Recenzje
Popkultura dla blondynek
Mam kłopot z odczytaniem książki Michała Jędryki „Popkultura dla blondynek”. Autor chciał napisać przewrotny poradnik „lansu na intelektualistę”, jak informuje hasło na campowo - pop-artowej okładce. Pomysł dawał nadzieję na smakowitą i wytrącającą z dobrego samopoczucia lekturę dla człowieka uważającego się z grubsza za intelektualistę. Wyszło co innego. Chyba. Bo nie jestem pewien dla kogo jest ta książka.
Najpierw sam autor: „...wykorzystując potocznie funkcjonujący stereotyp blondynki jako zespołu cech charakteru, powstrzymywania się od inteligencji oraz niechęci do korzystania z jej przeróżnych wytworów bardziej skomplikowanych od suszarki do włosów, próbowałem tę etykietę zakwestionować, albo przynajmniej ruszyć Cię [, blondynko] z miejsca, w którym się znalazłaś przyszpilona przez potoczną opinię i męskie stereotypy”. Dodajmy, że Jędryka już na początku zastrzega, iż „blondynka” to figura, pod którą kryć się może osobnik płci dowolnej i dowolnego koloru włosów. „Blondynka” Jędryki to stan umysłu. A jednak w wielu miejscach autor ulega własnej metaforze i momentami ma się wrażenie, że pisze jednak do blondynki faktycznej. Niemniej chwyt ten, choć nienowy, wciąga: białe kozaczki mogą się okazać brązowymi mokasynami, a na blondynkę może wyjść brunet na topowym stanowisku w dużej korporacji. Ale znowu: chwilami Jędryka znów się ześlizguje, opisując blondynkę tak, że nawet do niewielu blondynek ów opis pasuje (czyniąc choćby aluzje, jakoby sposobem na rozrywkę według blondynki było LSD).
Napiszmy od razu: chwyt jest seksistowski i autor tego nie ukrywa. Tak, jak seksistowskie są dowcipy o blondynkach. Jednak założenie, że blondynka to stan umysłu, usprawiedliwia moim zdaniem ten chwyt. Rzecz jasna, etykietka „blondynka” seksistowską pozostaje i to mnie razi. Niemniej, na potrzeby tego skromnego omówienia, będę go używał, bo używa go Jędryka. Będzie na niego.
Otwierając tę książkę, miałem nadzieję - i miałem ją prawo mieć, sugerując się tytułem - raczej na przewrotną diagnozę popkultury, na przewodnik po jej wzlotach i upadkach, ikonach i karykaturach. Liczyłem na książkę, która jest też smakowitą lekturą dla kogoś, kto jednak do bycia blondynką się nie poczuwa (rzecz jasna, może to być pierwszy nieomylny symbol bycia blondynką). Bo o to aż się prosiło w tej konwencji: jeśli „Popkultura dla blondynek” miała być instruktażem dostawania się na poziom, do którego aspirujemy, chciałoby się przeczytać - do czego aspirujemy. Czym jest popkultura.
Może to był błąd mojego nastawienia, ale po lekturze pierwszych rozdziałów odniosłem wrażenie, że autor złożył mi obietnicę, a potem mnie wystawił. „Popkultura dla blondynek” okazała się... w istocie przyspieszonym kursem niewychodzenia na idiotę w każdej możliwej sytuacji.
Co więc mamy w książce? Na początek wykład o tym, jakie filmy wypada znać. Jędryka zaczyna od „Casablanki”. Ależ to nie popkultura, lecz klasyka! - chce się zakrzyknąć? Nic podobnego: „Casablanka” w swoich czasach była czystej wody utworem popkulturowym, statusu klasyki dorobiła się z wiekiem (i, dodajmy, dzięki temu, że to absolutnie wybitny film). Jędryka bardzo sprawnie i przystępnie pokazuje, czym się różni film wartościowy od bezwartościowego. Często też przewrotnie: „Filmy dzielą się na takie, które wszyscy oglądają (tu możesz wydąć ładnie usteczka i rzucić z dobrotliwą pogardą: komercja!), takie które są oglądane przez elity (wiesz, te pryszczate, w swetrach), oraz takie, które Ty w sposób twórczy i subiektywny zaliczysz do prywatnego kanonu. Tylko proszę, nie mów o nich filmy kultowe! Tak mówią w telewizji i piszą w pismach kobiecych, a to, jak się słusznie domyślasz, wydymając usteczka - komercja. Czyli obciach”.
Następnie trafiamy na rozdział o tym, jak być sobą i dlaczego warto być oryginalnym, oraz co to właściwie znaczy. Jędryka prowadzi swój weberowski typ idealny blondynki przez rozmaite strategie: od no logo do koneserstwa, tłumaczy czym się różni oryginalność od autentyzmu („Nawet jeśli zamieszczone tu poglądy nie zawsze są niepowtarzalne - w końcu autor też na ogół za kimś powtarza - to jednak są poglądami. Zapewne zgodzisz się ze mną, że blondynka z poglądami to niepowtarzalne zjawisko!”).
