warzywo zielone (mowa rzecz jasna o listku, bo głowa może być czerwona czy biało czerwona), to należy listki natychmiast wsadzić do wody z lodem. Ta sauna jest obowiązkowa w wypadku większości zielonych warzyw, bo inaczej chlorofil uleci z nich jak latawce –dmuchawce”
Koniec każdego przepisu to sugestia wina które powinniśmy podać do dania, czasami z wina charakterystyką a czasami z uzasadnieniem wyboru. I znów malutki cytat, tym razem zakończenie przepisu na zasmażany kozi ser, dla porządku podam, że przepis pochodzi z rozdziału poświęconego Dolinie Loary.
„A wino? To już śpiew duszy, samograj, to, co winnice znad Loary mają najlepszego , czyli zimne sancerre owiewające się na podniebieniu jak tancerka z kabaretu swoje półnagie ciało oplata woalem przezroczystego szala. Sancerre de cortin de Chavignol z przysmażonym boczkiem, łososiem i pieprzem Cayenne to hymn do zmysłów”
I jak tu nie zrobić się natychmiast głodnym. Największa wadą książki jest to , że nie da jej się czytać od tak. Do lektury zawsze musimy siadać najedzeni i do tego z kieliszkiem wybornego wina w pobliżu. Podobnie jak radiowe audycje wywołuje natychmiastowe spazmy głodu. Do tej pory tak o winach i jedzeniu w Polsce nie pisał nikt. By z takim uniesieniem szkicować słowami zawartość talerzu i proces gotowania nie wystarczy kochać jeść, trzeba jeszcze mieć wyczucie słowa. Brzeziński to ma. Jest przecież dziennikarzem, do tego jako antropolog kultury ma umiejętność spojrzenia na danie jako na część szerszego zjawiska, widzi jego kontekst, otoczenie, element kultury regionalnej.
„Kulisy Kulinarnej Akademii” to książka dla ludzi kochających życie, dla sybarytów, pieczeniarzy, winomaniaków i miłośników dolce vita. Ale tez istotna publikacja dla wszystkich frankofili. Nie jest to za to książka kucharska, zamieszczone przepisy czyta się bardzo przyjemnie, ale poza najprostszymi wymagają od wykonującego dużego doświadczenia i techniki, w końcu uczą ich w najbardziej prestiżowej i najlepszej szkole kulinarnej świata. Skoro jednak podjął byś się wykonać któreś z dań i by się udało wrażenia smakowe i satysfakcja z wykonania gwarantowane.
Dla mnie lektura była jednak przede wszystkim wycieczką po Francji jakiej nie znałem, po Francji małych ryneczków, świeżych warzyw, różnorodnych serów i win, o których chce się gadać. Bardzo polecam.
Świadom ulotności radiowego eteru Marek Brzeziński postanowił swoim wspomnieniom z udziału w kursie paryskiej szkoły kulinarnej Le Cordon Bleu nadać bardziej materialną postać. Tak powstała książka o tytule tożsamym z radiowymi audycjami czyli „Kulisy Kulinarnej Akademii”. Zbiór gawęd dla których kuchnia jest powodem, gawędy jednak okraszone są, jak nie przymierzając kasza skwarkami, kontekstem historycznym i geograficznym. Tak naprawdę Akademii Le Cordon Bleu autor poświęcił pięć pierwszych rozdziałów. Na ich stronach przedstawia nam swoich nauczycieli, mistrzów, szefów, zasady działania akademii i innych uczestników kursu. Kolejne, z przedostatnim włącznie to wędrówka przez regiony Francji. Wszystko się tam kręci w około rozkoszy stołu, celowo nie piszę jedzenia, bo we Francji stół to jedzenie i wino. Zawsze więc opisowi lokalnych specjalności towarzyszy notka o lokalnych apelacjach i winie. Skoro jest stół to musi być tez rozmowa, słuchamy więc o książętach , księżniczkach czy koronowanych głowach i innych znakomitościach wywodzących się z tego regionu. Autor opisuje nam znaczne i interesujące budowle. Wszystko oczywiście w gastronomicznym sosie. Co kilka stron, wyraźnie zaznaczony kursywą przepis na lokalny specjał. I to nie przepis z Seri weź i wymieszaj a napisane barokowym niemalże stylem opowieści. Pozwólcie, że zacytuje fragment przepisu na sos z liści rzodkiewek.
