Recenzje
Sztuka rozpoczynania
Jak sam tytuł wskazuje książka omawia zagadnienia z zakresu uruchamiania działalności gospodarczej - zakładania firmy. Autor nie ogranicza się jednak do tej problematyki i poświęca wiele miejsca praktycznym problemom z zakresu prowadzenia i funkcjonowania firmy. Z racji swojej profesji konsultanta, a głównie doradcy w zakresie pozyskiwania funduszy na uruchomienie i rozwój działalności gospodarczej, poświęca sporo uwagi również i tym zagadnieniom.
Z pozoru publikacja jest napisana dość chaotycznie, treść skacze z tematu na temat, różne wątki przeplatają się nawzajem, niektóre „gubią się” inne pojawiają się niespodziewanie. Należy jednak stwierdzić, że jest to jednak celowy zabieg autora. Z jednej strony jeśli chce się umieścić dość dużo różnorodnych zagadnień o różnym stopniu ogólności i trudności w jednej ograniczonej siłą rzeczy publikacji, to trzeba je jakoś poukładać. Z drugiej strony autor chciał, co mu się wyraźnie udało, podzielić się swoją obszerną wiedzą i przemyśleniami z wielu obszarów, podaje zatem wiele ciekawych przykładów i przytacza pouczające anegdoty. Jest to więc rodzaj praktycznego poradnika z dużą ilością różnorodnych informacji.
Ponadto trzeba stwierdzić, że publikacja jest bardzo dobrze wydana w sensie edytorskim, co podnosi walory estetyczne obcowania z nią. W konsekwencji otrzymujemy cos w rodzaju sałatki firmowej a la Kawasami. Książka jest interesująca w odbiorze, a jednocześnie łatwo się ją czyta i dość dobrze zapamiętuje wybrane informacje. Jest zatem godna polecenia dla nowicjuszy w zakresie zakładania i prowadzenia biznesu. Jednak i doświadczenie praktycy będą mogli w niej znaleźć coś nowego. Należy zatem życzyć smacznego czytania.
blog.trainingfactory.eu 2011-03-24
Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach
Bierzesz do ręki książkę. Z pięknym założeniem poszerzenia swojej wiedzy na dziś i nagle widzisz to. Co? - zapytasz. Otóż właśnie. Nic. Obojętnie. Cokolwiek. Możesz zobaczyć swoją bluzkę, która leży na krześle i pomyśleć, że to jest właśnie pora na jej przymierzenie. Albo lekki nieład na biurku, który właśnie TERAZ WYMAGA posprzątania. Albo, że pora na maseczkę, zakupy, spacer z psem, serial… I tak w nieskończoność. Wymówek jest miriady - zawsze coś odsunie cię od nauki. Jesteś zmotywowany i wydaje ci się, że strumień koncentracji pada jak laser prosto na twój cel? W porządku. A jak przygotowałeś się do nauki?
O tym właśnie Zaremba. „Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach.” to książka (mam wrażenie) adresowana trochę (podkreślam: minimalnie) bardziej do osób starszych, które mimo wysokiego stopnia motywacji szczerze powątpiewają, że ich ‘stary’ mózg podoła cokolwiek przyswoić. Jest więc nasz coach perswazyjnym środkiem, który przekonuje tych właśnie niepewnych, że wiek może być atutem podczas procesu nauki. A słowo proces nie znalazło się tu przypadkowo. Według Zaremby nauka bez uprzedniego przygotowania (i to niemal w każdej sferze) staje się próbą bez efektu. Bez końca można by przytaczać to, co należy uczynić: kącik do nauki z miłymi dodatkami, aby umilić czynność bezwiednie kojarzoną z męką, opanować metody mnemotechniczne, określić własny typ inteligencji, zasoby uwagi, pobudzenie energetyczne, czy choćby temperament. Jak się okazuje kilkugodzinny rytuał, który każdemu studentowi sen z powiek spędza, można poddać głębokiej analizie, wytyczyć błędy i podsunąć kroki, które mają go ułatwić w przyszłości. Tylko czy to naprawdę pomoże?
