Recenzje
Gotowanie dla geeków. Nauka stosowana, niezłe sztuczki i wyżerka
Dobry wieczór,
Dziś przygotowałam dla Was recenzję książki „Gotowanie dla geeków” oraz przyjemny (mam nadzieję) konkurs. :-)
Gotowanie dla geeków to świeżo wydana książka wydawnictwa Helion, znanego głównie z książek o charakterze informatycznym. Tym razem jednak informatyk, Jeff Potter, pisze obszerną, nasyconą wiedzą książkę o gotowaniu. Co więcej, przekonuje komputerowych pasjonatów, że warto raz na jakiś czas oderwać się od ekranu komputera i zamiast zamawiać kolejną pizzę na telefon oswoić obce terytorium jakim jest kuchnia!
Kim jest geek? Według Wikipedii: „geek (czyt.gik) – człowiek, który dąży do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności w jakiejś dziedzinie w stopniu daleko wykraczającym poza zwykłe hobby”. W żargonie informatycznym geek to komputerowy pasjonat, nie widzący świata poza informatyką, kochający rozwiązywać informatyczne problemy dla samej przyjemności ich rozwiązywania.
Jeśli nie jesteście maniakami komputerowymi nie zamykajcie proszę tego okienka! Książka „Gotowanie dla geeków” nie jest bowiem typową książką kucharską. Jest to publikacja kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy i ma sporo wiedzy do przekazania. Co więcej, książka napisana jest lekkim, przyjaznym językiem, zrozumiałym dla czytelnika (no, może oprócz niektórych „informatycznych” żarcików”).
Przyznam, że gdybym nie otrzymała od Wydawnictwa Helion książki do recenzji, prawdopodobnie minęłabym ją obojętnie na półce. Teraz wiem, że byłby to błąd z mojej strony! (Jak to się mówi? Nie sądź książki po okładce?). „Gotowanie dla geeków” jest książką jakiej nie czytałam do tej pory. To skrzyżowanie felietonu, książki do chemii i fizyki oraz książki kucharskiej. Jeśli jesteście ciekawi dalszej recenzji, zapraszam do lektury!
Co najważniejsze, dla jednego czytelnika będę miała egzemplarz „Gotowania dla Geeków” ufundowany przez wydawnictwo Helion. Będziecie więc mogli samodzielnie wyrobić opinię na temat tej książki. Zasady konkursu na końcu postu!:)
Gotowanie dla geeków czyli kim jest geek i dlaczego chcecie (nawet jeśli tego jeszcze nie wiecie) mieć tę książkę na swojej półce?
Jeff Potter studiował informatykę i sztuki wizualne na Uniwersytecie Browna w Providence. Na co dzień zajmuje się działaniami z zakresu technologii informacyjnych jednak jego drugą pasją jest gotowanie. Właściwie coś więcej niż gotowanie: dociekanie do tego dlaczego rzeczy wyglądają tak jak wyglądają. Darzę dużym szacunkiem autorów, którzy mają czytelnikowi coś do powiedzenia, którzy posiadają wiedzę na temat jakiegoś zagadnienia i potrafią się nią dzielić. Jednym z takich autorów jest właśnie Jeff Potter, zaś jego książka jest zupełnie inna od większości książek kulinarnych jakie znam i dlatego moim zdaniem należy ją oceniać według innych kryteriów.
Dzięki tej książce możemy dowiedzieć się jak przebiega proces karmelizacji, dlaczego czasami do wypieków używamy sody a czasami proszku do pieczenia, w jaki sposób przebiegają reakcje chemiczne i fizyczne w żywności poddanej obróbce cieplnej. Wszystko to przeplatane wywiadami z profesorami socjologii i psychologii, kulinarnymi bloggerami, specjalistami ds. bezpieczeństwa żywności.. W książce możecie znaleźć również sporo ciekawostek a jeśli czujecie w sobie żyłkę odkrywcy, możecie nawet przygotować maszynkę do lodów z klocków lego!
Kilka słów o wydaniu czyli nie oceniaj książki po okładce.
To co widać na pierwszy rzut oka: książka jest bardzo skromna. Wydana w miękkiej oprawce, wydrukowana na cienkim, szarym papierze, miłymi dla oka czarno-białymi rycinami w klimacie retro oraz z malutkimi czarno-białymi zdjęciami. Przypomina mi nieco mój podręcznik do chemii z liceum. Wydaje mi się, że autor z premedytacją odszedł od konwencji „food porn” („pornografii jedzenia” – czyli przepisów okraszonych estetycznymi zdjęciami od których cieknie nam ślinka, tak, wiem, sama uprawiam taką pornografię ale cóż poradzić:)). Zdecydowanie mamy tutaj więcej treści niż formy.
Jaka to treść? Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, które rzeczywiście można czytać tak, jak rozdziały podręcznika: wybierając interesujące nas zagadnienie. Przykładowe tytuły rozdziałów to „Witajcie w kuchni-myśl jak haker!”, „Wybór danych wejściowych – smak, zapach oraz składniki potrawy” czy „Radosna podróż w świat chemii”. Osobie niezaznajomionej z informatycznym slangiem mogą przeszkadzać niektóre porównania, jednak nie są zbyt częste i uciążliwe, można spokojnie je ominąć bez szkody dla treści.
Jak odczuwamy smaki i czy glutaminian sodu jest szkodliwy? Czyli podróż w zakamarki świata kulinariów.
Przyznam, że czytając pierwsze rozdziały pomyślałam sobie „przecież ja to wszystko wiem! umiem odróżnić rondel od patelni i nóż kuchni od noża do filetowania!”. Szybko jednak okazało się, że znalazłam dla siebie kilka ciekawostek. Nie warto rozbijać skorupki jajka o kant talerza. Lepiej uderzyć nim o płaski blat, dzięki czemu skorupka równomiernie się stłucze. Bezy nie da się dobrze ubić w plastikowym naczyniu, natomiast naczynie miedziane będzie idealne.
