Recenzje
Elektronika dla bystrzaków. Wydanie II
Przychodzi mi do głowy pewna anegdota. Kiedyś, jeszcze chyba w czasach szkoły średniej, siedzieliśmy z kolegą w „warsztacie” rozważając jakieś aspekty właśnie nabytych komponentów elektronicznych, gdy zajrzała do nas koleżanka niosąc pod pachą „kaseciaka”. „Chyba wysiadło coś ważnego” – powiedziała ze śmiertelnie poważną miną – „bo aż zgasło światło w mieszkaniu. Tata mówił, że to na pewno silnik”. Oczywiście, „kaseciak” dał się naprawić, silnik był cały i zdrowy, a po wymianie bezpiecznika i gniazdka z wyłącznikiem, radiomagnetofon odzyskał dawną świetność.
Obserwując kłopoty niektórych znajomych ze zrozumieniem i przyswojeniem sobie podstawowej wiedzy na temat prądu elektrycznego i zjawisk towarzyszących jego przepływowi, mając już dosyć polecania im książek z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych albo stron internetowych o różnej jakości, a oprócz tego znając zamiary wydania serii książek o elektronice dla laików przez Wydawnictwo Helion, z dużym zainteresowaniem wziąłem do rąk książkę pary autorów Cathleen Shamieh i Gordona McComba „Elektronika dla bystrzaków”. Książka jest tłumaczeniem z języka angielskiego, a oryginalny tytuł brzmi „Electronics for dummies”.
Słowo „bystrzak” użyte w tytule, chyba nie jest w tym wypadku dobrym określeniem. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego – „bystrzak, potocznie: człowiek bystry, sprytny”. Nie trzeba być sprytnym, aby móc zajmować się elektroniką. Wystarczy, że ma się głód wiedzy i jest się nauczalnym oraz pracowitym. Nie twierdzę, że elektronik nie musi być lub nie jest bystry, ale książka jest typową pozycją dla kogoś, kto nie ma pojęcia o elektryczności, a chciałby poznać zasady działania komponentów, nauczyć się budować z nich podstawowe obwody i co najważniejsze – poznać też aspekt praktyczny, a więc rozumieć w jaki sposób działają, samodzielnie je uruchamiać, testować, wykonywać pomiary, stosować w praktyce. Ale rozumiem rozterki tłumacza, ponieważ tytuł oryginalny jest trudno przetłumaczyć na język polski w taki sposób, aby kogoś nie obrazić. Bo „Elektronika dla ciemniaków” (używając jednego z łagodniejszych tłumaczeń słowa dummies, zainteresowanych odsyłam do słownika) to bardzo obraża, „Elektronika dla opornych” już była, a i „oporny” to też raczej nie jest słowo, które dobrze oddaje sens tytułu.
Książka blisko 350 stron i wydawałoby się, że można ją przeczytać w kilka wieczorów. Niestety, w wypadku „Elektroniki dla bystrzaków” nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Jeśli ktoś niemający wiedzy o elektronice spodziewa się, że kupi ją i „połknie” w przeciągu tygodnia, to nie ma nic bardziej mylącego. Lektura książki, analiza opisanych w niej zjawisk, zapoznanie się z obwodami i przyrządami pomiarowymi zajmują trochę czasu, a nauka elektroniki to też proces wymagający nieco wysiłku.
Na początku podane są ważne informacje o bezpieczeństwie, bo czasami łatwo zapomnieć, że prądu elektrycznego nie widać, ale to nie oznacza, że nie może zdrowo „łupnąć” i trzeba być świadomym zagrożenia. Spodobała mi się również teza, której jestem zwolennikiem – „Żeby się nauczyć, trzeba się ubrudzić”. To jest coś, o czym zapomina wiele osób i niestety, ogromna liczba szkół i uczelni technicznych. W rozdziale pierwszym znajdziemy informacje na temat podstawowych zjawisk fizycznych, tzn. czym jest prąd elektryczny, dlaczego płynie, jakie zjawiska towarzyszą jego przepływowi. Osobiście drażnią mnie nieco opisy tłumaczące zjawiska elektryczne na podstawie przepływu wody, ale być może w ten sposób łatwiej jest coś wyobrazić sobie komuś, kto nigdy nie miał do czynienia z elektrycznością. Faktem jest, że zjawiska są opisane obrazowo, a analogie nie są wyszukiwane „na siłę”.
