ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Sprzedana diabłu. Królowie mafii #1

❔Co powiesz na romans mafijny? Jak sądzisz, czy można zbudować uczucie na fundamencie zdrady, strachu i przymusu?🌹 „Sprzedana diabłu” Michelle Heard to romans mafijny, po który sięgnęłam z nadzieją na historię pełną mroku, niebezpieczeństwa i napięcia. I choć dostałam tutaj kilka elementów, które naprawdę mnie zainteresowały, to jednak nie mogę powiedzieć, że książka w pełni spełniła moje oczekiwania. Jednak zacznijmy od początku. 🌹 Vittoria Romano nie ma łatwego życia. Po śmierci rodziców zostaje pod opieką przybranego brata Giorgia, który zamiast dać jej poczucie bezpieczeństwa, staje się źródłem przemocy. Dziewczyna nauczyła się więc przede wszystkim przetrwać, nie wychylać się i nie prowokować kolejnego wybuchu gniewu. Wszystko zmienia się podczas przyjęcia w rezydencji Angela Rizzo. Vittoria szybko odkrywa, że nie przyszła tam jako zwykły gość. Została oddana w ramach spłaty długu, a jej „nagrodą” dla wierzyciela ma być małżeństwo z bezwzględnym bossem nowojorskiej Cosa Nostry. 🌹 Brzmi jak początek naprawdę mocnego, mafijnego romansu, prawda? Ale właśnie tutaj pojawiło się moje pierwsze „ale”. 🌹 Sam pomysł bardzo mi się podobał. Aranżowane małżeństwo, mafijny świat, bohaterka oddana mężczyźnie, którego powinna się bać i który z założenia miał być jej największym zagrożeniem - to wszystko miało ogromny potencjał. Jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej zaczynało mi wszystko zgrzytać. 🌹 Relacja Vittorii i Angela była dla mnie jednym z ciekawszych elementów książki. Z czasem między nimi zaczyna pojawiać się coś więcej, a Angelo pokazuje zupełnie inne oblicze. Problem w tym, że… momentami było mi tutaj zdecydowanie zbyt słodko. 🌹 Spodziewałam się mafijnego bossa z krwi i kości - człowieka, którego samo pojawienie się wywołuje napięcie i respekt. I rzeczywiście, w świecie interesów Angelo jest bezwzględny. Jednak wobec Vittorii bardzo szybko staje się opiekuńczy, cierpliwy i delikatny. Z jednej strony rozumiałam jego zachowanie i nawet momentami mi się ono podobało, ale z drugiej - gdzieś po drodze zgubiła mi się ta mroczna atmosfera, na którą tak bardzo liczyłam. 🌹 Podobnie miałam z Vittorią. Jej uległość początkowo była dla mnie zrozumiała. Dziewczyna przez lata doświadczała przemocy i nauczyła się, że posłuszeństwo może być sposobem na uniknięcie kolejnego cierpienia. Trudno więc oczekiwać, żeby nagle stała się pewną siebie, waleczną kobietą. Mimo wszystko czasami brakowało mi w niej większego charakteru i własnego zdania. 🌹 Największy niedosyt pozostawił jednak u mnie sam mafijny świat. Jak na historię, która miała zabrać mnie do pełnej przemocy, zasad, układów i niebezpieczeństw Cosa Nostry, chciałam zdecydowanie więcej mafii w mafii. Więcej napięcia, konfliktów, konsekwencji i poczucia, że bohaterowie naprawdę funkcjonują w świecie, w którym jeden zły ruch może wiele kosztować. 🌹 Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że źle spędziłam z tą książką czas. „Sprzedana diabłu” czytało mi się szybko i lekko. Fabuła jest dość prosta, momentami przewidywalna, ale jeśli szukasz romansu mafijnego, który ma przede wszystkim dostarczyć Ci rozrywki, może być to całkiem przyjemna propozycja. 🌹 I jeszcze jedna rzecz, której nie mogę pominąć - wydanie jest naprawdę piękne! 😍 Barwione brzegi robią świetne wrażenie i zdecydowanie przyciągają wzrok. Jeśli tak jak ja lubisz książki, które oprócz historii cieszą również oko, tutaj zdecydowanie jest na czym zawiesić wzrok. ⚠ Ważne: „Sprzedana diabłu” jest książką przeznaczoną dla czytelników 18+. To romans zawierający sceny erotyczne oraz trudne motywy związane z przemocą, przymusem i relacją opartą na dużej nierówności sił. 🌹 Ostatecznie jestem trochę rozdarta po lekturze i pierwszy raz od dawna trudno mi ocenić książkę. Był tutaj pomysł, który naprawdę mógł mnie porwać, byli bohaterowie, których dało się polubić i relacja, której rozwój obserwowałam z zainteresowaniem. Zabrakło mi jednak większej dawki mroku, mocniejszego mafijnego klimatu i nieco bardziej rozbudowanej warstwy psychologicznej. 🌹 Mimo wszystko jest to dopiero pierwszy tom serii „Królowie mafii”, dlatego jestem ciekawa, co Michelle Heard przygotowała w kolejnych częściach. Czy dam autorce jeszcze szansę? Zdecydowanie. Moja ocena: 6/10 ⭐ 

