Recenzje
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
Nietrudno zauważyć, iż niektórzy ludzie mają tendencję do wyrażania opinii w wielu sprawach, o których nie mają pojęcia. Lubią mieć zdanie na każdym temat, nawet kiedy niewiele o czymś wiedzą. Wychodzą z założenia, że lepiej mówić, aby mówić, niżeli robić to z głową. W taki sposób powstają wszelkie uprzedzenia oraz stereotypy, najczęściej krzywdzące i zupełnie niesprawiedliwe. Na szczęście istnieją osoby, które starają się przekazywać sprawdzone informacje, poparte różnorodnymi badaniami, a także własną obserwacją. Do tego grona można zaliczyć Marka Wałkuskiego, który przez wiele lat pracował w Programie Trzecim Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Obecnie jest korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie, co przyczyniło się do powstania książki Wałkowanie Ameryki, będącej przybliżeniem tego, jak wygląda życie w tym kraju.
Stany Zjednoczone to ogromny kraj, cechujący się wielokulturowością oraz różnorodnością etniczną. Marek Wałkuski, za pomocą tej książki, zadaje kłam stereotypom, a niekiedy potwierdza krążące opinie na temat mieszkańców Ameryki. Autor podaje wiele statystyk, a także wyników badań, robiąc to w niezwykle przystępny sposób, aby nie zanudzić czytelnika. Nie przepuszcza żadnej okazji do lepszego poznawania mieszkańców, a obserwowanie ich sprawia mu frajdę. Nawet najzwyklejsza kawiarnia Starbucks jest miejscem, w którym Marek Wałkuski korzysta ze sposobności obcowania z wielokulturową Ameryką, zauważając podobieństwa i różnice między ludźmi, które widać nie tylko w ich wyglądzie czy zamówieniach, podczas dokonywania istotnych wyborów - czarna kawa, a może frappuccino z bitą śmietaną i cynamonowym ciastkiem?
Książka składa się z trzynastu rozdziałów, w których poruszane są niezwykle rozległe kwestie - zaczynając od typowych cech mieszkańców Ameryki oraz ich różnorodności etnicznej, rasowej i religijnej, poprzez tendencję do posługiwania się nieformalnym językiem oraz skrótowcami, kończąc na Polakach mieszkających w Stanach Zjednoczonych, jak również na wszelkich sprawach związanych z jazdą samochodem po amerykańskich ulicach. Autor bardzo skrupulatnie podchodzi do wszelkich zagadnień, jakie porusza, analizując je z niezwykłą spostrzegawczością. Podaje wiele ciekawostek, a także dość istotnych informacji, zwłaszcza dla osób, które mają zamiar odwiedzić ten kraj.
Z różnorodnych badań wynika, iż typowy Amerykanin nazywa się James Smith, ma 177,5 cm wzrostu i waży 88 kg. Natomiast przeciętna mieszkanka Stanów Zjednoczonych ma na imię Jane, waży 74 kg i mierzy 163 cm wzrostu. Ponadto typowy Amerykanin jest dziesięć raz bardziej zadłużony niż typowy Polak, a jego poziom inteligencji wcale nie odbiega od poziomu, jaki reprezentują Europejczycy. Dodatkowo Amerykanie są najczęściej otwarci i pomocni, a ich relacje zazwyczaj przyjmują charakter nieformalny. Mieszkańcy bardzo pilnują równego traktowania, jednocześnie uważając, że ich kraj jest najwspanialszy i żaden inny nie może równać się z USA. Amerykanie mają tendencję do oceniania ludzkiej wartości moralnej przez pryzmat sukcesu ekonomicznego. Tak naprawdę, w Stanach Zjednoczonych nikt nie odbiega od normy z prostego powodu - takiej normy nie ma. Ludzie są przyzwyczajeni do inności, która staje się czymś zupełnie normalnym i zwyczajnym, dlatego nikt nie zaprząta sobie tym głowy.
Niektóre zasady i normy chętnie zobaczyłabym w Polsce, głównie jeśli chodzi o kwestię rozdziału kościoła od państwa, co uważam za coś bardzo potrzebnego w naszym kraju. Bardzo podoba mi się również to, że dzieci obcokrajowców, którzy przybyli do Ameryki, mają w szkole zapewnioną opiekę specjalnej nauczycielki, pomagającej im w aklimatyzacji. Co więcej, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, iż zazdroszczę Amerykanom International House of Pancakes, czyli Międzynarodowego Domu Naleśników, który byłby istnym rajem dla mnie, a szczególnie mojego podniebienia.
Przyznam szczerze, że do Wałkowania Ameryki podchodziłam dość niepewnie, ponieważ nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej lekturze. Przeczuwałam, że będzie to swojego rodzaju poradnik dotyczący tego, jak przeżyć w Ameryce. Cieszę się, że moje przypuszczenia były bezpodstawne i nie sprawdziły się, ponieważ tę książkę czyta się jak dobrą, wciągającą powieść.
Wałkowanie Ameryki to pozycja obowiązkowa dla osób zafascynowanych tym krajem. Natomiast uważam, że nawet ludzie, którzy zawsze dość obojętnie lub negatywnie podchodzili do Stanów Zjednoczonych, znajdą w tej książce wiele interesujących informacji, co sprawi, że łaskawszym okiem spojrzą na ten kraj, wypełniony różnorodnością po brzegi.
Stany Zjednoczone to ogromny kraj, cechujący się wielokulturowością oraz różnorodnością etniczną. Marek Wałkuski, za pomocą tej książki, zadaje kłam stereotypom, a niekiedy potwierdza krążące opinie na temat mieszkańców Ameryki. Autor podaje wiele statystyk, a także wyników badań, robiąc to w niezwykle przystępny sposób, aby nie zanudzić czytelnika. Nie przepuszcza żadnej okazji do lepszego poznawania mieszkańców, a obserwowanie ich sprawia mu frajdę. Nawet najzwyklejsza kawiarnia Starbucks jest miejscem, w którym Marek Wałkuski korzysta ze sposobności obcowania z wielokulturową Ameryką, zauważając podobieństwa i różnice między ludźmi, które widać nie tylko w ich wyglądzie czy zamówieniach, podczas dokonywania istotnych wyborów - czarna kawa, a może frappuccino z bitą śmietaną i cynamonowym ciastkiem?
Książka składa się z trzynastu rozdziałów, w których poruszane są niezwykle rozległe kwestie - zaczynając od typowych cech mieszkańców Ameryki oraz ich różnorodności etnicznej, rasowej i religijnej, poprzez tendencję do posługiwania się nieformalnym językiem oraz skrótowcami, kończąc na Polakach mieszkających w Stanach Zjednoczonych, jak również na wszelkich sprawach związanych z jazdą samochodem po amerykańskich ulicach. Autor bardzo skrupulatnie podchodzi do wszelkich zagadnień, jakie porusza, analizując je z niezwykłą spostrzegawczością. Podaje wiele ciekawostek, a także dość istotnych informacji, zwłaszcza dla osób, które mają zamiar odwiedzić ten kraj.
Z różnorodnych badań wynika, iż typowy Amerykanin nazywa się James Smith, ma 177,5 cm wzrostu i waży 88 kg. Natomiast przeciętna mieszkanka Stanów Zjednoczonych ma na imię Jane, waży 74 kg i mierzy 163 cm wzrostu. Ponadto typowy Amerykanin jest dziesięć raz bardziej zadłużony niż typowy Polak, a jego poziom inteligencji wcale nie odbiega od poziomu, jaki reprezentują Europejczycy. Dodatkowo Amerykanie są najczęściej otwarci i pomocni, a ich relacje zazwyczaj przyjmują charakter nieformalny. Mieszkańcy bardzo pilnują równego traktowania, jednocześnie uważając, że ich kraj jest najwspanialszy i żaden inny nie może równać się z USA. Amerykanie mają tendencję do oceniania ludzkiej wartości moralnej przez pryzmat sukcesu ekonomicznego. Tak naprawdę, w Stanach Zjednoczonych nikt nie odbiega od normy z prostego powodu - takiej normy nie ma. Ludzie są przyzwyczajeni do inności, która staje się czymś zupełnie normalnym i zwyczajnym, dlatego nikt nie zaprząta sobie tym głowy.
Niektóre zasady i normy chętnie zobaczyłabym w Polsce, głównie jeśli chodzi o kwestię rozdziału kościoła od państwa, co uważam za coś bardzo potrzebnego w naszym kraju. Bardzo podoba mi się również to, że dzieci obcokrajowców, którzy przybyli do Ameryki, mają w szkole zapewnioną opiekę specjalnej nauczycielki, pomagającej im w aklimatyzacji. Co więcej, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, iż zazdroszczę Amerykanom International House of Pancakes, czyli Międzynarodowego Domu Naleśników, który byłby istnym rajem dla mnie, a szczególnie mojego podniebienia.
Przyznam szczerze, że do Wałkowania Ameryki podchodziłam dość niepewnie, ponieważ nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej lekturze. Przeczuwałam, że będzie to swojego rodzaju poradnik dotyczący tego, jak przeżyć w Ameryce. Cieszę się, że moje przypuszczenia były bezpodstawne i nie sprawdziły się, ponieważ tę książkę czyta się jak dobrą, wciągającą powieść.
Wałkowanie Ameryki to pozycja obowiązkowa dla osób zafascynowanych tym krajem. Natomiast uważam, że nawet ludzie, którzy zawsze dość obojętnie lub negatywnie podchodzili do Stanów Zjednoczonych, znajdą w tej książce wiele interesujących informacji, co sprawi, że łaskawszym okiem spojrzą na ten kraj, wypełniony różnorodnością po brzegi.
