Recenzje
Berlin. Travelbook. Wydanie 3
Dzień dobry Kochani 😊 Sezon urlopowy trwa w najlepsze, więc mam do Was takie pytanko. Czy wolicie wycieczki zorganizowane przez biuro czy raczej sami wszystko organizujecie? Ja często wszystko organizuję sama, a pomaga mi w tym odpowiedni przewodnik. Dziś właśnie kilka słów o travelbooku pt. "Berlin" autorstwa Katarzyny Głuc, który ukazał się niedawno nakładem Wydawnictwa Bezdroża. Zawiera on wszystkie potrzebne informacje dotyczące stolicy naszego zachodniego sąsiada. Znajdziecie tu dzieje miasta, kalendarium imprez oraz opisy najważniejszych zabytków, znajdujących się w poszczególnych dzielnicach miasta. Dowiemy się z niego także, jakie pamiątki zakupić w Berlinie i gdzie udać się na pchli targ. Całość dopełniają przydatne mapki i fantastyczne zdjęcia, które zachęcają do spakowania walizki i udania się w podróż. Choć tytuł travelbooka brzmi "Berlin", to w przewodniku znajdziemy także informacje o okalającej miasto Brandenburgii. Podsumowując "Berlin" to ciekawy, pełen przydatnych informacji przewodnik, wydany w podręcznym formacie, który zmieści się w każdej damskiej torebce. Polecam serdecznie 💙😘
Historyczne bzdury o średniowieczu. Jak naprawdę żyło się w czasach dam i rycerzy?
I will wait for you
Są takie książki, które już samym opisem rozbudzają ogromne oczekiwania. „I Will Wait for You” Moniki Kondas zapowiadała historię pełną mafijnych porachunków, zemsty, tajemnic z przeszłości i wielkich emocji. Liczyłam na mroczny klimat, zwroty akcji i bohaterów, którzy nie raz mnie zaskoczą. Czy dostałam to, na co czekałam? Niestety tylko częściowo. Angelina Motier od lat żyje pod skrzydłami swoich dwóch starszych braci. Po wydarzeniach z przeszłości stała się dla nich całym światem, dlatego kontrolują każdy aspekt jej życia. Z jednej strony rozumiałam ich troskę, ale z drugiej momentami miałam ochotę powiedzieć: dajcie jej w końcu żyć! Ich ciągła kontrola, sposób zwracania się do Angeliny i traktowanie jej jak dziecka zwyczajnie mnie irytowały. Wiem, że taki był zamysł autorki, jednak mnie bardziej to męczyło, niż wzruszało. Xavier od początku miał być mężczyzną kierowanym żądzą zemsty. Niestety ten motyw nie wybrzmiał tak mocno, jak się spodziewałam. Owszem, był obecny, ale zabrakło mi większych emocji, wewnętrznych rozterek i poczucia, że naprawdę stoi przed trudnym wyborem. Podobnie było z przeszłością Angeliny. Jej trauma zapowiadała się niezwykle ciekawie i liczyłam, że odegra większą rolę w całej historii. Największym zaskoczeniem okazał się jednak sam kierunek fabuły. Nastawiałam się na mocny romans mafijny z akcją i niebezpieczeństwem, a dostałam przede wszystkim spokojną historię miłosną. Nie oznacza to jednak, że książka była zła. Wręcz przeciwnie - czytało mi się ją całkiem przyjemnie, a najbardziej spodobało mi się budowanie napięcia między Angeliną i Xavierem. To właśnie chemia między nimi sprawiała, że chciałam przewracać kolejne strony. Nie do końca przekonało mnie natomiast tempo rozwoju ich relacji. Uczucia pojawiły się bardzo szybko, przez co nie zdążyłam zżyć się z bohaterami ani w pełni przeżywać ich emocji. Oboje momentami zachowywali się dość niedojrzale, co również utrudniało mi całkowite zaangażowanie się w ich historię. Dużym plusem są rozdziały prowadzone z różnych perspektyw. Oprócz Angeliny i Xaviera możemy zajrzeć także do głów Maddoxa i Leandra. Dzięki temu lepiej rozumiałam ich decyzje i motywy, nawet jeśli nie zawsze je akceptowałam. „I Will Wait for You” to książka, która miała potencjał na znacznie mocniejszą historię. Zabrakło mi bardziej wyrazistego wątku mafijnego, większej ilości akcji i lepiej rozwiniętych tajemnic z przeszłości. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z tą historią. To lekki, spokojny romans z odrobiną napięcia, który z pewnością znajdzie swoich odbiorców - zwłaszcza wśród osób, które ponad dynamiczną akcję stawiają rozwijającą się relację bohaterów. Moja ocena: 7/10. To dobra historia, ale pozostawiła we mnie spory niedosyt, bo widziałam w niej potencjał na coś znacznie większego.
