Recenzje
Gotowanie dla geeków. Nauka stosowana, niezłe sztuczki i wyżerka
Jakiś czas temu zauważyliśmy, że prawie każdy startup ma przepis na usprawnienie życia i rozwiązanie problemów swoich użytkowników. Natomiast prozaiczny problem jedzenia oraz tego czym się żywimy na co dzień jest bardzo często po prostu "przemilczany". I nie mówimy tutaj o braku startupów związanych z odżywianiem i dietą, bo takich jest dosyć dużo, lecz o tym, co tak naprawdę jemy.
Zapewne jest to po części związane z pokutującym stereotypem, że jedyną "technologią" w kuchni jest energia elektryczna zasilająca piekarnik. Tak czy inaczej, aby nie podtrzymywać stereotypów chcielibyśmy zwrócić Waszą uwagę na książkę, która naszym subiektywnym zdaniem doskonale trafia w target naszych czytelników, a po zapoznaniu się z nią nie jednemu startupowcowi poprawi jakość codziennie spożywanych posiłków.
Zastanawialiśmy się wspólnie ilu z Was kiedykolwiek miało w rękach jakąś książkę kucharską. Wszystkich tych, którzy używali jej jako podkładki, przycisku do papieru lub dekoracji własnoręcznie powieszonej półki na ścianie, musimy zmartwić - chodzi nam jedynie o takie przypadki, gdy faktycznie potrzebowaliśmy jej w tym celu, dla którego została napisana, czyli albo poszukiwań inspiracji do wykonania w nowy, niekonwencjonalny sposób czegoś, co już umiemy lub szukania informacji, które pozwolą nam zrobić cokolwiek, co utrzyma nas przy życiu i nie pozwoli umrzeć z głodu podczas ciężkiej pracy.
Tak więc, aby nie odbiegać zbytnio od tematu wiemy już, że istnieją książki kucharskie, wiemy do czego służą tylko nie zawsze wiemy jak z nich korzystać, a przede wszystkim jak ciąg znaków i liter przekształcić w logiczną całość, którą można zmieścić na talerzu i zjeść. Pół biedy, jeśli poza samym kodem w książce podane są wizualizacje poszczególnych kroków kodowania, wówczas genialność naszego mózgu pozwoli porównać efekty poszczególnych etapów na obrazku z tymi w naszym garnku, misce lub talerzu. Jak nie ma obrazków jest już znacznie gorzej.
Jak zatem przekonać się, że to co robimy ma sens i prowadzi nas do określonego celu? Jak znaleźć logikę w poszczególnych krokach, jak wyjaśnić dlaczego z białego nagle robi się czarne, czy w jaki sposób coś, co miało objętość naszej pięści, w ciągu kilkunastu minut urosło sześciokrotnie? I najważniejsze, jak nie zniechęcić się do gotowania zanim tak naprawdę zaczniemy? To najprawdopodobniej jest najczęstsza bariera do pokonania jeszcze przed przekroczeniem progu kuchni (pomijamy oczywiście czysto ludzkie i tak często towarzyszące nam lenistwo).
Wydana w ubiegłym roku książka „Gotowanie dla Geeków" autorstwa Jeffa Pottera, informatyka i kucharza, którą mieliśmy okazję przestudiować dzięki uprzejmości Wydawnictwa Helion zainteresowała nas na tyle, by z czystym sumieniem ją Wam polecić.
Nie znajdziemy w niej przepisów czasami trudnych nawet do przeczytania, zniechęcających nie tylko do gotowania, ale i w ogóle do podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do kuchni.
Od pierwszych stron znajdziemy w niej paletę ciekawych wyjaśnień reakcji chemicznych jakie zachodzą w produktach żywnościowych podczas gotowania, cenne wskazówki jak skalibrować domowy piekarnik, by wypiekana w nim pizza nie różniła się od tej serwowanej w pizzerii, czy jak gotować przy minimalnym wykorzystaniu naczyń - efekt - mało zmywania!
"Gotowanie dla Geeków" to skarbnica przystępnie przekazanej wiedzy nie tylko na temat prawidłowych proporcji składników ciasta na naleśniki, to przede wszystkim odpowiedź na najczęściej zadawane w kuchni pytanie "co, z czym i na jak długo?". Wszak w gotowaniu przecież nie chodzi o to, aby coś przypadkiem było smaczne. Chodzi o to, by wiedzieć co i jak szybko i sprawnie zrobić, aby było zawsze smacznie, nawet bez pomocy książki :)
Wszystkich sceptyków serdecznie zapraszamy do lektury a tych, którzy swobodnie poruszają się w tematyce gotowania zapraszamy do weryfikacji przepisów proponowanych przez autora.
Zapewne jest to po części związane z pokutującym stereotypem, że jedyną "technologią" w kuchni jest energia elektryczna zasilająca piekarnik. Tak czy inaczej, aby nie podtrzymywać stereotypów chcielibyśmy zwrócić Waszą uwagę na książkę, która naszym subiektywnym zdaniem doskonale trafia w target naszych czytelników, a po zapoznaniu się z nią nie jednemu startupowcowi poprawi jakość codziennie spożywanych posiłków.
Zastanawialiśmy się wspólnie ilu z Was kiedykolwiek miało w rękach jakąś książkę kucharską. Wszystkich tych, którzy używali jej jako podkładki, przycisku do papieru lub dekoracji własnoręcznie powieszonej półki na ścianie, musimy zmartwić - chodzi nam jedynie o takie przypadki, gdy faktycznie potrzebowaliśmy jej w tym celu, dla którego została napisana, czyli albo poszukiwań inspiracji do wykonania w nowy, niekonwencjonalny sposób czegoś, co już umiemy lub szukania informacji, które pozwolą nam zrobić cokolwiek, co utrzyma nas przy życiu i nie pozwoli umrzeć z głodu podczas ciężkiej pracy.
Tak więc, aby nie odbiegać zbytnio od tematu wiemy już, że istnieją książki kucharskie, wiemy do czego służą tylko nie zawsze wiemy jak z nich korzystać, a przede wszystkim jak ciąg znaków i liter przekształcić w logiczną całość, którą można zmieścić na talerzu i zjeść. Pół biedy, jeśli poza samym kodem w książce podane są wizualizacje poszczególnych kroków kodowania, wówczas genialność naszego mózgu pozwoli porównać efekty poszczególnych etapów na obrazku z tymi w naszym garnku, misce lub talerzu. Jak nie ma obrazków jest już znacznie gorzej.