Dalej przeczytamy o komponentach stosowanych w elektronice: rezystorach, kondensatorach, cewkach, półprzewodnikach (w tym o układach scalonych, np. „nieśmiertelnym”, prze-uniwersalnym 555), a wszystko okraszone niezbędnymi porcjami wiedzy, kilkoma łatwymi do zrozumienia wzorami, opisami zjawisk. Tylko tyle ile trzeba, nie za wiele. Bez używania całek, pochodnych i skomplikowanej wiedzy akademickiej. W tej części książki autorzy podają również nieco informacji na temat zasad dobierania podzespołów, dopuszczalnych parametrów ich pracy – jednym zdaniem – komponenty w praktyce. Później dowiemy się, jak urządzić warsztat i zadbać o swoje bezpieczeństwo, w jaki sposób czytać schematy i jak używać podstawowych przyrządów pomiarowych, takich jak multimetr czy oscyloskop.
W dalszej części wreszcie czytelnik zaczyna poważnie „brudzić sobie ręce”, ponieważ autorzy prezentują kilka układów elektronicznych wraz z opisami ich wykonania. Na koniec znajdziemy kilka użytecznych porad, wraz z adresami sklepów, w których można dokonać zakupów podzespołów i przyrządów pomiarowych. Cały spis treści można znaleźć na stronie Wydawnictwa Helion.
Trudno coś zarzucić tej książce pod względem merytorycznym. Powiem więcej – jest napisana prawie nienagannie. Prawie, ponieważ w rozdziale o oscyloskopach raczej powinno się omówić oscyloskop cyfrowy, a nie analogowy. Owszem, sposób użytkowania tego przyrządu pomiarowego nie zmienił się, ale zasada działania i możliwości – znacznie. Informacji teoretycznych jest podanych akurat tyle, ile trzeba. Może troszeczkę brak analizy zjawisk, tego co dzieje się w obwodzie, ale myślę, że jak na początek, to i tak wystarczy, a osoby chcące poszerzyć horyzonty wiedzy muszą sięgnąć do innej literatury.
O jedno mam pretensję do autorów. Moim zdaniem poszli troszkę za „szeroko”. Warto by było napisać więcej, bardziej szczegółowo i podzielić zawartość tematycznie na 3-4 tomy (coś w stylu: podstawy i komponenty, układy analogowe, układy cyfrowe, mikrokontrolery), ponieważ w jednej książce tej wiedzy jest trochę za dużo i może ona przytłoczyć i znudzić czytelnika. Książkę po prostu trzeba w pewnym momencie odstawić na półkę i sięgnąć do lutownicy, aby sprawdzić wiedzę i trochę odreagować. Jest to niezbędne, jeśli coś ma „wyjść” z tego zamiaru zajęcia się elektroniką.
Moim zdaniem nie jest to też książka dla dzieci, ale raczej dla co najmniej uczniów kończących gimnazjum i osób od nich starszych. Nie jest to bowiem pozycja z tych, które bawiąc uczą, ale trzeba przysiąść, uzbroić się w cierpliwość, przeczytać i zrozumieć opisywane zjawiska. Dostrzegam w książce taki zamysł, aby skierować czytelnika w stronę praktycznego zajęcia się elektroniką i w kierunku dalszego pogłębiania wiedzy. I tak trzymać!
easy-soft.net.pl .
