Recenzje
Maraton. Trening metodą Gallowaya
Książka „Maraton. Trening metodą Gallowaya” autorstwa Jeffa Gallowaya jest drugą pozycją tego autora, którą miałam okazję przeczytać. O ile pierwszą książkę („Bieganie metodą Gallowaya”) czytałam od deski do deski z dużym zainteresowaniem, o tyle ta druga książka okazała się dla mnie mniej ciekawa. Jednak wcale nie dlatego, że nie jest interesująca! Po prostu jest to lektura przede wszystkim dla początkujących. Autor w bardzo przejrzysty sposób przekazuje podstawowe informacje dotyczące przygotowań do maratonu. Mimo, że w dalszej części książki znajdują się plany treningowe dla osób na różnym poziomie zaawansowania treningowego, podczas lektury książki nie można oprzeć się wrażeniu, że autor zwraca się głównie do tych osób, które planują pokonać dystans maratonu po raz pierwszy.
Jeśli ktoś jest zapalonym biegaczem/biegaczką z kilkuletnim doświadczeniem to raczej wątpliwe żeby znalazł w tej książce mnóstwo cennych porad. Przede wszystkim z doświadczenia wiem, że nas - amatorów z doświadczeniem biegowym bardzo trudno jest przekonać do maszerowania...
Co innego jeśli chodzi o biegaczy początkujących. Uważam, że „Maraton. Trening metodą Gallowaya” jest lekturą wręcz znakomitą dla osób, które:
- Bardzo by chciały zacząć biegać, ale nie wiedzą jak się do tego zabrać, bo bieganie wydaje im się bardzo ciężkie…
- Marzą o tym, aby przebiec maraton, ale przeraża ich większość planów treningowych.
- Biegają już od jakiegoś czasu, ale borykają się z kontuzjami i szukają alternatywnego rozwiązania dla siebie.
Co znajdziemy w książce:
Opis metody Gallowaya. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o co chodzi to na pewno zainteresuje go ta część opracowania. Autor bardzo szczegółowo informuje czytelnika o tym jak biegać tą metodą oraz w jakim tempie to robić. Tutaj jednak mała uwaga – nie do końca wiem dlaczego tą ostatnią informację Galloway przekazuje nam tyle razy. Czy chodzi o to, abyśmy na pewno zapamiętali i nie próbowali biec zbyt szybko? Dla mnie to jednak trochę przesada… naprawdę rozumiem język pisany!
Opis treningu kluczowego jakim jest bieg długi. Tutaj bardziej zaawansowanych biegaczy może zaskoczyć (i zainteresować) propozycja treningowa Gallowaya polegająca na pokonywaniu podczas treningów dystansu maratońskiego – 42km. Większość popularnych planów treningowych na najdłuższy treningowy bieg wyznacza dystans 30-32km...
W kolejnych rozdziałach książki Galloway opisuje kwestie związane z prawidłową postawą podczas biegania i ćwiczeniach uzupełniających. Znajdziemy tu również plany treningowe zakładające ukończenie maratonu w różnym czasie.
Informacje dotyczące motywacji, przygotowań psychicznych etc. Ten rozdział uważam za szczególnie przydatny i to nie tylko dla przyszłych maratończyków, ale wszystkich osób, które zaczynają, lub niedawno zaczęły przygodę z bieganiem. Autor opisuje jak się zmotywować do codziennego biegania i jak nie stracić tej motywacji po drodze.
Znajdziemy porady dla początkujących dotyczace samego przygotowania przedstartowego, a także sposoby na psychologiczne przygotowanie się i przetrwanie maratonu. Napisane z amerykańskim rozmachem dziesiątki afirmacyjnych zdań niejednej osobie mogą się przydać w radzeniu sobie z obciążeniem.
W dalszych rozdziałach mamy bardzo praktyczne porady na sam start (znów dla początkujących) oraz zalecenia postartowe dotyczące regeneracji i powrotu do regularnych treningów po przekroczeniu mety maratonu. Znajdziemy też trochę informacji dla bardziej doświadczonych biegaczy. Jest tutaj opis treningów szybkościowych oraz podbiegów wraz z informacja o tym jak wpływają one na formę.
Kilka rozdziałów książki poświęconych jest diecie. Autor pisze o wpływie odżywiania na bieganie oraz… motywację do biegania, przekazuje również fachowe informacje o poszczególnych składnikach zbilansowanej diety. W książce znajdziemy również informacje dotyczące metabolizmu oraz spalania tkanki tłuszczowej. Galloway podaje też proste sposoby na utratę wagi bez stosowania restrykcyjnych diet, a także sposób odżywiania przed samym maratonem i w jego trakcie.