Jak zatem przekonać się, że to co robimy ma sens i prowadzi nas do określonego celu? Jak znaleźć logikę w poszczególnych krokach, jak wyjaśnić dlaczego z białego nagle robi się czarne, czy w jaki sposób coś, co miało objętość naszej pięści, w ciągu kilkunastu minut urosło sześciokrotnie? I najważniejsze, jak nie zniechęcić się do gotowania zanim tak naprawdę zaczniemy? To najprawdopodobniej jest najczęstsza bariera do pokonania jeszcze przed przekroczeniem progu kuchni (pomijamy oczywiście czysto ludzkie i tak często towarzyszące nam lenistwo).
Wydana w ubiegłym roku książka „Gotowanie dla Geeków" autorstwa Jeffa Pottera, informatyka i kucharza, którą mieliśmy okazję przestudiować dzięki uprzejmości Wydawnictwa Helion zainteresowała nas na tyle, by z czystym sumieniem ją Wam polecić.
Nie znajdziemy w niej przepisów czasami trudnych nawet do przeczytania, zniechęcających nie tylko do gotowania, ale i w ogóle do podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do kuchni.
Od pierwszych stron znajdziemy w niej paletę ciekawych wyjaśnień reakcji chemicznych jakie zachodzą w produktach żywnościowych podczas gotowania, cenne wskazówki jak skalibrować domowy piekarnik, by wypiekana w nim pizza nie różniła się od tej serwowanej w pizzerii, czy jak gotować przy minimalnym wykorzystaniu naczyń - efekt - mało zmywania!
"Gotowanie dla Geeków" to skarbnica przystępnie przekazanej wiedzy nie tylko na temat prawidłowych proporcji składników ciasta na naleśniki, to przede wszystkim odpowiedź na najczęściej zadawane w kuchni pytanie "co, z czym i na jak długo?". Wszak w gotowaniu przecież nie chodzi o to, aby coś przypadkiem było smaczne. Chodzi o to, by wiedzieć co i jak szybko i sprawnie zrobić, aby było zawsze smacznie, nawet bez pomocy książki :)
Wszystkich sceptyków serdecznie zapraszamy do lektury a tych, którzy swobodnie poruszają się w tematyce gotowania zapraszamy do weryfikacji przepisów proponowanych przez autora.
mamstartup.pl 2012-05-21
Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wydanie III
Zarządzanie czasem i zadaniami jest jedną z podstawowych umiejętności jakie każdy człowiek posiąść powinien. Szkoła tego nie uczy więc pozostaje nauka we własnym zakresie. Sam zresztą to przerabiałem. Testowałem różne metody od list zadań na kartkach po Remember The Milk czy system Astana. Każdy ma swoje wady i zalety, nie mogę powiedzieć, że któryś jest najlepszy. Zmieniam metody co jakiś czas bo z czasem wkrada się rutyna i nuda w każdą z metod. Są jednak pewne tricki, które stosuję od lat i dzięki którym cokolwiek mogę zrobić.
Po pierwsze jestem programistą i czasem muszę ‘śnić’ aby skończyć projekt. wtedy nikt mi nie może przerywać. Po drugie pracuję głównie w mediach społecznościowych, a wejście na Facebooka to największy rozpraszacz jaki znam z życia, a muszę tam wchodzić ciągle, aby rozwijać kolejne aplikacje społecznościowe i gry. Dlatego jako programista, dev aplikacji dla Facebooka i osoba korzystająca w pracy z komputera i internetu potrzebuję wszystkich metod jakie są, aby skupić swoją uwagę.
Większość rzeczy nauczyłem się z książki Davida Allena, czy Ferrisa. Jednak to nadal nie było wystarczające ponieważ równie dużo dowiedziałem się z artykułów w sieci (w języku angielskim, bo polski net to śmietnisko spamerów). Dlatego z zainteresowaniem dowiedziałem się o publikacji serwisu Lifehacker, Adama Pasha i Giny Trapani, którzy wydali książkę zbierającą lata doświadczeń, które uzyskali w trakcie prowadzenia serwisu o poprawie produktywności. Adam Pash jest jak ja programistą, autorem książek, kierownikiem działu redaktorów Lifehacker i autorem tekstów w Popular Science czy PC World. Natomiast Gina jest założycielką Lifehacker.
No więc przejdźmy do sedna. Książka, którą napisali ma ładną okładkę, biały papier, jest wydrukowana w cz-b, okładka w kolorze, ma 250 stron i indeks na końcu. Składa się z kilku rozdziałów z których każdy zakończony jest bibliografią, a więc czymś wyjątkowym i pozytywnym jak na książkę z kategorii beletrystyki naukowej.
Pierwszy rozdział mówi jak zapanować nad pocztą elektroniczną na Macu, Outlooku czy w Thunderbirdzie. Podane są konkretne rady i aplikacje. Sam miałem już wdrożonych wiele rzeczy, ale na przykład postanowiłem robić archiwizację wpisów. Mała różnica, ale jednak jakoś tak działa uspokajająco widok pustej skrzynki a nie 100 przeczytanych co prawda, ale nadal przykuwających uwagę mejli.
Drugi rozdział mówi o zarządzaniu danymi i poleca programy np. do zapamiętania haseł czy formularzy, opisuje jak zarządzać dokumentami i zdjęciami oraz jak stworzyć własny organizer. Są też takie tematy jak szyfrowanie dysku, czy dwuetapowa weryfikacja konta Google, ale nie mam pojęcia co to ma wspólnego z optymalizacją pracy niemniej pomysły na szybsze wyszukiwanie plików są ciekawe. To kolejna książka która radzi kupić drukarkę etykiet. Ale naprawdę nie mogę przekonać się do tego pomysłu. Może mam za mało papierów?
Kolejny dział, mój ulubiony to „jak zmotywować się do działania”. Tutaj pojawiają się rady jak organizować sobie tydzień, dzień, notować co się robiło, znajdować pożeraczy czasu itp. Wdrożyłem metodę twórczych zrywów ala pomodoro (pomidoro?) no i pierwsze wrażenia są świetne. Tzn. to nie jest taka metoda, żeby ją ciągle stosować bo mnie wkurza to jak już mam flow, ale jak masz coś ważnego do zrobienia i nie możesz się zabrać za to to ta metoda pomoże Ci na 100%.
