ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Może (morze) wróci

Polityka ma wpływ nie tylko na ludzi, ale także na środowisko naturalne, w którym żyją. Bartek Sabela przekonał się o tym, podróżując do Uzbekistanu, jak kiedyś Ryszard Kapuściński.

Sabela jest z zawodu architektem, projektantem wnętrz. A jego pasją są wspinaczki wysokogórskie. Ale przed dwoma laty zamiast w góry, wybrał się nad ... morze. Nad Jezioro Aralskie zwane Morzem Aralskim lub po prostu Aralem, które znika na skutek katastrofy ekologicznej, spowodowany przez arogancję totalitarnej władzy i gospodarkę byłego ZSRR.

Jeszcze w latach 60. XX wieku jezioro było czwartym, co do wielkości na świecie, po Morzu Kaspijskim, amerykańskim Jeziorze Górnym i afrykańskim Jeziorze Wiktorii. Miało powierzchnię 68 478 km kw. prawie tyle, ile zajmuje cała Republika Czeska. Okolice Aralu były zieloną wyspą Azji Środkowej, zasilaną rzekami – Amu-Darią i Syr-Darią. Rosło tam 90 procent lasów regionu i żyło ponad 170 gatunków zwierząt.

Trudno uwierzyć, że pół wieku później Jezioro Aralskie skurczyło się do 90 proc. powierzchni, zamieniając w apokaliptyczną słoną pustynię. Zaczęło od planu Chruszczowa kolonizacji stepów. Założono na nich plantacje bawełny. Sowieccy planiści uznali, że morze na środku pustyni nie jest potrzebne i rozpoczęli rozbudowę systemów irygacyjnych na pustyniach Karakum i Kyzyłkum.

Źle zaplanowane i wykonane kanały sprawiły, że 70 procent wody z rzek wsiąkało w glebę, nie docierając ani do upraw, ani do morza, które zasilały. W efekcie Amu-daria i Syr –daria rozpływają się w piaskach pustyni. A resztki jeziora dzielą się dziś na dwa niewielkie zbiorniki, w których nie ma już żadnego życia, bo dramatycznie wzrosło zasolenie wody. Kutry rybackie już nie pływają po Aralu. Z pobliskich miast ludzie uciekają, jak z Mujnaku, który na przełomie lat 80/90. liczył jeszcze ponad 120 tys. mieszkańców (wówczas był tam Ryszard Kapuściński). Teraz zostało kilkuset mieszkańców.

Odpowiedź, co należałoby zrobić, żeby uratować Morze Aralskie z pozoru wydaje się prosta. Zracjonalizować gospodarkę wodną, uszczelniając kanały irygacyjne i modyfikując uprawy bawełny tak, by potrzebowały mniej wody. Niestety, znów wtrąca się polityka. Problemem państw Azji powstałych po rozpadzie ZSRR są konflikty i rywalizacja. Aby ratować system hydrologiczny potrzebna byłaby współpraca Turkmenistanu, Uzbekistanu, Kazachstanu, Kirgistanu i Tadżykistanu.

Książka Sabeli to połączenie dwóch gatunków: świetnego reportażu, gdy pisze o Morzu Aralskim i nieocenionego przewodnika, kiedy prowadzi nas po innych terenach Uzbekistanu, od Taszkientu, przez miasta dawnego Szlaku Jedwabnego – Samarkandę, Bucharę do stepu i delty Amu-darii, gdzie życie, jak krajobraz, jest o wiele surowsze. Autor podróżował sam, co zbliżało go do mieszkańców. Jak zresztą zauważa, Uzbecy czują dużą solidarność z Polakami ze względu na trudną historię z Rosją.