Trafiam na rozdział trzeci: „Dlaczego książki są takie grube, skoro można je sprowadzić do paru zdań?” - i jest mi dziwnie. Najpierw jestem instruowany, dlaczego warto być oczytanym, a potem otrzymuję streszczenie (owszem, krotochwilne)... licealnego kanonu: Trylogia, Lalka, Proust, Noce i dnie, Dostojewski... To moment, kiedy „Popkultura dla blondynek” przestaje być książką, której się spodziewałem, i staje się podręcznikiem dla aspirujących nieco wyżej nieuków.
Utwierdzam się w tym przekonaniu, czytając kolejne rozdziały: o filozofii, o znaniu się na polityce, a wreszcie... o seksie, o prowadzeniu samochodu i o radzeniu sobie ze stresem. Dla kogo Jędryka napisał tę książkę? - mogliby ją czytać uczniowie szkół średnich, żeby nabrać w ostatnim momencie przekonania, że jednak warto czasem wyłączyć telewizor. Ale z okładki nie dowiedzą się, że mogłaby to być propozycja dla nich. Mogłyby ją czytać blondynki (przypomnijmy: niezależnie od płci i koloru włosów). Ale pewnie nie przeczytają. Ludzie, którzy spodziewają się książki o popkulturze, znudzą się po pierwszym rozdziale. Szkoda.
Ale - bo jest też ale - próbuję przeczytać tę książkę inaczej. Po pierwsze, zastanawiam się po co, u licha, rozdział o prowadzeniu samochodu, o stresie, czy poradnik nieobciachowego randkowania. Jędryka bardzo trafnie pokazał w ten sposób, że termin popkultura nie obejmuje tylko medialnych produktów dostępnych w w kinie, telewizji, w radiu, na CD i w księgarni. Że rozciąga się znacznie szerzej: na całe spektrum aktywności w świecie, w którym przyszło nam żyć. Elementem kultury popularnej jest posiadanie i prowadzenie samochodu, który staje się ikoną statusu i elementem dyskursu władzy. Elementem kultury popularnej są metody radzenia sobie ze stresem, bo tabletka nie jest tylko lekarstwem: jest obietnicą handlową niosącą konkretne konotacje i spełniającą aspiracje (bierzesz prozac - przynależysz do pewnej grupy). W tym sensie ultra-popkulturowy bywa też seks. A Jędryka szuka sposobów na to, jak się uwolnić od sprzedażno-partycypacyjnej logiki odnajdywania się w kulturze rozumianej w najszerszym sensie.
Jednak żeby ten trop odnaleźć w książce Jędryki, trzeba się przebić nie tylko przez kolejne rozdziały przeznaczone dla zupełnie innego czytelnika (bezpieczniej powiedzieć: odbiorcy, bo rzadko bywa on czytelnikiem), a - co gorsza - przez mentorski ton autora. Ów, bez wątpienia biegły erudyta, nie pozwala o tym ani na chwilę zapomnieć. Jest belfrem, mentorem, tutorem - ale nie partnerem. Popatrz, mówi, ja się od tego wszystkiego wyzwoliłem, ty też, droga blondynko, możesz. Piekielna inteligencja i bardzo zaraźliwy humor autora w tej konwencji nazbyt często giną.
Drugi sukces Jędryki, który wynika z poradnikowego charakteru jego książki, to demaskacja. Czuję się zdemaskowany tym, że świadczący o obyciu kanon daje się streścić w kilku filuternych zdaniach. Czuję się zdemaskowany orientując się, jak niewiele treści wystarczy, żeby uznać kogoś za przynależącego do świata ludzi mieniących się inteligentnymi. Jędryka pisze ABC oczywistości i w jakiś sposób dowodzi, że z tych kilku rozdziałów oczywistości składa się zadowolony z siebie uczestnik kultury. Kultury, która - czy tego chcemy czy nie - jest i będzie popularna.
W tym celu czytelnik, który nie uważa się za blondynkę, może po „Popkulturę dla blondynek” sięgnąć. Żeby - jeśli zdoła w ten właśnie sposób książkę Jędryki odczytać - zweryfikować swoją pewność.
Trochę żal, że musi najpierw zdołać.
Najpierw sam autor: „...wykorzystując potocznie funkcjonujący stereotyp blondynki jako zespołu cech charakteru, powstrzymywania się od inteligencji oraz niechęci do korzystania z jej przeróżnych wytworów bardziej skomplikowanych od suszarki do włosów, próbowałem tę etykietę zakwestionować, albo przynajmniej ruszyć Cię [, blondynko] z miejsca, w którym się znalazłaś przyszpilona przez potoczną opinię i męskie stereotypy”. Dodajmy, że Jędryka już na początku zastrzega, iż „blondynka” to figura, pod którą kryć się może osobnik płci dowolnej i dowolnego koloru włosów. „Blondynka” Jędryki to stan umysłu. A jednak w wielu miejscach autor ulega własnej metaforze i momentami ma się wrażenie, że pisze jednak do blondynki faktycznej. Niemniej chwyt ten, choć nienowy, wciąga: białe kozaczki mogą się okazać brązowymi mokasynami, a na blondynkę może wyjść brunet na topowym stanowisku w dużej korporacji. Ale znowu: chwilami Jędryka znów się ześlizguje, opisując blondynkę tak, że nawet do niewielu blondynek ów opis pasuje (czyniąc choćby aluzje, jakoby sposobem na rozrywkę według blondynki było LSD).