Dalsze fragmenty książki były dla mnie sporo ciekawsze. Zainteresowało mnie to w jaki sposób ludzie odczuwają smaki, jak nasze preferencje smakowe różnią się w zależności od kultury, kim jest „superdegustator” (to osoba bardzo intensywnie odczuwająca gorycz i cierpkość – około 35% białych kobiet i 10% białych mężczyzn to superdegustatorzy). Ciekawym elementem były dla mnie fragmenty o chemicznych dodatkach do żywności stosowanych w przemyśle (w końcu spokojnie, bez patosu i ekologicznej retoryki napisane co kryje się za złowrogimi „E”), glutaminianie sodu (właściwie jedynie na Zachodzie mamy obsesję na punkcie jego szkodliwości, w Azji-Południowo-Wschodniej jest używany jako zwyczajna przyprawa) czy kwestii związanej z prawidłowym i bezpiecznym przechowywaniem i przetwarzaniem żywności.
Produkcja jedzenia – pomiędzy jakością a bezpieczeństwem.
Jak słusznie zauważa Jeff Potter producenci wolą mówić o „jakości i pochodzeniu jedzenia” ale niewielu z nich zwraca uwagę na kwestie związane z bezpieczeństwem: kto chciałby sugerować kupującemu że jego produkt jest potencjalnie niebezpieczny? Skoro nikt, tym bardziej warto zapoznać się z podstawowymi – choć wzorowanymi na wyśrubowanych amerykańskich normach – zasadami bezpiecznego obchodzenia się z produktami spożywczymi.
No dobrze a co z przepisami?
Owszem w książce znajdziemy przepisy zarówno takie po które sięgnie zwykły śmiertelnik (konfit z kaczki, pizza) jak i zapalony eksperymentator (trzydziestominutowe jajko dla kogoś?). Jak jednak zauważyła moja kuzynka „Możesz mówić co chcesz, mnie ta książka nie przekona do wypróbowania tych przepisów!”. Mnie również nie przekona. Malutkie, czarno-białe zdjęcia, przepisy z niewielką ilością składników (część połączeń smakowych już znam) i do tego cały czas mam irracjonalne wrażenie, że mogę brać udział w jakimś chemicznym eksperymencie. Wierzę zapewnieniom autora, że żeberka są pyszne a naleśniki z maślanką bardzo dobre, jednak jestem przyzwyczajona do bardziej estetycznej formy prezentacji przepisów.
Podsumowanie. Dlaczego warto przeczytać tę książkę?
Jednak w tej książce zdecydowanie nie chodzi o formę. Chodzi o wiedzę, informację, dociekliwość (dlaczego dany produkt zachowuje się tak a tak?). Jeśli tak jak ja jesteście kulinarnymi pasjonatami (kuchennymi geekami!) z pewnością macie na swojej półce niejedną pięknie wydaną książkę i odwiedzacie blogi z pięknie wydanymi zdjęciami. Niech tak zostanie. Dzięki „Gotowaniu dla Geeków” będziecie mogli lepiej zrozumieć to, co dzieje się z jedzeniem zanim trafi na talerz.
Mi książka pozwoliła dowiedzieć się wiele więcej na temat chemii i fizyki żywności i to w dość bezbolesny (czytaj: niewymagający wypominania sobie, że nie pamiętam już niczego z chemii i fizyki z liceum) oraz fachowy sposób. W końcu trochę zrozumiałam „o co chodzi z tą kuchnią molekularną”. Bardzo podobały mi się, o czym już wspominałam, krótkie wywiady z bloggerami, autorami książek kulinarnych czy psychologami, którzy odpowiadali na dociekliwe pytania Jeffa.
Przyznam, że gdybym nie dostała książki do recenzji, minęłabym ją na półce, przewertowała ją raz czy dwa, ale nie zdecydowałabym się na zakup. Po przeczytaniu książki mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić. Jeśli nie będziecie jej traktować jako książki kulinarnej ale raczej jako „książkę o kulinariach” z pewnością nie będziecie zawiedzeni i każdy z Was dowie się czegoś ciekawego. Autor wprost zachęca do aktywnego korzystania z książki, pisania ołówkiem po jej stronach, pożyczania znajomym. To swoisty podręcznik, którego raczej nie da się przeczytać jednym tchem ale za to wielokrotnie można do niego wracać.
Polecam!
Dziś przygotowałam dla Was recenzję książki „Gotowanie dla geeków” oraz przyjemny (mam nadzieję) konkurs. :-)
Gotowanie dla geeków to świeżo wydana książka wydawnictwa Helion, znanego głównie z książek o charakterze informatycznym. Tym razem jednak informatyk, Jeff Potter, pisze obszerną, nasyconą wiedzą książkę o gotowaniu. Co więcej, przekonuje komputerowych pasjonatów, że warto raz na jakiś czas oderwać się od ekranu komputera i zamiast zamawiać kolejną pizzę na telefon oswoić obce terytorium jakim jest kuchnia!
Kim jest geek? Według Wikipedii: „geek (czyt.gik) – człowiek, który dąży do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności w jakiejś dziedzinie w stopniu daleko wykraczającym poza zwykłe hobby”. W żargonie informatycznym geek to komputerowy pasjonat, nie widzący świata poza informatyką, kochający rozwiązywać informatyczne problemy dla samej przyjemności ich rozwiązywania.
Jeśli nie jesteście maniakami komputerowymi nie zamykajcie proszę tego okienka! Książka „Gotowanie dla geeków” nie jest bowiem typową książką kucharską. Jest to publikacja kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy i ma sporo wiedzy do przekazania. Co więcej, książka napisana jest lekkim, przyjaznym językiem, zrozumiałym dla czytelnika (no, może oprócz niektórych „informatycznych” żarcików”).