Sylwuch.blogspot.com 2013-03-27
Wałkowanie Ameryki
Hello America!
Jedni Amerykę kochają, drudzy jej nienawidzą. W umysłach tych pierwszych jest oazą liberalizmu, a dla tych drugich – korporacyjnym wyzyskiwaczem ubogich. Orędownicy Ameryki chwalą ją za wolność ponad wszystko, a przeciwnicy przypominają, że w lipcu zeszłego roku podczas premiery nowego „Batmana” do kina wpadł psychopata w masce Bane’a, zamordował 12 osób, a trzy razy tyle ranił. W rozmowie o kulturze jedni przywołają Hemingwaya, Steinbecka, Raya Charlesa i wielu innych artystów ze świata literatury, filmu czy muzyki, drudzy wskażą z pogardą na popkulturową papkę, hollywoodzkie gnioty, celebryckie hordy i nastoletnie śpiewające gwiazdki, na których koncerty przychodzą piszczące tysiące licealnych głuptaków. I tak w koło Macieju, że posłużę się naszym rodzimym powiedzeniem. Taka jest i taka już pozostanie Ameryka. Dlatego lepiej oddać głos komuś, kto przespał się w amerykańskiej pościeli, a samą Amerykę zna praktycznie od podszewki, zachowując przy tym całkiem spory fragment zwierciadła-pryzmatu polskiego spojrzenia. No dobrze, europejskiego spojrzenia, żeby siebie i rodaków nie usadzać na starcie gdzieś w oślej ławce. Takim człowiekiem jest Marek Wałkuski. Zatem do rzeczy.
„Wałkowanie Ameryki” to nie proza ani nawet pamiętnik, choć niektóre epizody noszą znamię wspomnień autora. To precyzyjna robota świetnego reportera, który w Stanach Zjednoczonych rozpoczął nowy rozdział życia, obejmując posadę korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie (wcześniej w latach 1990-2002 był filarem radiowej Trójki). Książka pełna suchych faktów, statystyk, ale i ciekawych opowieści i anegdot. Hołdująca co prawda amerykańskiemu stylowi życia i popierająca takiż sposób myślenia, ale na jej kartach znajdziemy również uwagi krytyczne, a także punkty sporne, w których autor w dość obiektywny sposób stara się ukazać różnice i „stany zapalne” w opozycji Europa (Polska) – Ameryka. W całej publikacji zabrakło niestety jakiejkolwiek oprawy graficznej – mam na myśli głównie zdjęcia, których całkiem brak.
Wałkuski w Ameryce mieszka z żoną, tutaj wychowuje się jego syn. „W Polsce Konrad nie lubił szkoły, bo była dla niego źródłem stresu i lęków. W H-B Woodlawn panowała przyjazna atmosfera, dzięki której uczniowie mogli odkrywać świat i realizować swoje pasje” – pisze na początku, ponieważ w przypadku syna istniała obawa o barierę językową (sprawa dla wielu Polaków drażliwa), ale „Amerykanie nauczyli go w rok mówić i pisać po angielsku”. Po dziesięciu latach amerykańska adaptacja „Wałka” dokonała się w pełni i, wnioskując ze słów samego autora, odbyło się to płynnie i naturalnie. Przeczytałem gdzieś, że wpłynęło to na jego obraz Ameryki, której autor „wybaczył wszystkie grzechy”. To prawda, że Wałkuski jest Stanami Zjednoczonymi zafascynowany, ale siła argumentów, które za tym przemawiają, jest przekonywująca.
Odrębne rozdziały poświęcone są zagadnieniom społecznym, kulturowym, politycznym i etnicznym, przy czym konstrukcja książki jest zmyślna. Rozdziały płynnie przechodzą jeden w drugi, a ich kolejność wydaje się być optymalnie ułożona. Po krótkim wstępie mamy więc kilka słów o amerykańskim luzie, gościnności, równości wobec prawa, indywidualizmie, poczuciu wyjątkowości i patriotyzmie – „pojęciach-wytrychach” w kontekście snucia opowieści o mentalności ludzi zza Wielkiej Wody. „Bycie Amerykaninem jest ideologicznym wyznaniem” – pisze Wałkuski. Odrzucenie doktryny zbudowanej na amerykańskim systemie wartości charakteryzuje wyłącznie nie-Amerykanina (un-American). To właśnie hołdowanie specyficznemu systemowi wartości, a nie przynależność grupowa, zbudowało tożsamość Stanów Zjednoczonych i sprawiło, że wielki kraj mógł otworzyć granice dla coraz to nowych grup imigrantów. Gdyby jednak „przewałkować” amerykańskie społeczeństwo pełną parą, wyłoni się z niego…
Average Joe
Przeciętny Amerykanin nazywa się James Smith. Smithów jest 2,4 miliona (wielu jest także Johnsonów, Williamsów i Brownów), wliczając w to panie, wśród których „po czterdziestce” najwięcej nosi imię Mary. Jednak w XXI wieku rodzice nadają swoim synom najczęściej imię Jacob (z kolei córki otrzymują ostatnio imiona bardziej „modne”: Lisa, Jessica, Ashley lub Jennifer). Nam Amerykanin kojarzy się nieodmiennie z Johnem, ale Johnem jest raptem jeden na 150 chłopców (trzecia dziesiątka w „tabeli imion”). Average Joe ma 37 lat (ustalone za pomocą mediany, czyli wartości środkowej, a nie średniej statystycznej, która jest zazwyczaj mniej obiektywna), a odchodzi z tego świata, przeżywszy lat 78.
Ma biały kolor skóry, ale już w 2042 r. „białasy” będą stanowić mniej niż połowę społeczeństwa, choć pozostaną jeszcze długo najliczniejszą grupą demograficzną. Przeciętny Joe przy wzroście 177,5 cm waży 88 kg, a Mary przy 163 cm – 74 kg. Oboje cierpią na lekką nadwagę, ponieważ ich wskaźnik BMI wynosi 28,4 (normalna waga wg WHO to wskazanie poniżej 25). Nie ma się jednak co dziwić, bo otyły (BMI +30) jest co trzeci mieszkaniec Ameryki, przy czym 12 milionów to ludzie otyli chorobliwie. Amerykańska otyłość jest jednak w Europie podniesiona do rangi mitu. Prawdą jest, że bardzo grubych Amerykanów jest o wiele więcej niż Europejczyków, ale przeciętny Joe nie jest grubasem. Statystykę zawyżają bowiem Latynosi, którzy mają specyficzną budowę ciała, a także Afroamerykanie (głównie Murzynki), wśród których grubasów jest o wiele więcej. Podobnie jak na prowincji, ponieważ w większych miastach ludzie bardziej dbają o formę, często uprawiając rekreacyjnie jakiś sport.
Average Joe w przeszłości był niebieskooki, dziś dominującym kolorem oczu jest brązowy. Słucha jednej z ponad 3000 stacji radiowych grających country i prawdopodobnie ma w domu album Gartha Brooksa – wokalisty, który sprzedał już… 128 milionów płyt, bijąc na głowę Led Zeppelin i Pink Floyd, a przegrywając w liczbie sprzedanych egzemplarzy jedynie z The Beatles i Elvisem Presleyem. Przeciętny Joe mieszka w dużym domu (średnia wielkość przeciętnego amerykańskiego domu jest największa na świecie) z garażem na 1-2 samochody i z ogródkiem, w którym trawnik kosi 40 razy do roku. Średnia wartość takiego domu waha się granicach 180 tys. dolarów. Typowy Amerykanin trzyma się blisko… wody. Przeszło połowa z nich mieszka w odległości nie większej niż 80 km od wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku, w tym także Zatoki Meksykańskiej. 90% jeździ do pracy samochodem, a tylko co dwudziesty korzysta w tym celu z komunikacji miejskiej. 2/3 pracujących stanowią „białe kołnierzyki”, czyli urzędnicy za biurkiem, mniej niż ¼ to „kołnierzyki niebieskie” (pracownicy fizyczni). Average Joe z zawodu jest jednak sprzedawcą, który to zawód wykonuje 4,2 miliona ludzi (średni zarobek rzędu 2000 dolarów miesięcznie). Przeciętny dochód w pracy na etat to w przypadku mężczyzny 3600 dolarów/miesiąc, a w przypadku kobiety 2900 dolarów/miesiąc. Przeciętna rodzina żyje za 4200 dolarów/miesiąc, lecz jest również zadłużona na średnio 9000 dolarów z tytułu zaległości przy spłacaniu kart kredytowych. W wyniku kryzysu gospodarczego, a także wysokiego oprocentowania kart kredytowych (niemal zawsze ponad 20%), kwota ta dość szybko rośnie. Łączne zadłużenie Amerykanów wynosi 12 bilionów dolarów, co oznacza wartość 10 razy większą niż w przypadku przeciętnego Polaka.
