Recenzje
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Robb Maciąg w ostatnim czasie wydaje książkę za książką (Podręcznik przygody rowerowej już czeka, aby pojawić się na półkach). Tysiąc szklanek herbaty to kolejna opowieść o ludziach napotkanych po drodze. Tym razem podczas wyprawy Jedwabnym Szlakiem.
Zacznę od małej „złośliwości”. Ale mam nadzieję, że odebrana zostanie z przymrużeniem oka, bo taki jej zamysł, a Robb na szczęście nie należy do osób, które napinają łydę. Jakiś czas temu, rozmawiając z jedną z redakcyjnych koleżanek na temat jego najnowszej książki, doszliśmy do wniosku, że jeszcze do niedawna Robb Maciąg był panem od rowerów (to ten gościu co był w Indiach na rowerze. W Chinach też był. No wiecie, on wszędzie jeździ na rowerze!). Teraz można by rzec, że jest specjalistą od spotykania dobrych i bardzo pozytywnych ludzi (rower nadal jest, ale jakby na drugim planie). Nie wiem czym będzie się specjalizował w przyszłości (słuchy chodzą, że wraca do rowerów), ale faktem jest, że pozytywne i mocno zarażające książki, to on potrafi pisać. I taką jest też Tysiąc szklanek herbaty.
W praktycznie każdym kraju na drodze Ani, Robba i towarzyszącego im Bena – Syrii, Turcji, Iranie, Turkmenistanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Chinach – picie herbaty jest w pewnym sensie rytuałem. Więc okazja ku temu, aby przystanąć i napić się z miejscową ludnością herbaty nadarzała się co chwilę. Czasami nawet zbyt często. I nie kończyła się tylko na herbacie. Zdarzały się i takie historie, gdy zwykłe pytanie o możliwość rozbicia namiotu przeradzało się w ogromną kolację, w której uczestniczyła cała rodzina z ośmioma braćmi gospodarza na czele (historia Abdul Aziza spotkanego w Syrii). Takich opowieści znajdziecie tu sporo.
Niby nie ma w tych historiach nic niezwykłego, bo przecież wiele podróżniczych książek wydawanych w ostatnim czasie, jest do siebie podobnych. Śledzimy w nich trasę autora, przemieszczamy się oczami wyobraźni razem z nim. Ale… No właśnie, Robb należy do tych osób które potrafią ciekawie i bardzo barwnie (choć nie koloryzując, a jeśli nawet to nie odczuwa się tego :)) opowiadać przeżyte historie. Ma też drugą umiejętność. Potrafi przelać swoje opowieści na papier. A to już nie jest takie proste. Delektuje się rzeczami z pozoru błahymi, wynosi je na piedestał, tak jak tytułowe picie herbaty, ale dzięki temu ukazuje urok i bardzo charakterystyczne cechy danego miejsca, co sprawia, że wyobraźnia czytelnika działa jeszcze lepiej.
No i są jeszcze wszechobecne spostrzeżenia Robba dotyczące wielu różnych kwestii współczesnego życia, które pojawiają się w każdej jego książce. Niby bardzo proste i prozaiczne, ale coraz bardziej charakterystyczne dla jego książek i maksymalnie szczere.
Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. Zabiera nas do istoty rzeczy, zabiera nas w przeszłość, do czasów, gdy to nie współzawodnictwo rządziło światem, ale współpraca. Jedność i zaufanie. Bez tego nie można było przeżyć zimy, powodzi, zarazy.
~~
Jak powiedział kiedyś mój kolega z pewnego kraju w Azji Środkowej: „Ja wszystkim tłumaczę, że do nas to tylko gołodupce przyjeżdżają. Jak któryś ma pieniądze, to jedzie do Egiptu i na pewno nie na rowerze.
Fakt.
Naszym majątkiem nie był portfel.
Naszym majątkiem był wolny czas.
I mijani ludzie – to oni byli naszym prawdziwym wspomnieniem i to od nich zależało, jaka ta podróż będzie.
Czytając tę książkę (prostokątną, bo każda książka jest prostokątna, ale akurat ta jest prostokątną w taki sposób, że tam gdzie powinna być węższa, to jest szersza, a tam gdzie powinna być szersza jest węższa :)) nie odczuwa się, że autor, jest wielkim odkrywcą tego co już odkryte i że dociera w maksymalnie ukryte miejsca. On tam jest raczej przy okazji, a głównym bohaterem jego opowieści są spotkani ludzie i ich historie, a nie sam fakt podróżowania.
