Recenzje
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
Marek Wałkuski udowadnia, że pisanie o Ameryce nie jest rzeczą łatwą. Co więcej – okazuje się, że branie obywateli USA jako frajerów jedzących tylko w fast foodach jest daleko idącym uproszczeniem. Tajemną wiedzą o kraju, do którego chcieliby wyjechać wszyscy polscy młodzi – wkurwieni pisze w książce “Wałkowanie Ameryki”.
Pierwsze problemy, jakie napotka człowiek chcący zamieszkać w USA to wybór adresu. I nie chodzi tu o to, że Amerykanie nie kupują z reguły mieszkań na własność, a wynajmują. Dla nich widok z okna jest ważny ale nie najważniejszy. To, gdzie mieszkasz wpływa na odbiór twojej osoby przez cały pozostały czas.
Kim w ogóle jest przeciętny Amerykanin, którego dla ułatwienia Wałkulski nazywa Smithem? Po co każdemu obywatelowi broń jak ma wolność słowa? I dlaczego większość namiętnie słucha muzyki country oraz czeka na finał Super Bowl. Autor stara się nam to wszystko jakoś wytłumaczyć.
Chociaż czasami się nie da. Związki polityczno – religijne, Barack Obama czy kaznodzieje, którzy pragną zbawić każdego napotkanego grzesznika. A i jeszcze ta amerykańska Wieża Babel, w której każdy mówi innym angielskim. Jak żyć, drogi korespondencie, jak żyć?
Brakuje mi tam jednak opowieści o McDonaldzie, Dzikim Zachodzie i bohaterach komiksów. Kiedy jednak, Drogi Czytelniku, chciałbyś dowiedzieć się czegoś o Ameryce Wałkuski jest dla Ciebie.
Pierwsze problemy, jakie napotka człowiek chcący zamieszkać w USA to wybór adresu. I nie chodzi tu o to, że Amerykanie nie kupują z reguły mieszkań na własność, a wynajmują. Dla nich widok z okna jest ważny ale nie najważniejszy. To, gdzie mieszkasz wpływa na odbiór twojej osoby przez cały pozostały czas.
Kim w ogóle jest przeciętny Amerykanin, którego dla ułatwienia Wałkulski nazywa Smithem? Po co każdemu obywatelowi broń jak ma wolność słowa? I dlaczego większość namiętnie słucha muzyki country oraz czeka na finał Super Bowl. Autor stara się nam to wszystko jakoś wytłumaczyć.
Chociaż czasami się nie da. Związki polityczno – religijne, Barack Obama czy kaznodzieje, którzy pragną zbawić każdego napotkanego grzesznika. A i jeszcze ta amerykańska Wieża Babel, w której każdy mówi innym angielskim. Jak żyć, drogi korespondencie, jak żyć?
Brakuje mi tam jednak opowieści o McDonaldzie, Dzikim Zachodzie i bohaterach komiksów. Kiedy jednak, Drogi Czytelniku, chciałbyś dowiedzieć się czegoś o Ameryce Wałkuski jest dla Ciebie.
albecki.pl 2012-10-04
AVR i ARM7. Programowanie mikrokontrolerów dla każdego
Wstęp
Wyobraź sobie, że trzymasz w ręku książkę mającą 528 stron i dotyczącą instrukcji obsługi dwóch skomplikowanych pojazdów: wozu strażackiego i 120 tonowego dźwigu, oraz że książka ta napisana jest w 4 językach i nie znasz żadnego z nich.
Czy tak napisana książka ma szansę nauczyć Ciebie perfekcyjnej obsługi obu pojazdów w czterech językach? Odpowiedź może być tylko jedna: Nie!
Siłą rzeczy więc, książka ta ma istotne ograniczenia.
Na początek jednak zwrócić chcę uwagę na istotny problem z nią związany:
Niebezpieczne uproszczenia schematów
Na forach dyskusyjnych spotakłem się z negatywnymi opiniami na temat tej książki. Postanowiłem poświęcić czas i sprawdzić osobiście, czy są one uzasadnione.
Bodźcem do tego był ten temat na forum Elektroda.pl: Atmega8 - Układ nie działa po zaprogramowaniu.
Autor tematu pokazał schemat kompletnie źle podłączonego mikrokontrolera, który jak się okazało był zaczerpnięty właśnie z tej książki.
Na moją sugestię:
"dondu
… albo nie doczytałeś jakiegoś nadrzędnej informacji mówiącej o uproszczeniach na schematach, albo tę książkę trzeba wpisać na listę książek zakazanych."
autor tematu odpowiedział:
"yaros79
Prawdopodobnie masz rację co do nadrzędnej informacji, na początku książki jest schemat adaptera do Atmegi , ale go nie robiłem."
I to jest bardzo istotna informacja, ponieważ autor książki chcąc uprościć przedstawianie i rozumienie schematów postanowił, iż wszystkie dotyczące mikrokontrolera AVR, będą oparte o omówiony w jednym z pierwszych rozdziałów adapter, który zawiera wszystkie niezbędne standardowe podłączenia zasilania oraz jego filtrację.
Niestety autor nie stosuje się konsekwentnie do tego założenia i na schematach przedstawia najgorszą możliwą rzecz, jaką można zrobić, czyli pokazanie połowy faktycznego zasilania i braku jego filtrowania w ogóle.
A że użytkownicy książek, rzadko czytają je od deski do deski, to takie podejście autora jest bezpośrednią przyczyną rozpowszechniania poglądów, iż mikrokontroler nie wymaga, żadnych elementów dodatkowych i pełnego zasilania na wszystkich pinach.
Innymi słowy wina leży zarówno po stronie autora jak i czytelnika tej książki.
Podobnie ma się sprawa schematów dot. drugiego omawianego w tej książce mikrokontrolera (ARM). Tutaj autor książki także pokazuje schematy, które mogą zmylić czytelników, którzy nie doczytali, iż to uproszczone wersje i że trzeba brać pod uwagę zasilanie i filtrowanie realizowane na module testowym wykorzystanym w tej książce.
"Prawie wszystkie schematy w tej książce (z wyjątkiem programatorów) są tylko schematami poglądowymi nie zapewniającymi prawidłowego działania mikrokontrolera.
Jeżeli budujesz schematy w opraciu o tę książkę, to musisz stosować adapter lub zestaw testowy, który autor przedstawił odpowiednio dla obu mikrokontrolerów."
Do Autora (o ile przeczyta tę recenzję):
W następnym wydaniu warto byłoby dodać do każdego schematu podpis z gwiazdką, iż prezentowany schemat musi być budowany w oparciu o przedstawiony adapter … bo jak widać czytelnicy nie uwzględniają tego, przez co mają problemy.
Uproszczenia w schematach są ułatwieniem.
Pomimo powyższych zastrzeżeń, należy jednak podkreślić, że takie uproszczenie schematów ułatwia zrozumienie omawianego w danym schemacie zagadnienia.
Klej do wszystkiego, czyli … a może jednak to ma sens?
Dwie różne rodziny mikrokontrolerów plus cztery języki w jednej książce – w jakim celu?
