Recenzje
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
Wpadła mi w ręce książka Marka Wałkuskiego pt. “Wałkowanie Ameryki”. I choć dawno, dawno temu miałam okazję dołożyć kamyczek do sukcesu wydawniczego, jakim stała się amerykańska historia Pana Marka (pozdrawiam!), wcześniej nie miałam szansy przeczytać jego książki od deski do deski. Wreszcie parę dni temu dokończyłam czytelniczego dzieła i raportuję na świeżo co następuje:
Nie czytaj tej książki jeśli:
- nie obejrzałeś w życiu ani jednego filmu o kowbojach;
- nigdy nie byłeś w McDonald’s;
- nie ciekawi Cię, po której szkolnej masakrze za pomocą karabinu maszynowego Amerykanie ograniczą dostęp do broni (od razu rozwiewam wątpliwości – nigdy);
- wcale a wcale nie obchodzą Cię losy świata;
- masz pewność, że w pełni rozumiesz amerykański mental.
W innym wypadku – czytaj! Czytaj koniecznie.
Kto zna Marka Wałkuskiego z radiowej Trójki, ten nie będzie zaskoczony ani formułą książki, ani niesamowitą ilością informacji, którą przekazuje w każdym, krótkim felietonie (dobre do czytania w momencie, gdy mamy tylko pięć minut dziennie – codziennie). Autor pokazuje nam USA od czysto ludzkiej strony. Opisuje nie tyle Amerykę, co Amerykanów. Ich zwyczaje, ulubione rozrywki, stosunek do religii, broni, emigrantów, samych siebie i do reszty świata. Z książki wyłania się bardzo szczegółowy portret przeciętnego “Johna Smitha” – który nawiasem mówiąc nie istnieje ;) . Co więcej Marek Wałkuski nie ogranicza się do podania faktów. Nie pisze tylko, że mieszkańcy USA są uśmiechnięci, pewni siebie, czy niezainteresowani innymi krajami. Wyjaśnia przede wszystkim, dlaczego są właśnie tacy. I to moim zdaniem jest najcenniejszą wartością “Wałkowania Ameryki”.
Czy zastanawialiście się np. kiedykolwiek, dlaczego każdy Amerykanin, choćby mu się właśnie życie zawaliło, na pytanie “jak się masz?”, odpowie zawsze “dzięki, świetnie”? Ja myślałam o tym parę razy. I nic nie wymyśliłam! A Pan Marek mi wyjaśnił: to wszystko przez Kalwina! Otóż kalwiniści wierzą, że o tym, czy człowiek pójdzie po śmierci do piekła, czy do nieba, zdecydowano już przed urodzeniem. I żadne ludzkie starania tego nie zmienią. A objawem pozytywnych boskich planów wobec danej osoby jest jej życiowe powodzenie – zdrowie, rodzina, bogactwo… Czy muszę dodawać, że w grupie amerykańskich pionierów była spora nadreprezentacja kalwinistów? :)
“Wałkowanie Ameryki” gorąco polecam!
Nie czytaj tej książki jeśli:
- nie obejrzałeś w życiu ani jednego filmu o kowbojach;
- nigdy nie byłeś w McDonald’s;
- nie ciekawi Cię, po której szkolnej masakrze za pomocą karabinu maszynowego Amerykanie ograniczą dostęp do broni (od razu rozwiewam wątpliwości – nigdy);
- wcale a wcale nie obchodzą Cię losy świata;
- masz pewność, że w pełni rozumiesz amerykański mental.
W innym wypadku – czytaj! Czytaj koniecznie.
Kto zna Marka Wałkuskiego z radiowej Trójki, ten nie będzie zaskoczony ani formułą książki, ani niesamowitą ilością informacji, którą przekazuje w każdym, krótkim felietonie (dobre do czytania w momencie, gdy mamy tylko pięć minut dziennie – codziennie). Autor pokazuje nam USA od czysto ludzkiej strony. Opisuje nie tyle Amerykę, co Amerykanów. Ich zwyczaje, ulubione rozrywki, stosunek do religii, broni, emigrantów, samych siebie i do reszty świata. Z książki wyłania się bardzo szczegółowy portret przeciętnego “Johna Smitha” – który nawiasem mówiąc nie istnieje ;) . Co więcej Marek Wałkuski nie ogranicza się do podania faktów. Nie pisze tylko, że mieszkańcy USA są uśmiechnięci, pewni siebie, czy niezainteresowani innymi krajami. Wyjaśnia przede wszystkim, dlaczego są właśnie tacy. I to moim zdaniem jest najcenniejszą wartością “Wałkowania Ameryki”.