Przyznam, że gdybym nie otrzymała od Wydawnictwa Helion książki do recenzji, prawdopodobnie minęłabym ją obojętnie na półce. Teraz wiem, że byłby to błąd z mojej strony! (Jak to się mówi? Nie sądź książki po okładce?). „Gotowanie dla geeków” jest książką jakiej nie czytałam do tej pory. To skrzyżowanie felietonu, książki do chemii i fizyki oraz książki kucharskiej. Jeśli jesteście ciekawi dalszej recenzji, zapraszam do lektury!
Co najważniejsze, dla jednego czytelnika będę miała egzemplarz „Gotowania dla Geeków” ufundowany przez wydawnictwo Helion. Będziecie więc mogli samodzielnie wyrobić opinię na temat tej książki. Zasady konkursu na końcu postu!:)
Gotowanie dla geeków czyli kim jest geek i dlaczego chcecie (nawet jeśli tego jeszcze nie wiecie) mieć tę książkę na swojej półce?
Jeff Potter studiował informatykę i sztuki wizualne na Uniwersytecie Browna w Providence. Na co dzień zajmuje się działaniami z zakresu technologii informacyjnych jednak jego drugą pasją jest gotowanie. Właściwie coś więcej niż gotowanie: dociekanie do tego dlaczego rzeczy wyglądają tak jak wyglądają. Darzę dużym szacunkiem autorów, którzy mają czytelnikowi coś do powiedzenia, którzy posiadają wiedzę na temat jakiegoś zagadnienia i potrafią się nią dzielić. Jednym z takich autorów jest właśnie Jeff Potter, zaś jego książka jest zupełnie inna od większości książek kulinarnych jakie znam i dlatego moim zdaniem należy ją oceniać według innych kryteriów.
Dzięki tej książce możemy dowiedzieć się jak przebiega proces karmelizacji, dlaczego czasami do wypieków używamy sody a czasami proszku do pieczenia, w jaki sposób przebiegają reakcje chemiczne i fizyczne w żywności poddanej obróbce cieplnej. Wszystko to przeplatane wywiadami z profesorami socjologii i psychologii, kulinarnymi bloggerami, specjalistami ds. bezpieczeństwa żywności.. W książce możecie znaleźć również sporo ciekawostek a jeśli czujecie w sobie żyłkę odkrywcy, możecie nawet przygotować maszynkę do lodów z klocków lego!
Kilka słów o wydaniu czyli nie oceniaj książki po okładce.
To co widać na pierwszy rzut oka: książka jest bardzo skromna. Wydana w miękkiej oprawce, wydrukowana na cienkim, szarym papierze, miłymi dla oka czarno-białymi rycinami w klimacie retro oraz z malutkimi czarno-białymi zdjęciami. Przypomina mi nieco mój podręcznik do chemii z liceum. Wydaje mi się, że autor z premedytacją odszedł od konwencji „food porn” („pornografii jedzenia” – czyli przepisów okraszonych estetycznymi zdjęciami od których cieknie nam ślinka, tak, wiem, sama uprawiam taką pornografię ale cóż poradzić:)). Zdecydowanie mamy tutaj więcej treści niż formy.
Jaka to treść? Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, które rzeczywiście można czytać tak, jak rozdziały podręcznika: wybierając interesujące nas zagadnienie. Przykładowe tytuły rozdziałów to „Witajcie w kuchni-myśl jak haker!”, „Wybór danych wejściowych – smak, zapach oraz składniki potrawy” czy „Radosna podróż w świat chemii”. Osobie niezaznajomionej z informatycznym slangiem mogą przeszkadzać niektóre porównania, jednak nie są zbyt częste i uciążliwe, można spokojnie je ominąć bez szkody dla treści.
Jak odczuwamy smaki i czy glutaminian sodu jest szkodliwy? Czyli podróż w zakamarki świata kulinariów.
Przyznam, że czytając pierwsze rozdziały pomyślałam sobie „przecież ja to wszystko wiem! umiem odróżnić rondel od patelni i nóż kuchni od noża do filetowania!”. Szybko jednak okazało się, że znalazłam dla siebie kilka ciekawostek. Nie warto rozbijać skorupki jajka o kant talerza. Lepiej uderzyć nim o płaski blat, dzięki czemu skorupka równomiernie się stłucze. Bezy nie da się dobrze ubić w plastikowym naczyniu, natomiast naczynie miedziane będzie idealne.
Dalsze fragmenty książki były dla mnie sporo ciekawsze. Zainteresowało mnie to w jaki sposób ludzie odczuwają smaki, jak nasze preferencje smakowe różnią się w zależności od kultury, kim jest „superdegustator” (to osoba bardzo intensywnie odczuwająca gorycz i cierpkość – około 35% białych kobiet i 10% białych mężczyzn to superdegustatorzy). Ciekawym elementem były dla mnie fragmenty o chemicznych dodatkach do żywności stosowanych w przemyśle (w końcu spokojnie, bez patosu i ekologicznej retoryki napisane co kryje się za złowrogimi „E”), glutaminianie sodu (właściwie jedynie na Zachodzie mamy obsesję na punkcie jego szkodliwości, w Azji-Południowo-Wschodniej jest używany jako zwyczajna przyprawa) czy kwestii związanej z prawidłowym i bezpiecznym przechowywaniem i przetwarzaniem żywności.
Produkcja jedzenia – pomiędzy jakością a bezpieczeństwem.
Jak słusznie zauważa Jeff Potter producenci wolą mówić o „jakości i pochodzeniu jedzenia” ale niewielu z nich zwraca uwagę na kwestie związane z bezpieczeństwem: kto chciałby sugerować kupującemu że jego produkt jest potencjalnie niebezpieczny? Skoro nikt, tym bardziej warto zapoznać się z podstawowymi – choć wzorowanymi na wyśrubowanych amerykańskich normach – zasadami bezpiecznego obchodzenia się z produktami spożywczymi.