Average Joe lubi się napić, ale głównie piwa, w którym gustuje 60% pijących. Po mocniejsze trunki sięga tylko jeden na pięciu Amerykanów. Aż 1/3 społeczeństwa stanowią jednak abstynenci. Joe i Mary rzadko wyjeżdżają na wakacje poza kontynent, co jest spowodowane korzystnymi warunkami i mnogością turystycznych atrakcji, które rozciągają się na terenie całych USA. Ich ulubioną rozrywką jest telewizja, a w przeciętnym domu na 2,5 człowieka przypada 2,7 telewizora. Odbiorniki są włączone przez 8 godzin na dobę, z czego przez 5 godzin są śledzone aktywnie. Average Joe jest chrześcijaninem (aż 90% Amerykanów deklaruje, że wierzy w jakiegoś Boga), ale tolerancyjnym wobec innych wyznań, wyłączając z tej grupy islam. Tolerancja panuje też w kwestiach różnic rasowych (86% – na przestrzeni ostatnich 50 lat dokonał się ogromny przełom) oraz w sprawie małżeństw homoseksualnych (w maju 2011 r. akceptowało je 53% społeczeństwa). Jeżeli zdołaliście doczytać do tego momentu, to z przykrością muszę poinformować Was, że Average Joe… niestety nie istnieje.
Problem Lincolna
Osobny rozdział poświęcony jest nierówności rasowej i walce z nią, która od czasów Abrahama Lincolna i słynnej 13. poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych toczyła się jeszcze przez przeszło sto lat po śmierci prezydenta. Prawne zdelegalizowanie segregacji rasowej nastąpiło dopiero w 1964 r., a i to nie od razu zmieniło podejście białej części społeczeństwa do Afroamerykanów, głównie w konserwatywnym Dixielandzie, czyli na amerykańskim południu, gdzie niewolnictwo i segregacja rasowa utrzymywały się najdłużej. Wałkuski przyznaje, że wizerunek czarnoskórych Amerykanów wciąż jest daleki od ideału, na co sami jednak po części „pracują”, uważając częstokroć, że za lata nierównego traktowania należą im się szczególne przywileje. Wciąż aktualne jest określenie „królowa pomocy społecznej”, za którym kryje się stereotypowa leniwa Murzynka, korzystająca z socjalnej pomocy państwa na różnych frontach. Prestiż Afroamerykanów podnosi się bardzo powoli, w czym mają pomagać liczne akcje afirmacyjne.
Powiadam pani sąsiadce, że Bóg jest jeden
W Ameryce to nieprawda. Wątek religii jest zresztą jednym z najbardziej interesujących w książce. W obrazie Wałkuskiego niczym w zwierciadle odbija się smutna polska rzeczywistość. Zaczyna on od tego, że Ameryka jest krajem bardzo wierzącym, w którym liczba wiernych „praktykujących” jest o wiele większa niż w Polsce. Ponad 90% Amerykanów deklaruje wiarę w Boga lub inną siłę wyższą, zaś ateista nie ma szans zostać prezydentem USA. Według badań Instytutu Gallupa dziewięciu na dziesięciu amerykańskich obywateli zagłosuje na Latynosa, Murzyna, Żyda, katolika, mężczyznę bądź kobietę, 2/3 z nich na mormona, a nawet wielokrotnego rozwodnika, a 55% bez żadnych oporów na homoseksualistę z przekonującym programem politycznym, ale zdecydowana większość nie oddałaby głosu na ateistę. „Washington Post” postawił teorię, że prędzej niż ateista prezydentem USA zostałby… satanista, ponieważ w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Co rzuca się od razu w oczy, to pluralizm wyznaniowy. Kościoły i grupy wyznaniowe muszą rywalizować ze sobą o nowych wyznawców, prowadzić z nimi aktywny dialog, przekonywać do swoich wartości. Powoduje to ciągły rozwój instytucji religijnych, nawet tych najbardziej konserwatywnych. W Polsce kościół katolicki ma zagwarantowane przodownictwo „odgórnie”, na bazie historii i tradycji, i może właśnie dlatego liczba zdeklarowanych wiernych ciągle spada, a prestiż samej instytucji kościoła mocno w ostatnich latach podupadł. Wałuski wskazuje na fakt, iż księży katolickich często nie rozlicza się za ich działalność, a pełniona przez nich funkcja staje się nie misją, a rutyną. W Ameryce jest odwrotnie, a na miejsce duchowego przywódcy, który „podpadnie” swoim wiernym, czeka stu innych, reprezentujących różne wyznania, choć najczęściej chrześcijaństwo lub jego liczne odłamy. Relacje między duchownymi a wiernymi są najczęściej swobodne.
Pomimo tego że kraj jest tak bardzo wierzący, konstytucja gwarantuje całkowity rozdział kościoła od państwa. Niedopuszczalna jest religia w szkołach, a wieszanie w urzędach, budynkach rządowych, szkołach czy innych terenach publicznych symboli religijnych – zakazane konstytucyjnie. Wyjątek stanowi „Przysięga wierności”, w której występuje odwołanie do Boga. Od lat stanowi ona spór pomiędzy sądami i konstytucjonalistami, a jej zwolennicy zaznaczają, iż słowa przysięgi mają charakter historyczny i ceremonialny. Państwo w żaden sposób nie dotuje kościołów, które utrzymują się wyłącznie z pieniędzy wiernych i wychodzą na tym bardzo dobrze. Z drugiej strony państwo w żaden sposób nie ingeruje w działalność kościołów, a amerykańskie rozumienie wolności dopuszcza pewne restrykcje bądź ograniczenia tylko i wyłącznie w przypadku, gdy idzie za tym ważny interes społeczny i zostaje on precyzyjnie określony.
Mamy więc Kościół Eutanazji, w którym podstawowym przykazaniem jest „Nie będziesz uczestniczył w prokreacji”, a jego czterema filarami są: samobójstwo, aborcja, sodomia i kanibalizm. Na drugiej flance stoi natomiast Kościół Wszystkich Światów, oparty na fikcyjnej religii z powieści fantastycznonaukowej Roberta Heinleina „Obcy w obcym kraju”, który zachęca do pozytywnej seksualności będącej wyrazem świętości. Kościoły te, w oczach przeciętnego człowieka zapewne absurdalne, skupiają wokół siebie garstkę „wyznawców”, którzy dopóki nie łamią prawa, mają prawo funkcjonować na takiej samej zasadzie jak każda inna grupa wyznaniowa. I zazwyczaj nikomu to nie przeszkadza, ponieważ to Ameryka, gdzie liczy się przede wszystkim szeroko pojęta…
Wolność obywatelska
Na straży szerokich praw obywatelskich stoi konstytucja, która znacznie ogranicza władzę instytucji państwa. Spośród kilku przykładów na potwierdzenie tej tezy, które przytacza Wałkuski, bodaj najbardziej obrazowy jest „casus znieważenia flagi”. Tego, ile dla Amerykanina znaczy flaga narodowa, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Jeszcze w latach 60. przeciwnicy wojny wietnamskiej i imperialnej polityki USA, którzy wyrażali swój protest, paląc Stars and Stripes, byli masowo aresztowani i stawiani przed sądem. Później stopniowo zmniejszano rygor prawny, aż w 1989 r. Sąd Najwyższy anulował wszelkie przepisy zakazujące niszczenia flagi. „W tak patriotycznym kraju jak USA była to decyzja bardzo odważna – pisze Wałkuski. – Oznaczała bowiem, że w sporze pomiędzy patriotyzmem a wolnością zwyciężyła wolność”.
Doprowadziła do tego przełomowa decyzja podczas procesu młodego komunisty – skazanego za profanację flagi na rok więzienia i 2000 dolarów grzywny. Po walce stoczonej przez adwokatów Gregory’ego Lee Johnsona, Sąd Najwyższy orzekł, że państwo w celu ochrony ważnych dla siebie symboli nie może używać prawa karnego. „Uważamy, że amerykańska flaga zasługuje na wyjątkowy szacunek w naszym społeczeństwie. Jednak jej pozycja nie zostanie osłabiona, gdy pozwolimy ją niszczyć, albowiem flaga reprezentuje wolność, w tym również wolność wypowiedzi” – napisali sędziowie w uzasadnieniu.
Podobnie rzecz ma się z wolnością słowa. Nie ma mowy o wyrokach czy grzywnach dla ludzi obrażających głowę państwa, senatorów, pastorów czy inne osoby publiczne. Osoba piastująca publiczne stanowisko musi pogodzić się z tym, że może być poddawana krytyce, nawet w najmniej wyszukanych lub wręcz wulgarnych słowach. Członkowie Kościoła Baptystycznego Westboro, których główne motto brzmi „Bóg nienawidzi pedałów”, zasłynęli tym, że podczas pogrzebów amerykańskich żołnierzy organizowali pikiety. Na ich transparentach można było przeczytać hasła typu: „Dziękujemy Bogu za śmierć żołnierzy” albo „W tym miesiącu w Iraku i Afganistanie zginęło sześciu żołnierzy. Czekamy, aż zginie ich sześć tysięcy”. Zrobił się z tego niemały skandal, a w 2007 r. ława przysięgłych sądu federalnego nakazała zapłacić na rzecz ojca jednego z żołnierzy, który wytoczył kościołowi proces, 11 milionów dolarów odszkodowania. W razie utrzymania w mocy wyroku kościół by oczywiście zbankrutował. Po kilku odwołaniach i apelacjach sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten, mimo ogromnej presji ze strony polityków i opinii publicznej, uniewinnił kościół całkowicie stosunkiem głosów 8-1. Uzasadnienie brzmiało tym razem: „Słowo jest potężne. Może skłonić ludzi do działania, wywołać łzy, radość i smutek. Może też, tak jak w tym przypadku, spowodować ogromne cierpienie. Jednak nie jest właściwą reakcją na ból karanie osoby, która wygłasza swoje poglądy. Wolność słowa wymaga ochrony nie tylko poglądów, które nam się podobają ,ale również mowy nienawiści. Tylko w ten sposób zapewnimy swobodę debaty publicznej”.
