Recenzje
Muza rockmana
𝐑𝐄𝐂𝐄𝐍𝐙𝐉𝐀 𝐌𝐮𝐳𝐚 𝐑𝐨𝐜𝐤𝐦𝐚𝐧𝐚 - 𝐏𝐞𝐧𝐞𝐥𝐨𝐩𝐞 𝐖𝐚𝐫𝐝 🎸🤘🏻 𝐊𝐚𝐭𝐞𝐠𝐨𝐫𝐢𝐚 𝐰𝐢𝐞𝐤𝐨𝐰𝐚: 𝟏𝟖+ Emily pojawiając się w słonecznej Kalifornii nie spodziewała się tego, co ją tam spotka. A już na pewno nie przypuszczała, że losowego dnia swojego życia wyląduje w studiu muzycznym, gdzie zostanie potraktowana jako chętna do pracy na asystentkę. Co więcej, ona dostaje tą posadę. Drzwi do muzycznego świata stoją przed nią otworem, trasa koncertowa, mnóstwo fanów i ciężkiej pracy. Razem z Tristanem Daltreyem na czole. To akurat należy do plusów.. Dużych plusów. Nasz muzyk, którego opinia przysłonięta jest stereotypami, okazuje się być dość charakterystyczny. Można mu zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że nie zna się na tym co robi. Muzyka to jego życie, coś co kocha całym sobą. Było to naprawdę urzekające. Ich relacja bardzo szybko nabrała tempa. Od spotkania w studiu, przez kilka rozmów, spojrzeń, a oni już dla siebie przepadli. W książce pojawia się również wątek różnicy wieku, szesnastu lat. I pomimo tego, jak wiele mogłoby się to wydawać, podczas czytania czytelnik nie odczuwa tego w znaczny sposób. Ta dwójka potrafi nadawać na tych samych falach. Przeważnie. Myślałam, że to będzie zwykły romans z gorącym muzykiem w roli głównej i szczęśliwym zakończeniem. Jednak jakie było moje zaskoczenie, kiedy w książce pojawił się zwrot akcji, który ogromnie mnie zdezorientował i zdziwił. Przypadki okazują się zamiarami, które kryją za sobą historię. A te potrafią niszczyć. Żeby dowiedzieć się co wydarzyło się między tą dwójką, wejść w muzyczny świat Tristana i jego kapeli lub rozgościć się w słonecznej Kalifornii, zachęcam was do przeczytania. To było moje pierwsze spotkanie z autorką. I mimo, że nie wiem czy będę kontynuować czytanie jej książek, to ta naprawdę była przyjemna. Dobrze spędziłam przy niej swój czas. Bohaterowie nie okazali się płascy, mieli swoje historie, przesłanki. A w dodatku sama ich droga okazała się niezmiernie emocjonalna. Idealna pozycja do przeczytania na jeden raz, aby się odmóżdżyć z grającym w tle rockiem. ocena: 3,75/5 ✨
Regret Me Not
Halo, halo! Czy ktoś wie czy taki Calloway istnieje naprawdę? 🥺 Bo kocham gościa. 💖 Impreza, przypadkowi nieznajomi, ślub w Vegas. I cisza. Cove po pobudce u boku nieznajomego mężczyzny, z obrączką na palcu, postanawia olać problem i znika. W taki sposób małżonkowie nie widzą się przez dwa lata. Calloway, po tym czasie, pojawia się w życiu kobiety niespodziewanie, prosząc żeby pojechała z nim do jego rodziny i udawała jego żonę. Choć małżeństwem są naprawdę, to w rzeczywistości nie wiedzą o sobie nic. To ma być kilka dni, po których rozstaną się raz na zawsze. No chyba, że w grę wejdą uczucia. Cudownie bawiłam się czytając tę książkę. Klasycznie wspomnę, że Ludka po raz kolejny stworzyła niesamowitego, cudownego, troskliwego mężczyznę. Calloway ma wszystko czego kobiety pragną. Może i początkowo gburowaty (a oczywiście to mój ulubiony