ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Jednym kliknięciem. Historia Jeffa Bezosa i rosnącej potęgi Amazon.com

Skąd się wziął Amazon

Założyciel największej internetowej księgarni na świecie Amazon.com Jeff Bezos jest postacią trochę mniej znaną niż Sergey Brin z Coog-le'a albo Mark Zuckerberg z Facebooka. Niesłusznie, bo to jedna z najważniejszych postaci amerykańskiego biznesu przełomu wieków. Jeśli ktoś jeszcze nie zna jego historii, „Jednym kliknięciem" Richarda Brandta to świetny sposób, by to nadrobić.

Bezos był jednym z tych dwudziestoparolatków, którzy w odpowiednim momencie zdali sobie sprawę, że na internecie będzie można nieźle zarobić. Jego wybór padł na książki. Ale na dobrą sprawę mógł zająć się równie dobrze czymś zupełnie innym. Bo założyciel i prezes Amazona nie należy do grona tych biznesowych geniuszy, którzy - jak Bill Gates, Howard Schultz (Starbucks) czy Brin - siedzieli w swojej działce od zawsze i z czasem przełożyli wiedzę ekspercką dotyczącą komputerów, kawy albo oprogramowania na sukces biznesowy. Bezos zrobił dokładnie odwrotnie. Najpierw wymyślił, że będzie robił pieniądze na sprzedawaniu książek w sieci, a dopiero potem zaczął się zastanawiać, jak to się w ogóle robi. Dość powiedzieć, że dwa miesiące po zarejestrowaniu działalności gospodarczej, a dziesięć miesięcy przed rynkowym startem Amazona zapisał się na kurs dla adeptów księgarstwa sponsorowany przez American Booksellers Association.

Cdybyż amerykańscy księgarze wiedzieli, jaką żmiję wyhodowali sobie na piersi. W ciągu prawie 20 lat swojego istnienia Amazon całkowicie zmienił reguły gry w branży księgarskiej na jednym kliknięciem

Richard L. Brandt, „Jednym kliknięciem. Historia Jeffa Bezosa i rosnącej potęgi Amazon.com", Helion, Gliwice 2013 całym świecie. Wielu konkurentów posłał w ogóle do piachu (potężna niegdyś księgarska sieć Borders ogłosiła wniosek o upadłość w 2011 r.). Wszyscy inni (łącznie z wydawnictwami i autorami) musieli zacząć ustawiać pod niego swoje modele biznesowe. Bo Amazon nie był po prostu jednym z licznych rynkowych graczy. On stał się częścią samej czynności kupowania książek w XXI wieku.

Jak mu się to udało O tym właśnie opowiada doświadczony dziennikarz ekonomiczny Richard Brandt. Jego teza jest intrygująca. Bezos wygrał, bo udowodnił, że przy sprzedaży książek można obejść się bez całej księgarskiej otoczki: przyjemnie drażniącego nos zapachu farby drukarskiej czy wysokich pod sufit półek, wśród których można się zgubić w poszukiwaniu ciekawych pozycji. Tworząc Amazona, zaproponował rzeczywistość alternatywną, w której najważniejszymi wartościami był przejrzysty interfejs, czytelny system poleceń i szybka dostawa. To nie koniec, bo Bezos, idąc za ciosem, z czasem zaczął rezygnować z samych książek, stając się głównym graczem w branży e-booków i czytników (Kindle).

Zaletą „Jednym kliknięciem" jest to, że Richard Brandt nie napisał (na szczęście) biznesowej hagiografii. Podobnie jak w wydanej na polskim rynku dwa lata temu „Potędze Coogle'a" (Znak) udało mu się pokazać sukces ekonomiczny z różnych perspektyw. Mamy więc nie tylko Bezosa wizjonera, lecz także Bezosa wyzyskiwacza (który bezlitośnie wyrzucał z pracy, gdy ktoś nie wypełnił wyśrubowanych norm albo mamił swoich pracowników opcją kupna akcji, a potem się z tego wykręcił) czy Bezosa fajtłapę, który nie potrafił przekonać do swojego pomysłu inwestorów (teraz pewnie żałują). Brandt jest też autorem na tyle wytrawnym, że napisaną przez niego historię można czytać na wiele sposobów: jako biznesową inspirację (nawet ojciec Amazona chciał kilka razy zwijać swój interes), kawał historii amerykańskiej przedsiębiorczości albo po prostu opowieść o tym, że nowe modele biznesowe powstają przez cały czas, zastępując te działające dotychczas.
Dziennik Gazeta Prawna Rafał Woś