„Liście należy odciąć od ich czerwonych główek i bardzo dobrze wypłukać, a potem „zblanszować” przez dziesięć minut w gotującej się wodzie. Jako że jest to warzywo zielone (mowa rzecz jasna o listku, bo głowa może być czerwona czy biało czerwona), to należy listki natychmiast wsadzić do wody z lodem. Ta sauna jest obowiązkowa w wypadku większości zielonych warzyw, bo inaczej chlorofil uleci z nich jak latawce –dmuchawce”
Koniec każdego przepisu to sugestia wina które powinniśmy podać do dania, czasami z wina charakterystyką a czasami z uzasadnieniem wyboru. I znów malutki cytat, tym razem zakończenie przepisu na zasmażany kozi ser, dla porządku podam, że przepis pochodzi z rozdziału poświęconego Dolinie Loary.
„A wino? To już śpiew duszy, samograj, to, co winnice znad Loary mają najlepszego , czyli zimne sancerre owiewające się na podniebieniu jak tancerka z kabaretu swoje półnagie ciało oplata woalem przezroczystego szala. Sancerre de cortin de Chavignol z przysmażonym boczkiem, łososiem i pieprzem Cayenne to hymn do zmysłów”
I jak tu nie zrobić się natychmiast głodnym. Największa wadą książki jest to , że nie da jej się czytać od tak. Do lektury zawsze musimy siadać najedzeni i do tego z kieliszkiem wybornego wina w pobliżu. Podobnie jak radiowe audycje wywołuje natychmiastowe spazmy głodu. Do tej pory tak o winach i jedzeniu w Polsce nie pisał nikt. By z takim uniesieniem szkicować słowami zawartość talerzu i proces gotowania nie wystarczy kochać jeść, trzeba jeszcze mieć wyczucie słowa. Brzeziński to ma. Jest przecież dziennikarzem, do tego jako antropolog kultury ma umiejętność spojrzenia na danie jako na część szerszego zjawiska, widzi jego kontekst, otoczenie, element kultury regionalnej.
„Kulisy Kulinarnej Akademii” to książka dla ludzi kochających życie, dla sybarytów, pieczeniarzy, winomaniaków i miłośników dolce vita. Ale tez istotna publikacja dla wszystkich frankofili. Nie jest to za to książka kucharska, zamieszczone przepisy czyta się bardzo przyjemnie, ale poza najprostszymi wymagają od wykonującego dużego doświadczenia i techniki, w końcu uczą ich w najbardziej prestiżowej i najlepszej szkole kulinarnej świata. Skoro jednak podjął byś się wykonać któreś z dań i by się udało wrażenia smakowe i satysfakcja z wykonania gwarantowane.
Dla mnie lektura była jednak przede wszystkim wycieczką po Francji jakiej nie znałem, po Francji małych ryneczków, świeżych warzyw, różnorodnych serów i win, o których chce się gadać. Bardzo polecam.
blurppp.com 2012-12-01
Profesjonalna obsługa klienta i radzenie sobie z trudnym klientem w urzędzie
Uwielbiam książki Radosława Hancewicza. Bo nie boi się brać na warsztat tematów z pozoru mało spektakularnych. Ale kto wie, czy nie są to właśnie tematy dla wielu z nas najważniejsze.
Tytuł „Profesjonalna obsługa klienta" nie brzmi sexy. Zbyt wiele razy słyszeliśmy tę frazę korporacyjnej nowomowy odmienianą przez najróżniejsze przypadki Spójrzmy jednak na podtytuł: „Radzenie sobie z trudnym klientem w urzędzie". Już zaczyna świtać To nie jest kolejny poradnik uczący tego, jak lepiej spławiać natrętnych petentów wydzwaniających do call center czy wciskać im kolejny gadżet, którego nie potrzebują. Hancewicz napisał poradnik dla sektora publicznego. Czyli dla tych dziesiątek tysięcy polskich urzędników, którzy codziennie obsługują setki tysięcy interesantów. I czują się przy tym zmęczeni, niedoceniani finansowo i zdemotywowani A jednocześnie spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność: bo to od ich postawy zależy, jaką opinię o państwie będziemy mieli my, jego obywatele.
