Recenzje
Bez siły. Chestnut Springs #3
Czterech ojców River Conway. Tom 2
Moc dyskomfortu. Jak rezygnacja z wygód i powrót do dzikości przywracają zdrowie, szczęście i poczucie spełnienia
PAST
Ballada o Czarnych Srokach
Czasem zdarza nam się przeczytać książki, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, wymazać je z pamięci, a są takie, które chcemy pozostawić w naszej głowie przez cały czas. Chcemy o nich myśleć i zatracać się w wymyślonych scenariuszach. Chcemy marzyć o dalszym ciągu. Taką właśnie historią była dla mnie „Ballada o czarnych srokach”. Moją przygodę z fantastyką zaczęłam stosunkowo niedawno, ale od razu wciągnęłam się w ten gatunek. Pochłaniałam duże ilości wspaniałych książek, ale to ballada sprawiła, że poczułam się jak w domu. Historia Elaine niesamowicie mną wzruszyła. Uwięziona w domu przez matkę młoda dziewczyna marząca o wolności w końcu ucieka i oparcie znajduje jedynie w młodym złodzieju - Reign’ie. Przez lata tworzą swoją słynną szajkę czarnych srok, stając się przyjaciółmi, a przede wszystkim rodziną. Uwielbiam to jak Marysia ukazała motyw found family. Jestem jego ogromną fanką, a w tej historii ten motyw przebija zdecydowanie wszystko. To jak główna bohaterka pokazała, że zrobi wszystko dla tych, których kocha niesamowicie mnie rozczuliło i z pewnością zostanie w moim sercu na długo. Przechodząc do bohaterów chciałabym powiedzieć, że nasza główna bohaterka strasznie mi zaimponowała. Tak bezwzględna, ale również najbardziej uczuciowa osoba. Skrzywdzona przez świat, ale z ogromną determinacją i wolą walki. Kocham silne bohaterki i Elaine z pewnością jest ich przykładem. Książę William - no cóż. Mam co do niego mieszane uczucia. Niby genialnie mi się o nim czytało, ale pewne jest to, że nie zaprzyjaźniłabym się z nim w realnym życiu. Nie przypasował mi do końca jego charakter, może tak to ujmę. Jeśli chcecie dowiedzieć się o co mi chodzi to koniecznie przeczytajcie. Reign. Ponad wszystko wybierze swoją towarzyszkę. Zrobi dla niej wszystko i za wszelką cenę będzie próbował chronić. Uwielbiam go. Nie mam nawet racjonalnego wytłumaczenia dlaczego. Po prostu. Stał się jednym z tych bohaterów, których kocha się od pierwszej strony. Dodatkowo bohaterowie poboczni byli wspaniali. Nie dało się na nich nie zwrócić uwagi. Każdy świetnie ulokowany w historii. Nikt nie był tam bez powodu. Jestem naprawdę dumna z Marysi, że wyczarowała coś takiego! Pomysł na fabułę był jednym z ciekawszych jakie poznałam. Bawiłam się świetnie i nie można było oderwać mnie od lektury. Ogromna ilość plot twistów, to to co uwielbiam, a było ich pod dostatkiem. Poszukiwanie pierścionka i narażanie życia? He fell first? Akcja, akcja i jeszcze raz akcja? Wszystko to znajdziecie w balladzie. Styl pisania, mimo, że perspektywa trzecioosobowa, to bardzo przyjemny. Była ona praktycznie nie odczuwalna. Pięknie poskładane zdania, brak błędów, czy chociażby sztucznych dialogów, a do tego ogromna ilość cytatów. No po prostu I’m in love! Nie wiem co jeszcze napisać, bo mogłabym opowiadać o tej historii godzinami. Jednak na sam koniec chciałabym jeszcze dodać, że tak książka mimo, iż jest grubą cegiełką jest jedną z najbardziej wartych przeczytania premier tego roku. Jestem pod totalnym wrażeniem ile pracy Marysia włożyła w ten projekt i TRUST ME MUSICIE TO PRZECZYTAĆ, bo to pozycja zdecydowanie zasługująca na większą ocenę niż pięć gwiazdek.