Inna sprawa, że w amerykańskiej debacie publicznej do rzadkości należą niestosowne słowa i brudne zagrywki. Oczywiście opiera się na umiejętnym wodzeniu za nos politycznego oponenta i znakomitym zespole PR-owym, ale próżno w niej szukać słów znanych doskonale tym, którzy śledzą słowne wyczyny większości polskich polityków. A wiecie czemu? Bo wysokiego standardu rozmowy nie pilnuje sąd, ale sami dziennikarze oraz ich odbiorcy. Chcesz się obrzucać błotem – lądujesz u Jerry’ego Springera albo w brukowych mediach, a nie przy stole, gdzie się rozmawia o poważnych sprawach.
Te dwie sprawy pokazują, jak ważną dla Amerykanów jest kwestia wolności obywatelskiej. Tak zbudowany system prawny nie pozwala policjantom na znane u nas „rutynowe kontrole” policyjne, jeśli kierowca nie łamie przepisów prawa. Pozwala odbywać jazdy w ramach kursu na prawo jazdy u boku przyjaciela-kierowcy bądź kogoś z rodziny, by nie pakować bez potrzeby kasy w ośrodki nauki jazdy. Sprawia, że prawo do posiadania broni, tak krytykowane w Europie, jest dla Amerykanów wyrazem wolności. Tworzy sądy o modelu skargowym, a nie inkwizycyjnym, dzięki czemu skazanego sądzą inni obywatele, a nie sędzia będący przedstawicielem z ramienia państwa.
Jedni Amerykę kochają, drudzy jej nienawidzą. W umysłach tych pierwszych jest oazą liberalizmu, a dla tych drugich – korporacyjnym wyzyskiwaczem ubogich. Orędownicy Ameryki chwalą ją za wolność ponad wszystko, a przeciwnicy przypominają, że w lipcu zeszłego roku podczas premiery nowego „Batmana” do kina wpadł psychopata w masce Bane’a, zamordował 12 osób, a trzy razy tyle ranił. W rozmowie o kulturze jedni przywołają Hemingwaya, Steinbecka, Raya Charlesa i wielu innych artystów ze świata literatury, filmu czy muzyki, drudzy wskażą z pogardą na popkulturową papkę, hollywoodzkie gnioty, celebryckie hordy i nastoletnie śpiewające gwiazdki, na których koncerty przychodzą piszczące tysiące licealnych głuptaków. I tak w koło Macieju, że posłużę się naszym rodzimym powiedzeniem. Taka jest i taka już pozostanie Ameryka. Dlatego lepiej oddać głos komuś, kto przespał się w amerykańskiej pościeli, a samą Amerykę zna praktycznie od podszewki, zachowując przy tym całkiem spory fragment zwierciadła-pryzmatu polskiego spojrzenia. No dobrze, europejskiego spojrzenia, żeby siebie i rodaków nie usadzać na starcie gdzieś w oślej ławce. Takim człowiekiem jest Marek Wałkuski. Zatem do rzeczy.
„Wałkowanie Ameryki” to nie proza ani nawet pamiętnik, choć niektóre epizody noszą znamię wspomnień autora. To precyzyjna robota świetnego reportera, który w Stanach Zjednoczonych rozpoczął nowy rozdział życia, obejmując posadę korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie (wcześniej w latach 1990-2002 był filarem radiowej Trójki). Książka pełna suchych faktów, statystyk, ale i ciekawych opowieści i anegdot. Hołdująca co prawda amerykańskiemu stylowi życia i popierająca takiż sposób myślenia, ale na jej kartach znajdziemy również uwagi krytyczne, a także punkty sporne, w których autor w dość obiektywny sposób stara się ukazać różnice i „stany zapalne” w opozycji Europa (Polska) – Ameryka. W całej publikacji zabrakło niestety jakiejkolwiek oprawy graficznej – mam na myśli głównie zdjęcia, których całkiem brak.
Wałkuski w Ameryce mieszka z żoną, tutaj wychowuje się jego syn. „W Polsce Konrad nie lubił szkoły, bo była dla niego źródłem stresu i lęków. W H-B Woodlawn panowała przyjazna atmosfera, dzięki której uczniowie mogli odkrywać świat i realizować swoje pasje” – pisze na początku, ponieważ w przypadku syna istniała obawa o barierę językową (sprawa dla wielu Polaków drażliwa), ale „Amerykanie nauczyli go w rok mówić i pisać po angielsku”. Po dziesięciu latach amerykańska adaptacja „Wałka” dokonała się w pełni i, wnioskując ze słów samego autora, odbyło się to płynnie i naturalnie. Przeczytałem gdzieś, że wpłynęło to na jego obraz Ameryki, której autor „wybaczył wszystkie grzechy”. To prawda, że Wałkuski jest Stanami Zjednoczonymi zafascynowany, ale siła argumentów, które za tym przemawiają, jest przekonywująca.
Odrębne rozdziały poświęcone są zagadnieniom społecznym, kulturowym, politycznym i etnicznym, przy czym konstrukcja książki jest zmyślna. Rozdziały płynnie przechodzą jeden w drugi, a ich kolejność wydaje się być optymalnie ułożona. Po krótkim wstępie mamy więc kilka słów o amerykańskim luzie, gościnności, równości wobec prawa, indywidualizmie, poczuciu wyjątkowości i patriotyzmie – „pojęciach-wytrychach” w kontekście snucia opowieści o mentalności ludzi zza Wielkiej Wody. „Bycie Amerykaninem jest ideologicznym wyznaniem” – pisze Wałkuski. Odrzucenie doktryny zbudowanej na amerykańskim systemie wartości charakteryzuje wyłącznie nie-Amerykanina (un-American). To właśnie hołdowanie specyficznemu systemowi wartości, a nie przynależność grupowa, zbudowało tożsamość Stanów Zjednoczonych i sprawiło, że wielki kraj mógł otworzyć granice dla coraz to nowych grup imigrantów. Gdyby jednak „przewałkować” amerykańskie społeczeństwo pełną parą, wyłoni się z niego…
Average Joe
Przeciętny Amerykanin nazywa się James Smith. Smithów jest 2,4 miliona (wielu jest także Johnsonów, Williamsów i Brownów), wliczając w to panie, wśród których „po czterdziestce” najwięcej nosi imię Mary. Jednak w XXI wieku rodzice nadają swoim synom najczęściej imię Jacob (z kolei córki otrzymują ostatnio imiona bardziej „modne”: Lisa, Jessica, Ashley lub Jennifer). Nam Amerykanin kojarzy się nieodmiennie z Johnem, ale Johnem jest raptem jeden na 150 chłopców (trzecia dziesiątka w „tabeli imion”). Average Joe ma 37 lat (ustalone za pomocą mediany, czyli wartości środkowej, a nie średniej statystycznej, która jest zazwyczaj mniej obiektywna), a odchodzi z tego świata, przeżywszy lat 78.
Ma biały kolor skóry, ale już w 2042 r. „białasy” będą stanowić mniej niż połowę społeczeństwa, choć pozostaną jeszcze długo najliczniejszą grupą demograficzną. Przeciętny Joe przy wzroście 177,5 cm waży 88 kg, a Mary przy 163 cm – 74 kg. Oboje cierpią na lekką nadwagę, ponieważ ich wskaźnik BMI wynosi 28,4 (normalna waga wg WHO to wskazanie poniżej 25). Nie ma się jednak co dziwić, bo otyły (BMI +30) jest co trzeci mieszkaniec Ameryki, przy czym 12 milionów to ludzie otyli chorobliwie. Amerykańska otyłość jest jednak w Europie podniesiona do rangi mitu. Prawdą jest, że bardzo grubych Amerykanów jest o wiele więcej niż Europejczyków, ale przeciętny Joe nie jest grubasem. Statystykę zawyżają bowiem Latynosi, którzy mają specyficzną budowę ciała, a także Afroamerykanie (głównie Murzynki), wśród których grubasów jest o wiele więcej. Podobnie jak na prowincji, ponieważ w większych miastach ludzie bardziej dbają o formę, często uprawiając rekreacyjnie jakiś sport.
Average Joe w przeszłości był niebieskooki, dziś dominującym kolorem oczu jest brązowy. Słucha jednej z ponad 3000 stacji radiowych grających country i prawdopodobnie ma w domu album Gartha Brooksa – wokalisty, który sprzedał już… 128 milionów płyt, bijąc na głowę Led Zeppelin i Pink Floyd, a przegrywając w liczbie sprzedanych egzemplarzy jedynie z The Beatles i Elvisem Presleyem. Przeciętny Joe mieszka w dużym domu (średnia wielkość przeciętnego amerykańskiego domu jest największa na świecie) z garażem na 1-2 samochody i z ogródkiem, w którym trawnik kosi 40 razy do roku. Średnia wartość takiego domu waha się granicach 180 tys. dolarów. Typowy Amerykanin trzyma się blisko… wody. Przeszło połowa z nich mieszka w odległości nie większej niż 80 km od wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku, w tym także Zatoki Meksykańskiej. 90% jeździ do pracy samochodem, a tylko co dwudziesty korzysta w tym celu z komunikacji miejskiej. 2/3 pracujących stanowią „białe kołnierzyki”, czyli urzędnicy za biurkiem, mniej niż ¼ to „kołnierzyki niebieskie” (pracownicy fizyczni). Average Joe z zawodu jest jednak sprzedawcą, który to zawód wykonuje 4,2 miliona ludzi (średni zarobek rzędu 2000 dolarów miesięcznie). Przeciętny dochód w pracy na etat to w przypadku mężczyzny 3600 dolarów/miesiąc, a w przypadku kobiety 2900 dolarów/miesiąc. Przeciętna rodzina żyje za 4200 dolarów/miesiąc, lecz jest również zadłużona na średnio 9000 dolarów z tytułu zaległości przy spłacaniu kart kredytowych. W wyniku kryzysu gospodarczego, a także wysokiego oprocentowania kart kredytowych (niemal zawsze ponad 20%), kwota ta dość szybko rośnie. Łączne zadłużenie Amerykanów wynosi 12 bilionów dolarów, co oznacza wartość 10 razy większą niż w przypadku przeciętnego Polaka.
