Recenzje
Marketing wirusowy w internecie
Twórz, zarażaj i odnoś sukces! Niby każdy porządny PR-owiec i marketingowiec wie co to jest marketing wirusowy, jednak dziwnym trafem podczas opracowywania pomysłów dla klienta na burzy mózgów, gdy pada „no to może jakiś Viral?” zalega złowroga cisza. Jacek zaczyna nerwowo obgryzać paznokcie, Ania w przypływie serdeczności biegnie do kuchni zaparzyć kawę dla wszystkich, a Marcin wbija wzrok w sufit, tak mocno, że osoba postronna mogła by uwierzyć, że tam właśnie są schowane jego pokłady kreatywności. Po chwili krępującej ciszy, prowadzący rzuca na stół: „no dobra, to może inne pomysły” i wtedy, jakby nigdy nic, pokój odżywa. Ania z zapasem kawy wraca na swoje miejsce, Marcin powraca do rzeczywistości, a burza znowu zaczyna biec swoim rytmem - niestety bez propozycji „Virala”. Temat marketingu wirusowego w podobnych sytuacjach nie powinien być jednak pomijany. Jak udowadniają autorzy w książce „Marketing wirusowy w Internecie”, kluczem do sukcesu marki, czy produktu coraz częściej jest „Viral” rozpowszechniony w Sieci. - Już za kilkanaście lat bez uwzględnienia aspektu wirusowości w swoim marketingu niemożliwe lub skutecznie utrudnione będzie funkcjonowanie na rynku - piszą na pierwszych stronach autorzy. Według nich wynika to z kilku podstawowych względów wśród których znajdziemy m.in. spadek skuteczności tradycyjnych reklam, czy większy wpływ opinii znajomych o danym produkcie na ostateczny zakup. I trudno się nie zgodzić z nimi, bo kto z nas nie ściąga do przeglądarek, specjalnych nakładek ograniczających wyświetlanie się banerów reklamowych, czy też przed zakupem nie sprawdza opinii o produkcie na portalach takich jak Facebook? Autorzy mają całkowitą rację, że w erze mediów społecznościowych konsumenci bardziej od komunikatów wychodzących bezpośrednio od producenta cenią sobie informacje, które mają od znajomych. I tu według twórców publikacji pojawia się szansa dla przekazu wirusowego, który choć wychodzi od firmy to po chwili, przekazywany od użytkownika do użytkownika, żyje własnym życiem. Autorzy trafnie wskazują w książce zalety tego typu rozwiązania. Nie zapominają także o wadach, szybko jednak radząc jak uniknąć pułapek związanych z stosowaniem marketingu wirusowego. Książka pokazuje, że marketing wirusowy to naprawdę szerokie pojęcie i kryje się pod nim wiele narzędzi. Wszystkie one są szczegółowo omówione na odpowiednich przykładach, co według mnie - z perspektywy osoby, która ma na co dzień styczność z promocją - jest ogromną zaletą publikacji. Czytelnik znajdzie tam „Case Studies” z całego świata, z różnymi budżetami. Bo przecież jedną z największych zalet marketingu wirusowego - jak słusznie podkreślają autorzy - jest jego koszt, który elastycznie można dostosować do możliwości firmy. Tym samym, z „Virala” mogą korzystać małe i duże przedsiębiorstwa. „Marketing wirusowy w Internecie” to pozycja tak naprawdę dla wszystkich, którzy biorą udział w tworzeniu strategii promocji marki. Przydatne informacje znajdą tam zarówno osoby, zajmujące się promocją produktów, jak i te zarządzające np. małymi sklepami internetowymi. Książka to wiele cennych porad i wskazówek, a także przykładów, które mogą skutecznie zainspirować do stworzenia własnego, skutecznego „Virala” przekazywanego w Sieci z „ręki do ręki”.