No dobrze a co z przepisami?
Owszem w książce znajdziemy przepisy zarówno takie po które sięgnie zwykły śmiertelnik (konfit z kaczki, pizza) jak i zapalony eksperymentator (trzydziestominutowe jajko dla kogoś?). Jak jednak zauważyła moja kuzynka „Możesz mówić co chcesz, mnie ta książka nie przekona do wypróbowania tych przepisów!”. Mnie również nie przekona. Malutkie, czarno-białe zdjęcia, przepisy z niewielką ilością składników (część połączeń smakowych już znam) i do tego cały czas mam irracjonalne wrażenie, że mogę brać udział w jakimś chemicznym eksperymencie. Wierzę zapewnieniom autora, że żeberka są pyszne a naleśniki z maślanką bardzo dobre, jednak jestem przyzwyczajona do bardziej estetycznej formy prezentacji przepisów.
Podsumowanie. Dlaczego warto przeczytać tę książkę?
Jednak w tej książce zdecydowanie nie chodzi o formę. Chodzi o wiedzę, informację, dociekliwość (dlaczego dany produkt zachowuje się tak a tak?). Jeśli tak jak ja jesteście kulinarnymi pasjonatami (kuchennymi geekami!) z pewnością macie na swojej półce niejedną pięknie wydaną książkę i odwiedzacie blogi z pięknie wydanymi zdjęciami. Niech tak zostanie. Dzięki „Gotowaniu dla Geeków” będziecie mogli lepiej zrozumieć to, co dzieje się z jedzeniem zanim trafi na talerz.
Mi książka pozwoliła dowiedzieć się wiele więcej na temat chemii i fizyki żywności i to w dość bezbolesny (czytaj: niewymagający wypominania sobie, że nie pamiętam już niczego z chemii i fizyki z liceum) oraz fachowy sposób. W końcu trochę zrozumiałam „o co chodzi z tą kuchnią molekularną”. Bardzo podobały mi się, o czym już wspominałam, krótkie wywiady z bloggerami, autorami książek kulinarnych czy psychologami, którzy odpowiadali na dociekliwe pytania Jeffa.
Przyznam, że gdybym nie dostała książki do recenzji, minęłabym ją na półce, przewertowała ją raz czy dwa, ale nie zdecydowałabym się na zakup. Po przeczytaniu książki mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić. Jeśli nie będziecie jej traktować jako książki kulinarnej ale raczej jako „książkę o kulinariach” z pewnością nie będziecie zawiedzeni i każdy z Was dowie się czegoś ciekawego. Autor wprost zachęca do aktywnego korzystania z książki, pisania ołówkiem po jej stronach, pożyczania znajomym. To swoisty podręcznik, którego raczej nie da się przeczytać jednym tchem ale za to wielokrotnie można do niego wracać.
Polecam!
ziolowyzakatek.com.pl Atria, 2011-09-05
Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu
Kiedy pada pytanie o dobry podręcznik do nauki fotografii, trudno jest wskazać tylko jeden. Przy tej dziedzinie sztuki nie można się bowiem oprzeć wyłącznie na wiedzy książkowej. Konieczne jest doświadczenie nabyte w czasie wielu godzin pracy z aparatem w różnych warunkach oświetleniowych, podczas szkoleń specjalistycznych i kursów. Jednak publikacją, która wiele wniesie do samodzielnych poszukiwań w zakresie tradycyjnej fotografii oraz zagadnień fotografii cyfrowej - jest „Kanon fotografii” autorstwa Bruce Barnabaum. Książka zaliczana do klasyki, to jeden z najbardziej przekrojowych i przystępnych podręczników. Zawiera nie tylko niezbędną wiedzę dla początkującego fotografa, ale także jest bogato ilustrowana i uzupełniona praktycznymi wskazówkami dla już fotografujących. Wśród tematów, w jakie wprowadza autor są te najbardziej newralgiczne jak: światło, kompozycja, ekspozycja czy kolor. Ale również nie brakuje zagadnień z zakresu pracy ze światłomierzem, doboru filtrów do fotografii czarno-białej i kolorowej, czy problemów z polaryzatorami. Dzięki publikacji, jasne stanie się m.in. efekt HDR, korygowanie defektów optycznych czy zagadnienia cyfrowej ciemni. A jakby tego było mało, autor zaprasza także do refleksji nad kreatywnością, sztuką i abstrakcją oraz rozprawia się z powszechnie krążącymi mitami nt. fotografii. Wszystko to sprawia, że książka napisana w przystępny i interesujący sposób, powinna być w posiadaniu każdego, kto sięga po aparat fotograficzny. Polecam!
fotokursy.com Agnieszka Strzępka
Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu
Bruce Barnbaum już na początku książki podkreśla, że choć to on jest autorem książki, duży wpływ na jej kształt miało wiele osób, z którymi miał styczność na przestrzeni 35 lat swojej pracy. Dzięki licznym konsultacjom, najnowsza wersja książki, wydanej po raz pierwszy w 1994 roku jest dostosowana do potrzeb, wymagań i aspiracji dzisiejszego Czytelnika. Książka, nie bez powodu nosi tytuł „Kanon fotografii". Obejmuje tematy związane zarówno z fotografią tradycyjną jak i cyfrową. Niektórzy Czytelnicy, szczególnie Ci najmłodsi, mogą się czasami poczuć, jakby czytali książkę niemal historyczną. Informacje dotyczące sposobu wywoływania filmów, wyboru papieru i precyzyjnej techniki wykonywania odbitek dla wielu są dziś egzotyką, ale trzeba pamiętać, że moda na fotografię tradycyjną powraca i warto co nieco o niej wiedzieć. Dużo miejsca poświęcono także różnym aspektom kompozycji, szeroko omówiona została też rola światła i koloru. A wszystko opisane pięknym, czysto-literackim językiem.