Average Joe lubi się napić, ale głównie piwa, w którym gustuje 60% pijących. Po mocniejsze trunki sięga tylko jeden na pięciu Amerykanów. Aż 1/3 społeczeństwa stanowią jednak abstynenci. Joe i Mary rzadko wyjeżdżają na wakacje poza kontynent, co jest spowodowane korzystnymi warunkami i mnogością turystycznych atrakcji, które rozciągają się na terenie całych USA. Ich ulubioną rozrywką jest telewizja, a w przeciętnym domu na 2,5 człowieka przypada 2,7 telewizora. Odbiorniki są włączone przez 8 godzin na dobę, z czego przez 5 godzin są śledzone aktywnie. Average Joe jest chrześcijaninem (aż 90% Amerykanów deklaruje, że wierzy w jakiegoś Boga), ale tolerancyjnym wobec innych wyznań, wyłączając z tej grupy islam. Tolerancja panuje też w kwestiach różnic rasowych (86% – na przestrzeni ostatnich 50 lat dokonał się ogromny przełom) oraz w sprawie małżeństw homoseksualnych (w maju 2011 r. akceptowało je 53% społeczeństwa). Jeżeli zdołaliście doczytać do tego momentu, to z przykrością muszę poinformować Was, że Average Joe… niestety nie istnieje.
Problem Lincolna
Osobny rozdział poświęcony jest nierówności rasowej i walce z nią, która od czasów Abrahama Lincolna i słynnej 13. poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych toczyła się jeszcze przez przeszło sto lat po śmierci prezydenta. Prawne zdelegalizowanie segregacji rasowej nastąpiło dopiero w 1964 r., a i to nie od razu zmieniło podejście białej części społeczeństwa do Afroamerykanów, głównie w konserwatywnym Dixielandzie, czyli na amerykańskim południu, gdzie niewolnictwo i segregacja rasowa utrzymywały się najdłużej. Wałkuski przyznaje, że wizerunek czarnoskórych Amerykanów wciąż jest daleki od ideału, na co sami jednak po części „pracują”, uważając częstokroć, że za lata nierównego traktowania należą im się szczególne przywileje. Wciąż aktualne jest określenie „królowa pomocy społecznej”, za którym kryje się stereotypowa leniwa Murzynka, korzystająca z socjalnej pomocy państwa na różnych frontach. Prestiż Afroamerykanów podnosi się bardzo powoli, w czym mają pomagać liczne akcje afirmacyjne.
Powiadam pani sąsiadce, że Bóg jest jeden
W Ameryce to nieprawda. Wątek religii jest zresztą jednym z najbardziej interesujących w książce. W obrazie Wałkuskiego niczym w zwierciadle odbija się smutna polska rzeczywistość. Zaczyna on od tego, że Ameryka jest krajem bardzo wierzącym, w którym liczba wiernych „praktykujących” jest o wiele większa niż w Polsce. Ponad 90% Amerykanów deklaruje wiarę w Boga lub inną siłę wyższą, zaś ateista nie ma szans zostać prezydentem USA. Według badań Instytutu Gallupa dziewięciu na dziesięciu amerykańskich obywateli zagłosuje na Latynosa, Murzyna, Żyda, katolika, mężczyznę bądź kobietę, 2/3 z nich na mormona, a nawet wielokrotnego rozwodnika, a 55% bez żadnych oporów na homoseksualistę z przekonującym programem politycznym, ale zdecydowana większość nie oddałaby głosu na ateistę. „Washington Post” postawił teorię, że prędzej niż ateista prezydentem USA zostałby… satanista, ponieważ w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Co rzuca się od razu w oczy, to pluralizm wyznaniowy. Kościoły i grupy wyznaniowe muszą rywalizować ze sobą o nowych wyznawców, prowadzić z nimi aktywny dialog, przekonywać do swoich wartości. Powoduje to ciągły rozwój instytucji religijnych, nawet tych najbardziej konserwatywnych. W Polsce kościół katolicki ma zagwarantowane przodownictwo „odgórnie”, na bazie historii i tradycji, i może właśnie dlatego liczba zdeklarowanych wiernych ciągle spada, a prestiż samej instytucji kościoła mocno w ostatnich latach podupadł. Wałuski wskazuje na fakt, iż księży katolickich często nie rozlicza się za ich działalność, a pełniona przez nich funkcja staje się nie misją, a rutyną. W Ameryce jest odwrotnie, a na miejsce duchowego przywódcy, który „podpadnie” swoim wiernym, czeka stu innych, reprezentujących różne wyznania, choć najczęściej chrześcijaństwo lub jego liczne odłamy. Relacje między duchownymi a wiernymi są najczęściej swobodne.
Pomimo tego że kraj jest tak bardzo wierzący, konstytucja gwarantuje całkowity rozdział kościoła od państwa. Niedopuszczalna jest religia w szkołach, a wieszanie w urzędach, budynkach rządowych, szkołach czy innych terenach publicznych symboli religijnych – zakazane konstytucyjnie. Wyjątek stanowi „Przysięga wierności”, w której występuje odwołanie do Boga. Od lat stanowi ona spór pomiędzy sądami i konstytucjonalistami, a jej zwolennicy zaznaczają, iż słowa przysięgi mają charakter historyczny i ceremonialny. Państwo w żaden sposób nie dotuje kościołów, które utrzymują się wyłącznie z pieniędzy wiernych i wychodzą na tym bardzo dobrze. Z drugiej strony państwo w żaden sposób nie ingeruje w działalność kościołów, a amerykańskie rozumienie wolności dopuszcza pewne restrykcje bądź ograniczenia tylko i wyłącznie w przypadku, gdy idzie za tym ważny interes społeczny i zostaje on precyzyjnie określony.
Mamy więc Kościół Eutanazji, w którym podstawowym przykazaniem jest „Nie będziesz uczestniczył w prokreacji”, a jego czterema filarami są: samobójstwo, aborcja, sodomia i kanibalizm. Na drugiej flance stoi natomiast Kościół Wszystkich Światów, oparty na fikcyjnej religii z powieści fantastycznonaukowej Roberta Heinleina „Obcy w obcym kraju”, który zachęca do pozytywnej seksualności będącej wyrazem świętości. Kościoły te, w oczach przeciętnego człowieka zapewne absurdalne, skupiają wokół siebie garstkę „wyznawców”, którzy dopóki nie łamią prawa, mają prawo funkcjonować na takiej samej zasadzie jak każda inna grupa wyznaniowa. I zazwyczaj nikomu to nie przeszkadza, ponieważ to Ameryka, gdzie liczy się przede wszystkim szeroko pojęta…
Wolność obywatelska
Na straży szerokich praw obywatelskich stoi konstytucja, która znacznie ogranicza władzę instytucji państwa. Spośród kilku przykładów na potwierdzenie tej tezy, które przytacza Wałkuski, bodaj najbardziej obrazowy jest „casus znieważenia flagi”. Tego, ile dla Amerykanina znaczy flaga narodowa, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Jeszcze w latach 60. przeciwnicy wojny wietnamskiej i imperialnej polityki USA, którzy wyrażali swój protest, paląc Stars and Stripes, byli masowo aresztowani i stawiani przed sądem. Później stopniowo zmniejszano rygor prawny, aż w 1989 r. Sąd Najwyższy anulował wszelkie przepisy zakazujące niszczenia flagi. „W tak patriotycznym kraju jak USA była to decyzja bardzo odważna – pisze Wałkuski. – Oznaczała bowiem, że w sporze pomiędzy patriotyzmem a wolnością zwyciężyła wolność”.
Doprowadziła do tego przełomowa decyzja podczas procesu młodego komunisty – skazanego za profanację flagi na rok więzienia i 2000 dolarów grzywny. Po walce stoczonej przez adwokatów Gregory’ego Lee Johnsona, Sąd Najwyższy orzekł, że państwo w celu ochrony ważnych dla siebie symboli nie może używać prawa karnego. „Uważamy, że amerykańska flaga zasługuje na wyjątkowy szacunek w naszym społeczeństwie. Jednak jej pozycja nie zostanie osłabiona, gdy pozwolimy ją niszczyć, albowiem flaga reprezentuje wolność, w tym również wolność wypowiedzi” – napisali sędziowie w uzasadnieniu.