Hmmm, na pewno nie w celu nauczenia się szerokiego zakresu wiedzy o jednej z dwóch omawianych rodzin mikrokontrolerów i jednym z prezentowanych języków.
W takim układzie, czego właściwie się nauczymy?
Języki - ogólnie
W przypadku mikrokontrolera AVR autor omawia każdy temat w 4 językach (BASCOM, Pascal, C oraz Assembler). O tyle w przypadku mikrokontrolera ARM, jedynie C i Assembler. To akurat jest związane z tym, że w BASCOM nie ma możliwości programowania właściwie żadnych innych mikrokontrolerów poza AVR'ami i starą rodziną 8051.
Na pewno nauczysz się bardzo początkowej wiedzy o czterech różnych językach. Da Ci to pewne pojęcie o nich i pozwoli na decyzję wyboru języka, którego chcesz się uczyć.
To jest jakaś konkretna zaleta tej książki, ponieważ każdy czytelnik ma inne cele i inne doświadczenie lub jego całkowity brak. Poprzez realizowanie tych samych zadań w czterech językach masz możliwość ich bezpośredniego porównania.
Ale na pewno nie możesz liczyć na to, że wiedza o języku, który wybierzesz jest kompletna. Wystarczy popatrzeć na ilość stron w książkach stricte o każdym z tych języków, by zauważyć, że mają one pomiędzy 500, a 1000 stron! I to tylko o jednym języku!
Język C
Należy zwrócić uwagę na pewne założenie autora:
"Paweł Borkowski
… kiedy przedstawiam kod języka C, zakładam, że Czytelnik posiada podstawową znajomość jego składni (choć i tę staram się tłumaczyć, o ile to możliwe). Pozostałe języki … wprowadzam od podstaw."
Ale w przypadku języka C nie musisz się tego obawiać, ponieważ wiedzę na jego temat możesz uzupełniać i ćwiczyć tutaj: Kurs języka C z kompilatorem CManiak (online)
Assembler
Podstawy assemblera dobrze jest znać i to jest prawda niepodważalna. Umiejętność ta przydaje się w rozumieniu zasad programowania mikrokontrolerów oraz newralgicznych punktach w szczególności, gdy zależy nam na szybkości, albo gdy mamy do dyspozycji 256B pamięci programu - tak, tak bajtów, nie kilobajtów.
Dlatego na pochwałę zasługuje pokazanie assemblera w prosty i przyjazny sposób. Niestety to tylko bardzo mały wycinek tej wiedzy z powodów, o których piszę powyżej.
Przesiadkowicze – istotny plus
I tutaj (w mojej opinii) leży największa siła tej książki. Mam na myśli osoby, które znają np. BASCOM, czy Pascal, a chcą nauczyć się języka C i/lub assemblera. Ta książka poprzez swoją uniwersalność, ułatwi takim osobom „przesiadkę” pomiędzy tymi językami.
Niestety tylko w podstawowym zakresie .. wiecie już dlaczego.
Mikrokontrolery
Tutaj podobnie jak z językami. Właściwie dowiesz się tylko totalnych podstaw o obu rodzinach (AVR i ARM). Moim zdaniem jest tutaj nieco gorzej niż w przypadku języków. Autor właściwie przedstawia jedynie operowanie pinami na przykładach migania LED i przycisków.
Z „bebechów” mikrokontrolerów AVR omówiony jest bardzo pobieżnie EEPROM i USART. Na pochwałę zasługuje rozdział dot. pinów i portów wejścia-wyjścia. Pokazane są schematy ideowe wewnętrznej budowy portów i ich praca w zależności od sposobu w jaki wykorzystujemy dany pin.
A gdzie reszta, czyli jakieś „na oko” 95% możliwości tych mikrokontrolerów?
Gdzie takie podstawy jak timery, przetworniki ADC, komparatory, interfejsy SPI, I2C, itd.?
Odpowiedź jest prosta: Zabrakło miejsca w książce. No cóż, coś za coś. W przypadku dwóch rodzin (AVR i ARM) i czterech języków książka ta musiałaby mieć, co najmniej 3tys stron :-)
Plusem natomiast jest to, iż jako podstawę autor wybrał najbardziej popularny mikrokontroler AVR jakim jest Atmega8. To bardzo ułatwia naukę, ze względu na kolosalne ilości różnych projektów dostępnych w sieci Internet wraz z programami. Jest to także mikrokontroler, który zawiera prawie wszystkie możliwe "wewnętrzne bebechy" spotykane w AVR'ach.
Dobrym więc uzupełnieniem tej książki pod względem tego mikrokontrolera, jest Kurs mikrokontrolerów AVR w języku C - Drzaśkowy pamiętnik.
Sterowanie LCD wraz z definiowaniem własnych znaków
Ten temat jest bardzo ładnie omówiony zarówno w przypadku AVR jak i ARM.
Dla mikrokontrolerów AVR temat oparty jest o najpopularniejszy rodzaj wyświetlaczy LCD w wersji 2x16 znaków wykorzystujących sterownik HD44780. Całość oczywiście we wszystkich czterech językach. W przypadku ARM poznasz wykorzystać wyświetlacz z telefonu Siemens S65.
Ale właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, byś we własnym zakresie na podstawie powyższych rozdziałów mógł wykorzystać wyświetlacze Siemens S65 z AVR, a HD44780 z ARM - może być to bardzo dobre ćwiczenie własnych umiejętności.
Sterowanie serwem
W przypadku ARM autor dodatkowo zamieścił rozdział o sterowaniu serwomechanizmem. To na pewno jest dużą zaletą dla tych osób, które chcą iść w tym kierunku ze swoimi projektami. Niestety ten rozdział operuje tylko przykładami dla języka C.
FreeRTOS – czyli rozdział „Ni z gruchy, ni z pietruchy”.
Ten rozdział jest dla mnie największym zaskoczeniem. Cała książka to sam początek nauki mikrokontrolerów, a tutaj nagle wpadamy w skomplikowane świat systemów czasu rzeczywistego. Taki przeskok poziomu trudności jest zaskakujący.
Ale z drugiej strony … jako poznanie zagadnienia, stanowi jakąś wartość, która przyda się, ale jak sądzę tylko nielicznym czytelnikom tej książki.'
Na szczęście to zaledwie niewielki fragment książki, więc nie płacisz za niego zbyt wiele, a może jednak kiedyś się przyda :-)
Płyta CD
Do książki załączona jest płyta CD z sporej objętości zawartością. Znajdziesz na niej:
- lekcje
- ćwiczenia
- programy (kompilatory, programatory, itp.),
- dodatkowe pliki, o których autor pisze w książce.
To bardzo istotny dodatek do książki.
Lekcje i ćwiczenia to wręcz obowiązek i nie ma właściwie co omawiać – są i już :-)
Niemniej, a może nawet bardziej istotne są załączone kompilatory oraz inne narzędzia programistyczne, które używane są w książce. Są to wersje pełne (o ile są darmowe) i demo np. BASCOM.
Dlaczego to takie istotne?