typ), to w środku kryje cudowne serduszko gotowe dać miłość Cove. Urzekło mnie to jak troszczył się o swoją żonę. Jak chciał jej zaimponować. Jak wymyślał dla niej randki. Zauroczyła mnie również jego relacja z rodziną, bo była cudowna. Cove jest totalnym przeciwieństwem Cala. Żyje z dnia na dzień, nie przejmuje się niczym i wyznaje zasadę „jakoś to będzie”. Do tego bywa głośna, jest ekstrawertyczna i ma swój styl. Ale jest wspaniała. I nie jest to bohaterka jednowymiarowa, bo za tym wszystkim kryje się kobieta, która czasami wątpi w siebie. I właśnie ten wątek mnie bolał. To jak bardzo Cove przeżywała, że po prostu nie pasuje. Miałam ochotę wejść do książki i ją przytulić. Relacja pomiędzy bohaterami jest urocza, choć trochę w niej niedomówień. Gdyby od początku byli ze sobą szczerzy i rozmawiali, to wielu sytuacji i bólu można by było uniknąć. Rozumiem jednak, że to wynikało z ich charakterów i przeszłości. Zakochałam się w rodzinie Cala. Ci ludzie byli wspaniali i chętnie poczytałabym o nich znowu. „Regret me not” to urocza, zabawna książka, którą pochłonięcie raz dwa, a do tego znajdziecie w niej kolejnego książkowego męża. Ja jestem zauroczona i gorąco wam polecam. 💖
Regret Me Not
Cove ma wszystko, czego potrzebuje; super pracę, ukochanego psa i małe (ale przytulne!) mieszkanie, niczego nie brakuje jej do szczęścia. Jej życie jest ułożone i spokojne. Calloway jest przystojnym, umięśnionym „księgowym”, uwielbia szyte na miarę, drogie garnitury i można powiedzieć, że jest trochę sztywny. Zwykły opis bohaterów, prawda? Nic bardziej mylnego! Ta dwójka wzięła ślub dwa lata wcześniej w Vegas po pijaku, i od tamtej pory nie widzieli się ani razu, do czasu, gdy Calloway pojawia się na ślubie jej przyjaciół, aby z nią porozmawiać i.. zaprosić na ślub swojego brata, bo obiecał całej rodzinie, że pojawi się tam z żoną. Ludka mogłaby napisać książkę o kaczkach i uwierzcie, że pewnie by mi się spodobała. Odkąd odkryłam jej książki zakochuje się we wszystkim, co wychodzi spod jej pióra, więc oczywiście zakochałam się po uszy w historii Cala i Cove. Ona jest kolorowym słoneczkiem, on gburkiem w garniturze - dopasowali się idealnie i ich historia pokazuje, że czasem rzeczywiście przeciwieństwa się przyciągają. Styl Ludki jest przyjemny, czasem czułam jakbym oglądała w głowie jakiś serial komediowy, który kończy się tak zabawnymi ale też głupiutkimi wstawkami, że głowa mała. Ubóstwiam tę kobietę i historie, jakie tworzy. A jeszcze bardziej ubóstwiam mężczyzn, którzy wychodzą spod jej pióra😍 Cal to chodząca zielona flaga i potrzebowałam takiej komfortowej historii. Ta pozycja wywołała we mnie ogromny zachwyt i może trochę bardziej pokochałam motyw aranżowanego małżeństwa. Fabuła fabułuje (dziękuję ci, Calloway), daje radość i pochłania w całości. No i jak uwielbiacie pieski, to totalnie pozycja dla was, bo w książce czeka was wiele zabawnych momentów z Furdinandem, który jest chaotycznym i zabawnym zwierzakiem!