A tym, którzy chcieliby się porwać na podobną przygodę radzi:

- Człowiek z Zachodu wrzucony we wschodnią rzeczywistość musi się pozbyć wszystkich stereotypów, uprzedzeń i przyzwyczajeń. I przede wszystkim pokonać swoją nieufność....
Rzeczpospolita Monika Kuc, 2013-03-23

Jogasutry Patańdźalego. Techniki medytacji i metafizyczne aspekty jogi

Wydanie Jogasutr Patańdżalego w przekładzie Chipa Hartranfta stanowi ważne wydarzenie w polskim świecie jogi. Mogę je polecić zarówno początkującym, chcącym poznać istotę jogi, jak również „starym” joginom i joginkom, mającym za sobą już wiele wiele samadhi. Dla pierwszych będzie to bardzo dobre wprowadzenie do nie najłatwiejszego tekstu, jakim są Jogasutry, drugim pozwoli usystematyzować wiedzę oraz pomoże zinterpretować doświadczenie zdobyte na ścieżce jogi.

Jogasutry, będące podstawowym tekstem jogi klasycznej, stanowią mapę wewnętrznego świata, po którym wędruje jogin. Niestety, nie wystarczy mieć dobrą mapę. Aby z niej skorzystać, trzeba jeszcze umieć ją odczytać. Odczytania i zrozumienia Jogasutr nie ułatwia fakt, że powstały one niemal dwa milenia temu, na innym kontynencie, w innej kulturze, w innych warunkach. I choć wartość Jogasutr jest ponadczasowa, to aby ją dostrzec, a potem odnieść korzyść z praktyki jogi, potrzebujemy objaśnienia i wprowadzenia do tego tekstu.

Hartranft jest nie tylko nauczycielem jogi w nurcie Krysznamaczarji, ale również nauczycielem medytacji buddyjskiej. Dzięki tej niezwykłej kombinacji kwalifikacji jest on w stanie nadać swojej prezentacji Jogasutr świeży, a jednocześnie nieignorujący tradycji charakter.

Ten przekład Jogasutr razem z komentarzem stanowią zwartą, przejrzystą całość, który dobrze się czyta. Autor nie atakuje nieprzygotowanego czytelnika ani hermetycznym językiem, ani zawiłościami filozofii jogi. Język jest przejrzysty, a pojęcia są wprowadzane systematycznie wraz z objaśnieniami. Również pomocą służy redakcja polskiego tłumaczenia, która zaopatrzyła tekst w dodatkowe objaśnienia.

Mimo to, że Hartranft praktykuje zarówno współczesną formę hatha jogi, jak i medytację buddyjską, to nie próbuje zrobić z Jogasutr ani traktatu na temat ćwiczenia asan, ani nie robi z Ptańdżalego buddysty. Nie interpretuje też Jogasutr w obcym dla nich duchu metafizyki adwaita wedanty, co jest szczególnie częste wśród indyjskich autorów piszących na temat jogi.

Hindusi są również znani ze swego swobodnego podejścia do historii, na której temat zwykli czerpać wiedzę częściej z wielkich eposów, Ramajany i Mahabharaty, niż z kronik i zapisków historycznych. Część osób praktykujących jogę bezkrytycznie przyjmuje tego typu podejście, ale nie Hartranft, który jasno przedstawia różnicę pomiędzy jogą klasyczną a parę wieków młodszą hathajogą, np. w przypadku praktyki asan i pranajamy.

Nie on pierwszy zauważa też bliskie związki Jogasutr z kilkaset lat starszą nauką Buddy. Uwzględnienie historii w opisie jogi bardzo ułatwia zrozumienie przekazu tych, którzy podążali po bezdrożach jogi przed nami, oraz wprowadza dużo ładu w tradycję jogi, w innym wypadku, chaotyczną i trudną do zrozumienia.

Nie każdy musi zgodzić się z wyborami autora odnośnie pracy z tekstem Jogasutr, jak i interpretacji medytacji w jodze, jednak tym, co udało mu się osiągnąć, jest spójny przekaz stanów medytacyjnych oraz praktyk jogicznych. To niezwykle istotne – przedstawiona interpretacja jest najwyraźniej poparta osobistym doświadczeniem samego autora.