Kolejny rozdział zatytułowany jest „oczyść umysł” i mówi jak korzystać z Remember The Milk, tworzyć notatki metodami o których nigdy wcześniej nie słyszałem i jak tworzyć skrzynkę pomysłów oraz listę artykułów do przeczytania w czasie relaksu. RTM mogę tylko polecić. Szkoda tylko, że wersja na Androida jest w płatnym pakiecie Pro. Jednak niemniej jeśli od jakiegoś systemu do zadań zacząć to naprawdę warto od RTM. Natomiast co do czytania tekstów później to polecam na Windowsa Read It Later, a do skrzynki pomysłów używam jakiejś aplikacji Slide Notes na Androida i zwykłego dokumentu tekstowego na Windowsie. Rozdział jest naprawdę dobry.
Następny rozdział to „świadomość za zaporą, czyli pełne skupienie”. Dowiadujemy się tutaj jak odciąć się od pożeraczy czasu (LeechBlock – polecam). Jak odciąć się od neta. Szalone? A podobno wielcy pisarze z tego korzystają ! Chcę to wypróbować też (aplikacja Quiet Hours) no i są porady na temat uporządkowania domu tak aby był przyjazny dla naszej koncentracji. Na koniec pojawiają się linki do dwóch ciekawych generatorów dźwięków zagłuszających otoczenie w miły sposób a więc natury i drugi jakiś generator Buddha Machine.
Kolejny rozdział mówi o upraszczaniu codziennych zajęć, a więc jak szybciej obsługiwać komputer: przechodzić między oknami, wyszukiwać, wklejać teksty gotowe (Texter – też ciekawy program, trzeba sprawdzić :) ), masowo skalować zdjęcia albo wchodzić na strony bez rejestracji (Bug Me Not). Na koniec przedstawiono działanie Kalendarza Google. Chcę z tego korzystać, ale póki co mam problem z synchronizacją między PC a Androidem.
Podsumowując: nawet ja, a wdrażam różne techniki poprawy metod pracy znalazlem w książce coś dla siebie. Także jeśli znasz tylko metodę Getting Things Done albo Pomidoro to na pewno książka będzie dla Ciebie bardzo przydatnym poradnikiem. Jeśli jesteś początkujący w temacie i nie wiesz za dużo o poprawie wydajności pracy to musisz mieć tę książkę. Szczerze mówiąc, ja sobie nie wyobrażam jak miałbym teraz pracować gdybym nie korzystał z kilkunastu różnych metod i trików zwiększających produktywność. Świat odciąga nas od pracy tyloma ciekawymi rzeczami, że czasem naprawdę nie chce się pracować. Szczególnie jak się jest freelancerem, ale czy pracownik etatowy też nie ma takich problemów? Czy nie zdarza Ci się wychodzić z biura po godzinach pracy? Albo żałować, że nie udało Ci się zrobić tego co chciałeś? Albo że straciłeś dzień na jakieś nieważne rzeczy i nie masz satysfakcji zawodowej? No właśnie. Ta książka jest pierwszym krokiem w kierunku poprawy metod pracy. Nie chodzi jednak o to, żeby się zapracować jak wół, ale żeby pracować tak, aby czerpać z tego satysfakcję i robić to co trzeba.
Oczywiście mówimy ciągle o pracy, ale wiadomo, że ostateczny cel dla którego wdrażamy te wszystkie metody to zwiększenie ilości czasu posiadanego dla siebie, rodziny i znajomych, zwiększenie udziału życia w życiu. Także polecam tę książkę każdemu.
Po pierwsze jestem programistą i czasem muszę ‘śnić’ aby skończyć projekt. wtedy nikt mi nie może przerywać. Po drugie pracuję głównie w mediach społecznościowych, a wejście na Facebooka to największy rozpraszacz jaki znam z życia, a muszę tam wchodzić ciągle, aby rozwijać kolejne aplikacje społecznościowe i gry. Dlatego jako programista, dev aplikacji dla Facebooka i osoba korzystająca w pracy z komputera i internetu potrzebuję wszystkich metod jakie są, aby skupić swoją uwagę.
Większość rzeczy nauczyłem się z książki Davida Allena, czy Ferrisa. Jednak to nadal nie było wystarczające ponieważ równie dużo dowiedziałem się z artykułów w sieci (w języku angielskim, bo polski net to śmietnisko spamerów). Dlatego z zainteresowaniem dowiedziałem się o publikacji serwisu Lifehacker, Adama Pasha i Giny Trapani, którzy wydali książkę zbierającą lata doświadczeń, które uzyskali w trakcie prowadzenia serwisu o poprawie produktywności. Adam Pash jest jak ja programistą, autorem książek, kierownikiem działu redaktorów Lifehacker i autorem tekstów w Popular Science czy PC World. Natomiast Gina jest założycielką Lifehacker.
No więc przejdźmy do sedna. Książka, którą napisali ma ładną okładkę, biały papier, jest wydrukowana w cz-b, okładka w kolorze, ma 250 stron i indeks na końcu. Składa się z kilku rozdziałów z których każdy zakończony jest bibliografią, a więc czymś wyjątkowym i pozytywnym jak na książkę z kategorii beletrystyki naukowej.
Pierwszy rozdział mówi jak zapanować nad pocztą elektroniczną na Macu, Outlooku czy w Thunderbirdzie. Podane są konkretne rady i aplikacje. Sam miałem już wdrożonych wiele rzeczy, ale na przykład postanowiłem robić archiwizację wpisów. Mała różnica, ale jednak jakoś tak działa uspokajająco widok pustej skrzynki a nie 100 przeczytanych co prawda, ale nadal przykuwających uwagę mejli.
Drugi rozdział mówi o zarządzaniu danymi i poleca programy np. do zapamiętania haseł czy formularzy, opisuje jak zarządzać dokumentami i zdjęciami oraz jak stworzyć własny organizer. Są też takie tematy jak szyfrowanie dysku, czy dwuetapowa weryfikacja konta Google, ale nie mam pojęcia co to ma wspólnego z optymalizacją pracy niemniej pomysły na szybsze wyszukiwanie plików są ciekawe. To kolejna książka która radzi kupić drukarkę etykiet. Ale naprawdę nie mogę przekonać się do tego pomysłu. Może mam za mało papierów?
