Recenzje
Tybet. Legenda i rzeczywistość. Wydanie 2
Marek Kalmus, autor „Tybet, legenda i rzeczywistość” był gościem Wydawnictwa Bezdroża podczas Targów Książki 2009. Napisaną przez niego książkę wydano już po raz trzeci, tak wielkim cieszy się powodzeniem wśród czytelników.
-To wydanie jest zaktualizowane pod kątem najnowszej sytuacji politycznej oraz poszerzone o indeks z glosariuszem – mówi Ewelina Wolna z Wydawnictwa Bezdroża. -Skoro jest zainteresowanie książką to należy ją udoskonalać, tym bardziej, że problem Tybetu jest wielu osobom bliski – dodaje. „Tybet, legenda i rzeczywistość” nie jest typową monografią. Wprawdzie piszę o historii Tybetu, o kraju jako takim od strony geograficznej, przyrodniczej, o różnych kwestiach związanych z buddyzmem tybetańskim, ale również zamieściłem wiele ciekawostek mniej znanych, jak np. o amuletach tybetańskich, medycynie tybetańskiej, trochę o systemie kalaczakry, o Szambali, mitycznej krainie. Jest to więc książka wieloaspektowa – opisuje Autor.
-Marzy mi się napisanie kolejnych książek, o sztuce tybetańskiej i jej korzeniach i znaczeniu. Tak naprawdę sztuka tybetańska to sztuka sakralna, ma ona wielopoziomowe znaczenia, to jest sztuka symboliczna, trudno zrozumiała z naszego zachodniego punktu widzenia, mająca czasami zupełnie bezsensowne interpretacje i konotacje. Poza tym jest niezwykle ciekawa, barwna, bujna, ma wiele zakorzenień w różnych rejonach sztuki: w sztuce starożytnych Indii, w sztuce greckobuddyjskiej, Azji centralnej, szlaku jedwabnego, troszkę wpływów chińskich. Od tej strony chciałbym to czytelnikom objaśnić – dodaje.
Drugim pomysłem Marka Kalmusa jest książka o tej części Tybetu, która jest od ok. 150 lat w Indiach. -Od wielu lat sporo tam jeździłem, są to przepiękne tereny, gdzie zachowało się bardzo dużo starych klasztorów, bo rewolucja kulturalna tam na szczęście nie zaistniała i tam jest żywy buddyzm tybetański cały czas. Jest to też kraina, gdzie dociera dużo turystów, w tym bardzo dużo Polaków, jest tam dużo taniej i łatwiej dojechać, niż do Tybetu chińskiego. – dodaje. Obserwując kolejki czytelników, które ustawiały się aby choć przez chwilę porozmawiać z Markiem Kalmusem nie ma wątpliwości, że każda kolejna Jego książka okazałaby się ważnym wydarzeniem.
-To wydanie jest zaktualizowane pod kątem najnowszej sytuacji politycznej oraz poszerzone o indeks z glosariuszem – mówi Ewelina Wolna z Wydawnictwa Bezdroża. -Skoro jest zainteresowanie książką to należy ją udoskonalać, tym bardziej, że problem Tybetu jest wielu osobom bliski – dodaje. „Tybet, legenda i rzeczywistość” nie jest typową monografią. Wprawdzie piszę o historii Tybetu, o kraju jako takim od strony geograficznej, przyrodniczej, o różnych kwestiach związanych z buddyzmem tybetańskim, ale również zamieściłem wiele ciekawostek mniej znanych, jak np. o amuletach tybetańskich, medycynie tybetańskiej, trochę o systemie kalaczakry, o Szambali, mitycznej krainie. Jest to więc książka wieloaspektowa – opisuje Autor.
-Marzy mi się napisanie kolejnych książek, o sztuce tybetańskiej i jej korzeniach i znaczeniu. Tak naprawdę sztuka tybetańska to sztuka sakralna, ma ona wielopoziomowe znaczenia, to jest sztuka symboliczna, trudno zrozumiała z naszego zachodniego punktu widzenia, mająca czasami zupełnie bezsensowne interpretacje i konotacje. Poza tym jest niezwykle ciekawa, barwna, bujna, ma wiele zakorzenień w różnych rejonach sztuki: w sztuce starożytnych Indii, w sztuce greckobuddyjskiej, Azji centralnej, szlaku jedwabnego, troszkę wpływów chińskich. Od tej strony chciałbym to czytelnikom objaśnić – dodaje.