www.instagram.com/katherine_the_bookworm/ Grzegorz Pacula
Prawo przyciągania. 5 prostych kroków do zdobycia bogactwa (lub czegokolwiek innego). Wydanie II uzupełnione
Trzymasz w swoim ręku książkę, która zmieniła życie tysięcy i tak samo może zmienić Twoje życie w taki sposób i tak, jak Ty tego zechcesz. Wskazówki w niej zawarte dają Ci szczęście, zdrowie, bogactwo i wszystko, czego tylko sobie życzysz. Czy zastanawiałeś się, dlaczego 97% wszystkich pieniędzy znajduje się w posiadaniu jednego procentu ludzkości? Czy też marzyłeś o życiu w luksusie, wydając dowolną ilość pieniędzy na rzeczy, które zawsze chciałeś mieć, ale nigdy nie miałeś możliwości na nie sobie pozwolić, posiadaniu własnego trzy piętrowego domu w wielkim mieście i robieniu tego, co ty naprawdę lubisz bez zmuszania się do czegokolwiek? Zostań Panem swojego życia! Autor dr Joe Vitale -obecnie marketer, copywriter, megagwiazdor, który już posiada wszystko o czym większość z nas nawet nie śmieje marzyć, kiedyś mieszkający na ulicach Dallasa w okrutnej biedzie, dzieli się z Tobą sekretną formułą 5 kroków dla osiągnięcia wszystkiego, czego pragniesz. Zauważ, zaletę uczenia się od praktyka prawa przyciągania (wystarczy spojrzeć na zdjęcie jego luksusowego samochodu Francine), który oczywiście też zna teorię, ale przede wszystkim dzieli się z nami sekretem jak tą teorię skutecznie wykorzystywać w praktyce. Co nowego ujawnia „Prawo przyciągania” autorstwa Joe Vitalego? Odkryjesz skuteczne narzędzie, które tkwi wewnątrz Ciebie i zaprowadzi Cię na drogę sukcesu, bogactwa i dobrobytu. Krótko mówiąc, sekret do szczęścia, poprawy stanu zdrowia, rozwoju firmy i wszystkiego, czego chcesz sprowadza się do: 1) Określenia, czego nie chcesz; 2) Postanowienia, czego chcesz; 3) Oczyszczenia się od blokujących przekonań; 4) Poczucia posiadania już w chwili obecnej; 5) Oddania kontroli. Nie musisz posiadać tą książkę natychmiast i nie myśl, że ona od razu przyniesie wymarzone przez Ciebie rezultaty i szczęście. Wszystko zależy od tego jak bardzo chcesz zmiany. Skuteczność tych 5 kroków jest niezawodna, a przejrzysta i szczegółowa prezentacja każdego kroku pozwala na osiągnięcie wszystkiego i kiedy tylko tego zechcesz. Czy jesteś gotów na tą zmianę, czy chcesz czekać jeszcze dłużej i myśleć o tym, jak by to było mieć to albo tamto? Uwierzyć w siebie - to daleko nie wszystko, dzięki czemu spełniają się twoje marzenia, jest coś większego, co pozwala Ci na zdobycie złotych gór i otwarcia się na płynące dobra ze wszechświata… Szczęście i bogactwo przez cały czas stoją za drzwiami w nadziei, że może kiedyś Ty je otworzysz. A teraz, kiedy wiesz, że masz wybór, co wybierzesz?
www.instagram.com/katherine_the_bookworm/ Sergio Lp
Zakazana retoryka. Podręcznik manipulacji
Wąż, żmija, czy cokolwiek to jest, rozpełza się po okładce. Dla kogoś takiego jak ja, kogoś z ofidiofobią, to skuteczny odstraszasz i powód by tej książki nie ruszać. Ale wewnątrz znajduje się coś zakazanego, jak mówi nam tytuł. Z jednej strony lęk, z drugiej ciekawość. Na szczęście to drugie zwyciężyło i niepewnie wzięłam książkę do rąk. Nie żałuję. Autorką książki jest Gloria Beck - filozof, germanistka, specjalistka ds. pracy oraz pedagog dorosłych. Podczas seminariów wciąż była zasypywana pytaniami na temat manipulacji. To zainspirowało ją do napisania książki. Już na wstępnie dowiadujemy się, że nie powinniśmy przywiązywać się emocjonalnie do innych, gdyż to utrudnia działanie. Jesteśmy mniej skuteczni gdy na kimś nam zależy. Nie ma tu wahania, owijania w bawełnę. Wszystko jest podane konkretnie i pewnie. „Ofiara” - tylko tym jest dla nas inna osoba, której użyjemy by dotrzeć do celu. Może się to wydać okrutne, ale dużo w tym prawdy. Manipulujemy sobą nawzajem codziennie, nieraz nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czas wreszcie robić to świadomie. Skuteczniej niż dotychczas. Podręcznik. To słowo od razu przywodzi na myśl wspomnienie szkoły. Jednak kojarzy się również z usystematyzowaną wiedzą. Tak jest i tutaj. Panuje tu ład i porządek, co rzadko się zdarza w tego typu publikacjach. Na samym początku opisany jest sposób korzystania z książki. Następnie wymienione techniki manipulacji. Nie rozsypane byle jak, tylko podzielone na kategorie w taki sposób, byś szybko mógł odnaleźć to, co w danej chwili jest Ci potrzebne. Przykładowo: chcesz umówić się z kobietą. Przeglądasz kategorie i jest: „Wprowadzić kogoś w określony nastrój” i dalej, „żeby zażądać określonego zachowania”. Mamy tutaj dwie opcje: