Recenzje
Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu
Wizja podróży przez Afrykę towarzyszy ludziom od lat. Egzotyczne widoki, inne kultury i religie, ludzie o hebanowym odcieniu skóry, upały pustyni, dżungla, to wszystko sumuje się w magiczną siłę przyciągania, która przywołuje ku sobie każdego łowcę przygód. Afrykę można zwiedzać również na rowerze. Może jazda na bicyklu, aczkolwiek sama w sobie przyjemna nie wywołuje ogromnych emocji, ale jeśli zrobić to wzdłuż afrykańskiego kontynentu robi się interesująco. W latach trzydziestych XX wieku dokonał tego Polak Kazimierz Nowak. Pod wpływem jego wspomnień grupa polskich podróżników postanowiła powtórzyć ten wyczyn. Drugim natchnieniem dla naszych bohaterów było …”W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, autor czasami porównuje swoje doświadczenia z przygodami Stasia i Nel.
Dla Maćka Czaplińskiego i większości jego kompanów to nie była pierwsza wyprawa rowerowa. Przemierzyli już wiele krajów na niejednym kontynencie. Jako doświadczeni turyści zwiedzający świat z poziomu rowerowego siodełka uznali, że podołają trudom wielomiesięcznej wyprawy. Co prawda ich wyprawa nie była ścisłą kopią trasy Nowaka i dodatkowo zajęło im to osiem miesięcy, a nie tak jak jemu pięć lat, to jednak jest to spory wyczyn i nie każdego stać na pokuszenie się na taką wyprawę.
Rowerowa podróż rozpoczęła się w egipskim Kairze, całkiem przyjemnym do zwiedzania. Następnie wyprawa w różnym składzie (bo nie wszyscy odbywali całość trasy) przemierzyła Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Zambię, Botswanę i RPA. Książka opowiada o kolejnych przygodach, które spotykały rowerzystów w podróży. Poznajemy wraz z nimi codzienność Afrykańczyków, ich zwyczaje wynikające z kultury, religii, przynależności do danego plemienia. Ich wyprawa to nie tylko piękne i niespotykane gdzie indziej widoki, to również oryginalne zachowania mieszkańców, różne w zależności od regionu i religii, czy powszechna bieda i bałagan.
Codzienność wyprawy to wbrew pozorom nie zwiedzanie pięknych miejsc, ale ciągłe zmaganie się z przeciwnościami losu. Zdobywanie jedzenia i picia, poszukiwanie noclegu, borykanie się z problemami finansowymi, wyprawa bowiem była organizowana głównie z własnych środków. Do tego oganianie się od dzieci, które w każdej wsi nachalnie zaczepiały podróżników domagając się pieniędzy.
Co zapamiętałem z książki? Policyjną eskortę w Egipcie, nowiutkie asfaltowe drogi budowane przez Chińczyków, wszechobecną biedę i brud w Etiopii, niesnaski między naszymi bohaterami, o których według mnie zbyt często wspomina Maciej Czapliński, co z kolei jest dowodem na to, że musiało być czasem naprawdę gorąco i to wcale nie tylko z powodu afrykańskich upałów. Do tego ciekawe rady dotyczące podróży, jak na przykład ta, że najtańsze noclegi można znaleźć w lupanarze. Co jeszcze? Czołgi rdzewiejące przy drogach, marzenie o szklance alkoholu w krajach muzułmańskich, zwiedzanie Kalahari.
Szczerze mówiąc uczucia z lektury wyniosłem mieszane. Z jednej strony jest niewątpliwa i oryginalna uroda zwiedzanych miejsc, odmienność ludzi i ich kultury, ciekawe przygody po drodze, to stanowi niewątpliwy plus książki. Do tego mnogość dobrych zdjęć ilustrujących opisy. Z drugiej jednak strony spięcia między bohaterami, wracające jak refren problemy finansowe zmuszające podróżników do oszczędzania nie tylko na noclegach i jedzeniu (co jeszcze jestem skłonny zrozumieć), ale i na zwiedzaniu ciekawych zabytków, co powodowało ich omijanie, czy oglądanie z daleka. Oczywiście argumentem za oszczędnościami może być ogromna chciwość miejscowych, którzy za wszelką cenę starali się wyciągnąć z turystów co się da (kwoty za zwiedzanie niektórych zabytków były przez Czaplińskiego ocenione jako wyższe od ceny biletu do – na przykład – Luwru). Jednak według mnie głównym problemem były bardzo niskie zasoby finansowe zabrane przez uczestników na wyprawę. Owszem, już na początku książki autor wspomina o problemach ze znalezieniem sponsora, co zmusiło uczestników do samofinansowania, ale jednak wspominanie o wiecznym braku gotówki pozostawiło we mnie pewien dyskomfort psychiczny. Wyprawa jednak zakończyła się sukcesem, i choć w dużo mniejszym składzie niż na początku, dociera do końca podróży. Bo najważniejsze, to mimo wszystko się nie poddawać.
Dla Maćka Czaplińskiego i większości jego kompanów to nie była pierwsza wyprawa rowerowa. Przemierzyli już wiele krajów na niejednym kontynencie. Jako doświadczeni turyści zwiedzający świat z poziomu rowerowego siodełka uznali, że podołają trudom wielomiesięcznej wyprawy. Co prawda ich wyprawa nie była ścisłą kopią trasy Nowaka i dodatkowo zajęło im to osiem miesięcy, a nie tak jak jemu pięć lat, to jednak jest to spory wyczyn i nie każdego stać na pokuszenie się na taką wyprawę.
Rowerowa podróż rozpoczęła się w egipskim Kairze, całkiem przyjemnym do zwiedzania. Następnie wyprawa w różnym składzie (bo nie wszyscy odbywali całość trasy) przemierzyła Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Zambię, Botswanę i RPA. Książka opowiada o kolejnych przygodach, które spotykały rowerzystów w podróży. Poznajemy wraz z nimi codzienność Afrykańczyków, ich zwyczaje wynikające z kultury, religii, przynależności do danego plemienia. Ich wyprawa to nie tylko piękne i niespotykane gdzie indziej widoki, to również oryginalne zachowania mieszkańców, różne w zależności od regionu i religii, czy powszechna bieda i bałagan.
Codzienność wyprawy to wbrew pozorom nie zwiedzanie pięknych miejsc, ale ciągłe zmaganie się z przeciwnościami losu. Zdobywanie jedzenia i picia, poszukiwanie noclegu, borykanie się z problemami finansowymi, wyprawa bowiem była organizowana głównie z własnych środków. Do tego oganianie się od dzieci, które w każdej wsi nachalnie zaczepiały podróżników domagając się pieniędzy.
Co zapamiętałem z książki? Policyjną eskortę w Egipcie, nowiutkie asfaltowe drogi budowane przez Chińczyków, wszechobecną biedę i brud w Etiopii, niesnaski między naszymi bohaterami, o których według mnie zbyt często wspomina Maciej Czapliński, co z kolei jest dowodem na to, że musiało być czasem naprawdę gorąco i to wcale nie tylko z powodu afrykańskich upałów. Do tego ciekawe rady dotyczące podróży, jak na przykład ta, że najtańsze noclegi można znaleźć w lupanarze. Co jeszcze? Czołgi rdzewiejące przy drogach, marzenie o szklance alkoholu w krajach muzułmańskich, zwiedzanie Kalahari.
