Recenzje
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Zupełnym przypadkiem miesiąc temu natknęłam się na zapowiedź (bardzo wtedy lakoniczną) tejże książki. Już sam tytuł spowodował, że zamarłam w oczekiwaniu na więcej informacji. Potem zobaczyłam okładkę, która jest po prostu przepiękna! Kiedy dorwałam się do spisu treści, wiedziałam to na pewno. Ta książka musi być moja. Premierowo, bo od dzisiaj można ją kupić w niektórych księgarniach, napiszę o niej, najlepiej jak umiem. Bez emocji i wtrętów osobistych się nie obędzie, także ... rozsiądźcie się wygodnie i ... zaparzcie sobie herbatę.
Osoba Robba Maciąga, jako istotce zaangażowanej w świat i literaturę podróżniczą, o uszy i oczy rzecz jasna mi się obiła. Wyprawy rowerowe, Azja, w szczególności Indie oraz Azja Południowo-Wschodnia. Tyle wiedziałam. Wychodzi na to, że totalną ignorantką się nie okazałam. Z okładki doczytałam, że to nauczyciel, mieszkający w okolicach Jeleniej Góry. Laureat Travelera i tytułu Podróżnika, prowadzący również fundację "Szkoły na końcu świata". Małżonka - sztuk jeden, o jedynym słusznym imieniu - Ania. Powiem szczerze - po takim wprowadzeniu, spokojnie mogłabym zostać sztuką drugą. Wszak imię to samo.
Do rzeczy - idea wyprawy Jedwabnym Szlakiem pojawiła się dawno, jednak realizacja nastąpiła w roku 2010. Ruszając z İskenderun, trójka śmiałków - Robert, jego żona Ania oraz ich angielski przyjaciel, Ben, postanowili odtworzyć starożytny szlak, który wił się przez całą Azję. Na rowerach. Osiem miesięcy w podróży, tysiące wypitych szklanek herbaty, mnóstwo zdjęć, uśmiechów i serdeczności. Dawniej Jedwabny Szlak łączył Chiny z Europą i Bliskim Wschodem, miał długość około 12 tys. km i był wykorzystywany aż do XVII wieku.
Dlaczego książka wywołała we mnie spazmy zachwytu nietrudno odgadnąć. Na trasie ich wyprawy znajdowały się takie państwa jak (w kolejności) Syria, Turcja, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan oraz Chiny. Jednym słowem - moje dream-tour. Po oczytaniu się w Terzanim oraz Kapuścińskim, poczułam, że współczesna relacja może wiele wnieść w moje głębokie pragnienie zobaczenia tych miejsc. Nie ukrywam, że mam ogromny sentyment do herbaty - parzonej i pijanej na wschodnio-orientalny sposób, także tytuł był tylko argumentem ostatecznym.
No właśnie - skąd tytuł? Jak napisał R. Maciąg w ich podróży najwięcej było właśnie herbaty. Napoju, który jest bardziej gościnny niż alkohol. Przecież to przyjaciół i gości zapraszamy do siebie na "szklankę herbaty", jest bardziej przytulna, domowa, osobista. "Herbata jest zawsze gorąca, tak jak zaproszenie do domu" *.
Czytając książkę, cały czas miałam z tyłu głowy pewną obawę. Przyznam się, że podeszłam mocno emocjonalnie - chociażby do części tureckiej. Łapałam się na tym, że im dalej w lekturę, tym mocniej porównywałam swoje wyobrażenia do tego, co napisał p. Maciąg, a to z kolei odnosiłam do relacji T. Terzaniego i R. Kapuścińskiego. I - co nie jest zaskoczeniem - z przyjemnością odkrywałam tureckie akcenty w nietureckich rozdziałach - tureckie nazwy, sturczone określenia, potrawy, zachowania. Reasumując - już na początku mojej przygody z "Tysiącem szklanek ..." pojawiły się Oczekiwania (celowo od wielkiej litery). Mocno spowalniałam czytanie, bo wiedziałam, że jak zamknę książkę, to powrócę z tych baśniowych dla mnie okolic, do jakże kochanego, ale mocno codziennego Poznania. Czy udało się moje Oczekiwania dopełnić? Tak. Po krótkim rachunku sumienia - zdecydowanie tak.