Drugim pomysłem Marka Kalmusa jest książka o tej części Tybetu, która jest od ok. 150 lat w Indiach. -Od wielu lat sporo tam jeździłem, są to przepiękne tereny, gdzie zachowało się bardzo dużo starych klasztorów, bo rewolucja kulturalna tam na szczęście nie zaistniała i tam jest żywy buddyzm tybetański cały czas. Jest to też kraina, gdzie dociera dużo turystów, w tym bardzo dużo Polaków, jest tam dużo taniej i łatwiej dojechać, niż do Tybetu chińskiego. – dodaje. Obserwując kolejki czytelników, które ustawiały się aby choć przez chwilę porozmawiać z Markiem Kalmusem nie ma wątpliwości, że każda kolejna Jego książka okazałaby się ważnym wydarzeniem.
www.salonliteracki.eu 2012-02-02
Czysty kod. Podręcznik dobrego programisty
Roberta C. Martina przedstawiać nie trzeba. W nowej książce pokazuje jak należy pisać przejrzysty kod w otwierający oczy sposób. Jako konsultant zwraca uwagę na praktyczne korzyści z pewnych rozwiązań zamiast skupiać się na samym formaliźmie.
Ilu programistów tyle styli programowania. Można powiedzieć, że każdy jest dobry. Z drugiej strony gdy w zespole panuje zgoda co do styli pisania łatwej jest przeglądać czyjś kod. Nawet jednak gdy piszesz samemu kod możesz skorzystać na lepszej jego organizacji. Czytałem już książki traktujące ten temat. Jednak często są one teoretyczne i traktują o językach starych, wycofanych. Nie da przenieść się ich do realiów C#, czy JavaScript i PHP. Niemniej jednak książka Czysty Kod jest inna.
Autor poświęca dużo czasu na wyjaśnienie filozofii znaczących nazw. Szczególnie polecam ten dział polskim programistom, którzy tłumacząc nazwy na angielski, którego nie znają tak dobrze jak myślą stosują ogólniki zamazujące obraz zamiast wyjaśniać do czego służą poszczególne funkcje. Funkcje, komentarze, obiekty, formatowanie to kolejne działy opisujące dosyć niskopoziomowo język. Na tym wiele książek się kończy. Jednak Martin idzie dalej i objaśnia pisanie czystego kodu obiektowego oraz połączenie teoretycznych idei o pisaniu przejrzystego kodu ze stosowaniem testów jednostkowych, budowania systemu jako całości i klas, a więc z wysokopoziomowego punktu widzenia, na współbieżności skończywszy.
Okazuje się, że nie trzeba rezygnować z pisania czystego kodu dlatego, że nowe języki oferują nam więcej możliwości, które zaciemniają obraz. Nawet w nich można budować piękne rozwiązania do których z chęcią się wraca, nawet po roku. Minusem książki jest to, że czasem zbacza na tematy niezwiązane ze stylem programowania, niemniej jednak temu autorowi dygresje, przez niektórych bardzo lubiane, można wybaczyć. Polecam.
Ilu programistów tyle styli programowania. Można powiedzieć, że każdy jest dobry. Z drugiej strony gdy w zespole panuje zgoda co do styli pisania łatwej jest przeglądać czyjś kod. Nawet jednak gdy piszesz samemu kod możesz skorzystać na lepszej jego organizacji. Czytałem już książki traktujące ten temat. Jednak często są one teoretyczne i traktują o językach starych, wycofanych. Nie da przenieść się ich do realiów C#, czy JavaScript i PHP. Niemniej jednak książka Czysty Kod jest inna.
Autor poświęca dużo czasu na wyjaśnienie filozofii znaczących nazw. Szczególnie polecam ten dział polskim programistom, którzy tłumacząc nazwy na angielski, którego nie znają tak dobrze jak myślą stosują ogólniki zamazujące obraz zamiast wyjaśniać do czego służą poszczególne funkcje. Funkcje, komentarze, obiekty, formatowanie to kolejne działy opisujące dosyć niskopoziomowo język. Na tym wiele książek się kończy. Jednak Martin idzie dalej i objaśnia pisanie czystego kodu obiektowego oraz połączenie teoretycznych idei o pisaniu przejrzystego kodu ze stosowaniem testów jednostkowych, budowania systemu jako całości i klas, a więc z wysokopoziomowego punktu widzenia, na współbieżności skończywszy.