Jeden z rozdziałów końcowych poświęcony jest treningowi biegaczy po 40, 50 i 60 roku życia. Galloway oprócz wspomnienia o istotnych zmianach, które następują u biegaczy wraz z wiekiem, zaznacza również jakie korzyści zdrowotne przynosi bieganie.
Znajdziemy również krótki rozdział poświęcony technice… oddychania jak również informacje praktyczne dotyczące biegania podczas mroźnych dni oraz podczas upałów. To również informacje przeznaczone raczej dla początkujących biegaczy. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie doświadczoną biegaczkę, która nie wie jak się ubrać na bieganie…
Ostatnie rozdziały książki informują nas o doborze butów do biegania oraz zaletach biegania z pulsometrem.
Podsumowując, „Maraton. Trening metodą Gallowaya” to pozycja kompleksowo opisująca trening biegowy do maratonu i inne aspekty związane z bieganiem w ogóle. Jest to książka, która na pewno pomoże podjąć decyzję o rozpoczęciu przygotowań do pierwszego maratonu, i która z całą pewnością natchnie czytelnika wiarą w to, że jest w stanie ten maraton ukończyć.
Jeśli ktoś jest zapalonym biegaczem/biegaczką z kilkuletnim doświadczeniem to raczej wątpliwe żeby znalazł w tej książce mnóstwo cennych porad. Przede wszystkim z doświadczenia wiem, że nas - amatorów z doświadczeniem biegowym bardzo trudno jest przekonać do maszerowania...
Co innego jeśli chodzi o biegaczy początkujących. Uważam, że „Maraton. Trening metodą Gallowaya” jest lekturą wręcz znakomitą dla osób, które:
- Bardzo by chciały zacząć biegać, ale nie wiedzą jak się do tego zabrać, bo bieganie wydaje im się bardzo ciężkie…
- Marzą o tym, aby przebiec maraton, ale przeraża ich większość planów treningowych.
- Biegają już od jakiegoś czasu, ale borykają się z kontuzjami i szukają alternatywnego rozwiązania dla siebie.
Co znajdziemy w książce:
Opis metody Gallowaya. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o co chodzi to na pewno zainteresuje go ta część opracowania. Autor bardzo szczegółowo informuje czytelnika o tym jak biegać tą metodą oraz w jakim tempie to robić. Tutaj jednak mała uwaga – nie do końca wiem dlaczego tą ostatnią informację Galloway przekazuje nam tyle razy. Czy chodzi o to, abyśmy na pewno zapamiętali i nie próbowali biec zbyt szybko? Dla mnie to jednak trochę przesada… naprawdę rozumiem język pisany!
Opis treningu kluczowego jakim jest bieg długi. Tutaj bardziej zaawansowanych biegaczy może zaskoczyć (i zainteresować) propozycja treningowa Gallowaya polegająca na pokonywaniu podczas treningów dystansu maratońskiego – 42km. Większość popularnych planów treningowych na najdłuższy treningowy bieg wyznacza dystans 30-32km...
W kolejnych rozdziałach książki Galloway opisuje kwestie związane z prawidłową postawą podczas biegania i ćwiczeniach uzupełniających. Znajdziemy tu również plany treningowe zakładające ukończenie maratonu w różnym czasie.
Informacje dotyczące motywacji, przygotowań psychicznych etc. Ten rozdział uważam za szczególnie przydatny i to nie tylko dla przyszłych maratończyków, ale wszystkich osób, które zaczynają, lub niedawno zaczęły przygodę z bieganiem. Autor opisuje jak się zmotywować do codziennego biegania i jak nie stracić tej motywacji po drodze.
Znajdziemy porady dla początkujących dotyczace samego przygotowania przedstartowego, a także sposoby na psychologiczne przygotowanie się i przetrwanie maratonu. Napisane z amerykańskim rozmachem dziesiątki afirmacyjnych zdań niejednej osobie mogą się przydać w radzeniu sobie z obciążeniem.
W dalszych rozdziałach mamy bardzo praktyczne porady na sam start (znów dla początkujących) oraz zalecenia postartowe dotyczące regeneracji i powrotu do regularnych treningów po przekroczeniu mety maratonu. Znajdziemy też trochę informacji dla bardziej doświadczonych biegaczy. Jest tutaj opis treningów szybkościowych oraz podbiegów wraz z informacja o tym jak wpływają one na formę.
Kilka rozdziałów książki poświęconych jest diecie. Autor pisze o wpływie odżywiania na bieganie oraz… motywację do biegania, przekazuje również fachowe informacje o poszczególnych składnikach zbilansowanej diety. W książce znajdziemy również informacje dotyczące metabolizmu oraz spalania tkanki tłuszczowej. Galloway podaje też proste sposoby na utratę wagi bez stosowania restrykcyjnych diet, a także sposób odżywiania przed samym maratonem i w jego trakcie.