Czy zastanawialiście się np. kiedykolwiek, dlaczego każdy Amerykanin, choćby mu się właśnie życie zawaliło, na pytanie “jak się masz?”, odpowie zawsze “dzięki, świetnie”? Ja myślałam o tym parę razy. I nic nie wymyśliłam! A Pan Marek mi wyjaśnił: to wszystko przez Kalwina! Otóż kalwiniści wierzą, że o tym, czy człowiek pójdzie po śmierci do piekła, czy do nieba, zdecydowano już przed urodzeniem. I żadne ludzkie starania tego nie zmienią. A objawem pozytywnych boskich planów wobec danej osoby jest jej życiowe powodzenie – zdrowie, rodzina, bogactwo… Czy muszę dodawać, że w grupie amerykańskich pionierów była spora nadreprezentacja kalwinistów? :)
“Wałkowanie Ameryki” gorąco polecam!
grafomanya.wordpress.com 2013-03-18
Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery
Piotr Strzeżysz zalicza się do grona fascynatów z zapałem objeżdżających świat na ukochanym jednośladzie. Na swoim koncie ma on już wiele przebytych kilometrów oraz książkę pt. "Campa w sakwach", którą miałam przyjemność czytać oraz recenzować. Spotkanie z dziełem p. Piotra wspominałam bardzo pozytywnie, dlatego gdy ujrzałam w zapowiedziach tytuł- "Makaron w sakwach" czyli drugi tytuł napisany przez tego autora, wiedziałam, że sięgnę także po niego.
Trasa: oba kontynenty amerykańskie.
Start: Chile.
Nauczony doświadczeniem podróżnik chcąc oszczędzić sobie przewozu roweru w samolocie i związanej z tym papierkowej roboty, rower zakupił na miejscu i... ruszył. Jak to jednak w przypadku wypraw wszelakich bywa, nic nie mogło pójść idealnie i p. Piotr wielokrotnie w trakcie jazdy musiał stawić czoła niespodziewanym przeszkodom, zaczynając od bariery językowej, czy biurokratów, którzy uwielbiają utrudniać każdą sprawę, a kończąc na przebrzydłym wietrze spychającym mężczyznę z właściwej trasy. Na szczęście wielu spośród ludzi, na których trafił, cechowała gościnność, a jedzenie, którym go częstowali- wyborny smak.
Książka jest dokładną relacją z przebiegu wyprawy z 2008 roku. Na jej treść składają się- opis strony organizacyjnej, refleksje podróżnika oraz jego celne spostrzeżenia odnośnie ludzi, miejsc i kultur, z którymi miał styczność. Trzeba w tym momencie dodać, że w trakcie wyjazdu p. Piotr jeszcze częściej popadał w chwile zadumy niż w "Campie w sakwach". Oprócz tego muszę wspomnieć, że w poprzedniej książce, historia miała momentami wydźwięk dość zabawny, natomiast tym razem wszystko przedstawione zostało w sposób bardziej stonowany.
Choć odczułam, że "Makaron w sakwach" różni się od swojej poprzedniczki, lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Styl autora znów był bardzo bezpośredni, plastyczny i lekki, dlatego z zainteresowaniem śledziłam kolejne etapy wędrówki rowerzysty. Ponownie udzieliła mi się również jego ekscytacja, wywołana możliwością samotnej podróży przez piękne i dzikie rejony. Estetyczne potrzeby natomiast zaspokoiły liczne fotografie wykonane przez autora w trakcie wyprawy, przeplatające się, co jakiś czas z treścią. Za niezwykle udaną uważam również okładkę z prostą, szybko przyciągającą wzrok i równocześnie dość komiczną grafiką, .
Po raz kolejny odniosłam wrażenie, że p. Strzeżysz jest niezwykle szczerą i sympatyczną osobą i chyba właśnie dzięki takiemu charakterowi tworzy książki, których czytanie jest miłym przeżyciem. Wprawdzie w porównaniu z Campą, Makaron nie ujął i nie zachwycił mnie aż tak bardzo, jednak także tę lekturę będę pozytywnie kojarzyła i polecała, jako przykład dobrej przedstawicielki gatunku literatury podróżniczej.