Autor dużo mówi o roli entuzjazmu i zaangażowania w pracy fotografa, podkreślając, że bez nich nie można autentycznie, całym sercem oddać się tej sztuce. Czytając, czujemy jego pasję i fascynację dwuwymiarowym obrazem, którą zaraża.
Dużo miejsca poświęca przygotowaniom. Autor podkreśla rolę wizualizacji, która powinna być etapem wyjściowym. Zachęca, by zastanowić się nad zdjęciem, nie wciskać spustu bezmyślnie, sugeruje by etap postprodukcji był procesem uzupełniającym, który ma sprawić, że zdjęcie będzie przypominać to, które sobie wyobraziliśmy jeszcze przed sięgnięciem po aparat. Mając plan i wizję można dokładnie przemyśleć i zaplanować wszelkie poprawki i sprawić, że finalny obraz będzie autentyczny i pokaże prawdę nie tylko o obiekcie, ale i o fotografie.
Plusem książki jest przystępny język, który sprawia, że skomplikowane tematy stają się jaśniejsze. Autor stawia wiele pytań i pobudza do myślenia. Obala pewne mity dotyczące fotografii, ale nie daje jednoznacznego przepisu na dobre zdjęcie. Sugeruje różne rozwiązania, które Czytelnicy powinni wypróbować i na drodze eksperymentów wybrać te, które dają najlepsze rezultaty.
Czytając książkę można cieszyć oko m.in. pięknymi krajobrazami, które swoją siłą przypominają zdjęcia Ansela Adamsa i sprawiają, że ma się ochotę sięgnąć po aparat i wyruszyć w plener.
Jeżeli chcecie poszerzyć swoją artystyczną wrażliwość lub szukacie nowej drogi twórczej ekspresji, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po tę książę.
Autor dużo mówi o roli entuzjazmu i zaangażowania w pracy fotografa, podkreślając, że bez nich nie można autentycznie, całym sercem oddać się tej sztuce. Czytając, czujemy jego pasję i fascynację dwuwymiarowym obrazem, którą zaraża.
Dużo miejsca poświęca przygotowaniom. Autor podkreśla rolę wizualizacji, która powinna być etapem wyjściowym. Zachęca, by zastanowić się nad zdjęciem, nie wciskać spustu bezmyślnie, sugeruje by etap postprodukcji był procesem uzupełniającym, który ma sprawić, że zdjęcie będzie przypominać to, które sobie wyobraziliśmy jeszcze przed sięgnięciem po aparat. Mając plan i wizję można dokładnie przemyśleć i zaplanować wszelkie poprawki i sprawić, że finalny obraz będzie autentyczny i pokaże prawdę nie tylko o obiekcie, ale i o fotografie.
Plusem książki jest przystępny język, który sprawia, że skomplikowane tematy stają się jaśniejsze. Autor stawia wiele pytań i pobudza do myślenia. Obala pewne mity dotyczące fotografii, ale nie daje jednoznacznego przepisu na dobre zdjęcie. Sugeruje różne rozwiązania, które Czytelnicy powinni wypróbować i na drodze eksperymentów wybrać te, które dają najlepsze rezultaty.
Czytając książkę można cieszyć oko m.in. pięknymi krajobrazami, które swoją siłą przypominają zdjęcia Ansela Adamsa i sprawiają, że ma się ochotę sięgnąć po aparat i wyruszyć w plener.
Jeżeli chcecie poszerzyć swoją artystyczną wrażliwość lub szukacie nowej drogi twórczej ekspresji, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po tę książę.
Digital Camera Polska .MŚ, 2012-03-01
Social Media Marketing. Odkryj potencjał Facebooka, Twittera i innych portali społecznościowych
Książka „Social Media Marketing. Odkryj potencjał Facebooka, Twittera i innych portali społecznościowych” Liany „Li” Evans to podręcznik survivalu dla wszystkich, którzy wybierają się na pierwszą wyprawę do nowego świata. To obowiązkowa pozycja szczególnie dla tych, którym wydaje się, że działania marketingowe na tym polu są równie proste jak założenie konta na Facebooku.
Liana „Li” Evans samą siebie nazywa mianem geeka. Social media to jej prawdziwa pasja, której poświęca się zawodowo i prywatnie. Posiada wykształcenie z zakresu informatyki i PR. Od wielu lat doradza markom, jak opracowywać skuteczną strategię obecności w internecie (teraz na stanowisku dyrektora ds. mediów społecznościowych w Serengeti Communications). Wraz z innymi ekspertami prowadzi bloga Search Marketing Gurus. Evans jest także szkoleniowcem i mówcą. Występuje na najbardziej prestiżowych konferencjach tj. Search Engines Strategies. Tutaj jeden z filmików, w którym marketingowa guru wyjaśnia mechanizmy nowych mediów. Książka jest efektem jej obserwacji, doświadczeń oraz rozmów przeprowadzonych z klientami.
Badanie terenu
W ostatnim rozdziale czytamy: Dotarłeś do końca. Prawdopodobnie jesteś gotowy, by zacząć pracę nad własną strategią obecności w mediach społecznościowych lub by poprawić tę już istniejącą. Evans kieruje swoje słowa przede wszystkim do osób, które zaczynają romans z social media. Jeśli chcą, aby ta przygoda przerodziła się w trwały związek małżeński, muszą poświęcić na to wiele pracy.
Social media stały się bardzo modne. Coraz więcej osób decyduje się na wprowadzanie swoich marek w ten świat. Niektórzy robią to na własną rękę, bez żadnej strategii czy konsultacji z ekspertami, a potem następuje zderzenie z brutalną rzeczywistością. Wystarczy poznać kilka ważnych prawd, aby tego uniknąć. Przeczytanie tej książki nie jest receptą na sukces, ale wiedza w niej zawarta to fundament, na którym można go zbudować.