Podsumowując, podejrzewam, że nawet Mariuszowi Jajeśniakowi, naszemu ulubionemu krytykowi książek podróżniczych Tysiąc szklanek herbaty przypadłoby do gustu. Zatem śmiało możemy ją polecić.
Zacznę od małej „złośliwości”. Ale mam nadzieję, że odebrana zostanie z przymrużeniem oka, bo taki jej zamysł, a Robb na szczęście nie należy do osób, które napinają łydę. Jakiś czas temu, rozmawiając z jedną z redakcyjnych koleżanek na temat jego najnowszej książki, doszliśmy do wniosku, że jeszcze do niedawna Robb Maciąg był panem od rowerów (to ten gościu co był w Indiach na rowerze. W Chinach też był. No wiecie, on wszędzie jeździ na rowerze!). Teraz można by rzec, że jest specjalistą od spotykania dobrych i bardzo pozytywnych ludzi (rower nadal jest, ale jakby na drugim planie). Nie wiem czym będzie się specjalizował w przyszłości (słuchy chodzą, że wraca do rowerów), ale faktem jest, że pozytywne i mocno zarażające książki, to on potrafi pisać. I taką jest też Tysiąc szklanek herbaty.
W praktycznie każdym kraju na drodze Ani, Robba i towarzyszącego im Bena – Syrii, Turcji, Iranie, Turkmenistanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Chinach – picie herbaty jest w pewnym sensie rytuałem. Więc okazja ku temu, aby przystanąć i napić się z miejscową ludnością herbaty nadarzała się co chwilę. Czasami nawet zbyt często. I nie kończyła się tylko na herbacie. Zdarzały się i takie historie, gdy zwykłe pytanie o możliwość rozbicia namiotu przeradzało się w ogromną kolację, w której uczestniczyła cała rodzina z ośmioma braćmi gospodarza na czele (historia Abdul Aziza spotkanego w Syrii). Takich opowieści znajdziecie tu sporo.
Niby nie ma w tych historiach nic niezwykłego, bo przecież wiele podróżniczych książek wydawanych w ostatnim czasie, jest do siebie podobnych. Śledzimy w nich trasę autora, przemieszczamy się oczami wyobraźni razem z nim. Ale… No właśnie, Robb należy do tych osób które potrafią ciekawie i bardzo barwnie (choć nie koloryzując, a jeśli nawet to nie odczuwa się tego :)) opowiadać przeżyte historie. Ma też drugą umiejętność. Potrafi przelać swoje opowieści na papier. A to już nie jest takie proste. Delektuje się rzeczami z pozoru błahymi, wynosi je na piedestał, tak jak tytułowe picie herbaty, ale dzięki temu ukazuje urok i bardzo charakterystyczne cechy danego miejsca, co sprawia, że wyobraźnia czytelnika działa jeszcze lepiej.
No i są jeszcze wszechobecne spostrzeżenia Robba dotyczące wielu różnych kwestii współczesnego życia, które pojawiają się w każdej jego książce. Niby bardzo proste i prozaiczne, ale coraz bardziej charakterystyczne dla jego książek i maksymalnie szczere.
Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. Zabiera nas do istoty rzeczy, zabiera nas w przeszłość, do czasów, gdy to nie współzawodnictwo rządziło światem, ale współpraca. Jedność i zaufanie. Bez tego nie można było przeżyć zimy, powodzi, zarazy.
~~
Jak powiedział kiedyś mój kolega z pewnego kraju w Azji Środkowej: „Ja wszystkim tłumaczę, że do nas to tylko gołodupce przyjeżdżają. Jak któryś ma pieniądze, to jedzie do Egiptu i na pewno nie na rowerze.
Fakt.
Naszym majątkiem nie był portfel.
Naszym majątkiem był wolny czas.
I mijani ludzie – to oni byli naszym prawdziwym wspomnieniem i to od nich zależało, jaka ta podróż będzie.
Czytając tę książkę (prostokątną, bo każda książka jest prostokątna, ale akurat ta jest prostokątną w taki sposób, że tam gdzie powinna być węższa, to jest szersza, a tam gdzie powinna być szersza jest węższa :)) nie odczuwa się, że autor, jest wielkim odkrywcą tego co już odkryte i że dociera w maksymalnie ukryte miejsca. On tam jest raczej przy okazji, a głównym bohaterem jego opowieści są spotkani ludzie i ich historie, a nie sam fakt podróżowania.