Trasa: oba kontynenty amerykańskie.
Start: Chile.
Nauczony doświadczeniem podróżnik chcąc oszczędzić sobie przewozu roweru w samolocie i związanej z tym papierkowej roboty, rower zakupił na miejscu i... ruszył. Jak to jednak w przypadku wypraw wszelakich bywa, nic nie mogło pójść idealnie i p. Piotr wielokrotnie w trakcie jazdy musiał stawić czoła niespodziewanym przeszkodom, zaczynając od bariery językowej, czy biurokratów, którzy uwielbiają utrudniać każdą sprawę, a kończąc na przebrzydłym wietrze spychającym mężczyznę z właściwej trasy. Na szczęście wielu spośród ludzi, na których trafił, cechowała gościnność, a jedzenie, którym go częstowali- wyborny smak.
Książka jest dokładną relacją z przebiegu wyprawy z 2008 roku. Na jej treść składają się- opis strony organizacyjnej, refleksje podróżnika oraz jego celne spostrzeżenia odnośnie ludzi, miejsc i kultur, z którymi miał styczność. Trzeba w tym momencie dodać, że w trakcie wyjazdu p. Piotr jeszcze częściej popadał w chwile zadumy niż w "Campie w sakwach". Oprócz tego muszę wspomnieć, że w poprzedniej książce, historia miała momentami wydźwięk dość zabawny, natomiast tym razem wszystko przedstawione zostało w sposób bardziej stonowany.
Choć odczułam, że "Makaron w sakwach" różni się od swojej poprzedniczki, lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Styl autora znów był bardzo bezpośredni, plastyczny i lekki, dlatego z zainteresowaniem śledziłam kolejne etapy wędrówki rowerzysty. Ponownie udzieliła mi się również jego ekscytacja, wywołana możliwością samotnej podróży przez piękne i dzikie rejony. Estetyczne potrzeby natomiast zaspokoiły liczne fotografie wykonane przez autora w trakcie wyprawy, przeplatające się, co jakiś czas z treścią. Za niezwykle udaną uważam również okładkę z prostą, szybko przyciągającą wzrok i równocześnie dość komiczną grafiką, .
Po raz kolejny odniosłam wrażenie, że p. Strzeżysz jest niezwykle szczerą i sympatyczną osobą i chyba właśnie dzięki takiemu charakterowi tworzy książki, których czytanie jest miłym przeżyciem. Wprawdzie w porównaniu z Campą, Makaron nie ujął i nie zachwycił mnie aż tak bardzo, jednak także tę lekturę będę pozytywnie kojarzyła i polecała, jako przykład dobrej przedstawicielki gatunku literatury podróżniczej.
jarken.blogspot.com Jarka
Polska z dzieckiem. Rodzinny przewodnik
Recenzja tego przewodnika powinna ukazać się tuż przed wakacjami. Niestety wtedy nie miałam czasu i odkładałam go na bok. I teraz żałuję, bo przewodnik jest naprawdę doskonały i rzeczywiście sprawdza się w praktyce.
Jeśli chcemy zaplanować urlop lub wycieczkę, tak żeby pokazać dzieciom piękne krajobrazy, zaprowadzić do niezwykłego muzeum, zobaczyć dinozaura, poobserwować dzikie zwierzęta, to ten przewodnik na pewno spełni swoją rolę. Przewodnik pomaga w wybraniu odpowiedniego miejsca dla dzieci w każdym wieku. Opisano w nim nie tylko atrakcje, które stworzono z myślą o dzieciach. Pojawiają się tutaj również opisy miejsc, obiektów czy wycieczek, które także spodobają się rodzicom. Musimy pamiętać, że jest to zbiór bardzo subiektywny i tak naprawdę od nas zależy, co wybierzemy dla naszego dziecka.
Znajdziemy tutaj informacje, jak wybierać noclegi dla dzieci, ubezpieczenia. Także jak zadbać o zdrowie w czasie podróży. Jak radzić sobie z odwodnieniem czy zatruciem pokarmowym. W pierwszym rozdziale autorzy zapraszają do Warszawy i okolic. Stolicę Polski zawsze warto pokazać dziecku. Możecie przeczytać słynną legendę o Bazyliszku, który wyglądem przypominał koguta lub indyka z wężowym ogonem i oczyma żaby, których spojrzenie zabijało śmiałków zapuszczających się po skarby. A Warszawie zobaczyć trzeba słynne Łazienki, Pałac Prezydencki, plac trzech Krzyży czy pałac Czapskich. Okolice Warszawy, to przede wszystkim Wilanów, Czersk, Liw, Modlin czy Żelazowa Wola.