k.tomzynska Tomżyńska Karolina

Szef na jedną noc

7,5/10 Muszę przyznać, że w tej książce bardzo mocno widać rozwój autorki. Styl jest zdecydowanie bardziej dopracowany, dojrzalszy, a całość czyta się po prostu dużo lepiej. Osobiście bardzo lubię Adę jako osobę, a jej historie zawsze potrafiły mnie wciągnąć, ale tym razem mogę już całkiem serio powiedzieć, że „Szef na jedną noc” to historia, która spokojnie może stanąć na półce obok książek innych autorek tego gatunku i wcale nie będzie miała się czego wstydzić. Widać ten poprawiony szlif. Dopracowane detale, przemyślaną fabułę , brak większych błędów logicznych, a przede wszystkim historia, która sama się broni.To jedna z tych książek, które są po prostu fajną odskocznią od codzienności. A jak na romans przystało? Jest tak, jak powinno być. Ale żeby nie było za kolorowo… Ze względu na moją sympatię do Ady muszę się jednak do czegoś przyczepić. A co mi tam, wybaczy mi! Zakończenie. Dla mnie zdecydowanie za szybkie i za proste. 🙈 Po całej historii miałam ochotę jeszcze trochę w niej pobyć, dostać więcej emocji i przede wszystkim… przeciągnąć to zakończenie jeszcze odrobinę. No po prostu chciało się więcej! I to właściwie jedyny mój zarzut. Polecam na luźny wieczór najlepiej z lampką wina, tabliczką czekolady i kilkoma godzinami tylko dla siebie! Ado kochanie, widać progres. I zdecydowanie chcę więcej. ❤ Polecam!

AngieandIgor Chmielewska Angelika

Akademia mroku

Hejka! Dziś przychodzę do Was z recenzją „Akademii Mroku” od Marii Bujak Na początku chciałbym napisać, że bardzo zaskoczyło mnie, iż drugi tom jest jakoś dwa razy grubszy niż pierwszy. Kocham to, że w tym, jak i w poprzednim tomie, wiecznie coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Z tego, co wiem, książka miała być trylogią i ten tom jest zwyczajnie połączeniem dwóch, które miały być, ale sądzę, że zostało to zakończone zbyt nagle i jest mi przykro, że tak szybko musimy pożegnać się z całym uniwersum. Tak samo jak poprzednio, Noemi dalej zaskakuje determinacją i wolą walki. Christian w pierwszym tomie lekko mnie irytował, tutaj nadal tak było, lecz może trochę delikatniej. Podoba mi się, że książka nie kręci się wyłącznie wokół ich historii romantycznej, lecz jest to tło historii. Tak jak było od początku, kocham styl pisania Marii Bujak. Przez książkę się płynie, cały czas jest nutka napięcia i świetnie opisana historia. Myślę, że „Akademia Mroku” jest dobrym zamknięciem historii, aczkolwiek akurat wolałbym lekko bardziej rozbudowane i „domknięte”, niż wyszło.