Szczerze mówiąc uczucia z lektury wyniosłem mieszane. Z jednej strony jest niewątpliwa i oryginalna uroda zwiedzanych miejsc, odmienność ludzi i ich kultury, ciekawe przygody po drodze, to stanowi niewątpliwy plus książki. Do tego mnogość dobrych zdjęć ilustrujących opisy. Z drugiej jednak strony spięcia między bohaterami, wracające jak refren problemy finansowe zmuszające podróżników do oszczędzania nie tylko na noclegach i jedzeniu (co jeszcze jestem skłonny zrozumieć), ale i na zwiedzaniu ciekawych zabytków, co powodowało ich omijanie, czy oglądanie z daleka. Oczywiście argumentem za oszczędnościami może być ogromna chciwość miejscowych, którzy za wszelką cenę starali się wyciągnąć z turystów co się da (kwoty za zwiedzanie niektórych zabytków były przez Czaplińskiego ocenione jako wyższe od ceny biletu do – na przykład – Luwru). Jednak według mnie głównym problemem były bardzo niskie zasoby finansowe zabrane przez uczestników na wyprawę. Owszem, już na początku książki autor wspomina o problemach ze znalezieniem sponsora, co zmusiło uczestników do samofinansowania, ale jednak wspominanie o wiecznym braku gotówki pozostawiło we mnie pewien dyskomfort psychiczny. Wyprawa jednak zakończyła się sukcesem, i choć w dużo mniejszym składzie niż na początku, dociera do końca podróży. Bo najważniejsze, to mimo wszystko się nie poddawać.
lekturyreportera.pl Marek Bonarski, 2012-03-03
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Był to najdłuższy lądowy szlak handlowy w dziejach. W czasach starożytności i średniowiecza jedyna droga jaką towary z Chin – przede wszystkim jedwab, od którego pochodzi jego nazwa, ale także żelazo i papier oraz inne towary, m.in. dywany, trafiały do Europy.
A w drugą stronę złoto, pachnidła, rośliny uprawne. Kupieckie karawany pokonywały tysiące kilometrów trudnych i niebezpiecznych dróg przez górskie przełęcze, m.in. Pamiru oraz pustynie Azji Środkowej i ówczesne w niej starożytne państwa Baktrii, Chorezmu, Sogdiany, a dalej m.in. Persji i Syrii. Łączył on także m.in. Indie z Rusią, a przez nią z innymi krajami ówczesnej Europy.
Wielki Jedwabny Szlak przebiegał różnymi trasami, których „nitki” odległe nierzadko o setki kilometrów, odgałęziały się lub przecinały. Północna prowadziła przez tereny obecnego Kirgistanu i Kazachstanu m.in. przez Czymkent – z odgałęzieniem na południe: na Taszkent, Samarkandę i Termez – wzdłuż nurtu Syr Darii do Jeziora Aralskiego i jego północnym brzegiem, lub w poprzek wodą, dalej na zachód.
Środkowa Doliną Fergany przez uzbecką dziś Kokandę i tadżycki Pendżykent do Samarkandy, Buchary, Chiwy i także dalej. Południowa zaś, przez górskie przełęcze oraz doliny obecnego Tadżykistanu i Afganistanu, do uzbeckiego Termezu i Karszi, ale również Samarkandy, Nawoi, Buchary – z południowym odgałęzieniem do turkmeńskiego Aszchabadu przez Chiwę i Urgencz.
Fragmentami tego szlaku wybrał się w 2010 roku, na rowerach, polski podróżnik z żoną. A swoje przeżycia, obserwacje i wrażenia opisał, w wydanej właśnie przez Bezdroża, bogato ilustrowanej zdjęciami książce. Wyruszyli, początkowo w towarzystwie Anglika Bena, później innych rowerzystów lub jadąc samotnie, ze Stambułu.
A ściślej, gdyż dopiero w tamtym miejscu rozpoczyna się relacja, z przejścia granicznego między Turcją i Syrią koło Iskanderunu. Aby m.in. przez Aleppo, Damaszek i Palmyrę wrócić do Turcji w okolicach jeziora Van. Przeprawić promem do Iranu. Następnie przez Tebriz, Teheran – wymieniam tylko główne miejscowości, Isfahan, pustynię Dasht – e Kavin i Meszhed dotarli do Turkmenistanu.
Przejechali przez Bucharę, Samarkandę i Taszkient Uzbekistan, przez Pendżykent, wzdłuż granicy z Afganistanem i Pamir Tadżykistan oraz fragmencik Kirgistanu do Chin. W nich zaś podróżowali przez Kaszgar z przejazdem autobusem i pociągiem przez pustynię do Turfanu. Dalej, głównie przez wsie, do Pekinu i granicy z Laosem koło Mengli oraz do Bangkoku w Tajlandii, skąd samolotem wrócili do kraju.
Cała ta podróż zajęła im 8 miesięcy. Relacja z niej jest bardzo interesująca, chociaż nietypowa. Przeczytałem w ostatnich miesiącach kilka świeżo opublikowanych książek relacjonujących długie wyprawy rowerami, motocyklami, quadami oraz innymi środkami transportu, a także pieszo. Ta relacja różni się od nich w sposób zasadniczy. Zupełnie w tle znajdują się trudy jazdy rowerami.
Nie ma w niej, tak niekiedy nużących w innych książkach, opisów kolejnych złapanych gum, napraw sprzęgieł czy hamulców, ciężaru sakw itp. Podobnie nie ma na pierwszym planie samych uczestników tej wyprawy. Ich nastrojów czy, oczywistych w tak trudnych warunkach różnic poglądów chociażby na temat tego gdzie nocować, co i jak jeść itp.
Po trzecie – i to mnie najbardziej zaskoczyło, bo również sporo podróżuję i chętnie zwiedzam, niewiele jest w tej książce opisów zabytków i innych ciekawych obiektów. Z wyjątkiem przeważnie bardzo interesujących opisów przyrody, krajobrazów oraz spotykanych na trasie ludzi, warunków ich życia, obyczajów, stosunku do obcych, a przede wszystkim niesłychanej gościnności. Chociaż różnej w poszczególnych krajach i kulturach.
Głównym tematem tej książki, obecnym niemal na każdej stronie, są właśnie spotkania z ludźmi oraz kontakty z nimi. Mimo barier językowych. Angielski okazał się w tamtych regionach świata, zwłaszcza na wsi i peryferiach krajów, tylko częściowo przydatny. W poradzieckiej Azji Środkowej bardziej rosyjski, chociaż nie był on mocną stroną autora, a nie znali go współtowarzysze podróży.
Okazało się jednak, że ludzie potrafią jakoś porozumiewać się. Zwłaszcza, gdy są niezwykle gościnni i wzajemnie życzliwi. A tytułowe szklanki herbaty – tak jak przed wiekami podstawowego napoju na dawnym Wielkim Jedwabnym Szlaku – należą co codziennego rytuału gościnności. Przykładów, jak to od nich zaczynały się znajomości przedłużane na prośbę i zaproszenie gospodarzy o obiady, kolacje, noclegi, a nawet kilkudniowe pobyty, jest mnóstwo.
Od Abdula, który w jakiejś wiosce między Aleppo i Damaszkiem w Syrii nieoczekiwanie zaprosił do siebie oraz ugościł nie tylko herbatą podróżujących na rowerach cudzoziemców. Poprzez Beduinów na pustyni syryjskiej, którzy pospieszyli z bezinteresowną pomocą gdy widzieli, bądź wydawało im się, że obcy potrzebują pomocy.
Mohammada, który w głębi Iranu najpierw samorzutnie oddał biwakującym – bo większość nocy na trasie spędzali oni we własnych namiotach lub w przygodnych miejscach – owoce, chleb i termos zimnej wody. A następnie odnalazł ich w kolejnej miejscowości przez którą musieli jechać następnego dnia, aby pomóc w podróży przez pustynię.