Podobnie rzecz ma się z wolnością słowa. Nie ma mowy o wyrokach czy grzywnach dla ludzi obrażających głowę państwa, senatorów, pastorów czy inne osoby publiczne. Osoba piastująca publiczne stanowisko musi pogodzić się z tym, że może być poddawana krytyce, nawet w najmniej wyszukanych lub wręcz wulgarnych słowach. Członkowie Kościoła Baptystycznego Westboro, których główne motto brzmi „Bóg nienawidzi pedałów”, zasłynęli tym, że podczas pogrzebów amerykańskich żołnierzy organizowali pikiety. Na ich transparentach można było przeczytać hasła typu: „Dziękujemy Bogu za śmierć żołnierzy” albo „W tym miesiącu w Iraku i Afganistanie zginęło sześciu żołnierzy. Czekamy, aż zginie ich sześć tysięcy”. Zrobił się z tego niemały skandal, a w 2007 r. ława przysięgłych sądu federalnego nakazała zapłacić na rzecz ojca jednego z żołnierzy, który wytoczył kościołowi proces, 11 milionów dolarów odszkodowania. W razie utrzymania w mocy wyroku kościół by oczywiście zbankrutował. Po kilku odwołaniach i apelacjach sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten, mimo ogromnej presji ze strony polityków i opinii publicznej, uniewinnił kościół całkowicie stosunkiem głosów 8-1. Uzasadnienie brzmiało tym razem: „Słowo jest potężne. Może skłonić ludzi do działania, wywołać łzy, radość i smutek. Może też, tak jak w tym przypadku, spowodować ogromne cierpienie. Jednak nie jest właściwą reakcją na ból karanie osoby, która wygłasza swoje poglądy. Wolność słowa wymaga ochrony nie tylko poglądów, które nam się podobają ,ale również mowy nienawiści. Tylko w ten sposób zapewnimy swobodę debaty publicznej”.
Inna sprawa, że w amerykańskiej debacie publicznej do rzadkości należą niestosowne słowa i brudne zagrywki. Oczywiście opiera się na umiejętnym wodzeniu za nos politycznego oponenta i znakomitym zespole PR-owym, ale próżno w niej szukać słów znanych doskonale tym, którzy śledzą słowne wyczyny większości polskich polityków. A wiecie czemu? Bo wysokiego standardu rozmowy nie pilnuje sąd, ale sami dziennikarze oraz ich odbiorcy. Chcesz się obrzucać błotem – lądujesz u Jerry’ego Springera albo w brukowych mediach, a nie przy stole, gdzie się rozmawia o poważnych sprawach.
Te dwie sprawy pokazują, jak ważną dla Amerykanów jest kwestia wolności obywatelskiej. Tak zbudowany system prawny nie pozwala policjantom na znane u nas „rutynowe kontrole” policyjne, jeśli kierowca nie łamie przepisów prawa. Pozwala odbywać jazdy w ramach kursu na prawo jazdy u boku przyjaciela-kierowcy bądź kogoś z rodziny, by nie pakować bez potrzeby kasy w ośrodki nauki jazdy. Sprawia, że prawo do posiadania broni, tak krytykowane w Europie, jest dla Amerykanów wyrazem wolności. Tworzy sądy o modelu skargowym, a nie inkwizycyjnym, dzięki czemu skazanego sądzą inni obywatele, a nie sędzia będący przedstawicielem z ramienia państwa.
experymentt.wordpress.com 2013-03-18
Wałkowanie Ameryki
Nietrudno zauważyć, iż niektórzy ludzie mają tendencję do wyrażania opinii w wielu sprawach, o których nie mają pojęcia. Lubią mieć zdanie na każdym temat, nawet kiedy niewiele o czymś wiedzą. Wychodzą z założenia, że lepiej mówić, aby mówić, niżeli robić to z głową. W taki sposób powstają wszelkie uprzedzenia oraz stereotypy, najczęściej krzywdzące i zupełnie niesprawiedliwe. Na szczęście istnieją osoby, które starają się przekazywać sprawdzone informacje, poparte różnorodnymi badaniami, a także własną obserwacją. Do tego grona można zaliczyć Marka Wałkuskiego, który przez wiele lat pracował w Programie Trzecim Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Obecnie jest korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie, co przyczyniło się do powstania książki Wałkowanie Ameryki, będącej przybliżeniem tego, jak wygląda życie w tym kraju.
Stany Zjednoczone to ogromny kraj, cechujący się wielokulturowością oraz różnorodnością etniczną. Marek Wałkuski, za pomocą tej książki, zadaje kłam stereotypom, a niekiedy potwierdza krążące opinie na temat mieszkańców Ameryki. Autor podaje wiele statystyk, a także wyników badań, robiąc to w niezwykle przystępny sposób, aby nie zanudzić czytelnika. Nie przepuszcza żadnej okazji do lepszego poznawania mieszkańców, a obserwowanie ich sprawia mu frajdę. Nawet najzwyklejsza kawiarnia Starbucks jest miejscem, w którym Marek Wałkuski korzysta ze sposobności obcowania z wielokulturową Ameryką, zauważając podobieństwa i różnice między ludźmi, które widać nie tylko w ich wyglądzie czy zamówieniach, podczas dokonywania istotnych wyborów - czarna kawa, a może frappuccino z bitą śmietaną i cynamonowym ciastkiem?
Książka składa się z trzynastu rozdziałów, w których poruszane są niezwykle rozległe kwestie - zaczynając od typowych cech mieszkańców Ameryki oraz ich różnorodności etnicznej, rasowej i religijnej, poprzez tendencję do posługiwania się nieformalnym językiem oraz skrótowcami, kończąc na Polakach mieszkających w Stanach Zjednoczonych, jak również na wszelkich sprawach związanych z jazdą samochodem po amerykańskich ulicach. Autor bardzo skrupulatnie podchodzi do wszelkich zagadnień, jakie porusza, analizując je z niezwykłą spostrzegawczością. Podaje wiele ciekawostek, a także dość istotnych informacji, zwłaszcza dla osób, które mają zamiar odwiedzić ten kraj.
Z różnorodnych badań wynika, iż typowy Amerykanin nazywa się James Smith, ma 177,5 cm wzrostu i waży 88 kg. Natomiast przeciętna mieszkanka Stanów Zjednoczonych ma na imię Jane, waży 74 kg i mierzy 163 cm wzrostu. Ponadto typowy Amerykanin jest dziesięć raz bardziej zadłużony niż typowy Polak, a jego poziom inteligencji wcale nie odbiega od poziomu, jaki reprezentują Europejczycy. Dodatkowo Amerykanie są najczęściej otwarci i pomocni, a ich relacje zazwyczaj przyjmują charakter nieformalny. Mieszkańcy bardzo pilnują równego traktowania, jednocześnie uważając, że ich kraj jest najwspanialszy i żaden inny nie może równać się z USA. Amerykanie mają tendencję do oceniania ludzkiej wartości moralnej przez pryzmat sukcesu ekonomicznego. Tak naprawdę, w Stanach Zjednoczonych nikt nie odbiega od normy z prostego powodu - takiej normy nie ma. Ludzie są przyzwyczajeni do inności, która staje się czymś zupełnie normalnym i zwyczajnym, dlatego nikt nie zaprząta sobie tym głowy.
Niektóre zasady i normy chętnie zobaczyłabym w Polsce, głównie jeśli chodzi o kwestię rozdziału kościoła od państwa, co uważam za coś bardzo potrzebnego w naszym kraju. Bardzo podoba mi się również to, że dzieci obcokrajowców, którzy przybyli do Ameryki, mają w szkole zapewnioną opiekę specjalnej nauczycielki, pomagającej im w aklimatyzacji. Co więcej, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, iż zazdroszczę Amerykanom International House of Pancakes, czyli Międzynarodowego Domu Naleśników, który byłby istnym rajem dla mnie, a szczególnie mojego podniebienia.
Przyznam szczerze, że do Wałkowania Ameryki podchodziłam dość niepewnie, ponieważ nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej lekturze. Przeczuwałam, że będzie to swojego rodzaju poradnik dotyczący tego, jak przeżyć w Ameryce. Cieszę się, że moje przypuszczenia były bezpodstawne i nie sprawdziły się, ponieważ tę książkę czyta się jak dobrą, wciągającą powieść.
Wałkowanie Ameryki to pozycja obowiązkowa dla osób zafascynowanych tym krajem. Natomiast uważam, że nawet ludzie, którzy zawsze dość obojętnie lub negatywnie podchodzili do Stanów Zjednoczonych, znajdą w tej książce wiele interesujących informacji, co sprawi, że łaskawszym okiem spojrzą na ten kraj, wypełniony różnorodnością po brzegi.
Stany Zjednoczone to ogromny kraj, cechujący się wielokulturowością oraz różnorodnością etniczną. Marek Wałkuski, za pomocą tej książki, zadaje kłam stereotypom, a niekiedy potwierdza krążące opinie na temat mieszkańców Ameryki. Autor podaje wiele statystyk, a także wyników badań, robiąc to w niezwykle przystępny sposób, aby nie zanudzić czytelnika. Nie przepuszcza żadnej okazji do lepszego poznawania mieszkańców, a obserwowanie ich sprawia mu frajdę. Nawet najzwyklejsza kawiarnia Starbucks jest miejscem, w którym Marek Wałkuski korzysta ze sposobności obcowania z wielokulturową Ameryką, zauważając podobieństwa i różnice między ludźmi, które widać nie tylko w ich wyglądzie czy zamówieniach, podczas dokonywania istotnych wyborów - czarna kawa, a może frappuccino z bitą śmietaną i cynamonowym ciastkiem?
Książka składa się z trzynastu rozdziałów, w których poruszane są niezwykle rozległe kwestie - zaczynając od typowych cech mieszkańców Ameryki oraz ich różnorodności etnicznej, rasowej i religijnej, poprzez tendencję do posługiwania się nieformalnym językiem oraz skrótowcami, kończąc na Polakach mieszkających w Stanach Zjednoczonych, jak również na wszelkich sprawach związanych z jazdą samochodem po amerykańskich ulicach. Autor bardzo skrupulatnie podchodzi do wszelkich zagadnień, jakie porusza, analizując je z niezwykłą spostrzegawczością. Podaje wiele ciekawostek, a także dość istotnych informacji, zwłaszcza dla osób, które mają zamiar odwiedzić ten kraj.