Malbat znaczy grzech
Jako ogromna fanka tej serii od dawna, na trzeci tom czekałam jak dziecko na prezent pod choinką. Pierwszą i drugą część pochłonęłam w tempie, które do tej pory wydaje mi się lekko podejrzane. Nie wiem, gdzie zniknął ten czas, ale jestem prawie pewna, że Malbat maczał w tym palce. A kiedy okazało się, że mogę zostać recenzentką tej książki? Cóż… moje książkowe serce zrobiło salto, drugie salto i prawdopodobnie jeszcze jedno, którego fizyka nie przewiduje. I teraz mogę powiedzieć jedno: Zuza, zrobiłaś kawał świetnej roboty. „Malbat znaczy zemsta” to dokładnie ten rodzaj historii, przy której człowiek pokłada się na podłodze ze smiechu, po czym przypomina sobie, że właśnie czyta o mafii i teoretycznie powinno być poważnie. Teoretycznie. Bo Malbat ma własną definicję powagi. Przed rozpoczęciem lektury przygotowałam sobie trzy kupki fioletowych zakładek. Trzy. Bo przecież znałam już Zuzę i wiedziałam, że będę zaznaczać fragmenty, przy których będę płakać ze śmiechu. Byłam na to gotowa, niestety albo i stety zakładki skończyły się przed dziesiątym rozdziałem. I naprawdę nie wiem, czy potrzebny jest lepszy dowód na to, jak bardzo ta książka potrafi rozbawić. Ale najlepsze jest to, że humor nie zabija napięcia. Wręcz przeciwnie. Zuza idealnie balansuje między jednym a drugim. Bo normalna mafia zamknięta w domu na odludziu, z poczuciem zagrożenia i świadomością, że ktoś może na nich polować, prawdopodobnie dawno zaczęłaby się wzajemnie podejrzewać, oskarżać i czekać, kto pierwszy eksploduje. Ale nie Malbat. Nasza wesoła kompania nawet w kryzysie potrafi zrobić taki chaos, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy oni bardziej potrzebują ochrony przed wrogami, czy przed samymi sobą. I tutaj wielkie brawa dla Alberto. Naprawdę. Nie wiem, czy istnieje jakieś odznaczenie za cierpliwość do ludzi, którzy regularnie wystawiają zdrowie psychiczne na próbę, ale jeśli istnieje, Alberto powinien je dostać. Ja odpadłabym już po akcji ze spaloną furą. Prawdopodobnie zaczęłabym pakować walizki, zmieniać nazwisko i udawać, że nigdy ich nie poznałam. A teraz przejdźmy do bohaterów. Patricia. Ilość razy, kiedy miałam ochotę wejść do książki i palnąć ja w ten jej plastikowy łeb za jej akcje z Christianem, jest imponująca. Ten jej plastikowy poziom pewności siebie momentami naprawdę wystawiał moje nerwy na próbę. Ale najgorsze jest to, że działała. Bo skoro postać potrafi wywołać we mnie takie emocje, to znaczy, że autorka zrobiła swoją robotę. Za to Neil... On to zupełnie inna historia. Tutaj moje serce zrobiło miękkie "ojej". Obserwowanie jego zauroczenia było po prostu rozczulające. I właśnie takie momenty sprawiają, że ta seria działa. Bo chwilę wcześniej śmiałam się z tego co znów odwalili, a chwilę później siedzę i cierpię jakby to ze mną zerwał chłopak.. No i