Napiszmy od razu: chwyt jest seksistowski i autor tego nie ukrywa. Tak, jak seksistowskie są dowcipy o blondynkach. Jednak założenie, że blondynka to stan umysłu, usprawiedliwia moim zdaniem ten chwyt. Rzecz jasna, etykietka „blondynka” seksistowską pozostaje i to mnie razi. Niemniej, na potrzeby tego skromnego omówienia, będę go używał, bo używa go Jędryka. Będzie na niego.
Otwierając tę książkę, miałem nadzieję - i miałem ją prawo mieć, sugerując się tytułem - raczej na przewrotną diagnozę popkultury, na przewodnik po jej wzlotach i upadkach, ikonach i karykaturach. Liczyłem na książkę, która jest też smakowitą lekturą dla kogoś, kto jednak do bycia blondynką się nie poczuwa (rzecz jasna, może to być pierwszy nieomylny symbol bycia blondynką). Bo o to aż się prosiło w tej konwencji: jeśli „Popkultura dla blondynek” miała być instruktażem dostawania się na poziom, do którego aspirujemy, chciałoby się przeczytać - do czego aspirujemy. Czym jest popkultura.
Może to był błąd mojego nastawienia, ale po lekturze pierwszych rozdziałów odniosłem wrażenie, że autor złożył mi obietnicę, a potem mnie wystawił. „Popkultura dla blondynek” okazała się... w istocie przyspieszonym kursem niewychodzenia na idiotę w każdej możliwej sytuacji.
Co więc mamy w książce? Na początek wykład o tym, jakie filmy wypada znać. Jędryka zaczyna od „Casablanki”. Ależ to nie popkultura, lecz klasyka! - chce się zakrzyknąć? Nic podobnego: „Casablanka” w swoich czasach była czystej wody utworem popkulturowym, statusu klasyki dorobiła się z wiekiem (i, dodajmy, dzięki temu, że to absolutnie wybitny film). Jędryka bardzo sprawnie i przystępnie pokazuje, czym się różni film wartościowy od bezwartościowego. Często też przewrotnie: „Filmy dzielą się na takie, które wszyscy oglądają (tu możesz wydąć ładnie usteczka i rzucić z dobrotliwą pogardą: komercja!), takie które są oglądane przez elity (wiesz, te pryszczate, w swetrach), oraz takie, które Ty w sposób twórczy i subiektywny zaliczysz do prywatnego kanonu. Tylko proszę, nie mów o nich filmy kultowe! Tak mówią w telewizji i piszą w pismach kobiecych, a to, jak się słusznie domyślasz, wydymając usteczka - komercja. Czyli obciach”.
Następnie trafiamy na rozdział o tym, jak być sobą i dlaczego warto być oryginalnym, oraz co to właściwie znaczy. Jędryka prowadzi swój weberowski typ idealny blondynki przez rozmaite strategie: od no logo do koneserstwa, tłumaczy czym się różni oryginalność od autentyzmu („Nawet jeśli zamieszczone tu poglądy nie zawsze są niepowtarzalne - w końcu autor też na ogół za kimś powtarza - to jednak są poglądami. Zapewne zgodzisz się ze mną, że blondynka z poglądami to niepowtarzalne zjawisko!”).
Trafiam na rozdział trzeci: „Dlaczego książki są takie grube, skoro można je sprowadzić do paru zdań?” - i jest mi dziwnie. Najpierw jestem instruowany, dlaczego warto być oczytanym, a potem otrzymuję streszczenie (owszem, krotochwilne)... licealnego kanonu: Trylogia, Lalka, Proust, Noce i dnie, Dostojewski... To moment, kiedy „Popkultura dla blondynek” przestaje być książką, której się spodziewałem, i staje się podręcznikiem dla aspirujących nieco wyżej nieuków.
Utwierdzam się w tym przekonaniu, czytając kolejne rozdziały: o filozofii, o znaniu się na polityce, a wreszcie... o seksie, o prowadzeniu samochodu i o radzeniu sobie ze stresem. Dla kogo Jędryka napisał tę książkę? - mogliby ją czytać uczniowie szkół średnich, żeby nabrać w ostatnim momencie przekonania, że jednak warto czasem wyłączyć telewizor. Ale z okładki nie dowiedzą się, że mogłaby to być propozycja dla nich. Mogłyby ją czytać blondynki (przypomnijmy: niezależnie od płci i koloru włosów). Ale pewnie nie przeczytają. Ludzie, którzy spodziewają się książki o popkulturze, znudzą się po pierwszym rozdziale. Szkoda.