Otwierając książkę Roberta Maciąga trzeba mieć świadomość, że nie jest to ani reportaż, ani książka stricte podróżnicza. Jest to relacja z wyprawy, prowadzona w konwencji gawędy, przyjacielskiego spotkania. Wydana nowatorsko, co dla czytelnika może być nieco kłopotliwe (o tym poniżej), jest bardziej relacja socjologiczną, niż klasycznie podróżniczą. Więcej tu ludzi, zwyczajów, serdeczności, niż suchych faktów geograficzno-historycznych, co rzecz jasna jest ogromną zaletą.
Relacja została podzielona na rozdziały, które odpowiadają przebiegowi wyprawy przez kolejne kraje. Podróżujemy więc z Anią i Robertem, zaczynając od Syrii, dalej poprzez Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, na Chinach skończywszy. Podróżnicy udowadniają, że ten się boi "obcych", kto nie podróżuje, bo ich - jako cudzoziemców - spotkały tylko uprzejmość, serdeczność oraz gościnność. Opowieści, jak wspomniałam wcześniej, są pisane gawędziarskim językiem, nieraz trącącym nieco belferskim zacięciem, jednak - przyznam szczerze - nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze książki. Nie jest to przewodnik, ani relacja krajoznawcza - powtórzę raz kolejny - to raczej zbiór luźnych wspomnień i wrażeń. Ponadto to relacja socjologiczna - pełno tutaj portretów ludzi, u których podróżnicy nocowali, biesiadowali, bądź ... pili herbatę.
Mam oczywiście swoje ulubione fragmenty i tajemnicą dla nikogo nie będzie, że dotyczyć one będą Turcji. "Śniadanie jest doskonałym usprawiedliwieniem wszelkiego lenistwa w Turcji. Co do tego nie powinno być żadnej dyskusji, w końcu menu takiego śniadania samo wszystko tłumaczy" **. Po stokroć się zgadzam! Tradycyjne tureckie kahvaltı, czyli nic innego jak śniadanie, to świeże pomidory, ogórki, oliwki, biały kozi, mocno słony ser (beyaz peynir), jajko - ugotowane na twardo, bądź w formie jajecznicy, oczywiście chleb - najlepiej nieco przypieczony - pszenny, biały (ekmek), może jakiś dżem (najlepiej różany bądź figowy). A do tego wszystkiego jedyny, słuszny çay, czyli herbata. Najlepsza turecka herbata pochodzi znad Morza Czarnego z miejscowości Rize. W Turcji podawana jest w małych szklaneczkach w kształcie tulipana - bardaczkach (bardak po turecku oznacza nic innego jak szklanka, a tulipan to symbol narodowy Turcji), zawsze z cukrem, zawsze w kostkach. Podobnie jak Robert Maciąg - herbaty przeważnie nie słodzę, jednak kiedy piję ją w Turcji, bądź na turecką nutę - obowiązkowe są przynajmniej dwie kostki. Inaczej ta mocno aromatyczna, czarna herbata nie smakuje. Gorąca herbata jest doskonałym antidotum na upały - polecam wypić szklaneczkę gorącej herbaty - to naprawdę działa ***.
Türkçe çay podawana jest zawsze na koniec posiłku w tureckich restauracjach - jako prezent od właściciela lokalu
Często w weekendy, rodziny - jak się okazało nie tylko tureckie - wyjeżdżają pod miasto, aby biesiadować. W Turcji wybierają miejsca nad rzekami, pod drzewami - z bagażnika wyciągają grille (na przykład jednorazowego użytku - swoista aluminiowa tacka wypełniona węgielkami, którą po użyciu można od razu zutylizować), ogromne ilości jedzenia i biesiadują. Nieodzownym elementem jest również mój ukochany ayran - napój przygotowany na bazie jogurtu, wody i soli - doskonale gasi pragnienie (można już kupić w Polsce - m.in. produkuje go firma Candia, proponuję jednak podpytać w kebab-shopach prowadzonych przez Turków - zdarza się, że sprowadzają oryginalny tureckim ayran).Podobnie rzecz miała się w Iranie: "Przynoszą ze sobą plastikowe pudełka pełne obiadowych smakołyków, czajniki, butle gazowe i zapraszają rodzinę lub znajomych" ****.