W Uzbekistanie taksówkarza Alego. A także właściciela kawiarenki Ahmeta, który nie tylko gości nakarmił i przenocował. Dał również kartkę do syna mającego podobny lokal gdzieś przy drodze do Taszkientu, aby zajął się nimi podobnie. Czy Zoyi, starej kobiety w Tadżykistanie, obok domu której przejeżdżali i na chwilę zatrzymali się w cieniu, która natychmiast zaprosiła ich na herbatę, kawałek chleba i jogurt.
Młodego chłopaka w miasteczku Dangara w tym samym kraju, który podjechał samochodem i zapytał czy zostaną u niego, a ściślej w domu jego ojca, na noc. Czy gościnnych Ujgurów w Chinach. To tylko kilka, z niezliczonych przykładów. Trafiały się również niemiłe spotkania. Z agresywnymi dzieciakami w As Suknet w Syrii. Czy psami pasterskimi, których ataku nie zatrzymywali właściciele koło jeziora Van w Turcji. Były to jednak wyjątki.
Zaś te najczęstsze, przykłady życzliwej gościnności, stawały się okazją do poznawania tamtejszych ludzi, ich zwyczajów czy kuchni. Np. tatuaży na brodach i policzkach kobiet w Syrii oznaczających, że zarabia ona, a nie tylko mąż, pieniądze dla rodziny. Czy zaskakujących nas zwyczajów. Zachęcanie gości przez gospodarza do jedzenia nawet ponad miarę, gdy żona i dzieci pokornie czekają, czy coś dla nich zostanie.
Przypomniały mi się własne, podobne przeżycia, gdyż byłem również w wielu miejscach na Wielkim Jedwabnym Szlaku oraz krajach, przez które przejechał autor z żoną. Staruszka na wzgórzach w pobliżu Morza Śródziemnego – obecnej Tureckiej Riwiery w tamtym regionie jeszcze nie było – która na widok idących cudzoziemców wyszła z chaty z chlebem i mlekiem.
Mimo iż nie mogliśmy porozumieć się w żadnym języku, a tylko po posileniu się podziękować po turecku: teşekkür ederim i usłyszeć w odpowiedzi: güle güle – do zobaczenia. Zapraszanie do wspólnego wypicia herbaty gdzieś na płachcie rozłożonej w Anatolii. Gościnności przypadkowo poznanych Syryjczyków.
Czy zapamiętane chyba na zawsze sceny ze szpitala w Bucharze, w którym „rodziłem” kamień nerkowy. Było to w głębokich czasach sowieckich. Ponieważ szpitalne jedzenie było wyjątkowo podłe, codzienne któraś z kobiet pacjentów przynosiła w wielkim tłumoku na plecach gar pilawu ( płowu ), chlebki i winogrona. My, mężczyźni – byłem oczywiście zapraszany, siadaliśmy przy okrągłym stole jedząc łyżkami z jednej misy. A kobiety – pacjentki z sąsiedniej pałaty ( sali ) zaglądały przez próg, czy coś dla nich zostanie…
W książce „Tysiąc szklanek herbaty” są dziesiątki opowieści i relacji. O gościnności mieszkańców, granicznej biurokracji, „pilotowaniu” rowerzystów przez syryjską bezpiekę po cywilnemu i nakazywaniu im, gdzie mają rozbić namiot. Także w niedozwolonych miejscach, bez zawiadamiania o tym policji mundurowej, co prowadziło niekiedy do konfliktów. Są opisy i sceny z bazarów.
Suków w Aleppo i wielkiego Al – Hamidija koło meczetu Umajjadów w Damaszku w Syrii. W Isfahanie w Iranie. Bucharze i Samarkandzie w Uzbekistanie itp. Sporo informacji o miejscowych zwyczajach. Np. swatania i poznawania się przyszłych małżonków na irańskiej prowincji. „Drewnianej kołysce” – rodzaju naszej pępowiny, pierwszego położenia noworodka do własnej kołyski, z udziałem gości i, oczywiście, prezentami.
Urzędowym ograniczeniu ( wobec biedy ) w Tadżykistanie liczby weselnych gości do.. 150 osób. Zwyczaju robienia sobie tam zdjęć, zwłaszcza do dokumentów oraz ślubnych, w technice komputerowego doklejania głów do cudzych, eleganckich garniturów i sukien ślubnych. Bo na własne ludzi nie stać. Wielkiej radości jaką sprawiały nie tylko dzieciom, zdjęcia robione przez podróżników i natychmiast drukowane na przenośnej drukarence.
Informacje o zaniedbanym regionie Pamiru, który stał się dla niepodległego Tadżykistanu niepotrzebnym garbem. Wraz z upadkiem ZSRR skończyły się bowiem dostawy prądu, dotacje, pomoc. A tam mieszkają głównie Kirgizi, Wachowie i to na dodatek ismailici – liberalny odłam znienawidzonych szyitów. I w ogóle o prawie u nas nieznanych realiach obecnego życia w tym kraju.
O dużym zainteresowaniu spotykanych ludzi życiem w Polsce. Zwłaszcza czy jest praca oraz… jakie są drogi. Bo te, właściwie poza nowymi w Chinach i głównymi w pozostałych krajach, okazywały się koszmarne. Niektóre w tak strasznym stanie, że nie dawało się po nich dowieźć… jajek do sklepów. Nie brakuje w tej książce ciekawych relacji innych osób, bądź własnych obserwacji autora.
Np. opowiadania młodego chłopaka Tahira, który za ogromne pieniądze uzyskał wizę oraz poleciał do USA. A tam, w Denver, ludzie potraktowali go jak afgańskiego ( bo co to dla nich za różnica Afganistan czy Tadżykistan, skoro jest muzułmaninem, a nazwa kraju też kończy się na „stan”?) terrorystę z Al Kaidy. Co skończyło się aresztowaniem na kilka dni przez policję „do wyjaśnienia” i szybkim powrotem do kraju.
Opisu koszar i wysokogórskiego posterunku na granicy z Afganistanem, w których armia Tadżykistanu ma prąd w kantynie tylko przez kilka godzin dziennie, a budynki ogrzewa… krowim nawozem zbieranym przez żołnierzy. Pięknie i ciekawie opisana jest przyroda oraz krajobrazy spotykane na trasie, zwłaszcza gór Pamiru.
Równocześnie, co mnie bardzo zaskoczyło, zwiedzam bowiem świat inaczej, niemal znikome zainteresowanie autora zabytkami. A było ich przecież na tej trasie mnóstwo. Tymczasem – przykładowo – w Aleppo wspomniał tylko o cytadeli, generale Józefie Bemie, który jako Murad Pasza był tam sułtańskim gubernatorem i zmarł oraz tamtejszym mydle z oliwy i liści laurowych. W Damaszku z murami obronnymi i dziesiątkami wspaniałych budowli, tylko o meczecie Umajjadów.
W Bucharze, gdzie na liście zabytków jest ponad 400 obiektów, zaledwie o paru. W Samarkandzie tylko o Registanie i Mauzoleum Tamerlana, którego zresztą nazywa Krwawym Timurem. Chociaż był on rzeczywiście krwawym satrapą, ale nazywany był i jest Timur Lenk – Chromy lub Kulawy. Nie zauważył natomiast, a przynajmniej nie wspomniał o innych tamtejszych wspaniałych zabytkach: Nekropolii Szach–i–Zinda, obserwatorium astronomicznym Uługbega, wykopaliskach na Wzgórzu Afrasjab, ruinach meczetu Bibi Chanum, że ograniczę się do nich.
Autor nie ukrywa zresztą rozczarowania komercyjnym charakterem współczesnej Samarkandy. Gdy byłem w niej po raz pierwszy 45 lat temu, wyglądała rzeczywiście inaczej. Była bardziej zaniedbana, ale autentyczna, głęboko azjatycka. Później przyszły wielkie jubileusze miasta i jego porządkowanie. Jak zobaczyłem ją po latach, też skojarzyła mi się z filmową dekoracją. Zwłaszcza w nocy. Ale to już cena masowej turystyki.