Podsumowując, podejrzewam, że nawet Mariuszowi Jajeśniakowi, naszemu ulubionemu krytykowi książek podróżniczych Tysiąc szklanek herbaty przypadłoby do gustu. Zatem śmiało możemy ją polecić.
Peron4.pl Paweł Olszański, 2012-05-24
Przechytrzyć Google. Odkryj skuteczną strategię SEO i zdobądź szczyty wyszukiwarek
To nie PageRank świadczy o tym, jak strona traktowana jest przez Google. Wskaźnikiem tym jest... TrustRank. To jedno z głównych przesłań płynących z książki "Przechytrzyć Google" niedawno wydanej przez wydawnictwa Helion i OnePress.
Jej autorzy – Evan i Bradley Bailyn – przez wiele lat praktyki zdobywali doświadczenie w zakresie działających i skutecznych, a co najważniejsze niepotępianych przez Google sposobów podnoszenia pozycji strony w wynikach wyszukiwania. Teraz swoją wiedzą w zakresie optymalizacji w tzw. „białym kapeluszu” dzielą się z innymi.
Książka ta jest odpowiedzią na pytanie, czy tak naprawdę możemy wierzyć w chęć Google do przekazania nam cennych informacji i wskazówek, jak zwiększyć popularność stron, czy raczej wszelkie porady z ich strony są tylko przykrywką i odwróceniem uwagi od tego, co tak naprawdę jest najważniejsze. Z uwagi na ostatnie gorące newsy o kolejnych stronach, które zniknęły z wyników wyszukiwań, można powiedzieć, że jej premiera w Polsce tematycznie świetnie wpasowała się w czas. Jeśli pozycjonerzy i właściciele stron przestraszyli się, że mogą jako następni zostać odfiltrowani, to na pewno zaczęli poszukiwać inspiracji do etycznych sposobów zwiększenia popularności witryn i serwisów. „ Przechytrzyć Google ” z pewnością jest godną uwagi pozycją.
Autorzy poradnika skupili się na pięciu składnikach skutecznej, ich zdaniem, optymalizacji w Google. I to właśnie w oparciu o nie sugerują podejmowanie poszczególnych działań. Wszystko pozostałe to albo relikt przeszłości, albo efekt działań Google mających na celu zmylenie przeciwnika (czyt. pozycjonera). Jeśli więc czytelnik zacznie podążać za ich wskazówkami, najprawdopodobniej w prosty, choć nie do końca szybki, sposób wyjdzie w przyszłości na swoje. Brzmi banalnie i faktycznie tak jest, skoro przede wszystkim chodzi o... odnośniki. Ale nie byle jakie i z byle jakich miejsc. Ważne są jedynie te, które prowadzą ze stron mających wysoki wskaźnik TrustRank. Jak je odróżnić spośród miliardów znajdujących się w sieci Autorzy pokazują konkretne przykłady stron ich zdaniem cenionych, a z drugiej strony najprawdopodobniej w ogóle ignorowanych przez wyszukiwarkę. Podsuwają także pomysły, w jaki sposób pozyskać z tych wartościowych stron odnośniki do własnej. Jak się okazuje, nie jest to wcale takie trudne, nawet jeśli ma być zrobione w sposób etyczny.
Jedną z ciekawszych strategii opisanych w poradniku jest tzw. atomowa piłka. I jeśli wierzyć autorom, ma ona ogromny wpływ na zdominowanie wyników wyszukiwania. Do tego stopnia, że mówią o niej po raz pierwszy dopiero teraz, a to dlatego, że uważana jest przez nich za największą koncepcję w całej historii optymalizacji Google. Nie zagłębiając się w szczegóły, napiszę tylko tyle: na jedną ze stron, dla której zastosowano strategię atomowej piłki, w ciągu roku trafiło 6,7 miliona odwiedzających poprzez ponad 400 tysięcy(!) słów kluczowych. Można więc śmiało powiedzieć, że stanowi ona naprawdę potężne narzędzie SEO. Wymaga przy tym jednak sporo pracy. Czy opłaca się ponosić trud, każdy musi ocenić indywidualnie.
