Recenzje
Nieplanowany układ
K O C H A N I E Camilla Campbell, trzydziestojednoletnia prawniczka jest nieszczęśliwa. Jej przyjaciele Ash i Charlie biorą ślub, a ona ma wrażenie, że przegrała własne życie. Czuję się samotna, dlatego tym łatwiej ulega urokowi brata panny młodej, z którym kiedyś łączył ją krótki romans. Bryan nie zaproponuje Camilli nic poza niezobowiązującym seksem. Nie jest zwolennikiem stałych związków i stabilizacji. Jej to nie przeszkadza - chce wziąć dłuższy urlop, zadbać o zdrowie, znaleźć faceta na stałe i urodzić dziecko. W teorii brzmi świetnie, w praktyce nawet odpoczywanie okazuje się trudne. Wtedy z pomocą przychodzi Bryan. Czy nieplanowany układ może okazać się czymś więcej? Camilla, młoda, ambitna kobieta, która dość mocno określiła swój plan na przyszłość - chociaż rozumiem skąd jej potrzeba założenia rodziny, tak niestety czas, który sobie wyznaczyła był trochę nierealny. Nie zmienia to faktu, że współczuje jej każdej randki i spotkanego faceta 😅 Bryan, mężczyzna, który do tej pory traktował życie na luzie. Praca, imprezy, jednonocne przygody, a teraz gdy wrócił do rodzinnego miasta na stałe, coś się zmienia. Uwielbiam jego relacje z rodzeństwem, sarkastyczne poczucie humoru, ale także to, że bardzo szybko wyciągał wnioski, jeśli w danej sytuacji zawinił. Chociaż nie do końca kupuję ich relacje romantyczną - on cały czas powtarzał, że nie chce zobowiązań, ona, że Bryan się do tego nie nadaje, tak przyznam, że ich przyjaźń jest cudowna. Uwielbiam momenty ratowania Cami z nieudanych randek (naprawdę nieudanych), jego propozycję i zaangażowanie. Uwielbiam ich wspólnie spędzony czas, a chemia między nimi jest niezaprzeczalna. Fajna lektura, która pokazuje jak pracoholizm wpływa na nasze życie, jak nasze pragnienia z czasem się zmieniają, a osiągnięcie danego celu nie zawsze jest łatwą drogą. Jedyne co, przyczepię się do wątku z terapią - był dla mnie bezsensu, zwłaszcza, że słuchaliśmy samych kłamstw. Poza tym, fajnie spędziłam z nimi czas 😁 PS nie wiem czemu, ale Charlie też mnie przeraża 😂
Historyczne bzdury o średniowieczu. Jak naprawdę żyło się w czasach dam i rycerzy?
Krwawe igrzyska. Krwawe dziedzictwo #2
„Krwawe Igrzyska” to drugi tom „Krwawego Dziedzictwa” Jasmine Mas i chyba właśnie tutaj ostatecznie pogodziłam się z tym, że tej serii nie da się traktować poważnie. I wiecie co? Wcale nie zamierzam. Bo jeśli mam być całkowicie szczera, ta książka jest absurdalna. Fabuła momentami wygląda tak, jakby ktoś wrzucił do jednego worka fae, brutalne igrzyska, omegaverse, tajemnice pochodzenia, zdrady, przepowiednie, kilka traum, garść przystojnych alf i powiedział: „dobra, zobaczymy, co z tego wyjdzie”. A potem jeszcze dorzucił humor, który potrafi pojawić się dokładnie wtedy, kiedy absolutnie nie powinien. 😂 I chyba właśnie dlatego tak dobrze się bawiłam. Czy znalazłam tu niedociągnięcia? Oczywiście. Czy logika chwilami wyszła z pokoju i już nie wróciła? Jak najbardziej. Czy kilka razy zastanawiałam się, co właściwie autorka miała na myśli? Tak. Czy moje oczy po kolejnych absurdalnych decyzjach bohaterów próbowały uciec gdzieś w głąb czaszki? Myślę, że pod koniec widziałam już własny mózg. 