technikę manipulacji słownej i technikę współczucia. Wybieramy to, co nam najbardziej odpowiada, i do dzieła! Jak wybrać technikę? Nic prostszego. Każda jest opisana dokładnie i szczegółowo. W dodatku wzbogacona o przykłady. Każda z nich znajduje się w osobnym rozdziale. Zawiera opis, cele które można dzięki niej osiągnąć, informacje jak działa. A także „wybór osoby docelowej” czyli mówiąc prościej, wytłumaczenie kto nadaje się na naszą ofiarę. Dla tych, którzy mają dylemat w kwestii etyki, została stworzona „skala etycznych wątpliwości”. Techniki oznaczone są w skali od 1 do 10. Pod nimi wymienione są punkty nad czym należy się zastanowić, jak np. „wykorzystywanie czyjegoś zaufania”. Ale spokojnie, są też techniki, które mają zero punktów, dzięki czemu nie są krzywdzące. Sama konstrukcja książki i to, że nie trzeba jej czytać po kolei sprawia, że trudno się od niej oderwać. Gdy natomiast zagłębimy się w jej treść, ciężko będzie nam ją wyrwać z rąk. Wąż z okładki przestał być dla mnie straszny, wręcz się z nim zaprzyjaźniłam, gdyż jest to najlepsza książka jaką ostatnio przeczytałam. I nawet jeśli nie chcesz manipulować, warto sięgnąć po tą pozycję, chociażby po to, abyś po raz kolejny nie stał się czyjąś ofiarą. Bo może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale już niejednokrotnie nią byłeś.
www.instagram.com/katherine_the_bookworm/ Agnieszka Pilecka
Zakazana retoryka. Podręcznik manipulacji
Wąż, żmija, czy cokolwiek to jest, rozpełza się po okładce. Dla kogoś takiego jak ja, kogoś z ofidiofobią, to skuteczny odstraszasz i powód by tej książki nie ruszać. Ale wewnątrz znajduje się coś zakazanego, jak mówi nam tytuł. Z jednej strony lęk, z drugiej ciekawość. Na szczęście to drugie zwyciężyło i niepewnie wzięłam książkę do rąk. Nie żałuję. Autorką książki jest Gloria Beck - filozof, germanistka, specjalistka ds. pracy oraz pedagog dorosłych. Podczas seminariów wciąż była zasypywana pytaniami na temat manipulacji. To zainspirowało ją do napisania książki. Już na wstępnie dowiadujemy się, że nie powinniśmy przywiązywać się emocjonalnie do innych, gdyż to utrudnia działanie. Jesteśmy mniej skuteczni gdy na kimś nam zależy. Nie ma tu wahania, owijania w bawełnę. Wszystko jest podane konkretnie i pewnie. „Ofiara” - tylko tym jest dla nas inna osoba, której użyjemy by dotrzeć do celu. Może się to wydać okrutne, ale dużo w tym prawdy. Manipulujemy sobą nawzajem codziennie, nieraz nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czas wreszcie robić to świadomie. Skuteczniej niż dotychczas. Podręcznik. To słowo od razu przywodzi na myśl wspomnienie szkoły. Jednak kojarzy się również z usystematyzowaną wiedzą. Tak jest i tutaj. Panuje tu ład i porządek, co rzadko się zdarza w tego typu publikacjach. Na samym początku opisany jest sposób korzystania z książki. Następnie wymienione techniki manipulacji. Nie rozsypane byle jak, tylko podzielone na kategorie w taki sposób, byś szybko mógł odnaleźć to, co w danej chwili jest Ci potrzebne. Przykładowo: chcesz umówić się z kobietą. Przeglądasz kategorie i jest: „Wprowadzić kogoś w określony nastrój” i dalej, „żeby zażądać określonego zachowania”. Mamy tutaj dwie opcje: technikę manipulacji słownej i technikę współczucia. Wybieramy to, co nam najbardziej odpowiada, i do dzieła! Jak wybrać technikę? Nic prostszego. Każda jest opisana dokładnie i szczegółowo. W dodatku wzbogacona o przykłady. Każda z nich znajduje się w osobnym rozdziale. Zawiera opis, cele które można dzięki niej osiągnąć, informacje jak działa. A także „wybór osoby docelowej” czyli mówiąc prościej, wytłumaczenie kto nadaje się na naszą ofiarę. Dla tych, którzy mają dylemat w kwestii etyki, została stworzona „skala etycznych wątpliwości”. Techniki oznaczone są w skali od 1 do 10. Pod nimi wymienione są punkty nad czym należy się zastanowić, jak np. „wykorzystywanie czyjegoś zaufania”. Ale spokojnie, są też techniki, które mają zero punktów, dzięki czemu nie są krzywdzące. Sama konstrukcja książki i to, że nie trzeba jej czytać po kolei sprawia, że trudno się od niej oderwać. Gdy natomiast zagłębimy się w jej treść, ciężko będzie nam ją wyrwać z rąk. Wąż z okładki przestał być dla mnie straszny, wręcz się z nim zaprzyjaźniłam, gdyż jest to najlepsza książka jaką ostatnio przeczytałam. I nawet jeśli nie chcesz manipulować, warto sięgnąć po tą pozycję, chociażby po to, abyś po raz kolejny nie stał się czyjąś ofiarą. Bo może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale już niejednokrotnie nią byłeś.