Podróżnicy dotarli do dwóch miast, o których marzę, aby je odwiedzić - mowa o Bucharze i Samarkandzie na terenie dzisiejszego Uzbekistanu. Pod słowami R. Maciąga mogę się podpisać wszystkimi kończynami: "Samarkanda była jednym z tych miejsc, których nazwa budzi w sercu drżenie. Wyobraźnia podsyła dźwięki i zapachy. Stają nam przed oczami obrazy karawan, bazarów, wojowników i historii. Starej, bardzo starej historii. (...) Błękitne kopuły meczetów, pochrząkiwania wielbłądów, nawoływania dobiegające z głębi bazarów" ***** .
Wspomniałam, że książka została wydana w dość nowatorski sposób. Nietypowy jest jej format - to ukierunkowany poziomo prostokąt. Jeśli chodzi o książko podróżniczo-reporterskie - nie spotkałam się z taką formą wydania i przyznam szczerze - byłam mocno zaskoczona. Kolejna "inność" to numeracja stron, która znajduje na wewnętrznym marginesie strony. Utrudnia to nieco orientację w książce, ale będę uczciwa - przy czytaniu absolutnie nie przeszkadza. Przyjemnie w klimat książki wprowadzają tytuły rozdziałów - czcionka jest mocno stylizowana na arabski alfabet. Dobrej jakości zdjęcia to rzecz oczywista w książkach tego gatunku, szkoda jednak, że zostały pozbawione podpisów - zdaję sobie sprawę, że stanowią tło dla historii, ale ... byłam ciekawa, dlaczego ta, a nie inna fotografia została wykorzystana.
Budujące i bardzo pozytywne jest przesłanie książki - autor wskazuje, że każdy z nas może być podróżnikiem - nieważne, czy wyjedziemy 50, 100 czy 1000 kilometrów od swojego miasta. Nieważne, czy poruszamy się pieszo, samochodem, rowerem, motorem czy samolotem, czy jedziemy na własną rękę czy z biurem podróży. "Ważne jest to, kogo spotkamy po drodze, oraz to, czy spotkanie warte będzie wspominania. Wszystko inne jest tylko narzędziem" ******.
Po takiej objętości recenzji domyślacie się zapewne, że książkę rzecz jasna polecam. Historia opowiedziana prostym, sugestywnym językiem, który od razu wrzuca nas w miejsca opisywane. Niesamowite lokalizacje, o których marzę od dawna. Siła do spełniania własnych postanowień - co cenię sobie niezmiernie. To wszystko złożyło się na to, że celowo przerywałam lekturę, aby jak najdłużej pozostać w tym zupełnie innym klimacie. Polecam bardzo gorąco, a za prywatę przepraszam.
Osoba Robba Maciąga, jako istotce zaangażowanej w świat i literaturę podróżniczą, o uszy i oczy rzecz jasna mi się obiła. Wyprawy rowerowe, Azja, w szczególności Indie oraz Azja Południowo-Wschodnia. Tyle wiedziałam. Wychodzi na to, że totalną ignorantką się nie okazałam. Z okładki doczytałam, że to nauczyciel, mieszkający w okolicach Jeleniej Góry. Laureat Travelera i tytułu Podróżnika, prowadzący również fundację "Szkoły na końcu świata". Małżonka - sztuk jeden, o jedynym słusznym imieniu - Ania. Powiem szczerze - po takim wprowadzeniu, spokojnie mogłabym zostać sztuką drugą. Wszak imię to samo.
Do rzeczy - idea wyprawy Jedwabnym Szlakiem pojawiła się dawno, jednak realizacja nastąpiła w roku 2010. Ruszając z İskenderun, trójka śmiałków - Robert, jego żona Ania oraz ich angielski przyjaciel, Ben, postanowili odtworzyć starożytny szlak, który wił się przez całą Azję. Na rowerach. Osiem miesięcy w podróży, tysiące wypitych szklanek herbaty, mnóstwo zdjęć, uśmiechów i serdeczności. Dawniej Jedwabny Szlak łączył Chiny z Europą i Bliskim Wschodem, miał długość około 12 tys. km i był wykorzystywany aż do XVII wieku.