Jednym kliknięciem. Historia Jeffa Bezosa i rosnącej potęgi Amazon.com

Historia Amazona. Jak Jeff Bezos stworzył największą księgarnię świata

Jeff Bezos, twórca Amazon.com, był jednym z tych dwudziestoparolatków, którzy w odpowiednim momencie zdali sobie sprawę, że na internecie będzie można nieźle zarobić.
Książki, komputer, internet

Założyciel największej internetowej księgarni na świecie Amazon.com Jeff Bezos jest postacią trochę mniej znaną niż Sergey Brin z Google’a albo Mark Zuckerberg z Facebooka. Niesłusznie, bo to jedna z najważniejszych postaci amerykańskiego biznesu przełomu wieków. Jeśli ktoś jeszcze nie zna jego historii, „Jednym kliknięciem” Richarda Brandta to świetny sposób, by to nadrobić. Amazon przejął IVONA Software, polskiego lidera syntezy mowy Bezos był jednym z tych dwudziestoparolatków, którzy w odpowiednim momencie zdali sobie sprawę, że na internecie będzie można nieźle zarobić. Jego wybór padł na książki. Ale na dobrą sprawę mógł zająć się równie dobrze czymś zupełnie innym. Bo założyciel i prezes Amazona nie należy do grona tych biznesowych geniuszy, którzy – jak Bill Gates, Howard Schultz (Starbucks) czy Brin – siedzieli w swojej działce od zawsze i z czasem przełożyli wiedzę ekspercką dotyczącą komputerów, kawy albo oprogramowania na sukces biznesowy. Bezos zrobił dokładnie odwrotnie. Najpierw wymyślił, że będzie robił pieniądze na sprzedawaniu książek w sieci, a dopiero potem zaczął się zastanawiać, jak to się w ogóle robi. Dość powiedzieć, że dwa miesiące po zarejestrowaniu działalności gospodarczej, a dziesięć miesięcy przed rynkowym startem Amazona zapisał się na kurs dla adeptów księgarstwa sponsorowany przez American Booksellers Association. Gdybyż amerykańscy księgarze wiedzieli, jaką żmiję wyhodowali sobie na piersi. W ciągu prawie 20 lat swojego istnienia Amazon całkowicie zmienił reguły gry w branży księgarskiej na całym świecie. Wielu konkurentów posłał w ogóle do piachu (potężna niegdyś księgarska sieć Borders ogłosiła wniosek o upadłość w 2011 r.). Wszyscy inni (łącznie z wydawnictwami i autorami) musieli zacząć ustawiać pod niego swoje modele biznesowe. Bo Amazon nie był po prostu jednym z licznych rynkowych graczy. On stał się częścią samej czynności kupowania książek w XXI wieku. Jak mu się to udało O tym właśnie opowiada doświadczony dziennikarz ekonomiczny Richard Brandt. Jego teza jest intrygująca. Bezos wygrał, bo udowodnił, że przy sprzedaży książek można obejść się bez całej księgarskiej otoczki: przyjemnie drażniącego nos zapachu farby drukarskiej czy wysokich pod sufit półek, wśród których można się zgubić w poszukiwaniu ciekawych pozycji. Tworząc Amazona, zaproponował rzeczywistość alternatywną , w której najważniejszymi wartościami był przejrzysty interfejs, czytelny system poleceń i szybka dostawa. To nie koniec, bo Bezos, idąc za ciosem, z czasem zaczął rezygnować z samych książek, stając się głównym graczem w branży e-booków i czytników (Kindle). Zaletą „Jednym kliknięciem” jest to, że Richard Brandt nie napisał (na szczęście) biznesowej hagiografii. Podobnie jak w wydanej na polskim rynku dwa lata temu „Potędze Google’a” (Znak) udało mu się pokazać sukces ekonomiczny z różnych perspektyw. Mamy więc nie tylko Bezosa wizjonera, lecz także Bezosa wyzyskiwacza (który bezlitośnie wyrzucał z pracy, gdy ktoś nie wypełnił wyśrubowanych norm albo mamił swoich pracowników opcją kupna akcji , a potem się z tego wykręcił) czy Bezosa fajtłapę, który nie potrafił przekonać do swojego pomysłu inwestorów (teraz pewnie żałują). Brandt jest też autorem na tyle wytrawnym, że napisaną przez niego historię można czytać na wiele sposobów: jako biznesową inspirację (nawet ojciec Amazona chciał kilka razy zwijać swój interes), kawał historii amerykańskiej przedsiębiorczości albo po prostu opowieść o tym, że nowe modele biznesowe powstają przez cały czas, zastępując te działające dotychczas.
Dziennik Gazeta Prawna Rafał Woś