Przyznam, że początkowo nie podeszłam do książki zbyt poważnie. Mam swoje metody, a raczej ich brak. Niewiele robię ze wskazówek przytoczonych, a jakoś idzie. Tylko teraz pytanie: może właśnie dlatego JAKOŚ? Dlatego czytając dalej Zarembę, próbowałam czasem odnosić wszystko do siebie, podkładać i weryfikować słuszność. Niektóre stwierdzenia, podparte zresztą psychologicznymi fundamentami, rozbrajały mnie swoją oczywistością, której mimo wszystko wcześniej nie udało mi się samodzielnie odkryć. Niektóre rady uważam za całkowity bezsens i tracenie czasu. Niektóre mam ochotę uczynić swoim mottem. Dlatego coach jest trudny do oceny, dopóki sam/a nie przekonasz się, jak pasuje do ciebie (nie mylić z podobaniem, ponieważ to zaraz nadejdzie).
Właśnie. „Superskuteczne..” zostały napisane w dość irytujący sposób. Na zasadzie rozmowy dwóch koleżanek (w tym jedna jest oczywiście tytułowym coachem), druga łasym na wiedzę, językowym laikiem. Tak to nazwijmy, choć trafniejszym określeniem byłoby ‘kartonowy dziennikarz’, który zadaje pytania właściwe dla rozwinięcia treści. Od czasu do czasu wnosi jakąś historyjkę (nie zawsze dobrze skrojoną), którą coach wdraża i rzeźbi pod proces nauki, by obrazowo podsunąć czytelnikowi, co i jak. Może i dobre rozwiązanie dla kogoś, kto nie ma ochoty na naukowy elaboracik (a książka ma zadatki - jest bogata w wiele ciekawych teorii!) i woli przyswoić wiedzę łopatologicznie. Dla mnie trochę za sztucznie i szczerze mówiąc, wolałabym, żeby ta naukowa rozprawka z tutorialem w jednym przybrała ciut inną formę.
Nie można przeoczyć tego, że poradnik jest świetnym środkiem reklamy. Średnio co kilka stron pojawia się adres szkoły prowadzonej przez autorkę, nazwa platformy e-learningowej z jakąś miłą przydawką, która podprogowo nam ją podsuwa. Po wielokrotnym przeczytaniu tej nazwy, usiadłam przed komputerem ze szczytnym celem przyłączenia do platformy. I co? Tylko dla uczestników kursów w Warszawie. Średnio poważna reklama.
Mimo moich uwag do powyższych treści, polecam książkę, uwaga: osobom otwartym na nowe techniki i gotowym zrewolucjonizować swoje stare dobre leżenie i czytanie notatek. Niestety, ja do takich nie należę.
dlaLejdis.pl Natalia Kędziak
E-przyjaciele. Zobacz, co media społecznościowe mogą zrobić dla Twojej firmy
Nikt dziś nie wątpi w potęgę Internetu, a nasza zależność od możliwości, które daje, wciąż rośnie. Na chwilę obecną topowymi witrynami pozostają rozmaite portale społecznościowe. Chociażby Facebook jest nie do przecenienia - o jakiej innej stronie powstał hollywoodzki film, bijący rekordy popularności i nominowany do Oskara?
Potencjał marketingowy rynku mediów społecznościowych jest ogromny i grzechem byłoby z niego nie korzystać, z czego wszyscy zdają sobie w mniejszym lub większym stopniu sprawę. Trzeba jednak pamiętać, że sieć rządzi się własnymi prawami, które niekoniecznie muszą przystawać do naszych wyobrażeń o skutecznej reklamie. Internautów nie skłoni do zakupu mydła grupa pań zachwycających się w przesadny sposób jego walorami. Firma-gigant, która w świecie rzeczywistym może polegać na przywoływaniu wieloletniej tradycji i doświadczenia, w świecie wirtualnym musi uciekać od wizerunku korporacyjnego molocha.
Z tego powodu wiele firm ma obawy przed wykorzystywaniem mediów społecznościowych do promocji, jednak rezygnują z tej możliwości, opierając się na budzących wątpliwości argumentach. Posługiwanie się tymi wszystkimi portalami jest strasznie skomplikowane, twierdzą menadżerowie. Zgoda, ale umiejętność jedzenia nożem i widelcem również, dopóki jej nie opanujemy. To czasochłonne, dodają inni. Obserwacje rynku także, a nikt nie kwestionuje ich niezbędności. To dla dzieciaków, kpią następni. Insidefacebook.com donosi, że najszybciej przybywa użytkowników powyżej 55 roku życia. Jedynym słusznym zarzutem jest stwierdzenie, że można sobie w ten sposób zrujnować wizerunek. Odpowiadam: oczywiście, bardzo szybko i na bardzo długo, lecz tylko pod warunkiem, że będziemy z sieci korzystać nieumiejętnie. Na szczęście, przestrzegając kilku zasad, unikniemy błędów.