Mikrokontrolery PIC w praktycznych zastosowaniach
Przyznam się, że bardzo rzadko korzystam z książek technicznych uczących programowania. Mikrokontroler to mikrokontroler, wszystkie są podobne. Metody ich programowania nie zmieniają się od lat, więc wystarczy pobrać z Internetu dokumentację, zaopatrzyć się w odpowiednie narzędzia i „rzeźbić”. Ale wpadła w moje ręce wydana przez Helion książka Pawła Borkowskiego „Mikrokontrolery PIC w praktycznych zastosowaniach”, więc postanowiłem zajrzeć co w trawie piszczy. Autor jest nauczycielem akademickim i spodziewałem się trochę nudnych wywodów, parametrów, rysunków rejestrów, zaleceń, zastrzeżeń itd. Jednym słowem – wiedzy akademickiej w takim a nie innym ujęciu. Uffff… Pomyliłem się!
Zazdroszczę panu Pawłowi lekkości języka i łatwości z jaką podaje tę przecież trudną wiedzę. Jak to ująć? Może w ten sposób, że autor w przystępnie opowiada o rzeczach trudnych, dodatkowo przerywając monotonię potoku informacji technicznych rysunkami, żartami, anegdotami. Na początku wydawało mi się, że w poważnej książce nie przystoi taka „dziecinada”, jednak po kilkunastu stronach lektury zauważyłem, że te żarty pomagają rozluźnić się i wiedza łatwiej wchodzi do głowy. I summa summarum książkę o programowaniu czyta się łatwo, lekko i przyjemnie, nabywając niejako przy okazji niezbędnych umiejętności. Jak dla mnie majstersztyk!
Książka jest napisana w konwencji „klockowej”. To znaczy, mamy klocek z mikrokontrolerem, z diodą LED, z wyświetlaczem, z klawiszami, z odbiornikiem GPS i czym tam jeszcze możemy sobie wymyślić, a następnie składamy te klocki w całość i powstają z nich gotowe urządzenia. Bo nie oszukujmy się – większość urządzeń elektronicznych można zbudować właśnie z takich modułów. Często wiedza zdobywana przez konstruktora, to umiejętność budowania i łączenia ze sobą różnych modułów, w różne obwody, przeznaczone do różnych zastosowań i pracujące w różnych warunkach.
Pełny spis treści książki można znaleźć tutaj <<>>. Na początku autor podaje garść wiedzy na temat używanych narzędzi sprzętowych i programowych. Stosuje firmowy programator PICkit-2 (ale podaje też schemat nieskomplikowanego programatora dołączanego do RS232), kompilatory języka C firm Hitech i Microchip. Proponuje też zestaw ewaluacyjny, który ułatwia naukę programowania. Jest on oferowany przez wrocławską firmę ARE pod oznaczeniem ARE0084. Owszem, jest to zestaw bardzo dobrze wyposażony, jednak moim zdaniem coś służącego do nauki nie powinno być aż tak kosztowne. Nie sugeruję, że ktoś zdziera z nas pieniądze, bo zestaw jest wart swojej ceny, ale moim zdaniem warto wybrać drogę nauki przez ubrudzenie sobie rąk. Autor książki również opisuje tę tańszą alternatywę wykazując się pełnym zrozumieniem dla zasobności kieszeni np. hobbystów, uczniów liceów czy gimnazjów. Sam również uczyłem się korzystając z płytek uniwersalnych i uważam, że nie należy przepłacać. Ale jeśli ktoś chce być wygodnym i ma na to pieniądze, to ma wybór.