Bardzo ciekawa jest część książki poświęcona podróży po Chinach. Które autora fascynują, a zarazem szokują. Podobnie je zresztą widziałem, łatwo mi więc to zrozumieć. Z jednej strony więc fantastycznie zaopatrzone sklepy, nawet wiejskie. Nowoczesne drogi, mosty, rosnące betonowe wieżowce. A równocześnie niszczenie starych budynków Ujgurów ( nie tylko, także w Tybecie, ale tam podróżnicy nie dotarli, czy zabytkowych chińskich miastach ) i uśmierzanie tych „buntowników”.
Przypomnienie dramatycznych „reform” Mao Tse Tunga ( Mao Zedonga ), które kosztowały życie dziesiątki milionów ludzi. Niezwykle ciekawe są opisy podróży przez chińskie wsie zamieszkane przez ludzi bez prawa przemieszczania po kraju, ale wyludniające się, bo młodzież z nich ucieka do miast. Ziemi nadal uprawianej motykami. Ręcznie podlewanymi pojedynczymi roślinami itp. I kontrast, jaki wsie stanowią w porównaniu z dużymi miastami. Nie mówiąc już o wysyłaniu w kosmos sztucznych satelitów. Z dziesiątkami kolejnych świetnych obserwacji i celnych ocen faktów.
Ostatnia część tej książki jest zarazem apoteozą podróżowania. Niekoniecznie od razu na krańce globu. Mogą być nawet zupełnie niedalekie. Ale to podróże, pisze autor, pozwalają lepiej poznawać świat i ludzi. Którzy są zupełnie inni niż prezentowani w mediach. Zgodnie zresztą z ich zasadą, że dobrzy, życzliwi, szczęśliwi, nikogo rzekomo nie interesują. Odwrotnie niż katastrofy, wojny, przejawy nienawiści i zbrodnie. I trudno się z nim nie zgodzić.
Znalazłem w tej książce również trochę błędów i potknięć. Niepotrzebnego „anglizowania” części nazw. Wymienianie ich byłoby jednak czepianiem się drobiazgów. Bo książka jest ciekawa, dobrze napisana oraz naprawdę warta przeczytania. Zawiera bowiem ogromną dawkę informacji o współczesności tak mało u nas ciągle znanych krajów i ich mieszkańcach.
Generalnie, ale gdzie nie ma niechlubnych wyjątków, bardzo gościnnych i życzliwych obcym. Na uważne obejrzenie zasługują też zamieszczone w książce zdjęcia. Mimo iż są bez podpisów, które przydałyby się, chociaż generalnie chyba dobrze wpasowane zostały w tekst. Sporo z nich jest naprawdę świetnych.
A w drugą stronę złoto, pachnidła, rośliny uprawne. Kupieckie karawany pokonywały tysiące kilometrów trudnych i niebezpiecznych dróg przez górskie przełęcze, m.in. Pamiru oraz pustynie Azji Środkowej i ówczesne w niej starożytne państwa Baktrii, Chorezmu, Sogdiany, a dalej m.in. Persji i Syrii. Łączył on także m.in. Indie z Rusią, a przez nią z innymi krajami ówczesnej Europy.
Wielki Jedwabny Szlak przebiegał różnymi trasami, których „nitki” odległe nierzadko o setki kilometrów, odgałęziały się lub przecinały. Północna prowadziła przez tereny obecnego Kirgistanu i Kazachstanu m.in. przez Czymkent – z odgałęzieniem na południe: na Taszkent, Samarkandę i Termez – wzdłuż nurtu Syr Darii do Jeziora Aralskiego i jego północnym brzegiem, lub w poprzek wodą, dalej na zachód.
Środkowa Doliną Fergany przez uzbecką dziś Kokandę i tadżycki Pendżykent do Samarkandy, Buchary, Chiwy i także dalej. Południowa zaś, przez górskie przełęcze oraz doliny obecnego Tadżykistanu i Afganistanu, do uzbeckiego Termezu i Karszi, ale również Samarkandy, Nawoi, Buchary – z południowym odgałęzieniem do turkmeńskiego Aszchabadu przez Chiwę i Urgencz.
Fragmentami tego szlaku wybrał się w 2010 roku, na rowerach, polski podróżnik z żoną. A swoje przeżycia, obserwacje i wrażenia opisał, w wydanej właśnie przez Bezdroża, bogato ilustrowanej zdjęciami książce. Wyruszyli, początkowo w towarzystwie Anglika Bena, później innych rowerzystów lub jadąc samotnie, ze Stambułu.
A ściślej, gdyż dopiero w tamtym miejscu rozpoczyna się relacja, z przejścia granicznego między Turcją i Syrią koło Iskanderunu. Aby m.in. przez Aleppo, Damaszek i Palmyrę wrócić do Turcji w okolicach jeziora Van. Przeprawić promem do Iranu. Następnie przez Tebriz, Teheran – wymieniam tylko główne miejscowości, Isfahan, pustynię Dasht – e Kavin i Meszhed dotarli do Turkmenistanu.
Przejechali przez Bucharę, Samarkandę i Taszkient Uzbekistan, przez Pendżykent, wzdłuż granicy z Afganistanem i Pamir Tadżykistan oraz fragmencik Kirgistanu do Chin. W nich zaś podróżowali przez Kaszgar z przejazdem autobusem i pociągiem przez pustynię do Turfanu. Dalej, głównie przez wsie, do Pekinu i granicy z Laosem koło Mengli oraz do Bangkoku w Tajlandii, skąd samolotem wrócili do kraju.
Cała ta podróż zajęła im 8 miesięcy. Relacja z niej jest bardzo interesująca, chociaż nietypowa. Przeczytałem w ostatnich miesiącach kilka świeżo opublikowanych książek relacjonujących długie wyprawy rowerami, motocyklami, quadami oraz innymi środkami transportu, a także pieszo. Ta relacja różni się od nich w sposób zasadniczy. Zupełnie w tle znajdują się trudy jazdy rowerami.
Nie ma w niej, tak niekiedy nużących w innych książkach, opisów kolejnych złapanych gum, napraw sprzęgieł czy hamulców, ciężaru sakw itp. Podobnie nie ma na pierwszym planie samych uczestników tej wyprawy. Ich nastrojów czy, oczywistych w tak trudnych warunkach różnic poglądów chociażby na temat tego gdzie nocować, co i jak jeść itp.
Po trzecie – i to mnie najbardziej zaskoczyło, bo również sporo podróżuję i chętnie zwiedzam, niewiele jest w tej książce opisów zabytków i innych ciekawych obiektów. Z wyjątkiem przeważnie bardzo interesujących opisów przyrody, krajobrazów oraz spotykanych na trasie ludzi, warunków ich życia, obyczajów, stosunku do obcych, a przede wszystkim niesłychanej gościnności. Chociaż różnej w poszczególnych krajach i kulturach.
Głównym tematem tej książki, obecnym niemal na każdej stronie, są właśnie spotkania z ludźmi oraz kontakty z nimi. Mimo barier językowych. Angielski okazał się w tamtych regionach świata, zwłaszcza na wsi i peryferiach krajów, tylko częściowo przydatny. W poradzieckiej Azji Środkowej bardziej rosyjski, chociaż nie był on mocną stroną autora, a nie znali go współtowarzysze podróży.