Śmiertelna królowa
Zacznijmy od tego, że wykreowany przez autorkę świat ma potencjał. Wampirzy dwór, konflikty między rasami, atmosfera i sama koncepcja społeczeństwa zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Odkrywanie tego świata i zasad, które nim rządzą, było dobrą zabawą. Mam też wrażenie, że autorka zostawiła sobie ogromną przestrzeń do rozwinięcia tego w kolejnych tomach. Mamy tu też slow burn przez duże "S". Relacja rozwija się naprawdę powoli i długo opiera się bardziej na spojrzeniach i minimalnych gestach, niż na wielkich deklaracjach. W tym wypadku to był dobry zabieg, bo patrząc na sposób prowadzenia fabuły i język, powiedziałabym, że to książka zdecydowanie dla młodszych czytelników (mniej więcej 14+), którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z fantasy i romantasy. Dlatego też niezwykle łagodne wyłożenie wątku romantycznego jak najbardziej tu pasuje. Nie będę jednak udawać, że wszystko mi tutaj zagrało. Początek był dla mnie dość monotonny, do tego pojawiło się kilka potknięć fabularnych i nielogiczności, ktore wybijały mnie z rytmu historii. Pytanie tylko, czy młodsi i mniej obyci z literaturą czytelnicy by to dostrzegli? Niekoniecznie. A przecież książka jest skierowana właśnie do takiego odbiorcy.
Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska
440 kilometrów pieszo w kilkanaście dni po wymagającym terenie górskim. Ze wschodu na zachód. Od Prudnika po Świeradów-Zdrój. W lipcowym, momentami niemiłosiernym skwarze i przy popołudniowych gwałtownych burzach. Samotnie, ale w najodpowiedniejszym momencie zawsze z pomocą napotkanych nieznanych, dobrodusznych osób. Walcząc z bólem, brakiem sił, rozlatującym się obuwiem i niepokojem o dostępność noclegu o podstawowych, ale godnych i dających kilka godzin ukojenia warunkach. Cały czas z pasją, determinacją i przywoływanymi w myślach wspomnieniami zarówno z dzieciństwa, jak i dorosłego już życia, które dotyczą poszczególnych miejscowości, gór i regionów. Przejście Głównego Szlaku Sudeckiego - drugiego pod względem długości (po Beskidzkim) tego typu szlaku turystycznego w Polsce, stało się przedmiotem opowieści i relacji dziennikarza Michała Zabłockiego w książce zatytułowanej: „Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska”. Publikacja została wydana nakładem Wydawnictwa „Sploty” z Grupy Wydawniczej „Helion”. Całość to składowa siedemnastu rozdziałów, a każdy z nich to zapis opowieści z kilkudziesięciu kilometrów marszu po szlaku, ale z wyraźnym zauważaniem tego, co jest nieco dalej niż tuż obok niego. To nie jest przewodnik turystyczny po Głównym Szlaku Sudeckim, lecz reportaż będący literaturą drogi - tej mijanej w czasie rzeczywistym i tej będącej wspomnieniami własnymi Autora, wspomagającym się zapisami szczęśliwie zachowanymi w przytaczanych w przypisach książkach oraz artykułach ze stron internetowych. Unikalnością tej publikacji są niezliczone historie podawane z charakterystyczną dla Zabłockiego swadą, do której łatwo się przyzwyczaić i dzięki temu prościej jest zrozumieć emocje towarzyszące piechurowi na poszczególnych etapach trasy. Etapach tak różnych, odmiennych od siebie, jak zróżnicowane są Góry Opawskie, Złote, Masyw Śnieznika, Góry Bystrzyckie, Orlickie, Stołowe, Sowie, Kamienne, Suche, Rudawy Janowickie, Karkonosze i wreszcie - Góry Izerskie, ale uspójnione naturalnie poprzez łączącą je sudeckość. Spójnikiem dla wszystkich tych pasm jest także narrator, dający każdemu z nich na stronach omawianej pozycji, atmosferę uważności i wrażliwości na siły oddziaływania przyrody, która niespiesznie, ale widocznie dla oka po pewnym czasie diametralnie zmienia oblicza opuszczonych wsi. Oto bowiem w miejscach niegdysiejszego istnienia zabudowań mieszkalnych, gospodarczych czy przemysłowych pojawiają się formacje roślinne i drzewa niejednokrotnie oplatające zardzewiałe konstrukcje, bezlitośnie pokazując im miejsce w szeregu na planecie. A jak przyroda radzi sobie z