Recenzje
Król Umbry. Przeklęte królestwo Vinculi #1
Ta książka pochłonęła mnie całkowicie! Nie mogłam oderwać się od lektury, wydarzenia przedstawione w tej historii sprawiały, że chciałam poznać ciąg dalszy. Mnóstwo intryg i tajemnic, mroczny klimat i odrobina flirtu a także nutka pikanterii (subtelna) pozwoliły utrzymać moje zainteresowanie i nie dały mi się nudzić ani przez chwilę. Od początku zostałam magnetycznie przyciągnięta a im dalej, tym było ciekawiej. Aurora widziała śmi$rć swojej bliźniaczki, po tamtym wydarzeniu nie była już tą samą osobą. Stała się doskonałym narzędziem zemsty. Przez kilka lat tępiła magiczne szumowiny, szukając tego, który odebrał duszę jej siostry. Kiedy znalazła w końcu jedną z osób za to odpowiedzialnych, zaślepiła ją furia i niestety dała się złapać. Rory pogodziła się z widmem śmi&rci ale trafiła w zupełnie inne miejsce, gdzie rządził mroczny król... Rany Calus swoją czarną duszą i spowity mrokiem od razu skradł moje serce, przyciągał swoim magnetyzmem nie tylko mnie. Przystojny, wysoki, tajemniczy, skomplikowany i... podjadający słodycze nocą. Oceniłabym książkę na maksymalną ilość gwiazdek gdyby nie kilka wyrażeń niezbyt zachęcających przy scenach o zabarwieniu ertycznym, chociaż muszę przyznać, że w tej książce na całe szczęście było ich dosłownie kilka, dało się przymknąć oko na ich prostotę i wulgarność a nawet śmieszność, nie przyćmiły całości fabuły. Podobała mi się kreacja świata, dużo magicznych istot, bogowie, podziemia - Calus chyba delikatnie był inspirowany Hadesem ale bardzo delikatnie, autorka stworzyła fantastyczny świat podziemi, gdzie władca dbał o dobro swoich poddanych odbywających wyroki. Osądzał sprawiedliwie, karał kiedy trzeba i sam pozostał wierny swoim ideom. Co się kryje za jego karą? Czy Aurora odkryje prawdę? Czy unikając wyroku nie wpadnie z deszczu pod rynnę? Nie mogę się doczekać kontynuacji, książka skończyła się w takim momencie, że chce się poznać ciąg dalszy natychmiast!
Ostatni zachód słońca
Kupiła mnie okładka.♥️ Muszę przyznać, że opis nie oddaje tego co spotkacie w środku. TO JEST DEBIUT I JA O TAKIE DEBIUTY WALCZYŁAM ❗ ta książka to historia młodzieżowa o ludziach z problemami, o grupie przyjaciół, o rodzinie, o uzależnieniach, o traumie, stresie i wielu innych. Muszę ostrzec, że to nie jest książka dla osób poniżej 18 roku życia i dla wrażliwych. Autorka w tej historii podejmuje mnóstwo wątków, naprawdę mnóstwo, ale robi to tak delikatnie i umiejętnie, że łączą się one w idealną spójność i nie powodują chaosu. Każdy z motywów tutaj podjętych jest wzięty pod lupę, a nie traktowany "po łebkach". Emocje wylewają się tutaj z każdej strony, a zwroty akcji są zaskakujące. Przyznaję, że zdarzyło mi się zirytować, wywrócić oczami, prychać czy nadużywać brzydkich określeń wobec niektórych bohaterów jednak to świadczy tylko o tym jak dobrze są oni wykreowani. Każdy z nich jest inny, a mimo to tworzą jedność. Każdemu życzę takiej paczki przyjaciół jaką są oni. To nie są bananowe dzieci bez bagażu doświadczeń. Wręcz przeciwnie. Niektórzy z bananami nie mają nic wspólnego za to każdy z nich niesie swoje obciążenie na barkach. Zakończenie tej historii jest idealne, otwarte, ale idealne. Nie wyobrażam sobie innego i nie chcę zajmować stanowiska stworzyć dalsze losy, których moim zdaniem nie powinno się już kontynuować. Każdy może sobie dopowiedzieć co mu siedzi w myślach, a z pewnością jest tego dużo, bo #ostatnizachódsłońca zmusi Cię do refleksji.