W rozdziale drugim od razu przystępujemy do programowania. Dlatego przystępując do lektury książki warto cokolwiek dowiedzieć się na temat języka C. Chociażby z opisu standardu ANSI lub z artykułów, których wiele jest dostępnych w Internecie, nawet na tej stronie internetowej. W pierwszych przykładach programowania za pomocą mikrokontrolera PIC16F877A sterujemy diodą LED, następnie wyświetlaczami 7-segmentowymi LED (i to w trybie multipleksowania) oraz znakowym modułem LCD. Są schematy, programy, przykłady. Wszystko opisane od podszewki, z humorem i dowcipem. Na koniec rozdziału, dla okrasy, sterowanie mechanicznym ramieniem napędzanym serwomechanizmami modelarskimi. Mamy już obsługę elementów wizualizacji stanu mikrokontrolera, a co z pozostałymi komponentami interfejsu użytkownika? W kolejnym rozdziale pojawiają się przykłady obsługi przycisków i zbudowanej z nich klawiatury oraz przykładowy projekt zamka szyfrowego. Teraz sięgamy jeszcze bardziej w głąb mikrokontrolera: obsługa przerwań, układów czasowo – licznikowych oraz różnych trybów ich pracy i projekt miernika częstotliwości! Następnie obsługa interfejsów szeregowych i projekt lokalizatora GPS. A gdyby zabrakło nam pamięci? W rozdziale 6 znajdziemy opisy dołączenia zarówno dodatkowej pamięci masowej (FLASH), jak i pamięci operacyjnej. Tam też znajdziemy funkcje służące do obsługi kolorowego wyświetlacza LCD i projekt termometru cyfrowego. W rozdziale 7, kończącym książkę, sięgamy do dobrze wyposażonego, 16-bitowego mikrokontrolera PIC o sporych możliwościach tj. dsPIC33FJ128GP802 i zapoznajemy się z podstawami jego stosowania oraz programowania.
Jak dla mnie autor troszkę za bardzo „prześlizguje się” po asemblerze, ale jestem purystą, zepsutym przez programowanie niemal wyłącznie w asemblerze, a teraz pojemności pamięci urosły i nikt już nie przejmuje się jakimiś paroma bajtami, które można zaoszczędzić. Sam też najczęściej piszę w języku C ze wstawkami w asemblerze i dlatego pomimo początkowych zastrzeżeń, przyznaję autorowi absolutną rację: przecież język C też trzyma programistę na tyle blisko hardware’u, że ten jest w stanie zrozumieć go i nauczyć się poprawnie z niego korzystać.
Zazdroszczę panu Pawłowi lekkości języka i łatwości z jaką podaje tę przecież trudną wiedzę. Jak to ująć? Może w ten sposób, że autor w przystępnie opowiada o rzeczach trudnych, dodatkowo przerywając monotonię potoku informacji technicznych rysunkami, żartami, anegdotami. Na początku wydawało mi się, że w poważnej książce nie przystoi taka „dziecinada”, jednak po kilkunastu stronach lektury zauważyłem, że te żarty pomagają rozluźnić się i wiedza łatwiej wchodzi do głowy. I summa summarum książkę o programowaniu czyta się łatwo, lekko i przyjemnie, nabywając niejako przy okazji niezbędnych umiejętności. Jak dla mnie majstersztyk!
Książka jest napisana w konwencji „klockowej”. To znaczy, mamy klocek z mikrokontrolerem, z diodą LED, z wyświetlaczem, z klawiszami, z odbiornikiem GPS i czym tam jeszcze możemy sobie wymyślić, a następnie składamy te klocki w całość i powstają z nich gotowe urządzenia. Bo nie oszukujmy się – większość urządzeń elektronicznych można zbudować właśnie z takich modułów. Często wiedza zdobywana przez konstruktora, to umiejętność budowania i łączenia ze sobą różnych modułów, w różne obwody, przeznaczone do różnych zastosowań i pracujące w różnych warunkach.