Jeden z rozdziałów końcowych poświęcony jest treningowi biegaczy po 40, 50 i 60 roku życia. Galloway oprócz wspomnienia o istotnych zmianach, które następują u biegaczy wraz z wiekiem, zaznacza również jakie korzyści zdrowotne przynosi bieganie.
Znajdziemy również krótki rozdział poświęcony technice… oddychania jak również informacje praktyczne dotyczące biegania podczas mroźnych dni oraz podczas upałów. To również informacje przeznaczone raczej dla początkujących biegaczy. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie doświadczoną biegaczkę, która nie wie jak się ubrać na bieganie…
Ostatnie rozdziały książki informują nas o doborze butów do biegania oraz zaletach biegania z pulsometrem.
Podsumowując, „Maraton. Trening metodą Gallowaya” to pozycja kompleksowo opisująca trening biegowy do maratonu i inne aspekty związane z bieganiem w ogóle. Jest to książka, która na pewno pomoże podjąć decyzję o rozpoczęciu przygotowań do pierwszego maratonu, i która z całą pewnością natchnie czytelnika wiarą w to, że jest w stanie ten maraton ukończyć.
kobietkibiegaja.pl Katarzyna Żbikowska-Jusis, 2012-07-09
Nadgodziny są do bani! Pracuj dla efektu, a nie dla idei
Mimo że pracujemy w erze informacji i mobilnych technologii, współczesne środowisko pracy sprawia, iż marnujemy czas i energię, a na dodatek przyczynia się do pogorszenia stanu naszego zdrowia. Najwyższa pora, by nasze miejsce pracy zmieniło się radykalnie! Trzeba pozwolić pracownikom wykonywać swoje zadania w najbardziej optymalnym dla nich czasie i sprzyjającej skupieniu przestrzeni! Aby w tym pomóc, autorki proponują program ROWE (Results-Only Work Erwironment}, czyli środowisko pracy skoncentrowane tylko na wynikach. W ROWE to pracownik kontroluje, kiedy, gdzie i jak długo pracuje. To, jak spędza czas, zależy tylko od niego - wystarczy, że realizuje wyznaczone cele i zadania. Osoby pracujące zgodnie z koncepcją ROWE są bardziej produktywne, mają lepsze pomysły i są bardziej zaangażowane. To nie idealistyczna teoria, to system wielokrotnie przetestowany w praktyce. System, który działa!
Personel Plus 2012-07-01
PHP. Zaawansowane programowanie
Tematyka
Wg tekstu na okładce, autorzy książki skupiają się na zaawansowanych zagadnieniach związanych z językiem PHP. Tak dostajemy trochę informacji na temat pisania aplikacji mobilnych (chociaż określenie to jest mocno na wyrost moim zdaniem, bo tworzenie aplikacji mobilnych to coś więcej niż wykorzystanie WURFL-a) czy też krótkie wprowadzwnie do świata NoSQL na przykładzie CouchDB czy też MongoDB.
Spora część książki poświęcona jest bazom danych i sposobach ich obsługi. Tak więc, pomijając wcześniej wymienione NoSQL, mamy MySQLi, PDO, czy też ADOdb (!). No i tutaj zagwozdka. Paradoksalnie, z całej tej trójki, to PDO poświęcono najmniej miejsca. A to przecież de facto standard w dzisiejszych czasach. Jest też cały rozdział na temat pracy z Oracle.
Jeśli chodzi o czyste PHP, mamy małe wprowadzenie do obiektowości, później kilka słów o wyjątkach i referencjach, tzw. „nowościach technologicznych” w PHP, czyli namespaceach czy funkcjach anonimowych. No i tutaj jest problem. Książka (oryginał) jest z roku 2011. PHP 5.3 wyszło w połowie 2009. Używanie słowa „nowość” jest jak dla mnie w tym przypadku dyskusyjne.
Jeden rozdział poświęcono bezpieczeństwu – przeczytamy o najpopularniejszych atakach i o tym jak się przed nimi bronić.
Poza rzeczami czysto technicznym dostajemy kilka rozdziałów na temat pracy z dostepnymi narzędziami – informacje o tym, jak zintegrować aplikację z Facebookiem czy też Twitterem, jak używać niektórych popularnych bibliotek (np. SimplePie).
To nie wszystko – pełną listę rozdziałów znajdziecie tutaj.