Ponieważ oprogramowanie szybko podlega modyfikacjom ze strony producentów, przez co jego funkcjonalności i obsługa mogą znacznie różnić się od wersji opisanej w książce, co utrudniłoby naukę. Autor zadbał o to, byś tego problemu nie miał i otrzymujesz narzędzia do zainstalowania dokładnie w wersjach, których w książce używa autor.
Łącznie istotna zawartość CD, to 368MB.
Z dodatkiem humoru ...
Autor wychodzi z założenia, że:
"Paweł Borkowski
Prowadząc zajęcia ze studentami, staram się, by nikt, łącznie ze mną, nie był nimi znudzony."
By to zrealizować autor wprowadza elementy humoru w postaci historyjek słownych i obrazkowych, które często są związane z omawianym zagadnieniem. Jest to nietypowe podejście, które jak każde inne ma swoje zalety i wady. Z jednej strony nie ma nudy, z drugiej nie każdemu przypadnie to do gustu.
Moim zdaniem, trochę humoru nie zaszkodzi, byle mieć umiar :-)
Wykonanie
Książka ma miękką okładkę i jest w wersji klejonej. Okładka powlekana folią, więc nie brudzi się i nie podlega szybkiemu niszczeniu, co jest istotne w przypadku elektroników, gdyż nasze miejsca pracy nie zawsze są czyste.
Papier wysokiej jakości, a druk bardzo czytelny (duży kontrast). Jednakże cienki papier (mała gramatura) powoduje prześwitywanie tekstu z drugiej strony, stąd minimalnie pogarsza to czasami czytelność tekstu we fragmentach, w których na odwrocie strony są duże płaszczyzny z ciemną zawartością.
Klej bardzo mocny - śmiało można otwierać książkę kładąc na biurku i dociskając jakimś przedmiotem, co często się dzieje, gdyż ręce mamy zajęte miernikami i lutownicami :-)
Reasumując - bardzo dobrze wykonana książka.
eBook rulez!
Polecam wersję eBook, ponieważ:
- umożliwia automatyczne wyszukiwanie tekstu w książce (bardzo pomocne!),
- umożliwia kopiowanie fragmentów programów (Ctrl-C oraz Ctrl-V),
- umożliwia noszenie jej zawsze „przy sobie”,
- eBook jest tańszy o około 17zł :-)
- dostępny w wersjach PDF, ePub, Mobi.
Podsumowanie
Czas podjąć decyzję dla kogo właściwie jest ta książka.
Dla gimnazjalisty TAK, dla studenta elektroniki NIE.
Aczkolwiek, może na zaliczenie przedmiotu z podstaw obu rodzin (AVR i ARM) wystarczy?
A modelarze, krótkofalowcy, samochodziarze, … amatorzy w starszym wieku?
Autor we wstępie napisał:
"Paweł Borkowski
Moim zamierzeniem było, by podręcznik mógł służyć jak najszerszemu kręgowi odbiorców – od gimnazjalisty do profesora."
Jednak moim zdaniem patrząc na:
- zawartość książki,
- sposób pisania tekstu,
- dodatkowy humor obrazkowy i słowny,
ta książka absolutnie nie jest dla studenta elektroniki i pokrewnych. Studenci tych kierunków potrzebują książki takiej jak ta książka.
Ale już dla studenta przedmiotów innych niż związanych z elektroniką i/lub informatyką, który chce programować mikrokontrolery, jak najbardziej ta książka jest właściwa.
Szczególnie polecą ją natomiast gimnazjalistom i ewentualnie uczniom wczesnych klas szkół ponadgimnazjalnych. Dla Was ważne jest, by książki nie były pisane sztywnym, trudnym w odbiorze, naukowym językiem. Ta książka jest właśnie tym czego potrzebujecie w tym zakresie ponieważ opisy są przyjemne w czytaniu i co najważniejsze zrozumiałe.
A pozostali?
W aktualnych czasach nie tylko ludzie młodzi zaczynają zabawę z elektroniką. Także modelarze, krótkofalowcy, samochodziarze i wiele innych grup osób w „słusznym wieku” sięga po lutownicę i programator, choć wcześniej z elektroniką nie nie mieli nic wspólnego. Moim zdaniem książka ta będzie dla nich dobrym początkiem tej wspaniałej przygody :-)
Dlatego też należy uznać, że tytuł książki odzwierciedla w pełni jej adresata.
Moim zdaniem
Książka ta przyda się bardzo młodym użytkownikom (gimnazjalistom), którzy z mikrokontrolerami, a być może i z elektronika nie mieli nic wspólnego, a chcą się zająć tą piękną i przyszłościową dziedziną.
Takie osoby znajdą w książce spory fragment początkowej wiedzy począwszy od zbudowania prostymi środkami programatora i adaptera, będącego jednocześnie płytką testową do zabawy z mikrokontrolerami.
Znajdą także wiedzę na temat możliwych do wyboru języków oraz praktyczne podstawowe informacje, które pozwolą zapalić diodę, pobawić się przyciskami – czyli sam początek.
Także książka może być dobrą pozycją w ręku amatorów w starszym wieku modelarzy, krótkofalowców, itp.
Można na podstawie tej książki podjąć decyzję o docelowej nauce jednego z przedstawionych w niej języków – oczywiście pod warunkiem, że będzie to język C. :-)
"Henry Ford
Każdy nasz klient może mieć Forda pomalowanego w dowolnym kolorze jaki zechce, pod warunkiem, że jest to kolor czarny."
Jeżeli jesteś studentem elektroniki i/lub informatyki i dziedzin pokrewnych – nie kupuj tej książki. To nie jest książka dla Ciebie.
Wyobraź sobie, że trzymasz w ręku książkę mającą 528 stron i dotyczącą instrukcji obsługi dwóch skomplikowanych pojazdów: wozu strażackiego i 120 tonowego dźwigu, oraz że książka ta napisana jest w 4 językach i nie znasz żadnego z nich.
Czy tak napisana książka ma szansę nauczyć Ciebie perfekcyjnej obsługi obu pojazdów w czterech językach? Odpowiedź może być tylko jedna: Nie!
Siłą rzeczy więc, książka ta ma istotne ograniczenia.
Na początek jednak zwrócić chcę uwagę na istotny problem z nią związany:
Niebezpieczne uproszczenia schematów
Na forach dyskusyjnych spotakłem się z negatywnymi opiniami na temat tej książki. Postanowiłem poświęcić czas i sprawdzić osobiście, czy są one uzasadnione.
Bodźcem do tego był ten temat na forum Elektroda.pl: Atmega8 - Układ nie działa po zaprogramowaniu.
Autor tematu pokazał schemat kompletnie źle podłączonego mikrokontrolera, który jak się okazało był zaczerpnięty właśnie z tej książki.
Na moją sugestię:
"dondu
… albo nie doczytałeś jakiegoś nadrzędnej informacji mówiącej o uproszczeniach na schematach, albo tę książkę trzeba wpisać na listę książek zakazanych."
autor tematu odpowiedział:
"yaros79
Prawdopodobnie masz rację co do nadrzędnej informacji, na początku książki jest schemat adaptera do Atmegi , ale go nie robiłem."
