Recenzje
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Ta książka, mogę to powiedzieć, "znalazła" mnie sama. Tak. W momencie, kiedy szukałam czegoś (nawet na blogu ogłaszałam) o podróżach i to raczej pozytywnego a nie w kontekście narzekania i przygnębienia, przeglądałam zaprenumerowany od stycznia "Poznaj świat", w którym to numerze był jej fragment właśnie. I nagle olśnienie. Tego, tak, tego właśnie szukam. Podróży opisanej w fajny, ciekawy sposób, z perspektywy interesujących osób, których głównym celem nie będzie doszukiwanie się złych i przygnębiających stron odwiedzanych miejsc a coś innego. Poszanowanie tego, co inne, obce? i otwarcie się na to, co nowe.
To właśnie znalazłam w "Tysiącu szklanek herbaty". Książka ta z podtytułem "Spotkania na Jedwabnym Szlaku" bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi.
Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie.
Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.
Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie "fizyczne", "w konkretne miejsce" ale raczej "podróż do Człowieka". Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.
Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni.
Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, "nie sprzedają się".
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać.
To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.
Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.
I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem.
Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wielkiej gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka.
Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.
"Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze". (str. 216).
"Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (...) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność". (str. 283).
Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywanie obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.
Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.
To właśnie znalazłam w "Tysiącu szklanek herbaty". Książka ta z podtytułem "Spotkania na Jedwabnym Szlaku" bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi.
Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie.
Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.
Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie "fizyczne", "w konkretne miejsce" ale raczej "podróż do Człowieka". Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.
Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni.
Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, "nie sprzedają się".
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać.
To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.
Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.
I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem.
Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wielkiej gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka.
Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.
"Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze". (str. 216).
"Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (...) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność". (str. 283).
Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywanie obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.
Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.
https://chiara76.blogspot.com/ chiara76, 2012-04-11
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Dawno nie czytałam tak pozytywnej książki. Sięgnęłam po nią z wielką chęcią, tym bardziej, że tytuł od razu do mnie przemawia. Tysiąc szklanek herbaty? Jasne, uwielbiam herbatę! Ale to nie o herbacie jest ta książka, gorący napój jest tylko elementem spajającym poszczególne kawałki książki. Prawdziwymi bohaterami są ludzie, których Robb i Ania spotkali w czasie swojej ośmiomiesięcznej podróży rowerami wzdłuż Jedwabnego Szlaku. Ci ludzie sprawili, że podróż była wspaniała i ci ludzie sprawiają, że książka jest tak interesująca. A książka z kolei sprawia, że ten, kto traci wiarę w ludzi, powinien ją odzyskać!
To nie jest zwykły dziennik podróży. To w ogóle nie jest dziennik. Raczej opowieść – i to nie opowieść o podróży jako takiej, o jej trudach, początku, przebiegu i celu. Nie o samych podróżujących też. To opowiastki, impresje z różnych miejsc na świecie. Wspomnienia. Czasem urwane, czasem wyjęte z kontekstu. Historyjki. O tym, co zaskakuje w zachowaniu innych ludzi. Co dziwi, co śmieszy.
To książka o ludziach poznanych w podróży. O życzliwości, chęci pomocy i dzielenia się tym, co mają (najczęściej), czasem złości (ale bardzo rzadko). Przewracając kolejne kartki można dostrzec, że tak naprawdę zwyczajni ludzie w różnych krajach są do siebie bardzo podobni, chociaż niekoniecznie lubią się między sobą. Każdy z nas coraz częściej dostrzega w innym człowieku samego siebie. Tylko kształty i kolory się zmieniają, ale wewnątrz… wszyscy jesteśmy tacy sami – pisze Robb.
Podróż pozwala poznać takich dobrych ludzi, ale też samego siebie. Bo w jej trakcie – obserwując innych – nietrudno uświadomić sobie coś o sobie samym, o własnym kraju i rodakach. O tym, czego nie doceniamy i nie dostrzegamy. Proste życie spotkanych w trasie ludzi, proste życie prowadzone przez podróżujących. Czego potrzeba do szczęścia? Wody, jedzenia, miejsca do spania. Ludzi. Drobne rzeczy potrafią dać tyle radości.
Nie wszystko w książce jest różowe. Bywają też rozczarowania. Miejscami, takimi jak Samarkanda. Ludźmi, którzy dla zabawy szczują rowerzystów psami. Ale bez tych przykrych czasem wrażeń może mniej doceniałoby się to wszystko dobre, co dzieje się dookoła. A tego dobrego na szczęście jest dużo więcej.