Mogliście odnieść wrażenie, że w powyższym opisie często używam zwrotów: „kilka”, „małe”. Słusznie. Tutaj jest problem. Praktycznie większość rozdziałów potraktowana jest po macosznemu. Rozumiem z czego to wynika – poruszonych zagadnień jest naprawdę sporo, a objętość książki jest ograniczona.
Jakość wydania
Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, Helion wydaje niektóre książki na papierze ekologicznym – cieńszym, żółtawo-szarawym. O ile mi to osobiście nie przeszkadza, to zdaje sobie sprawę, że dla niektórych jest to ważna kwestia. Tak więc niniejszym zawiadamiam, że egzemplarz który otrzymałem do recenzji NIE jest wydany w ten sposób. Książka jest w miękkiej oprawie, papier jest grubszy, biały – rzekłbym – standardowy za czasów, zanim wprowadzono wersję ekologiczną. Kod jest drukowany czcionką o stałej szerokości (jednakże komentarze w nim już nie), czcionka normalnego tekstu jest czytelna, ważne rzeczy są odpowiednio zaznaczone. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić pod tym względem, to umieszczanie rysunków od lewej strony, przez co z prawej zostaje czasami dziwnie wyglądające wolne miejsce. Aczkolwiek to szczegół – kwestia gustu.
Tłumaczenie
No tak. Musiało do tego dojść. Już kiedyś wyraziłem swoje zdanie na temat tego, w jakim języku powinno się pisać kod. I każdy kawałek kodu napisany w jakimkolwiek innym języku niż angielski powoduje u mnie wstręt. Nie oszukujmy się – znajomość angielskiego dla developera jest umiejętnością wymaganą – kropka. Niestety, kod w tej książce także jest przetłumaczony, co czasami powoduje, że otrzymujemy ponglishowe kwiatki w stylu:
function wyswietlUserInfo() { …
Czasami zdarzają się też tłumaczenie nie jest wykonane do końca:
class WyjatekNieLiczba extends Exception {…}
…
…
catch (NonNumericException $e)
Sami widzicie, do czego prowadzą takie praktyki.
Brak konsekwencji w nazewnictwie (raz mamy underscore, raz camelCase) pomijam, bo nie wiem czy to wina autorów książki czy tłumaczenia.
Drodzy Wydawcy – proszę o uwagę: prosimy o kod tylko po angielsku. Dziękuję.
BTW. Dla tych, którzy zaraz będą pytać, dlaczego nie kupuje książek po angielsku, skoro tak się czepiam.
1. Polskie odpowiedniki bardzo często są tańsze.
2. To, że piszesz kod po angielsku w swojej polskiej firmie znaczy równocześnie, że rozmawiasz z kolegami też po angielsku? No właśnie. Tak samo kod może być o angielsku, a reszta po polsku.
3. Czasami można natrafić na kwiatki, które powodują równocześnie facepalm połączony z wybuchem śmiechu – ostatni hit – swoją drogą błędnie zinterpretowany jako „dzieło” Helionu, za co potem przeprosiłem. Tak, chodzi o „repaint & reflow”…
Podsumowanie
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Powinno ją się traktować jako zestaw tematów, z którymi można się na szybko zapoznać, aby potem sięgnąć po bardziej wyczerpujące pozycje.
Opis na okładce mówi:
"Ta książka zaczyna się w miejscu, w którym inne kończą omawianie PHP"
Od siebie dodałbym:
"Ta książka nie jest celem Twojej podróży pt. „zaawansowane PHP”, tylko drogowskazem na tej drodze."
Wg tekstu na okładce, autorzy książki skupiają się na zaawansowanych zagadnieniach związanych z językiem PHP. Tak dostajemy trochę informacji na temat pisania aplikacji mobilnych (chociaż określenie to jest mocno na wyrost moim zdaniem, bo tworzenie aplikacji mobilnych to coś więcej niż wykorzystanie WURFL-a) czy też krótkie wprowadzwnie do świata NoSQL na przykładzie CouchDB czy też MongoDB.
Spora część książki poświęcona jest bazom danych i sposobach ich obsługi. Tak więc, pomijając wcześniej wymienione NoSQL, mamy MySQLi, PDO, czy też ADOdb (!). No i tutaj zagwozdka. Paradoksalnie, z całej tej trójki, to PDO poświęcono najmniej miejsca. A to przecież de facto standard w dzisiejszych czasach. Jest też cały rozdział na temat pracy z Oracle.
Jeśli chodzi o czyste PHP, mamy małe wprowadzenie do obiektowości, później kilka słów o wyjątkach i referencjach, tzw. „nowościach technologicznych” w PHP, czyli namespaceach czy funkcjach anonimowych. No i tutaj jest problem. Książka (oryginał) jest z roku 2011. PHP 5.3 wyszło w połowie 2009. Używanie słowa „nowość” jest jak dla mnie w tym przypadku dyskusyjne.