I to jest bardzo istotna informacja, ponieważ autor książki chcąc uprościć przedstawianie i rozumienie schematów postanowił, iż wszystkie dotyczące mikrokontrolera AVR, będą oparte o omówiony w jednym z pierwszych rozdziałów adapter, który zawiera wszystkie niezbędne standardowe podłączenia zasilania oraz jego filtrację.
Niestety autor nie stosuje się konsekwentnie do tego założenia i na schematach przedstawia najgorszą możliwą rzecz, jaką można zrobić, czyli pokazanie połowy faktycznego zasilania i braku jego filtrowania w ogóle.
A że użytkownicy książek, rzadko czytają je od deski do deski, to takie podejście autora jest bezpośrednią przyczyną rozpowszechniania poglądów, iż mikrokontroler nie wymaga, żadnych elementów dodatkowych i pełnego zasilania na wszystkich pinach.
Innymi słowy wina leży zarówno po stronie autora jak i czytelnika tej książki.
Podobnie ma się sprawa schematów dot. drugiego omawianego w tej książce mikrokontrolera (ARM). Tutaj autor książki także pokazuje schematy, które mogą zmylić czytelników, którzy nie doczytali, iż to uproszczone wersje i że trzeba brać pod uwagę zasilanie i filtrowanie realizowane na module testowym wykorzystanym w tej książce.
"Prawie wszystkie schematy w tej książce (z wyjątkiem programatorów) są tylko schematami poglądowymi nie zapewniającymi prawidłowego działania mikrokontrolera.
Jeżeli budujesz schematy w opraciu o tę książkę, to musisz stosować adapter lub zestaw testowy, który autor przedstawił odpowiednio dla obu mikrokontrolerów."
Do Autora (o ile przeczyta tę recenzję):
W następnym wydaniu warto byłoby dodać do każdego schematu podpis z gwiazdką, iż prezentowany schemat musi być budowany w oparciu o przedstawiony adapter … bo jak widać czytelnicy nie uwzględniają tego, przez co mają problemy.
Uproszczenia w schematach są ułatwieniem.
Pomimo powyższych zastrzeżeń, należy jednak podkreślić, że takie uproszczenie schematów ułatwia zrozumienie omawianego w danym schemacie zagadnienia.
Klej do wszystkiego, czyli … a może jednak to ma sens?
Dwie różne rodziny mikrokontrolerów plus cztery języki w jednej książce – w jakim celu?
Hmmm, na pewno nie w celu nauczenia się szerokiego zakresu wiedzy o jednej z dwóch omawianych rodzin mikrokontrolerów i jednym z prezentowanych języków.
W takim układzie, czego właściwie się nauczymy?
Języki - ogólnie
W przypadku mikrokontrolera AVR autor omawia każdy temat w 4 językach (BASCOM, Pascal, C oraz Assembler). O tyle w przypadku mikrokontrolera ARM, jedynie C i Assembler. To akurat jest związane z tym, że w BASCOM nie ma możliwości programowania właściwie żadnych innych mikrokontrolerów poza AVR'ami i starą rodziną 8051.
Na pewno nauczysz się bardzo początkowej wiedzy o czterech różnych językach. Da Ci to pewne pojęcie o nich i pozwoli na decyzję wyboru języka, którego chcesz się uczyć.
To jest jakaś konkretna zaleta tej książki, ponieważ każdy czytelnik ma inne cele i inne doświadczenie lub jego całkowity brak. Poprzez realizowanie tych samych zadań w czterech językach masz możliwość ich bezpośredniego porównania.
Ale na pewno nie możesz liczyć na to, że wiedza o języku, który wybierzesz jest kompletna. Wystarczy popatrzeć na ilość stron w książkach stricte o każdym z tych języków, by zauważyć, że mają one pomiędzy 500, a 1000 stron! I to tylko o jednym języku!
Język C
Należy zwrócić uwagę na pewne założenie autora:
"Paweł Borkowski
… kiedy przedstawiam kod języka C, zakładam, że Czytelnik posiada podstawową znajomość jego składni (choć i tę staram się tłumaczyć, o ile to możliwe). Pozostałe języki … wprowadzam od podstaw."
Ale w przypadku języka C nie musisz się tego obawiać, ponieważ wiedzę na jego temat możesz uzupełniać i ćwiczyć tutaj: Kurs języka C z kompilatorem CManiak (online)
Assembler
Podstawy assemblera dobrze jest znać i to jest prawda niepodważalna. Umiejętność ta przydaje się w rozumieniu zasad programowania mikrokontrolerów oraz newralgicznych punktach w szczególności, gdy zależy nam na szybkości, albo gdy mamy do dyspozycji 256B pamięci programu - tak, tak bajtów, nie kilobajtów.
Dlatego na pochwałę zasługuje pokazanie assemblera w prosty i przyjazny sposób. Niestety to tylko bardzo mały wycinek tej wiedzy z powodów, o których piszę powyżej.
Przesiadkowicze – istotny plus
I tutaj (w mojej opinii) leży największa siła tej książki. Mam na myśli osoby, które znają np. BASCOM, czy Pascal, a chcą nauczyć się języka C i/lub assemblera. Ta książka poprzez swoją uniwersalność, ułatwi takim osobom „przesiadkę” pomiędzy tymi językami.
Niestety tylko w podstawowym zakresie .. wiecie już dlaczego.
Mikrokontrolery
Tutaj podobnie jak z językami. Właściwie dowiesz się tylko totalnych podstaw o obu rodzinach (AVR i ARM). Moim zdaniem jest tutaj nieco gorzej niż w przypadku języków. Autor właściwie przedstawia jedynie operowanie pinami na przykładach migania LED i przycisków.
Z „bebechów” mikrokontrolerów AVR omówiony jest bardzo pobieżnie EEPROM i USART. Na pochwałę zasługuje rozdział dot. pinów i portów wejścia-wyjścia. Pokazane są schematy ideowe wewnętrznej budowy portów i ich praca w zależności od sposobu w jaki wykorzystujemy dany pin.
A gdzie reszta, czyli jakieś „na oko” 95% możliwości tych mikrokontrolerów?
Gdzie takie podstawy jak timery, przetworniki ADC, komparatory, interfejsy SPI, I2C, itd.?
Odpowiedź jest prosta: Zabrakło miejsca w książce. No cóż, coś za coś. W przypadku dwóch rodzin (AVR i ARM) i czterech języków książka ta musiałaby mieć, co najmniej 3tys stron :-)
Plusem natomiast jest to, iż jako podstawę autor wybrał najbardziej popularny mikrokontroler AVR jakim jest Atmega8. To bardzo ułatwia naukę, ze względu na kolosalne ilości różnych projektów dostępnych w sieci Internet wraz z programami. Jest to także mikrokontroler, który zawiera prawie wszystkie możliwe "wewnętrzne bebechy" spotykane w AVR'ach.
Dobrym więc uzupełnieniem tej książki pod względem tego mikrokontrolera, jest Kurs mikrokontrolerów AVR w języku C - Drzaśkowy pamiętnik.
Sterowanie LCD wraz z definiowaniem własnych znaków
Ten temat jest bardzo ładnie omówiony zarówno w przypadku AVR jak i ARM.