Białoruś. Historia za miedzą. Wydanie 1

„Kierunek Wschód" Tak nazywa się białostocka Niezależna Grupa Turystyczna promująca turystykę za wschodnią granicą. Jeden z jej twórców, za- razem autor ni-hesim niejszego przewodnika, pisze: Dlaczego Białoruś Powody są dwa. Choć z Białegostoku do Grodna jest raptem 70 kilometrów, miasto dla wielu pozostaje miejscem, do którego można wyskoczyć co najwyżej po papierosy, wódkę i tanie paliwo. Kiedy w 2001 roku wyruszyłem po raz pierwszy na dwutygodniowy objazd Białorusi, kiedy zacząłem odkrywać kolejne świątynie, zamki i opuszczone pałace, wiedziałem, że na jednej wizycie przygoda z tym krajem się nie skończy. Drugi powód - bardziej osobisty - to opowieści babci o Wysokiem Litewskiem, Raśni i Brześciu, gdzie spędzała młodzieńcze, międzywojenne, lata. Chciałem poznać świat z jej opowieści... Białoruś należy do miejsc, o których mówi się: bliskie a nieznajome. Najnowszy przewodnik Bezdroży nie tylko ułatwia poznanie kraju, ale wręcz do jego poznania zachęca. Białoruś, leżąca tuż za granicą Rzeczypospolitej, a przy granicy z Litwą to przede wszystkim Grodno z zamkami królów polskich, Niemnem, nieodległym Kanałem Augustowskim i szlakiem Elizy Orzeszkowej; Lida, Nowogródek, Wołkowysk i Kobryń, pełne poloników i owiane kresową nostalgią. Świat bardziej egzotyczny otwiera się przed turystą udającym się na wschód w stronę granicy z Rosją, do Potocka, Witebska, Mohylewa, Homla. Jeśli wcześniej nie ulegniemy urokowi Białorusi, tam niewątpliwie padniemy jego ofiarą. Poza rewelacyjnymi zabytkami, często niestety w ruinie, Białoruś kusi turystę wieloma wydarzeniami kulturalnymi osadzonymi w historycznym tle, np. Międzynarodowym Festiwalem Tradycji Rycerskich w Lidzie na zamku Giedymina (maj), Międzynarodowym Festiwalem Kultury Średniowiecznej na zamku w Nowogródku (czerwiec) albo parodniowym festiwalem nad Berezyną, prezentującym rekonstrukcję bitwy wojsk rosyjskich z napoleońskimi. Jest sporo imprez folklorystycznych, teatralnych i muzycznych, także rockowych.
Tygodnik Angora Ł. AZIK

Sztuka wojny. Wydanie III

Sun Tzu rządzi

Żył 2,5 tys. lat temu w Chinach. Jeśli w ogóle istniał. Przez wieki inspirował całe pokolenia wojskowych. Teraz fascynuje menedżerów. Czy słusznie To pozostaje sprawą dyskusyjną.

Przekładanie wojennych starochińskich mądrości na realia biznesowe jest bardzo kuszące. Wielu menedżerów oczyma wyobraźni widzi siebie w roli współczesnych Napoleonów. I uważają, że biznes to jest wojna, konkurenci to wrogowie, których należy pokonać, a czasem sojusznicy, z którymi należy się sprzymierzyć, by zadać decydujący cios lub odeprzeć atak wspólnego przeciwnika. A przejęcie jakiejś spółki to

I Sur, pil( bitwa, w której trzeba wykazać się przebiegłością i sprytem godnym „Sztuki wojny". Te analogie wydają się jednak za mocno naciągane. Bo trzeba dla porządku przypomnieć kilka prawd. Na przykład to, że pracownicy to jednak nie są żołnierze. I raczej nie mogą stracić w walce życia, co najwyżej pracę. A to - nawet w kraju o tak trudnej sytuacji na rynku pracy jak Polska - nie jest to samo. Trudno więc oczekiwać od pracowników takiego zdyscyplinowania jak od pułków na polu bitwy, które walczą poniekąd o fizyczne przetrwanie. Z tego samego powodu trudno liczyć na ich bezwarunkową lojalność. Podobnie jest w relacjach z wrogami. Sun Tzu żył w czasach gdy otwarta wojna była naturalnym sposobem załatwiania nieporozumień pomiędzy zwaśnionymi klanami (dziś nazwalibyśmy je grupami interesu). Z kolei dzisiejszy biznes - owszem - bywa brutalny, ale jest też bardzo mocno nastawiony na kooperację, wymianę korzyści, pod-wykonawstwo. Tu bardziej na miejscu byłoby przerobienie na biznesowo „Ojca Chrzestnego" Mario Puzo. Dlatego z Sun Tzu w biznesie doradzam ostrożność. Bo jako źródło chwytliwych bon motów nadaje się pewnie świetnie. Ale do roli całościowej inspiracji dla menedżera z otwartą głową już chyba niekoniecznie.