Drugi rozdział prezentuje atrakcje Łodzi i okolic, kolejny Górnego Śląska i Opolszczyzny. Dalej mamy Małopolskę, Wielkopolskę, Wrocław i okolice, Szczecin i okolice, Trójmiasto i Kaszuby, Warmię i Mazury, Beskidy, Tatry. Wiele ciekawych miejsc. Wszystko podane prostych zdaniach informujących. Bardzo podobały mi się wszelkie wstawki literackie, czyli przede wszystkim słynne baśnie i legendy związane z niektórymi miejscami. Szukacie idealnego przewodnika? To zapewniam, że ten jest odpowiedni. Polecam.
Jeśli chcemy zaplanować urlop lub wycieczkę, tak żeby pokazać dzieciom piękne krajobrazy, zaprowadzić do niezwykłego muzeum, zobaczyć dinozaura, poobserwować dzikie zwierzęta, to ten przewodnik na pewno spełni swoją rolę. Przewodnik pomaga w wybraniu odpowiedniego miejsca dla dzieci w każdym wieku. Opisano w nim nie tylko atrakcje, które stworzono z myślą o dzieciach. Pojawiają się tutaj również opisy miejsc, obiektów czy wycieczek, które także spodobają się rodzicom. Musimy pamiętać, że jest to zbiór bardzo subiektywny i tak naprawdę od nas zależy, co wybierzemy dla naszego dziecka.
Znajdziemy tutaj informacje, jak wybierać noclegi dla dzieci, ubezpieczenia. Także jak zadbać o zdrowie w czasie podróży. Jak radzić sobie z odwodnieniem czy zatruciem pokarmowym. W pierwszym rozdziale autorzy zapraszają do Warszawy i okolic. Stolicę Polski zawsze warto pokazać dziecku. Możecie przeczytać słynną legendę o Bazyliszku, który wyglądem przypominał koguta lub indyka z wężowym ogonem i oczyma żaby, których spojrzenie zabijało śmiałków zapuszczających się po skarby. A Warszawie zobaczyć trzeba słynne Łazienki, Pałac Prezydencki, plac trzech Krzyży czy pałac Czapskich. Okolice Warszawy, to przede wszystkim Wilanów, Czersk, Liw, Modlin czy Żelazowa Wola.
Drugi rozdział prezentuje atrakcje Łodzi i okolic, kolejny Górnego Śląska i Opolszczyzny. Dalej mamy Małopolskę, Wielkopolskę, Wrocław i okolice, Szczecin i okolice, Trójmiasto i Kaszuby, Warmię i Mazury, Beskidy, Tatry. Wiele ciekawych miejsc. Wszystko podane prostych zdaniach informujących. Bardzo podobały mi się wszelkie wstawki literackie, czyli przede wszystkim słynne baśnie i legendy związane z niektórymi miejscami. Szukacie idealnego przewodnika? To zapewniam, że ten jest odpowiedni. Polecam.
ksiazkaaurelii.blogspot.com Hordubal, 2013-03-13
Tajski epizod z dreszczykiem
Już sam tytuł książki, a właściwie jego druga część, czyli "z dreszczykiem" sugeruje, że nie będzie to kolejna, zwyczajna książka podróżnicza. Autor nie wyruszył w podróż, aby poznać egzotyczny kawałek świata, a później spokojnie wrócić do domu. Wyruszył, żeby z tym "domem" właśnie zerwać, aby rozpocząć nowe życie.
Gdy poznajemy autora pracującego jeszcze w korporacji i jego spojrzenie na otaczający świat (które wielu czytelnikom może wydawać się dziwnie znajome...) nic nie zapowiada fascynującej historii. Marek Lenarcik poszedł jednak o krok dalej od przeciętnego marzyciela, postawił wszystko na jedną kartę i postanowił wyjechać. Za cel postawił sobie Tajlandię. Choć raczej pierwszy rozdział książki, a właściwie sposób w jaki z dotychczasowym światem się rozstał, nie przysporzy autorowi fanów, to dalszą część historii czyta się z zapartym tchem.