Dla mikrokontrolerów AVR temat oparty jest o najpopularniejszy rodzaj wyświetlaczy LCD w wersji 2x16 znaków wykorzystujących sterownik HD44780. Całość oczywiście we wszystkich czterech językach. W przypadku ARM poznasz wykorzystać wyświetlacz z telefonu Siemens S65.
Ale właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, byś we własnym zakresie na podstawie powyższych rozdziałów mógł wykorzystać wyświetlacze Siemens S65 z AVR, a HD44780 z ARM - może być to bardzo dobre ćwiczenie własnych umiejętności.
Sterowanie serwem
W przypadku ARM autor dodatkowo zamieścił rozdział o sterowaniu serwomechanizmem. To na pewno jest dużą zaletą dla tych osób, które chcą iść w tym kierunku ze swoimi projektami. Niestety ten rozdział operuje tylko przykładami dla języka C.
FreeRTOS – czyli rozdział „Ni z gruchy, ni z pietruchy”.
Ten rozdział jest dla mnie największym zaskoczeniem. Cała książka to sam początek nauki mikrokontrolerów, a tutaj nagle wpadamy w skomplikowane świat systemów czasu rzeczywistego. Taki przeskok poziomu trudności jest zaskakujący.
Ale z drugiej strony … jako poznanie zagadnienia, stanowi jakąś wartość, która przyda się, ale jak sądzę tylko nielicznym czytelnikom tej książki.'
Na szczęście to zaledwie niewielki fragment książki, więc nie płacisz za niego zbyt wiele, a może jednak kiedyś się przyda :-)
Płyta CD
Do książki załączona jest płyta CD z sporej objętości zawartością. Znajdziesz na niej:
- lekcje
- ćwiczenia
- programy (kompilatory, programatory, itp.),
- dodatkowe pliki, o których autor pisze w książce.
To bardzo istotny dodatek do książki.
Lekcje i ćwiczenia to wręcz obowiązek i nie ma właściwie co omawiać – są i już :-)
Niemniej, a może nawet bardziej istotne są załączone kompilatory oraz inne narzędzia programistyczne, które używane są w książce. Są to wersje pełne (o ile są darmowe) i demo np. BASCOM.
Dlaczego to takie istotne?
Ponieważ oprogramowanie szybko podlega modyfikacjom ze strony producentów, przez co jego funkcjonalności i obsługa mogą znacznie różnić się od wersji opisanej w książce, co utrudniłoby naukę. Autor zadbał o to, byś tego problemu nie miał i otrzymujesz narzędzia do zainstalowania dokładnie w wersjach, których w książce używa autor.
Łącznie istotna zawartość CD, to 368MB.
Z dodatkiem humoru ...
Autor wychodzi z założenia, że:
"Paweł Borkowski
Prowadząc zajęcia ze studentami, staram się, by nikt, łącznie ze mną, nie był nimi znudzony."
By to zrealizować autor wprowadza elementy humoru w postaci historyjek słownych i obrazkowych, które często są związane z omawianym zagadnieniem. Jest to nietypowe podejście, które jak każde inne ma swoje zalety i wady. Z jednej strony nie ma nudy, z drugiej nie każdemu przypadnie to do gustu.
Moim zdaniem, trochę humoru nie zaszkodzi, byle mieć umiar :-)
Wykonanie
Książka ma miękką okładkę i jest w wersji klejonej. Okładka powlekana folią, więc nie brudzi się i nie podlega szybkiemu niszczeniu, co jest istotne w przypadku elektroników, gdyż nasze miejsca pracy nie zawsze są czyste.
Papier wysokiej jakości, a druk bardzo czytelny (duży kontrast). Jednakże cienki papier (mała gramatura) powoduje prześwitywanie tekstu z drugiej strony, stąd minimalnie pogarsza to czasami czytelność tekstu we fragmentach, w których na odwrocie strony są duże płaszczyzny z ciemną zawartością.
Klej bardzo mocny - śmiało można otwierać książkę kładąc na biurku i dociskając jakimś przedmiotem, co często się dzieje, gdyż ręce mamy zajęte miernikami i lutownicami :-)
Reasumując - bardzo dobrze wykonana książka.
eBook rulez!
Polecam wersję eBook, ponieważ:
- umożliwia automatyczne wyszukiwanie tekstu w książce (bardzo pomocne!),
- umożliwia kopiowanie fragmentów programów (Ctrl-C oraz Ctrl-V),
- umożliwia noszenie jej zawsze „przy sobie”,
- eBook jest tańszy o około 17zł :-)
- dostępny w wersjach PDF, ePub, Mobi.
Podsumowanie
Czas podjąć decyzję dla kogo właściwie jest ta książka.
Dla gimnazjalisty TAK, dla studenta elektroniki NIE.
Aczkolwiek, może na zaliczenie przedmiotu z podstaw obu rodzin (AVR i ARM) wystarczy?
A modelarze, krótkofalowcy, samochodziarze, … amatorzy w starszym wieku?
Autor we wstępie napisał:
"Paweł Borkowski
Moim zamierzeniem było, by podręcznik mógł służyć jak najszerszemu kręgowi odbiorców – od gimnazjalisty do profesora."
Jednak moim zdaniem patrząc na:
- zawartość książki,
- sposób pisania tekstu,
- dodatkowy humor obrazkowy i słowny,
ta książka absolutnie nie jest dla studenta elektroniki i pokrewnych. Studenci tych kierunków potrzebują książki takiej jak ta książka.
Ale już dla studenta przedmiotów innych niż związanych z elektroniką i/lub informatyką, który chce programować mikrokontrolery, jak najbardziej ta książka jest właściwa.
Szczególnie polecą ją natomiast gimnazjalistom i ewentualnie uczniom wczesnych klas szkół ponadgimnazjalnych. Dla Was ważne jest, by książki nie były pisane sztywnym, trudnym w odbiorze, naukowym językiem. Ta książka jest właśnie tym czego potrzebujecie w tym zakresie ponieważ opisy są przyjemne w czytaniu i co najważniejsze zrozumiałe.
A pozostali?
W aktualnych czasach nie tylko ludzie młodzi zaczynają zabawę z elektroniką. Także modelarze, krótkofalowcy, samochodziarze i wiele innych grup osób w „słusznym wieku” sięga po lutownicę i programator, choć wcześniej z elektroniką nie nie mieli nic wspólnego. Moim zdaniem książka ta będzie dla nich dobrym początkiem tej wspaniałej przygody :-)
Dlatego też należy uznać, że tytuł książki odzwierciedla w pełni jej adresata.
Moim zdaniem
Książka ta przyda się bardzo młodym użytkownikom (gimnazjalistom), którzy z mikrokontrolerami, a być może i z elektronika nie mieli nic wspólnego, a chcą się zająć tą piękną i przyszłościową dziedziną.
Takie osoby znajdą w książce spory fragment początkowej wiedzy począwszy od zbudowania prostymi środkami programatora i adaptera, będącego jednocześnie płytką testową do zabawy z mikrokontrolerami.