Okazało się jednak, że ludzie potrafią jakoś porozumiewać się. Zwłaszcza, gdy są niezwykle gościnni i wzajemnie życzliwi. A tytułowe szklanki herbaty – tak jak przed wiekami podstawowego napoju na dawnym Wielkim Jedwabnym Szlaku – należą co codziennego rytuału gościnności. Przykładów, jak to od nich zaczynały się znajomości przedłużane na prośbę i zaproszenie gospodarzy o obiady, kolacje, noclegi, a nawet kilkudniowe pobyty, jest mnóstwo.
Od Abdula, który w jakiejś wiosce między Aleppo i Damaszkiem w Syrii nieoczekiwanie zaprosił do siebie oraz ugościł nie tylko herbatą podróżujących na rowerach cudzoziemców. Poprzez Beduinów na pustyni syryjskiej, którzy pospieszyli z bezinteresowną pomocą gdy widzieli, bądź wydawało im się, że obcy potrzebują pomocy.
Mohammada, który w głębi Iranu najpierw samorzutnie oddał biwakującym – bo większość nocy na trasie spędzali oni we własnych namiotach lub w przygodnych miejscach – owoce, chleb i termos zimnej wody. A następnie odnalazł ich w kolejnej miejscowości przez którą musieli jechać następnego dnia, aby pomóc w podróży przez pustynię.
W Uzbekistanie taksówkarza Alego. A także właściciela kawiarenki Ahmeta, który nie tylko gości nakarmił i przenocował. Dał również kartkę do syna mającego podobny lokal gdzieś przy drodze do Taszkientu, aby zajął się nimi podobnie. Czy Zoyi, starej kobiety w Tadżykistanie, obok domu której przejeżdżali i na chwilę zatrzymali się w cieniu, która natychmiast zaprosiła ich na herbatę, kawałek chleba i jogurt.
Młodego chłopaka w miasteczku Dangara w tym samym kraju, który podjechał samochodem i zapytał czy zostaną u niego, a ściślej w domu jego ojca, na noc. Czy gościnnych Ujgurów w Chinach. To tylko kilka, z niezliczonych przykładów. Trafiały się również niemiłe spotkania. Z agresywnymi dzieciakami w As Suknet w Syrii. Czy psami pasterskimi, których ataku nie zatrzymywali właściciele koło jeziora Van w Turcji. Były to jednak wyjątki.
Zaś te najczęstsze, przykłady życzliwej gościnności, stawały się okazją do poznawania tamtejszych ludzi, ich zwyczajów czy kuchni. Np. tatuaży na brodach i policzkach kobiet w Syrii oznaczających, że zarabia ona, a nie tylko mąż, pieniądze dla rodziny. Czy zaskakujących nas zwyczajów. Zachęcanie gości przez gospodarza do jedzenia nawet ponad miarę, gdy żona i dzieci pokornie czekają, czy coś dla nich zostanie.
Przypomniały mi się własne, podobne przeżycia, gdyż byłem również w wielu miejscach na Wielkim Jedwabnym Szlaku oraz krajach, przez które przejechał autor z żoną. Staruszka na wzgórzach w pobliżu Morza Śródziemnego – obecnej Tureckiej Riwiery w tamtym regionie jeszcze nie było – która na widok idących cudzoziemców wyszła z chaty z chlebem i mlekiem.
Mimo iż nie mogliśmy porozumieć się w żadnym języku, a tylko po posileniu się podziękować po turecku: teşekkür ederim i usłyszeć w odpowiedzi: güle güle – do zobaczenia. Zapraszanie do wspólnego wypicia herbaty gdzieś na płachcie rozłożonej w Anatolii. Gościnności przypadkowo poznanych Syryjczyków.
Czy zapamiętane chyba na zawsze sceny ze szpitala w Bucharze, w którym „rodziłem” kamień nerkowy. Było to w głębokich czasach sowieckich. Ponieważ szpitalne jedzenie było wyjątkowo podłe, codzienne któraś z kobiet pacjentów przynosiła w wielkim tłumoku na plecach gar pilawu ( płowu ), chlebki i winogrona. My, mężczyźni – byłem oczywiście zapraszany, siadaliśmy przy okrągłym stole jedząc łyżkami z jednej misy. A kobiety – pacjentki z sąsiedniej pałaty ( sali ) zaglądały przez próg, czy coś dla nich zostanie…
W książce „Tysiąc szklanek herbaty” są dziesiątki opowieści i relacji. O gościnności mieszkańców, granicznej biurokracji, „pilotowaniu” rowerzystów przez syryjską bezpiekę po cywilnemu i nakazywaniu im, gdzie mają rozbić namiot. Także w niedozwolonych miejscach, bez zawiadamiania o tym policji mundurowej, co prowadziło niekiedy do konfliktów. Są opisy i sceny z bazarów.
Suków w Aleppo i wielkiego Al – Hamidija koło meczetu Umajjadów w Damaszku w Syrii. W Isfahanie w Iranie. Bucharze i Samarkandzie w Uzbekistanie itp. Sporo informacji o miejscowych zwyczajach. Np. swatania i poznawania się przyszłych małżonków na irańskiej prowincji. „Drewnianej kołysce” – rodzaju naszej pępowiny, pierwszego położenia noworodka do własnej kołyski, z udziałem gości i, oczywiście, prezentami.
Urzędowym ograniczeniu ( wobec biedy ) w Tadżykistanie liczby weselnych gości do.. 150 osób. Zwyczaju robienia sobie tam zdjęć, zwłaszcza do dokumentów oraz ślubnych, w technice komputerowego doklejania głów do cudzych, eleganckich garniturów i sukien ślubnych. Bo na własne ludzi nie stać. Wielkiej radości jaką sprawiały nie tylko dzieciom, zdjęcia robione przez podróżników i natychmiast drukowane na przenośnej drukarence.
Informacje o zaniedbanym regionie Pamiru, który stał się dla niepodległego Tadżykistanu niepotrzebnym garbem. Wraz z upadkiem ZSRR skończyły się bowiem dostawy prądu, dotacje, pomoc. A tam mieszkają głównie Kirgizi, Wachowie i to na dodatek ismailici – liberalny odłam znienawidzonych szyitów. I w ogóle o prawie u nas nieznanych realiach obecnego życia w tym kraju.
O dużym zainteresowaniu spotykanych ludzi życiem w Polsce. Zwłaszcza czy jest praca oraz… jakie są drogi. Bo te, właściwie poza nowymi w Chinach i głównymi w pozostałych krajach, okazywały się koszmarne. Niektóre w tak strasznym stanie, że nie dawało się po nich dowieźć… jajek do sklepów. Nie brakuje w tej książce ciekawych relacji innych osób, bądź własnych obserwacji autora.
Np. opowiadania młodego chłopaka Tahira, który za ogromne pieniądze uzyskał wizę oraz poleciał do USA. A tam, w Denver, ludzie potraktowali go jak afgańskiego ( bo co to dla nich za różnica Afganistan czy Tadżykistan, skoro jest muzułmaninem, a nazwa kraju też kończy się na „stan”?) terrorystę z Al Kaidy. Co skończyło się aresztowaniem na kilka dni przez policję „do wyjaśnienia” i szybkim powrotem do kraju.
Opisu koszar i wysokogórskiego posterunku na granicy z Afganistanem, w których armia Tadżykistanu ma prąd w kantynie tylko przez kilka godzin dziennie, a budynki ogrzewa… krowim nawozem zbieranym przez żołnierzy. Pięknie i ciekawie opisana jest przyroda oraz krajobrazy spotykane na trasie, zwłaszcza gór Pamiru.