Dlaczego książka wywołała we mnie spazmy zachwytu nietrudno odgadnąć. Na trasie ich wyprawy znajdowały się takie państwa jak (w kolejności) Syria, Turcja, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan oraz Chiny. Jednym słowem - moje dream-tour. Po oczytaniu się w Terzanim oraz Kapuścińskim, poczułam, że współczesna relacja może wiele wnieść w moje głębokie pragnienie zobaczenia tych miejsc. Nie ukrywam, że mam ogromny sentyment do herbaty - parzonej i pijanej na wschodnio-orientalny sposób, także tytuł był tylko argumentem ostatecznym.
No właśnie - skąd tytuł? Jak napisał R. Maciąg w ich podróży najwięcej było właśnie herbaty. Napoju, który jest bardziej gościnny niż alkohol. Przecież to przyjaciół i gości zapraszamy do siebie na "szklankę herbaty", jest bardziej przytulna, domowa, osobista. "Herbata jest zawsze gorąca, tak jak zaproszenie do domu" *.
Czytając książkę, cały czas miałam z tyłu głowy pewną obawę. Przyznam się, że podeszłam mocno emocjonalnie - chociażby do części tureckiej. Łapałam się na tym, że im dalej w lekturę, tym mocniej porównywałam swoje wyobrażenia do tego, co napisał p. Maciąg, a to z kolei odnosiłam do relacji T. Terzaniego i R. Kapuścińskiego. I - co nie jest zaskoczeniem - z przyjemnością odkrywałam tureckie akcenty w nietureckich rozdziałach - tureckie nazwy, sturczone określenia, potrawy, zachowania. Reasumując - już na początku mojej przygody z "Tysiącem szklanek ..." pojawiły się Oczekiwania (celowo od wielkiej litery). Mocno spowalniałam czytanie, bo wiedziałam, że jak zamknę książkę, to powrócę z tych baśniowych dla mnie okolic, do jakże kochanego, ale mocno codziennego Poznania. Czy udało się moje Oczekiwania dopełnić? Tak. Po krótkim rachunku sumienia - zdecydowanie tak.
Otwierając książkę Roberta Maciąga trzeba mieć świadomość, że nie jest to ani reportaż, ani książka stricte podróżnicza. Jest to relacja z wyprawy, prowadzona w konwencji gawędy, przyjacielskiego spotkania. Wydana nowatorsko, co dla czytelnika może być nieco kłopotliwe (o tym poniżej), jest bardziej relacja socjologiczną, niż klasycznie podróżniczą. Więcej tu ludzi, zwyczajów, serdeczności, niż suchych faktów geograficzno-historycznych, co rzecz jasna jest ogromną zaletą.
Relacja została podzielona na rozdziały, które odpowiadają przebiegowi wyprawy przez kolejne kraje. Podróżujemy więc z Anią i Robertem, zaczynając od Syrii, dalej poprzez Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, na Chinach skończywszy. Podróżnicy udowadniają, że ten się boi "obcych", kto nie podróżuje, bo ich - jako cudzoziemców - spotkały tylko uprzejmość, serdeczność oraz gościnność. Opowieści, jak wspomniałam wcześniej, są pisane gawędziarskim językiem, nieraz trącącym nieco belferskim zacięciem, jednak - przyznam szczerze - nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze książki. Nie jest to przewodnik, ani relacja krajoznawcza - powtórzę raz kolejny - to raczej zbiór luźnych wspomnień i wrażeń. Ponadto to relacja socjologiczna - pełno tutaj portretów ludzi, u których podróżnicy nocowali, biesiadowali, bądź ... pili herbatę.