Social media to nie partyjka w golfa
Książka zawiera część wstępną, w której wyjaśnione są podstawowe informacje o tym, czym są media społecznościowe, jakie są cele takiego marketingu oraz możliwe strategie, a co najważniejsze – kim są odbiorcy! Evans charakteryzuje także poszczególne narzędzia. Teraz jest moda na Facebooka i wiele firm skupia się tylko na tym. Jednak może być tak, że ich odbiorców tam po prostu nie ma…
Tytuły rozdziałów formułowane są w zwięzłe polecenia tj. „Nie zakochuj się” czy „Nie obawiaj się nowości”. Niektóre z przykazów autorki wydają się oczywiste, ale bez nich ani rusz! Autorka zapowiada zimny prysznic każdemu, kto zakłada, że social media marketing to szybki i łatwy sukces. W książce przytoczone jest wiele nieudanych ruchów firm, które przeceniły swoje możliwości. Opracowanie strategii to podstawa świadomego marketingu w mediach społecznościowych.
Tutaj rządzą zupełnie inne zasady i nie można przenosić zasad tradycyjnej promocji do sieci. Autorka tak obrazuje tę różnicę:
Marketing tradycyjny i działania w mediach społecznościowych mają się do siebie jak golf do rugby. Golf to sport w zasadzie bezkontaktowy (no, chyba że oberwiesz od kogoś kijem), podczas gdy w rugby kontakt z przeciwnikiem stanowi integralny element gry i na ogół bywa dość intensywny.
Klient - nasz Pan!
Głównym przesłaniem tej książki jest uświadomienie sobie, że w mediach społecznościowych to klient jest centralną postacią. Internauci są obojętni na treści marketingowe, a wręcz ich nie znoszą. W tym świecie toczy się nieustanny dialog, a zadaniem firmy jest monitorowanie go i uczestniczenie w nim. Klient przejął kontrolę nad marketingiem, czy się to komuś podoba czy nie. Evans udziela prostych wskazówek, które pomogą zagubionym odnaleźć się w nowej sytuacji. Radzi, aby podczas wirtualnych rozmów, wyobrażać sobie, że nasi rozmówcy stoją z nami twarzą w twarz. Najważniejszych z nich należy wyróżniać, a wszystkim okazywać szacunek.
Nikt nie idzie na spotkanie z klientami, nie dowiadując się wcześniej o ich zwyczajach. Evans radzi jak uniknąć wpadki już na pierwszym „spotkaniu”. Marki tracą wiele na wizerunku, gdy na początku lekceważą odbiorców lub blogerów, traktując ich jak dziennikarzy. Autorka ostrzega, że jeśli wyślesz blogerowi nudną informację prasową, zamiast na jego listę kontaktową, możesz trafić na bloga „The Bad Pitch Blog” (gdzie publikowane są nieudane strategie marketingu online). Firma bardzo ryzykuje, wchodząc w media społecznościowe bez strategii, konsultacji prawniczych czy szkoleń dla pracowników. Potem jest płacz i zgrzytanie zębami, bo niewinny wpis jednego z pracowników wpłynął destrukcyjnie na wizerunek całej firmy.
Najtaniej na cudzych błędach
Porady autorki to nie jest sucha teoria. Na każdej stronie znajdziemy ciekawe case’y, nawiązujące do poruszonego tematu. Autorka przytacza nieudane przykłady strategii online, ale także wyróżnia te, na których warto się wzorować np. posunięcie restauracji Houlihan’s, która urządziła specjalną kolację tylko dla członków internetowej społeczności.
Do lektury tej pozycji (szczególnie rozdział „Dialog ma miejsce z Tobą czy bez Ciebie”) zachęcam wszystkie osoby sceptycznie nastawione do marketingu social media. Niektórych rzeczy nie można kontrolować. Czasami wynik wyszukiwania może być bardzo niekorzystny dla twojej firmy. Jeśli nie będziesz wykazywał się na tym polu, zostawiasz pewne materiały samym sobie (patrz: sprawa firmy Comcast). Działania w mediach społecznościowych dają także możliwość poznania prawdziwych opinii o twojej ofercie. Czasami o braku popularności danego produktu może decydować jedynie kształt butelki, który nie pasuje do drzwiczek na lodówce… Stara prawda mówi, że najszybciej uczymy się na swoich błędach, ale chyba najtaniej będzie szkolić się na cudzych :)
Liana „Li” Evans samą siebie nazywa mianem geeka. Social media to jej prawdziwa pasja, której poświęca się zawodowo i prywatnie. Posiada wykształcenie z zakresu informatyki i PR. Od wielu lat doradza markom, jak opracowywać skuteczną strategię obecności w internecie (teraz na stanowisku dyrektora ds. mediów społecznościowych w Serengeti Communications). Wraz z innymi ekspertami prowadzi bloga Search Marketing Gurus. Evans jest także szkoleniowcem i mówcą. Występuje na najbardziej prestiżowych konferencjach tj. Search Engines Strategies. Tutaj jeden z filmików, w którym marketingowa guru wyjaśnia mechanizmy nowych mediów. Książka jest efektem jej obserwacji, doświadczeń oraz rozmów przeprowadzonych z klientami.
Badanie terenu
W ostatnim rozdziale czytamy: Dotarłeś do końca. Prawdopodobnie jesteś gotowy, by zacząć pracę nad własną strategią obecności w mediach społecznościowych lub by poprawić tę już istniejącą. Evans kieruje swoje słowa przede wszystkim do osób, które zaczynają romans z social media. Jeśli chcą, aby ta przygoda przerodziła się w trwały związek małżeński, muszą poświęcić na to wiele pracy.