Jadący przed siebie rowerem Robb jest taki jak my wszyscy. Nie wszystko wie, nie wszystko rozumie, nie wszystkiego się nauczył. Ale ma otwarte oczy i umysł i chłonie wszystko, co nowe w podróży, na którą się odważył, a na którą – jak pokazuje – może odważyć się też każdy z nas. Trzeba się tylko nie bać, co czasem nie jest łatwe kiedy w telewizji i gazetach widzimy tylko te złe wydarzenia, te wojny, konflikty, złość. Po każdej podróży wie się, że na świecie dzieje się też wiele dobrego i wspaniałego, tylko jakoś nikt o tym nie opowiada. Szkoda, ale widocznie dobre wiadomości się nie sprzedają. Na szczęście mamy takie osoby, jak Robb i inni podróżnicy, którzy wolą opowiadać o tym, co na świecie jest dobre.
Robb nie prowadzi narracji jak wszystkowiedzący autor, dzięki czemu ma się czasem wrażenie, że tych historii się słucha, a nie o nich czyta. To jest fajne, bo autorzy książek podróżniczych czasem nie umieją skupić się na tym, co się dzieje wokół nich i opisują siebie w podróży – a to nie zawsze potrafi być fascynujące. Tutaj Robba i Ani jest trochę, ale nie za dużo. Tak w sam raz.
I tak jedziemy z Anią i Robbem Jedwabnym Szlakiem, poznajemy nowych ludzi, wypijamy szklanki herbaty. Kolejnym rozdziałom towarzyszą też zdjęcia – najczęściej tych spotkanych w czasie podróży osób. Niestety brakuje podpisów pod fotografiami, a szkoda, bo pozwoliłoby to wiedzieć, kogo tak naprawdę widzimy i czy to ta osoba była opisana na stronicy obok.
Książka jest bardzo ładnie wydana i kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam na zdjęciu, pomyślałam: o, chciałabym ją mieć na półce. Kiedy przekartkowałam ją pierwszy raz utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystko wygląda pięknie. Ale kiedy chciałam poczytać ją w łóżku, co zresztą często czynię z innymi książkami to… no nie dało się! Książki wydanej poziomo nie da się, moi drodzy, czytać w łóżku. Albo ja nie opanowałam jakiejś sprytnej techniki. Ale moim zdaniem po prostu się nie da. I za to minus. Bo jak może być książka nieprzyjazna czytaniu w łóżku?! :)
Ale przyjmijmy, że zamysł był taki, by książkę czytać jedynie na siedząco, w fotelu, przy szklance herbaty.
To nie jest zwykły dziennik podróży. To w ogóle nie jest dziennik. Raczej opowieść – i to nie opowieść o podróży jako takiej, o jej trudach, początku, przebiegu i celu. Nie o samych podróżujących też. To opowiastki, impresje z różnych miejsc na świecie. Wspomnienia. Czasem urwane, czasem wyjęte z kontekstu. Historyjki. O tym, co zaskakuje w zachowaniu innych ludzi. Co dziwi, co śmieszy.
To książka o ludziach poznanych w podróży. O życzliwości, chęci pomocy i dzielenia się tym, co mają (najczęściej), czasem złości (ale bardzo rzadko). Przewracając kolejne kartki można dostrzec, że tak naprawdę zwyczajni ludzie w różnych krajach są do siebie bardzo podobni, chociaż niekoniecznie lubią się między sobą. Każdy z nas coraz częściej dostrzega w innym człowieku samego siebie. Tylko kształty i kolory się zmieniają, ale wewnątrz… wszyscy jesteśmy tacy sami – pisze Robb.
Podróż pozwala poznać takich dobrych ludzi, ale też samego siebie. Bo w jej trakcie – obserwując innych – nietrudno uświadomić sobie coś o sobie samym, o własnym kraju i rodakach. O tym, czego nie doceniamy i nie dostrzegamy. Proste życie spotkanych w trasie ludzi, proste życie prowadzone przez podróżujących. Czego potrzeba do szczęścia? Wody, jedzenia, miejsca do spania. Ludzi. Drobne rzeczy potrafią dać tyle radości.