Wartościowe są również posłowie, jak i dodatki do tłumaczonego tekstu. Posłowie zatytułowane „Jogasutry w dzisiejszych czasach” wskazuje szczególnie istotne obszary, na które współczesny czytelnik powinien zwrócić uwagę. Hartranft dzieli się w nim swoimi spostrzeżeniami na temat m.in. hathajogi, współczesnej nauki czy buddyzmu.

Świadom historycznych zawiłości jogi oraz trudności w interpretacji samych Jogasutr, Hartranft dzieli się swoimi przemyśleniami na temat natury tego tekstu oraz metodologi, jaką przyjął w jego tłumaczeniu i interpretacji. W efekcie otrzymujemy nie tyle techniczną interpretację dzieła, ale tekst znacznie łatwiejszy w odbiorze w języku, na który jest tłumaczony. Istotne są również rozważania Hartranfta na temat podstawowych pojęć jogi, takich jak purusza czy samadhi, gdzie doświadczenie medytacyjne za każdym razem służy za podstawę interpretacji.

Zdaniem Hartranfta największą trudność w odbiorze Jogasutr może stanowić to, że większość czytelników nie ma zbyt wielkiego doświadczenia w praktyce medytacji. W takim wypadku grozi to redukcją przekazu Jogasutr do nie zawsze zgrabnej filozofii, wymagającej jedynie gimnastyki intelektualnej, a nie podróży do wnętrza, poza horyzont umysłu. Zamiast doświadczyć tej przygody, będziemy jedynie błądzić palcem po pięknie zdobionej mapie.

Pisząc ten tekst, cały czas miałem w głowie obraz opowieści, która rozpalała moją wyobraźnię, gdy byłem nastolatkiem, i ostatnio została zekranizowana: Hobbit, Czyli tam i z powrotem. W Hobbicie mamy podobną sytuację: jest mapa, którą trudno odczytać i zinterpretować; jest niebezpieczna wyprawa w nieznane; są trole, gobliny i jest smok. Jednak żadna z tych przeciwności nie powstrzyma śmiałków przed odzyskaniem ich własnego dziedzictwa i skarbu.

Żeby zdobyć skarb, najpierw potrzebujesz mapy!
jogasutry.pl Piotr Marcinów

Kuloodporne strony internetowe. Jak poprawić elastyczność z wykorzystaniem XHTML-a i CSS. Wydanie III

Dla kogo jest ta książka?

Na wstępie muszę zaznaczyć, że skróciłem trochę tytuł książki, ponieważ jest on dość długi. Pełny polski tytuł to:
Kuloodporne strony internetowe. Jak poprawić elastyczność z wykorzystaniem XHTML-a i CSS.

Wydanie III

W tym momencie należy się jednak kolejne wyjaśnienie, a raczej sprostowanie, ponieważ oryginalny tytuł brzmi:
Bulletproof Web Design: Improving flexibillity and protecting against worst-case scenarios with HTML5 and CSS3 (3rd Edition)

Jak widać w naszym tytule wkradł się mały chochlik, a sama książka wydane w oryginalne w zeszłym roku dotyczy oczywiście HTML5 i CSS3, a nie XHTMLa.

Wróćmy jednak do odpowiedzi na kluczowe pytanie zadane w tym akapicie. Tak więc książka ta, jest najogólniej mówiąc skierowana dla każdego webmastera. Nie jest to kolejny podręcznik do nauki HTMLa, ale raczej poradnik opisujący w jaki sposób opracować kuloodporne rozwiązania we własnej witrynie. Tytułowe kuloodporne strony to przede wszystkim serwisy nastawione na szeroko rozumianą elastyczność. Z pomocą tej książki będziemy więc w stanie przygotować idealnie skalowalne strony działające w zbliżony sposób na rozmaitych przeglądarkach odpalanych na dowolnym urządzeniu. Wkraczamy tutaj również na grunt niezwykle popularnego ostatnio responsive designu.