Kolejny dział, mój ulubiony to „jak zmotywować się do działania”. Tutaj pojawiają się rady jak organizować sobie tydzień, dzień, notować co się robiło, znajdować pożeraczy czasu itp. Wdrożyłem metodę twórczych zrywów ala pomodoro (pomidoro?) no i pierwsze wrażenia są świetne. Tzn. to nie jest taka metoda, żeby ją ciągle stosować bo mnie wkurza to jak już mam flow, ale jak masz coś ważnego do zrobienia i nie możesz się zabrać za to to ta metoda pomoże Ci na 100%.
Kolejny rozdział zatytułowany jest „oczyść umysł” i mówi jak korzystać z Remember The Milk, tworzyć notatki metodami o których nigdy wcześniej nie słyszałem i jak tworzyć skrzynkę pomysłów oraz listę artykułów do przeczytania w czasie relaksu. RTM mogę tylko polecić. Szkoda tylko, że wersja na Androida jest w płatnym pakiecie Pro. Jednak niemniej jeśli od jakiegoś systemu do zadań zacząć to naprawdę warto od RTM. Natomiast co do czytania tekstów później to polecam na Windowsa Read It Later, a do skrzynki pomysłów używam jakiejś aplikacji Slide Notes na Androida i zwykłego dokumentu tekstowego na Windowsie. Rozdział jest naprawdę dobry.
Następny rozdział to „świadomość za zaporą, czyli pełne skupienie”. Dowiadujemy się tutaj jak odciąć się od pożeraczy czasu (LeechBlock – polecam). Jak odciąć się od neta. Szalone? A podobno wielcy pisarze z tego korzystają ! Chcę to wypróbować też (aplikacja Quiet Hours) no i są porady na temat uporządkowania domu tak aby był przyjazny dla naszej koncentracji. Na koniec pojawiają się linki do dwóch ciekawych generatorów dźwięków zagłuszających otoczenie w miły sposób a więc natury i drugi jakiś generator Buddha Machine.
Kolejny rozdział mówi o upraszczaniu codziennych zajęć, a więc jak szybciej obsługiwać komputer: przechodzić między oknami, wyszukiwać, wklejać teksty gotowe (Texter – też ciekawy program, trzeba sprawdzić :) ), masowo skalować zdjęcia albo wchodzić na strony bez rejestracji (Bug Me Not). Na koniec przedstawiono działanie Kalendarza Google. Chcę z tego korzystać, ale póki co mam problem z synchronizacją między PC a Androidem.
Podsumowując: nawet ja, a wdrażam różne techniki poprawy metod pracy znalazlem w książce coś dla siebie. Także jeśli znasz tylko metodę Getting Things Done albo Pomidoro to na pewno książka będzie dla Ciebie bardzo przydatnym poradnikiem. Jeśli jesteś początkujący w temacie i nie wiesz za dużo o poprawie wydajności pracy to musisz mieć tę książkę. Szczerze mówiąc, ja sobie nie wyobrażam jak miałbym teraz pracować gdybym nie korzystał z kilkunastu różnych metod i trików zwiększających produktywność. Świat odciąga nas od pracy tyloma ciekawymi rzeczami, że czasem naprawdę nie chce się pracować. Szczególnie jak się jest freelancerem, ale czy pracownik etatowy też nie ma takich problemów? Czy nie zdarza Ci się wychodzić z biura po godzinach pracy? Albo żałować, że nie udało Ci się zrobić tego co chciałeś? Albo że straciłeś dzień na jakieś nieważne rzeczy i nie masz satysfakcji zawodowej? No właśnie. Ta książka jest pierwszym krokiem w kierunku poprawy metod pracy. Nie chodzi jednak o to, żeby się zapracować jak wół, ale żeby pracować tak, aby czerpać z tego satysfakcję i robić to co trzeba.
Oczywiście mówimy ciągle o pracy, ale wiadomo, że ostateczny cel dla którego wdrażamy te wszystkie metody to zwiększenie ilości czasu posiadanego dla siebie, rodziny i znajomych, zwiększenie udziału życia w życiu. Także polecam tę książkę każdemu.
polishwords.com.pl 2012-05-21
The Smashing Book #2
Blog Smashing Magazine to mekka projektantów, do której dziennie pielgrzymuje ich ponad 140 000. Dla tych, którzy do tej grupy nie należą, wyjaśnię, że to bardzo mocna marka w webowej branży. Napisać, że to blog technologiczny traktujący o projektowaniu stron byłoby ignoranckim nietaktem. Na Smashing od lat znaleźć możemy dosłownie setki wartościowych merytorycznie artykułów, pisanych przez tuzów światowego designu, webdesignu, webdevelopingu, a co ważniejsze – przez praktyków, pływających w projektowym sosie na co dzień. Do tego chętnie dzielących się wiedzą o nowoczesnym podejściu do web designu, więc młody projektant zatopić się może (i powinien) w treściach bloga na długie, długie godziny, jeśli nie dni czy tygodnie.
3 lata temu postanowiono przelać nieco tej wiedzy na karty drukowanej książki. Krok ten zaowocował nie lada sukcesem wydawniczym, a pozycja w branży zyskała opinię podręcznika kultowego. A jeśli tytuł odnosi sukces, naturalną tego konsekwencją jest sequel. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion i nieprzeciętnemu refleksowi (skradłem książkę z biurka Bartka zanim zdążył ją w ogóle tknąć) trzymam w rękach polską edycję drugiej częśći „The Smashing Book”.
Co znajdziemy w środku?
Przede wszystkim dziewięć świetnie napisanych rozdziałów z dziedziny designu, usability i kodowania. Ważną informacją dla tych, którzy z pierwszą częścią się nie zetknęli bedzie fakt, że rozdziały pisane są specjalnie na potrzeby tej pozycji. To cieszy, bo mając tyle dobrej treści na blogu, autorzy The Smashing Magazine mogliby iść na łatwiznę - wybrać kilka z nich i zamknąć w okładkach książki. Ale na szczęście dla nas, czytelników, nie poszli.