Lubię książki Hancewicza jeszcze z jednego powodu. Mam wrażenie, że naprawdę mają szansę do kogoś trafić. Bo autor nie jest jednym z tych mądrali reprezentujących wielkie firmy konsultingowe albo think tanki które ex cathedra pouczają administrację publiczną, wytykając jej nieefektywność, brak elastyczności i organizacyjne absurdy. Z drugiej strony jego książki to coś więcej niż wewnętrzne biuletyny służby cywilnej, które pisane są takim językiem, że i tak nikt ich nie przeczyta, Hancewicz ma dobry dziennikarski warsztat i łączy go z bogatym doświadczeniem trenera służby cywilnej. Dzięki temu dobrze zna strony znajdujące się po obu stronach barykady: wie, co męczy samych urzędników, wie także, jakie oczekiwania mają wobec nich petenci (choć Hancewicz woli używać terminu,.klienci"). Widać to było już w jego zeszłorocznej książce o tym, jak być skutecznym kierownikiem w instytucji publicznej.
„Profesjonalna obsługa.." ma wiele wartościowych fragmentów, które mogłyby służyć za dobrą rekomendację tej użytecznej pozycji Ale najlepszym z nich jest autorska typologia klientów trudnych. Takich, których załatwić jest trudniej niż zazwyczaj (oraz zestaw sposobów radzenia sobie z nimi). Mamy więc np. klienta agresora, który już od progu krzyczy albo obraża „niedouczonych i odmawiających mu jego praw" urzędników. Zdaniem Hancewicza takich epitetów nie wolno brać do siebie, bo nie są one wymierzone w żadną osobę, lecz w całą administrację (która przecież bezduszna bywa nagminnie). Poza tym wchodząc w pyskówkę z interesantem, urzędnik od razu staje na straconej pozycji Bo wykracza przeciwko podstawowej zasadzie swojego zawodu - czyli profesjonalizmowi do którego jest zobowiązany. W przeciwieństwie do klienta. Albo klient mądrala, który np. powtarza, że był za granicą i tam takie traktowanie byłoby nie do pomyślenia (do tego argumentu często posuwa się w urzędzie niżej podpisany mądrala). Takiego delikwenta według Hancewicza najlepiej przeciągnąć na swoją stronę. Prosząc go np., by swoje uwagi na temat funkq'onowania urzędu spisał na kartce i przekazał kierownictwu. Pozostali to: klient czaruś (strzec się go powinny zwłaszcza panie urzędniczki), klient zagubiony (ten kosztuje zazwyczaj więcej czasu niż pozornie trudniejszy agresor) albo klient showman.
Jasne, że „Profesjonalna obsługa klientów" Hancewicza nie jest pozycją dla wszystkich. Ale mówiąc szczerze, bardzo bym sobie życzył, żeby przeczytał ją każdy urzędnik, którego przyjdzie mi w przyszłości spotkać. Czego i Państwu życzę.
Tytuł „Profesjonalna obsługa klienta" nie brzmi sexy. Zbyt wiele razy słyszeliśmy tę frazę korporacyjnej nowomowy odmienianą przez najróżniejsze przypadki Spójrzmy jednak na podtytuł: „Radzenie sobie z trudnym klientem w urzędzie". Już zaczyna świtać To nie jest kolejny poradnik uczący tego, jak lepiej spławiać natrętnych petentów wydzwaniających do call center czy wciskać im kolejny gadżet, którego nie potrzebują. Hancewicz napisał poradnik dla sektora publicznego. Czyli dla tych dziesiątek tysięcy polskich urzędników, którzy codziennie obsługują setki tysięcy interesantów. I czują się przy tym zmęczeni, niedoceniani finansowo i zdemotywowani A jednocześnie spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność: bo to od ich postawy zależy, jaką opinię o państwie będziemy mieli my, jego obywatele.