Pełny spis treści książki można znaleźć tutaj <<
W rozdziale drugim od razu przystępujemy do programowania. Dlatego przystępując do lektury książki warto cokolwiek dowiedzieć się na temat języka C. Chociażby z opisu standardu ANSI lub z artykułów, których wiele jest dostępnych w Internecie, nawet na tej stronie internetowej. W pierwszych przykładach programowania za pomocą mikrokontrolera PIC16F877A sterujemy diodą LED, następnie wyświetlaczami 7-segmentowymi LED (i to w trybie multipleksowania) oraz znakowym modułem LCD. Są schematy, programy, przykłady. Wszystko opisane od podszewki, z humorem i dowcipem. Na koniec rozdziału, dla okrasy, sterowanie mechanicznym ramieniem napędzanym serwomechanizmami modelarskimi. Mamy już obsługę elementów wizualizacji stanu mikrokontrolera, a co z pozostałymi komponentami interfejsu użytkownika? W kolejnym rozdziale pojawiają się przykłady obsługi przycisków i zbudowanej z nich klawiatury oraz przykładowy projekt zamka szyfrowego. Teraz sięgamy jeszcze bardziej w głąb mikrokontrolera: obsługa przerwań, układów czasowo – licznikowych oraz różnych trybów ich pracy i projekt miernika częstotliwości! Następnie obsługa interfejsów szeregowych i projekt lokalizatora GPS. A gdyby zabrakło nam pamięci? W rozdziale 6 znajdziemy opisy dołączenia zarówno dodatkowej pamięci masowej (FLASH), jak i pamięci operacyjnej. Tam też znajdziemy funkcje służące do obsługi kolorowego wyświetlacza LCD i projekt termometru cyfrowego. W rozdziale 7, kończącym książkę, sięgamy do dobrze wyposażonego, 16-bitowego mikrokontrolera PIC o sporych możliwościach tj. dsPIC33FJ128GP802 i zapoznajemy się z podstawami jego stosowania oraz programowania.
Jak dla mnie autor troszkę za bardzo „prześlizguje się” po asemblerze, ale jestem purystą, zepsutym przez programowanie niemal wyłącznie w asemblerze, a teraz pojemności pamięci urosły i nikt już nie przejmuje się jakimiś paroma bajtami, które można zaoszczędzić. Sam też najczęściej piszę w języku C ze wstawkami w asemblerze i dlatego pomimo początkowych zastrzeżeń, przyznaję autorowi absolutną rację: przecież język C też trzyma programistę na tyle blisko hardware’u, że ten jest w stanie zrozumieć go i nauczyć się poprawnie z niego korzystać.
easy-soft.net.pl .
Włoskie specjały. Książka kucharska. Poradnik bez kantów
Uwielbiam kuchnię włoską... Mogłabym codziennie się nią delektować. Jednak do tej pory kojarzyłam tylko kilka dań rodem z Italii- oczywiście pizzę, makarony oraz tiramisu. Zdecydowanie za mało :( Całe szczęście otrzymałam ostatnio książkę kucharską "Włoskie specjały", dzięki czemu cały zeszły tydzień jedliśmy prawie jak Włosi ;) Co królowało na naszych talerzach? A no frittata, risotto, pesto z orzechów włoskich, klopsiki bezmięsne, lasagnia wegetariańska, pizza sycylijska, makaron z sosem Alfredo, a na deser pudding z chleba oraz mufinki owsiane. Uwierzcie mi, że było wyśmienicie!
Ponieważ jest to poradnik bez kantów, gotowanie na podstawie podanych tu przepisów okazuje się śmiesznie proste. Z powodzeniem kulinarny sukces może osiągnąć nawet początkujący kucharz- nie-kucharz. Każdy etap przyrządzania potraw jest dokładnie wyjaśniony, i co ważne- nie trzeba spędzać pół dnia w kuchni, by zjeść coś oryginalnego. Autorka podaje też wskazówki przydatne na co dzień, nie tylko podczas gotowania kuchni włoskiej.