Okazuje się, że nie trzeba rezygnować z pisania czystego kodu dlatego, że nowe języki oferują nam więcej możliwości, które zaciemniają obraz. Nawet w nich można budować piękne rozwiązania do których z chęcią się wraca, nawet po roku. Minusem książki jest to, że czasem zbacza na tematy niezwiązane ze stylem programowania, niemniej jednak temu autorowi dygresje, przez niektórych bardzo lubiane, można wybaczyć. Polecam.
polishwords.com.pl 2011-12-22
Sekrety mistrza fotografii cyfrowej. W dążeniu do perfekcji
Do poradników fotograficznych podchodzę z dużą rezerwą. Bardzo wiele z nich pisanych jest w sposób, który potrafiłby zniechęcić do fotografii nawet najbardziej zagorzałego jej pasjonata. Autorzy lansując się w roli wszechwiedzących guru podają częstokroć "jedyne słuszne" zasady czyli te, w które sami wierzą nie uznając, że może istnieć coś poza ich spojrzeniem na fotograficzne zagadnienia. W rezultacie poradniki takie zabijają kreatywność, a to ona przecież stoi u podstaw wszelkich wynalazków, które z czasem stają się regułą. Tym samym naprawdę dużym zaskoczeniem jest poradnik "Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" napisany przez Scotta Kelby'ego.
Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.
***
Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.
***
Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.
Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam.
Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.
***
Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.
***
Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.
Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam.
www.salonliteracki.eu 2012-02-02
Sekrety mistrza fotografii cyfrowej. W dążeniu do perfekcji
Do poradników fotograficznych podchodzę z dużą rezerwą. Bardzo wiele z nich pisanych jest w sposób, który potrafiłby zniechęcić do fotografii nawet najbardziej zagorzałego jej pasjonata. Autorzy lansując się w roli wszechwiedzących guru podają częstokroć "jedyne słuszne" zasady czyli te, w które sami wierzą nie uznając, że może istnieć coś poza ich spojrzeniem na fotograficzne zagadnienia. W rezultacie poradniki takie zabijają kreatywność, a to ona przecież stoi u podstaw wszelkich wynalazków, które z czasem stają się regułą. Tym samym naprawdę dużym zaskoczeniem jest poradnik "Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" napisany przez Scotta Kelby'ego.
Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.
***
Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.
***
Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.
Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam.
Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.
***
Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.
***
Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.
Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam.
www.salonliteracki.eu 2012-02-02
Podręcznik CSS. Eric Meyer o tworzeniu nowoczesnych układów stron WWW. Smashing Magazine
Wczoraj pojechałem po książce Smashing Magazine autorstwa Billa „spięte pośladki” Sandersa. Dzisiaj kolej na drugą pozycję kultowego Smashing Magazine. Tym razem na warsztat bierzemy „Podręcznik CSS” Erica A. Mayera. Czy jest lepiej czy gorzej?
Zacznijmy od tego, że ta książka o CSS3 jest o 10 złotych tańsza niż czarnobiała książka o HTML5. Nadal nie wiem jak to jest możliwe bo przeczy prawom ekonomii, ale ok. Zostawmy to na razie. Podchodzę do tej recenzji trochę zniechęcony po ostatniej książce. Ale teraz mamy innego autora i inny temat. Może więc będzie lepiej.
Pierwszy rozdział zaczyna się od ilustrowanego przewodnika po przygotowaniu i stosowaniu debugerów w różnych przeglądarkach od Internet Explorera, po Operę i Firefoksa. Rozdział kończy się instrukcją zerowania styli i sprawienia aby strona wyglądała w IE7 i 8 mniej więcej tak jak w IE9. Fajnie, że chociaż Mayer wierzy w inteligencję czytelników. Dalej znajdziemy opis selektorów po których oprowadza nas Mayer przystając momentami i tłumacząc niejasności. Wszystko zostało przygotowane bardzo starannie. Trzeci rozdział zawiera opis dobrych praktycznych rad wykorzystywania CSS. Widać już że lektura książki będzie przyjemna, tym bardziej, że Mayer pozwala sobie od czasu na żarty.
Jakie rady znajdziemy? Jakie znaczenie ma kolejność parametrów? Jak ustawiać wysokość linii? Jak zmienić kolor obramowania? Ukryć element, ustawić margines, przygotować wersję do drukowania? Trzeci rozdział jest jak pudełko z narzędziami. Przydatne.
