ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Mistrz sprzedaży. Wydanie II rozszerzone

Dobry sprzedawca sprzeda wszystko. Nawet kolumnę Zygmunta. Zresztą upłynnił już ją ponoć pewien warszawski restaurator bawiącemu w naszej przyjaznej stolicy amerykańskiemu turyście. Miało to mieć miejsce w 1927 r. Dziś również nie brakuje mistrzów sprzedaży. Wystarczy chociażby zajrzeć na aukcje internetowe. Mnóstwo tam niezwykłych przedmiotów. Jak np. słoik z duchem w środku, który według słów sprzedającego został złapany na cmentarzu. Niestety aukcja jest już dawno zamknięta. Szczęśliwy nabywca wylicytował go za 51 tys. dol.!

Czy tego typu przykłady rzeczywiście świadczą o geniuszu sprzedających Z książki Arkadiusza Bednarskiego „MISTRZ SPRZEDAŻY" (wydanie II rozszerzone) dowiemy się, dlaczego tak nie jest i jak przeobrazić się z cwanego akwizytora w życzliwego doradcę, by zjednać sobie klienta. Ale bez obaw! Nie jest to kolejny poradnik z zakresu sztuki uwodzenia metodą NLR Być może pierwsze rozdziały mogą bardziej wtajemniczonym wydać się nieco wtórne i budzić skojarzenia ze skryptem akademickim zawierającym streszczenie zasad Cialdiniego. Kolejne już jednak obfitują w praktyczne porady poparte przykładami. I to jest najmocniejsza strona tej książki. Warto też odnotować, że II wydanie zostało poszerzone o rozdział poświęcony network marketingowi. Do książki dołączona jest płyta CD z zapisem wywiadów, które autor przeprowadził z kilkoma czołowymi handlowcami w Polsce. Okazuje się, że nawet w naszym kraju można odnosić sukcesy dzięki własnej inwencji, motywacji, pracowitości i zwykłej życzliwości. Wokół sprzedaży narosło wiele mitów. O jednym z nich już wspomnieliśmy. Inne z kolei mówią, że sprzedawcą trzeba się urodzić. Albo że sprzedawca powinien być przede wszystkim złotoustym oratorem, a obniżenie ceny jest najlepszym sposobem na podniesienie obrotów.
Magazyn Sukces Krzysztof Jędrzejczak, 2012-04-01

Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań

„Plate to pixel” autorstwa Helene Dujardin to pierwsza książka traktująca stricte o fotografii kulinarnej, która wpadła w moje ręce. Miało to miejsce już jakiś czas temu, ale gdy tylko dowiedziałam się, że zostanie wydana również w Polsce, postanowiłam napisać swoją recenzję tej książki.

Dla porządku dodam jeszcze tylko, że w recenzji bazuję na angielskiej wersji elektronicznej, kupionej przez amazon.com. Sądzę jednak że trudno mi się będzie oprzeć wersji polskiej, głównie ze względu na na prawdę śliczne zdjęcia. Jeśli się na nią zdecyduję na pewno dodam jeszcze swoje trzy grosze na temat oprawy i wydania.

Kiedy zaczęłam się interesować fotografią kulinarną, sporo czasu spędziłam poszukując wartościowych materiałów, książek, kursów i blogów z których mogłabym czerpać informację. Pozycji książkowych (również po polsku) jest na prawdę dużo,
O autorce

Helene Dujardin jest z wykształcenia cukiernikiem, a swoje doświadczenie zdobywała pracując w restauracjach. Wtedy też zdobywała swoje pierwsze doświadczenia z fotografią kulinarną, które zaowocowały założeniem własnego bloga - Tartelette w 2006 r. Okazało się bowiem, że robienie zdjęć sprawia jej równą (jeśli nie większą) frajdę, co przygotowywanie deserów. Od tamtej pory Helene przebyła drogę od fotografa amatora do profesjonalisty, współpracując z różnymi magazynami.
O książce

Treść jest podzielona tematycznie na osiem rozdziałów, ułożonych w logiczny ciąg. Autorka prowadzi czytelnika po kolei, od podstawowych informacji o fotografii i ustawieniach aparatu, poprzez aspekty oświetlenia naturalnego i sztucznego (łącznie z omówieniem sprzętu, od chałupniczych rozwiązań po profesjonalny sprzęt), kompozycji i stylizacji aż po postprodukcję w programie graficznym. Spis treści książki można znaleźć tutaj.