Coś dla siebie w tej książce znajdą także pasjonaci Google AdWords. Choć nie jest to dominujący temat, skupiono się również i na nim, podsuwając wskazówki, w jaki sposób dobierać słowa kluczowe , opierając się na informacjach dostarczanych nieświadomie przez naszych konkurentów. Techniki proste i niewymagające szczególnych umiejętności, a jednak często zupełnie pomijane przez reklamodawców. Samo narzędzie AdWords określane jest w poradniku jako uzupełnienie SEO. I biorąc pod uwagę przytoczone w nim argumenty, można powiedzieć, że słusznie.
Publikacja nie jest niestety polskiego autorstwa, stąd widać w niej także odniesienia do amerykańskiego rynku, który od polskiego w niektórych aspektach znacząco się różni. Można do nich zaliczyć np. cały rozdział dotyczący optymalizacji w Yahoo! oraz Bing, który polecam przeczytać w celach informacyjnych, natomiast trudniej w tym wypadku o przełożenie na praktykę.
Na końcu nie zabrakło wzmianki o mediach społecznościowych i ich obecnej, a także przewidywanej w przyszłości roli w SEO. Jednak osoby poszukujące wskazówek, w jaki sposób działać w tych serwisach, aby zdobyć większą popularność, będą musiały obejść się smakiem, gdyż nie jest to przedmiotem rozważań. Przedstawiono natomiast całkiem ciekawe spojrzenie na ich ewentualny wpływ oraz konkurencję Google z Facebookiem. Warty uwagi jest także punkt widzenia na bardzo niedaleką przyszłość w SEO i zmiany, jakie prawdopodobniej zajdą w prezentowaniu wyników wyszukiwania. Już teraz widać coraz większą personalizację, która w połączeniu z geolokalizacją nabiera atrakcyjności dla użytkowników. Autorzy przytaczają dość śmiałą tezę, iż już niedługo prawdopodobnie zajdą tak drastyczne zmiany związane z dążeniem wyszukiwarki do przedstawiania użytkownikom wyników jak najlepiej pasujących do ich indywidualnych zainteresowań, że to, co teraz nazywane jest optymalizacją będzie określane mianem złotych lat. Czy branża SEO ma się czego bać? Odpowiedzi szukajcie w przepowiedniach Evana i Bradleya Bailynów.
Jej autorzy – Evan i Bradley Bailyn – przez wiele lat praktyki zdobywali doświadczenie w zakresie działających i skutecznych, a co najważniejsze niepotępianych przez Google sposobów podnoszenia pozycji strony w wynikach wyszukiwania. Teraz swoją wiedzą w zakresie optymalizacji w tzw. „białym kapeluszu” dzielą się z innymi.
Książka ta jest odpowiedzią na pytanie, czy tak naprawdę możemy wierzyć w chęć Google do przekazania nam cennych informacji i wskazówek, jak zwiększyć popularność stron, czy raczej wszelkie porady z ich strony są tylko przykrywką i odwróceniem uwagi od tego, co tak naprawdę jest najważniejsze. Z uwagi na ostatnie gorące newsy o kolejnych stronach, które zniknęły z wyników wyszukiwań, można powiedzieć, że jej premiera w Polsce tematycznie świetnie wpasowała się w czas. Jeśli pozycjonerzy i właściciele stron przestraszyli się, że mogą jako następni zostać odfiltrowani, to na pewno zaczęli poszukiwać inspiracji do etycznych sposobów zwiększenia popularności witryn i serwisów. „ Przechytrzyć Google ” z pewnością jest godną uwagi pozycją.
Autorzy poradnika skupili się na pięciu składnikach skutecznej, ich zdaniem, optymalizacji w Google. I to właśnie w oparciu o nie sugerują podejmowanie poszczególnych działań. Wszystko pozostałe to albo relikt przeszłości, albo efekt działań Google mających na celu zmylenie przeciwnika (czyt. pozycjonera). Jeśli więc czytelnik zacznie podążać za ich wskazówkami, najprawdopodobniej w prosty, choć nie do końca szybki, sposób wyjdzie w przyszłości na swoje. Brzmi banalnie i faktycznie tak jest, skoro przede wszystkim chodzi o... odnośniki. Ale nie byle jakie i z byle jakich miejsc. Ważne są jedynie te, które prowadzą ze stron mających wysoki wskaźnik TrustRank. Jak je odróżnić spośród miliardów znajdujących się w sieci Autorzy pokazują konkretne przykłady stron ich zdaniem cenionych, a z drugiej strony najprawdopodobniej w ogóle ignorowanych przez wyszukiwarkę. Podsuwają także pomysły, w jaki sposób pozyskać z tych wartościowych stron odnośniki do własnej. Jak się okazuje, nie jest to wcale takie trudne, nawet jeśli ma być zrobione w sposób etyczny.