Szukając pomysłów na obiady w Internecie, czasopismach czy książkach ważne jest dla mnie, by potrawy dało się przygotować z produktów dostępnych w polskich sklepach. I ta książka właśnie tym się charakteryzuje. Mamy włoskie żarcie z polskich produktów, oczywiście często importowanych, ale dostępnych. Poza tym, jak w każdego typu kuchni, także we włoskiej są dania, które przyrządza się praktycznie z resztek, które pozostały w lodówce. Przykładem jest wyśmienita frittata. Za każdym razem smakować może zupełnie inaczej!
Książka ma przejrzysty układ, łatwo odnaleźć konkretny przepis dzięki spisowi treści na początku lub spisowi potraw na końcu poradnika. Podczas organizacji włoskiego przyjęcia, przydatne okaże się Włoskie świąteczne menu opracowane na podstawie dań tu zawartych. Szkoda tylko, że czytelnik- kucharz nie dowie się jak powinno wyglądać gotowe danie, gdyż nie znajdzie tu zdjęć. A może to i dobrze? Nie trzeba się stresować, że coś wyszło nam inaczej niż pokazuje fotografia. A też dekorowanie dań staje się bardziej kreatywne, niż odtwórcze.
Zdecydowanie „Włoskie specjały” zawładnęły moją kuchnią. Jestem ciekawa, czy podbije też Wasze żołądki ...
Ponieważ jest to poradnik bez kantów, gotowanie na podstawie podanych tu przepisów okazuje się śmiesznie proste. Z powodzeniem kulinarny sukces może osiągnąć nawet początkujący kucharz- nie-kucharz. Każdy etap przyrządzania potraw jest dokładnie wyjaśniony, i co ważne- nie trzeba spędzać pół dnia w kuchni, by zjeść coś oryginalnego. Autorka podaje też wskazówki przydatne na co dzień, nie tylko podczas gotowania kuchni włoskiej.
Szukając pomysłów na obiady w Internecie, czasopismach czy książkach ważne jest dla mnie, by potrawy dało się przygotować z produktów dostępnych w polskich sklepach. I ta książka właśnie tym się charakteryzuje. Mamy włoskie żarcie z polskich produktów, oczywiście często importowanych, ale dostępnych. Poza tym, jak w każdego typu kuchni, także we włoskiej są dania, które przyrządza się praktycznie z resztek, które pozostały w lodówce. Przykładem jest wyśmienita frittata. Za każdym razem smakować może zupełnie inaczej!
Książka ma przejrzysty układ, łatwo odnaleźć konkretny przepis dzięki spisowi treści na początku lub spisowi potraw na końcu poradnika. Podczas organizacji włoskiego przyjęcia, przydatne okaże się Włoskie świąteczne menu opracowane na podstawie dań tu zawartych. Szkoda tylko, że czytelnik- kucharz nie dowie się jak powinno wyglądać gotowe danie, gdyż nie znajdzie tu zdjęć. A może to i dobrze? Nie trzeba się stresować, że coś wyszło nam inaczej niż pokazuje fotografia. A też dekorowanie dań staje się bardziej kreatywne, niż odtwórcze.
Zdecydowanie „Włoskie specjały” zawładnęły moją kuchnią. Jestem ciekawa, czy podbije też Wasze żołądki ...
odkrywczamama.blogspot.com 2012-03-06
Zasady rodzicielstwa. Jak być dobrym i mądrym rodzicem
Na pewno znajdą się tacy, którzy się ze mną nie zgodzą. Może nawet do tego stopnia, że za moment gwałtownie spadną statystyki bloga. Trudno. I tak przyznam Wam się, że moim zdaniem, nie ma złych dzieci, są tylko źli rodzice (ups... napisałam to... i co myślicie? Zapraszam do dyskusji). To znaczy, że rodzice są odpowiedzialni za to, jakie dziecko jest, ponieważ to właśnie MY mamy największy wpływ na naszego małego człowieka. Oczywiście, maluch styka się przecież z dziadkami, dalszą rodziną, przyjaciółmi domu, nauczycielami, rówieśnikami i wieloma innymi ludźmi, ale to rodzice determinują w istotnym stopniu codzienne życie dziecka. Ciąży więc na nas ogromna odpowiedzialność.