Mimo, że pierwsze rozdziały są poświęcone technicznym aspektom fotografii, nie znajdziesz tu specjalistycznego żargonu, za to wszystkie zagadnienia wyjaśnione są w bardzo przystępny sposób, i co najważniejsze pokazane na konkretnych przykładach, z komentarzem autorki. Większość porad i wskazówek udzielana jest z punktu widzenia osoby, która samodzielnie gotuje a następnie fotografuje dania we własnym domu, są więc dostosowane do realiów z jakimi fotografowie amatorzy i blogerzy kulinarni spotykają się na co dzień.

Autorka ma też interesujące podejście do tematu. Przedstawia różnorodne techniki (oświetlenia, kompozycji itd.), nie mówi natomiast definitywnie że coś jest właściwe lub nie, ale raczej zachęca do eksperymentowania i szukania własnego stylu.
Co mnie ujęło w tej książce?

Na rynku dostępnych jest sporo książek o fotografii oraz o jej konkretnych aspektach, ale bardzo niewiele omawiających te zagadnienia z punktu widzenia fotografii kulinarnej. Dodatkowym atutem książki jest jej prosty język, pozbawiony technicznego żargonu, zrozumiały również dla foto amatora. Tłumacząc różne zagadnienia Helene powołuje się często na własne doświadczenia

Istotne jest też to, że porady których udziela autorka są jak najbardziej możliwe do zastosowania w warunkach domowych, bez konieczności posiadania drogiego sprzętu czy studia. Helene ujęła mnie we wstępie pisząc, że zaczynała swoją przygodę z fotografią kulinarną od kompaktu, a swoją pierwszą lustrzankę kupiła, gdy możliwości poprzedniego aparatu stały się dla niej ograniczeniem.

Każdy temat jest bardzo dokładnie opisany a każde zagadnienie ilustrowane przykładowymi fotografiami. Z kolei każda fotografia zawiera informacje o parametrach ekspozycji, co również stanowi ważną wskazówkę dla początkującego fotografa.
Minusy?

Wydaje mi się, że książka mogłaby być nieco lepiej zorganizowana. Autorka przekazuje całą masę pożytecznych informacji, ale brakowało mi wypunktowań lub podsumowujących tabelek. Ostatecznie czytając, robiłam swoje notatki, wypisując najważniejsze informacje.

Wydaje mi się również, że rozdział o postprodukcji potraktowany został dość powierzchownie. Nie należy się nastawiać na dokładne informacje o obróbce zdjęć w programie graficznym. Autorka wspomina jedynie o kilku programach do obróbki zdjęć i wymienia podstawowe metody retuszu. Poza tym w rozdziale tym znajdują się jeszcze informacje o czytnikach kart pamięci, archiwizowaniu zdjęć oraz ich udostępnianiu, moim zdaniem również dość pobieżne. Zatem osoby szukające przede wszystkim informacji na te tematy, powinny się rozejrzeć za dodatkową lekturą.
Uwagi na temat wersji elektronicznej

Tak jak wspominałam na początku, swoją recenzję opieram na wersji elektronicznej książki. Mam ona pewną wadę, a mianowicie pomyloną kolejność zdjęć. Nie jest to wielki problem, ale dla mnie było to trochę denerwujące, kiedy zamiast zdjęcia o którym autorka wspomina w tekście znajdowałam w całkiem innym miejscu. Myślę jednak, że te problemy dotyczyły jedynie wersji elektronicznej.
Czy warto kupić tą książkę?