Lubię książki Hancewicza jeszcze z jednego powodu. Mam wrażenie, że naprawdę mają szansę do kogoś trafić. Bo autor nie jest jednym z tych mądrali reprezentujących wielkie firmy konsultingowe albo think tanki które ex cathedra pouczają administrację publiczną, wytykając jej nieefektywność, brak elastyczności i organizacyjne absurdy. Z drugiej strony jego książki to coś więcej niż wewnętrzne biuletyny służby cywilnej, które pisane są takim językiem, że i tak nikt ich nie przeczyta, Hancewicz ma dobry dziennikarski warsztat i łączy go z bogatym doświadczeniem trenera służby cywilnej. Dzięki temu dobrze zna strony znajdujące się po obu stronach barykady: wie, co męczy samych urzędników, wie także, jakie oczekiwania mają wobec nich petenci (choć Hancewicz woli używać terminu,.klienci"). Widać to było już w jego zeszłorocznej książce o tym, jak być skutecznym kierownikiem w instytucji publicznej.
„Profesjonalna obsługa.." ma wiele wartościowych fragmentów, które mogłyby służyć za dobrą rekomendację tej użytecznej pozycji Ale najlepszym z nich jest autorska typologia klientów trudnych. Takich, których załatwić jest trudniej niż zazwyczaj (oraz zestaw sposobów radzenia sobie z nimi). Mamy więc np. klienta agresora, który już od progu krzyczy albo obraża „niedouczonych i odmawiających mu jego praw" urzędników. Zdaniem Hancewicza takich epitetów nie wolno brać do siebie, bo nie są one wymierzone w żadną osobę, lecz w całą administrację (która przecież bezduszna bywa nagminnie). Poza tym wchodząc w pyskówkę z interesantem, urzędnik od razu staje na straconej pozycji Bo wykracza przeciwko podstawowej zasadzie swojego zawodu - czyli profesjonalizmowi do którego jest zobowiązany. W przeciwieństwie do klienta. Albo klient mądrala, który np. powtarza, że był za granicą i tam takie traktowanie byłoby nie do pomyślenia (do tego argumentu często posuwa się w urzędzie niżej podpisany mądrala). Takiego delikwenta według Hancewicza najlepiej przeciągnąć na swoją stronę. Prosząc go np., by swoje uwagi na temat funkq'onowania urzędu spisał na kartce i przekazał kierownictwu. Pozostali to: klient czaruś (strzec się go powinny zwłaszcza panie urzędniczki), klient zagubiony (ten kosztuje zazwyczaj więcej czasu niż pozornie trudniejszy agresor) albo klient showman.
Jasne, że „Profesjonalna obsługa klientów" Hancewicza nie jest pozycją dla wszystkich. Ale mówiąc szczerze, bardzo bym sobie życzył, żeby przeczytał ją każdy urzędnik, którego przyjdzie mi w przyszłości spotkać. Czego i Państwu życzę.
Dziennik Gazeta Prawna Rafal Woś, 2012-12-28
Pozycjonowanie i optymalizacja stron WWW. Jak się to robi. Wydanie II poprawione i uzupełnione
Od czasu gdy zacząłem używać wyszukiwarki Google interesowało mnie dlaczego kolejność wyświetlania wyników jest właśnie taka. Z czasem moje zainteresowanie wzrosło, przecież pisze bloga, moja firma ma witrynę internetową. Zależy mi na tym by to właśnie prowadzone przeze mnie strony znajdywały się odpowiednio wysoko na liście wyników. Przecież właśnie tak generuje się ruch, który potem można spróbować przekuć na pieniądze, jeżeli nie w wypadku bloga, który jest raczej działaniem hobbystycznym, to na pewno w mojej witrynie firmowej. Kiedy właśnie wyszukiwarki zapytałem jak to zrobić trafiłem na dwa tajemnicze określenia – pozycjonowanie i optymalizacja. Niestety w sieci nie znajdywałem wystarczającej informacji. Wyposażony w wiedzę o dwóch tajemniczych pojęciach wybrałem się do księgarni. Na półeczce odnalazłem książkę o zachęcającym tytule „Pozycjonowanie i optymalizacja stron WWW. Jak się to robi. Wydanie II poprawione i uzupełnione”. Książka już miała wylądować w moim koszyku kiedy zwróciłem uwagę na autorów Bartosz Danowski i Michał Makaruk czyli Polacy. Powszechnie wiadomo że nasi rodacy nie potrafią pisać popularnie o technice, najlepsze pozycje są prawie zawsze przedrukami międzynarodowych bestsellerów. Postanowiłem jednak dąć autorom szanse i książkę przynajmniej przewertować. Pierwszy kontakt wypadł na tyle pozytywnie, że postanowiłem wydać 59 zł. Zaważył język. Autorzy zwracają się wprost do czytelnika. Zwroty w rodzaju „ wpisz tu 7”, „kliknij przycisk dalej” są na pożarku dziennym. Do tego mamy do czynienia z żywym językiem a nie z akademickim wykładem. Drugą cechą jest przejrzysty układ, sporo ilustracji i tak zwane ramki czyli wyraźnie zaznaczone naprawdę istotne informacje.