Jeden rozdział poświęcono bezpieczeństwu – przeczytamy o najpopularniejszych atakach i o tym jak się przed nimi bronić.
Poza rzeczami czysto technicznym dostajemy kilka rozdziałów na temat pracy z dostepnymi narzędziami – informacje o tym, jak zintegrować aplikację z Facebookiem czy też Twitterem, jak używać niektórych popularnych bibliotek (np. SimplePie).
To nie wszystko – pełną listę rozdziałów znajdziecie tutaj.
Mogliście odnieść wrażenie, że w powyższym opisie często używam zwrotów: „kilka”, „małe”. Słusznie. Tutaj jest problem. Praktycznie większość rozdziałów potraktowana jest po macosznemu. Rozumiem z czego to wynika – poruszonych zagadnień jest naprawdę sporo, a objętość książki jest ograniczona.
Jakość wydania
Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, Helion wydaje niektóre książki na papierze ekologicznym – cieńszym, żółtawo-szarawym. O ile mi to osobiście nie przeszkadza, to zdaje sobie sprawę, że dla niektórych jest to ważna kwestia. Tak więc niniejszym zawiadamiam, że egzemplarz który otrzymałem do recenzji NIE jest wydany w ten sposób. Książka jest w miękkiej oprawie, papier jest grubszy, biały – rzekłbym – standardowy za czasów, zanim wprowadzono wersję ekologiczną. Kod jest drukowany czcionką o stałej szerokości (jednakże komentarze w nim już nie), czcionka normalnego tekstu jest czytelna, ważne rzeczy są odpowiednio zaznaczone. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić pod tym względem, to umieszczanie rysunków od lewej strony, przez co z prawej zostaje czasami dziwnie wyglądające wolne miejsce. Aczkolwiek to szczegół – kwestia gustu.
Tłumaczenie
No tak. Musiało do tego dojść. Już kiedyś wyraziłem swoje zdanie na temat tego, w jakim języku powinno się pisać kod. I każdy kawałek kodu napisany w jakimkolwiek innym języku niż angielski powoduje u mnie wstręt. Nie oszukujmy się – znajomość angielskiego dla developera jest umiejętnością wymaganą – kropka. Niestety, kod w tej książce także jest przetłumaczony, co czasami powoduje, że otrzymujemy ponglishowe kwiatki w stylu:
function wyswietlUserInfo() { …
Czasami zdarzają się też tłumaczenie nie jest wykonane do końca:
class WyjatekNieLiczba extends Exception {…}
…
…
catch (NonNumericException $e)
Sami widzicie, do czego prowadzą takie praktyki.
Brak konsekwencji w nazewnictwie (raz mamy underscore, raz camelCase) pomijam, bo nie wiem czy to wina autorów książki czy tłumaczenia.
Drodzy Wydawcy – proszę o uwagę: prosimy o kod tylko po angielsku. Dziękuję.
BTW. Dla tych, którzy zaraz będą pytać, dlaczego nie kupuje książek po angielsku, skoro tak się czepiam.
1. Polskie odpowiedniki bardzo często są tańsze.
2. To, że piszesz kod po angielsku w swojej polskiej firmie znaczy równocześnie, że rozmawiasz z kolegami też po angielsku? No właśnie. Tak samo kod może być o angielsku, a reszta po polsku.
3. Czasami można natrafić na kwiatki, które powodują równocześnie facepalm połączony z wybuchem śmiechu – ostatni hit – swoją drogą błędnie zinterpretowany jako „dzieło” Helionu, za co potem przeprosiłem. Tak, chodzi o „repaint & reflow”…
Podsumowanie
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Powinno ją się traktować jako zestaw tematów, z którymi można się na szybko zapoznać, aby potem sięgnąć po bardziej wyczerpujące pozycje.
Opis na okładce mówi:
"Ta książka zaczyna się w miejscu, w którym inne kończą omawianie PHP"
Od siebie dodałbym:
"Ta książka nie jest celem Twojej podróży pt. „zaawansowane PHP”, tylko drogowskazem na tej drodze."
blog.rbenkel.me 2012-07-10
PreZENter bez tajemnic. Naga prawda o sile słowa i mocy slajdów
Na dobre wystąpienie wpływa wiele elementów, z których istnienia bardzo często jako odbiorcy nie zdajemy sobie sprawy. Prezenter bez tajemnic nie tylko uświadamia, jak istotną rolę odgrywają te niejednokrotnie bardzo drobiazgowe - wydawałoby się - czynniki. Garr Reynolds przede wszystkim uczy czytelnika tego, jak pracować nad sobą, by móc prowadzić prezentacje, które zrobią na odbiorcach wrażenie, przyciągną ich uwagę i pozostaną w pamięci.