Mam oczywiście swoje ulubione fragmenty i tajemnicą dla nikogo nie będzie, że dotyczyć one będą Turcji. "Śniadanie jest doskonałym usprawiedliwieniem wszelkiego lenistwa w Turcji. Co do tego nie powinno być żadnej dyskusji, w końcu menu takiego śniadania samo wszystko tłumaczy" **. Po stokroć się zgadzam! Tradycyjne tureckie kahvaltı, czyli nic innego jak śniadanie, to świeże pomidory, ogórki, oliwki, biały kozi, mocno słony ser (beyaz peynir), jajko - ugotowane na twardo, bądź w formie jajecznicy, oczywiście chleb - najlepiej nieco przypieczony - pszenny, biały (ekmek), może jakiś dżem (najlepiej różany bądź figowy). A do tego wszystkiego jedyny, słuszny çay, czyli herbata. Najlepsza turecka herbata pochodzi znad Morza Czarnego z miejscowości Rize. W Turcji podawana jest w małych szklaneczkach w kształcie tulipana - bardaczkach (bardak po turecku oznacza nic innego jak szklanka, a tulipan to symbol narodowy Turcji), zawsze z cukrem, zawsze w kostkach. Podobnie jak Robert Maciąg - herbaty przeważnie nie słodzę, jednak kiedy piję ją w Turcji, bądź na turecką nutę - obowiązkowe są przynajmniej dwie kostki. Inaczej ta mocno aromatyczna, czarna herbata nie smakuje. Gorąca herbata jest doskonałym antidotum na upały - polecam wypić szklaneczkę gorącej herbaty - to naprawdę działa ***.
Türkçe çay podawana jest zawsze na koniec posiłku w tureckich restauracjach - jako prezent od właściciela lokalu
Często w weekendy, rodziny - jak się okazało nie tylko tureckie - wyjeżdżają pod miasto, aby biesiadować. W Turcji wybierają miejsca nad rzekami, pod drzewami - z bagażnika wyciągają grille (na przykład jednorazowego użytku - swoista aluminiowa tacka wypełniona węgielkami, którą po użyciu można od razu zutylizować), ogromne ilości jedzenia i biesiadują. Nieodzownym elementem jest również mój ukochany ayran - napój przygotowany na bazie jogurtu, wody i soli - doskonale gasi pragnienie (można już kupić w Polsce - m.in. produkuje go firma Candia, proponuję jednak podpytać w kebab-shopach prowadzonych przez Turków - zdarza się, że sprowadzają oryginalny tureckim ayran).Podobnie rzecz miała się w Iranie: "Przynoszą ze sobą plastikowe pudełka pełne obiadowych smakołyków, czajniki, butle gazowe i zapraszają rodzinę lub znajomych" ****.
Podróżnicy dotarli do dwóch miast, o których marzę, aby je odwiedzić - mowa o Bucharze i Samarkandzie na terenie dzisiejszego Uzbekistanu. Pod słowami R. Maciąga mogę się podpisać wszystkimi kończynami: "Samarkanda była jednym z tych miejsc, których nazwa budzi w sercu drżenie. Wyobraźnia podsyła dźwięki i zapachy. Stają nam przed oczami obrazy karawan, bazarów, wojowników i historii. Starej, bardzo starej historii. (...) Błękitne kopuły meczetów, pochrząkiwania wielbłądów, nawoływania dobiegające z głębi bazarów" ***** .
Wspomniałam, że książka została wydana w dość nowatorski sposób. Nietypowy jest jej format - to ukierunkowany poziomo prostokąt. Jeśli chodzi o książko podróżniczo-reporterskie - nie spotkałam się z taką formą wydania i przyznam szczerze - byłam mocno zaskoczona. Kolejna "inność" to numeracja stron, która znajduje na wewnętrznym marginesie strony. Utrudnia to nieco orientację w książce, ale będę uczciwa - przy czytaniu absolutnie nie przeszkadza. Przyjemnie w klimat książki wprowadzają tytuły rozdziałów - czcionka jest mocno stylizowana na arabski alfabet. Dobrej jakości zdjęcia to rzecz oczywista w książkach tego gatunku, szkoda jednak, że zostały pozbawione podpisów - zdaję sobie sprawę, że stanowią tło dla historii, ale ... byłam ciekawa, dlaczego ta, a nie inna fotografia została wykorzystana.
Budujące i bardzo pozytywne jest przesłanie książki - autor wskazuje, że każdy z nas może być podróżnikiem - nieważne, czy wyjedziemy 50, 100 czy 1000 kilometrów od swojego miasta. Nieważne, czy poruszamy się pieszo, samochodem, rowerem, motorem czy samolotem, czy jedziemy na własną rękę czy z biurem podróży. "Ważne jest to, kogo spotkamy po drodze, oraz to, czy spotkanie warte będzie wspominania. Wszystko inne jest tylko narzędziem" ******.