Nie wszystko w książce jest różowe. Bywają też rozczarowania. Miejscami, takimi jak Samarkanda. Ludźmi, którzy dla zabawy szczują rowerzystów psami. Ale bez tych przykrych czasem wrażeń może mniej doceniałoby się to wszystko dobre, co dzieje się dookoła. A tego dobrego na szczęście jest dużo więcej.
Jadący przed siebie rowerem Robb jest taki jak my wszyscy. Nie wszystko wie, nie wszystko rozumie, nie wszystkiego się nauczył. Ale ma otwarte oczy i umysł i chłonie wszystko, co nowe w podróży, na którą się odważył, a na którą – jak pokazuje – może odważyć się też każdy z nas. Trzeba się tylko nie bać, co czasem nie jest łatwe kiedy w telewizji i gazetach widzimy tylko te złe wydarzenia, te wojny, konflikty, złość. Po każdej podróży wie się, że na świecie dzieje się też wiele dobrego i wspaniałego, tylko jakoś nikt o tym nie opowiada. Szkoda, ale widocznie dobre wiadomości się nie sprzedają. Na szczęście mamy takie osoby, jak Robb i inni podróżnicy, którzy wolą opowiadać o tym, co na świecie jest dobre.
Robb nie prowadzi narracji jak wszystkowiedzący autor, dzięki czemu ma się czasem wrażenie, że tych historii się słucha, a nie o nich czyta. To jest fajne, bo autorzy książek podróżniczych czasem nie umieją skupić się na tym, co się dzieje wokół nich i opisują siebie w podróży – a to nie zawsze potrafi być fascynujące. Tutaj Robba i Ani jest trochę, ale nie za dużo. Tak w sam raz.
I tak jedziemy z Anią i Robbem Jedwabnym Szlakiem, poznajemy nowych ludzi, wypijamy szklanki herbaty. Kolejnym rozdziałom towarzyszą też zdjęcia – najczęściej tych spotkanych w czasie podróży osób. Niestety brakuje podpisów pod fotografiami, a szkoda, bo pozwoliłoby to wiedzieć, kogo tak naprawdę widzimy i czy to ta osoba była opisana na stronicy obok.
Książka jest bardzo ładnie wydana i kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam na zdjęciu, pomyślałam: o, chciałabym ją mieć na półce. Kiedy przekartkowałam ją pierwszy raz utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystko wygląda pięknie. Ale kiedy chciałam poczytać ją w łóżku, co zresztą często czynię z innymi książkami to… no nie dało się! Książki wydanej poziomo nie da się, moi drodzy, czytać w łóżku. Albo ja nie opanowałam jakiejś sprytnej techniki. Ale moim zdaniem po prostu się nie da. I za to minus. Bo jak może być książka nieprzyjazna czytaniu w łóżku?! :)
Ale przyjmijmy, że zamysł był taki, by książkę czytać jedynie na siedząco, w fotelu, przy szklance herbaty.
dalekoniedaleko.pl 2012-04-11
Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
Jeżeli gotujesz i chcesz uwieczniać swoje potrawy na zdjęciach to nieocenioną pomocą może okazać się książka napisana przez Helene Dujardin odsłaniająca kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań.
Kulinarne blogowanie zdobywa w Polsce coraz więcej zwolenniczek. Dla wielu pań domu, spędzających czas na opiece nad dziećmi i gotowaniu dla rodziny to świetny sposób na rozwijanie swoich artystycznych zainteresowań i internetową komunikację z osobami o podobnym hobby. Wszak robienie zdjęć wykonanym potrawom to wcale nie jest proste zadanie. Wymaga ono nabycia wielu umiejętności. A może być kreatywne i bardzo inspirujące!
Każdy komu wydawało się, że wykonanie dobrego zdjęcia potrawy to przysłowiowa „bułka z masłem” musiał przeżyć rozczarowanie. To nie jest tak, że stawia się talerz na stole, naciska spust migawki i już – jest piękne zdjęcie. Nic bardziej mylnego! Wykonywanie fotografii kulinarnych jest na Zachodzie rozwiniętą dziedziną. W przypadku zdjęć przeznaczonych do reklam to wręcz przemysł, zatrudniający wielu specjalistów potrafiących wyczarować obrazy, które nie pozwalają nam przejść obojętnie obok reklamy restauracji czy produktu spożywczego. Fotografowanie potraw w domu nie wymaga, rzecz jasna, aż tyle zachodu, ale również nastręcza sporych trudności. W jaki sposób dobrać właściwe światło? Jak ułożyć potrawę by wyglądała apetycznie, a nie jak bezkształtna papka? Czym otoczyć talerz by zdjęcie zachęcało do bliższego zapoznania się z jego zawartością? O tym wszystkim pisze Helene Dujardin w książce „Ujęcia ze smakiem”, która niedawno ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Helion.