Ale - bo jest też ale - próbuję przeczytać tę książkę inaczej. Po pierwsze, zastanawiam się po co, u licha, rozdział o prowadzeniu samochodu, o stresie, czy poradnik nieobciachowego randkowania. Jędryka bardzo trafnie pokazał w ten sposób, że termin popkultura nie obejmuje tylko medialnych produktów dostępnych w w kinie, telewizji, w radiu, na CD i w księgarni. Że rozciąga się znacznie szerzej: na całe spektrum aktywności w świecie, w którym przyszło nam żyć. Elementem kultury popularnej jest posiadanie i prowadzenie samochodu, który staje się ikoną statusu i elementem dyskursu władzy. Elementem kultury popularnej są metody radzenia sobie ze stresem, bo tabletka nie jest tylko lekarstwem: jest obietnicą handlową niosącą konkretne konotacje i spełniającą aspiracje (bierzesz prozac - przynależysz do pewnej grupy). W tym sensie ultra-popkulturowy bywa też seks. A Jędryka szuka sposobów na to, jak się uwolnić od sprzedażno-partycypacyjnej logiki odnajdywania się w kulturze rozumianej w najszerszym sensie.
Jednak żeby ten trop odnaleźć w książce Jędryki, trzeba się przebić nie tylko przez kolejne rozdziały przeznaczone dla zupełnie innego czytelnika (bezpieczniej powiedzieć: odbiorcy, bo rzadko bywa on czytelnikiem), a - co gorsza - przez mentorski ton autora. Ów, bez wątpienia biegły erudyta, nie pozwala o tym ani na chwilę zapomnieć. Jest belfrem, mentorem, tutorem - ale nie partnerem. Popatrz, mówi, ja się od tego wszystkiego wyzwoliłem, ty też, droga blondynko, możesz. Piekielna inteligencja i bardzo zaraźliwy humor autora w tej konwencji nazbyt często giną.
Drugi sukces Jędryki, który wynika z poradnikowego charakteru jego książki, to demaskacja. Czuję się zdemaskowany tym, że świadczący o obyciu kanon daje się streścić w kilku filuternych zdaniach. Czuję się zdemaskowany orientując się, jak niewiele treści wystarczy, żeby uznać kogoś za przynależącego do świata ludzi mieniących się inteligentnymi. Jędryka pisze ABC oczywistości i w jakiś sposób dowodzi, że z tych kilku rozdziałów oczywistości składa się zadowolony z siebie uczestnik kultury. Kultury, która - czy tego chcemy czy nie - jest i będzie popularna.
W tym celu czytelnik, który nie uważa się za blondynkę, może po „Popkulturę dla blondynek” sięgnąć. Żeby - jeśli zdoła w ten właśnie sposób książkę Jędryki odczytać - zweryfikować swoją pewność.
Trochę żal, że musi najpierw zdołać.
popkulturalni.blog.onet.pl
Sześć ram myślowych
Każdego dnia świat bombarduje nas milionami informacji. Jedne są cenne, inne tylko ciekawe, ale większość jest kompletnie bezwartościowa. Aby zupełnie nie zwariować w rzeczywistości naszpikowanej danymi, musimy zacząć rozsądnie je filtrować. Tutaj z pomocą przyjść może Edward de Bono i jego koncepcja sześciu ram myślowych - autorski program świadomej koncentracji uwagi tylko na istotnych informacjach oraz ich odpowiedniej interpretacji.
Ramy myślowe nie tylko nie ograniczają percepcji świata, ale właśnie pomogą odpowiednio ją ukierunkować. Dzięki nim można szybko i skutecznie wyłuskiwać z docierających do nas informacji i ich prawdziwą wartość.
Edward de Bono jest czołowym autorytetem w dziedzinie kreatywnego myślenia i bezpośredniego nauczania umiejętności myślenia. Tysiące ludzi piszą programy komputerowe, a Edward de Bono jest pionierem w opracowywaniu „oprogramowania” dla ludzkiego umysłu. Zrozumienie jego funkcjonowania jako samoorganizującego się systemu informacyjnego pozwoliło mu opracować formalne twórcze narzędzia myślenia lateralnego. Edward de Bono jest również autorem koncepcji „myślenia równoległego” i „sześciu kapeluszy myślowych”. Opracowane przez niego narzędzia dotyczące myślenia percepcyjnego (CoRT i DATT) są powszechnie stosowane zarówno w szkołach, jak i w biznesie.
Kierowanie się w analizowaniu informacji ramami oznacza, że przy stosowaniu każdej z ram myślowych umysł jest przygotowany i wyczulony na dostrzeganie różnych rzeczy. Możemy zwracać uwagę na dokładność informacji albo na punkt widzenia danej osoby, przedstawiony w informacji. Możemy rozpatrywać informację pod kątem przedmiotu naszych zainteresowań. Każda rama myślowa przygotowuje umysł do rozpatrywania informacji w szczególny sposób. Dostrzegamy to, na co jesteśmy przygotowani. Sześć ram myślowych opisanych w niniejszej książce to proste narzędzia rozpatrywania i przyjmowania informacji.