Do współpracy zaproszono ciekawe nazwiska, jak Matt Ward, Alexander Charchar, Francisco Inschauste, Mike Rundle, Janko Jovanovic, Christian Heilmann, Vivien Anaylan, Christoph Kolb, Susan Weinschenk, Steven Bradley. I właśnie największą wartością tej książki są jej autorzy i sposób przekazywania przez nich wiedzy. Merytorycznie treść wędruje raczej w stronę luźnej próby nauczenia nowoczesnego myślenia projektowego niż precyzyjnych tutoriali, które pokazują, jak coś wykonać. I to należy pochwalić. Zawsze twierdziłem, ze tutorial w sieci znaleźć jest bardzo prosto i tak samo łatwo można opanować wykonywanie określonej czynności. Trudniej jest natomiast nauczyć się myśleć w odpowiedni sposób, gdyż wymaga to lat doświadczeń, praktyki, studiowania i tak pisane książki przybliżają nas do statusu design guru.
No właśnie… studiowanie. Już w pierwszym, moim ulubionym zresztą, rozdziale o tworzeniu dzieł ponadczasowych, Matt Ward i Alex Charchar namawiają by w swoich projektach nie ograniczać się do biernego naśladownictwa mistrzów. Propounją dochodzić do źródła projektu, próbować budować kontekst pracy naśladowanego. Robią to na przykładzie Zeusa projektowego Olimpu, Paula Randa, tworząc jego tzw. „mapę powiązań”, która pokazuje jak wychodząc z określonego punktu (w tym wypadku od nazwiska Randa), można tropić powiązania historyczne i filozoficzne między ideami. I oto obok Randa pojawiają się powiązane nazwiska modernistów: Le Corbusier, Jan Tschichold, Laszlo Moholo-Nagy, szwajcarskich projektantów: Herbert Matter czy Armin Hoffman lub filozofa Johna Dewey’a itd., itd. A każde z tych nazwisk to przecież tony wartościowej wiedzy. Początkujący projektanci mogą wycisnąć z tego typu rad maksimum korzyści. Dobry projektant rozumie, że podwaliny grafiki użytkowej są niezwykle istotne, dlatego zna historię obszaru swoich zainteresowań. Gdyby ktoś mi „za młodu” tak precyzyjnie podpowiadał, byłoby mi teraz do tego design guru o wiele bliżej :)
Tłumaczka polskiego wydania, pani Julia Szajkowska, stanęła przed nie lada wyzwaniem. Język branżowy bywa mocno techniczny, a pewne pojęcia czy gry słów są często niemal nieprzetłumaczalne. Napewno to znacie, na codzień, czerpiąc bieżącą wiedzę projektową ze źródeł anglojęzycznych. Po przesiadce na nieliczne polskie publikacje z tej dziedziny narażeni jesteśmy na spotkania z wszelakimi potworkami tłumaczeniowymi. Bywają zabawne, niczym gagi Roberta Downey Jr. w Avengers, ale częściej zrażają do dłuższej lektury. Jak jest w przypadku „The Smashing Book 2”? Wprawdzie nigdy nie lubiłem prób tłumaczenia zwrotu „graphic design” na „grafika użytkowa” (wolę np. „projektowanie graficzne”), ale muszę przyznać, że ogólnie pani Szajkowska wykonała porcję świetnej roboty. Na dodatek raczy nas wieloma przypisami tłumaczącymi np. zabawy słowne i za to należą się duże brawa.
Wnętrze książki cieszy oko. Nie dość, że ilustrowane jest przez Yiying Lu, którą kojarzyć będziecie ze sławnej twitterowej ilustracji „Fail Whale”, sama książka złożona jest nieźle. Wszystko jest przejrzyste i czytelne. Dodatkowo niemal każda strona kipi od przypisów z linkami do dodatkowych źródeł informacji, przez co pełne połknięcie treści zajmie nam o wiele więcej niż przysłowiowe dwa wieczory. Brawo. Wolałbym może opcję z szytą, twardą okładką, ale to wpłynęłoby na cenę, która niektórym i tak może wydawać się za wysoka. W moim przekonaniu jednak 69zł za tak lekko i przyjemnie napisaną dawkę naprawdę wartościowej wiedzy to bardzo, bardzo niewiele. Więc moim zdaniem, dla „The Smashing Book 2”, zdecydowanie warto uszczuplić swój potfel.
Dla kogo jest „The Smashing Book 2”?
Napewno dla kreatywnych, związanych z branżą projektową osób, z naciskiem na projektantów stron internetowych i aplikacji mobilnych. Powiedziałbym, że dla początkujących jest to pozycja wręcz obowiązkowa, jeśli chcą zrozumieć zasady współczesnego podejścia do projektowania stron (a sam pierwszy rozdział wart jest tych 69zł, gdyż zapewne wielu z Was otworzy szerzej oczy). Średnio zaawansowani pogłębią swą wiedzę, którą pewnikiem i tak czerpią między innymi z bloga, więc dla nich książka będzie naturalną kontynuacją tego, co czytają na codzień. Zaawansowani, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, przekartkują i wycisną kilka mądrych zdań, z którymi zostaną na dłużej, ale większością treści prawdopodobnie zaskoczeni nie będą. Ale, że zazwyczaj od bieżącej wiedzy są silnie uzależnieni, czego bym nie napisał, i tak kupią ;) Na szczęście „The Smashing Book 2” jest pozycją na tyle silną, że wątpię by którakolwiek z tych grup skończyła czytać zawiedziona.
3 lata temu postanowiono przelać nieco tej wiedzy na karty drukowanej książki. Krok ten zaowocował nie lada sukcesem wydawniczym, a pozycja w branży zyskała opinię podręcznika kultowego. A jeśli tytuł odnosi sukces, naturalną tego konsekwencją jest sequel. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion i nieprzeciętnemu refleksowi (skradłem książkę z biurka Bartka zanim zdążył ją w ogóle tknąć) trzymam w rękach polską edycję drugiej częśći „The Smashing Book”.
Co znajdziemy w środku?
Przede wszystkim dziewięć świetnie napisanych rozdziałów z dziedziny designu, usability i kodowania. Ważną informacją dla tych, którzy z pierwszą częścią się nie zetknęli bedzie fakt, że rozdziały pisane są specjalnie na potrzeby tej pozycji. To cieszy, bo mając tyle dobrej treści na blogu, autorzy The Smashing Magazine mogliby iść na łatwiznę - wybrać kilka z nich i zamknąć w okładkach książki. Ale na szczęście dla nas, czytelników, nie poszli.