Helene z pewnością jest znana wielu blogerkom. Sama prowadzi kulinarnego bloga pod nazwą Tartelette, który gromadzi pasjonatów dobrych zdjęć i potraw. Blog ten stał się też punktem wyjścia do książki, w której Helene podpowiada jak przygotować się do fotografowania potraw, jak stylizować scenerię, w której umieścimy nasze dania, jak panować nad naturalnym światłem, a także czym fotografować, bo nie jest tak, że każdy aparat nadaje się do fotografii kulinarnej. „Ujęcia ze smakiem” są pod tym względem wiarygodną kopalnią różnorodnych pomysłów. Autorka książki sama fotografuje używając do wykonania zdjęć bardzo prostych środków i metod.
Dysponuje wprawdzie profesjonalną lustrzanką z zestawem wysokiej klasy obiektywów, ale fotografowane obiekty układa na zwykłej desce, blacie, obrusie. Przystawia do okna, używa firanki do rozpraszania światła lub zwykłej białej kartki do jego odbijania. Tym samym pokazuje czytelniczkom jak najlepiej wykorzystać elementy dostępne w każdym domu do stworzenia obrazów zapadających w pamięć. Nie mówi czytelnikowi, jak wielu autorów poradników: „ja fotografuję w wielkim, profesjonalnym studio, ale ty w swoim domu możesz zrobić to samo”, nie obiecuje, że we własnej kuchni zrobimy zdjęcie jak z reklamy wielkiego koncernu spożywczego. Wręcz przeciwnie – radzi, jak przy skromnych możliwościach uzyskać możliwie najlepsze rezultaty. Ale też nie szczędzi profesjonalnych trików. Z książki czytelnik dowie się na przykład jak przygotować się do fotografowania lodów, by smakołyk nie roztopił się tuż po pierwszym ujęciu albo jak wygospodarować w domu miejsce dla fotograficznych poczynań, tak by przygotowywane codziennie posiłki sprawnie fotografować zanim zostaną podane domownikom. Wszystko to składa się na atrakcyjną i zarazem przystępną całość, dlatego książka „Ujęcia ze smakiem” może stać się znakomitym pierwszym krokiem w doskonaleniu kulinarno-fotograficznego hobby. Warto ją mieć.
Kulinarne blogowanie zdobywa w Polsce coraz więcej zwolenniczek. Dla wielu pań domu, spędzających czas na opiece nad dziećmi i gotowaniu dla rodziny to świetny sposób na rozwijanie swoich artystycznych zainteresowań i internetową komunikację z osobami o podobnym hobby. Wszak robienie zdjęć wykonanym potrawom to wcale nie jest proste zadanie. Wymaga ono nabycia wielu umiejętności. A może być kreatywne i bardzo inspirujące!
Każdy komu wydawało się, że wykonanie dobrego zdjęcia potrawy to przysłowiowa „bułka z masłem” musiał przeżyć rozczarowanie. To nie jest tak, że stawia się talerz na stole, naciska spust migawki i już – jest piękne zdjęcie. Nic bardziej mylnego! Wykonywanie fotografii kulinarnych jest na Zachodzie rozwiniętą dziedziną. W przypadku zdjęć przeznaczonych do reklam to wręcz przemysł, zatrudniający wielu specjalistów potrafiących wyczarować obrazy, które nie pozwalają nam przejść obojętnie obok reklamy restauracji czy produktu spożywczego. Fotografowanie potraw w domu nie wymaga, rzecz jasna, aż tyle zachodu, ale również nastręcza sporych trudności. W jaki sposób dobrać właściwe światło? Jak ułożyć potrawę by wyglądała apetycznie, a nie jak bezkształtna papka? Czym otoczyć talerz by zdjęcie zachęcało do bliższego zapoznania się z jego zawartością? O tym wszystkim pisze Helene Dujardin w książce „Ujęcia ze smakiem”, która niedawno ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Helion.