Kolejny rozdział obejmuje budowanie układów stron z użyciem CSS. Jest dużo ilustracji, ale każda z nich ma sens. W piątym rozdziale poznamy efekty CSS np. zaokrąglone kształty, otaczanie, menu kontekstowe itp. Szósty rozdział obejmuje tworzenie tabel i wykresów w nowy sposób, a w ostatnim powiązanie CSS z HTML5.
Książka zawiera w sobie bardzo dużo wiedzy. Na okładce znowu pojawiło się słowo „podręcznik”. Znowu nad wyrost dlatego, że nie prowadzi metodycznie po całym CSS-ie. Zawiera za to mniej zaawansowane i bardziej zaawansowane przykłady praktycznych zastosować CSS. Pozwala też zrozumieć jak należy stosować selektory i budować układy stron.
Jestem zadowolony z tej książki. Można się z niej dużo nauczyć. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś ciekawego. Książka ponadto jest pięknie wydana i dobrze przetłumaczona. Meyer odwalił kawał dobrej roboty. Jeśli chcesz korzystać intensywniej z CSS i poznać nowości w CSS3 ale tylko do stopnia, w którym możesz przełożyć wiedzę na konkretne modyfikacje Twojej strony internetowej polecam Ci tę książkę. Jeśli znasz się już na CSS część rzeczy będzie dla Ciebie jasna, ale ponieważ Meyer nasycił każdy rozdział przydatnymi poradami myślę, że znajdziesz i tak dużo radości czytając tę książkę.
Smashing Magazine obroniło się. Polecam „podręcznik” CSS3 Erica A. Mayera.
Zacznijmy od tego, że ta książka o CSS3 jest o 10 złotych tańsza niż czarnobiała książka o HTML5. Nadal nie wiem jak to jest możliwe bo przeczy prawom ekonomii, ale ok. Zostawmy to na razie. Podchodzę do tej recenzji trochę zniechęcony po ostatniej książce. Ale teraz mamy innego autora i inny temat. Może więc będzie lepiej.
Pierwszy rozdział zaczyna się od ilustrowanego przewodnika po przygotowaniu i stosowaniu debugerów w różnych przeglądarkach od Internet Explorera, po Operę i Firefoksa. Rozdział kończy się instrukcją zerowania styli i sprawienia aby strona wyglądała w IE7 i 8 mniej więcej tak jak w IE9. Fajnie, że chociaż Mayer wierzy w inteligencję czytelników. Dalej znajdziemy opis selektorów po których oprowadza nas Mayer przystając momentami i tłumacząc niejasności. Wszystko zostało przygotowane bardzo starannie. Trzeci rozdział zawiera opis dobrych praktycznych rad wykorzystywania CSS. Widać już że lektura książki będzie przyjemna, tym bardziej, że Mayer pozwala sobie od czasu na żarty.
Jakie rady znajdziemy? Jakie znaczenie ma kolejność parametrów? Jak ustawiać wysokość linii? Jak zmienić kolor obramowania? Ukryć element, ustawić margines, przygotować wersję do drukowania? Trzeci rozdział jest jak pudełko z narzędziami. Przydatne.
Kolejny rozdział obejmuje budowanie układów stron z użyciem CSS. Jest dużo ilustracji, ale każda z nich ma sens. W piątym rozdziale poznamy efekty CSS np. zaokrąglone kształty, otaczanie, menu kontekstowe itp. Szósty rozdział obejmuje tworzenie tabel i wykresów w nowy sposób, a w ostatnim powiązanie CSS z HTML5.
Książka zawiera w sobie bardzo dużo wiedzy. Na okładce znowu pojawiło się słowo „podręcznik”. Znowu nad wyrost dlatego, że nie prowadzi metodycznie po całym CSS-ie. Zawiera za to mniej zaawansowane i bardziej zaawansowane przykłady praktycznych zastosować CSS. Pozwala też zrozumieć jak należy stosować selektory i budować układy stron.
Jestem zadowolony z tej książki. Można się z niej dużo nauczyć. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś ciekawego. Książka ponadto jest pięknie wydana i dobrze przetłumaczona. Meyer odwalił kawał dobrej roboty. Jeśli chcesz korzystać intensywniej z CSS i poznać nowości w CSS3 ale tylko do stopnia, w którym możesz przełożyć wiedzę na konkretne modyfikacje Twojej strony internetowej polecam Ci tę książkę. Jeśli znasz się już na CSS część rzeczy będzie dla Ciebie jasna, ale ponieważ Meyer nasycił każdy rozdział przydatnymi poradami myślę, że znajdziesz i tak dużo radości czytając tę książkę.