Co do treści to moim zdaniem w książce można wydzielić 3 grupy zagadnień. Dwie z nich powinien znać każdy kto w sieci cokolwiek publikuje. Informacja zawarta w rozdziałach 1-5 to zasób wiedzy niezbędnej. O tym jak likować, jak opisywać zdjęcia, co wpływa na naszą pozycję czym jest page rank i przede wszystkim samej zasadzie oddawania głosów przez strony na inne strony czyli o cechach soczystego linku. Dowiemy się również o tym jak umieszczać w tekście słowa kluczowe. W skrócie pierwsze rozdziały nauczą nas jak budować własną stronę w sposób przyjazny dla wyszukiwarek.
Rozdziały 6,7 i 8 to już wiedza dla osób które chcą na poważnie zając się problematyką SEO czyli właśnie walką o wysoką pozycje na liście wyników. Dowiemy się jak zbudować podstawowe narzędzie pozycjonera czyli zaplecze. Dalej autorzy prowadzą nas przez ogólnodostępne systemy wymiany linków. Mówią o ich wadach i zaletach oraz dodają coś w rodzaju instrukcji użytkownika i to dla każdego z najpopularniejszego z tych serwisów. Nie zapominają również o takich drobiazgach jak plik konfiguracyjny dla robota indeksującego czy mapa witryny
Rozdziały 9 i 10 to coś dla ludzi o mocnych nerwach. Czyli tak zwane SEO spod czarnego kapelusza czyli nie etyczne zagrywki i sztuczki. Opisują je, ostrzegają nas również jakie konsekwencje mogą nas spotkać jeżeli zostaniemy na nich złapani. Radzą też jak w razie czego z tymi przykrymi konsekwencjami sobie poradzić.
Zaś rozdział 11 to nauka mierzenia rezultatów naszej pracy. Jak sprawdzić czy nasze działania są na pewno prawidłowe i czy przynoszą właściwy rezultat. Z kolei rozdział 12 to nauka posługiwania się płatnymi formami reklamy w wyszukiwarkach. Czyli znowu coś dla ludzi którzy problematyką stron www zajmują się zawodowo.
Wypada więc zapytać dla kogo jest ta książka, odpowiedź brzmi dla wszystkich którzy chca być świadomymi twórcami treści www. Oczywiście dla wielu z nas część zawartych w tej publikacji informacji będzie nadmiarowa w stosunku do potrzeb, a może się mylę, może kiedy kiedyś trafie na precla to dzięki tej książce będę wiedział że wcale nie chodzi o coś co można zjeść. Na początku napisałem że są tu 3 grupy zagadnień, budowa stron i jej optymalizacja to wiedza potrzebna każdemu. Zaplecze i zarządzanie nim to raczej treść dla zawodowców, podobnie jak opis praktyk nieetycznych. Z kolei umiejętność posługiwania się darmowymi i ogólnodostępnymi narzędziami analitycznymi to znowu wiedza przydatna każdemu kto posiada własny serwis www, choć byłby to najprostszy z blogów. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wydawca wspólnie z autorami przygotują również pozycję „ligth” tego wydawnictwa adresowaną do szerszego kręgu odbiorców, bo ta choć naprawdę znakomita zawiera nadmiar wiedzy z punku widzenia szarego internauty.