Po takiej objętości recenzji domyślacie się zapewne, że książkę rzecz jasna polecam. Historia opowiedziana prostym, sugestywnym językiem, który od razu wrzuca nas w miejsca opisywane. Niesamowite lokalizacje, o których marzę od dawna. Siła do spełniania własnych postanowień - co cenię sobie niezmiernie. To wszystko złożyło się na to, że celowo przerywałam lekturę, aby jak najdłużej pozostać w tym zupełnie innym klimacie. Polecam bardzo gorąco, a za prywatę przepraszam.
bazgradelko.pl 2012-03-17
Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego
Alchemia portretu to jeden z niewielu poradników wprowadzający w temat fotografii portretu. Autor książki nie skupia się na sprawach technicznych czy też szczegółach oświetlenia, lecz na samym podejściu do fotografowanej osoby. Czytając książkę poznajemy wiele ciekawych historii związanych ze spotkanymi przez autora osobami, często bardzo znanymi i za każdym razem możemy podziwiać efekt spotkania w postaci uzyskanego zdjęcia portretowego. Dzięki tej książce poznamy moc czarno-białej fotografii portretowej oraz zdamy sobie sprawę z faktu, iż znakomity portret nie musi być idealny technicznie. Co zwróciło moją uwagę, to "przeciętne" zdjęcia kolorowe zamieszczone w książce. Być może jest to wskazówka, iż zabawa z naszymi fotografiami w programie graficznym i zamiana ich na zdjęcia czarno-białe może spowodować, iż odkryjemy na nowo wykonane przez nas w przeszłości fotografie.
O Bolesławie Lutosławskim: Eteryczne portrety sław i zwykłych ludzi, tworzone przez Bolesława Lutosławskiego, publikowały takie pisma, jak "The Guardian", "Vogue", "The Independent", "Przekrój" czy "Tygodnik Powszechny". Pojawiały się na rozmaitych plakatach, okładkach książek i w telewizji BBC. Warsztaty z Lutosławskim to fascynująca podróż przez wyjątkowe chwile, w których powstawały niezwykłe portrety takich osobowości, jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda, Mieczysław Jastrun, Witold Lutosławski, Wisława Szymborska czy Glenda Jackson.
Od zarania dziejów mamy szacunek do ludzi, którzy dzięki swoim działaniom wzbogacili naszą cywilizację, od czasu romantyzmu zaś fascynują nas postaci, które dzięki niezależnej osobowości stworzyły na tym świecie miejsce dla siebie. W uznaniu tych osiągnięć pisze się o nich w popularnej prasie, czasem zawiesza na ich piersiach medale, wręcza laurki, odznaczenia i wypełnia encyklopedie ich nazwiskami. A moją rolą jest tworzenie ich portretów, to zresztą bardzo ciekawe zajęcie.
Sir George Martin przywitał mnie bardzo serdecznie w recepcji AIR (dużego studia nagrań), na czwartym piętrze 214 Oxford Street w Londynie, na samym rogu Oxford Circus. Miał dla mnie czas, wyjaśnił — tak jak należy tłumaczyć laikowi — funkcje konsoli do nagrywania i oprowadził po studiach, które od wibracji ulicznego ruchu izolowała zawieszona podłoga. George Martin, współzałożyciel zespołu The Beatles, chętnie opowiadał o nagrywaniu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, o tym, co wtedy robił Paul McCartney, a ja go fotografowałem, w czym mi bynajmniej nie przeszkadzał. Przez cały ten czas był otwarty, zainteresowany Polakami i kulturą mojego kraju.
To spotkanie dało mi dużo do myślenia, bo choć fotografowałem tak sławnego człowieka (dla mnie był mitem), poznawałem jednocześnie kogoś, kto pozostał sobą. Od tego czasu, kiedy patrzę na portret George’a Martina, odnoszę wrażenie, że w tym dniu szukałem w nim geniusza, bez którego świat byłby inny, a spotkałem życzliwego, ciekawego, na wskroś autentycznego w postępowaniu zawodowca, który współtworzył muzykę z fascynującymi osobowościami. Pomyślałem też, że może to właśnie dzięki niemu The Beatles nie wznieśli się przez te kilka lat globalnej sławy na orbitę samouwielbienia.