Choć może jestem niesprawiedliwy. I piszę tak bo sam kadry kierowniczej nie reprezentuję. Na usprawiedliwienie tych surowych sądów na koniec mała pochwała. Bo, jak się dobrze wczytać, to u Sun Tzu inspirację może znaleźć nie tylko potężny dowódca, ale też najzwyklejszy korporacyjny szaraczek I poczekać na moment (a taki moment nastąpi na pewno), w którym pojawi się u niego szef z jakimś nierealistycznym zleceniem. I wtedy najlepiej podnieść się ze swojego kubika i wykrzyczeć na całe gardło najbardziej dramatyczny z dramatycznych tonów, na jakie pozwala nam skromny aparat mowy. I zagrzmieć: „Sun Tzu powiedział: są drogi, którymi nie należy podążać; są armie, których się nie atakuje; są twierdze, których się nie szturmuje; i są rozkazy od władcy, których nie można zaakceptować".

Dziennik Gazeta Prawna Rafat Woś

Sztuka wojny. Wydanie III

Sun Tzu rządzi

Żył 2,5 tys. lat temu w Chinach. Jeśli w ogóle istniał. Przez wieki inspirował całe pokolenia wojskowych. Teraz fascynuje menedżerów. Czy słusznie To pozostaje sprawą dyskusyjną.

Przekładanie wojennych starochińskich mądrości na realia biznesowe jest bardzo kuszące. Wielu menedżerów oczyma wyobraźni widzi siebie w roli współczesnych Napoleonów. I uważają, że biznes to jest wojna, konkurenci to wrogowie, których należy pokonać, a czasem sojusznicy, z którymi należy się sprzymierzyć, by zadać decydujący cios lub odeprzeć atak wspólnego przeciwnika. A przejęcie jakiejś spółki to

I Sur, pil( bitwa, w której trzeba wykazać się przebiegłością i sprytem godnym „Sztuki wojny". Te analogie wydają się jednak za mocno naciągane. Bo trzeba dla porządku przypomnieć kilka prawd. Na przykład to, że pracownicy to jednak nie są żołnierze. I raczej nie mogą stracić w walce życia, co najwyżej pracę. A to - nawet w kraju o tak trudnej sytuacji na rynku pracy jak Polska - nie jest to samo. Trudno więc oczekiwać od pracowników takiego zdyscyplinowania jak od pułków na polu bitwy, które walczą poniekąd o fizyczne przetrwanie. Z tego samego powodu trudno liczyć na ich bezwarunkową lojalność. Podobnie jest w relacjach z wrogami. Sun Tzu żył w czasach gdy otwarta wojna była naturalnym sposobem załatwiania nieporozumień pomiędzy zwaśnionymi klanami (dziś nazwalibyśmy je grupami interesu). Z kolei dzisiejszy biznes - owszem - bywa brutalny, ale jest też bardzo mocno nastawiony na kooperację, wymianę korzyści, pod-wykonawstwo. Tu bardziej na miejscu byłoby przerobienie na biznesowo „Ojca Chrzestnego" Mario Puzo. Dlatego z Sun Tzu w biznesie doradzam ostrożność. Bo jako źródło chwytliwych bon motów nadaje się pewnie świetnie. Ale do roli całościowej inspiracji dla menedżera z otwartą głową już chyba niekoniecznie.