_tibooks Szymiczek Karol

Krwawe igrzyska. Krwawe dziedzictwo #2

„Krwawe Igrzyska” to drugi tom „Krwawego Dziedzictwa” Jasmine Mas i chyba właśnie tutaj ostatecznie pogodziłam się z tym, że tej serii nie da się traktować poważnie. I wiecie co? Wcale nie zamierzam. Bo jeśli mam być całkowicie szczera, ta książka jest absurdalna. Fabuła momentami wygląda tak, jakby ktoś wrzucił do jednego worka fae, brutalne igrzyska, omegaverse, tajemnice pochodzenia, zdrady, przepowiednie, kilka traum, garść przystojnych alf i powiedział: „dobra, zobaczymy, co z tego wyjdzie”. A potem jeszcze dorzucił humor, który potrafi pojawić się dokładnie wtedy, kiedy absolutnie nie powinien. 😂 I chyba właśnie dlatego tak dobrze się bawiłam. Czy znalazłam tu niedociągnięcia? Oczywiście. Czy logika chwilami wyszła z pokoju i już nie wróciła? Jak najbardziej. Czy kilka razy zastanawiałam się, co właściwie autorka miała na myśli? Tak. Czy moje oczy po kolejnych absurdalnych decyzjach bohaterów próbowały uciec gdzieś w głąb czaszki? Myślę, że pod koniec widziałam już własny mózg. 😂 A mimo to nie potrafiłam odłożyć tej książki. Sadie trafia do krainy fae i zostaje zmuszona do udziału w tytułowych Krwawych Igrzyskach. Jest brutalnie, krwawo i zdecydowanie nie jest to miejsce na spokojny spacer po lesie. Problem w tym, że zamiast skupić się wyłącznie na walce o przetrwanie, bohaterowie nadal mają mnóstwo własnych problemów, tajemnic i… oczywiście problemów z komunikacją. Bo przecież można normalnie porozmawiać. Tylko po co, skoro można najpierw się pokłócić, rzucić groźbę, zrobić coś kompletnie nieracjonalnego, a dopiero później zastanawiać się nad konsekwencjami? Samych igrzysk spodziewałam się jednak trochę więcej. Arena i walki są ciekawym elementem, ale mam wrażenie, że autorka znacznie bardziej zainteresowana była relacjami między bohaterami, ich przeszłością oraz kolejnymi tajemnicami dotyczącymi Sadie. I właśnie bohaterowie są tutaj tym, co trzymało mnie przy tej historii. Ich relacje są chaotyczne, momentami irytujące, czasem kompletnie odklejone, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest nudno. Do tego dochodzi jeszcze Xerxes, który bardzo szybko stał się dla mnie jednym z ciekawszych elementów tej części. Nie będę też udawać, że wszystko mi się podobało. Powtarzające się myśli Sadie potrafiły mnie zmęczyć, niektóre rozwiązania fabularne były mocno naciągane, a jej humor nie zawsze trafiał w moje poczucie humoru. Ale ostatecznie… czy ja naprawdę przyszłam tutaj po perfekcyjnie skonstruowane romantasy? Nie. Przyszłam po guilty pleasure. I dokładnie to dostałam. To jest książka z gatunku 'wiem, że to jest złe, ale świetnie się przy tym bawię'. Jest absurdalna, momentami komiczna, brutalna, chaotyczna i chwilami tak dziwna, że człowiek może tylko usiąść i patrzeć w ścianę. A jednak czyta się ją błyskawicznie i trudno odmówić jej jednej rzeczy tego, że potrafi skutecznie oderwać od rzeczywistości. „Krwawe Igrzyska” nie są książką, którą będę wychwalać za wybitną fabułę czy perfekcyjny worldbuilding. Ale jako moje książkowe odmóżdżenie? Sprawdzają się znakomicie. Czy będę czytać dalej? Oczywiście. Skoro już raz weszłam w ten chaos, chcę zobaczyć, jak daleko jeszcze możemy się posunąć.