Znajdą także wiedzę na temat możliwych do wyboru języków oraz praktyczne podstawowe informacje, które pozwolą zapalić diodę, pobawić się przyciskami – czyli sam początek.
Także książka może być dobrą pozycją w ręku amatorów w starszym wieku modelarzy, krótkofalowców, itp.
Można na podstawie tej książki podjąć decyzję o docelowej nauce jednego z przedstawionych w niej języków – oczywiście pod warunkiem, że będzie to język C. :-)
"Henry Ford
Każdy nasz klient może mieć Forda pomalowanego w dowolnym kolorze jaki zechce, pod warunkiem, że jest to kolor czarny."
Jeżeli jesteś studentem elektroniki i/lub informatyki i dziedzin pokrewnych – nie kupuj tej książki. To nie jest książka dla Ciebie.
Mikrokontrolery 2012-10-04
Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
(...) Dziś jednak, skupię się na pierwszej pozycji. Jakiś czas temu, miałam przyjemność przeczytać ją w oryginalnej, amerykańskiej wersji, także kiedy wydawnictwo przysłało mi polską wersję bardzo się ucieszyłam, iż mogłam i ją przeczytać, a jednocześnie porównać. Pomógł mi również fakt, że dobrych kilka lat mieszkałam w Stanach Zjednoczonych przez co łatwiej mogłam się utożsamić z pewnymi zagadnieniami poruszanymi w książce.
Ważące blisko 800 gramów, przyciągające barwną, miękką lecz sztywną okładką, z adekwatnymi na niej fotografiami, które bez przeczytania tytułu, od razu wskazują o czym będą traktowały, prawie kwadratowe w kształcie "Ujęcia ze smakiem", bez chwili wahania zachęcają do sięgnięcia po nie. Autorka tego swoistego podręcznika - Hélène Dujardin - o fotografii kulinarnej, w bardzo przystępny sposób pisze o jej podstawach, a tym samym namawia czytelników do robienia jeszcze lepszych zdjęć swoich potraw oraz ich stylizacji. Obecnie pracująca jako fotograf, doświadczona jako szef kuchni, a w życiu osobistym jako blogerka kulinarna, Helen, w ośmiu rozdziałach dzieli się wszystkimi niezbędnymi wskazówki, które są potrzebne każdemu, ale zwłaszcza początkującemu mistrzowi patelni jak i aparatu. I tak, autorka omawia podstawy fotografii, tryb działania aparatu, fotografowaniu w różanych rodzajach światła, kompozycji, stylizacji, przygotowaniu do sesji jak i postprodukcji. Książkę natomiast uwieńcza słowniczek pojęć przydatnych w fotografii - nie tylko kulinarnej - jak również rady na temat, w co powinna być wyposażona torba fotograficzna oraz jakie rekwizyty i akcesoria powinny znaleźć się w kuferku, który zawsze powinien towarzyszyć każdej sesji zdjęciowej.
Pochodząca z Francji, pani Dujardin w bardzo ciekawy sposób, łatwym do zrozumienia, klarownym językiem, pisze o swojej przygodzie kulinarnej zarówno od strony szefa kuchni jak i fotografa. Każda omawiana kwestia ma swoje odzwierciedlenie w fotografiach, które jeszcze łatwiej pomagają zrozumieć dane zagadnienie. Już poprzez patrzenie na same fotografie można wywnioskować, co według autorki jest najważniejsze i na co należy zwracać uwagę robiąc takie właśnie zdjęcia. Nie da się ukryć, że ma ona swój własny, rozpoznawalny, specyficzny styl, gdzie zdecydowanie stawia na kompozycję i przeróżne dodatki, które zawsze ma pod ręką, tworząc z danej potrawy swoisty malunek. Podpowiada, co zrobić aby dana potrawa przyciągała jeszcze większe grono czytelników, jakie zastosować triki i jak zachęcić aby przepis został popularny i zaadaptowany.
Znakomita większość jej "smakowitych", pięknych zdjęć jest zatrzymana w kadrze w pozycji wertykalnej, ale czyżby to miał być klucz do sukcesu? Na to pytanie, odpowiedzcie sobie sami czytając "Ujęcia ze Smakiem".
A czy książka jest godna polecenia? Na pewno - tak, z jednym wyjątkiem, który mógł by być skorygowany w kolejnym jej wydaniu. Dlaczego? Prawie w ogóle nie przydatnymi dla polskiego czytelnika informacjami są te, na temat, gdzie na rynku amerykańskim można się zaopatrzyć w różnego rodzaju sprzęt i nie tylko ten stricto fotograficzny, lecz pomocny w fotografii kulinarnej. Nieco bardziej przydatnymi, ale tylko dla części odbiorców, mianowicie tych, znających język angielski, są informacje o anglojęzycznych stronach internetowych traktujących o praktycznych zagadnieniach związanych z tematem. Natomiast przydatnymi dla wszystkich odbiorców radami są wspomniane przez autorkę miejsca - nie zależne od położenia geograficznego - gdzie można dostać pojedyncze sztuki porcelany, sztućców, skrawki materiałów na obrusy i inne przydatne akcesoria.
Także, w związku z powyższym, aby dla czytelnika polskiego wydania "Plate to Pixel" powyższe wskazówki były użyteczne, warto by było aby znalazł w nich polskie odpowiedniki stron i miejsc wspominanych przez autorkę.
Ważące blisko 800 gramów, przyciągające barwną, miękką lecz sztywną okładką, z adekwatnymi na niej fotografiami, które bez przeczytania tytułu, od razu wskazują o czym będą traktowały, prawie kwadratowe w kształcie "Ujęcia ze smakiem", bez chwili wahania zachęcają do sięgnięcia po nie. Autorka tego swoistego podręcznika - Hélène Dujardin - o fotografii kulinarnej, w bardzo przystępny sposób pisze o jej podstawach, a tym samym namawia czytelników do robienia jeszcze lepszych zdjęć swoich potraw oraz ich stylizacji. Obecnie pracująca jako fotograf, doświadczona jako szef kuchni, a w życiu osobistym jako blogerka kulinarna, Helen, w ośmiu rozdziałach dzieli się wszystkimi niezbędnymi wskazówki, które są potrzebne każdemu, ale zwłaszcza początkującemu mistrzowi patelni jak i aparatu. I tak, autorka omawia podstawy fotografii, tryb działania aparatu, fotografowaniu w różanych rodzajach światła, kompozycji, stylizacji, przygotowaniu do sesji jak i postprodukcji. Książkę natomiast uwieńcza słowniczek pojęć przydatnych w fotografii - nie tylko kulinarnej - jak również rady na temat, w co powinna być wyposażona torba fotograficzna oraz jakie rekwizyty i akcesoria powinny znaleźć się w kuferku, który zawsze powinien towarzyszyć każdej sesji zdjęciowej.