Helene z pewnością jest znana wielu blogerkom. Sama prowadzi kulinarnego bloga pod nazwą Tartelette, który gromadzi pasjonatów dobrych zdjęć i potraw. Blog ten stał się też punktem wyjścia do książki, w której Helene podpowiada jak przygotować się do fotografowania potraw, jak stylizować scenerię, w której umieścimy nasze dania, jak panować nad naturalnym światłem, a także czym fotografować, bo nie jest tak, że każdy aparat nadaje się do fotografii kulinarnej. „Ujęcia ze smakiem” są pod tym względem wiarygodną kopalnią różnorodnych pomysłów. Autorka książki sama fotografuje używając do wykonania zdjęć bardzo prostych środków i metod.
Dysponuje wprawdzie profesjonalną lustrzanką z zestawem wysokiej klasy obiektywów, ale fotografowane obiekty układa na zwykłej desce, blacie, obrusie. Przystawia do okna, używa firanki do rozpraszania światła lub zwykłej białej kartki do jego odbijania. Tym samym pokazuje czytelniczkom jak najlepiej wykorzystać elementy dostępne w każdym domu do stworzenia obrazów zapadających w pamięć. Nie mówi czytelnikowi, jak wielu autorów poradników: „ja fotografuję w wielkim, profesjonalnym studio, ale ty w swoim domu możesz zrobić to samo”, nie obiecuje, że we własnej kuchni zrobimy zdjęcie jak z reklamy wielkiego koncernu spożywczego. Wręcz przeciwnie – radzi, jak przy skromnych możliwościach uzyskać możliwie najlepsze rezultaty. Ale też nie szczędzi profesjonalnych trików. Z książki czytelnik dowie się na przykład jak przygotować się do fotografowania lodów, by smakołyk nie roztopił się tuż po pierwszym ujęciu albo jak wygospodarować w domu miejsce dla fotograficznych poczynań, tak by przygotowywane codziennie posiłki sprawnie fotografować zanim zostaną podane domownikom. Wszystko to składa się na atrakcyjną i zarazem przystępną całość, dlatego książka „Ujęcia ze smakiem” może stać się znakomitym pierwszym krokiem w doskonaleniu kulinarno-fotograficznego hobby. Warto ją mieć.
www.salonliteracki.eu WP
Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
Takie książki należą do rzadkości i, szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Bo zapotrzebowanie jest duże i wiele osób chętnie kupowałoby takie książki, gdyby tylko było ich więcej. Ponarzekam sobie trochę przy okazji też na polskie książki kucharskie, wśród których mi jest ciężko znaleźć taką, która byłaby ciekawa, z dobrymi przepisami i z ładnymi zdjęciami. Od czasu do czasu pojawiają się perełki, i to wszystko. Zresztą ja sama więcej dobrych zdjęć kulinarnych widzę na blogach niż między stronami książek. Bo choć ludzie należący do polskiej blogosfery (może poza pojedynczymi wyjątkami) nie kończyli szkół fotograficznych, nie studiowali na ASP ani w łódzkiej filmówce, to niektórzy z nich mają doświadczenie, którym mogliby zmiażdżyć niejednego profesjonalistę z dyplomem. Bo uczą się sami, tkwiąc nad miską zupy albo jedną kluską godzinami (od czego bolą później plecy), dobierając kolory, faktury, robią wygibasy z aparatem, a jeszcze jak ktoś tak jak ja nie lubi fotografować inaczej niż przy świetle dziennym, to musi się z tym całym majdanem tak sprężyć, żeby zdążyć przed zachodem słońca (w zimie - do 15). I właśnie ci kulinarno-fotograficzni zapaleńcy pokochają tę książkę. Ma mnóstwo prostych rad i wskazówek, jest konkretna i - co najważniejsze - prosta. Minusem wielu książek do nauki fotografii jest to, że ich autorzy używają zagmatwanego języka, tłumaczą proste rzeczy w skomplikowany sposób albo używają zwrotów z branży, których nie rozumie nikt poza nimi i ich znajomymi. A tutaj tego brak. Ujęcia ze smakiem bardzo pomagają w samouczeniu się. A zdjęcia, które są w środku i cała stylistyka książki są absolutnie cudowne. Stanowczo domagam się większej ilości takich tytułów.
bookmeacookie.blogspot.com Kuchareczka, 2012-04-06
Zen prezentacji. Proste pomysły i ważne zasady
Książka „Zen prezentacji. Proste pomysły i ważne zasady” trafiła w moje ręce w najlepszym z możliwych momencie. Kolejny raz sprawdza się chińska mądrość, która mówi, że nauczyciel się pojawia, kiedy uczeń jest gotowy.