Zasady są trzy: autentyzm, brawura i spójność (w skrócie: ABS). Co kryje się za tymi enigmatycznymi sformułowaniami?
A) AUTENTYZM
Kino familijne uczy dwóch rzeczy: zwierzęta są najlepszymi przyjaciółmi człowieka a wielkie korporacje zawsze kłamią. Podejrzliwość wpojoną odbiorcom naszych wiadomości od małego szkraba da się pokonać, trzeba tylko pamiętać o szczerości w komunikacji z potencjalnym klientem. Przeglądając wiele witryn można odnieść wrażenie, że internauci to domorośli szpiedzy z poczuciem misji; wytrwale tropią wszelkie oszustwa, zwłaszcza marketingowe. Wiele firm musiało pospiesznie wycofywać się z całkiem zmyślnych kampanii, ponieważ odkryto kryjącą się za nimi manipulację, na przykład pracowników agencji reklamowych podszywających się pod niezależnych, a przychylnych produktom danej firmy blogerów. Nie możemy udawać, że zależy nam na kontakcie z użytkownikiem, a traktować go tylko jako obiekt działań promocyjnych. Sensem istnienia portalu społecznościowego jest właśnie budowanie społeczności, a jeżeli nie próbujemy stać się jej częścią, to po co się na nim rejestrujemy? Profil na Facebooku czy komunikat na Twitterze nie może być zwykłą tubą propagandową. Trzeba zaangażować się w stworzenie i podtrzymywanie opartej na szacunku i uczciwości relacji z każdym zainteresowanym firmą internautą.
B) BRAWURA
Żyjemy w świecie przesyconym informacjami. Uwagę odbiorców przyciągną tylko te najciekawsze. Być może agregat prądotwórczy czy robot kuchenny same w sobie nie są szalenie interesujące, ale należy je jako takie przedstawić. Decydując się na kampanię w mediach społecznościowych, nie będziemy pionierami. Nasz profil na Facebooku, jeżeli go nie wypromujemy, nie przyciągnie nikogo poza najwierniejszymi klientami, a i ci mogą szybko odejść do konkurencji, jeżeli będzie potrafiła zaprezentować się ciekawiej. Trzeba zdobyć się na odważne zagrania, by zostać zauważonym.
C) SPÓJNOŚĆ
Na jakikolwiek krok zdecydujemy się w mediach społecznościowych, musimy pozostać konsekwentni. Jeżeli reprezentujemy firmę, dajmy na to, PrettyShoe i zarejestrujemy na Flickr jej oficjalne konto „IlovePrettyShoe”, musimy zadbać, by na wszystkich serwisach nazywało się ono tak samo. To raz. Ważniejsze dwa: wchodząc w świat mediów społecznościowych musimy w nim trwać i gdy piszę „trwać”, nie mam na myśli „wegetować w formie aktualizowanego raz na pół roku bloga”. Jeżeli przez pierwsze dwa miesiące będziemy na Twitterze umieszczać po pięć tweetów dziennie, po czym nagle przestaniemy, to zdobyci przez ten czas internetowi przyjaciele szybko się od nas odwrócą, bo poczują się zaniedbani. To poczucie na pewno przełoży się na wyniki sprzedaży. W sieci liczy się tylko tu i teraz. To obecna aktywność profilu firmy na danej witrynie wykreuje jej wizerunek.
Gra jest warta świeczki, choć powszechny jest zarzut, że kampania internetowa nie przekłada się w bezpośredni sposób na zyski. To złe spojrzenie. Pamiętaj: nie chodzi o to, ile firma zarobi na mediach społecznościowych, lecz ile dzięki nim oszczędzi na innych formach promocji. Podstawową zaletą takiej kampanii jest jej niski koszt. Reklama w telewizji, billboard, banner na stronie - za to wszystko trzeba niemało zapłacić. Zakładając profil na portalu nie płacimy nic! Aktualizacją zajmie się jeden człowiek (lub kilkuosobowy zespół) a budżet obciąży tylko jego wynagrodzenie.