Z różnorodnych badań wynika, iż typowy Amerykanin nazywa się James Smith, ma 177,5 cm wzrostu i waży 88 kg. Natomiast przeciętna mieszkanka Stanów Zjednoczonych ma na imię Jane, waży 74 kg i mierzy 163 cm wzrostu. Ponadto typowy Amerykanin jest dziesięć raz bardziej zadłużony niż typowy Polak, a jego poziom inteligencji wcale nie odbiega od poziomu, jaki reprezentują Europejczycy. Dodatkowo Amerykanie są najczęściej otwarci i pomocni, a ich relacje zazwyczaj przyjmują charakter nieformalny. Mieszkańcy bardzo pilnują równego traktowania, jednocześnie uważając, że ich kraj jest najwspanialszy i żaden inny nie może równać się z USA. Amerykanie mają tendencję do oceniania ludzkiej wartości moralnej przez pryzmat sukcesu ekonomicznego. Tak naprawdę, w Stanach Zjednoczonych nikt nie odbiega od normy z prostego powodu - takiej normy nie ma. Ludzie są przyzwyczajeni do inności, która staje się czymś zupełnie normalnym i zwyczajnym, dlatego nikt nie zaprząta sobie tym głowy.
Niektóre zasady i normy chętnie zobaczyłabym w Polsce, głównie jeśli chodzi o kwestię rozdziału kościoła od państwa, co uważam za coś bardzo potrzebnego w naszym kraju. Bardzo podoba mi się również to, że dzieci obcokrajowców, którzy przybyli do Ameryki, mają w szkole zapewnioną opiekę specjalnej nauczycielki, pomagającej im w aklimatyzacji. Co więcej, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, iż zazdroszczę Amerykanom International House of Pancakes, czyli Międzynarodowego Domu Naleśników, który byłby istnym rajem dla mnie, a szczególnie mojego podniebienia.
Przyznam szczerze, że do Wałkowania Ameryki podchodziłam dość niepewnie, ponieważ nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej lekturze. Przeczuwałam, że będzie to swojego rodzaju poradnik dotyczący tego, jak przeżyć w Ameryce. Cieszę się, że moje przypuszczenia były bezpodstawne i nie sprawdziły się, ponieważ tę książkę czyta się jak dobrą, wciągającą powieść.
Wałkowanie Ameryki to pozycja obowiązkowa dla osób zafascynowanych tym krajem. Natomiast uważam, że nawet ludzie, którzy zawsze dość obojętnie lub negatywnie podchodzili do Stanów Zjednoczonych, znajdą w tej książce wiele interesujących informacji, co sprawi, że łaskawszym okiem spojrzą na ten kraj, wypełniony różnorodnością po brzegi.
Sylwuch.blogspot.com 2013-03-27
Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków
Parę słów o książce, która sprawiła, że spojrzałam pod innym kontem na swoje cele i zauważyłam błędy w dążeniu do ich realizacji..
Anna Kuraszyńska, autorka książki "Nawyk wytrwałości - jak go wykształcić metodą małych kroków" ukończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim psychologię stosowaną. Opiera się w swojej pracy zawodowej na nurcie humanistycznym i behawioralno-poznawczym. Chce podnieść ludziom jakość życia i wydobyć pełny potencjał. Propaguje strategię małych kroków.
Książka podzielona jest na rozdziały:
Wstęp: Dlaczego nie udaje nam się zmienić?
I. Realizacja celów oparta na strategii małych kroków.
II. Wyjście z nałogu.
III. Idealne ciało.
IV. Wymarzona praca.
V. Szczęśliwe związki.
Zakończenie: Żucie w dualistycznym świecie.
Podziękowanie
O autorce.
Przede wszystkim znajdziesz tutaj 10 złotych zasad, które pomogą Ci wykształcić w sobie nawyk wytrwałości. Są one dokładnie, krok po kroku opisane i omówione.
Już wstęp bardzo mnie zainteresował. Autorka odpowiada nam na pytanie, które często sami sobie zadajemy, mianowicie: Dlaczego nie udaje nam się zmienić? Przedstawia schemat postępowania, który na pewno dotyczy wielu z nas. Najpierw bardzo czegoś pragniemy, chcemy coś w życiu zmienić.. Po pewnym czasie, gdy napotykamy trudności, entuzjazm mija. Robimy jeden mały wyjątek, potem kolejny.. I następny. Trudno wrócić nam na właściwą drogę i ostatecznie poddajemy się, ponosimy porażkę. Tracimy poczucie własnej wartości. Czasem bywa, że ponownie wstępuje w nas nadzieja. Kolejny raz wyznaczamy cel, kolejny raz ponosimy porażkę. Wpadamy w błędne koło..
...A przecież możemy dążyć do celu z uśmiechem na twarzy, z przyjemnością, z poczuciem, że osiągniemy go bez trudu. Tylko pytanie, jak tego dokonać? Na to pytanie odpowiada w swojej książce Anna Kuraszyńska. Porusza one kwestię osiągnięcia celu techniką małych kroków. Nie możemy popadać w skrajności, nadmierna motywacja nie jest dobra, tak samo jak jej brak. Entuzjazm może pomóc nam w osiągnięciu zamierzonego celu, jednak czasem sprawia, że oczekujemy od siebie zbyt wiele, narzucamy zbyt szybkie tempo i w efekcie ponosimy porażkę.
W książce opisana jest świetna metoda, dzięki której zbudujemy własny plan działania i osiągniemy cel z uśmiechem na twarzy.. Potrzeba tylko trochę czasu, kartki i długopisu, żeby zaplanować sposób postępowania, opisać kolejne kroki. Trzeba cierpliwości, przygotowania się na przeszkody, nauczyć się umiejętnie pokonywać opór, radzić sobie z sytuacjami życiowymi wywołującymi stres oraz z utratą motywacji. Autorka bardzo zrozumiale tłumaczy nam jak postępować, żeby to wszystko osiągnąć, jak zmobilizować się do działania.
Jednym z celów, które sobie stawiamy może być wyjście z nałogu. Chcemy pozbyć się tego ciężaru szybko, rzucamy palenie z dnia na dzień, trwamy w postanowieniu dzień, dwa, tydzień, miesiąc.. A potem uzależnienie powraca do nas jak bumerang. Co robić w takiej sytuacji? Odpowiedz sobie na pytanie:
Czy nie oczekujesz od siebie zbyt wiele? Czy nie stawiasz sobie za wysokich wymagań?
Także w tym wypadku sprawdza si ę metoda małych kroków o której pisze Anna Kuraszyńska. Przypomnimy sobie jakie były początki naszego nałogu.. Przecież nawyk ( np. palenia papierosów) nie pojawił się z naszym życiu nagle. Zaczęliśmy od jednego papierosa, potem drugi i następny. Uzależnienie wkraczało w naszą codzienność powoli, przez dni, miesiące, lata. I takim samym sposobem trzeba go wyeliminować. Nie da się rzucić palenia z dnia na dzień. Jeśli masz problem z nałogiem zapoznaj się z drugim rozdziałem książki. Anna Kuraszyńska przygotowała schemat procesu wyjścia z nałogu, który na pewno Cię zainteresuje.
Diety. Ile słyszymy o odchudzaniu i cudownych tabletkach, które tak naprawdę niekorzystnie wpływają na nasze zdrowie. Tak, racja - dzięki tym sposobom szybko schudniemy.. Ale jeśli będziemy mieli szczęście po paru tygodniach nie przytyjemy drugie tyle.;)
Po przeczytaniu "Nawyku wytrwałości" zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga. Nie można narzucać sobie zbyt szybkiego tępa. Krok po kroku rezygnować z tłustych potraw, ze słodyczy. Nie na raz! :) W tej kwestii Anna Kuraszyńska także opracowała świetną metodę, poruszyła kwestię produktów, które powinniśmy spożywać, określiła także ich ilość. Najważniejsze: Mamy zaakceptować siebie, chudnąć z uśmiechem na twarzy, czerpać przyjemność z jedzenia, ćwiczyć tak, by sprawiało nam to radość.:)
W książce znajdują się sposoby jak pokonać przeszkody takie jak: niecierpliwość, brak szczerości w stosunku do siebie, negatywny stosunek w stosunku do swojego ciała, lęk przed byciem nielubianym, niechęć do planowania i przygotowywania posiłków. Napisana jest zrozumiale, prostym językiem. Autorka posługuje się wieloma obrazowymi porównaniami. Czyta się bardzo szybko, minie zajęło to jeden wieczór, a wyniosłam z treści bardzo dużo. W każdym rozdziale występują motywujące cytaty:
"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest takie fascynujące."
Paulo Coelho
"Człowiek staje się tym, o czym przez większość czasu myśli."
Ralph Waldo Emerson
"Zacznij swoją drogę teraz, użyj tego co masz, zrób co możesz."
Arthur Ashe
"Kochaj ludzi. Wykorzystuj rzeczy. Nigdy na odwrót."
Steven Scott.
"Każdy wielki sukces jest triumfem uporu."
Sigmund Graff
"To nie Twoje ciało jest brzydkie, tylko Twoje myśli o nim."
Ewa Foley
"Samodyscyplina to nawyk robienia rzeczy we właściwym czasie, bez względu na to, czy mamy ochotę, czy nie."