Oczywiście osoby mocno zaznajomione z tematem wyniosą z tej książki najmniej, ale muszę osobiście przyznać, że kilka aspektów i podejść zaprezentowanych przez autora trochę mnie zaskoczyło.

Zawartość

Całość materiału została zapisana na kartach dziewięciu rozdziałów, z czego 8 prezentuje konkretne zagadnienia tematyczne, natomiast ostatni spaja to wszystko w jedną logiczną całość. Książka napisana jest prostym i przyjemnym językiem, okraszona odpowiednią dozą kodów źródłowych oraz zrzutów ekranowych.

Istotnym elementem są liczne uwagi umieszczana na bokach stron, które mówią nam na co warto szczególnie zwrócić uwagę w przypadku omawianego materiału. Tytułową kuloodporność autor bierze sobie na serio, skupiając się nawet na starszych wersjach przeglądarki Internet Explorer. Z pewnością docenią ten fakt osoby, których strony muszą być dostępne pod praktycznie każdą przeglądarką, którą można znaleźć obecnie na rynku.

Sama książka skupia się głównie na rozwiązaniach opartych na HTML5 oraz CSS3. W pewnym sensie jest to opowieść o tym jak stosować kaskadowe arkusze styli, by strona zawsze wyglądała w zbliżony sposób. Autor duży nacisk stawia na stosowanie jednostek względnych oraz rozwiązań, które pozwalają np. na bezproblemowe powiększenie tekstu strony bez popsucia reszty interfejsu. Jest to obecnie dość duży problem, który powoli zaczyna powracać m.in. za sprawą wspomnianego wcześniej responsive designu.

Podsumowanie

Kuloodporne strony internetowe. Jak poprawić elastyczność z wykorzystaniem XHTML-a i CSS. Wydanie III to książka, która nie jest typowym podręcznikiem HTML oraz CSS, ale jest to bardziej próba nauczenia nas nieszablonowego podejścia w tworzeniu stron. Dobrą stronę nie wystarczy tylko sprawdzić na kilku popularnych przeglądarkach, ale należy ją przygotować w taki sposób, by była zgodna ze standardami, elastyczna i wyświetlała się równie dobrze na dowolnym urządzeniu, przeglądarce oraz rozdzielczości. Najogólniej mówiąc, Twoja witryna powinna być w miarę możliwości kuloodporna.

P.S. Oczywiście inne wymagania mają proste blogi, a inne strony rządowe czy banków, warto również o tym pamiętać i w pewnych aspektach zachować jednak umiar ;-)
altcontroldelete.pl Jerzy Piechowiak, 2013-03-24

Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Kolejne wskazówki

Książek o zarządzaniu czasem jest naprawdę wiele. Żyjąc w ciągłym pędzie, nieustannej gonitwie, kupiłem kilka z nich aby jakoś uporządkować moje działania. Większość z nich opiera się na standardowych poradach, polegających na odłączeniu się od sieci, wybieraniu konkretnych godzin na odpisywanie na maile itp. „Lifehacker” był zatem kolejną już pozycją, o takiej tematyce, która trafiła do moich rąk. Gdy rozpocząłem jej lekturę poczułem jakby ta książka pisana była konkretnie do mnie. Poznając strona po stronie ciekawe wskazówki, zrozumiałem jak nie wiele trzeba aby wiele zmienić! Wystarczy zapał i… komputer. Najlepiej z systemem OSX.

Komputery pomagają nam w coraz to większej liczbie domowych obowiązków. Za ich pomocą opłacamy rachunki, robimy zakupy, czytamy informacje. Często jednak wykonywanie takich operacji pochłania długie godziny. I co dziwne, nie przyśpiesza tego nawet wzrost prędkości Internetu. Czemu? Ulegamy różnorakim „przeszkadzajkom”, które odciągają nas od głównych zadań. Wraz ze wzrostem popularności sieci, ich liczba stale rośnie, a my coraz łatwiej dajemy się skusić. Książka „Lifehacker Jak żyć i pracować z głową” pokazuje wprost jak wykorzystać czas, który mamy.