Równocześnie, co mnie bardzo zaskoczyło, zwiedzam bowiem świat inaczej, niemal znikome zainteresowanie autora zabytkami. A było ich przecież na tej trasie mnóstwo. Tymczasem – przykładowo – w Aleppo wspomniał tylko o cytadeli, generale Józefie Bemie, który jako Murad Pasza był tam sułtańskim gubernatorem i zmarł oraz tamtejszym mydle z oliwy i liści laurowych. W Damaszku z murami obronnymi i dziesiątkami wspaniałych budowli, tylko o meczecie Umajjadów.
W Bucharze, gdzie na liście zabytków jest ponad 400 obiektów, zaledwie o paru. W Samarkandzie tylko o Registanie i Mauzoleum Tamerlana, którego zresztą nazywa Krwawym Timurem. Chociaż był on rzeczywiście krwawym satrapą, ale nazywany był i jest Timur Lenk – Chromy lub Kulawy. Nie zauważył natomiast, a przynajmniej nie wspomniał o innych tamtejszych wspaniałych zabytkach: Nekropolii Szach–i–Zinda, obserwatorium astronomicznym Uługbega, wykopaliskach na Wzgórzu Afrasjab, ruinach meczetu Bibi Chanum, że ograniczę się do nich.
Autor nie ukrywa zresztą rozczarowania komercyjnym charakterem współczesnej Samarkandy. Gdy byłem w niej po raz pierwszy 45 lat temu, wyglądała rzeczywiście inaczej. Była bardziej zaniedbana, ale autentyczna, głęboko azjatycka. Później przyszły wielkie jubileusze miasta i jego porządkowanie. Jak zobaczyłem ją po latach, też skojarzyła mi się z filmową dekoracją. Zwłaszcza w nocy. Ale to już cena masowej turystyki.
Bardzo ciekawa jest część książki poświęcona podróży po Chinach. Które autora fascynują, a zarazem szokują. Podobnie je zresztą widziałem, łatwo mi więc to zrozumieć. Z jednej strony więc fantastycznie zaopatrzone sklepy, nawet wiejskie. Nowoczesne drogi, mosty, rosnące betonowe wieżowce. A równocześnie niszczenie starych budynków Ujgurów ( nie tylko, także w Tybecie, ale tam podróżnicy nie dotarli, czy zabytkowych chińskich miastach ) i uśmierzanie tych „buntowników”.
Przypomnienie dramatycznych „reform” Mao Tse Tunga ( Mao Zedonga ), które kosztowały życie dziesiątki milionów ludzi. Niezwykle ciekawe są opisy podróży przez chińskie wsie zamieszkane przez ludzi bez prawa przemieszczania po kraju, ale wyludniające się, bo młodzież z nich ucieka do miast. Ziemi nadal uprawianej motykami. Ręcznie podlewanymi pojedynczymi roślinami itp. I kontrast, jaki wsie stanowią w porównaniu z dużymi miastami. Nie mówiąc już o wysyłaniu w kosmos sztucznych satelitów. Z dziesiątkami kolejnych świetnych obserwacji i celnych ocen faktów.
Ostatnia część tej książki jest zarazem apoteozą podróżowania. Niekoniecznie od razu na krańce globu. Mogą być nawet zupełnie niedalekie. Ale to podróże, pisze autor, pozwalają lepiej poznawać świat i ludzi. Którzy są zupełnie inni niż prezentowani w mediach. Zgodnie zresztą z ich zasadą, że dobrzy, życzliwi, szczęśliwi, nikogo rzekomo nie interesują. Odwrotnie niż katastrofy, wojny, przejawy nienawiści i zbrodnie. I trudno się z nim nie zgodzić.
Znalazłem w tej książce również trochę błędów i potknięć. Niepotrzebnego „anglizowania” części nazw. Wymienianie ich byłoby jednak czepianiem się drobiazgów. Bo książka jest ciekawa, dobrze napisana oraz naprawdę warta przeczytania. Zawiera bowiem ogromną dawkę informacji o współczesności tak mało u nas ciągle znanych krajów i ich mieszkańcach.
Generalnie, ale gdzie nie ma niechlubnych wyjątków, bardzo gościnnych i życzliwych obcym. Na uważne obejrzenie zasługują też zamieszczone w książce zdjęcia. Mimo iż są bez podpisów, które przydałyby się, chociaż generalnie chyba dobrze wpasowane zostały w tekst. Sporo z nich jest naprawdę świetnych.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2012-03-12
126 dni na "kanapie". Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Ilu z nas nie marzyło kiedyś o tym, by całkowicie wyrwać się z szarej codzienności, zapomnieć o troskach czekających w domu i pracy, poddać się chwili i … wyjechać? Wyjechać bez wcześniejszych długich przygotowań, podjąć decyzję całkowicie spontanicznie i nigdy jej nie żałować ani nie nosić w sobie poczucia winy.
W dość podobny sposób na tolkienowskie „ziemniaki i kapustę” zareagował Tomasz Gorazdowski – człowiek radia od kilkunastu lat pozwalający się usłyszeć w radiowej Trójce. Poza pracą największą jego pasją są właśnie podróże, wyjazdy do krajów różniących się od naszej polskiej codzienności właściwie wszystkim. Jedną ze swoich wypraw przeniósł na karty książki 126 dni na „kanapie”. Motocyklem dookoła świata.
Barwne życie Gorazdowskiego nigdy nie miało by smaku, gdyby nie jego odwaga i spontaniczność. Wydawać by się mogło, że do wyprawy motocyklowej dookoła świata, należy przygotowywać się długie miesiące, jeśli nie lata. Załatwianie wiz, ubezpieczeń, sprawdzanie trasy, stosunków politycznych, możliwości noclegowych i zaplecza gastronomicznego – to tylko kilka spraw, na które należy zwrócić uwagę przed takim wyjazdem. Trudno wyobrazić sobie jak wiele czasu zajmuje dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Nie dla Gorazdowskiego jednak takie numery! Decyzję o wyprawie motocyklowej podjął w jednej chwili – a chwila ta wydawała się być najwspanialszą w jego dotychczasowym życiu. Niewiele myśląc o tym, co trzeba będzie załatwić i jak wiele czasu to zajmie, zaproponował podróż koledze po fachu – Michałowi Gąsiorowskiemu. Jego spontaniczności dowodzi fakt, że w momencie podejmowania decyzji obaj panowie… nie mieli prawa jazdy na motocykl. Ukrywając tę podstawową wiadomość przed pracodawcami wyszli z propozycją zrealizowania codziennej relacji z podróży na żywo, którą każdego ranka przekazywaliby radiowym słuchaczom. Przełożeni pomysł zaakceptowali, sponsorzy również się znaleźli, a międzyczasie Gorazdowski i Gąsiorowski zdobyli potrzebne uprawnienia.
Byli gotowi do wyjazdu. Wtedy jeszcze wszystko jawiło się w jasnych barwach, wyjazd miał okazać się samą przyjemnością. Jak to jednak w życiu bywa, na trasie pojawiło się wiele trudności. Nie przesłoniły one jednak radości z odwiedzania kolejnych krajów i poznawania kolejnych kultur i zwyczajów.
Czytając tę publikację mamy niepowtarzalną okazję odwiedzić miejsca, w które wielu z nas nigdy nie dotrze w rzeczywistości. To nie tylko wędrówka po kartach książki, lecz wielka wyprawa marzeń ubogacona przepięknymi fotografiami. Pisana żywym językiem relacja sprawia, że ma się wrażenie odbywania podróży wraz z autorami, ma się poczucie wspólnoty doświadczeń, poczucie bycia z nimi kolejno w każdym z opisywanych miejsc. To 21 tysięcy kilometrów skondensowanych na 287 stronach, które lepiej niż niejeden poradnik czy program rozrywkowy poprawiają samopoczucie i motywują do spełniania swoich największych marzeń. Ksiązka Gorazdowskiego to dowód na to, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko wystarczająco mocno pragnie się osiągnięcia wymierzonego celu. Niezapomniana lektura, niezapomniana przygoda. Obowiązkowa pozycja dla miłośników podróży, ale także dla wszystkich, którzy wciąż boją się przekroczyć własne granice.