O Bolesławie Lutosławskim: Eteryczne portrety sław i zwykłych ludzi, tworzone przez Bolesława Lutosławskiego, publikowały takie pisma, jak "The Guardian", "Vogue", "The Independent", "Przekrój" czy "Tygodnik Powszechny". Pojawiały się na rozmaitych plakatach, okładkach książek i w telewizji BBC. Warsztaty z Lutosławskim to fascynująca podróż przez wyjątkowe chwile, w których powstawały niezwykłe portrety takich osobowości, jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda, Mieczysław Jastrun, Witold Lutosławski, Wisława Szymborska czy Glenda Jackson.
Od zarania dziejów mamy szacunek do ludzi, którzy dzięki swoim działaniom wzbogacili naszą cywilizację, od czasu romantyzmu zaś fascynują nas postaci, które dzięki niezależnej osobowości stworzyły na tym świecie miejsce dla siebie. W uznaniu tych osiągnięć pisze się o nich w popularnej prasie, czasem zawiesza na ich piersiach medale, wręcza laurki, odznaczenia i wypełnia encyklopedie ich nazwiskami. A moją rolą jest tworzenie ich portretów, to zresztą bardzo ciekawe zajęcie.
Sir George Martin przywitał mnie bardzo serdecznie w recepcji AIR (dużego studia nagrań), na czwartym piętrze 214 Oxford Street w Londynie, na samym rogu Oxford Circus. Miał dla mnie czas, wyjaśnił — tak jak należy tłumaczyć laikowi — funkcje konsoli do nagrywania i oprowadził po studiach, które od wibracji ulicznego ruchu izolowała zawieszona podłoga. George Martin, współzałożyciel zespołu The Beatles, chętnie opowiadał o nagrywaniu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, o tym, co wtedy robił Paul McCartney, a ja go fotografowałem, w czym mi bynajmniej nie przeszkadzał. Przez cały ten czas był otwarty, zainteresowany Polakami i kulturą mojego kraju.
To spotkanie dało mi dużo do myślenia, bo choć fotografowałem tak sławnego człowieka (dla mnie był mitem), poznawałem jednocześnie kogoś, kto pozostał sobą. Od tego czasu, kiedy patrzę na portret George’a Martina, odnoszę wrażenie, że w tym dniu szukałem w nim geniusza, bez którego świat byłby inny, a spotkałem życzliwego, ciekawego, na wskroś autentycznego w postępowaniu zawodowca, który współtworzył muzykę z fascynującymi osobowościami. Pomyślałem też, że może to właśnie dzięki niemu The Beatles nie wznieśli się przez te kilka lat globalnej sławy na orbitę samouwielbienia.
fotohobby.pl 2012-01-16
Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu
Lustrzanka jest naturalnym przedłużeniem Twojej ręki? Nawet jeśli padła twierdząca odpowiedź, to i tak istnieje książka, która pokaże ci, jak wiele można jeszcze nauczyć się w temacie fotografii. Na 360 stronach znajdują się informacje stanowiące skarbnicę wiedzy zarówno dla profesjonalnych fotografów, jak i dla ludzi dopiero aspirujących do tego miana. Autor w przystępny sposób tłumaczy istotę kolorów i rodzajów światła, wyjaśnia też znaczenie poszczególnych elementów kompozycji. Nie obawiaj się jednak natłoku trudnej w odbiorze teorii. Pozycja ta jest bardzo bogato ilustrowana, pełno tutaj wykresów, różnorakich schematów i tabel, które pozwolą na przyswojenie wiedzy w mgnieniu oka. Gdy opanujesz podstawy, czekają na ciebie opisane w równie przystępny sposób meandry fotografii cyfrowej. Dowiesz się, jakimi sposobami można korygować optyczne mankamenty, jak korzystać z ciemni cyfrowej oraz z histogramu. Podczas lektury poznasz również sposoby na tworzenie efektownych obrazów HDR. Pozycja obowiązkowa zarówno dla entuzjastów fotografii, jak i profesjonalistów.
magazynt3.pl 2012-03-22
Sekrety SEO. Tajna wiedza ekspertów
Strona internetowa bez dobrego pozycjonowania niemal nie ma racji bytu. Nie na darmo utarło się hasło, że „jeśli czegoś nie ma w Google, to coś nie istnieje”.