Lifehacker to nie typowa książka z nakazami i zakazami, dotyczącymi zasad dobrego życia. To zbiór porad, wskazówek, które na konkretnych przykładach pokazują jak i co warto by zmienić w swoim postępowaniu. Co ważne, autorzy nie nakłaniają do stosowania się do wszystkich rad – wręcz przeciwnie: polecają czytelnikowi wybranie tych, które tyczą się konkretnie jego problemu, a pozostałe rozdziały pozostawić na przyszłość. Przytoczę jeden z przykładów: sztuka robienia notatek. Już od kilku lat, w punktach wypisuję sobie listę czynności, którą mam wykonać. Do tej pory, skupiałem się na bardziej ogólnych poleceniach: „Spakuj telefon do wysłania”, „Zrób porządek na dysku”. Są to czynności zajmujące sporo czasu, zatem gdy dysponowałem 5 – 10 minutami czasu wolnego, zwykle traciłem go bezczynnie. Za radą Lifehackera, „rozbiłem” duże zadania na mniejsze np. „Wydrukuj adres do klienta z Allegro”, „Przynieś ze strychu pudełko na telefon” czy „Przenieś katalog zdjęcia na dysk USB”. Tym samym lista jest sporo dłuższa, ale dużo łatwiejsza. Mogę zająć się realizacją pojedynczych punktów, mając raptem chwilę wolnego czasu.

To oczywiście przykład z dziedziny życia ogólnego. Sam Lifehacker opiera się jednak w sporej części na przyśpieszaniu pracy przy komputerze. Co ważne wszelkie porady są pisane w bardzo prostym stylu, że nawet komputerowy laik da sobie z nimi radę. Adam Pash i Gina Trapani krok po kroku pokazują narzędzia, które mogą uniemożliwić nam rozproszenie w codziennej pracy, czy wykonywanie codziennych operacji. Tym co bardzo mnie zaskoczyło, był fakt dotyczący tego ile wskazówek, dedykowanych jest użytkownikom OSX. Gdy pierwsza część Lifehackera trafiła w moje ręce, korzystałem już z iMaca i iPada. Szukałem wtedy porad jak jeszcze lepiej wykorzystać te platformy. I udało mi się to znaleźć właśnie w tej książce, chociaż naprawdę się tego nie spodziewałem. W ostatnim rozdziale, prawie 30 stron poświęconych jest aplikacjom i trickom dostępnych wyłącznie dla systemu Apple.

Gdy dowiedziałem się zatem, że pojawiła się druga część tej jakże ciekawej lektury, bez wahania zdecydowałem się ją kupić. Z niecierpliwością oczekiwałem na listonosza, który miał dostarczyć mi kolejny pakiet ciekawych wskazówek. Przez osiem miesięcy, jakie minęło odkąd przeczytałem tom pierwszy, zdążyłem zupełnie zrezygnować z Windows, Androida i niemalże całkowicie zamknąć się w Apple’owym świecie.

Okazało się, że zostałem po raz kolejny bardzo zaskoczony. Drugi tom „Lifehackera”, to przede wszystkim zbiór porad, dla użytkowników Androida i Windows! Autorzy skupiają się na jeszcze lepszym wykorzystaniu platform mobilnych, niemalże zupełnie pomijając przy tym rozwiązania, dostępne wyłącznie dla użytkowników iOS. Oczywiście nie oznacza to, że korzystający z mobilnej architektury Apple nie znajdą w tej książce nic dla siebie. Większość opisanych programów dostępnych jest dla dwóch najpopularniejszych platform na rynku. Choć są i takie, które wymagają „złamanego iOS”, lub „tylko Androida”. Jest to naprawdę duża zmiana, w stosunku do pierwszego tomu, gdzie produkty bez „nadgryzionego jabłuszka”, traktowane były jako coś dodatkowego. Nie wiem czym podyktowana jest ta zmiana, lecz domyślam się, że ma to pozwolić dotrzeć do jeszcze szerszego grona czytelników.