Uważam, że ta książka prawdziwy skarb dla zupełnych nowicjuszy w temacie, ale nie tylko. Myślę, że również wśród osób zainteresowanych szeroko pojętą fotografią kulinarną, jest to pozycja obowiązkowa. Osobiście żałuję, że tej książki nie było na rynku kiedy byłam zupełnie „zielona” w tym temacie, i sama musiałam się mozolnie przedzierać przez gąszcz ten informacji.
http://wobiektywie.fotografiaodkuchni.com/ 2012-01-11

Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku

16 marca 2012 roku odbyła się oficjalna premiera wydanej przez Wydawnictwo Bezdroża książki Roberta Robba Maciąga, „Tysiąc szklanek herbaty”. Odróżnia się ona od większości publikacji niespotykanym formatem i przyciągającym wzrok pomarańczowym kolorem okładki. Ale to nie jedyne powody, by sięgnąć po kolejną literacką pracę tego nauczyciela, podróżnika i fotografika.

Robert Robb Maciąg wydał już wcześniej książki „Rowerem przez Chiny” i „Rowerem w stronę Indii”. W swoim najnowszym utworze pozostaje wierny tematyce podróżniczej. Tym razem Maciąg wraz z żoną, Anną (a także z angielskim przyjacielem, Benem), wybiera się na wyprawę Jedwabnym Szlakiem, dawną drogą handlową łączącą Chiny z Europą i Bliskim Wschodem, wykorzystywaną od III wieku p.n.e. do XVII wieku n.e. Maciągowie wyruszają w kwietniu 2010 roku i przez osiem miesięcy odwiedzają Syrię, Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i oczywiście Chiny, którymi są bezgranicznie zafascynowani. Z każdej strony książki „Tysiąc szklanek herbaty” przebija się podróżnicza pasja autora i jego małżonki. Podróżowanie to ich sposób na życie, ale też i metoda czynienia pożytecznych rzeczy dla ludzi z najodleglejszych zakątków świata (prowadzą fundację „Szkoły na końcu świata” i oryginalną akcję „Pocztówka”, o której można przeczytać w omawianej książce).

Wydaje się, że jednym z głównych założeń tej książki jest pokazanie czytelnikom obrazu wspomnianych uprzednio krajów odmiennego od tego, którym epatują środki masowego przekazu. Pokazują one z reguły wydarzenia groźne, zamachy bombowe, wojny plemienne, czyli wszystko to, co jest w stanie zniechęcić potencjalnego podróżnika do odwiedzenia tych rejonów. Tymczasem Robert Maciąg udowadnia, że w tych muzułmańskich krajach każdy człowiek spotka się z ogromnym zainteresowaniem, gościnnością, bezinteresowną pomocą. Wzruszające są opisy sytuacji w Syrii, gdzie na cześć przybyszy z Europy gospodarze wydają przyjęcie, sami jedząc dopiero pozostawione przez nich resztki. Spotykani przez autora ludzie nie chcą pieniędzy za noclegi (jedyną zapłatą bywa pamiątkowe zdjęcie), obdarowują prowiantem na dalszą drogę, są wdzięczni za wizytę i rozmowę; obcy ludzie pozdrawiają przybyszy podróżujących na rowerach. No i oczywiście częstują herbatą. To motyw przewodni książki, który znalazł odbicie w jej tytule.