lire_avec_morrigan Obrzydowska Anna

Opos Schrödingera. Jak zwierzęta przeżywają i rozumieją śmierć

Najciekawsze pytanie dotyczące śmierci wcale nie brzmi, czy zwierzęta jej doświadczają. Oczywiście, że doświadczają. Widzą zabitych członków stada, unikają drapieżników, polują, tracą potomstwo i natrafiają na martwe ciała. Znacznie trudniej odpowiedzieć, czy rozumieją, co właściwie się wydarzyło. Czy wiedzą, że organizm, który przestał oddychać, już nie zacznie? Czy potrafią pojąć nieodwracalność śmierci? I czy do uznania, że zwierzę rozumie śmierć, naprawdę potrzebujemy od niego całego bagażu pojęć, który przez tysiące lat stworzył człowiek? Susana Monsó w Oposie Schrödingera nie próbuje udowadniać, że szympans zastanawia się nad własną śmiertelnością, a słoń rozważa sens istnienia. Robi coś dużo ciekawszego. Kwestionuje nasze kryteria i zamiast pytać, czy zwierzęta rozumieją śmierć tak jak człowiek, zastanawia się, ile właściwie trzeba rozumieć, żeby można było powiedzieć, że posiada się pojęcie śmierci. To pozornie niewielkie przesunięcie całkowicie zmienia rozmowę, bo odbiera człowiekowi rolę jedynego wzorca, do którego trzeba przykładać wszystkie pozostałe gatunki. Opos Schrödingera znajduje się gdzieś pomiędzy etologią, psychologią porównawczą i filozofią umysłu. Monsó korzysta z obserwacji zachowania zwierząt, badań oraz eksperymentów, ale nie tworzy katalogu ciekawostek. Przypadki szympansów, drapieżników, ofiar czy tytułowego oposa służą jej przede wszystkim do rozważenia tego, jakie wnioski wolno nam wyciągać z zachowania innych gatunków. Autorka interesuje się więc nie tylko tym, co zwierzę robi, ale również tym, jak my to zachowanie interpretujemy i jakie własne założenia nieświadomie do niego dokładamy. Dlatego książka wymaga cierpliwości. Autorka nie zaczyna od najbardziej spektakularnych historii, lecz najpierw porządkuje podstawy. Zastanawia się, czym jest pojęcie, jak możemy badać umysły zwierząt i na jakiej podstawie stwierdzamy, że dany organizm coś rozumie. Rozkłada problem na części, definiuje terminy i wraca do nich później, gdy zaczyna analizować konkretne zachowania. Dla czytelnika oczekującego lekkiej książki popularnonaukowej może być to początkowo rozczarowujące, ale właśnie na tej skrupulatności opiera się cała konstrukcja wywodu. Monsó nie chce powiedzieć nam, co zwierzęta czują wobec śmierci. Chce pokazać, jak łatwo człowiek sam utrudnia sobie zobaczenie tego, co zwierzęta naprawdę mogą rozumieć. To rozróżnienie jest bardzo istotne, bo pozwala odejść od sentymentalnych interpretacji i skupić się na procesach poznawczych. Książka nie szuka wzruszeń za wszelką cenę. Znacznie bardziej interesuje ją to, co da się obronić logicznie i naukowo. Centralnym elementem argumentacji jest minimalne pojęcie śmierci. Ludzkie rozumienie śmierci składa się z wielu elementów. Wiemy między innymi, że dotyczy wszystkich żywych organizmów, że jest nieodwracalna i że oznacza ustanie procesów życiowych. Dochodzą do tego kwestie własnej śmiertelności, przyszłości, czasu czy przekonań religijnych. Monsó pyta jednak, które z tych elementów są naprawdę niezbędne, jeśli chcemy mówić jedynie o podstawowym rozpoznawaniu śmierci. Dochodzi do wniosku, że dwa mają znaczenie podstawowe. Pierwszym jest niefunkcjonalność, czyli rozumienie, że martwe ciało przestaje wykonywać czynności właściwe żywemu organizmowi. Drugim jest nieodwracalność, a więc świadomość, że jeśli organizm umarł, nie powróci już do poprzedniego stanu. To wystarczy, aby mówić o najbardziej podstawowej formie rozumienia śmierci. Zwierzę nie musi więc wiedzieć, że kiedyś samo umrze, nie potrzebuje pojęcia wieczności, pogrzebu ani metafizyki. Jeśli potrafi rozpoznać różnicę między organizmem żywym a martwym oraz rozumie, że ta zmiana jest trwała, spełnia minimalne wymagania. Właśnie tutaj ludzka wyjątkowość zaczyna się chwiać. Przez lata kolejne zdolności przedstawiano jako coś właściwego wyłącznie człowiekowi. Posługiwanie się narzędziami, kultura, racjonalność czy skomplikowane relacje społeczne miały stanowić granicę oddzielającą nas od innych zwierząt. Badania stopniowo tę granicę przesuwały, a Monsó