Adam Pash i Gina Trapanii w drugim tomie swojej książki, skupiają się na rozwiązaniach mobilnych, usługach cloud computing i nowoczesnych technologiach. Stąd opis takich narzędzi jak Evernote, PayPal czy Windows 8. Są to opisy kierowane głównie do mniej doświadczonych użytkowników, którzy korzystają już z komputera, ale chcieliby go jeszcze lepiej wykorzystać. Co ważne takie opcje opisywane są bardzo klarownie, tak aby nowy użytkownik, mógł je bez problemu zrozumieć. Dla bardziej doświadczonego użytkownika, może to wydać się nużące, ale jak wspomniałem wcześniej „Lifehackera” nie czyta się od deski do deski. Dla zaawansowanych przygotowano instrukcje dotyczące m.in. uruchamiania serwera WWW czy automatyzacja smartphone za pomocą Taskera.

Podsumowując – Lifehackera mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim. Jest to pozycja tak uniwersalna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Sugeruję zacząć od pierwszego tomu, gdyż znajdują się w nim bardziej uniwersalne wskazówki. Tom drugi, to natomiast zbiór rzadziej spotykanych, ale nie mniej ciekawych rozwiązań, które mogą przydać się w codziennym życiu. Doba może mieć więcej niż 24 godziny! Naprawdę!
helpmac.pl Jakub Stanisław Wolak

Uwodzicielska mowa ciała. Oczaruj, zdobądź i zatrzymaj faceta

„Uwodzicielska mowa ciała” nie jest pozycją, która należy do najkrótszych pomimo to z miłą chęcią zagląda się do wewnątrz. Swój wpływ ma na to przyciągająca uwagę okładka, która właśnie bezdźwięcznie zachęca by zobaczyć co się pod nią kryje.

Gdy zajrzymy już do środka znajdziemy tam różne zdjęcia, ciekawostki czy informacje rzadko spotykane, chociażby na temat zapachu stóp i co mogłoby być przyczyną przetrwania takiego zjawiska na przestrzeni stuleci i dlaczego poprzez ewolucję nie zostało to zniwelowane. Oprócz nazwijmy to „tekstu podstawowego” mamy tu także „spojrzenie na ciało” czy ramki z dodatkowymi informacjami, gdzie chociażby możemy poczytać o wyglądzie/budowie rzęs, a nawet przedstawiona jest jedna rzęsa „w zbliżeniu”.

Pozycja ta wydaje się napisana jakby z przymrużeniem oka, choć można zdobyć tu sporo ciekawych informacji przedstawione zostały one w dowcipny sposób. Przez co bardzo miło się czyta tę książkę. Znajdują się w niej liczne odniesienia do życia w czasach kiedy człowiek mieszkał jeszcze w jaskiniach. Prehistoria przeplata się z czasami nowoczesnymi w bardzo przystępny sposób.

„Uwodzicielska mowa ciała” jest pozycją napisaną w sposób, który nie utrudnia zrozumienia przekazywanych danych, z dozą humoru i pewnym dystansem do sprawy nie zapominając jednak o ważnych elementach jakim w tej pozycji jest mowa ciała. Znajdują się tu także informacje poboczne jak na przykład wskazane zostało jak można ustalić długość swoich nóg w stosunku do wzrostu. Zawiera więc wiele ciekawych elementów, informacji. Raz bardziej przydatnych raz mniej, bywają one dziwne, zaskakujące, bądź takie, które czytelnik już skądś zna. Książka ta może się spodobać. Dodatkowo może być ciekawostką nie tylko dla płci pięknej ale również dla mężczyzn, choć mogą oni z większym dystansem do niej podejść. Skierowana wydaje się do Pań, nie znaczy jednak to, że Panowie mają zakaz zaglądania :)
swiatairi.blogspot.com Airi, 2013-03-18