Książka jest ciekawie skomponowana, a prosty język i przystępny rozkład treści sprawiają, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Niemniej jednak by lektura okazała się efektywna, należy poświęcić jej sporo czasu i uwagi. Bycie dobrym prezenterem wiąże się z posiadaniem konkretnych cech, które należy u siebie wykształcić. Kluczowe znaczenie w wygłaszaniu prezentacji odgrywa naturalność i umiejętność nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami. Jest to o tyle trudne, że niejednokrotnie łączy się z przekazywaniem treści wymagających scholastycznego wyuczenia bądź wyćwiczenia.
Drobna nienaturalność może wywołać u odbiorców odczucie, że sam prezenter nie wierzy w to, co mówi, a brak wiarygodności jest w stanie zniweczyć nawet najlepiej przygotowane wystąpienie. To samo dotyczy technik i zabiegów mających wzmocnić uwagę słuchaczy - nieumiejętne ich stosowanie oraz dysharmonia mogą przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nawet najlepsze pomysły zdadzą się na nic, jeśli sposób i jakość ich realizacji będą niewłaściwe.
A odbiorcy są bezwzględni - pierwsze kilka minut prezentacji może zaważyć na jej ogólnym odbiorze. Autor staje tutaj przed czytelnikiem niczym trener szkolący w rozwijaniu wszelkich cech przydatnych dobremu prezenterowi. Nie są to tylko porady wyjaśniające, czego należy unikać w czasie wygłaszania prezentacji, a co jest wskazane. Prezenter bez tajemnic uczy np. tego, jak realnie radzić sobie z tremą, oddziaływać na emocje odbiorców, żywo angażować ich w swoje wystąpienie, czy też szczerze i naturalnie zarażać słuchaczy swoją pasją i entuzjazmem.
Oczywiście w pracy szczegółowo omawiane są także pozostałe elementy i techniki istotne dla sztuki prowadzenia prezentacji, włącznie z przygotowywaniem multimedialnych pokazów. Chociaż... czytając książkę Reynoldsa nie sposób oprzeć się wrażeniu, że PowerPoint wcale nie jest koniecznie potrzebny dobremu prezenterowi, a w wielu przypadkach prawdopodobnie prezentacja multimedialna może stanowić zbytek utrudniający kontakt ze słuchaczami.
Garr Reynolds w swoim warsztacie trenerskim czerpie głównie z kultury Dalekiego Wschodu. Dzięki temu uwrażliwia czytelnika na potrzebę obserwowania natury i wzorowania się na niej, zachęca do poznawania zwyczajów życia codziennego Azjatów, czy też przyswajania mądrości płynących ze wschodnich sztuk walki. Tak wydawałoby się pierwotne zjawiska, jak prostota czy naturalność są poszukiwane w dzisiejszym świecie i wymagają ponownego określenia oraz wyuczenia. Garr Reynolds daje nam możliwość powrotu do nich, a dodatkowo pokazuje, w jaki sposób wykorzystywać je w trakcie wystąpień.
Książka jest ciekawie skomponowana, a prosty język i przystępny rozkład treści sprawiają, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Niemniej jednak by lektura okazała się efektywna, należy poświęcić jej sporo czasu i uwagi. Bycie dobrym prezenterem wiąże się z posiadaniem konkretnych cech, które należy u siebie wykształcić. Kluczowe znaczenie w wygłaszaniu prezentacji odgrywa naturalność i umiejętność nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami. Jest to o tyle trudne, że niejednokrotnie łączy się z przekazywaniem treści wymagających scholastycznego wyuczenia bądź wyćwiczenia.
Drobna nienaturalność może wywołać u odbiorców odczucie, że sam prezenter nie wierzy w to, co mówi, a brak wiarygodności jest w stanie zniweczyć nawet najlepiej przygotowane wystąpienie. To samo dotyczy technik i zabiegów mających wzmocnić uwagę słuchaczy - nieumiejętne ich stosowanie oraz dysharmonia mogą przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nawet najlepsze pomysły zdadzą się na nic, jeśli sposób i jakość ich realizacji będą niewłaściwe.
A odbiorcy są bezwzględni - pierwsze kilka minut prezentacji może zaważyć na jej ogólnym odbiorze. Autor staje tutaj przed czytelnikiem niczym trener szkolący w rozwijaniu wszelkich cech przydatnych dobremu prezenterowi. Nie są to tylko porady wyjaśniające, czego należy unikać w czasie wygłaszania prezentacji, a co jest wskazane. Prezenter bez tajemnic uczy np. tego, jak realnie radzić sobie z tremą, oddziaływać na emocje odbiorców, żywo angażować ich w swoje wystąpienie, czy też szczerze i naturalnie zarażać słuchaczy swoją pasją i entuzjazmem.