😂 A mimo to nie potrafiłam odłożyć tej książki. Sadie trafia do krainy fae i zostaje zmuszona do udziału w tytułowych Krwawych Igrzyskach. Jest brutalnie, krwawo i zdecydowanie nie jest to miejsce na spokojny spacer po lesie. Problem w tym, że zamiast skupić się wyłącznie na walce o przetrwanie, bohaterowie nadal mają mnóstwo własnych problemów, tajemnic i… oczywiście problemów z komunikacją. Bo przecież można normalnie porozmawiać. Tylko po co, skoro można najpierw się pokłócić, rzucić groźbę, zrobić coś kompletnie nieracjonalnego, a dopiero później zastanawiać się nad konsekwencjami? Samych igrzysk spodziewałam się jednak trochę więcej. Arena i walki są ciekawym elementem, ale mam wrażenie, że autorka znacznie bardziej zainteresowana była relacjami między bohaterami, ich przeszłością oraz kolejnymi tajemnicami dotyczącymi Sadie. I właśnie bohaterowie są tutaj tym, co trzymało mnie przy tej historii. Ich relacje są chaotyczne, momentami irytujące, czasem kompletnie odklejone, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest nudno. Do tego dochodzi jeszcze Xerxes, który bardzo szybko stał się dla mnie jednym z ciekawszych elementów tej części. Nie będę też udawać, że wszystko mi się podobało. Powtarzające się myśli Sadie potrafiły mnie zmęczyć, niektóre rozwiązania fabularne były mocno naciągane, a jej humor nie zawsze trafiał w moje poczucie humoru. Ale ostatecznie… czy ja naprawdę przyszłam tutaj po perfekcyjnie skonstruowane romantasy? Nie. Przyszłam po guilty pleasure. I dokładnie to dostałam. To jest książka z gatunku 'wiem, że to jest złe, ale świetnie się przy tym bawię'. Jest absurdalna, momentami komiczna, brutalna, chaotyczna i chwilami tak dziwna, że człowiek może tylko usiąść i patrzeć w ścianę. A jednak czyta się ją błyskawicznie i trudno odmówić jej jednej rzeczy tego, że potrafi skutecznie oderwać od rzeczywistości. „Krwawe Igrzyska” nie są książką, którą będę wychwalać za wybitną fabułę czy perfekcyjny worldbuilding. Ale jako moje książkowe odmóżdżenie? Sprawdzają się znakomicie. Czy będę czytać dalej? Oczywiście. Skoro już raz weszłam w ten chaos, chcę zobaczyć, jak daleko jeszcze możemy się posunąć.
Opos Schrödingera. Jak zwierzęta przeżywają i rozumieją śmierć
Regret Me Not
Regret me not, to w sumie druga część po Forget me not, z tym, że główną bohaterką jest tutaj Cove, przyjaciółka Astry. Forget me not podobało mi się bardzo, bardzo. Bardzo. Poprzeczka była więc postawiona wysoko, stąd nie dziwota, że w moim osobistym rankingu Regret aż tak nie doskoczyło, ale! Nadal bardzo dobrze się przy tej lekturze bawiłam. W sumie to ta książka ma wiele motywów, które bardzo lubię! Grumpy and Sunshine, nie wiem co takiego ma w sobie ta gburowatość, chyba chodzi o to, jak mury takiego gburka, w tym przypadku sztywnego księgowego, Callowaya, zaczynają się kruszyć pod wpływem tej drugiej osoby. To chyba takie typowo romansiarowe ahhh 😍 ;) Fałszywy związek, chociaż nie do końca fałszywy, bo najpierw zdarzył się ślub! Dwa lata wcześniej. W Las Vegas. I żyli długo i...całkowicie osobno, bez żadnego kontaktu. Ona sobie, on sobie. Do czasu, kiedy nagle znów pojawia się Call, prosząc aby Cove pojechała z nim na ślub brata. Na Alaskę! Nawiasem mówiąc, niby człowiek wie, że zimno, ale po co brać ze sobą ciepłe ciuchy, prawda Cove?;) Co wydarzy się, kiedy oboje będą udawać, że naprawdę są razem, szczęśliwi i zakochani? Ohh, wiadomo, że wszyscy wiedzą. Ale jak się to wszystko będzie wydarzać?;) Całość jest pełna humoru i uroczości (słowotwórstwo zamierzone;)), pełna emocji wszelakich. Ważną rolę odgrywają też te łapki widoczne na okładce, czyli pies Cove, Furdinand, a ja zawsze lubię zwierzaki w książkach. Ogólnie bardzo miło spędziłam czas z tą książką I jak najbardziej polecam!