To jak to zrobić, by być dobrym i mądrym rodzicem i nie zwariować, a przy tym wychować szczęśliwego brzdąca?
Nachodzi Was czasem- tak jak mnie- przerażenie „czy mój syn będzie wiedział, jakimi wartościami kierować się w życiu? Czy będzie dokonywał właściwych wyborów?” itd. itd.? Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, sama robię je pewnie często- z niektórych zdaję sobie sprawę, a skutki innych przyjdą w swoim czasie. Jednak błędy można poprawić, a jeszcze lepiej byłoby trzymać się pewnych reguł, które zmniejszą prawdopodobieństwo wychowawczych niedoskonałości.
W poradniku „Zasady rodzicielstwa” znajdziesz aż 100 mądrych reguł na wychowanie zarówno maluszka, jak i nastolatka Czy 100 to dużo? Hmm … większość jest oczywista, ale niestety rzadko stosowana. Wszystkie złote zasady tu przedstawione są mądre i pomocne, ale znowu trzeba być KONSEKWENTNYM w ich stosowaniu! Bez konsekwencji się nie uda! Każde twierdzenie jest w rozsądny sposób wyjaśnione przez autora.
Książkę można przeczytać w jeden wieczór, ale będziecie do niej wracać jeszcze nie raz, gdyż przyda się na całe lata! Poradnik ten może być świetnym prezentem dla świeżo upieczonych rodziców :)
To jak to zrobić, by być dobrym i mądrym rodzicem i nie zwariować, a przy tym wychować szczęśliwego brzdąca?
Nachodzi Was czasem- tak jak mnie- przerażenie „czy mój syn będzie wiedział, jakimi wartościami kierować się w życiu? Czy będzie dokonywał właściwych wyborów?” itd. itd.? Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, sama robię je pewnie często- z niektórych zdaję sobie sprawę, a skutki innych przyjdą w swoim czasie. Jednak błędy można poprawić, a jeszcze lepiej byłoby trzymać się pewnych reguł, które zmniejszą prawdopodobieństwo wychowawczych niedoskonałości.
W poradniku „Zasady rodzicielstwa” znajdziesz aż 100 mądrych reguł na wychowanie zarówno maluszka, jak i nastolatka Czy 100 to dużo? Hmm … większość jest oczywista, ale niestety rzadko stosowana. Wszystkie złote zasady tu przedstawione są mądre i pomocne, ale znowu trzeba być KONSEKWENTNYM w ich stosowaniu! Bez konsekwencji się nie uda! Każde twierdzenie jest w rozsądny sposób wyjaśnione przez autora.
Książkę można przeczytać w jeden wieczór, ale będziecie do niej wracać jeszcze nie raz, gdyż przyda się na całe lata! Poradnik ten może być świetnym prezentem dla świeżo upieczonych rodziców :)
odkrywczamama.blogspot.com 2012-04-24
Zdrowe posiłki w kilka minut
Moja kuchenna biblioteczka ciągle się powiększa :) Doszło już do tego, że coraz częściej książki kucharskie są ode mnie pożyczane lub jestem pytana, które powinno się mieć u siebie, a które można podarować w ramach prezentu dla kogoś, kto żyje według jakiegoś stylu.
Dlatego dzisiaj prezentuję Wam "Zdrowe posiłki w kilka minut" dla tych, którzy lubią lub muszą dbać o zdrowie (a przecież każdy musi!) i mają na to mało czasu.