Do współpracy zaproszono ciekawe nazwiska, jak Matt Ward, Alexander Charchar, Francisco Inschauste, Mike Rundle, Janko Jovanovic, Christian Heilmann, Vivien Anaylan, Christoph Kolb, Susan Weinschenk, Steven Bradley. I właśnie największą wartością tej książki są jej autorzy i sposób przekazywania przez nich wiedzy. Merytorycznie treść wędruje raczej w stronę luźnej próby nauczenia nowoczesnego myślenia projektowego niż precyzyjnych tutoriali, które pokazują, jak coś wykonać. I to należy pochwalić. Zawsze twierdziłem, ze tutorial w sieci znaleźć jest bardzo prosto i tak samo łatwo można opanować wykonywanie określonej czynności. Trudniej jest natomiast nauczyć się myśleć w odpowiedni sposób, gdyż wymaga to lat doświadczeń, praktyki, studiowania i tak pisane książki przybliżają nas do statusu design guru.
No właśnie… studiowanie. Już w pierwszym, moim ulubionym zresztą, rozdziale o tworzeniu dzieł ponadczasowych, Matt Ward i Alex Charchar namawiają by w swoich projektach nie ograniczać się do biernego naśladownictwa mistrzów. Propounją dochodzić do źródła projektu, próbować budować kontekst pracy naśladowanego. Robią to na przykładzie Zeusa projektowego Olimpu, Paula Randa, tworząc jego tzw. „mapę powiązań”, która pokazuje jak wychodząc z określonego punktu (w tym wypadku od nazwiska Randa), można tropić powiązania historyczne i filozoficzne między ideami. I oto obok Randa pojawiają się powiązane nazwiska modernistów: Le Corbusier, Jan Tschichold, Laszlo Moholo-Nagy, szwajcarskich projektantów: Herbert Matter czy Armin Hoffman lub filozofa Johna Dewey’a itd., itd. A każde z tych nazwisk to przecież tony wartościowej wiedzy. Początkujący projektanci mogą wycisnąć z tego typu rad maksimum korzyści. Dobry projektant rozumie, że podwaliny grafiki użytkowej są niezwykle istotne, dlatego zna historię obszaru swoich zainteresowań. Gdyby ktoś mi „za młodu” tak precyzyjnie podpowiadał, byłoby mi teraz do tego design guru o wiele bliżej :)
Tłumaczka polskiego wydania, pani Julia Szajkowska, stanęła przed nie lada wyzwaniem. Język branżowy bywa mocno techniczny, a pewne pojęcia czy gry słów są często niemal nieprzetłumaczalne. Napewno to znacie, na codzień, czerpiąc bieżącą wiedzę projektową ze źródeł anglojęzycznych. Po przesiadce na nieliczne polskie publikacje z tej dziedziny narażeni jesteśmy na spotkania z wszelakimi potworkami tłumaczeniowymi. Bywają zabawne, niczym gagi Roberta Downey Jr. w Avengers, ale częściej zrażają do dłuższej lektury. Jak jest w przypadku „The Smashing Book 2”? Wprawdzie nigdy nie lubiłem prób tłumaczenia zwrotu „graphic design” na „grafika użytkowa” (wolę np. „projektowanie graficzne”), ale muszę przyznać, że ogólnie pani Szajkowska wykonała porcję świetnej roboty. Na dodatek raczy nas wieloma przypisami tłumaczącymi np. zabawy słowne i za to należą się duże brawa.
Wnętrze książki cieszy oko. Nie dość, że ilustrowane jest przez Yiying Lu, którą kojarzyć będziecie ze sławnej twitterowej ilustracji „Fail Whale”, sama książka złożona jest nieźle. Wszystko jest przejrzyste i czytelne. Dodatkowo niemal każda strona kipi od przypisów z linkami do dodatkowych źródeł informacji, przez co pełne połknięcie treści zajmie nam o wiele więcej niż przysłowiowe dwa wieczory. Brawo. Wolałbym może opcję z szytą, twardą okładką, ale to wpłynęłoby na cenę, która niektórym i tak może wydawać się za wysoka. W moim przekonaniu jednak 69zł za tak lekko i przyjemnie napisaną dawkę naprawdę wartościowej wiedzy to bardzo, bardzo niewiele. Więc moim zdaniem, dla „The Smashing Book 2”, zdecydowanie warto uszczuplić swój potfel.
Dla kogo jest „The Smashing Book 2”?
Napewno dla kreatywnych, związanych z branżą projektową osób, z naciskiem na projektantów stron internetowych i aplikacji mobilnych. Powiedziałbym, że dla początkujących jest to pozycja wręcz obowiązkowa, jeśli chcą zrozumieć zasady współczesnego podejścia do projektowania stron (a sam pierwszy rozdział wart jest tych 69zł, gdyż zapewne wielu z Was otworzy szerzej oczy). Średnio zaawansowani pogłębią swą wiedzę, którą pewnikiem i tak czerpią między innymi z bloga, więc dla nich książka będzie naturalną kontynuacją tego, co czytają na codzień. Zaawansowani, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, przekartkują i wycisną kilka mądrych zdań, z którymi zostaną na dłużej, ale większością treści prawdopodobnie zaskoczeni nie będą. Ale, że zazwyczaj od bieżącej wiedzy są silnie uzależnieni, czego bym nie napisał, i tak kupią ;) Na szczęście „The Smashing Book 2” jest pozycją na tyle silną, że wątpię by którakolwiek z tych grup skończyła czytać zawiedziona.
Socjomania.pl 2012-05-17
Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
Wróciłam z moich wojaży i to nawet jakiś czas temu, ale jak to bywa w życiu, rzeczywistość mnie zassała. Na szczęście powrót był o tyle miły, że w skrzynce czekała na mnie niespodzianka pod postacią książki Hélène Dujardin Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań.
Blog autorki, Tartalette od dawna znajduje się wśród moich ulubionych i choć nigdy z niego nie gotowałam, to uwielbiam oglądać umieszczane na nim zdjęcia. Jak tylko usłyszałam, że Hélène Dujardin napisała książkę i ukaże się ona po polsku, wiedziałam, że prędzej czy później będę ją miała.