Ramy myślowe nie tylko nie ograniczają percepcji świata, ale właśnie pomogą odpowiednio ją ukierunkować. Dzięki nim można szybko i skutecznie wyłuskiwać z docierających do nas informacji i ich prawdziwą wartość.
Edward de Bono jest czołowym autorytetem w dziedzinie kreatywnego myślenia i bezpośredniego nauczania umiejętności myślenia. Tysiące ludzi piszą programy komputerowe, a Edward de Bono jest pionierem w opracowywaniu „oprogramowania” dla ludzkiego umysłu. Zrozumienie jego funkcjonowania jako samoorganizującego się systemu informacyjnego pozwoliło mu opracować formalne twórcze narzędzia myślenia lateralnego. Edward de Bono jest również autorem koncepcji „myślenia równoległego” i „sześciu kapeluszy myślowych”. Opracowane przez niego narzędzia dotyczące myślenia percepcyjnego (CoRT i DATT) są powszechnie stosowane zarówno w szkołach, jak i w biznesie.
Kierowanie się w analizowaniu informacji ramami oznacza, że przy stosowaniu każdej z ram myślowych umysł jest przygotowany i wyczulony na dostrzeganie różnych rzeczy. Możemy zwracać uwagę na dokładność informacji albo na punkt widzenia danej osoby, przedstawiony w informacji. Możemy rozpatrywać informację pod kątem przedmiotu naszych zainteresowań. Każda rama myślowa przygotowuje umysł do rozpatrywania informacji w szczególny sposób. Dostrzegamy to, na co jesteśmy przygotowani. Sześć ram myślowych opisanych w niniejszej książce to proste narzędzia rozpatrywania i przyjmowania informacji.
Charaktery PIO, 12/2009
Indie. W poszukiwaniu sacrum. Wydanie 1
Fotografie są dopełniane przez słowa komentarza, które sprawiają, że wyjątkowy kraj i zamieszkujący go ludzie stają się bliżsi. Najnowszy album Wydawnictwa Bezdroża pt. "Indie. w poszukiwaniu sacrum" autorstwa Emilii i Rafała Kubików, wydany w serii "Obrazy świata",
pozwala wkroczyć w świat nieogarniony, tajemniczy i pełen głębi. Pozwólmy się w tę piękną podróż zaprosić. Indie, obszarowo ponad dziesięciokrotnie większe od Polski, gromadzą dziedzictwo cywilizacji, której początki sięgają drugiego tysiąclecia przed naszą erą. W
przeciągu wieków na terenie półwyspu egzystowały obok siebie lub następowały po sobie plemiona i ludy o całkowicie odmiennym stopniu rozwoju i sposobie życia. Wypracowały one niezwykle bogatą kulturę, której głównym wyznacznikiem jest głębokie zaangażowanie w życie religijne. W Indiach sfera ducha przenika życie świeckie i jest niemal tak samo dostępna, jak rzeczywistość materialna. Tutaj narodziły się cztery wielkie religie - hinduizm, buddyzm, dźinizm oraz sikhizm, a dwie inne - chrześcijaństwo i islam - znalazły podatny grunt do rozwoju.
Efektowne zdjęcia Emilii i Rafała Kubików podążają śladami indyjskiego sacrum. Podczas wielu swoich podróży autorzy przemierzyli niemal cały półwysep, dając się przeniknąć tamtejszą atmosferą i poznając indyjską filozofię życia. Swoją najdłuższą, siedmiomiesięczną wędrówkę wspominają następująco: "Z dużą ciekawością chłonęliśmy obrazy, zapachy i smaki odwiedzanych miejsc, z zapartym tchem oglądaliśmy ceremonie religijne i święte miejsca, które zawsze przyciągały nas w sposób szczególny. Podróżowaliśmy często w towarzystwie hinduskich pielgrzymów. Wraz z nimi wędrowaliśmy po górskich szlakach pielgrzymkowych, spaliśmy we wspólnych namiotach i jedliśmy w polowych hangarach zbudowanych w tym celu na szlaku".
Zamieszczone w albumie fotografie ukazują mieszkańców Indii na co dzień i od święta. Zdjęcia zgiełkliwych ulic, handlarzy na bazarach czy rolników orzących ziemię przeplatają sceny intymnego kontaktu z bóstwem i religijnego uniesienia podczas hucznych festiwali. To Indie autentyczne: pełne kontrastów, barw i odcieni, miejsc znanych oraz takich, do których docierają tylko nieliczni. Te, które najbardziej zapadły w pamięć, stanowią treść niniejszej książki.