przekonuje, że podobnie może być z pojęciem śmierci. Nie chodzi przy tym o całkowite zrównanie ludzkiego i zwierzęcego doświadczenia, ale o odejście od założenia, że każda bardziej złożona zdolność musi być z definicji wyłącznie nasza. Dużą część książki autorka poświęca błędom popełnianym podczas interpretowania zwierzęcych zachowań. Najbardziej oczywistym jest antropomorfizm. Widzimy zwierzę siedzące przy martwym towarzyszu i natychmiast opisujemy jego zachowanie za pomocą ludzkich emocji. Mówimy o żałobie, pożegnaniu, smutku. Monsó nie proponuje jednak prostego rozwiązania polegającego na odrzuceniu każdej takiej interpretacji, ponieważ istnieje także odwrotny błąd, czyli antropektomia. Polega on na odmawianiu zwierzętom cech lub zdolności tylko dlatego, że kojarzymy je przede wszystkim z człowiekiem. Do tego dochodzi antropocentryzm. Człowiek traktuje własny sposób poznawania świata jako wzorzec, do którego wszystkie inne umysły powinny się zbliżać. Jeżeli wymagamy od zwierząt, żeby rozumiały śmierć dokładnie tak jak my, to wynik badania ustalamy jeszcze przed jego rozpoczęciem. Monsó próbuje więc znaleźć drogę pomiędzy naiwnym uczłowieczaniem a równie naiwnym odmawianiem zwierzętom każdej bardziej złożonej zdolności poznawczej. To jeden z najmocniejszych elementów książki, bo zmusza do krytycznego spojrzenia nie tylko na zwierzęta, ale również na nasze własne przyzwyczajenia interpretacyjne. Śmierć zwierząt najbardziej interesuje nas zwykle wtedy, gdy przypomina ludzką tragedię. Szczególne zainteresowanie wywołują szympansy pozostające przy zmarłych członkach grupy, słonie interesujące się kośćmi swoich pobratymców czy walenie długo utrzymujące kontakt z martwym potomstwem. To zachowania niezwykle sugestywne, ale Monsó zwraca uwagę, że żałoba i rozumienie śmierci nie są tym samym. Możliwe jest silne emocjonalne reagowanie na utratę bez pełnego rozumienia tego, co się wydarzyło, tak samo jak możliwe jest rozpoznawanie śmierci bez reakcji przypominającej ludzką żałobę. To ważne, ponieważ badania śmierci zwierząt przez długi czas koncentrowały się głównie na gatunkach społecznych, których zachowania najłatwiej interpretować za pomocą naszych własnych doświadczeń. Monsó kieruje uwagę także na przemoc, polowanie i unikanie zagrożenia. Drapieżnik musi orientować się, czy jego ofiara nadal żyje, a ofiara funkcjonuje w świecie, w którym błędna ocena przeciwnika może zakończyć się śmiercią. Zwierzęta zabijają w trakcie polowania, walk o terytorium i konfliktów wewnątrzgatunkowych, więc jeśli interesuje nas zdolność odróżniania życia od śmierci, takie sytuacje są równie ważne jak reakcje na zwłoki bliskiego osobnika. Śmierć nie jest dla natury wyłącznie doświadczeniem straty. Jest również informacją. Czasem mówi, że zagrożenie minęło, czasem że pojawiło się źródło pokarmu, a czasem że trzeba natychmiast uciekać. To właśnie szersze spojrzenie pozwala autorce wyjść poza najbardziej oczywiste i medialne przykłady zwierzęcej żałoby. Najbardziej efektownym przykładem pozostaje tytułowy opos. Kiedy zwierzę znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, może wejść w stan tanatozy. Nieruchomieje, jego funkcje życiowe spowalniają, język zmienia kolor, a ciało zaczyna wydzielać zapach kojarzący się z rozkładem. Opos wygląda jak martwy i potrafi pozostawać w tym stanie nawet mimo fizycznego kontaktu. Nie jest to jednak zwykłe udawanie, bo cały organizm zostaje podporządkowany stworzeniu możliwie wiarygodnej imitacji zwłok. Znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego taka strategia działa. Jeżeli drapieżnik odróżnia żywą zdobycz od martwego lub rozkładającego się organizmu, imitowanie śmierci może uratować życie. Ewolucyjny sukces tanatozy zależy więc częściowo od zdolności poznawczych zwierzęcia, które ma zostać oszukane. Cała sztuczka ma sens tylko dlatego, że inne zwierzę potrafi zaklasyfikować ciało jako martwe i odpowiednio zmienić swoje zachowanie. To jeden z najbardziej eleganckich argumentów w całej książce. Monsó wykorzystuje ten przykład jako argument na rzecz tezy, że podstawowe rozumienie śmierci może być w świecie zwierząt znacznie bardziej