Robert Robb Maciąg nie napisał jednak typowego przewodnika turystycznego i na próżno w jego książce czytelnik szukałby wskazówek dotyczących obiektów wartych odwiedzenia, już choćby dlatego, że podróżuje on drogami dalekimi od głównych szlaków turystycznych i wielkich miast. Autor – podróżnik skupia się przede wszystkim na spotykanych ludziach i prowadzonych z nimi rozmowami. A tematyka tych pogaduszek, w których nie przeszkadza brak znajomości „egzotycznych” języków jest różnorodna: od zwyczajów, poprzez codzienne zajęcia, kłopoty, aż po politykę (w Syrii jeden z rozmówców marzy o pojawieniu się w jego kraju kogoś na wzór Wałęsy, a u rozmówców zamieszkujących poradzieckie republiki przewija się tęsknota za ZSRR). Walorem tej książki jest możliwość poznania Azji Środkowej z perspektywy zwykłego człowieka. A ten obraz bywa czasami pozbawiony lukru, na przykład wtedy, gdy Maciąg pisze o rozbudowanej biurokracji, korupcji, bandach i oszustach, których jak wszędzie, także i tam można spotkać, a także o dyktatorach ograniczających wolność „swoim” obywatelom. Z owymi imperatorami związane są interesujące rozważania Roberta Maciąga na temat komunizmu, który w dzisiejszej pop kulturze został sprowadzony do tematu żartów kabaretowych, a przecież zabrał życie milionom ludzi. Wstrząsające są również ustępy mówiące o dyskryminacji mieszkańców na chińskiej wsi czy tak zwanych „nieistniejących ludziach”. Ich (i wielu innych osób) interesujące twarze można zobaczyć na licznych zdjęciach autorstwa Ani i Roberta Maciągów, reprodukowanych na pięknym kredowym papierze, na którym wydrukowany jest także tekst książki. Tekst, który przypomina w swoim charakterze kumpelską pogawędkę, co sprawia, że „Tysiąc szklanek herbaty” odkłada się po przeczytaniu z żalem i apetytem na więcej, jak na kolejne dolewki azjatyckiej herbaty.
lekturyreportera.pl Krzysztof Krzak, 2012-03-16

Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku

Po miesiącach wyczekiwania wystarczyło ruszyć w drogę, w podróż i życie zawęziło się do kliku podstawowych potrzeb. Podróż oczyszcza nas z całego cywilizacyjnego nalotu (Oczywiście nie od razu i nie bezboleśnie). Trzeba gdzieś spać, coś zjeść, zaufać obcemu człowiekowi. Tylko tyle.

Gdybym miała jednym słowem opisać najnowszą książkę Roberta Maciąga, bez wątpienia użyłabym przymiotnika „optymistyczna”. Bowiem książka „Tysiąc szklanek herbaty” to pean ku czci człowieka, czy też szerzej człowieczeństwa, jasnej i dobrej strony ludzkiej natury. Bliźniego, który bez względu na szerokość geograficzną, kulturowe zakorzenienie, czy też ustrój polityczny, w którym przyszło mu funkcjonować, potrafi okazać drugiemu śmiertelnikowi – Innemu pomoc, gdy ten znajdzie się w potrzebie. Niezwykły to tekst w świecie wszędobylskiego egoizmu (szczególnie z europocentrycznego punktu widzenia), pełen wiary i nadziei. To również, albo przede wszystkim antyteza tego, co obserwujemy w codziennych relacjach telewizyjnych z krajów Azji Środkowej.

Książka „Tysiąc szklanek herbaty” to quasi-reporterska opowieść o podróży legendarnym Jedwabnym Szlakiem (Wyjechaliśmy z tureckiego Stambułu, a zajechaliśmy ostatecznie do Bangkoku w Tajlandii). Podróży nietuzinkowej, odbytej bowiem rowerem, z dala od komercyjnych, turystycznych szlaków. Relacja z wyprawy, która spisana pod wpływem emocji i wrażeń, zyskuje w odbiorze dzięki swojej szczerości i świeżości przekazu. Spisana ręką „praktyka”, który nie boi się wyzwań, spotkań z Innym, a co najważniejsze okazywania uczuć, staje się „prawdziwą” relacją z „prawdziwej” przygody.

W Pamirze życie ma prawdziwy smak. Słodko-gorzki, ale bez polepszaczy i benzoesanu sodu. Smakuje intensywnie i prawdziwie, a nie jak „identycznie z naturalnymi”. Chleb smakuje, bo jest darem. W takim kraju trzeba się modlić do jakiegoś boga. Trzeba wierzyć w istotę ponad tym wszystkim. Inaczej człowiek by zwariował, patrząc na to surowe piękno i czekając na wiosnę.