Planem autora było ukończenie kursu TEFL, znalezienie pracy i osiedlenie się w Tajlandii, kraju tak często przez Polaków odwiedzanego, a zaraz tak obcego i egzotycznego. Nie pozna się przecież kraju i jego mieszkańców leżąc dwa tygodnie pod palmą. Swój zamiar, krok po kroku realizuje a całą historię szczegółowo opisuje, nie ograniczając się do stwierdzania faktów, ale też dzieląc się z czytelnikami swoimi bieżącymi spostrzeżeniami. Robi to w sposób na tyle sugestywny, że wydawać by się mogło, że przemierzamy Tajlandię razem.
Oprócz kwestii zawodowych, które po chwili schodzą na dalszy plan, przewijają się też wątki miłosne (lub jak kto woli - erotyczne). To właśnie ta część powieści tworzy prawdziwy jej charakter i to przez nią trudno się od lektury oderwać. Dzięki autorowi poznajemy tajskie dziewczyny, których sposób zachowania daleki jest od zachodniej zachowawczości oraz śledzimy rozwój poważnego związku rozpoczętego wbrew przeciwnościom i rozsądkowi.
Książkę polecam każdemu zainteresowanemu Azją Południowo-Wschodnią, choć chyba trochę bardziej mężczyznom. Dla osób, którym chodzi po głowie przeprowadzka do ciepłych krajów - pozycja obowiązkowa!
Gdy poznajemy autora pracującego jeszcze w korporacji i jego spojrzenie na otaczający świat (które wielu czytelnikom może wydawać się dziwnie znajome...) nic nie zapowiada fascynującej historii. Marek Lenarcik poszedł jednak o krok dalej od przeciętnego marzyciela, postawił wszystko na jedną kartę i postanowił wyjechać. Za cel postawił sobie Tajlandię. Choć raczej pierwszy rozdział książki, a właściwie sposób w jaki z dotychczasowym światem się rozstał, nie przysporzy autorowi fanów, to dalszą część historii czyta się z zapartym tchem.
Planem autora było ukończenie kursu TEFL, znalezienie pracy i osiedlenie się w Tajlandii, kraju tak często przez Polaków odwiedzanego, a zaraz tak obcego i egzotycznego. Nie pozna się przecież kraju i jego mieszkańców leżąc dwa tygodnie pod palmą. Swój zamiar, krok po kroku realizuje a całą historię szczegółowo opisuje, nie ograniczając się do stwierdzania faktów, ale też dzieląc się z czytelnikami swoimi bieżącymi spostrzeżeniami. Robi to w sposób na tyle sugestywny, że wydawać by się mogło, że przemierzamy Tajlandię razem.
Oprócz kwestii zawodowych, które po chwili schodzą na dalszy plan, przewijają się też wątki miłosne (lub jak kto woli - erotyczne). To właśnie ta część powieści tworzy prawdziwy jej charakter i to przez nią trudno się od lektury oderwać. Dzięki autorowi poznajemy tajskie dziewczyny, których sposób zachowania daleki jest od zachodniej zachowawczości oraz śledzimy rozwój poważnego związku rozpoczętego wbrew przeciwnościom i rozsądkowi.
Książkę polecam każdemu zainteresowanemu Azją Południowo-Wschodnią, choć chyba trochę bardziej mężczyznom. Dla osób, którym chodzi po głowie przeprowadzka do ciepłych krajów - pozycja obowiązkowa!
przezswiat.pl lbt, 2013-01-23
Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi
Kolejny raz seria wydawnicza „Szlaki ludzi ciekawych” mnie zaskoczyła i utwierdziła, że wydawane w niej książki są bardzo precyzyjnie i pieczołowicie dobierane. Lektura Anny Grebieniow pt. „Żagle nad pustynią Z wiatrem przez Gobi” to pozycja, z którą każdy miłośnik Mongolii powinien się zapoznać. Co może być ciekawego w pokonywaniu pustyni Gobi na trójkołowych pojazdach z żaglem?
Jesteśmy na drugiej największej pustyni świata, czyli Gobi. Wszędzie piasek, naprawdę dużo piasku. Wieje wiatr, czasami bardzo silny. Na horyzoncie pojawia się żagiel. Skąd w tych okolicach żagiel? Może to złudzenie, czasami wzrok potrafi płatać figle. Jednak to nie fatamorgana, to dziwny trójkołowy pojazd z żaglem. Nazywają go „żaglowozem” za sterami, którego siedzi autorka tej książki. Dziwny to pomysł na wyjazd, lecz jakże oryginalny.