Jedną z ciekawszych strategii opisanych w poradniku jest tzw. atomowa piłka. I jeśli wierzyć autorom, ma ona ogromny wpływ na zdominowanie wyników wyszukiwania. Do tego stopnia, że mówią o niej po raz pierwszy dopiero teraz, a to dlatego, że uważana jest przez nich za największą koncepcję w całej historii optymalizacji Google. Nie zagłębiając się w szczegóły, napiszę tylko tyle: na jedną ze stron, dla której zastosowano strategię atomowej piłki, w ciągu roku trafiło 6,7 miliona odwiedzających poprzez ponad 400 tysięcy(!) słów kluczowych. Można więc śmiało powiedzieć, że stanowi ona naprawdę potężne narzędzie SEO. Wymaga przy tym jednak sporo pracy. Czy opłaca się ponosić trud, każdy musi ocenić indywidualnie.
Coś dla siebie w tej książce znajdą także pasjonaci Google AdWords. Choć nie jest to dominujący temat, skupiono się również i na nim, podsuwając wskazówki, w jaki sposób dobierać słowa kluczowe , opierając się na informacjach dostarczanych nieświadomie przez naszych konkurentów. Techniki proste i niewymagające szczególnych umiejętności, a jednak często zupełnie pomijane przez reklamodawców. Samo narzędzie AdWords określane jest w poradniku jako uzupełnienie SEO. I biorąc pod uwagę przytoczone w nim argumenty, można powiedzieć, że słusznie.
Publikacja nie jest niestety polskiego autorstwa, stąd widać w niej także odniesienia do amerykańskiego rynku, który od polskiego w niektórych aspektach znacząco się różni. Można do nich zaliczyć np. cały rozdział dotyczący optymalizacji w Yahoo! oraz Bing, który polecam przeczytać w celach informacyjnych, natomiast trudniej w tym wypadku o przełożenie na praktykę.
Na końcu nie zabrakło wzmianki o mediach społecznościowych i ich obecnej, a także przewidywanej w przyszłości roli w SEO. Jednak osoby poszukujące wskazówek, w jaki sposób działać w tych serwisach, aby zdobyć większą popularność, będą musiały obejść się smakiem, gdyż nie jest to przedmiotem rozważań. Przedstawiono natomiast całkiem ciekawe spojrzenie na ich ewentualny wpływ oraz konkurencję Google z Facebookiem. Warty uwagi jest także punkt widzenia na bardzo niedaleką przyszłość w SEO i zmiany, jakie prawdopodobniej zajdą w prezentowaniu wyników wyszukiwania. Już teraz widać coraz większą personalizację, która w połączeniu z geolokalizacją nabiera atrakcyjności dla użytkowników. Autorzy przytaczają dość śmiałą tezę, iż już niedługo prawdopodobnie zajdą tak drastyczne zmiany związane z dążeniem wyszukiwarki do przedstawiania użytkownikom wyników jak najlepiej pasujących do ich indywidualnych zainteresowań, że to, co teraz nazywane jest optymalizacją będzie określane mianem złotych lat. Czy branża SEO ma się czego bać? Odpowiedzi szukajcie w przepowiedniach Evana i Bradleya Bailynów.
Dziennik Internautów Katarzyna Ryfka-Cygan
The Smashing Book #2
Popularnego bloga www.smashingmagazine.com prawdopodobnie większości nie trzeba przedstawiać. Dla tych, którzy jeszcze go nie znają jest to jeden z najbardziej poważanych blogów dla web developerów i web designerów.
Autorom piszącym na blogu widocznie nie wystarczyła już tamta forma i zabrali się za stworzenie książki. Dziesięciu autorów stworzyło książkę (z 10 rozdziałami), która w sposób bardzo przekrojowy mówi o całym procesie projektowania, tworzenia (w tym lekko zahaczając o programowanie), promocji i utrzymania strony. Choć nie tylko o stronach jest tu mowa. Właściwie niektóre tematy zaskoczyły mnie całkowicie, choćby rozdział o typografii (w dużym skrócie czcionki)
pokazał mi jak rozległy to temat i jak niewiele w tej kwestii wiem.