W pracy Maciąga, w każdym pojedynczym słowie doświadcza się uzależnienia autora od podróży. Opisując kolejne kraje, czy to mówiąc o tajemniczej i magicznej Syrii, gospodarczo zacofanym Tadżykistanie czy rozległych Chinach, autor próbuje skupić się na pozytywnych aspektach odwiedzanego miejsca, nie rezygnując jednak z najważniejszego punktu odniesienia, jakim jest człowiek. Dzielenie się chlebem, owocami czy kątem do spania to tylko niektóre uprzejmości, jakich miał szansę doświadczyć podróżnik. Bezinteresowne wsparcie jako wyraz człowieczeństwa. Relacja Maciąga, co warte podkreślenia, daleka jest jednak od optymistycznego naiwniactwa. Przykłady drobnych złośliwości, wyzwisk czy też po prostu zwyczajnego bandytyzmu również zostały odnotowane w książce, lecz bledną przy ogromie opisywanej życzliwości i dobroci, których doświadcza podróżnik. Dlatego, jak sam autor wielokrotnie na kartach wydawnictwa podkreśla, z uporem maniaka powtarzamy, że świat jest pełen dobrych ludzi.

„Tysiąc szklanek herbaty” to wyjątkowa książka. Wyjątkowa pod względem wydania – rzadko spotykany format publikacji i kolor okładki, ale też wyjątkowa ze względu na treść. Tytułowe tysiąc herbat, które stały się metaforą wielu przypadkowych a jednak niezapomnianych spotkań na szlaku z drugim człowiekiem, któremu za okazaną życzliwość i pomoc wystarczy uśmiech oraz drobny gest wdzięczności. Głęboki humanitaryzm, ale również jasność i precyzja przekazu czynią z książki Roberta Maciąga czytelniczy i podróżniczy unikat, nad którym warto, na chwil kilka, zatrzymać uwagę.
Lubimy Czytać Monika Długa

Personal branding 2.0. Cztery kroki do zbudowania osobistej marki

Sieć 2.0 to miejsce, w którym nie tylko wielkie korporacje mogą promować swoje produkty. Możemy również promować siebie i tworzyć własne marki osobowe. Sam obserwuję wiele osób, które w świecie 1.0, bez mediów społecznościowych, blogów i internetowego networkingu nie miałyby tego statusu, jaki mają teraz. Nie byłoby również tego bloga i nie musielibyście czytać moich wypocin. ;)

Jednak mamy erę internetu, który współtworzą użytkownicy. Owo współtworzenie przebiega na różnych frontach, a jednym z nich są działania personal brandingowe, czyli kreujące marki danych osób. W jakim celu? Między innymi, żeby pokazać umiejętności i wartość danej osoby na rynku pracy. To również dzielenie się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi, które pozwala zbudować pewien kapitał społeczny.

Dan Schawbel w Personal Branding 2.0 opisał większość kroków, które musimy przejść, żeby stworzyć swoją osobistą markę. Dlatego opiszę co ciekawego znalazłem w owej publikacji i dla kogo ona jest. Najpierw kilka słów o autorze, a jest to całkiem ciekawa persona.

Dan jest partnerem zarządzającym w Millennial Branding LLC, czyli pracuje w tym o czym pisze, tworzy marki osobiste na zamówienie. Jego artykuły pojawiły się w ponad 150 mediach (m. in. New York Times i Wall Street Journal), a omawiana tutaj książka trafiła na listę 100 najpopularniejszych książek biznesowych w Amazon.com. Ma 28 lat i to chyba świadczy o nim najlepiej, bo jest nazywany “guru personal brandingu”, a dopiero 6 lat temu skończył Uniwersytet Bentleya. Uważa się za przedstawiciela pokolenia Y i swoją książkę również kieruje do ludzi tej generacji.

Zaprezentuj swoją markę

260 stron tej książki jest pełne podpowiedzi jak wykorzystać nowoczesne media na użytek naszej własnej, osobistej marki. Owszem, jest tu kilka przegadanych fragmentów w których autor skupia się trochę za bardzo na swoich sukcesach, no, ale ma do tego moim zdaniem święte prawo. Poza tym sam jest najlepszym przykładem personal brandingowego case study. Postanowiłem krótko omówić kilka punktów, które mnie najbardziej zainteresowały.