Dbając o internetowych przyjaciół firmy można mieć pewność, że rozpropagują ją wśród znajomych. Co cenniejsze: podtrzymując szczere, partnerskie relacje, otrzymamy od użytkowników masę pożytecznych uwag i postulatów, które pozwolą nam dostosować ofertę do klienta nie na podstawie przewidywań, lecz obiektywnych danych pochodzących od samych zainteresowanych.
Według badań specjaliści do spraw mediów społecznościowych mają wkrótce okazać się jednym z najważniejszych zawodów. Może więc warto pomyśleć o takiej karierze? Zatrudnić jednego zawczasu i wyprzedzić konkurencję? Nawet jeżeli nie wierzysz w potęgę tego typu portali, wieszczysz im rychły koniec, to tym bardziej powinieneś reklamować się za ich pomocą - póki są jeszcze modne.
biznes.onet.pl Artur Jabłoński
Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności
Metod zarządzania czasem czy - jak przyjęło się ostatnio mówić - zarządzania sobą w czasie jest tyle, ilu ludzi. Każda rości sobie prawa do bycia jedyną, niepowtarzalną i absolutnie najlepszą.
Sama przynajmniej 10 razy odnalazłam niezawodne remedium na wszystkie moje problemy z organizacją czasu - nową, magiczną metodę, z zapałem stosowałam się do reguł najlepiej jak potrafiłam i… Nie mogłam pozbyć się lęku, że o czymś na pewno zapomniałam oraz poczucia, że wciąż robię za mało, zbyt mało efektywnie, że można więcej, lepiej i skuteczniej …
A tu nagle pan Allen, dość bezceremonialnie, zaczyna naszą znajomość od stwierdzenia, że niezależnie od tego kim jestem i co robię nie mogę zrobić - uwaga! - nie tylko wszystkiego co chcę, ale nawet wszystkiego, co powinnam zrobić. Kropka. To fakt. Nie podlega dyskusji. Cóż, takie czasy.
- Też mi odkrycie, panie Allen - pomyślałam. - Nie urodziłam się wczoraj, ale wiem, że na miejsce każdej zakończonej sprawy pojawiają się wkrótce dwie nowe. Ale zaakceptowanie, że niektóre z rzeczy muszę świadomie zaniedbać… Lekka przesada. Bądźmy profesjonalni. Nie można tak odpuścić, choćby i przyszło mi skonać walcząc!
Przyznam jednak szczerze, że zaciekawiło mnie co będzie dalej - jak też pan Allen ma zamiar wytłumaczyć się z postawionej w taki sposób tezy…
Po przeczytaniu całej książki jestem przekonana, że GTD to raczej filozofia, podejście do życia niż sztywny system z dziwacznymi regułkami. Autor proponuje pewne rozwiązania, jednak pozwala na dużą swobodę w zakresie sposobu realizacji i wyboru narzędzi. Rzuca wyzwanie utartym schematom myślowym, zmusza do ponownego, głębokiego zweryfikowania poglądów, odważnie krytykuje starsze rozwiązania takie jak proste listy zadań, kalendarze, priorytety.
Cel jest jeden - bardzo prosty - oczyścić umysł z wszystkich nierozwiązanych spraw, przestać wreszcie nieustannie o nich myśleć, wrzucić je do niezawodnego systemu, któremu ufamy, by ze 100% zaangażowaniem i spokojem przejść do realizacji wyznaczonych zadań.
Jak to zrobić? O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Jak Ty możesz skorzystać z pewnych idei zaprezentowanych w „Getting Things Done?”
Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziesz w tej książce.
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Onepress na najbliższym spotkaniu wśród uczestniczek rozlosujemy aż 8 egzemplarzy. Nie przegap takiej okazji!
przedsiebiorcza-kobieta.pl Weronika Łabaj
Lekarze, naukowcy, szarlatani. Od przerażonego pacjenta do świadomego konsumenta
Autor, Ben Goldacre, uderza w firmy farmaceutyczne, samozwańczych dietetyków i fałszywych naukowców. Daje do myślenia chętnie połykającym cudowne preparaty na każdą dolegliwość. Pisze o niewiarygodnych wynikach statystycznych i nierzetelnych badaniach naukowych.
Gazeta Krakowska . MAG, 2011-03-11