Oczywiście w pracy szczegółowo omawiane są także pozostałe elementy i techniki istotne dla sztuki prowadzenia prezentacji, włącznie z przygotowywaniem multimedialnych pokazów. Chociaż... czytając książkę Reynoldsa nie sposób oprzeć się wrażeniu, że PowerPoint wcale nie jest koniecznie potrzebny dobremu prezenterowi, a w wielu przypadkach prawdopodobnie prezentacja multimedialna może stanowić zbytek utrudniający kontakt ze słuchaczami.
Garr Reynolds w swoim warsztacie trenerskim czerpie głównie z kultury Dalekiego Wschodu. Dzięki temu uwrażliwia czytelnika na potrzebę obserwowania natury i wzorowania się na niej, zachęca do poznawania zwyczajów życia codziennego Azjatów, czy też przyswajania mądrości płynących ze wschodnich sztuk walki. Tak wydawałoby się pierwotne zjawiska, jak prostota czy naturalność są poszukiwane w dzisiejszym świecie i wymagają ponownego określenia oraz wyuczenia. Garr Reynolds daje nam możliwość powrotu do nich, a dodatkowo pokazuje, w jaki sposób wykorzystywać je w trakcie wystąpień.
Profit News 6/2012
Dziennik diety. Szczuplej dzień po dniu!
Mówi się, że największym marzeniem kobiety wcale nie jest odnalezienie ukochanego, ale jeść to co chce i to bez ograniczeń i pozostać przy tym szczupłą. Rzeczywistość jest jednak okrutna, oczywiście, poza małymi wyjątkami, tymi szczęśliwcami, którzy objadają się i wciąż pozostają piękni i zgrabni. Jednakże zespół dietetyczek w osobie Barbary Dąbrowskiej-Górskiej, Magdaleny Jarzynki oraz Ewy Sypnik-Pogorzelskiej w „Dzienniku diety” sporządzonym przede wszystkim, ale i nie tylko- dla kobiety, zdradzają tajniki jak jeść smacznie i przy tym chudnąć.
Propozycja od Wydawnictwa Sensus to rzeczywiście dziennik, w którym kobieta może zapisywać wszystko to co, jak, gdzie i o której pożywa, a także jej postępy i cele. Jest to o tyle interesujące, że od razu można wychwycić nawyki żywieniowe, których się nabawiliśmy przez te wszystkie lata i spróbować je zmienić- chociażby nawet wyregulować pory przyjmowania posiłków. Nie jest to jednak zwyczajny zapisek. Dietetyczki zalecają jak najbardziej wyczerpująco opisywać swoje posiłki – czemu służą specjalnie wydzielone strefy. Wszystko to bardzo profesjonalne i przede wszystkim- przejrzyste, czyli dokładnie to czego potrzebuje odchudzająca się kobieta. Jednakże, ten dzienniko-poradnik to nie tylko nasze własne zapiski, ale przede wszystkim wyrywkowa wiedza na temat najbardziej pożywnych i przydatnych produktów spożywczych. Na początku każdego tygodnia poznamy nie tylko superprodukt- jak zapychające płatki owsiane, ale i przepisy z ich wykorzystaniem. Jak dla mnie hitem jest jogurtowa owsianka, którą już nie raz sobie robiłam, mus czekoladowy z owocami, czy pomidory nadziewane ryżem. Mniam! W dodatku znajdzie się także miejsce na nasze własne pomyślunki, co by wszystko było w jednym miejscu, kiedy będziemy tego potrzebowały. To co z pewnością spotka się z uznaniem każdej kobiety, w której ręce wpadnie ten dziennik to genialne zamienniki. Nie tylko obrazują, że zamieniając żelki na galaretkę można ograniczyć kaloryczność posiłku nawet trzykrotnie, ale też urozmaicą nam spożywane potrawy. Ważne jest też, aby badać swoje postępy i nie chodzi tu jedynie o naszą wagę. Dietetyczki przekazują nam kompleksową wiedzę na temat części pomiarów ciała, jak nawet podstawowa przemiana materii- PPM.