Pierwsza moja myśl po lekturze – takie książki powinny być na liście lektur obowiązkowych każdego z nas. To nieprawda, że umiejętności prezentowania są potrzebne tylko trenerom, nauczycielom i prelegentom. Żyjemy wszak w świecie, w którym wciąż coś komuś prezentujemy. A umiejętności, o których pisze autor powinny być dla nas jak alfabet – podstawą komunikacji. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy urodzonymi mistrzami w tej dziedzinie. Takie kompetencje trzeba najpierw poznać, a potem praktykować i szlifować.
Książka Garra Reynoldsa jest bardzo atrakcyjna wizualnie. Obrazy, slajdy, zdjęcia, wizualizacje, szkice, zrzuty z ekranu, mnóstwo przykładów. Podoba mi się też dokładne pokazanie procesu tworzenia i projektowania prezentacji, a nie tylko pisanie o nim. Dzięki temu jesteśmy w stanie lepiej sobie ten proces wyobrazić i samodzielnie przez niego przejść.
Informacja jest dzisiaj dostępna na wyciągnięcie ręki (a raczej na kliknięcie myszki), więc ludzie nie oczekują od prezentera suchej informacji. Słuchacze potrzebują połączenia faktów, pokazania związków pomiędzy nimi, syntezy, szerokiego ujęcia. To jest właśnie rolą prezentera. Nie czytanie słów ze slajdów. Nie recytowanie z pamięci publikacji, czy artykułów. Misją prezentera powinno być zwrócenie uwagi, otwarcie oczu i umysłów, stymulowanie myślenia, prowokowanie, przedstawianie wiedzy w parze z jej znaczeniem i kontekstem, przekazywanie emocji, a nie tylko słów.
Książka skupia się przede wszystkim na prezentacjach przygotowywanych w programach komputerowych. To, co prawda, tylko jeden ze sposobów prezentowania, ale w moim przekonaniu, niezwykle ważny. W Power Point, czy Key Note pracuje przecież większość ludzi biznesu. Posłuchajmy zatem praktyka, który pomoże nam odrzucić utarte ścieżki, zmienić nieefektywne szablony i podejść do słuchacza i jego czasu z należnym szacunkiem.
Pierwsza moja myśl po lekturze – takie książki powinny być na liście lektur obowiązkowych każdego z nas. To nieprawda, że umiejętności prezentowania są potrzebne tylko trenerom, nauczycielom i prelegentom. Żyjemy wszak w świecie, w którym wciąż coś komuś prezentujemy. A umiejętności, o których pisze autor powinny być dla nas jak alfabet – podstawą komunikacji. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy urodzonymi mistrzami w tej dziedzinie. Takie kompetencje trzeba najpierw poznać, a potem praktykować i szlifować.
Książka Garra Reynoldsa jest bardzo atrakcyjna wizualnie. Obrazy, slajdy, zdjęcia, wizualizacje, szkice, zrzuty z ekranu, mnóstwo przykładów. Podoba mi się też dokładne pokazanie procesu tworzenia i projektowania prezentacji, a nie tylko pisanie o nim. Dzięki temu jesteśmy w stanie lepiej sobie ten proces wyobrazić i samodzielnie przez niego przejść.
Informacja jest dzisiaj dostępna na wyciągnięcie ręki (a raczej na kliknięcie myszki), więc ludzie nie oczekują od prezentera suchej informacji. Słuchacze potrzebują połączenia faktów, pokazania związków pomiędzy nimi, syntezy, szerokiego ujęcia. To jest właśnie rolą prezentera. Nie czytanie słów ze slajdów. Nie recytowanie z pamięci publikacji, czy artykułów. Misją prezentera powinno być zwrócenie uwagi, otwarcie oczu i umysłów, stymulowanie myślenia, prowokowanie, przedstawianie wiedzy w parze z jej znaczeniem i kontekstem, przekazywanie emocji, a nie tylko słów.
Książka skupia się przede wszystkim na prezentacjach przygotowywanych w programach komputerowych. To, co prawda, tylko jeden ze sposobów prezentowania, ale w moim przekonaniu, niezwykle ważny. W Power Point, czy Key Note pracuje przecież większość ludzi biznesu. Posłuchajmy zatem praktyka, który pomoże nam odrzucić utarte ścieżki, zmienić nieefektywne szablony i podejść do słuchacza i jego czasu z należnym szacunkiem.
mapymysli.com katarzyna, 2012-04-06