Smashing Magazine obroniło się. Polecam „podręcznik” CSS3 Erica A. Mayera.
polishwords.com.pl 2011-12-18
Wprowadzenie do HTML5. Autorytety Informatyki
Prace nad standardem HTML5 mają potrwać do 2022 roku, jednak twórcy przeglądarek już teraz HTML5 wdrażają. Dlatego powoli możemy używać metod tego języka. Książka ma wprowadzić nas w zagadnienia i robi to naprawdę dobrze.
Nie wiem czy wszyscy czytelnicy pamiętają to, ale parę lat temu był taki standard” o nazwie DHTML. Było to w czasie gdy JavaScript jeszcze się rozwijał. Znając już JS zainteresowałem się DHTML ponieważ swego czasu półki księgarni uginały się od książek na ten temat. Okazało się jednak, że wiekszość z nich porusza temat JS i zwykłego HTML podczas gdy nic nowego nie opisywały. DHTML okazał się bardziej hasłem niż faktycznym zbiorem nowych możliwości.
Inaczej jest w przypadku HTML5. W nim znajdziemy wiele dobrodziejstw, których wcześniej używać nie można było. Książka Bruce’a Lawsona przeprowadzi Cię przez strukturę dokumentu HTML i ważne tagi takie jak footer czy nav, przez konspekt, WAI-ARIA, globalne atrybuty, nowe pola formularzy, tag audio i video, przez połączenie HTML5 z obsługą multimediów w przeglądarkach starszych, aż po element canvas, składowanie danych na komputerze użytkownika, pracę offline, drag and drop i geolokalizację.
Sporo tematów jak na jedną książkę. Niemniej jednak autor dobrze wywiązuje się z zadania. Każde zagadnienie opisane jest rzeczowo i nie na bazie samej teorii HTML5, ale praktycznej obsługi przez przeglądarki. Tak więc gotowe przykłady można testować na swoim komputerze. Niemniej jednak jeśli chcesz zagłębić się w szczegóły to warto dokupić jakiś almanach. Z pewnością jednak jeśli nie wiesz jeszcze czym jest HTML5, słyszałeś o nim i chcesz ogólnie ogarnąć temat, książka będzie dla Ciebie idealna. Sam HTML5 też jest świetny. Naprawdę warto się nim zainteresować. Programiści innych języków mają nowości co parę miesięcy, webdeweloperzy co kilkanaście lat. Ale czasem warto czekać.
Nie wiem czy wszyscy czytelnicy pamiętają to, ale parę lat temu był taki standard” o nazwie DHTML. Było to w czasie gdy JavaScript jeszcze się rozwijał. Znając już JS zainteresowałem się DHTML ponieważ swego czasu półki księgarni uginały się od książek na ten temat. Okazało się jednak, że wiekszość z nich porusza temat JS i zwykłego HTML podczas gdy nic nowego nie opisywały. DHTML okazał się bardziej hasłem niż faktycznym zbiorem nowych możliwości.
Inaczej jest w przypadku HTML5. W nim znajdziemy wiele dobrodziejstw, których wcześniej używać nie można było. Książka Bruce’a Lawsona przeprowadzi Cię przez strukturę dokumentu HTML i ważne tagi takie jak footer czy nav, przez konspekt, WAI-ARIA, globalne atrybuty, nowe pola formularzy, tag audio i video, przez połączenie HTML5 z obsługą multimediów w przeglądarkach starszych, aż po element canvas, składowanie danych na komputerze użytkownika, pracę offline, drag and drop i geolokalizację.
Sporo tematów jak na jedną książkę. Niemniej jednak autor dobrze wywiązuje się z zadania. Każde zagadnienie opisane jest rzeczowo i nie na bazie samej teorii HTML5, ale praktycznej obsługi przez przeglądarki. Tak więc gotowe przykłady można testować na swoim komputerze. Niemniej jednak jeśli chcesz zagłębić się w szczegóły to warto dokupić jakiś almanach. Z pewnością jednak jeśli nie wiesz jeszcze czym jest HTML5, słyszałeś o nim i chcesz ogólnie ogarnąć temat, książka będzie dla Ciebie idealna. Sam HTML5 też jest świetny. Naprawdę warto się nim zainteresować. Programiści innych języków mają nowości co parę miesięcy, webdeweloperzy co kilkanaście lat. Ale czasem warto czekać.
polishwords.com.pl 2011-12-21