Pozycję pochwalić można nie tylko za samą treść, ale przede wszystkim za układ i walory estetyczne. Kolejne dni są świetnie rozplanowane. Jest tu dość dużo miejsca na szczegółowe rozpisywanie się w swoich posiłkach, a w połączeniu z ciekawostkami, zamiennikami i wskaźnikiem spożycia konkretnych produktów tworzą spójną i niezwykle czytelną całość. Ponadto dziennik ozdobiony jest przepięknymi rysunkami, które nie dość, że są kolorowe to w dodatku zabawne. Co tu dużo mówić- przyjemność dla oka! Tańczące kurczaczki, rozpływająca się czekolada, czy uwodzicielski brokuł zachęcają do produktów w sposób bardzo oczywisty, aż ślinka na ich widok cieknie.
Publikacja dietetyczek to idealna propozycja dla kobiet, które mają w planie zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Z takim przyjacielem jak „Dziennik diety” będzie to nie tylko o wiele bardziej klarowne, ale i zabawne. Nie ma tutaj mydlenia oczu, od razu daje się do zrozumienia, że dobrze zbilansowana dieta oraz odrobina ruchu każdego dnia mogą zdziałać cuda. Wystarczy odrobina cierpliwości. Trzeba przyznać, że odchudzanie, które przebiegać będzie z radami autorek będzie o wiele przyjemniejsze. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy liczą nie tylko na genialne rady z zakresu odżywiania, ale też przyjaciółkę, którą można schować do torebki.
Propozycja od Wydawnictwa Sensus to rzeczywiście dziennik, w którym kobieta może zapisywać wszystko to co, jak, gdzie i o której pożywa, a także jej postępy i cele. Jest to o tyle interesujące, że od razu można wychwycić nawyki żywieniowe, których się nabawiliśmy przez te wszystkie lata i spróbować je zmienić- chociażby nawet wyregulować pory przyjmowania posiłków. Nie jest to jednak zwyczajny zapisek. Dietetyczki zalecają jak najbardziej wyczerpująco opisywać swoje posiłki – czemu służą specjalnie wydzielone strefy. Wszystko to bardzo profesjonalne i przede wszystkim- przejrzyste, czyli dokładnie to czego potrzebuje odchudzająca się kobieta. Jednakże, ten dzienniko-poradnik to nie tylko nasze własne zapiski, ale przede wszystkim wyrywkowa wiedza na temat najbardziej pożywnych i przydatnych produktów spożywczych. Na początku każdego tygodnia poznamy nie tylko superprodukt- jak zapychające płatki owsiane, ale i przepisy z ich wykorzystaniem. Jak dla mnie hitem jest jogurtowa owsianka, którą już nie raz sobie robiłam, mus czekoladowy z owocami, czy pomidory nadziewane ryżem. Mniam! W dodatku znajdzie się także miejsce na nasze własne pomyślunki, co by wszystko było w jednym miejscu, kiedy będziemy tego potrzebowały. To co z pewnością spotka się z uznaniem każdej kobiety, w której ręce wpadnie ten dziennik to genialne zamienniki. Nie tylko obrazują, że zamieniając żelki na galaretkę można ograniczyć kaloryczność posiłku nawet trzykrotnie, ale też urozmaicą nam spożywane potrawy. Ważne jest też, aby badać swoje postępy i nie chodzi tu jedynie o naszą wagę. Dietetyczki przekazują nam kompleksową wiedzę na temat części pomiarów ciała, jak nawet podstawowa przemiana materii- PPM.
Pozycję pochwalić można nie tylko za samą treść, ale przede wszystkim za układ i walory estetyczne. Kolejne dni są świetnie rozplanowane. Jest tu dość dużo miejsca na szczegółowe rozpisywanie się w swoich posiłkach, a w połączeniu z ciekawostkami, zamiennikami i wskaźnikiem spożycia konkretnych produktów tworzą spójną i niezwykle czytelną całość. Ponadto dziennik ozdobiony jest przepięknymi rysunkami, które nie dość, że są kolorowe to w dodatku zabawne. Co tu dużo mówić- przyjemność dla oka! Tańczące kurczaczki, rozpływająca się czekolada, czy uwodzicielski brokuł zachęcają do produktów w sposób bardzo oczywisty, aż ślinka na ich widok cieknie.
Publikacja dietetyczek to idealna propozycja dla kobiet, które mają w planie zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Z takim przyjacielem jak „Dziennik diety” będzie to nie tylko o wiele bardziej klarowne, ale i zabawne. Nie ma tutaj mydlenia oczu, od razu daje się do zrozumienia, że dobrze zbilansowana dieta oraz odrobina ruchu każdego dnia mogą zdziałać cuda. Wystarczy odrobina cierpliwości. Trzeba przyznać, że odchudzanie, które przebiegać będzie z radami autorek będzie o wiele przyjemniejsze. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy liczą nie tylko na genialne rady z zakresu odżywiania, ale też przyjaciółkę, którą można schować do torebki.
irka.com.pl 2012-07-19