bezlitosnością człowieka? Wydaje się, że w wielu momentach odpowiedzi na tak zadane pytanie zdaje się szukać Autor - zaniepokojony celową monokulturą upraw i konkretnych gatunków drzew oraz w innym miejscu ich masową wycinką pod pretekstem podawanym bez stuprocentowej słuszności dla jego skuteczności i nie biorąc pod uwagę przez decydentów efektów jakie dały podobne zabiegi przed kilkuset laty, wówczas na potrzeby rozwoju epoki przemysłowej. A przecież siła drzew i ich znaczenie potrafi być ogromne. Michał Zabłocki zwraca na to uwagę choćby siedząc pod lipami w Jarnołtówku, na początkowym etapie drogi. Starożytni Germanie właśnie pod lipami rozwiązywali konflikty, wierząc, że drzewa przynoszą pokój i ujawniają prawdę… Czytelnik otrzymuje również liczne relacje z krótkich spotkań z wędrowcami przemierzającymi szlak w przeciwnym kierunku (głównie pytających bohatera książki o to, jak się chodzi po szlaku w wręcz kultowych dla całej fabuły sandałach), turystami odwiedzającymi tylko wybrane miejscowości lub zdobywającymi określone szczyty (tu tematem przewodnim jest podziw dla Autora za determinację w chęci przejścia kilkuset kilometrów), pracownikami - schronisk i innych obiektów noclegowych, terenów leśnych czy będących byłymi górnikami (z nimi wszystkimi zakres rozmów jest naprawdę ogromny, mają one zazwyczaj zabarwienie lokalne, pełne humoru, ale zdarza się, że czasami dialog bywa kłopotliwy), innymi gośćmi obiektów noclegowych (potrafiącymi w wysublimowany sposób zakłopotać w kontekście decyzji o nocowaniu następnego dnia w niepublicznym schronisku) i wreszcie z rozmów telefonicznych z bliskimi (a z teściową to nawet podczas osobistego spotkania!), którzy z troską dopingują dziennikarza i udzielają mu wskazówek. Te wszystkie kontakty są dla Zabłockiego przyczynkiem do refleksyjności nad prawdziwym doświadczeniem drogi - tym w wymiarze czysto ludzkim, dającym prawdziwie realną motywację do dalszego przejścia szlaku pomimo licznych chwil kryzysu - tak uwidaczniających się szczególnie paradoksalnie na początku, a nie w końcowym, teoretycznie najbardziej wymagającym fragmencie „GSS-u”. Istotnymi elementami, zgrabnie „wtrącanymi” do opisu wędrówki są szczegółowe, klimatyczne, czasem mające wymiar poetycki, opowieści o zrujnowanych pojedynczych obiektach oraz wielu całych wsiach, ale też o kulturze i tradycjach, które tak jak całe Sudety - mogą (nomen omen) poszczycić się długą, zakorzenioną w tym miejscu historią jaka jest nierozłącznym elementem tożsamości wielu ludów zamieszkujących te tereny - bez względu na to, po której stronie dzisiejszych granic znajduje się ich siedlisko. Tożsamości także samego piechura - wychowanego we Wrocławiu, jak sam się określa w odpowiedniej kolejności: Ślązaka, Polaka i Europejczyka dla którego to, co tu zakorzenione jest najważniejsze, a to co sztucznie wprowadzane (niepotrzebne wieże widokowe - szpecące same w sobie piękne szczyty, „tyrolizacja” ośrodków narciarskich, podhalańska przaśność) mocno wzburza, tak samo zresztą jak pewien pogląd patrona szlaku Mieczysława Orłowicza… „Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska” mimo, że nie jest przewodnikiem turystycznym, to w kilku aspektach spełnia warunki dla tego typu publikacji. Autorskie doświadczenia mogą posłużyć do decyzyjności co do słuszności dziennego kilometrażu przejścia (mając dobrą kondycję można pokonywać dłuższe dystanse, ale kosztem mniejszej uważności na to co wokół i rezygnując z kontemplacji otoczenia), wyboru miejsc noclegowych (cenne są uwagi o dłuższych odcinkach bez ani jednego takiego obiektu) i punktów konsumpcyjno-zaopatrzeniowych (dużo jest kulinarno-napitkowych polecajek, są też antypolecajki). Lekturę czyta się lekko, wszystko jest spójną całością i jedną wielką zachętą do odkrycia Sudetów na własny sposób. Niekoniecznie trzeba od razu przejść cały Główny Szlak Sudecki, warto uskutecznić realizację choćby jednego, dwóch odcinków podczas wolnego weekendu.