www.instagram.com/katherine_the_bookworm/ Agnieszka Pilecka
jQuery. Poradnik programisty
jQuery. Poradnik programisty jest jedną z pierwszych książek traktujących o jQuery w Polsce. Podchodząc do jej lektury miałem mieszane uczucia. Spis treści wskazywał raczej na tłumaczenie dokumentacji, a ilość stron (raptem 270) utwierdzała mnie w tym przekonaniu. Niemniej byłem ciekawy, czy książka ma coś do zaoferowania osobie, która na co dzień korzysta z tytułowej biblioteki. Bardzo mnie zastanawiała kwestia sposobu, w jaki jest ona zorganizowana. Czy autor poprzestał na przetłumaczeniu ogólnodostępnej dokumentacji, czy też odrobił pracę domową i stworzył solidny przewodnik? Wreszcie czy będzie to suchy tekst, o którym zapomnę dzień po zakończeniu lektury, czy też często będę do niej powracał, szukając rozwiązania jakiegoś problemu?
Książka została podzielona na trzy części: abecadło, interfejs API oraz wtyczki. Pierwsza część jest przeglądem możliwości jQuery, druga zawiera pełny opis biblioteki, a ostatnia w bardzo przystępny sposób prezentuje proces tworzenia wtyczek. Każda z części została dodatkowo podzielona na rozdziały, odzwierciedlające zagadnienia związane z jQuery, np. selektory, manipulacja drzewem DOM, czy AJAX. Co więcej, każdy z rozdziałów został tak przygotowany, by teoria stanowiła jak najmniejszą jego część. Po krótkim wstępie wyjaśniającym bieżące zagadnienie, autor na przykładach pokazuje praktyczne możliwości biblioteki. Przykłady te nie są oderwanymi od rzeczywistości zadaniami akademickimi (takie też się zdarzają), tylko pełnoprawnymi skryptami, które można później wykorzystać, np. wtyczka karuzela do przeglądania zdjęć.
Podczas objaśniania kilku przykładów, autor posłużył się rozszerzeniami przeglądarki Firefox i delikatnie sugerował, że każdy, kto na poważnie myśli o korzystaniu z jQuery, również powinien z nich korzystać. Mowa tutaj o rozszerzeniach Firebug, LiveHttpHeaders oraz Web Developer Toolbar.
Na początku tej recenzji podzieliłem się z wami moimi obawami w stosunku do tej książki. Czy się potwierdziły? Nie. Okazało się, że były one mocno przesadzone. Książkę mogę śmiało polecić wszystkim, którzy chcieliby zapoznać się z jQuery. Wbrew moim przewidywaniom nie jest to bezmyślnie przetłumaczona dokumentacja, tylko dobrze zaplanowana książka, płynnie przechodząca między zagadnieniami. Jeśli znacie jQuery na tyle dobrze, że nie musicie zaglądać do dokumentacji i macie na koncie kilka wtyczek, książka będzie raczej stanowiła suplement dokumentacji, niż źródło wiedzy. Nie da się nie odnieść wrażenia, że została przygotowana pod kątem osób stawiających pierwsze kroki w świecie jQuery.
Podsumowując. jQuery. Poradnik programisty jest solidną książką, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego, kto chciałby rozpocząć przygodę z tą biblioteką. Jeśli nadal zastanawiasz się nad wyborem biblioteki Javascript, z której będziesz korzystał, ta książka znacznie ułatwi Ci wybór.
NPRACA sp. z o.o. Maciej Wilgucki, 2010-10-05
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.
Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji - zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...
Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.
Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby - miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego - nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.
Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację - nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.
Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów - krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.
Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.
Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży.
motogen.pl Iza Prochal, 2010-12-03