Jestem pozytywnie zaskoczony tą książką. Głównym tematem opowieści jest pokonanie wielu kilometrów przez pustkowia pustyni Gobi. Autorka wraz z kilkuosobowym zespołem ma zamiar powtórzyć historyczny wyczyn Wojciecha Skarżyńskiego z 1978 roku, który to przejechał Gobi żaglowozem.
Książka zawiera wszystko to, co lubię w tego rodzaju opowieściach. Jest dokładnie nakreślone tło historyczne podróży, etap przygotowań, konstruowanie pojazdów, zbieranie funduszy i firm wspierających przedsięwzięcie. Jednak to tylko początek. Główny motyw przewodni, czyli przejazd przez pustynię, jest wspaniale uzupełniany przez wspomnienia innych uczestników wyprawy z 2008 roku, a także historycznej z 1978 roku. Powoduje to, że czytelnik nie ma czasu na nudę. Powoli pokonujemy wraz z bohaterami książki kolejne kilometry, pijemy herbatę, czy odwiedzamy okoliczne jurty i poznajemy mieszkańców.
Ważnym elementem książki „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” są także bardzo dokładne opisy różnych zwyczajów, obchodzonych świąt, czy fauny i flory Mongolii. Podczas lektury dowiemy się o mongolskiej medycynie naturalnej, skąd się wzięły tarbagany (świstak syberyjski), o napojach mlecznych, a także przeczytamy interesujące legendy i podania ludowe.
Dawno nie napisałem, aż tak dużo dobrego o książce, lecz tutaj naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Lektura „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” jest prawdziwą przyjemnością. Jeżeli dodamy jeszcze ciekawą oprawę graficzną, liczne zdjęcia (historyczne i współczesne) i grafiki to mamy bardzo ciekawą pozycję.
Jesteśmy na drugiej największej pustyni świata, czyli Gobi. Wszędzie piasek, naprawdę dużo piasku. Wieje wiatr, czasami bardzo silny. Na horyzoncie pojawia się żagiel. Skąd w tych okolicach żagiel? Może to złudzenie, czasami wzrok potrafi płatać figle. Jednak to nie fatamorgana, to dziwny trójkołowy pojazd z żaglem. Nazywają go „żaglowozem” za sterami, którego siedzi autorka tej książki. Dziwny to pomysł na wyjazd, lecz jakże oryginalny.
Jestem pozytywnie zaskoczony tą książką. Głównym tematem opowieści jest pokonanie wielu kilometrów przez pustkowia pustyni Gobi. Autorka wraz z kilkuosobowym zespołem ma zamiar powtórzyć historyczny wyczyn Wojciecha Skarżyńskiego z 1978 roku, który to przejechał Gobi żaglowozem.
Książka zawiera wszystko to, co lubię w tego rodzaju opowieściach. Jest dokładnie nakreślone tło historyczne podróży, etap przygotowań, konstruowanie pojazdów, zbieranie funduszy i firm wspierających przedsięwzięcie. Jednak to tylko początek. Główny motyw przewodni, czyli przejazd przez pustynię, jest wspaniale uzupełniany przez wspomnienia innych uczestników wyprawy z 2008 roku, a także historycznej z 1978 roku. Powoduje to, że czytelnik nie ma czasu na nudę. Powoli pokonujemy wraz z bohaterami książki kolejne kilometry, pijemy herbatę, czy odwiedzamy okoliczne jurty i poznajemy mieszkańców.
Ważnym elementem książki „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” są także bardzo dokładne opisy różnych zwyczajów, obchodzonych świąt, czy fauny i flory Mongolii. Podczas lektury dowiemy się o mongolskiej medycynie naturalnej, skąd się wzięły tarbagany (świstak syberyjski), o napojach mlecznych, a także przeczytamy interesujące legendy i podania ludowe.
Dawno nie napisałem, aż tak dużo dobrego o książce, lecz tutaj naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Lektura „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” jest prawdziwą przyjemnością. Jeżeli dodamy jeszcze ciekawą oprawę graficzną, liczne zdjęcia (historyczne i współczesne) i grafiki to mamy bardzo ciekawą pozycję.
lkedzierski.com Łukasz Kędzierski, 2013-03-10