Choć może jestem niesprawiedliwy. I piszę tak bo sam kadry kierowniczej nie reprezentuję. Na usprawiedliwienie tych surowych sądów na koniec mała pochwała. Bo, jak się dobrze wczytać, to u Sun Tzu inspirację może znaleźć nie tylko potężny dowódca, ale też najzwyklejszy korporacyjny szaraczek I poczekać na moment (a taki moment nastąpi na pewno), w którym pojawi się u niego szef z jakimś nierealistycznym zleceniem. I wtedy najlepiej podnieść się ze swojego kubika i wykrzyczeć na całe gardło najbardziej dramatyczny z dramatycznych tonów, na jakie pozwala nam skromny aparat mowy. I zagrzmieć: „Sun Tzu powiedział: są drogi, którymi nie należy podążać; są armie, których się nie atakuje; są twierdze, których się nie szturmuje; i są rozkazy od władcy, których nie można zaakceptować".

Dziennik Gazeta Prawna Rafat Woś

Nadgodziny są do bani! Pracuj dla efektu, a nie dla idei

Książka godna polecenia. Praca to nie miejsce do którego się przychodzi, to coś, co mamy do zrobienia. Nieważne - czy zarządzasz korporacją, jesteś właścicielem małej firmy czy szeregowym pracownikiem - ta książka powinna Cię zainspirować.
W dobrze funkcjonujących firmach czas pracy nie ma znaczenia, liczą się tylko wyniki.

W swojej książce „Nadgodziny są do bani" Cali Ressler i Jody Thompson, z firmy CultureRx, w jasny i przejrzysty sposób opisują: dlaczego praca w nadgodzinach jest często bez sensu; jak powinno się nagradzać osoby, które pracują lepiej od innych, a nie tylko dłużej; co daje przekazanie kontroli nad swoim czasem pracownikom i menedżerom; oraz to, jaki negatywny wpływ mają komentarze, w środowisku pracy, o pracy innych ludzi. Autorki zwracają uwagę, że marnujemy czas i energię, a na dodatek przyczynia się do pogorszenia stanu naszego zdrowia. A przecież pracujemy w erze informacji i mobilnych technologii! Czas, by nasze miejsce pracy zmieniło się radykalnie. Czas dostosować je do warunków globalnej, całodobowej ekonomii. Czas pozwolić pracownikom wykonywać swoje zadania w najbardziej optymalnej dla nich porze i sprzyjającej skupieniu przestrzeni.

Autorki proponują pracodawcom rozważenie wdrożenia rewolucyjnego programu ROWE (Results-Only Work Environment). To podejście, w którym liczą się wyłącznie wyniki, a nie czas poświęcony pracy. W ROWE - to pracownik sam kontroluje kiedy, gdzie i jak długo pracuje. Metoda ta zrewolucjonizowała pracę blisko 140 tys. osób w amerykańskiej korporacji Best Buy. Można ją zobrazować w 13 prostych punktach:
1. Pracownicy na każdym szczeblu przestają robić rzeczy, które są stratą czasu: ich, firmy lub klienta.
2. Pracownicy mogą pracować tak, jak chcą.
3. Każdy dzień - jest jak wolna sobota.
4. Pracownicy mają nieograniczoną liczbę dni płatnego urlopu, o ile tylko wykonują swoją pracę.
5. Praca to nie jest miejsce, do którego się idzie - to coś, co się robi.
6. Przyjście do pracy o godz.14 nie jest uważane za spóźnienie, a wyjście z pracy po tej godzinie - nie jest uznawane za opuszczenie stanowiska pracy.
7. Nikt w firmie nie mówi o tym, ile godzin pracuje.
8. Udział w każdym zebraniu jest dobrowolny.
9. Można wyjść na zakupy w środę rano, wyskoczyć do kina we wtorek po południu czy uciąć sobie drzemkę w ciągu dnia we czwartek. Warunek: trzeba być na bieżąco z powierzonymi zadaniami.
10. Nie ma żadnego harmonogramu pracy.
11. Nikt nie czuje się winny, zestresowany czy przepracowany.
12. Nie ma żadnych ćwiczeń przeciwpożarowych, szkoleń, które spadają jak piorun z jasnego nieba, bez zapowiedzi i w ostatniej chwili.
13. Nikt nie osądza tego, jak spędza się swój czas.

Rezultaty Osoby pracujące zgodnie z koncepcją ROWE są bardziej produktywne, mają lepsze pomysły i są bardziej zaangażowane. Sukces, szczególnie w interesach, przychodzi, gdy można zaufać wszystkim współpracownikom - nie tylko tym na wysokich stanowiskach, ale wszystkim: wierzyć w ich wyjątkowe spojrzenie, pasję, talent i wiedzę. To nie idealistyczna teoria, to system wielokrotnie przetestowany w praktyce. System, który działa!
centrumrekrutacyjne.pl Michał Sosin