Wyobrażeń na temat Indii przybywa, można jednak założyć, że żadne nie odda w pełni tutejszego mikrokosmosu. Dobrze ujmuje to buddyjska przypowieść o trzech ślepcach spierających się o wygląd słonia. Niewidomy, który dotknął trąby, stworzył sobie w głowie obraz zwierzęcia podobnego do węża, kolejny, na podstawie ucha, uznał, że słoń przypomina wachlarz, ostatni zaś, dotykając nogi, przyrównał zwierzę do potężnego, stabilnego filara. Każde z tych przekonań niesie w sobie ziarno prawdy, żadne jednak nie jest prawdą ostateczną.
Efektowne zdjęcia Emilii i Rafała Kubików podążają śladami indyjskiego sacrum. Podczas wielu swoich podróży autorzy przemierzyli niemal cały półwysep, dając się przeniknąć tamtejszą atmosferą i poznając indyjską filozofię życia. Swoją najdłuższą, siedmiomiesięczną wędrówkę wspominają następująco: "Z dużą ciekawością chłonęliśmy obrazy, zapachy i smaki odwiedzanych miejsc, z zapartym tchem oglądaliśmy ceremonie religijne i święte miejsca, które zawsze przyciągały nas w sposób szczególny. Podróżowaliśmy często w towarzystwie hinduskich pielgrzymów. Wraz z nimi wędrowaliśmy po górskich szlakach pielgrzymkowych, spaliśmy we wspólnych namiotach i jedliśmy w polowych hangarach zbudowanych w tym celu na szlaku".
Zamieszczone w albumie fotografie ukazują mieszkańców Indii na co dzień i od święta. Zdjęcia zgiełkliwych ulic, handlarzy na bazarach czy rolników orzących ziemię przeplatają sceny intymnego kontaktu z bóstwem i religijnego uniesienia podczas hucznych festiwali. To Indie autentyczne: pełne kontrastów, barw i odcieni, miejsc znanych oraz takich, do których docierają tylko nieliczni. Te, które najbardziej zapadły w pamięć, stanowią treść niniejszej książki.
Wyobrażeń na temat Indii przybywa, można jednak założyć, że żadne nie odda w pełni tutejszego mikrokosmosu. Dobrze ujmuje to buddyjska przypowieść o trzech ślepcach spierających się o wygląd słonia. Niewidomy, który dotknął trąby, stworzył sobie w głowie obraz zwierzęcia podobnego do węża, kolejny, na podstawie ucha, uznał, że słoń przypomina wachlarz, ostatni zaś, dotykając nogi, przyrównał zwierzę do potężnego, stabilnego filara. Każde z tych przekonań niesie w sobie ziarno prawdy, żadne jednak nie jest prawdą ostateczną.
Naturalnie
Indie. W poszukiwaniu sacrum. Wydanie 1
Wydawnictwo "Bezdroża" opublikowało kolejną książkę poświęconą Indiom. Przy czym tych samych autorów, którzy napisali chyba najlepszy dotychczas w języku polskim przewodnik po Północnych Indiach ( oraz Goa i Nepalu ), zrecenzowany przeze mnie w Globtroter Info w lipcu br. Tym razem jest to album wydany w serii "Obrazy Świata".
Zawiera on ( łącznie z okładkowym ) 189 zdjęć, w tym wiele znakomitych, w sumie 6 autorów. O swojej fascynacji Indiami i podróżach po tym subkontynencie - w tym ostatniej najdłuższej, 7 - miesięcznej, autorzy wspomnianego już przewodnika oraz albumu, Emilia i Rafał Kubikowie, napisali we wstępie:
"...Był to czas magiczny: czas włóczęgi, pełnej wolności i smakowania świata, jednocześnie też czas "wgryzania się" w Indie i ich kosztowania. W trakcie tych kilku miesięcy przemierzyliśmy prawie cały subkontynent. Z ciekawością chłonęliśmy obrazy, zapachy i smaki odwiedzanych miejsc, z zapartym tchem oglądaliśmy ceremonie religijne i odwiedzaliśmy święte miejsca. Bo indyjska duchowość przyciągała nas w sposób szczególny i właściwie to poszukiwanie sacrum za każdym razem wyznaczało trasy naszych wędrówek.".
Rozumiem ich doskonale, gdyż również jestem zafascynowany Indiami, chociaż zdołałem w nich poznać o wiele mniej miejsc, niż odwiedzili i sfotografowali młodzi autorzy. Przygotowując album, w którym ich zdjęcia dominują, nie ograniczyli się do doboru ilustracji. Napisali też, poza wstępem, ciekawą część Oto Indie prezentującą ten kraj, jego geografię, historię - z podkreśleniem najważniejszych w niej okresów od IV tysiąclecia p.n.e. po współczesność, kulturę - koncentrując się na świętych księgach i literackich objawieniach, pieśniach, tańcu i teatrze oraz społeczeństwo z jego językowym tyglem ( 1576 rdzennych języków i dialektów ! ), tradycjami i nowoczesnością.