Pochodząca z Francji, pani Dujardin w bardzo ciekawy sposób, łatwym do zrozumienia, klarownym językiem, pisze o swojej przygodzie kulinarnej zarówno od strony szefa kuchni jak i fotografa. Każda omawiana kwestia ma swoje odzwierciedlenie w fotografiach, które jeszcze łatwiej pomagają zrozumieć dane zagadnienie. Już poprzez patrzenie na same fotografie można wywnioskować, co według autorki jest najważniejsze i na co należy zwracać uwagę robiąc takie właśnie zdjęcia. Nie da się ukryć, że ma ona swój własny, rozpoznawalny, specyficzny styl, gdzie zdecydowanie stawia na kompozycję i przeróżne dodatki, które zawsze ma pod ręką, tworząc z danej potrawy swoisty malunek. Podpowiada, co zrobić aby dana potrawa przyciągała jeszcze większe grono czytelników, jakie zastosować triki i jak zachęcić aby przepis został popularny i zaadaptowany.
Znakomita większość jej "smakowitych", pięknych zdjęć jest zatrzymana w kadrze w pozycji wertykalnej, ale czyżby to miał być klucz do sukcesu? Na to pytanie, odpowiedzcie sobie sami czytając "Ujęcia ze Smakiem".
A czy książka jest godna polecenia? Na pewno - tak, z jednym wyjątkiem, który mógł by być skorygowany w kolejnym jej wydaniu. Dlaczego? Prawie w ogóle nie przydatnymi dla polskiego czytelnika informacjami są te, na temat, gdzie na rynku amerykańskim można się zaopatrzyć w różnego rodzaju sprzęt i nie tylko ten stricto fotograficzny, lecz pomocny w fotografii kulinarnej. Nieco bardziej przydatnymi, ale tylko dla części odbiorców, mianowicie tych, znających język angielski, są informacje o anglojęzycznych stronach internetowych traktujących o praktycznych zagadnieniach związanych z tematem. Natomiast przydatnymi dla wszystkich odbiorców radami są wspomniane przez autorkę miejsca - nie zależne od położenia geograficznego - gdzie można dostać pojedyncze sztuki porcelany, sztućców, skrawki materiałów na obrusy i inne przydatne akcesoria.
Także, w związku z powyższym, aby dla czytelnika polskiego wydania "Plate to Pixel" powyższe wskazówki były użyteczne, warto by było aby znalazł w nich polskie odpowiedniki stron i miejsc wspominanych przez autorkę.
nietypowewypieki.blogspot.de 2012-10-03
Ostatni maraton
Książka robi furorę. Bo autor, Piotr Kuryło, pisze tak, jak mówi: Prostym językiem, z lekką autoironią bez egzaltacji. Tak, jakby przebiegnięcie globu dokoła było czymś bardzo zwyczajnym. Ot, ucałować żonę i dzieci, pożegnać dom na rok i - witaj świecie! Europa, Ameryka, Azja, 20 tysięcy kilometrów na własnych nogach. Truchtem przez trzy kontynenty, przez kraje wstrząsane konfliktami i miejsca zagubione na mapie świata. Bieg dla pokoju. Spotkania z ludźmi niebanalnymi. Mnóstwo przygód. Czegóż on bowiem nie przeżył! Topił się, przeganiał wilki i niedźwiedzie, głodował, marzł, spał gdzie popadnie. „Ostatni maraton", to wyścig z samym sobą, własnymi słabościami, zwątpieniami i , ułomnościami. Rzecz nie tyle o bieganiu, co o J życiu. O człowieku z małej wioski, który ruszył za marzeniami w świat.
POLSKA - DZIENNIK BAŁTYCKI Irena Łaszyn
E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu
Czym różni się amerykański internet od polskiego W zasadzie niczym, tyle że ten pierwszy zaczął się w garażu. To oczywiście żart, ale w prawie każdej historii związanej z początkami internetu pojawia się takie właśnie miejsce akcji. Jeff Bezos, z zawodu analityk finansowy, tworcaAmazon.com, zaczynał w garażu. Panowie Steve Jobs i Steve Wozniak firmę Apple też założyli w garażu i tam składali pierwsze komputery. Larry Page i Siergiej Brin, twórcy Google'a, wynajęli garaż i tam pracowali nad algorytmami wyszukiwania. Chad Hurley, Steve Chen, Jawed Karim również w garażu odpalili Youtube.com.
Polskie historie są równie barwne, choć nie pojawia się w nich słowo „garaż". Może dlatego, że z oczywistych powodów wszystkie najważniejsze polskie inicjatywy związane z internetem powstawały parę lat później niż te amerykańskie. Również poziom polskich garaży z pewnością odbiega od amerykańskich standardów. Co nie zmienia faktu, że początki polskiego internetu są równie fascynujące, ale zdecydowanie słabiej udokumentowane. Tym bardziej każdego, kto interesuje się internetem trochę bardziej niż przeciętny jego użytkownik, musi ucieszyć książka „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu" autorstwa Tomasza Ciska i Pawła Nowackiego.
Tym bardziej że młodzi ludzie, którzy dziś zaczynają studia, są już pokoleniem, dla którego internet istniał od zawsze. Dla wielu z nich niewyobrażalny jest świat bez sieci. To już nawet nie jest „pokolenie neostrady" (neostrada to jedna z pierwszych usług szerokopasmowego internetu, w połowie ubiegłej dekady mroczny przedmiot pożądania każdego, kto wiedział, czym jest internet), to ludzie, dla których szybki transfer danych w komórce jest czymś oczywistym.
A mało kto pamięta, jak to wszystko wyglądało w połowie lat 90., kiedy o internecie w Polsce wiedziała garstka ludzi, a jeszcze mniej z niego korzystało. Na początku był dostępny tylko na uniwersytetach. Jeden z bohaterów „E-wan-gelistów" Arkadiusz Osiak, współtwórca Money.pl, opowiada o swojej pierwszej przygodzie z siecią tak: „Pierwszy raz połączyłem się już w liceum, jeszcze nie z internetem, bo to się nie nazywało internet, tylko BitNet - taki protoplasta internetu w Europie. Wtedy udało nam się, razem z naszym nauczycielem, wysłać jakiegoś mejla gdzieś do Szwecji". I dalej opowiada, jaką okazją były studia na Politechnice Wrocławskiej parę lat później, bo uczelnia miała stałe łącze - i to przez światłowód. Tak to wtedy wyglądało. Nieliczni dziś pamiętają moment, kiedy TP SA udostępniła pierwszy w Polsce dial-up dostępny dla wszystkich. Szczytem techniki był wtedy modem 28,8 kbit/s, a szczytem techniki 33,6kbit/s dysponowali nieliczni szczęśliwcy. Szczęśliwcami byli też ci, którym dial-up nie zrywał się co kilka minut.
Najpopularniejszą i jedną z niewielu wyszukiwarek była AltaVista, a najpopularniejszym portalem Yahoo. A w kraju Wszyscy wówczas zakładali sobie mejle w zapomnianej już dziś zupełnie domenie Free.polbox.pl. Polbox powstał w pamiętnym 1995 r., tym samym, w którym powstała AltaVista, Amazon, eBay. To również rok, wktórym Microsoft wypuścił pierwszego Internet Explorera (a wszyscy używali Netscape'a), a w Polsce powstało Centrum Nowych Technologii, czyli późniejsza Wirtualna Polska. Rok później, w 1996 r., powstał w Izraelu ICQ (sama posiadałam w nim tylko pięciocyfrowy numer, więc doskonale pamiętam te czasy), pierwszy komunikator internetowy, pierwowzór późniejszego Gadu-Gadu, które zna chyba każdy polski internauta. Jak powstał - opowiadają w książce „E-wangeliści" dwaj jego twórcy Piotr Pokrzywa i Krzysztof Szalwa.