Cóż, właśnie skończyłam lekturę i muszę powiedzieć, że to najlepsza książka o fotografii w ogóle jaką miałam w rękach. Podstawowe pojęcia i techniki robienia zdjęć wytłumaczone są w sposób bardzo prosty i przystępny. Dodatkowo ilustrowane są przykładowymi zdjęciami (z podanymi parametrami), którym towarzyszy szczegółowy opis. Może wstyd się przyznać, ale naprawdę po raz pierwszy w życiu działanie ustawień przesłony, czasu, ekspozycji itd., jest dla mnie w pełni jasne.
A to tylko początek, bo dalej autorka skupia się na problemach fotografii ściśle kulinarnej, czyli na tym jak oświetlenie, perspektywa ujęcia, dobór tła czy rekwizytów wpływa na odbiór danej fotografii. A co za tym idzie danej potrawy. Właściwie do tej pory robiłam zdjęcia z podejściem takim, że mają dokumentować smaczne danie. Mają je ładnie, apetycznie przedstawiać. Hélène Dujardin przekonuje, że zdjęcie kulinarne powinno opowiadać jakąś historię i że poprzez zmianę tła, ujęcia, rekwizytów możemy zupełnie inaczej pokazać tę samą potrawę. Takie podejście wydaje mi się szalenie interesujące.
Bardzo mi się też podoba praktyczne podejście autorki do sprzętu. Wiadomo, fotografia to drogie hobby i na pewno na początku zabawy nie ma co inwestować w niewiadomo jakie instrumenty. Na szczęście Hélène Dujardin dzieli się z czytelnikami swoimi pomysłami na domowe „pomoce”, jak np. prześcieradło w roli dyfuzora, czy stare deski (albo nowe deski ze sklepu dla majsterkowiczów, odpowiednio pomalowane) jako niedrogie tła.
W końcowej części książki Hélène Dujardin zajmuje się bardzo szczegółowo stylizacją potraw i tu też dzieli się swoim doświadczeniem i praktycznymi wskazówkami. Właściwie krok po kroku omawia kłopotliwe, z punktu widzenia fotografa, dania (sałatki, lody, makarony itd.) i radzi jak sprawić, by na zdjęciach wyglądały apetycznie. Część tych sztuczek jest fenomenalnie prosta, a przy tym nie wprowadza widza w błąd (co jest nagminne w fotografii reklamowej).
Jeśli chodzi o zastrzeżenia, to właściwie mam dwa i to bardzo niewielkie. Po pierwsze, książka jest napisana językiem amerykańskiego poradnika – zwiera sporo łopatologicznych wyjaśnień i powtórzeń oraz zachęt w stylu: „koniecznie eksperymentuj, nie poddawaj się jak ci nie wyjdzie, zrób tak i siak a efekt będzie fenomenalny” , co dla polskiego czytelnika jest nieco śmieszne. Po drugie (i to już zastrzeżenie do polskiego wydania), w końcowym spisie przydatnych stron internetowych (zarówno z technikami fotografii i stylizacji, jak i sprzętem, rekwizytami itp.) mogłoby się pojawić więcej polskich odnośników. Poza tymi drobiazgami więcej wad nie znalazłam. Książka Ujęcia za smakiem Hélène Dujardin jest naprawdę bardzo pomocną publikacją i polecam ją wszystkim, którzy chcą się bawić w fotografię kulinarną.
Blog autorki, Tartalette od dawna znajduje się wśród moich ulubionych i choć nigdy z niego nie gotowałam, to uwielbiam oglądać umieszczane na nim zdjęcia. Jak tylko usłyszałam, że Hélène Dujardin napisała książkę i ukaże się ona po polsku, wiedziałam, że prędzej czy później będę ją miała.
Cóż, właśnie skończyłam lekturę i muszę powiedzieć, że to najlepsza książka o fotografii w ogóle jaką miałam w rękach. Podstawowe pojęcia i techniki robienia zdjęć wytłumaczone są w sposób bardzo prosty i przystępny. Dodatkowo ilustrowane są przykładowymi zdjęciami (z podanymi parametrami), którym towarzyszy szczegółowy opis. Może wstyd się przyznać, ale naprawdę po raz pierwszy w życiu działanie ustawień przesłony, czasu, ekspozycji itd., jest dla mnie w pełni jasne.
A to tylko początek, bo dalej autorka skupia się na problemach fotografii ściśle kulinarnej, czyli na tym jak oświetlenie, perspektywa ujęcia, dobór tła czy rekwizytów wpływa na odbiór danej fotografii. A co za tym idzie danej potrawy. Właściwie do tej pory robiłam zdjęcia z podejściem takim, że mają dokumentować smaczne danie. Mają je ładnie, apetycznie przedstawiać. Hélène Dujardin przekonuje, że zdjęcie kulinarne powinno opowiadać jakąś historię i że poprzez zmianę tła, ujęcia, rekwizytów możemy zupełnie inaczej pokazać tę samą potrawę. Takie podejście wydaje mi się szalenie interesujące.
Bardzo mi się też podoba praktyczne podejście autorki do sprzętu. Wiadomo, fotografia to drogie hobby i na pewno na początku zabawy nie ma co inwestować w niewiadomo jakie instrumenty. Na szczęście Hélène Dujardin dzieli się z czytelnikami swoimi pomysłami na domowe „pomoce”, jak np. prześcieradło w roli dyfuzora, czy stare deski (albo nowe deski ze sklepu dla majsterkowiczów, odpowiednio pomalowane) jako niedrogie tła.
W końcowej części książki Hélène Dujardin zajmuje się bardzo szczegółowo stylizacją potraw i tu też dzieli się swoim doświadczeniem i praktycznymi wskazówkami. Właściwie krok po kroku omawia kłopotliwe, z punktu widzenia fotografa, dania (sałatki, lody, makarony itd.) i radzi jak sprawić, by na zdjęciach wyglądały apetycznie. Część tych sztuczek jest fenomenalnie prosta, a przy tym nie wprowadza widza w błąd (co jest nagminne w fotografii reklamowej).