Natomiast zdjęcia podzielili w albumie na dwie części tematyczne. Ludzie i ich życie to: Mozaika ras i charakterów, Na co dzień i od święta, W mieście, Na wsi. Natomiast Święte Indie przedstawiają trzy główne: hinduizm, islam, buddyzm oraz pięć innych religii: dźinizm, sikhizm, chrześcijaństwo, bahaizm i zaratusztrianizm. Każdą z nich poprzedzając, niekiedy dosyć obszernym, wstępem informacyjnym. W przypadku hinduizmu są to np. Święte rzeki, Pielgrzymowanie, Święte miejsca, Święta i życie religijne, Święci mężowie, Sztuka religijna. W rozdziale Islam: Indie Wielkich Mogołów, Sufizm, Kaszmir, Architektura i sztuka.
Dobór zdjęć - jak już wspomniałem wielu znakomitych - jest ciekawy, chociaż te same tematy można by przedstawić oczywiście setkami innych. Niektóre mnie nawet trochę rozczarowały. Np. jeden z cudów świata - Mauzoleum Tadż Mahal w Agrze przedstawia na jednym zdjęciu tylko jego główną część poprzez sylwetki fotografujących je turystów, drugie, przeciętne artystycznie i technicznie, fragment tego kompleksu architektonicznego od strony wyschniętego koryta rzeki Jamuny.
Brakuje mi zdjęć tak ważnych w architekturze Indii, a zarazem niezwykle "fotogenicznych" obiektów, jak sławne twierdze - chociażby Czerwony Fort w New Delhi czy Fort Amber, lub pałace - np. Pałac Wiatrów w Dżajpurze. Zaskakuje brak fotografii jakiegokolwiek miejsca kultu zaratusztrianizmu, czy przepięknej świątyni bahaistycznej - słynnego, marmurowego "Kwiatu Lotosu" w New Delhi. Zwłaszcza, że jest kilka, raczej banalnych, katolickich. Sikhizm reprezentuje kilkakrotnie najsłynniejsza, Złota Świątynia w Amrisatrze, chociaż bardzo ciekawa jest również ich świątynia w New Delhi.
Ale równocześnie jest w tym albumie wiele przepięknych zdjęć. Zwłaszcza portretowych, typów ludzkich, dzieci czy architektury i sztuki, że wymienię z tych ostatnich Mauzoleum Akbara w Sikandrze, ołtarz bogini Sitapatra w Sankar Gompa w Lehu, Toranę - bramę do stupy w Sanći, minaret Kutub Minar w Delhi czy wejście do mauzoleum Alego Hamadana w Śrinagarze.
Te subiektywne uwagi krytyczne nie zmieniają faktu, że jest to w sumie piękny i wartościowy album, który mogę polecić do oglądania oraz czytania zarówno ludziom zafascynowanym Indiami, jak i tym, którzy jeszcze w nich nigdy nie byli. Bo na pewno zachęci ich do podróży oraz poznawania tego baśniowego, chociaż równocześnie pełnego niewyobrażalnych kontrastów i nędzy, regionu świata.
Zawiera on ( łącznie z okładkowym ) 189 zdjęć, w tym wiele znakomitych, w sumie 6 autorów. O swojej fascynacji Indiami i podróżach po tym subkontynencie - w tym ostatniej najdłuższej, 7 - miesięcznej, autorzy wspomnianego już przewodnika oraz albumu, Emilia i Rafał Kubikowie, napisali we wstępie:
"...Był to czas magiczny: czas włóczęgi, pełnej wolności i smakowania świata, jednocześnie też czas "wgryzania się" w Indie i ich kosztowania. W trakcie tych kilku miesięcy przemierzyliśmy prawie cały subkontynent. Z ciekawością chłonęliśmy obrazy, zapachy i smaki odwiedzanych miejsc, z zapartym tchem oglądaliśmy ceremonie religijne i odwiedzaliśmy święte miejsca. Bo indyjska duchowość przyciągała nas w sposób szczególny i właściwie to poszukiwanie sacrum za każdym razem wyznaczało trasy naszych wędrówek.".
Rozumiem ich doskonale, gdyż również jestem zafascynowany Indiami, chociaż zdołałem w nich poznać o wiele mniej miejsc, niż odwiedzili i sfotografowali młodzi autorzy. Przygotowując album, w którym ich zdjęcia dominują, nie ograniczyli się do doboru ilustracji. Napisali też, poza wstępem, ciekawą część Oto Indie prezentującą ten kraj, jego geografię, historię - z podkreśleniem najważniejszych w niej okresów od IV tysiąclecia p.n.e. po współczesność, kulturę - koncentrując się na świętych księgach i literackich objawieniach, pieśniach, tańcu i teatrze oraz społeczeństwo z jego językowym tyglem ( 1576 rdzennych języków i dialektów ! ), tradycjami i nowoczesnością.