Networking, Schawbel uważa, że bez odpowiednio dużej sieci kontaktów nie zabrniemy daleko. Naszą markę kreują również odbiorcy, współpracownicy lub wpływowi ludzie. Na polskim gruncie warto na przykład zasubskrybować na Facebooku Pawła Tkaczyka lub Macieja Budzicha (ewentualnie mnie ;) ), którzy mogą zalinkować nasz artykuł lub polecić nas jako eksperta w jakiejś dziedzinie. Autor uważa, że wszystkie nasze kontakty powinny być podporządkowane myśli, że “oto tworzymy kolejną nić naszej networkingowej sieci”. Chociażby to było zwykłe spotkanie ze znajomymi, warto zacieśniać więzi, bo nie wiemy kiedy dana znajomość może zaprocentować na korzyść naszej kariery.

Kolejnym ważnym krokiem jest tworzenie samodzielnego PRu. Warto szukać artykułów, które są dla nas interesujące i je komentować, wysyłając opinie do dziennikarzy – być może ją wydrukują lub uwzględnią w kolejnej publikacji. Tworząc zaś własny osobisty zestaw prasowy przedstawiamy nasze dokonania i kompetencje. Pamiętać należy, że zanim jednak wyślemy cokolwiek do nowo poznanej osoby, warto najpierw się przedstawić. Twórzmy swój wizerunek i nagłaśniajmy go stopniowo. Dodanie sygnatury do maila, w której podamy inne możliwości kontaktu i adres naszej strony lub bloga da nam dodatkowe profity. Jeśli dopiero szukamy pracy to i tak zachowujmy się jakbyśmy sami w sobie byli firmą. Takie podejście w Polsce jest jeszcze pewnym novum, więc macie szansę zabłysnąć.

W Personal Brandingu znajdziemy również porady jak korzystać z poszczególnych platform społecznościowych w celu budowania naszej marki. Krok po kroku – co należy uzupełnić, co udostępniać, kogo obserwować. Taki pakiet złotych porad, które są proste, ale czasami o nich zapominamy. Warto prześledzić punkt po punkcie czy wszystko mamy poustawiane like a pro. W rozdziale na temat blogowania mamy nawet tabelę z plusami i minusami poszczególnych platform, aby wybrać tę najbardziej adekwatną do nas.

Dan – a jest on guru w swojej dziedzinie! – uważa, że prowadzenie własnego, profesjonalnego bloga to jedna z najlepszych katapult do sukcesu. Zwłaszcza dla młodych ludzi, którym trudno o możliwość publikacji w mainstreamowych mediach lub portalach. Tutaj mogę to potwierdzić na własnym przykładzie, bo bez tego bloga, który właśnie czytacie nie otrzymałbym żadnego z dwóch staży jakie odbyłem, ani pracy w agencji marketingowej. To co przekazuje się na blogu jest najlepszą wizytówką wiedzy i doświadczenia.

Personal branding dla każdego?

Raczej nie dla każdego, bo niektórzy to co poleca autor już dawno zastosowali opierając się na swoich instynktach marketingowych. To raczej pozycja dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją karierę zawodową. Studenci lub juniorzy w agencjach na pewno mogą z niej trochę wynieść i zbudować swój ekspercki, markowy wizerunek. Końcówka książki opowiada nawet o szukaniu pracy dzięki social mediom, więc jeśli szukacie etatu, to polecam lekturę. ;)

Dla mnie osobiście książka była odrobinę przegadana i posłuży mi jako dopełnienie tego co już zacząłem. Po prostu kilka rzeczy trzeba doprecyzować. Dlatego, jeśli już rozkręciliście w jakiś sposób swoją machinę brandingową to podchodźcie do tej książki tylko w ramach drobnych inspiracji, wtedy się nie rozczarujecie. Niemniej, gdybym przeczytał tę książkę rok temu, to na bank robiłbym wszystko po kolei, co autor przykazał, bo to po prostu dobre i sprawdzone rady.

Rzekłem!
pijarukoksu.wordpress.com Pijaru Koksu, 2012-03-21