Jeśli chodzi o zastrzeżenia, to właściwie mam dwa i to bardzo niewielkie. Po pierwsze, książka jest napisana językiem amerykańskiego poradnika – zwiera sporo łopatologicznych wyjaśnień i powtórzeń oraz zachęt w stylu: „koniecznie eksperymentuj, nie poddawaj się jak ci nie wyjdzie, zrób tak i siak a efekt będzie fenomenalny” , co dla polskiego czytelnika jest nieco śmieszne. Po drugie (i to już zastrzeżenie do polskiego wydania), w końcowym spisie przydatnych stron internetowych (zarówno z technikami fotografii i stylizacji, jak i sprzętem, rekwizytami itp.) mogłoby się pojawić więcej polskich odnośników. Poza tymi drobiazgami więcej wad nie znalazłam. Książka Ujęcia za smakiem Hélène Dujardin jest naprawdę bardzo pomocną publikacją i polecam ją wszystkim, którzy chcą się bawić w fotografię kulinarną.
rozkosze-stolu.blogspot.com anna, 2012-05-20
Wojownik sieci. Wydanie II
Zdajesz egzamin CCNA? Chcesz być administratorem sieci, albo nim już jesteś ? Potrzebujesz kompendium wiedzy, które wyjaśni Ci jak sieć działa czego podręczniki do egzaminu CCNA nie robią? Zajrzyj do książki „Wojownik sieci” wydanie II które właśnie można dostać w Księgarni Helion.
Kim jest Gary A. Donahue? Jest to człowiek o 27 latach doświadczenia w tworzeniu projektów IT. Pracował jako programista, administrator serwerowni, inżynier pomocy technicznej, administrator sieci, projektaknt sieci i konsultant firm z TOP 500 listy najbogatszych firm według magazynu Fortune. To właśnie on jest autorem książki Wojownik sieci, której polscy czytelnicy drugie wydanie mają możliwość zamówić i to taniej niż gdyby kupowali wersję po angielsku.
Sean Walberg ze SlashDot w 2007 wydał taką recenzję pierwszego wydania: „Sprawę (niskiej oceny certyfikatów CCNA) pogarsza fakt, że powstało wiele książek tylko po to, aby przepchnąć ludzi przez egzamin. Wojownik Sieci jest zupełną przeciwieństwem – jeśli istnieje podtytuł to nosi on nazwę „wszystko co powienieneś wiedzieć,a czego nie było na egzaminie CCNA”. Wszystko jest dobrze opisane: od architektury 6500 do warstw 8 i 9 modelu OSI (polityka i kasa)”.
Gary uznał tę recenzję za tak trafną, że faktycznie nadał książce taki podtytuł!
Od wydania pierwszej części minęło 5 lat, a książka przysłużyła się wielu administratorom sieci i osobom chcącym faktycznie umieć realizować tę pracę. Świat się jednak zmienił, szczególnie internet i w związku z tym Gary wydał właśnie drugie wydanie swojej książki.
Już pojawiły się pierwsze recenzje drugiego wydania. Sysadmin Hmrneves z Portugalii zwraca uwagę, że książka jest dokładna, spójna, prosta w zrozumieniu, ma pomocne przykłady, dużo obrazków i jest dobrze napisana i jest idealna dla studentów, średnio zaawansowanych i początkujących. „Jeśli chcesz zdać egzamin CCNA musisz kupić oficjalny podręcznik, ale jeśli chcesz zrozumieć te rzeczy lepiej kup tę książkę. Każdy student CCNA powinien ją mieć”.
Z kolei Scott z Arizony zauważa, że książka została zaktualizowana o materiały dotyczące najnowszych technologii CISCO jak Cisco ASA Firewalls 8.0+ IOS, 3750 & 6500 i przystępnie tłumaczy różnice między rozwiązaniami tych samych problemów na IOS, CatIOS i nowym Nexus NX-OS. Docenia też humor autora, którego książka potrafi momentami człowieka rozbawić.
Kim jest Gary A. Donahue? Jest to człowiek o 27 latach doświadczenia w tworzeniu projektów IT. Pracował jako programista, administrator serwerowni, inżynier pomocy technicznej, administrator sieci, projektaknt sieci i konsultant firm z TOP 500 listy najbogatszych firm według magazynu Fortune. To właśnie on jest autorem książki Wojownik sieci, której polscy czytelnicy drugie wydanie mają możliwość zamówić i to taniej niż gdyby kupowali wersję po angielsku.
Sean Walberg ze SlashDot w 2007 wydał taką recenzję pierwszego wydania: „Sprawę (niskiej oceny certyfikatów CCNA) pogarsza fakt, że powstało wiele książek tylko po to, aby przepchnąć ludzi przez egzamin. Wojownik Sieci jest zupełną przeciwieństwem – jeśli istnieje podtytuł to nosi on nazwę „wszystko co powienieneś wiedzieć,a czego nie było na egzaminie CCNA”. Wszystko jest dobrze opisane: od architektury 6500 do warstw 8 i 9 modelu OSI (polityka i kasa)”.
Gary uznał tę recenzję za tak trafną, że faktycznie nadał książce taki podtytuł!
Od wydania pierwszej części minęło 5 lat, a książka przysłużyła się wielu administratorom sieci i osobom chcącym faktycznie umieć realizować tę pracę. Świat się jednak zmienił, szczególnie internet i w związku z tym Gary wydał właśnie drugie wydanie swojej książki.
Już pojawiły się pierwsze recenzje drugiego wydania. Sysadmin Hmrneves z Portugalii zwraca uwagę, że książka jest dokładna, spójna, prosta w zrozumieniu, ma pomocne przykłady, dużo obrazków i jest dobrze napisana i jest idealna dla studentów, średnio zaawansowanych i początkujących. „Jeśli chcesz zdać egzamin CCNA musisz kupić oficjalny podręcznik, ale jeśli chcesz zrozumieć te rzeczy lepiej kup tę książkę. Każdy student CCNA powinien ją mieć”.
Z kolei Scott z Arizony zauważa, że książka została zaktualizowana o materiały dotyczące najnowszych technologii CISCO jak Cisco ASA Firewalls 8.0+ IOS, 3750 & 6500 i przystępnie tłumaczy różnice między rozwiązaniami tych samych problemów na IOS, CatIOS i nowym Nexus NX-OS. Docenia też humor autora, którego książka potrafi momentami człowieka rozbawić.
polishwords.com.pl 2012-05-17