Trening uczuć. Ranczo Srebrzyste Sosny #2
Po każdej burzy wychodzi słońce a w tym przypadku… po pierwszej kiepskiej książce, zawsze przychodzi ta lepsza. Wade zatrudnia nową młodą trenerkę, która ma zastąpić inną pracownicę podczas jej urlopu macierzyńskiego. Uwielbia spokój a jego językiem miłości są pomruki i skwaszona mina. Kiedy na jego ziemi stanęła wiecznie trajkocząca Ivy jeszcze nie spodziewał się jak odmieni ona jego życie. To jest książka z którą spędziłam idealne walentynki. Pierwsza część była kiepska.. albo właściwie kiepsko przetłumaczona przez co odbiór jej bywał ciężki. Ja natomiast tak długo czaiłam się na tą serię, że postanowiłam się nie zrażać i dać jej kolejną szansę. Cóż to była za wspaniała decyzja. Jeśli mogłabym wybrać idealnego mężczyznę to wybrałabym Wade’a(w tym miejscu gorące pozdrowienia dla mojego narzeczonego <3). Jestem zakochana w kreacji tego bohatera. Taki mruk, który tylko marzy o tym by wszyscy dali mu święty spokój. Jak tylko poznajemy go bliżej to okazuje się, że pod tą swoją maską znajduje się całkiem ciepły mężczyzna. Ivy, gdy tylko pojawia się w jego życiu wywraca wszystko do góry nogami. Ta zwariowana kobieta wie jak postawić na swoim. Jest to postać ze swoimi traumami, które mają odbicie na jej zachowanie, ale to tylko pokazuje jak silną kobietą jest. Wade urzekł mnie sobą najbardziej przez to jak bardzo chciał Ivy. Jak zwracał uwagę na wszystkie detale z nią związane. Oboje potrzebowali znaleźć siebie nawzajem by w końcu żyć pełnią. W tle do romantycznej historii mamy ranczo, wybieranie idealnego konia i proza codzienności. Podobnie jak w pierwszej części mamy dużo pikantnych scen, ale idealnie wpasowały się do tej historii. Pod te walentynki czytało się bardzo przyjemnie. Ode mnie 8/10 ⭐
Coffee on Ice
Nie ukrywam — ta historia miała u mnie fory jeszcze zanim zaczęłam czytać. Zapowiadała się jak mieszanka rzeczy, które zwykle trafiają prosto w moje gusta: sportowe tło, bardziej dojrzałe wątki życiowe i relacja z różnicą wieku. Do tego wcześniejsze urywki krążące w sieci budowały obraz emocjonalnej, wciągającej opowieści. Dlatego wchodziłam w tę książkę z nastawieniem „to będzie to”. Avery została pokazana jako osoba wycofana, poukładana i skupiona głównie na przetrwaniu codzienności. Dawniej związana z łyżwiarstwem figurowym, dziś funkcjonuje w zupełnie innym trybie — między obowiązkami matki, pracą i studiami. Jej świat jest mały, zamknięty w rutynie i odpowiedzialności. Fakt, że jej ojciec prowadzi drużynę hokejową, sprawia, że siłą rzeczy znajduje się gdzieś na obrzeżach tego środowiska i bywa kojarzona, choć sama ewidentnie nie szuka uwagi ani rozgłosu. Początek książki mocno koncentruje się na jej codzienności i roli matki, ale w pewnym momencie miałam wrażenie kręcenia się w kółko. Wiele razy podkreślana jest jej więź z synem i to, że za jej spokojem stoi jakieś trudne doświadczenie z przeszłości. Zamiast budować napięcie, zaczęło to brzmieć jak ciągłe przypomnienie o czymś, co i tak dość szybko staje się oczywiste. Problem w tym, że odbudowanie zaufania nie przychodzi łatwo, zwłaszcza że Avery ma swoje powody, by trzymać dystans. Relacja między nimi rozwija się więc w cieniu dawnych niedomówień i emocjonalnych barier. Sam Mason również nie jest postacią bez skaz — jego przeszłość stopniowo odsłania, że sukces sportowy nie przyszedł bez kosztów. Przez długi czas całe jego