Podobnie jak „Włoskie specjały” i ta książka jest poradnikiem bez kantów. Oznacza to, iż gotowanie na podstawie podanych tu przepisów okazuje się śmiesznie proste. Z powodzeniem kulinarny sukces może osiągnąć nawet początkujący kucharz- nie-kucharz. Każdy etap przyrządzania potraw jest dokładnie wyjaśniony, i co ważne- nie trzeba spędzać pół dnia w kuchni, by zjeść coś zdrowego. Przy każdym przepisie widnieje tabelka z informacją o wartości odżywczej oraz przydatną wskazówką autorki. Okazuje się, że zdrowe posiłki nie muszą być wcale pozbawione tłuszczu czy cukru. Wszystko z umiarem i najlepszej jakości to recepta na zdrową dietę.
Chcecie sprawdzone przeze mnie przykłady? Proszę bardzo: kurczak w papryce, pieczony dorsz w musztardzie z Dijon, kotlety z indyka z brzoskwiniowym sosem salsa, tradycyjna sałatka z szynki, kremowa zupa z brokułów, sos czosnkowy typu Ranch Dressing … Na razie tyle, ale już wiem, że będzie więcej. Dużo tu pomysłów na sałatki, dipy i marynaty, szybkie przekąski, danie mięsne i bezmięsne, a nawet zdrowe desery.
Szkoda tylko, że czytelnik- kucharz nie dowie się jak powinno wyglądać gotowe danie, gdyż w „Zdrowych posiłkach w kilka minut” nie znajdzie zdjęć. A może to i dobrze? Nie trzeba się stresować, że coś wyszło nam inaczej niż pokazuje fotografia. Poza tym dekorowanie dań staje się bardziej kreatywne, niż odtwórcze.
Od dnia, w którym zaczniesz gotować według tej książki, skończy się przygotowywanie posiłków na zasadzie „dla każdego coś innego”. Będziesz mogła pichcić jedno danie, które będzie zdrowe, smaczne i niecodzienne.
Dlatego dzisiaj prezentuję Wam "Zdrowe posiłki w kilka minut" dla tych, którzy lubią lub muszą dbać o zdrowie (a przecież każdy musi!) i mają na to mało czasu.
Podobnie jak „Włoskie specjały” i ta książka jest poradnikiem bez kantów. Oznacza to, iż gotowanie na podstawie podanych tu przepisów okazuje się śmiesznie proste. Z powodzeniem kulinarny sukces może osiągnąć nawet początkujący kucharz- nie-kucharz. Każdy etap przyrządzania potraw jest dokładnie wyjaśniony, i co ważne- nie trzeba spędzać pół dnia w kuchni, by zjeść coś zdrowego. Przy każdym przepisie widnieje tabelka z informacją o wartości odżywczej oraz przydatną wskazówką autorki. Okazuje się, że zdrowe posiłki nie muszą być wcale pozbawione tłuszczu czy cukru. Wszystko z umiarem i najlepszej jakości to recepta na zdrową dietę.
Chcecie sprawdzone przeze mnie przykłady? Proszę bardzo: kurczak w papryce, pieczony dorsz w musztardzie z Dijon, kotlety z indyka z brzoskwiniowym sosem salsa, tradycyjna sałatka z szynki, kremowa zupa z brokułów, sos czosnkowy typu Ranch Dressing … Na razie tyle, ale już wiem, że będzie więcej. Dużo tu pomysłów na sałatki, dipy i marynaty, szybkie przekąski, danie mięsne i bezmięsne, a nawet zdrowe desery.
Szkoda tylko, że czytelnik- kucharz nie dowie się jak powinno wyglądać gotowe danie, gdyż w „Zdrowych posiłkach w kilka minut” nie znajdzie zdjęć. A może to i dobrze? Nie trzeba się stresować, że coś wyszło nam inaczej niż pokazuje fotografia. Poza tym dekorowanie dań staje się bardziej kreatywne, niż odtwórcze.
Od dnia, w którym zaczniesz gotować według tej książki, skończy się przygotowywanie posiłków na zasadzie „dla każdego coś innego”. Będziesz mogła pichcić jedno danie, które będzie zdrowe, smaczne i niecodzienne.
odkrywczamama.blogspot.com 2012-03-09