Brian Tracy
Dzięki tej książce można się dowiedzieć jak walczyć ze stresem, jak wyrobić w sobie wytrwałość, jak zdobyć wymarzoną pracę, co zrobić, żeby być szczęśliwą wśród innych ludzi. Podoba mi się sposób autorki na pokonywanie przeszkód: Wypisujemy na kartce, przez co nie możemy wykonać określonego zadania (np. nauki języka obcego, czy ćwiczeń). Jakie są tego powody: Nie chce mi się? Nie mam czasu? I gdy tylko nasunie nam się taka myśl, po prostu wstajemy i wykonujemy zadanie. Dzięki temu widzimy co nas powstrzymuje, przez co tracimy motywację. Najważniejsze, żeby wyrobić w sobie nawyk wytrwałości, wcześniej przygotowywać się do działania, zrobić listę wymówek, obiecać sobie nagrodę za wykonanie, powtarzać w duchu, że wszystko co wartościowe wymaga pracy i wysiłku.
Anna Kuraszyńska, autorka książki "Nawyk wytrwałości - jak go wykształcić metodą małych kroków" ukończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim psychologię stosowaną. Opiera się w swojej pracy zawodowej na nurcie humanistycznym i behawioralno-poznawczym. Chce podnieść ludziom jakość życia i wydobyć pełny potencjał. Propaguje strategię małych kroków.
Książka podzielona jest na rozdziały:
Wstęp: Dlaczego nie udaje nam się zmienić?
I. Realizacja celów oparta na strategii małych kroków.
II. Wyjście z nałogu.
III. Idealne ciało.
IV. Wymarzona praca.
V. Szczęśliwe związki.
Zakończenie: Żucie w dualistycznym świecie.
Podziękowanie
O autorce.
Przede wszystkim znajdziesz tutaj 10 złotych zasad, które pomogą Ci wykształcić w sobie nawyk wytrwałości. Są one dokładnie, krok po kroku opisane i omówione.
Już wstęp bardzo mnie zainteresował. Autorka odpowiada nam na pytanie, które często sami sobie zadajemy, mianowicie: Dlaczego nie udaje nam się zmienić? Przedstawia schemat postępowania, który na pewno dotyczy wielu z nas. Najpierw bardzo czegoś pragniemy, chcemy coś w życiu zmienić.. Po pewnym czasie, gdy napotykamy trudności, entuzjazm mija. Robimy jeden mały wyjątek, potem kolejny.. I następny. Trudno wrócić nam na właściwą drogę i ostatecznie poddajemy się, ponosimy porażkę. Tracimy poczucie własnej wartości. Czasem bywa, że ponownie wstępuje w nas nadzieja. Kolejny raz wyznaczamy cel, kolejny raz ponosimy porażkę. Wpadamy w błędne koło..
...A przecież możemy dążyć do celu z uśmiechem na twarzy, z przyjemnością, z poczuciem, że osiągniemy go bez trudu. Tylko pytanie, jak tego dokonać? Na to pytanie odpowiada w swojej książce Anna Kuraszyńska. Porusza one kwestię osiągnięcia celu techniką małych kroków. Nie możemy popadać w skrajności, nadmierna motywacja nie jest dobra, tak samo jak jej brak. Entuzjazm może pomóc nam w osiągnięciu zamierzonego celu, jednak czasem sprawia, że oczekujemy od siebie zbyt wiele, narzucamy zbyt szybkie tempo i w efekcie ponosimy porażkę.
W książce opisana jest świetna metoda, dzięki której zbudujemy własny plan działania i osiągniemy cel z uśmiechem na twarzy.. Potrzeba tylko trochę czasu, kartki i długopisu, żeby zaplanować sposób postępowania, opisać kolejne kroki. Trzeba cierpliwości, przygotowania się na przeszkody, nauczyć się umiejętnie pokonywać opór, radzić sobie z sytuacjami życiowymi wywołującymi stres oraz z utratą motywacji. Autorka bardzo zrozumiale tłumaczy nam jak postępować, żeby to wszystko osiągnąć, jak zmobilizować się do działania.
Jednym z celów, które sobie stawiamy może być wyjście z nałogu. Chcemy pozbyć się tego ciężaru szybko, rzucamy palenie z dnia na dzień, trwamy w postanowieniu dzień, dwa, tydzień, miesiąc.. A potem uzależnienie powraca do nas jak bumerang. Co robić w takiej sytuacji? Odpowiedz sobie na pytanie:
Czy nie oczekujesz od siebie zbyt wiele? Czy nie stawiasz sobie za wysokich wymagań?
Także w tym wypadku sprawdza si ę metoda małych kroków o której pisze Anna Kuraszyńska. Przypomnimy sobie jakie były początki naszego nałogu.. Przecież nawyk ( np. palenia papierosów) nie pojawił się z naszym życiu nagle. Zaczęliśmy od jednego papierosa, potem drugi i następny. Uzależnienie wkraczało w naszą codzienność powoli, przez dni, miesiące, lata. I takim samym sposobem trzeba go wyeliminować. Nie da się rzucić palenia z dnia na dzień. Jeśli masz problem z nałogiem zapoznaj się z drugim rozdziałem książki. Anna Kuraszyńska przygotowała schemat procesu wyjścia z nałogu, który na pewno Cię zainteresuje.
Diety. Ile słyszymy o odchudzaniu i cudownych tabletkach, które tak naprawdę niekorzystnie wpływają na nasze zdrowie. Tak, racja - dzięki tym sposobom szybko schudniemy.. Ale jeśli będziemy mieli szczęście po paru tygodniach nie przytyjemy drugie tyle.;)
Po przeczytaniu "Nawyku wytrwałości" zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga. Nie można narzucać sobie zbyt szybkiego tępa. Krok po kroku rezygnować z tłustych potraw, ze słodyczy. Nie na raz! :) W tej kwestii Anna Kuraszyńska także opracowała świetną metodę, poruszyła kwestię produktów, które powinniśmy spożywać, określiła także ich ilość. Najważniejsze: Mamy zaakceptować siebie, chudnąć z uśmiechem na twarzy, czerpać przyjemność z jedzenia, ćwiczyć tak, by sprawiało nam to radość.:)
W książce znajdują się sposoby jak pokonać przeszkody takie jak: niecierpliwość, brak szczerości w stosunku do siebie, negatywny stosunek w stosunku do swojego ciała, lęk przed byciem nielubianym, niechęć do planowania i przygotowywania posiłków. Napisana jest zrozumiale, prostym językiem. Autorka posługuje się wieloma obrazowymi porównaniami. Czyta się bardzo szybko, minie zajęło to jeden wieczór, a wyniosłam z treści bardzo dużo. W każdym rozdziale występują motywujące cytaty:
"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest takie fascynujące."
Paulo Coelho
"Człowiek staje się tym, o czym przez większość czasu myśli."
Ralph Waldo Emerson
"Zacznij swoją drogę teraz, użyj tego co masz, zrób co możesz."
Arthur Ashe
"Kochaj ludzi. Wykorzystuj rzeczy. Nigdy na odwrót."
Steven Scott.
"Każdy wielki sukces jest triumfem uporu."
Sigmund Graff
"To nie Twoje ciało jest brzydkie, tylko Twoje myśli o nim."
Ewa Foley
"Samodyscyplina to nawyk robienia rzeczy we właściwym czasie, bez względu na to, czy mamy ochotę, czy nie."
Brian Tracy
Dzięki tej książce można się dowiedzieć jak walczyć ze stresem, jak wyrobić w sobie wytrwałość, jak zdobyć wymarzoną pracę, co zrobić, żeby być szczęśliwą wśród innych ludzi. Podoba mi się sposób autorki na pokonywanie przeszkód: Wypisujemy na kartce, przez co nie możemy wykonać określonego zadania (np. nauki języka obcego, czy ćwiczeń). Jakie są tego powody: Nie chce mi się? Nie mam czasu? I gdy tylko nasunie nam się taka myśl, po prostu wstajemy i wykonujemy zadanie. Dzięki temu widzimy co nas powstrzymuje, przez co tracimy motywację. Najważniejsze, żeby wyrobić w sobie nawyk wytrwałości, wcześniej przygotowywać się do działania, zrobić listę wymówek, obiecać sobie nagrodę za wykonanie, powtarzać w duchu, że wszystko co wartościowe wymaga pracy i wysiłku.
czytamysobie.blogspot.com 92ana, 2013-02-27
Adobe Photoshop CS6/CS6 PL. Oficjalny podręcznik
Pierwsza rzecz, jaką zauważy choć trochę wnikliwy czytelnik, to brak autora. Książka ta jest tak bardzo oficjalnym podręcznikiem, że autor nie jest wymieniony, podobnie jak to się robi w przypadku programowych plików „Pomocy". Przypomina też nieco takie pliki: nie ma w niej żadnych większych projektów, tylko same pojedyncze kwestie, związane z wykorzystaniem konkretnych narzędzi. Widać, że służy bardziej do pokazania, jak co działa w Photoshopie, a nie do tego, jak zrobić to, co sobie ewentualny czytelnik umyślił. Na ile udało mi się stwierdzić, wszystko, o czym tam piszą, działa tak jak piszą. Niektóre zalecenia są jednak co najmniej dziwne - na przykład to, żeby zaczynać pracę od zresetowania ustawień Photoshopa albo zawsze na początku otwierać Bridge. Można tak robić, ale czy te zalecenia są pomocne?
Digital Foto Video 2013-04-01