życie było podporządkowane hokejowi, który stał się dla niego priorytetem niemal absolutnym. Jedyną stałą poza sportem była jego mama, stanowiąca dla niego punkt odniesienia i emocjonalne zaplecze. Mason został wykreowany jako ktoś, kto na lodzie jest liderem z krwi i kości, a poza nim — po prostu dobrym człowiekiem. Ambitny, zdyscyplinowany, przyzwyczajony do walki o swoje, ale jednocześnie ciepły i uważny wobec innych. W przeszłości jego drogi już raz przecięły się z Avery, jednak konflikt z jej ojcem sprawił, że ta znajomość urwała się w nieprzyjemnych okolicznościach. Gdy po latach spotykają się ponownie, Mason nie udaje, że nic się nie stało — wręcz przeciwnie, wyraźnie próbuje naprawić to, co zostało kiedyś zepsute. Tempo rozwijania się więzi między Avery a Masonem było spokojne, ale w tym przypadku działało to zdecydowanie na plus. Ta relacja nie opiera się na nagłym wybuchu uczuć, tylko na stopniowym oswajaniu się z czyjąś obecnością. Biorąc pod uwagę bagaż doświadczeń Avery, jej ostrożność wydaje się naturalna i uzasadniona, dlatego to, że nie rzuca się od razu w ramiona Masona, wypada wiarygodnie. On z kolei nie naciska w sposób nachalny, tylko cierpliwie pokazuje czynami, że można na nim polegać — i to właśnie buduje między nimi prawdziwą podstawę pod coś głębszego. Dużym plusem było dla mnie to, że historia nie zamyka się wyłącznie w wątku romantycznym. Obok relacji pojawia się też wyraźnie zarysowane sportowe tło, które nie jest tylko dekoracją, ale realną częścią życia bohaterów. Dzięki narracji z dwóch perspektyw łatwiej było zrozumieć zarówno emocjonalne rozterki Avery, jak i to, co dzieje się w głowie Masona — zwłaszcza w momentach związanych z meczami. Te fragmenty dodawały dynamiki i pozwalały poczuć napięcie rywalizacji z punktu widzenia zawodnika, co fajnie urozmaicało odbiór całej historii. Sposób pisania autorki jest bezpośredni i klarowny, przez co łatwo wejść w historię i utrzymać płynność czytania. Narracja jest uporządkowana, a wydarzenia przedstawione w przejrzysty sposób, dzięki czemu lektura nie sprawia trudności i pozwala skupić się na emocjach bohaterów oraz rozwoju fabuły. Mimo że nie wszystkie rozwiązania fabularne były w pełni w moim guście, warsztatowo książka prezentuje się solidnie. Widać dbałość o spójność historii i dopracowanie tekstu, co przekłada się na komfortowy odbiór całości.
Moja Maddie. Kaci Hadesa
Tillie cole zrobiła to po raz kolejny i znowu stworzyła mega wciągająca, emocjonującą i pełną napięcia historię, która doskonale wpisuje się w mroczny klimat całego cyklu. Jestem absolutnie zakochana w tej serii, a po przeczytaniu „mojej Maddie” oddałam jej jeszcze jedną cząstkę swojego czytelniczego serca. Oczywiście jak na DR przystało, na pierwszym planie mamy historię toksycznej miłości, która z jednej strony wciąga, a z drugiej strony wciąż zadawałam sobie pytanie gdzie jest granica w tej relacji. Dwie poranione dusze, z tragiczną przeszłością i uważające, że nie są godne prawdziwej miłości. Odnajdują jednak siebie nawzajem. Mimo bardzo ciężkich tematow i toksyczności pary, znajduje się również miejsce na czułość i nadzieję, że uda im się zostawić za sobą demony przeszłości. Więcej Wam nie powiem, bo jest to pozycja którą absolutnie trzeba poznać i ocenić samemu. Dla mnie zdecydowania książka (ja i cała seria), która zostanie ze mną na długo i do której będę wracać. Solidne 8/10.