Książka wydana jest bardzo starannie, przyciąga swoją kolorystyką i fakturą. Po jej otwarciu ze stronic ulatnia się zapach wszelkich potraw, które smakowali podróżnicy, słychać ich śmiechy, gwar odwiedzanych przez nich targów i miejscowości. Niesłychanie oddziałująca na zmysły, z wieloma sensualnymi opisami, które każą w trybie natychmiastowym zakosztować w przysmakach krajów, z których akurat czytamy relację. Idealna pozycja dla każdego. Czy to obieżyświatów, czy domatorów – dzięki tej publikacji każdy na chwilę stanie się odkrywcą nowych lądów, bez konieczności przekraczania progu własnego mieszkania.
Gorąco polecam!
W dość podobny sposób na tolkienowskie „ziemniaki i kapustę” zareagował Tomasz Gorazdowski – człowiek radia od kilkunastu lat pozwalający się usłyszeć w radiowej Trójce. Poza pracą największą jego pasją są właśnie podróże, wyjazdy do krajów różniących się od naszej polskiej codzienności właściwie wszystkim. Jedną ze swoich wypraw przeniósł na karty książki 126 dni na „kanapie”. Motocyklem dookoła świata.
Barwne życie Gorazdowskiego nigdy nie miało by smaku, gdyby nie jego odwaga i spontaniczność. Wydawać by się mogło, że do wyprawy motocyklowej dookoła świata, należy przygotowywać się długie miesiące, jeśli nie lata. Załatwianie wiz, ubezpieczeń, sprawdzanie trasy, stosunków politycznych, możliwości noclegowych i zaplecza gastronomicznego – to tylko kilka spraw, na które należy zwrócić uwagę przed takim wyjazdem. Trudno wyobrazić sobie jak wiele czasu zajmuje dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Nie dla Gorazdowskiego jednak takie numery! Decyzję o wyprawie motocyklowej podjął w jednej chwili – a chwila ta wydawała się być najwspanialszą w jego dotychczasowym życiu. Niewiele myśląc o tym, co trzeba będzie załatwić i jak wiele czasu to zajmie, zaproponował podróż koledze po fachu – Michałowi Gąsiorowskiemu. Jego spontaniczności dowodzi fakt, że w momencie podejmowania decyzji obaj panowie… nie mieli prawa jazdy na motocykl. Ukrywając tę podstawową wiadomość przed pracodawcami wyszli z propozycją zrealizowania codziennej relacji z podróży na żywo, którą każdego ranka przekazywaliby radiowym słuchaczom. Przełożeni pomysł zaakceptowali, sponsorzy również się znaleźli, a międzyczasie Gorazdowski i Gąsiorowski zdobyli potrzebne uprawnienia.
Byli gotowi do wyjazdu. Wtedy jeszcze wszystko jawiło się w jasnych barwach, wyjazd miał okazać się samą przyjemnością. Jak to jednak w życiu bywa, na trasie pojawiło się wiele trudności. Nie przesłoniły one jednak radości z odwiedzania kolejnych krajów i poznawania kolejnych kultur i zwyczajów.
Czytając tę publikację mamy niepowtarzalną okazję odwiedzić miejsca, w które wielu z nas nigdy nie dotrze w rzeczywistości. To nie tylko wędrówka po kartach książki, lecz wielka wyprawa marzeń ubogacona przepięknymi fotografiami. Pisana żywym językiem relacja sprawia, że ma się wrażenie odbywania podróży wraz z autorami, ma się poczucie wspólnoty doświadczeń, poczucie bycia z nimi kolejno w każdym z opisywanych miejsc. To 21 tysięcy kilometrów skondensowanych na 287 stronach, które lepiej niż niejeden poradnik czy program rozrywkowy poprawiają samopoczucie i motywują do spełniania swoich największych marzeń. Ksiązka Gorazdowskiego to dowód na to, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko wystarczająco mocno pragnie się osiągnięcia wymierzonego celu. Niezapomniana lektura, niezapomniana przygoda. Obowiązkowa pozycja dla miłośników podróży, ale także dla wszystkich, którzy wciąż boją się przekroczyć własne granice.
Książka wydana jest bardzo starannie, przyciąga swoją kolorystyką i fakturą. Po jej otwarciu ze stronic ulatnia się zapach wszelkich potraw, które smakowali podróżnicy, słychać ich śmiechy, gwar odwiedzanych przez nich targów i miejscowości. Niesłychanie oddziałująca na zmysły, z wieloma sensualnymi opisami, które każą w trybie natychmiastowym zakosztować w przysmakach krajów, z których akurat czytamy relację. Idealna pozycja dla każdego. Czy to obieżyświatów, czy domatorów – dzięki tej publikacji każdy na chwilę stanie się odkrywcą nowych lądów, bez konieczności przekraczania progu własnego mieszkania.
Gorąco polecam!
lekturyreportera.pl Anna Szczurek, 2012-03-10
Grecja. Sztuka, bogowie i ludzie. Wydanie 1
Choć obecnie Grecja nie kojarzy się pozytywnie z uwagi na kryzys, to nadal przyciąga ona mnóstwo turystów. Podróż do Grecji to bowiem nie tylko fascynująca lekcja historii, ale również zapierająca dech w piersiach, dziewicza, śródziemnomorska przyroda. Przewodnik wydawnictwa Bezdroża „Grecja. Sztuka, bogowie i ludzie" pomoże wam dokładnie zwiedzić ten piękny kraj. Znajdziecie tu opisy zabytków, szczegółowe i sprawdzone wskazówki praktyczne, plany miast, mapy, a także obszerny rozdział krajoznawczy. Dodatkowo autorzy opracowali dla was 8 tras zwiedzania, pozwolą one dobrze zaplanować podróż, a minirozmówki polsko-greckie ułatwią kontakt z życzliwymi mieszkańcami kraju Homera.
Jachting AP, 2012-03-01
Talent nie istnieje. Droga do praktycznego osiągania mistrzowskich umiejętności
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd bierze się talent? Jeśli tak, ciekawe, do jakich wniosków doszliście… Jeśli nie, to już nie musicie – zrobił to za Was Artur Król w swojej najnowszej książce Talent nie istnieje.