Jeśli posiadacie swoją stronę, światełko ostrzegawcze powinno się wam zapalić, gdy nie można jej znaleźć w pierwszych dziesięciu wynikach wyszukiwania. Zapobieganie tej przykrej ewentualności tylko pozornie wydaje się skomplikowane. Książka ta w niezwykle przystępny sposób przybliży wam tajniki pozycjonowania witryn. Na 450 stronach została upchnięta kompleksowa wiedza odnosząca się do najskuteczniejszych technik i narzędzi, którymi posługują się specjaliści SEO na całym świecie. Nauczycie się również, jak zoptymalizować wyświetlanie waszych stron w odniesieniu do wyszukiwarek takich jak Facebook, Twitter, YouTube czy Amazon. Osoby chcące poznać kulisy pracy w zawodzie konsultanta SEO powinny się zapoznać z rozdziałem poświęconym temu stanowisku – opisano tam najczęstsze problemy i sytuacje, z którymi na co dzień spotykają się specjaliści od pozycjonowania.
Chcecie wypromować swoją stronę internetową? Sięgnijcie zatem po tę książkę. Jest to jedna z lepszych pozycji, które pomogą wam odnieść sukces.
Jeśli posiadacie swoją stronę, światełko ostrzegawcze powinno się wam zapalić, gdy nie można jej znaleźć w pierwszych dziesięciu wynikach wyszukiwania. Zapobieganie tej przykrej ewentualności tylko pozornie wydaje się skomplikowane. Książka ta w niezwykle przystępny sposób przybliży wam tajniki pozycjonowania witryn. Na 450 stronach została upchnięta kompleksowa wiedza odnosząca się do najskuteczniejszych technik i narzędzi, którymi posługują się specjaliści SEO na całym świecie. Nauczycie się również, jak zoptymalizować wyświetlanie waszych stron w odniesieniu do wyszukiwarek takich jak Facebook, Twitter, YouTube czy Amazon. Osoby chcące poznać kulisy pracy w zawodzie konsultanta SEO powinny się zapoznać z rozdziałem poświęconym temu stanowisku – opisano tam najczęstsze problemy i sytuacje, z którymi na co dzień spotykają się specjaliści od pozycjonowania.
Chcecie wypromować swoją stronę internetową? Sięgnijcie zatem po tę książkę. Jest to jedna z lepszych pozycji, które pomogą wam odnieść sukces.
magazynt3.pl 2012-03-22
Socjotechnika. Sztuka zdobywania władzy nad umysłami
W erze społeczeństw informacyjnych niemal wszyscy narażamy się na bycie manipulowanymi. Znajomość zasad rządzących socjotechniką uświadomi nam, jak skutecznie się przed tym obronić. Na nic zdadzą się zabezpieczenia systemowe, gdy przed monitorem siedzi łatwowierny i dający się podejść w dziecinny sposób użytkownik. Znaczna część ataków komputerowych opiera się na wykorzystaniu socjotechniki, która poprzez podświadome zwodzenie użytkowników, otwiera furtkę dla potencjalnych agresorów. Christopher Hadnagy jest głównym twórcą modelu socjotechnicznego, który wykorzystywał w swojej pracy w branży IT. W jego opracowaniu poznacie najefektywniejsze techniki szpiegów i oszustów, taktyki manipulacji i wykorzystania aspektów psychologicznych do wywierania wpływu na drugą stronę. Dowiecie się, jak nieprzebrana siła drzemie w umiejętnym stosowaniu perswazji. Na końcu poznacie kilka przypadków z życia znanych osób (np. Kevina Mitnicka), w których socjotechnika była czynnikiem kluczowym. Biorąc pod uwagę przydatność zamieszczonych tu informacji, rekomendujemy tę pozycję każdemu.
magazynt3.pl 2012-03-22