Takich opowieści w „E-wangelistach" jest kilkanaście, a jedna bardziej smakowita od drugiej. Czy wiedzieliście, że Allegro.pl początkowo miało się nazywać Zatoka.pl (od eBay.com), ale ktoś na Pomorzu wcześniej zarejestrował taką domenę Przyznam szczerze, nie miałam o tym pojęcia, zwłaszcza że Arjan Bakker, twórca tego pierwszego polskiego serwisu aukcyjnego, dotychczas nie udzielał wywiadów. W książce opowiada ze szczegółami, jak to było z Allegro. Nie mniej fascynująca jest opowieść o początkach O2.pl i o tym, jak na komputerze Pentium 133 Mhz „chodziło" 30 tys. kont pocztowych. Jacek Świderski opowiada o tym tak: „Cały Konin miał wtedy dwumegabi-towe łącze do internetu. My mieliśmy wykupiony jeden megabit. W pewnym momencie okazało się, że mieszkańcy Konina skarżą się, że nie działa im internet. Nikt nie wiedział dlaczego, podczas gdy my wysycaliśmy 50 proc. łączy całego miasta". Dziś nie do pomyślenia.
Jeśli ktoś jest ciekawy, jak to z tym internetem było, przeczytać „E-wan-gelistów" musi. To również lektura obowiązkowa dla tych, którzy sami przez lata wbijali się do sieci za pomocą modemu telefonicznego. Ale to także ważna książka dla tych, którym po nocach marzy się, że będą kreatywni niczym Mark Zuckerberg i w końcu podbiją internet. W końcu uczyć się trzeba od tych, którym się udało.
Polskie historie są równie barwne, choć nie pojawia się w nich słowo „garaż". Może dlatego, że z oczywistych powodów wszystkie najważniejsze polskie inicjatywy związane z internetem powstawały parę lat później niż te amerykańskie. Również poziom polskich garaży z pewnością odbiega od amerykańskich standardów. Co nie zmienia faktu, że początki polskiego internetu są równie fascynujące, ale zdecydowanie słabiej udokumentowane. Tym bardziej każdego, kto interesuje się internetem trochę bardziej niż przeciętny jego użytkownik, musi ucieszyć książka „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu" autorstwa Tomasza Ciska i Pawła Nowackiego.
Tym bardziej że młodzi ludzie, którzy dziś zaczynają studia, są już pokoleniem, dla którego internet istniał od zawsze. Dla wielu z nich niewyobrażalny jest świat bez sieci. To już nawet nie jest „pokolenie neostrady" (neostrada to jedna z pierwszych usług szerokopasmowego internetu, w połowie ubiegłej dekady mroczny przedmiot pożądania każdego, kto wiedział, czym jest internet), to ludzie, dla których szybki transfer danych w komórce jest czymś oczywistym.
A mało kto pamięta, jak to wszystko wyglądało w połowie lat 90., kiedy o internecie w Polsce wiedziała garstka ludzi, a jeszcze mniej z niego korzystało. Na początku był dostępny tylko na uniwersytetach. Jeden z bohaterów „E-wan-gelistów" Arkadiusz Osiak, współtwórca Money.pl, opowiada o swojej pierwszej przygodzie z siecią tak: „Pierwszy raz połączyłem się już w liceum, jeszcze nie z internetem, bo to się nie nazywało internet, tylko BitNet - taki protoplasta internetu w Europie. Wtedy udało nam się, razem z naszym nauczycielem, wysłać jakiegoś mejla gdzieś do Szwecji". I dalej opowiada, jaką okazją były studia na Politechnice Wrocławskiej parę lat później, bo uczelnia miała stałe łącze - i to przez światłowód. Tak to wtedy wyglądało. Nieliczni dziś pamiętają moment, kiedy TP SA udostępniła pierwszy w Polsce dial-up dostępny dla wszystkich. Szczytem techniki był wtedy modem 28,8 kbit/s, a szczytem techniki 33,6kbit/s dysponowali nieliczni szczęśliwcy. Szczęśliwcami byli też ci, którym dial-up nie zrywał się co kilka minut.
Najpopularniejszą i jedną z niewielu wyszukiwarek była AltaVista, a najpopularniejszym portalem Yahoo. A w kraju Wszyscy wówczas zakładali sobie mejle w zapomnianej już dziś zupełnie domenie Free.polbox.pl. Polbox powstał w pamiętnym 1995 r., tym samym, w którym powstała AltaVista, Amazon, eBay. To również rok, wktórym Microsoft wypuścił pierwszego Internet Explorera (a wszyscy używali Netscape'a), a w Polsce powstało Centrum Nowych Technologii, czyli późniejsza Wirtualna Polska. Rok później, w 1996 r., powstał w Izraelu ICQ (sama posiadałam w nim tylko pięciocyfrowy numer, więc doskonale pamiętam te czasy), pierwszy komunikator internetowy, pierwowzór późniejszego Gadu-Gadu, które zna chyba każdy polski internauta. Jak powstał - opowiadają w książce „E-wangeliści" dwaj jego twórcy Piotr Pokrzywa i Krzysztof Szalwa.
Takich opowieści w „E-wangelistach" jest kilkanaście, a jedna bardziej smakowita od drugiej. Czy wiedzieliście, że Allegro.pl początkowo miało się nazywać Zatoka.pl (od eBay.com), ale ktoś na Pomorzu wcześniej zarejestrował taką domenę Przyznam szczerze, nie miałam o tym pojęcia, zwłaszcza że Arjan Bakker, twórca tego pierwszego polskiego serwisu aukcyjnego, dotychczas nie udzielał wywiadów. W książce opowiada ze szczegółami, jak to było z Allegro. Nie mniej fascynująca jest opowieść o początkach O2.pl i o tym, jak na komputerze Pentium 133 Mhz „chodziło" 30 tys. kont pocztowych. Jacek Świderski opowiada o tym tak: „Cały Konin miał wtedy dwumegabi-towe łącze do internetu. My mieliśmy wykupiony jeden megabit. W pewnym momencie okazało się, że mieszkańcy Konina skarżą się, że nie działa im internet. Nikt nie wiedział dlaczego, podczas gdy my wysycaliśmy 50 proc. łączy całego miasta". Dziś nie do pomyślenia.
Jeśli ktoś jest ciekawy, jak to z tym internetem było, przeczytać „E-wan-gelistów" musi. To również lektura obowiązkowa dla tych, którzy sami przez lata wbijali się do sieci za pomocą modemu telefonicznego. Ale to także ważna książka dla tych, którym po nocach marzy się, że będą kreatywni niczym Mark Zuckerberg i w końcu podbiją internet. W końcu uczyć się trzeba od tych, którym się udało.
POLSKA Arlena Sokalska, 2012-09-28