Benny. Najnowszy nabytek Malbatowej rodzinki Naprawdę trzymam kciuki za jego relację z Mamutem. Po całym chaosie, dramach i emocjach, jaki funduje nam Malbat, człowiek potrzebuje chociaż odrobiny szczęścia. Nawet jeśli to szczęście przychodzi w najbardziej absurdalnym możliwym wydaniu, i wygląda jak góra mięśni w męskim ciele. A Kameleon? Tu Zuza chyba po prostu postanowiła zrobić sobie zabawę moim kosztem. Kilka razy byłam absolutnie pewna, że już wiem, kto nim jest. Miałam teorię. Byłam dumna. Prawie przyznałam sobie medal za detektywistyczne zdolności. I wtedy Zuza robiła swoje: "Potrzymaj mi piwo". Moja teoria umierała. Moja pewność siebie też. A ja zaczynałam się zastanawiać, dlaczego w ogóle uwierzyłam, że jestem mądrzejsza od autorki. I na koniec moja oficjalna skarga. Zuza. Cliffhanger? Naprawdę? Jestem przekonana, że gdzieś istnieje paragraf na autorów, którzy zostawiają ludzi z takim finałem i potem oczekują, że będziemy normalnie funkcjonować. Nie będziemy. „Malbat znaczy zemsta” to kolejny dowód na to, że Zuzanna Gromadzińska świetnie wie, jak stworzyć historię, która bawi, stresuje i zostaje w głowie. Czy jestem obrażona za zakończenie? Tak. Czy będę czekać na kolejny tom? Niestety tak, bo najwyraźniej czytelnicy też mają swoje toksyczne relacje. Tylko zamiast czerwonych flag mamy piękne okładki.
Połączeni miłością. #1. Związani umową
Umowa na związek. Umowa na... miłość? Macie ochotę na emocjonalny rollercoaster? Najnowsza książka autorki, która trafiła w moje ręce, to właśnie niezła przejażdżka. Ta lektura to emocje, to uczucia, które rodzą się tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa. Życie Sary legło w gruzach po śmieci ojca. Jednak ostatnia wola zmarłego wywraca jej świat do góry nogami. Zgodnie z testamentem, jeśli Sara chce zachować firmę, musi stanąć na ślubnym kobiercu z mężczyzną, którego wybrał jej ojciec. Właśnie w taki oto sposób na jej drodze pojawia się Tobias - chłodny, opanowany i bezwzględnie przystojny. Mężczyzna również nie jest zachwycony tym przymusowym układem, ale ma zbyt wiele do stracenia, by protestować. Poza tym... Sarze niczego nie brakuje jest młoda, piękna i intrygująca. Autorka wie co robi. Droga od niechęci do głębokiego uczucia została nakreślona interesująco. Wzloty i upadki bohaterów sprawiają, że kartki same się przewracają. Kiedy Sara i Tobias przestają na siebie warczeć, ich relacja pogłębia się i wybucha. Ale czy wszystko może iść tak jakby czytelnik sobie życzył? Oczywiście, że nie! Pojawiają się niechciane pocałunki i była narzeczona, która sama nie wie czego chce. A może wie? #połaczenimiłością to uzależniająca opowieść o tym, że serce nie słucha rozsądku, a najtrudniejsze bitwy toczymy sami ze sobą. Jak kochamy to na całego, a jak nienawidzimy to całkowicie. Sami sprawdźcie czy umowa może przynieść coś pozytywnego.