Social media stały się bardzo modne. Coraz więcej osób decyduje się na wprowadzanie swoich marek w ten świat. Niektórzy robią to na własną rękę, bez żadnej strategii czy konsultacji z ekspertami, a potem następuje zderzenie z brutalną rzeczywistością. Wystarczy poznać kilka ważnych prawd, aby tego uniknąć. Przeczytanie tej książki nie jest receptą na sukces, ale wiedza w niej zawarta to fundament, na którym można go zbudować.
Social media to nie partyjka w golfa
Książka zawiera część wstępną, w której wyjaśnione są podstawowe informacje o tym, czym są media społecznościowe, jakie są cele takiego marketingu oraz możliwe strategie, a co najważniejsze – kim są odbiorcy! Evans charakteryzuje także poszczególne narzędzia. Teraz jest moda na Facebooka i wiele firm skupia się tylko na tym. Jednak może być tak, że ich odbiorców tam po prostu nie ma…
Tytuły rozdziałów formułowane są w zwięzłe polecenia tj. „Nie zakochuj się” czy „Nie obawiaj się nowości”. Niektóre z przykazów autorki wydają się oczywiste, ale bez nich ani rusz! Autorka zapowiada zimny prysznic każdemu, kto zakłada, że social media marketing to szybki i łatwy sukces. W książce przytoczone jest wiele nieudanych ruchów firm, które przeceniły swoje możliwości. Opracowanie strategii to podstawa świadomego marketingu w mediach społecznościowych.
Tutaj rządzą zupełnie inne zasady i nie można przenosić zasad tradycyjnej promocji do sieci. Autorka tak obrazuje tę różnicę:
Marketing tradycyjny i działania w mediach społecznościowych mają się do siebie jak golf do rugby. Golf to sport w zasadzie bezkontaktowy (no, chyba że oberwiesz od kogoś kijem), podczas gdy w rugby kontakt z przeciwnikiem stanowi integralny element gry i na ogół bywa dość intensywny.
Klient - nasz Pan!
Głównym przesłaniem tej książki jest uświadomienie sobie, że w mediach społecznościowych to klient jest centralną postacią. Internauci są obojętni na treści marketingowe, a wręcz ich nie znoszą. W tym świecie toczy się nieustanny dialog, a zadaniem firmy jest monitorowanie go i uczestniczenie w nim. Klient przejął kontrolę nad marketingiem, czy się to komuś podoba czy nie. Evans udziela prostych wskazówek, które pomogą zagubionym odnaleźć się w nowej sytuacji. Radzi, aby podczas wirtualnych rozmów, wyobrażać sobie, że nasi rozmówcy stoją z nami twarzą w twarz. Najważniejszych z nich należy wyróżniać, a wszystkim okazywać szacunek.
Nikt nie idzie na spotkanie z klientami, nie dowiadując się wcześniej o ich zwyczajach. Evans radzi jak uniknąć wpadki już na pierwszym „spotkaniu”. Marki tracą wiele na wizerunku, gdy na początku lekceważą odbiorców lub blogerów, traktując ich jak dziennikarzy. Autorka ostrzega, że jeśli wyślesz blogerowi nudną informację prasową, zamiast na jego listę kontaktową, możesz trafić na bloga „The Bad Pitch Blog” (gdzie publikowane są nieudane strategie marketingu online). Firma bardzo ryzykuje, wchodząc w media społecznościowe bez strategii, konsultacji prawniczych czy szkoleń dla pracowników. Potem jest płacz i zgrzytanie zębami, bo niewinny wpis jednego z pracowników wpłynął destrukcyjnie na wizerunek całej firmy.
Najtaniej na cudzych błędach
Porady autorki to nie jest sucha teoria. Na każdej stronie znajdziemy ciekawe case’y, nawiązujące do poruszonego tematu. Autorka przytacza nieudane przykłady strategii online, ale także wyróżnia te, na których warto się wzorować np. posunięcie restauracji Houlihan’s, która urządziła specjalną kolację tylko dla członków internetowej społeczności.
Do lektury tej pozycji (szczególnie rozdział „Dialog ma miejsce z Tobą czy bez Ciebie”) zachęcam wszystkie osoby sceptycznie nastawione do marketingu social media. Niektórych rzeczy nie można kontrolować. Czasami wynik wyszukiwania może być bardzo niekorzystny dla twojej firmy. Jeśli nie będziesz wykazywał się na tym polu, zostawiasz pewne materiały samym sobie (patrz: sprawa firmy Comcast). Działania w mediach społecznościowych dają także możliwość poznania prawdziwych opinii o twojej ofercie. Czasami o braku popularności danego produktu może decydować jedynie kształt butelki, który nie pasuje do drzwiczek na lodówce… Stara prawda mówi, że najszybciej uczymy się na swoich błędach, ale chyba najtaniej będzie szkolić się na cudzych :)
Socjomania.pl Karina Swachta, 2011-12-30
Zend Framework od podstaw. Wykorzystaj gotowe rozwiązania PHP do tworzenia zaawansowanych aplikacji internetowych
Zacząłem czytać tę książkę i natychmiast miałem ochotę ją odłożyć.
Ale, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Chciałem ją odłożyć nie dlatego że jest kiepska. Wręcz przeciwnie. Problem w tym, ciężko jest jednocześnie czytać i programować, tym bardziej, że Alt+Tab kiepsko radzi sobie z przełączaniem między monitorem a książką. A gdy tylko zagłębiamy się w ten podręcznik, natychmiast przychodzi do głowy mnóstwo pomysłów, jak od razu wykorzystać zawarte w niej wskazówki. Dla kontrastu powiem, że książka jest wciągająca. Osoby, które to ode mnie słyszały przecierały... uszy ze zdumienia. Tak, podręcznik programistyczny może być wciągający. W dodatku tworzy to niemal tragiczny konflikt u czytelnika. Chciałby jednocześnie nie przestawać czytać i od razu zaczynać programować. Mam wrażenie, że najlepszym pomysłem byłoby wchłonięcie za jednym zamachem całej tej książki - dożylnie.