rozpowszechnione, niż przywykliśmy zakładać. Śmierć jest przecież jednym z najbardziej powszechnych zjawisk biologicznych. Zwierzęta mają z nią kontakt od milionów lat, polują, są atakowane, obserwują martwe organizmy, tracą potomstwo i spotykają ciała innych osobników. Z ewolucyjnego punktu widzenia umiejętność odróżnienia życia od śmierci może być po prostu przydatna. W tym miejscu warto jednak jasno powiedzieć, czym Opos Schrödingera nie jest. Nie jest książką złożoną z poruszających opowieści o zwierzętach reagujących na śmierć. Takie przykłady się pojawiają, ale są materiałem do filozoficznej analizy. Monsó definiuje pojęcia, przewiduje zarzuty, przedstawia kontrargumenty i regularnie wraca do wcześniejszych założeń. To sprawia, że lektura bywa bardzo ciekawa, ale czasami również nużąca, zwłaszcza kiedy autorka ponownie wyjaśnia rozróżnienia wprowadzone kilkadziesiąt stron wcześniej. Niektóre fragmenty rzeczywiście sprawiają wrażenie bardziej rozbudowanego artykułu naukowego niż klasycznej książki popularnonaukowej. Jeżeli czytelnik lubi analizowanie argumentów, będzie to zaleta. Jeżeli przede wszystkim chce poznawać zachowania poszczególnych gatunków, może poczuć niedosyt. Sama dziedzina również stawia autorce ograniczenia, ponieważ śmierć w naturze trudno obserwować systematycznie, a część wiedzy pochodzi z pojedynczych przypadków. O szympansach, słoniach czy waleniowatych wiemy znacznie więcej niż o setkach innych gatunków. Monsó nie ukrywa tych problemów. Przeciwnie, wykorzystuje je do krytyki sposobu, w jaki rozwijała się tanatologia porównawcza. To uczciwe podejście, ponieważ autorka nie sprzedaje hipotez jako pewników. Pokazuje raczej, że dotychczasowe przekonanie o braku rozumienia śmierci u zwierząt było często równie spekulatywne jak pogląd przeciwny. W ten sposób książka staje się nie tylko opowieścią o zwierzęcych umysłach, ale też lekcją ostrożności w wyciąganiu wniosków. Ostatecznie Opos Schrödingera jest więc książką również o sposobie, w jaki człowiek myśli o samym sobie. Monsó nie próbuje udowodnić, że nie istnieją między nami różnice. Ludzkie rozumienie śmierci jest wyjątkowo rozbudowane, bo stworzyliśmy rytuały pogrzebowe, systemy religijne, filozofie, literaturę i symbole pozwalające mierzyć się ze świadomością własnego końca. Nie oznacza to jednak, że każda prostsza forma tego pojęcia musi być wyłącznie ludzka. Błędem nie jest zauważenie różnic między człowiekiem i innymi zwierzętami, lecz założenie, że każda różnica jest przepaścią. Ewolucja znacznie częściej tworzy stopniowe przejścia niż nagłe granice. Złożone ludzkie rozumienie śmierci mogło powstać poprzez rozwinięcie prostszych zdolności, które występują także u innych gatunków. W takim ujęciu człowiek nie jest jedynym właścicielem pojęcia śmierci, ale zwierzęciem, które doprowadziło je do wyjątkowo złożonej postaci. Opos Schrödingera nie jest książką idealnie płynną. Bywa powtarzalna, chwilami nadmiernie analityczna i wymaga większego skupienia, niż sugerują niewielkie rozmiary. Kto oczekuje lekkiej popularyzacji biologii, może być zaskoczony ilością filozofii, a kto szuka przede wszystkim faktów o konkretnych gatunkach, nie zawsze dostanie tyle, ile chciałby dostać. Podstawowy argument Monsó jest jednak zbudowany bardzo dobrze i z każdą kolejną częścią nabiera większej siły. Największą wartością książki jest to, że Monsó nie próbuje uczłowieczyć zwierząt. Próbuje przestać traktować człowieka jako jedyny poprawny model umysłu. Po tej lekturze trudno spojrzeć na zwierzę stojące przy martwym osobniku i z pełnym przekonaniem stwierdzić, że niczego nie rozumie. Tak samo nierozsądne byłoby automatyczne uznanie, że przeżywa dokładnie to samo co człowiek. Pomiędzy tymi skrajnościami pozostaje ogromna przestrzeń możliwości i właśnie ona okazuje się najciekawsza. Tytułowy opos nie zna paradoksu Schrödingera i nie potrzebuje go znać. Leży nieruchomo, wygląda jak trup i czeka, aż drapieżnik podejmie decyzję. Skoro ta sztuczka działa, być może nie powinniśmy już pytać wyłącznie, czy zwierzęta rozumieją śmierć. Znacznie ciekawsze jest pytanie, na ile różnych sposobów można ją rozumieć.
kawerna Marek Tokarz