Co do treści to moim zdaniem w książce można wydzielić 3 grupy zagadnień. Dwie z nich powinien znać każdy kto w sieci cokolwiek publikuje. Informacja zawarta w rozdziałach 1-5 to zasób wiedzy niezbędnej. O tym jak likować, jak opisywać zdjęcia, co wpływa na naszą pozycję czym jest page rank i przede wszystkim samej zasadzie oddawania głosów przez strony na inne strony czyli o cechach soczystego linku. Dowiemy się również o tym jak umieszczać w tekście słowa kluczowe. W skrócie pierwsze rozdziały nauczą nas jak budować własną stronę w sposób przyjazny dla wyszukiwarek.
Rozdziały 6,7 i 8 to już wiedza dla osób które chcą na poważnie zając się problematyką SEO czyli właśnie walką o wysoką pozycje na liście wyników. Dowiemy się jak zbudować podstawowe narzędzie pozycjonera czyli zaplecze. Dalej autorzy prowadzą nas przez ogólnodostępne systemy wymiany linków. Mówią o ich wadach i zaletach oraz dodają coś w rodzaju instrukcji użytkownika i to dla każdego z najpopularniejszego z tych serwisów. Nie zapominają również o takich drobiazgach jak plik konfiguracyjny dla robota indeksującego czy mapa witryny
Rozdziały 9 i 10 to coś dla ludzi o mocnych nerwach. Czyli tak zwane SEO spod czarnego kapelusza czyli nie etyczne zagrywki i sztuczki. Opisują je, ostrzegają nas również jakie konsekwencje mogą nas spotkać jeżeli zostaniemy na nich złapani. Radzą też jak w razie czego z tymi przykrymi konsekwencjami sobie poradzić.
Zaś rozdział 11 to nauka mierzenia rezultatów naszej pracy. Jak sprawdzić czy nasze działania są na pewno prawidłowe i czy przynoszą właściwy rezultat. Z kolei rozdział 12 to nauka posługiwania się płatnymi formami reklamy w wyszukiwarkach. Czyli znowu coś dla ludzi którzy problematyką stron www zajmują się zawodowo.
Wypada więc zapytać dla kogo jest ta książka, odpowiedź brzmi dla wszystkich którzy chca być świadomymi twórcami treści www. Oczywiście dla wielu z nas część zawartych w tej publikacji informacji będzie nadmiarowa w stosunku do potrzeb, a może się mylę, może kiedy kiedyś trafie na precla to dzięki tej książce będę wiedział że wcale nie chodzi o coś co można zjeść. Na początku napisałem że są tu 3 grupy zagadnień, budowa stron i jej optymalizacja to wiedza potrzebna każdemu. Zaplecze i zarządzanie nim to raczej treść dla zawodowców, podobnie jak opis praktyk nieetycznych. Z kolei umiejętność posługiwania się darmowymi i ogólnodostępnymi narzędziami analitycznymi to znowu wiedza przydatna każdemu kto posiada własny serwis www, choć byłby to najprostszy z blogów. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wydawca wspólnie z autorami przygotują również pozycję „ligth” tego wydawnictwa adresowaną do szerszego kręgu odbiorców, bo ta choć naprawdę znakomita zawiera nadmiar wiedzy z punku widzenia szarego internauty.
blurppp.com 2011-04-08
Windows 8 PL. Zaawansowana administracja systemem
Książka prezentuje zaawansowane możliwości i odkrywa tajemnice systemu operacyjnego Windows 8 w wersji przeznaczonej dla profesjonalistów. Czytelnik otrzymuje wiedzę podstawową o systemie. Poznaje zagadnienia związane z instalacją i przygotowaniem systemu do pracy. Dostaje szerokie informacje na temat zarządzania i administrowania systemem: omawia się narzędzia do konfiguracji ustawień, zarządzania kontami i grupami użytkowników, plikami i folderami, napędami dyskowymi oraz sieciami TCP/ /IP. Czytelnik uzyska też informacje na temat narzędzi do zarządzania bezpieczeństwem, monitorowania wydajności, tworzenia raportów stanu systemu. Szczegółowe poznanie funkcji i mechanizmów zaimplementowanych w systemie Windows 8, a także zrozumieniu intuicyjnych zasad współdziałania z komputerem pracującym z tym systemem, pozwoli użytkownikowi z powodzeniem wykorzystać własności systemu. Książkę polecam osobom przystępującym do pracy z systemem Windows 8.
NetWorld NetWorld