Natomiast zdjęcia podzielili w albumie na dwie części tematyczne. Ludzie i ich życie to: Mozaika ras i charakterów, Na co dzień i od święta, W mieście, Na wsi. Natomiast Święte Indie przedstawiają trzy główne: hinduizm, islam, buddyzm oraz pięć innych religii: dźinizm, sikhizm, chrześcijaństwo, bahaizm i zaratusztrianizm. Każdą z nich poprzedzając, niekiedy dosyć obszernym, wstępem informacyjnym. W przypadku hinduizmu są to np. Święte rzeki, Pielgrzymowanie, Święte miejsca, Święta i życie religijne, Święci mężowie, Sztuka religijna. W rozdziale Islam: Indie Wielkich Mogołów, Sufizm, Kaszmir, Architektura i sztuka.
Dobór zdjęć - jak już wspomniałem wielu znakomitych - jest ciekawy, chociaż te same tematy można by przedstawić oczywiście setkami innych. Niektóre mnie nawet trochę rozczarowały. Np. jeden z cudów świata - Mauzoleum Tadż Mahal w Agrze przedstawia na jednym zdjęciu tylko jego główną część poprzez sylwetki fotografujących je turystów, drugie, przeciętne artystycznie i technicznie, fragment tego kompleksu architektonicznego od strony wyschniętego koryta rzeki Jamuny.
Brakuje mi zdjęć tak ważnych w architekturze Indii, a zarazem niezwykle "fotogenicznych" obiektów, jak sławne twierdze - chociażby Czerwony Fort w New Delhi czy Fort Amber, lub pałace - np. Pałac Wiatrów w Dżajpurze. Zaskakuje brak fotografii jakiegokolwiek miejsca kultu zaratusztrianizmu, czy przepięknej świątyni bahaistycznej - słynnego, marmurowego "Kwiatu Lotosu" w New Delhi. Zwłaszcza, że jest kilka, raczej banalnych, katolickich. Sikhizm reprezentuje kilkakrotnie najsłynniejsza, Złota Świątynia w Amrisatrze, chociaż bardzo ciekawa jest również ich świątynia w New Delhi.
Ale równocześnie jest w tym albumie wiele przepięknych zdjęć. Zwłaszcza portretowych, typów ludzkich, dzieci czy architektury i sztuki, że wymienię z tych ostatnich Mauzoleum Akbara w Sikandrze, ołtarz bogini Sitapatra w Sankar Gompa w Lehu, Toranę - bramę do stupy w Sanći, minaret Kutub Minar w Delhi czy wejście do mauzoleum Alego Hamadana w Śrinagarze.
Te subiektywne uwagi krytyczne nie zmieniają faktu, że jest to w sumie piękny i wartościowy album, który mogę polecić do oglądania oraz czytania zarówno ludziom zafascynowanym Indiami, jak i tym, którzy jeszcze w nich nigdy nie byli. Bo na pewno zachęci ich do podróży oraz poznawania tego baśniowego, chociaż równocześnie pełnego niewyobrażalnych kontrastów i nędzy, regionu świata.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 11/11/2009
Zasady GRY. Mistrzostwo uwodzenia w 30 dni. Zasady GRY. Kodeks uwodziciela
Poprzednią książkę, którą napisał Neil Strauss czytałem z bardzo dużym zaciekawieniem. The Game było powieścią, którą znał prawie każdy facet związany ze społecznością uwodzenia. Tym razem Neil postawił na inną formę swojej książki. " Zasady gry" napisane w formie poradnika wprowadzają szczegółowo w świat uwodzenia. To podręcznik rozwoju osobistego, który zawiera zadania do wykonania na każdy dzień. Oprócz tego do każdego zadania podane są konkretne wskazówki i wytłumaczenie zagadnień podrywu. Taka forma czyni z " Zasad gry" bardzo motywującą i wartościową książkę. Jestem przekonany o tym, że facet który zaufa autorowi i sumiennie wypełni wszystkie misje, zyska bardzo dużą przemianę swojej osobowości, która gwarantuje mu atrakcyjność wśród pięknych i wartościowych kobiet.
"Zasady gry" to nie instrukcja jak poderwać dziewczynę w 5 minut. To szczegółowy plan przemiany Ciebie byś dla kobiet stał się bardzo atrakcyjny. To książka, która pomoże Ci nie tylko podrywać piękne kobiety ale także być w życiu pewniejszym siebie, szczęśliwszym mężczyzną. Ponadto Neil w drugiej części książki wyraźnie pokazuje tą drugą ciemniejszą stronę uwodzenia. Myślę że to bardzo ważne by ktoś kto posiądzie takie umiejętności potrafił je wykorzystać w odpowiedni sposób, nie przesadzając.
Zawartość merytoryczną książki oceniam na bardzo dobrą. A jej moc i to co ta moc może zrobić z Tobą jest bezcenna. Dlatego polecam.
Zawartość merytoryczną książki oceniam na bardzo dobrą. A jej moc i to co ta moc może zrobić z Tobą jest bezcenna. Dlatego polecam.
podrywaj.org Admin Gracjan