Przyznaję, trochę przesadziłem. Nie od razu chciałem ją odłożyć. Pierwsze przykłady są dość proste, może nawet do przesady. Korzystam z Zend Frameworka od kilku lat i co nieco już na jego temat wiem. Ale poruszanie tych prostych zagadnień na samym początku absolutnie nie jest wadą książki. W tytule pada deklaracja "od podstaw" i tak właśnie jest. Kusiło mnie, żeby przeskoczyć kilka początkowych rozdziałów, ale powstrzymałem się. I dobrze. Późniejsze przykłady nawiązują do wcześniejszych więc warto przeczytać tę książkę liniowo, rozdział po rozdziale. Gdy już to zrobimy, będziemy często wracać do poszczególnych fragmentów, ale znając już kontekst całości.
Przykład, przykład, przykład - co mnie wzięło z tymi przykładami? Otóż to mnie wzięło, że książka jest zbudowana właśnie w konwencji przykładów zadań i ich rozwiązań. Nie lubię tej konwencji. Autorzy lubują się w spartaczeniu takiej konstrukcji. Ale Włodzimierz Gajda stanął na wysokości zadania. W tej chwili nie wyobrażam sobie, żeby tak książka mogła być napisana w inny sposób.
Zdarzają się co prawda błędy, ale to redakcyjne drobiazgi. Nie psuje to całego obrazu. Dobrą rzeczą jest to, że książka jest polskiego autorstwa, dzięki czemu nie znajdziemy tutaj typowych problemów z tłumaczeniem i tzw. "lost in translation".
Jak już wspomniałem, używam Zend Framework od jakiegoś czasu. Nie jest to jednak wychwalanie się, a raczej złożenie samokrytyki. Okazuje się, że korzystałem z 1/5 jego możliwości, które są opisane w tej książce. A jestem pewien, że to jeszcze nie wszystko...
Podtytuł książki głosi "użyj gotowych rozwiązań do budowy aplikacji". O tak. Tak właśnie róbmy, w przeciwieństwie do tego, co zdarza się przeczytać w innych książkach.
Każdy programista PHP powinien mieć tę książkę w swojej biblioteczce. Chyba, że woli zrobić sobie z niej napar i popijać codziennie rano zamiast kawy. Ja tak chyba zrobię. Napar z Zend Frameworka - o tak!
Ale, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Chciałem ją odłożyć nie dlatego że jest kiepska. Wręcz przeciwnie. Problem w tym, ciężko jest jednocześnie czytać i programować, tym bardziej, że Alt+Tab kiepsko radzi sobie z przełączaniem między monitorem a książką. A gdy tylko zagłębiamy się w ten podręcznik, natychmiast przychodzi do głowy mnóstwo pomysłów, jak od razu wykorzystać zawarte w niej wskazówki. Dla kontrastu powiem, że książka jest wciągająca. Osoby, które to ode mnie słyszały przecierały... uszy ze zdumienia. Tak, podręcznik programistyczny może być wciągający. W dodatku tworzy to niemal tragiczny konflikt u czytelnika. Chciałby jednocześnie nie przestawać czytać i od razu zaczynać programować. Mam wrażenie, że najlepszym pomysłem byłoby wchłonięcie za jednym zamachem całej tej książki - dożylnie.
Przyznaję, trochę przesadziłem. Nie od razu chciałem ją odłożyć. Pierwsze przykłady są dość proste, może nawet do przesady. Korzystam z Zend Frameworka od kilku lat i co nieco już na jego temat wiem. Ale poruszanie tych prostych zagadnień na samym początku absolutnie nie jest wadą książki. W tytule pada deklaracja "od podstaw" i tak właśnie jest. Kusiło mnie, żeby przeskoczyć kilka początkowych rozdziałów, ale powstrzymałem się. I dobrze. Późniejsze przykłady nawiązują do wcześniejszych więc warto przeczytać tę książkę liniowo, rozdział po rozdziale. Gdy już to zrobimy, będziemy często wracać do poszczególnych fragmentów, ale znając już kontekst całości.
Przykład, przykład, przykład - co mnie wzięło z tymi przykładami? Otóż to mnie wzięło, że książka jest zbudowana właśnie w konwencji przykładów zadań i ich rozwiązań. Nie lubię tej konwencji. Autorzy lubują się w spartaczeniu takiej konstrukcji. Ale Włodzimierz Gajda stanął na wysokości zadania. W tej chwili nie wyobrażam sobie, żeby tak książka mogła być napisana w inny sposób.
Zdarzają się co prawda błędy, ale to redakcyjne drobiazgi. Nie psuje to całego obrazu. Dobrą rzeczą jest to, że książka jest polskiego autorstwa, dzięki czemu nie znajdziemy tutaj typowych problemów z tłumaczeniem i tzw. "lost in translation".
Jak już wspomniałem, używam Zend Framework od jakiegoś czasu. Nie jest to jednak wychwalanie się, a raczej złożenie samokrytyki. Okazuje się, że korzystałem z 1/5 jego możliwości, które są opisane w tej książce. A jestem pewien, że to jeszcze nie wszystko...
Podtytuł książki głosi "użyj gotowych rozwiązań do budowy aplikacji". O tak. Tak właśnie róbmy, w przeciwieństwie do tego, co zdarza się przeczytać w innych książkach.
Każdy programista PHP powinien mieć tę książkę w swojej biblioteczce. Chyba, że woli zrobić sobie z niej napar i popijać codziennie rano zamiast kawy. Ja tak chyba zrobię. Napar z Zend Frameworka - o tak!
youthcoders.net Wojtek Hildebrandt, 2012-02-18