Ciekawym jest to, że każdy rozdział jest napisany przez kogoś innego. Trudno oczekiwać, że jedna osoba miałaby tak rozległą wiedzę popartą doświadczeniem i jeszcze umiałaby to opisać w zjadliwy sposób.
Czytając tę pozycję nie wpada się w monotonię, gdyż każdy rozdział ma swój klimat, choć niektóre (jak dla mnie szczególnie pierwsze) były aż nadto przesycone linkami do jeszcze następnych źródeł, cytatami itp.
Książkę z pewnością należy uznać za udaną i oczekiwaną. Sądzę, że mimo wysypu w ostatnim czasie podobnych książek ta ma szansę
wejść do kanonu tematyki. Szczególnie polecałbym wszystkim osobom, które zawodowo zajmują się tworzeniem stron www, ale nie są programistami. Choć i dla programistów może być to przydatna lektura.
Autorom piszącym na blogu widocznie nie wystarczyła już tamta forma i zabrali się za stworzenie książki. Dziesięciu autorów stworzyło książkę (z 10 rozdziałami), która w sposób bardzo przekrojowy mówi o całym procesie projektowania, tworzenia (w tym lekko zahaczając o programowanie), promocji i utrzymania strony. Choć nie tylko o stronach jest tu mowa. Właściwie niektóre tematy zaskoczyły mnie całkowicie, choćby rozdział o typografii (w dużym skrócie czcionki)
pokazał mi jak rozległy to temat i jak niewiele w tej kwestii wiem.
Ciekawym jest to, że każdy rozdział jest napisany przez kogoś innego. Trudno oczekiwać, że jedna osoba miałaby tak rozległą wiedzę popartą doświadczeniem i jeszcze umiałaby to opisać w zjadliwy sposób.
Czytając tę pozycję nie wpada się w monotonię, gdyż każdy rozdział ma swój klimat, choć niektóre (jak dla mnie szczególnie pierwsze) były aż nadto przesycone linkami do jeszcze następnych źródeł, cytatami itp.
Książkę z pewnością należy uznać za udaną i oczekiwaną. Sądzę, że mimo wysypu w ostatnim czasie podobnych książek ta ma szansę
wejść do kanonu tematyki. Szczególnie polecałbym wszystkim osobom, które zawodowo zajmują się tworzeniem stron www, ale nie są programistami. Choć i dla programistów może być to przydatna lektura.
yarpo.pl 2012-05-23
Era Facebooka. Wykorzystaj sieci społecznościowe do promocji, sprzedaży i komunikacji z Twoimi klientami. Wydanie II
Na szczególną uwagę i miejsce na półce zasługuje za to „ERA FACEBOOKA", szczegółowy przewodnik po sieciach społecznościowych. Bo co tu dużo mówić, w obecnym świecie, aby utrzymać się i rozwijać na rynku, wiedza o możliwościach, jakie kryje w sobie Internet, jest niezbędna. Nawet najmniejsza firma potrzebuje dziś mistrzów EM, SEO, PPC czy GAP. Co więcej, własna, nawet najbardziej profesjonalna strona już nie wystarczy. Trzeba jeszcze efektywnie korzystać z popularnych portali. Za pośrednictwem Facebooka, a także Likedlna i Twittera można przecież sprzedawać produkty, usługi, rekrutować pracowników czy prowadzić hipertargetowane kampanie reklamowe. I właśnie o tym wszystkim pisze w „Erze..." Clara Shih, nawiasem mówiąc twórczyni „Faceconnectora", pierwszej aplikacji biznesowej na Facebooku. Szybko rozwijające się ser- wisy społecznościowe niewątpliwie s. otwierają przed firmami szereg nowych możliwości. Warto je dobrze poznać. Bo wirtualna aktywność przekłada się na całkiem realne pieniądze.
Magazyn Sukces Marcin Jędrzejczak, 2012-06-01
Maraton. Trening metodą Gallowaya
MARATHON! YOU CAN DO IT
Celowo przytaczam amerykański tytuł książki, która w Polsce wychodzi jako „Maraton. Trening metodą Gallowaya”. Według mnie pełniej oddaje treść niż jego polski odpowiednik. Tak, jestem zdania, że do maratonu można dojść. I, że każdy może go ukończyć. Oraz, że nie jest dla zawodnika żadną ujmą gdy na trasie regularnie, jeszcze zanim poczuje „ścianę” urozmaica bieg przerwami na marsz.