Autor, psycholog, trener i coach, którego specjalnością jest trenowanie pewności siebie, w swojej najnowszej publikacji skupił swoją uwagę na ludzkich predyspozycjach, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak talent w ogóle istnieje. Wnioski, do jakich doszedł w swojej publikacji okazały się dość zaskakujące. Książka Talent nie istnieje obala mit mówiący o tym, że to „iskra boża” - czy też talent - odpowiedzialne są za nasze nadzwyczajne predyspozycje i mistrzowski poziom w niektórych dziedzinach, z jakim można spotkać się u wielu osób u progu kariery. Rzadko jednak dopuszczamy do siebie myśl, że za słowem „talent” swoją tak naprawdę ciężka praca, systematyczność i ćwiczenia wpływające na nasz rozwój. Artur Król uzmysławia czytelnikom, że w gruncie rzeczy każdy z nas ma realne szanse na osiągnięcie zamierzonego celu w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach. Nie jest to łatwe, bowiem mit talentu jest silnie zakorzeniony w naszej kulturze, a na dodatek często przekonanie o własnym talencie poprawia naszą samoocenę. Psycholog obala obecny w naszej świadomości mit, podkreślając, że talent nie jest czymś, co bierze się tylko i wyłącznie z naszych wrodzonych zdolności. Talent jest wynikiem wytrwałej pracy, podjętych decyzji i wysiłku, jaki każdy z nas powinien podjąć w swoim życiu, jeśli chce zrealizować własny plan. Artur Król uświadamia nam, że widząc czyjeś dzieło, niejednokrotnie na usta cisną nam się słowa „Masz talent!". Prawda jest taka, że widzimy jedynie efekt końcowy – nie mamy okazji przyjrzeć się pracy, jaka została włożona w to, co ostatecznie jawi nam się jako coś wyjątkowego – a w gruncie rzeczy, stoi za tym coś więcej, niż tylko talent. I gdyby w tym momencie rozległ się głośny protest: „A co z osobami, które mają talent do rysowania, bądź obliczeń i nie są im potrzebne żadne ćwiczenia?”, Artur Król sprytnie odbiłby piłeczkę, stwierdzając, że osoby te to tzw. „genialni idioci”, którzy swoje zdolności zawdzięczają nieprawidłowemu funkcjonowaniu mózgu, który im na to pozwala. Dość kontrowersyjny, choć podparty badaniami pogląd, z którym czytelnikowi trudno dyskutować…
Artur Król poprzez książkę Talent nie istnieje próbuje zmienić nasze przekonania – jednym ze sposobów jest uzmysłowienie nam, że istnieje coś takiego jak „celowe ćwiczenie" i reguła 10 000 godzin treningu, które każdy, kto chciałby kiedykolwiek zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, powinien przebyć, bowiem to trening, a nie ukryte zdolności czynią nas mistrzami. Początkowo ciężko uwierzyć w to, co pisze autor – z każdym jego argumentem jednak wątpliwości czytelnika zostają rozwiane…
Psycholog niejednokrotnie powołuje się na autorytet naukowców takich jak Thomas Edison czy Kevin Anders Erricson, który badał mechanizmy ludzkiej pamięci i jej rozwój. Król jest zdania, że każdą umiejętność da się wyćwiczyć i rozwinąć - podobnie jak naszą pamięć – wystarczy tylko podjąć wyzwanie, które w końcu doprowadzi nas na szczyt.
Trzeba przyznać, że autor książki podjął się niezwykle trudnego zadania… Jego przemyślenia spotkały się z krytyką – jego słowa obalające mit talentu wywołały sporą dyskusję, zwłaszcza w środowisku trenerów. Lektura tej książki daje do myślenia, a jej autor analizuje pojęcie „talentu”, skupiając się na tym, skąd się wziął, dlaczego mamy o nim takie, a nie inne mniemanie, jak wpływa na nas i naszą drogę do osobistego rozwoju. Warto zaznaczyć, że książka ta skierowana jest właściwie do wszystkich – zarówno do osób, które same chcą popracować nad swoim rozwojem, a także do tych, które wskazują innym drogę i pomagają im osiągnąć sukces. Wielkim atutem tej pozycji są przydatne ćwiczenia, które można wykonać podczas lektury lub po jej skończeniu – w zależności od czasu, jakim aktualnie dysponujemy. Polecam z czystym sumieniem - publikacji, które wniosą do naszego życia coś cennego i na dodatek poszerzą nasze horyzonty, nigdy za wiele.
Autor, psycholog, trener i coach, którego specjalnością jest trenowanie pewności siebie, w swojej najnowszej publikacji skupił swoją uwagę na ludzkich predyspozycjach, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak talent w ogóle istnieje. Wnioski, do jakich doszedł w swojej publikacji okazały się dość zaskakujące. Książka Talent nie istnieje obala mit mówiący o tym, że to „iskra boża” - czy też talent - odpowiedzialne są za nasze nadzwyczajne predyspozycje i mistrzowski poziom w niektórych dziedzinach, z jakim można spotkać się u wielu osób u progu kariery. Rzadko jednak dopuszczamy do siebie myśl, że za słowem „talent” swoją tak naprawdę ciężka praca, systematyczność i ćwiczenia wpływające na nasz rozwój. Artur Król uzmysławia czytelnikom, że w gruncie rzeczy każdy z nas ma realne szanse na osiągnięcie zamierzonego celu w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach. Nie jest to łatwe, bowiem mit talentu jest silnie zakorzeniony w naszej kulturze, a na dodatek często przekonanie o własnym talencie poprawia naszą samoocenę. Psycholog obala obecny w naszej świadomości mit, podkreślając, że talent nie jest czymś, co bierze się tylko i wyłącznie z naszych wrodzonych zdolności. Talent jest wynikiem wytrwałej pracy, podjętych decyzji i wysiłku, jaki każdy z nas powinien podjąć w swoim życiu, jeśli chce zrealizować własny plan. Artur Król uświadamia nam, że widząc czyjeś dzieło, niejednokrotnie na usta cisną nam się słowa „Masz talent!". Prawda jest taka, że widzimy jedynie efekt końcowy – nie mamy okazji przyjrzeć się pracy, jaka została włożona w to, co ostatecznie jawi nam się jako coś wyjątkowego – a w gruncie rzeczy, stoi za tym coś więcej, niż tylko talent. I gdyby w tym momencie rozległ się głośny protest: „A co z osobami, które mają talent do rysowania, bądź obliczeń i nie są im potrzebne żadne ćwiczenia?”, Artur Król sprytnie odbiłby piłeczkę, stwierdzając, że osoby te to tzw. „genialni idioci”, którzy swoje zdolności zawdzięczają nieprawidłowemu funkcjonowaniu mózgu, który im na to pozwala. Dość kontrowersyjny, choć podparty badaniami pogląd, z którym czytelnikowi trudno dyskutować…
Artur Król poprzez książkę Talent nie istnieje próbuje zmienić nasze przekonania – jednym ze sposobów jest uzmysłowienie nam, że istnieje coś takiego jak „celowe ćwiczenie" i reguła 10 000 godzin treningu, które każdy, kto chciałby kiedykolwiek zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, powinien przebyć, bowiem to trening, a nie ukryte zdolności czynią nas mistrzami. Początkowo ciężko uwierzyć w to, co pisze autor – z każdym jego argumentem jednak wątpliwości czytelnika zostają rozwiane…
Psycholog niejednokrotnie powołuje się na autorytet naukowców takich jak Thomas Edison czy Kevin Anders Erricson, który badał mechanizmy ludzkiej pamięci i jej rozwój. Król jest zdania, że każdą umiejętność da się wyćwiczyć i rozwinąć - podobnie jak naszą pamięć – wystarczy tylko podjąć wyzwanie, które w końcu doprowadzi nas na szczyt.
Trzeba przyznać, że autor książki podjął się niezwykle trudnego zadania… Jego przemyślenia spotkały się z krytyką – jego słowa obalające mit talentu wywołały sporą dyskusję, zwłaszcza w środowisku trenerów. Lektura tej książki daje do myślenia, a jej autor analizuje pojęcie „talentu”, skupiając się na tym, skąd się wziął, dlaczego mamy o nim takie, a nie inne mniemanie, jak wpływa na nas i naszą drogę do osobistego rozwoju. Warto zaznaczyć, że książka ta skierowana jest właściwie do wszystkich – zarówno do osób, które same chcą popracować nad swoim rozwojem, a także do tych, które wskazują innym drogę i pomagają im osiągnąć sukces. Wielkim atutem tej pozycji są przydatne ćwiczenia, które można wykonać podczas lektury lub po jej skończeniu – w zależności od czasu, jakim aktualnie dysponujemy. Polecam z czystym sumieniem - publikacji, które wniosą do naszego życia coś cennego i na dodatek poszerzą nasze horyzonty, nigdy za wiele.
granice.pl Katarzyna Wójcik