Debiutant ma z reguły przed pierwszym startem startem mnóstwo pytań. Na większość z nich znajdzie odpowiedzi w podręczniku Jeffa Gallowaya. Autor, olimpijczyk i trener, wiele lat temu stworzył program pozwalający każdemu przygotować się do maratonu i z sukcesem go ukończyć. Niejednokrotnie odwołuje się do własnych doświadczeń, przywołuje też przykłady swoich podopiecznych.
Bardzo żałuję, że nie przeczytałam tej książki dziesięć lat temu; wtedy mój debiut nie przypominałby pewnie skoku na główkę do pustego basenu. Ale i teraz nie jest za późno na lekturę. Z jednej strony jest tu solidna dawka wiedzy z fizjologii, teorii treningu, psychologii (świetny rozdział poświęcony motywacji) z drugiej mnóstwo porad praktycznych: jak wiązać buty, jak wyeliminować kolkę, jak biegać w czasie mrozów a jak w upale, co spakować do torby dzień przed startem.
„Im trudniej na treningu tym łatwiej na zawodach” – zwolennicy tego hasła będą się czuli zawiedzeni. Jeff Galloway przekonuje, że można inaczej. Terminologię biegową zaczyna od treningu uzupełniającego, poświęca mu też osobny rozdział; zwraca uwagę na niebagatelną rolę odpoczynku (tak, to też środek treningowy).
Autor nieustannie podkreśla to, o czym często zapominam: że bieganie to spontaniczna radość, a trening do maratonu ma służyć przede wszystkim podtrzymaniu zdrowia, sprawności fizycznej i psychicznej, niekoniecznie zaś walce o wyrwanie kilku minut kolejnej „życiówce”.
Dziesięć lat temu trudno mi było uwierzyć że jestem w stanie przebiec maraton; teraz mam ochotę zrobić to w czasie 3:30. Całkiem możliwe, że Jeff Galloway zostanie moim trenerem.
Celowo przytaczam amerykański tytuł książki, która w Polsce wychodzi jako „Maraton. Trening metodą Gallowaya”. Według mnie pełniej oddaje treść niż jego polski odpowiednik. Tak, jestem zdania, że do maratonu można dojść. I, że każdy może go ukończyć. Oraz, że nie jest dla zawodnika żadną ujmą gdy na trasie regularnie, jeszcze zanim poczuje „ścianę” urozmaica bieg przerwami na marsz.
Debiutant ma z reguły przed pierwszym startem startem mnóstwo pytań. Na większość z nich znajdzie odpowiedzi w podręczniku Jeffa Gallowaya. Autor, olimpijczyk i trener, wiele lat temu stworzył program pozwalający każdemu przygotować się do maratonu i z sukcesem go ukończyć. Niejednokrotnie odwołuje się do własnych doświadczeń, przywołuje też przykłady swoich podopiecznych.
Bardzo żałuję, że nie przeczytałam tej książki dziesięć lat temu; wtedy mój debiut nie przypominałby pewnie skoku na główkę do pustego basenu. Ale i teraz nie jest za późno na lekturę. Z jednej strony jest tu solidna dawka wiedzy z fizjologii, teorii treningu, psychologii (świetny rozdział poświęcony motywacji) z drugiej mnóstwo porad praktycznych: jak wiązać buty, jak wyeliminować kolkę, jak biegać w czasie mrozów a jak w upale, co spakować do torby dzień przed startem.
„Im trudniej na treningu tym łatwiej na zawodach” – zwolennicy tego hasła będą się czuli zawiedzeni. Jeff Galloway przekonuje, że można inaczej. Terminologię biegową zaczyna od treningu uzupełniającego, poświęca mu też osobny rozdział; zwraca uwagę na niebagatelną rolę odpoczynku (tak, to też środek treningowy).
Autor nieustannie podkreśla to, o czym często zapominam: że bieganie to spontaniczna radość, a trening do maratonu ma służyć przede wszystkim podtrzymaniu zdrowia, sprawności fizycznej i psychicznej, niekoniecznie zaś walce o wyrwanie kilku minut kolejnej „życiówce”.
Dziesięć lat temu trudno mi było uwierzyć że jestem w stanie przebiec maraton; teraz mam ochotę zrobić to w czasie 3:30. Całkiem możliwe, że Jeff Galloway zostanie moim trenerem.
twojezwyciestwo.wordpress.com agnieszka, 2012-05-23